Polacy o Polakach

… i o swojej historii, mają zbyt często opinie daleko odbiegające od minionej rzeczywistości.

 

Rzecz dotyczy preferowanych przez nas postaci, aktywnych w sferze publicznej w XX i XXI wieku, przedstawionych w najnowszym komunikacie Centrum Badania Opinii Społecznych. Przeprowadzone badania, z okazji odzyskania naszej niepodległości, są w tym opracowaniu porównywane do analogicznych, sprzed dziesięciu lat. Tegoroczna lista wzbogacona została przez respondentów o cztery osoby (I. Paderewski, W. Witos, L. Kaczyński, A. Kwaśniewski) co zapewne wiąże się z rocznicą 100-lecia, apoteozą Kaczyńskiego, także pozytywną refleksją o prezydenturze Kwaśniewskiego.

 

Lista osobistości

zawiera dwadzieścia dwa nazwiska, ułożone według skali pozytywnych opinii o działalności poszczególnych osób dla Polski.
Połowa z nich otrzymała ponad 50proc. pozytywnych ocen (od najwyższej akceptacji: Jan Paweł II, Józef Piłsudski, Stefan Wyszyński, Ignacy Paderewski, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Lech Kaczyński, Lech Wałęsa, Władysław Sikorski, Aleksander Kwaśniewski, Wincenty Witos), a niewiele mniej jeszcze Edward Gierek. Po około 30proc. akceptacji otrzymały cztery osoby (Edward Rydz-Śmigły, Leszek Balcerowicz, Roman Dmowski, Tadeusz Bór-Komorowski), po około 20proc. trzy osoby (Wojciech Jaruzelski, Władysław Grabski, Władysław Gomółka) i po około 10 proc. także trzy osoby (Józef Beck, Eugeniusz Kwiatkowski, Bolesław Bierut).
Warta jest także uwagi lista zawierająca gradację ocen ujemnych: około 40proc. ocen negatywnych otrzymali B. Bierut i W. Jaruzelski, około 30proc. W. Gomułka i L. Balcerowicz, około 20 proc. E. Gierek i L. Wałęsa oraz po 10proc. L. Kwaśniewski i L. Kaczyński.
Należy na ten wykaz osobistości spojrzeć także w kontekście naszych ostatnich dziejów, zastrzegając przy tym, że niektóre osoby działając w różnym czasie, szczególną aktywnością wyróżniły się tylko w jednym okresie historycznym.

 

Czas II Rzeczpospolitej

reprezentuje osiem osób, II wojnę światową dwie osoby, aktywność w okresie Polski Ludowej przejawiało sześć osób, tyle samo w III Rzeczpospolitej.
Z powyższego wynika preferencja postaci II RP co zapewne wiąże się z nadchodzącymi obchodami niepodległości. Jeżeli zrozumieć można, z oczywistych powodów, przywoływanie niektórych postaci, to sama wielkość tej grupy świadczy o nadreprezentacji przedwojnia w opiniach Polaków, dla których aż jedna trzecia spośród zasłużonych dla Polski przypada na tamten, stosunkowo krótki, okres. Niewątpliwie zasłużyli się dla niej, w różnym zresztą stopniu, J. Piłsudski, I. Paderewski, W. Witos, R. Dmowski, W. Grabski, E. Kwiatkowski , ale uzasadnione zdziwienie i sprzeciw budzą osoby E. Rydza-Śmigłego i J. Becka (mających jedynie po 4proc. negatywnych ocen !), które nie najlepiej zapisały się dla naszego kraju.

 

Okres II wojny światowej

reprezentują w tych badaniach W. Sikorski (60proc. akceptacji) i T. Bór-Komorowski, który pomimo powszechnej krytyki związanej z jego sprawczą rolą dotyczącą wybuchu i tragicznych skutków Powstania Warszawskiego, oceniany jest pozytywnie przez jedną trzecią badanych (tylko 3 proc. negatywnych ocen !).

 

W Polsce Ludowej

swoją aktywność objawiło, acz diametralnie odmiennie, sześć osób. Pierwsze dwie to Jan Paweł II i S. Wyszyński, pozostali to ówcześni przywódcy polityczni: B. Bierut, W. Gomółka, E. Gierek i W. Jaruzelski.
Osoby duchowne, przede wszystkim z racji pełnienia najwyższych kościelnych urzędów, w naszym katolickim kraju znajdują się w tym rankingu na miejscach czołowych. Uznawane są także, wraz z J. Piłsudskim, jako najbardziej pozytywnie oceniane ze względu na działalność dla Polski. Można stwierdzić, abstrahując od oceny rzeczywistych zasług, że te postaci są dla badanych – w zdecydowanej większości zapewne wierzących – wzorcami osobowymi w kategoriach religijnych, ale też społeczno-politycznych.
Ocena przywódców PRL jest bardzo krytyczna; wyjątek stanowi E. Gierek zapewne z uwagi na zachowany, w pamięci zbiorowej, pozytywny obraz jego czasów. Na ocenę W. Jaruzelskiego kładzie się cieniem stan wojenny, na W. Gomułkę tragiczne wydarzenia w 1970 roku, a na B. Bierucie okres stalinizmu. Pomimo tych okoliczności (darując sobie wymienianie liczby zabitych w zamachu majowym, oraz w tłumieniu licznych robotniczych i chłopskich protestów w okresie II RP) w dużo poważniejszym, niż wynika to z badań, stopniu dobrze zasłużyli się dla naszego kraju. Komunikat CBOS obrazuje braki podstawowej wiedzy naszych obywateli o warunkach w jakich odradzała się powojenna Polska, o jej bardzo liczących się historycznych dokonaniach, pomimo całego zła, głównie w jej początkowym okresie.

 

W III Rzeczpospolitej

ranking osobistości przedstawia się następująco: J. Kuroń, T. Mazowiecki, L. Kaczyński, L. Wałęsa, A. Kwaśniewski i L. Balcerowicz. Preferencja postaci Kuronia wynika zapewne z jego demokratycznych dążeń i „ludzkiej postawy”, Mazowiecki jako pierwszy premier III RP, Kaczyński swoją wysoką pozycję zawdzięcza aktualnej gloryfikacji, Wałęsa degradowany jest przez PiS i z własnej częściowo woli. Charakterystyczne, że Kwaśniewskiego od Balcerowicza różni aż 22proc. pozytywnych opinii, co oznacza nie tylko akceptację lewicowej prezydentury, ale również bardzo poważną krytykę reform wprowadzonych przez tego drugiego.

 

Optyka tych badań

jednoznacznie dowodzi prawicowego oglądu minionych stu lat polskiej niepodległości, pomimo tego, że przez ponad lat czterdzieści, nie licząc ważnych demokratycznych decyzji u progu II RP, lewicowe wartości i ich realizacja zmieniły w gruntowny sposób cały polski świat. Na ogół na dużo lepszy dla milionów Polaków i ich współczesnych potomków.
Rodzi się za tym podstawowe pytanie: dlaczego tak jest ?. Odpowiedzi zawrzeć można w grubej księdze. O zagubionej pamięci wspominał ostatnio prof. Ludwik Stomma: „Dziś…potomkowie chłopów przypisują się do różnych kast, w których byli rzekomo w swojej historii… Nagle pojawiają się artykuły o Polsce odrodzonej, rzekomo mlekiem i miodem płynącej, nagle się okazuje, że chłopi sympatyzowali z powstaniem styczniowym i listopadowym… Takie bzdury obszywa się biało-czerwoną tasiemką i tym się macha, choć przecież tych ludzi, ich przodków, w tych powstaniach nie było… to wszystko jest przekłamane i zakłamane, wkłada się wszystko do garnka antykomunizmu i przysłania orłem białym.”

 

Odpowiada na to pytanie,

acz przy innej okazji, Przemysław Witkowski („Przegląd”, 30.07.2018): „Odpala się…cały ukształtowany przez IPN aparat ideologiczny, w którym lewicowość równa się zdradzie ojczyzny, zbrodni, porzuceniu polskości i szaleństwu. Od programów nauczania historii i WOS, przez licznie powstające ostatnimi laty muzea po prawicową publicystykę, opis socjalizmu, komunizmu czy anarchizmu jest potwornie demonizowany. Wystarczy więc etykietka i w głowach słabiej przygotowanych do samodzielnego myślenia czytelników i widzów uruchamia się projekcja: Kołyma, gułag, Katyń. Regularnie też w mediach, szkołach i książkach zrównuje się faszyzm i komunizm. Mimo że stalinizm był tylko specyficzną odmianą tego drugiego, a hitleryzm tego pierwszego esencją.” A ponadto komunizmu w Polsce nigdy nie było.

 

Mielenie świadomości Polaków

także przez prawicowe i postsolidarnościowe media, prezentujące antylewicową narrację a nie rzetelny obraz dalszej lub bliższej naszej historii, przynoszą właśnie takie, wręcz absurdalne, wyniki omawianych badań w postaci zatrważającego braku wiedzy, akceptacji kontrowersyjnych postaci i okresów, a nadto bezrozumne sympatie współczesnych Polaków.
Amunicji medialnej dostarczają także wypowiedzi różnych utytułowanych osób, które tylko z racji skrótu przed swoim nazwiskiem, mają mieć zawsze rację.
W związku z minioną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia na Onecie ukazała się wypowiedź prof. Pawła Kowalewskiego pt. „Powstanie może upaść po raz drugi”, która zawierała tyle niedorzeczności połączonych z propagandowymi akcentami, że spotkała się z druzgocącą krytyką internautów, co spowodowało zdjęcie jej przez redakcję jeszcze tego samego dnia.
Na temat Powstania w kolejny dzień Onet zamieścił wypowiedź znanego historyka prof. Normana Daviesa, który m. in. przedstawił nieznaną dotąd interpretację przyczyn wybuchu Powstania: „Zadanie AK było specyficzne. Miała ona dokonać dywersji, zająć newralgiczne punkty miasta, utrzymać się na nich sześć, siedem dni i w ten sposób pomóc Rosjanom zdobyć polską stolicę.” A kilka zdań dalej czytamy: „Stalin natomiast długo nie mógł zrozumieć, co się dzieje w Warszawie….W połowie września Beria wysłał nawet do Warszawy swojego oficera łącznikowego, by ten dowiedział się, gdzie znajduje się siedziba wojsk brytyjskich – bo byli przekonani, że powstańców musi wspierać zawodowe wojsko”. Tak więc zdaniem Normana Daviesa Powstanie miało pomóc Rosjanom, ale oni ani o terminie jego wybuchu, ani też nic więcej o nim samym nie wiedzieli. W tym kontekście zachwyca nie tylko brak elementarnej logiki, ale i kolejna część tej wypowiedzi, że dzięki Powstaniu Polska nie stała się kolejną republiką ZSRR.
I co ma po takiej i podobnych wypowiedziach odpowiedzieć ma na pytania CBOS-u biedny Polak, któremu wszystko pomieszano w głowie, a nadto dowiaduje się, że kasta sędziowska Sądu Najwyższego, zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, nie zna się na prawie?

Spod tabliczki

Przypadek zdarzył, że 1 Sierpnia, o godz. 17.00 znalazłem się na ulicy Bora-Komorowskiego.

 

Stałem w pierwszym rzędzie trzypasmowej jezdni, zatrzymany razem z innymi kierowcami przez policjanta. Środek skrzyżowania zajęli „patrioci”. Kupione w sklepie T-shirty, z nadrukiem powstańczej „Kotwicy” i z równie pięknie odrobionym rękawkiem, wykończonym biało-czerwoną opaską, miny dziarskie, spojrzenia stalowe. Oni stanowili centrum wydarzeń. Wokół nich tłum jeszcze młodzieży – z patriotycznym zacięciem na twarzach, ale też z odstającymi koszulkami na zbyt już obfitych, „piwnych” brzuchach.
Zawyły syreny, patrioci odpalili race. Najpierw normalne, świecące na czerwono, potem dymne, biało-czerwone. Bór-Komorowski, który rozkaz potrafił wydać co najwyżej koniowi przed skokiem, puchnął z dumy – na magistrackiej tablicy z nazwą ulicy i zapewne w niebie, bo gdzież taki bohater mógłby pójść, jak nie do nieba? Początkowo wszyscy kierowcy trąbili, ale po chwili klaksony ucichły. Wyłączono po prostu silniki, bo Powstanie Powstaniem, a paliwo grubo ponad pięć złotych! A bez włączonego silnika klaksony głosu nie dają… Za to poniosło się po całym skrzyżowaniu wyryczane przez patriotyczne gardła: „Cześć i chwała bohaterom!” Poczułem się, jak na jasnogórskich błoniach, jak na „Żylecie”, jak na „Marszu Niepodległości”.
Tylko, cholera wie skąd, w głowie pojawiło się wspomnienie tej sceny: prowincjonalna niemiecka gospoda, młodziutki blondynek intonuje piosenkę:
Ojczyzno, Ojczyzno daj nam wreszcie znak
Chcą ujrzeć ten znak dzieci Twe
Poranek nadejdzie!
Świat będzie nasz!
Jutro należy do mnie
Jutro należy do mnie
Jutro należy do mnie
Jutro należy do mnie
Do młodzieńca dołączają inni, po chwili wszyscy już stoją i w uniesieniu śpiewają wspólnie z nim, podnosząc jednocześnie ręce w geście Hitlergruß. Tylko jeden mężczyzna nie poddaje się temu nastrojowi, ale on jest stary i trwożnie rozgląda się na boki…
Bardzo dawno temu, gdy jako mały chłopiec 1 Sierpnia pobierałem u mamy prywatne lekcje wychowania patriotycznego – chodziłem z nią na Powązki, na Nowy Świat i na Starówkę, oglądać groby, tablice pamiątkowe i pomniki – zawsze czułem podniosły nastrój. Słuchałem opowiadania, jak się żyło w Warszawie przed wojną, „za okupacji”, jak w Powstanie mama z ciotką Haliną czołgały się do studni na Pl. Grzybowskim, pod ostrzałem „szwaba”, który siedział na dachu PASTY, jak potem rodziców wywieźli na roboty, jak tam było – „u Niemca”…
Od tamtego czasu, 1 Sierpnia, gdy tylko rozlegały się syreny i wybijała 17.00, zawsze czułem się podniośle i miałem ciarki na plecach…
Do chwili, gdy na Powązkach, w miejscach zbiórek i apeli pojawili się oni… Ci, którzy buczeli, gwizdali, krzyczeli. Którzy z Bogiem na ustach i nienawiścią w oczach rozpychali się pomiędzy grobami, łażąc po nich i gniotąc je…
Przestałem chodzić na Powązki, przestałem chodzić na uroczystości. Sam sobie wspominam rodziców, ich znajomych, ich świat, który znam z opowiadań. Tego nikt mi nie zabierze, nie zakłóci wyrykiwaniem hymnu, nie zadymi, nie zbezcześci tępym, wymóżdżonym patriotyzmem, bełkocącym coś o „hekatumbie”, o „bohaterach”, którym „chwała” taka sama, jak „żołnierzom wyklętym” i o darmowych biletach na tramwaj dla powstańców, które zresztą i tak już są darmowe dla każdego po 70-tce…
Ciarki na plecach i wzruszenie zastąpiło zażenowanie i gniew, że ta tępota rozlewa się tak bezkarnie. Na domiar ci nowi patrioci składają kwiaty pod pomnikiem Gloria Victis wzniesionym w 1946 roku, Pomnikiem Powstańców Warszawy odsłoniętym w 1979 i Pomnikiem Powstania Warszawskiego zbudowanym w latach osiemdziesiątych ub. wieku, odsłoniętym 1 sierpnia 1989 roku. A jednocześnie ich zakłamane usta mówią, jak to „tamta Polska”, której przecież nie było, wymazywała bohaterstwo Powstania z kart naszej historii. Nie ma słów, żeby wyrazić pogardę dla tych interpretatorów historii. Nie ma słów, żeby opisać ich bezgraniczny bezwstyd…
Ostatnia refleksja, która naszła mnie, gdy już policja puściła ruch po Bora-Komorowskiego była taka, że to dobrze, iż ulica gen. Andersa jest po drugiej stronie Wisły. A nuż generał nie wytrzymałby, zszedłszy ze swojej ulicznej tabliczki i wyrżnąłby w pysk tabliczkę z nazwiskiem Bora, którego wonczas chciał postawić przed sądem wojskowym za wywołanie Powstania i bezmyślne skazanie Warszawy na śmierć.
Ale była to tylko moja, bardzo indywidualna refleksja. Tłum się obfotografował, obfilmował, porozsyłał po rodzinie w całej Polsce „pamiątkę z Powstania” i z poczuciem patriotycznego spełnienia udał się każdy w swoją stronę.

Ku pamięci i przestrodze – cz. III

Ostatni akt dramatu

Jak zatem doszło do tego, że ślepy zaułek z dnia na dzień, zamienił się dla nazistów w autostradę do władzy? Pomimo oczywistego już faktu, że właściwym obliczem hitlerowców są wizerunki morderców z Potempy, ich przyjaciele z kręgów wielkiego kapitału nie ustawali w wysiłkach przekazania im władzy w państwie – w listopadzie 1932 roku grupa przemysłowców i bankierów, podpisała nawet petycję do prezydenta w tej sprawie. Podpisy pod nią zbierał także dr Schacht, zarabiający wówczas na chleb jako prezes Banku Centralnego Niemiec… Ponadto cokolwiek by mówić o politycznych talentach generała Kurta von Schleichera, trzeba mu oddać, że swymi pokrętnymi gierkami, w błyskawicznym tempie potrafił dokonać rzeczy pozornie całkowicie niemożliwej: oto udało mu się postawić po tej samej stronie barykady dwóch nieprzejednanych zdawało by się przeciwników: Adolfa Hitlera i Franza von Papena! Na efekty nie trzeba było długo czekać. 4 stycznia 1933 roku w domu kolońskiego bankiera Kurta von Schrödera obaj panowie spotkali się. Jeżeli wierzyć zeznaniom gospodarza spotkania, złożonym 5 grudnia 1945 r. przed Trybunałem w Norymberdze, inicjatorem całego dealu był von Papen, który zaprezentował pomysł spotkania autorowi zeznań 10 grudnia 1932 roku. Krótko po tym, z bankierem skontaktował się Wilhelm Keppler, spełniający funkcję łącznika nazistów z kołami finansjery, z analogiczną sugestią ze strony Hitlera. Obu stronom zależało na zachowaniu ścisłej tajemnicy. Po wymianie grzecznościowych uwag o pogodzie, przystąpiono do omawiania planów obalenia gabinetu von Schleichera. Osiągnięto porozumienie co do tego, że na czele nowego rządu miałby stanąć Hitler, zaakceptowano także proponowane przez nazistów wykluczenie ze stanowisk socjaldemokratów, komunistów i Żydów. Niejako przy okazji Hitler dowiedział się, że prezydent nie upoważnił kanclerza do rozwiązania Reichstagu. Była to dla nazistów bezcenna informacja!
Rozstano się w znakomitych nastrojach, które nieco zepsuły nazajutrz tytuły gazet, donoszących na pierwszych stronach o tych konspiracyjnych podchodach. Zdecydowanie ważniejsze było jednak to, że anonimowi przyjaciele z kręgów finansowych, poczynili zdecydowane kroki zmierzające do podreperowania finansów NSDAP. Oto kolejny wpis w pamiętnikach Josepha Goebbelsa dokonany pod datą 05 stycznia 1933 r.: …sytuacja finansowa poprawiła się nagle… …obecny rząd wie, że jego dni są policzone. Jeżeli szczęście nam dopisze, powinniśmy niebawem dojść do władzy… Teraz naziści, nie mogąc mieć realnego wpływu na dalszy bieg wydarzeń, mogli tylko czekać, całą intrygę pozostawiając w rękach von Papena, który przypadkiem był w Berlinie sąsiadem prezydenta i u którego regularnie bywał w gościach… 20 stycznia stało się jasne, że von Schleicherowi nie uda się stworzyć frontu obejmującego wszystkie stronnictwa oprócz skrajnych, co oznaczało, że wyrok na jego gabinet już zapadł, pozostało jedynie ustalić datę egzekucji. Po drugiej stronie barykady czyniono tymczasem ostatnie ustalenia. 22 stycznia, w Dreźnie, spotkali się von Papen, Oskar von Hindenburg oraz Otto Meissner (szef kancelarii prezydenta), z Hitlerem, Göringiem i Frickiem. Kluczową rolę odegrała w nich zapewne, przeszło godzinna rozmowa w cztery oczy, pomiędzy Hitlerem a synem prezydenta Oskarem von Hindenburgiem. W drodze powrotnej młody von Hindenburg był niezwykle małomówny, rzucając tylko jedno zdanie: „ Nie ma rady, naziści muszą wejść do rządu …” Oczywiście nie znamy treści owej kluczowej rozmowy, ale znamy za to dalszy przebieg wydarzeń: zaraz po dojściu nazistów do władzy Oskar von Hindenburg awansował z pułkownika na generał-majora, przestano się nagle interesować jego udziałem w skandalicznej aferze „osthilfe” oraz oszustwem podatkowym związanym z posiadłością prezydenta w Neudeck, a majątek von Hindenburgów powiększono o 5 tysięcy akrów wolnych od podatku. Prezydent odmówił teraz prośbie generała von Schleichera rozwiązania Reichstagu, przytaczając w uzasadnieniu swej decyzji ten sam argument, którego generał użył do wysadzenia z siodła von Papena, że mogłoby to doprowadzić do wojny domowej… W tym stanie rzeczy, kanclerzowi pozostała tylko dymisja. I oto 30 stycznia około godziny 12.00 niemożliwe, stało się możliwym: włóczęga z wiedeńskiego przytułku został kanclerzem Niemiec! Wielkie europejskie państwo, wraz z wszystkimi swymi zasobami, wpadło w ręce formacji wywodzącej się ze społecznego marginesu…

 

Epilog

Oto w telegraficznym skrócie dalszy przebieg wydarzeń: pierwszymi krokami nowej władzy było usankcjonowanie terroru poprzez ogłoszenie amnestii dla wykroczeń popełnionych w trakcie „rewolucji narodowej”, przyjęcie ustaw o czystce w administracji państwowej (7 kwietnia, 30 maja i 20 lipca 1933 r.) nakazujących usunięcie ze stanowisk WSZYSTKICH ludzi pochodzenia żydowskiego, lojalnych wobec Republiki, oraz zdradzających kiedykolwiek lewicowe sympatie. Na pozbawianie ludzi emerytur, nikt wówczas jeszcze nie wpadł…
Wszystkich dziennikarzy, muzyków, aktorów, pracowników radia i teatru, poddano kontroli Goebbelsa, za pośrednictwem powołanej 22 września 1933 r. Izby Kultury Rzeszy. Dziennikarze musieli przejść czystkę na mocy spec-ustawy z 04 pażdziernika 1933 r. W lutym 1934 roku weszła w życie ustawa „W sprawie zaopatrzenia bojowników ruchu narodowego”, w myśl której wszyscy członkowie partii lub SA, którzy ponieśli jakieś szkody na zdrowiu w walkach o zwycięstwo ruchu narodowo-socjalistycznego, mieli otrzymać od państwa rentę lub odszkodowanie tak jak inwalidzi z I wojny światowej. Zebranie generalicji Reichswery, jakie odbyło się 16 maja 1934 roku w Bad Nauheim, zaakceptowało decyzję ministra obrony von Blomberga, poparcia Adolfa Hitlera, zapewniając mu w ten sposób sukcesję po von Hindenburgu. Finał nastąpił 2 sierpnia 1934 roku: godzinę (!) po śmierci starego feldmarszałka ogłoszono ustawę, zgodnie z którą od tej chwili urzędy Kanclerza i Prezydenta zostają złączone i Adolf Hitler zostaje głową państwa i naczelnym wodzem sił zbrojnych. Jeszcze tego samego dnia Reichswera złożyła nową przysięgę IMIENNIE Adolfowi Hitlerowi! Zadbano także o pozory, wzywając naród niemiecki, by w referendum wyraził zgodę na objęcie przez Adolfa Hitlera urzędu po Hindenburgu, jako Führer i kanclerz Rzeszy, pod którymi to tytułami odtąd miał występować. Szczęśliwie „odnaleziono” polityczny testament zmarłego prezydenta, w którym – zgodnie ze świadectwem jego syna – widział on w Adolfie Hitlerze swego następcę. Występując w radio powiedział: „Ojciec widział w Hitlerze swojego bezpośredniego następcę, który ma stanąć na czele państwa. W zgodzie więc z wolą zmarłego, wzywam wszystkich Niemców obojga płci, aby oddali swe głosy za przekazaniem urzędu ojca, Führerowi i kanclerzowi Rzeszy.” W dniu głosowania frekwencja wyniosła 95,7 proc. przy 45,5 mln uprawnionych do głosowania. 89,93 proc. z nich (ponad 38 mln) głosowało za, 4,25 mln miało odwagę zagłosować przeciw a 870 tysięcy oddało głosy nieważne. W ten sposób dokonał się los Niemiec, Europy i świata…
Obserwując dzisiaj otaczającą nas rzeczywistość bez trudu można dostrzec, jak świat wokół nas coraz bardziej brunatnieje. Na Ukrainie rządzą pogrobowcy Stepana Bandery, szerzy się (oficjalnie!) kult zbrodniarzy z UPA, a nieprawomyślni dziennikarze i politycy opozycji, są mordowani na ulicy bądź seryjnie popełniają samobójstwa. Na kijowskim Majdanie zastrzelono przeszło sto, a w Odessie spalono żywcem co najmniej 45 osób. I nikogo to nic nie obchodzi! Dyżurni krzewiciele „europejskich wartości”, demokracji, i obrońcy praw człowieka, nabrali w tych sprawach wody w usta. W Estonii, na Łotwie i Ukrainie świętuje się rocznice walczących po stronie III Rzeszy dywizji SS rekrutujących się spośród obywateli tych krajów. W tejże Estonii właśnie wydano w formie komiksu, przygody… Hitlera-hipstera! Bardzo śmieszne, prawda? No i co ? NO I NIC!
W Niemczech rząd ostatnio zapowiedział zaprzestanie finansowania neonazistowskiej NPD. Ręce same składają się do oklasków, tyle że skoro ZAPRZESTANĄ, to znaczy, że dotychczas FINANSOWALI!
W coraz to nowych krajach Unii Europejskiej wybory wygrywają partie, które bez ryzyka dużego błędu można określić mianem faszyzujących. Zresztą po co szukać tak daleko, popatrzmy co dzieje się w naszym kraju. Polski premier składa kwiaty na mogiłach członków formacji walczącej ramię w ramię z hitlerowcami. Dziennikarze jednej ze stacji telewizyjnych pokazali jak neonaziści świętują dzień urodzin Hitlera w Polsce! Każdemu, kto widział zdjęcia z marszów, jakie 11 listopada tzw. środowiska narodowe organizowały w Warszawie, skojarzenia nasuwają się same. Policja usuwa demonstrantów, usiłujących zablokować marsz Młodzieży Wszechpolskiej, i zapewnia ochronę białostockim kibolom organizującym marsz ku czci jednego z tzw. żołnierzy wyklętych – „Burego” – wprost pod oknami domów pomordowanych przez niego i jego kompanów ofiar… Tę wyliczankę można ciągnąć dalej. Wszystkiemu temu, towarzyszy wściekła nagonka na lewicę. Jakie są przyczyny opisanego stanu rzeczy? Jedna z nich – kto wie czy nie główna – to stworzenie wśród europejskich społeczeństw poczucia bezradności i bezalternatywności. Bezrozumnie nadal głosi się bezalternatywność wobec doktryny ekonomicznego neoliberalizmu, która spowodowała rozwarstwienie społeczne nie znane dotąd w historii ludzkości! Rządzącym elitom udało się stworzyć sytuację, którą nasi bracia Rosjanie z właściwą sobie bezpośredniością określają rymowanką: „Głosuj, nie głosuj, wsio rawno połudzisz…” Stykają się z nią po każdych wyborach Rodacy, dokonujący „dramatycznego wyboru” pomiędzy PiS a PO, a jej prawdziwość, sprawdzili ostatnio na sobie Niemcy, którzy gremialnie głosując przeciwko polityce swojej kanclerz, dostali w prezencie… Wielką Koalicję! Nic dziwnego, że w poszukiwaniu rzeczywistej alternatywy coraz więcej ludzi wybiera tam… Alternatywę dla Niemiec! Być może jest jeszcze czas na opamiętanie, zanim postępujące rozwarstwienie społeczne, połączone z brakiem perspektyw jakiejkolwiek zmiany, popchnie nas wszystkich w otchłań z której nie będzie już – być może – powrotu…

Powstanie w Warszawie My, socjaliści

Ocena celowości wywołania i skutków Powstania Warszawskiego od lat dzieli Polaków i to nie według kryteriów politycznych, ale głównie poprzez udział emocji w ocenie historii. Potwierdzeniem tego są tegoroczne obchody 74. rocznicy wybuchu powstania w Warszawie. Trudno nam, Polakom być obojętnym wobec powstania. Dziesiątki tysięcy polskich rodzin straciło w Warszawie swoich bliskich. Wszyscy, którzy przeżyli, utracili dorobek życia i szanse na wiele lat. Wszyscy, którzy przeżyli, wyszli z powstania okaleczeni psychicznie, do dziś bowiem padają pytania, jaki to miało sens? Bilans ofiar jest znany – ponad 200 tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy straciło życie, zrujnowane zostało milionowe miasto z zamiarem wykasowania go z mapy Europy. W trakcie dwumiesięcznych walk oddziały powstańcze straciły bezpowrotnie blisko 16 tys. żołnierzy – z czego 10 tys. poległych oraz 6 tys. zaginionych, których należy uznać za zabitych. Rannych zostało ok. 20 tys. powstańców – w tym 5 tys. ciężko. Do niemieckiej niewoli trafiło ok. 15 tys. żołnierzy (w tym ok. 900 oficerów i 2 tys. kobiet). Duże straty poniosły również oddziały 1. Armii Wojska Polskiego. W walkach o Pragę, a zwłaszcza podczas prób forsowania Wisły oraz wspólnych walkach z powstańcami na Czerniakowie, utraciły one blisko 5,5 tys. zabitych i rannych. Straty niemieckie wyniosły 2000 żołnierzy. Okupant niemiecki nie szczędził sił, aby odwet za powstanie był dotkliwy i wielowymiarowy, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Zarówno w Powstaniu, jak i wcześniej, od momentu wybuchu II wojny światowej podstawą ruchu oporu byli żołnierze środowisk socjalistycznych wywodzący się z PPS. Oni organizowali działania zbrojne w Gdyni w ramach akcji „Czerwonych Kosynierów” i w Warszawie w ramach „Robotniczych Batalionów Obrony Warszawy” w 1939 roku. Później opór socjalistów koncentrował się wokół organizacji Polskich Socjalistów, Gwardii Ludowej WRN, Robotniczej Partii Polskich Socjalistów. Był także obecny w obozie w Auschwitz. Socjaliści z wymienionych formacji wzięli udział w Powstaniu Warszawskim w ramach oddziałów Armii Krajowej na Żoliborzu, gdzie rozpoczęli powstanie, w Śródmieściu i na Mokotowie. Wielu z nich oddało życie za wolną Polskę.
Z ubolewaniem przyjmuję jednak zbyt daleko posunięty umiar w analizie i ocenie powodów decyzji politycznej i wojskowej w sprawie wybuchu powstania. Przez te lata powiedziano już wiele. Szczególnie cenię tutaj kolejne wydania znakomitej, obiektywnej pozycji Jana Ciechanowskiego „Powstanie Warszawskie”.
W jednym z wywiadów mówiąc o ówczesnej sytuacji Ciechanowski stwierdza: „Masakra Warszawy była owocem zupełnie nietrafnej oceny sytuacji pod względem politycznym i geostrategicznym. Nałożyły się na to ambicje jednego człowieka, Okulickiego. Powstanie nie musiało i nie powinno dojść do skutku”. Jest to kwintesencja jego głębokiego wywodu naukowego, którego nie przyjmują do dziś niektóre środowiska emigracyjne i prawicowe. Przed samym wybuchem Powstania wiadomo było, że Armia Czerwona przegrała z Niemcami jedną z największych bitew pancernych II wojny światowej pod Wołominem. Fakt ten skrzętnie ukrywa się do dziś. O ile w sprawie oceny skutków powstania mamy narodowy consensus – liczby nie kłamią, o tyle spory dotyczą diagnozy ówczesnej sytuacji i przyczyn wybuchu powstania. Siły polityczne prawicy prowadzą dziś grę zarówno osobą Józefa Piłsudskiego jak i wybranymi faktami z historii II RP. Również Powstanie Warszawskie jest przedmiotem tej gry. Dość subiektywne, odbiegające od rzeczywistości oceny ówczesnego stanu relacji pomiędzy członami koalicji antyhitlerowskiej i roli Polski na tym tle służą budowaniu tezy o słuszności decyzji. Wiemy już od dawna, że decyzja ta nie była słuszna. Kazimierz Pużak powiedział później: „To są sprawy bolesne. To są sprawy podejrzane… Wszystkich nas zaskoczyli…” Romantyczne wątki w naszej kulturze historycznej mają swoje znaczenie w zbiorowej świadomości obejmującej przeszłość, niewiele jednak znaczą w relacjach ze współczesnym światem dziś i w przyszłości.
Chciałbym wierzyć, że kolejne lata będą przynosiły w narodowej debacie o Powstaniu Warszawskim coraz więcej obiektywizmu. Należy składać hołd bohaterom, należy jednak trzeźwo oceniać stan faktyczny i podłoże polityczne podjętych wówczas, 1 sierpnia 1944 roku decyzji. Piszę to z wielką troską i odowiedzialnością, należę bowiem do rodziny, dla której mit Powstania Warszawskiego ma ogromne znaczenie.

Trudna rocznica

Dziś trudna rocznica. Szkoła, tradycja rodzinna, wszystko wokół, nauczyły nas myśleć o heroicznych zrywach jako o pięknej, wręcz zasadniczej treści konstytuującej naszą świadomość. O tym, kim jesteśmy. I – jak co roku – stajemy w chwili milczenia w momencie kolejnej rocznicy godziny „W”.

 

By uczcić co? Bezsensowny zryw? Pamięć ofiar, z których większości nikt nie pytał, czy chcą zostać ofiarami? Pamięć tych, którzy nie mogli doczekać się tego, że zginą? Pamięć tych, którzy wydali rozkaz na to, aby zaczęła sie samobójcza jatka. W sierpniu 1944, kiedy było już wiadomo, że hitlerowskie Niemcy tę wojnę przegrały i że tylko kwestią miesięcy jest, żeby poddały się? Pamięć tych, którzy uczynili z bezbronnych już wtedy ofiar – bo trupy nie mają nic do powiedzenia – oręż w walce z tymi, którzy budowali wtedy nową Polskę. Jedyną, jaka po Jałcie była możliwa?
Nie łudźmy się. Powstanie Warszawskie było nadaremne. Nie przyspieszyło klęski hitlerowskich Niemiec ani o dzień. Nawet o o dziesięć minut. Może – jeśli von Stauffenberg dziesięć dni wcześniej by zabił Hitlera – byłoby inaczej. Ale 1 sierpnia 1944 r. było doskonale wiadomo, że Führer ma się dobrze i wszystko, nad czym ma kontrolę będzie walczyć z zaciekłością ginącej bestii.
Nie ma też co czcić elity, która jakoby w tym powstaniu wyginęła. Bo w Powstaniu Warszawskim wyginęła nie żadna elita niosąca w sobie dziedzictwo polskości, ale tysiące ludzi, którzy polskość mieli w sercach, ale woleliby w tej Polsce żyć, a nie ginąć dla niej. Wbrew mitowi propagowanemu przez IPN, to nie Powstanie Warszawskie przeorało do gruntu tkankę polskiego społeczeństwa. Pod tym względem nie może się równać z tym, co stało się w latach 1863-1864.
Ale dość. Nie idzie o to, aby umniejszać. Uczcijmy tę smutną rocznicę, każdy na swój sposób. Niech trwa. I niech nie będzie orężem w przepychankach codzienności. To ją umniejsza.

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.