Źle opowiedziana bajka

Rzekomy sojusz PiS i faszystów jest źle opowiedzianą bajką, w którą wierzą tylko liberałowie i lewica. Po wydarzeniach 11 listopada rośnie wrogość między dwoma stronami prawicowego obozu. Lewica powinna umieć to wykorzystać, stawiając na politykę klasową, zamiast zamykać się we własnej subkulturze, gdzie czuje się dobrze wyłącznie sama ze sobą.

 

Żeby twierdzić, że w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości PiS maszerował ramię w ramię z narodowcami, trzeba opierać się wyłącznie na doniesieniach zagranicznych mediów lub memach antypisowskich fanpejdży na Facebooku. Tania agitka zawsze jest w cenie i dobrze się rozchodzi. Fakty są jednak takie, że faszyści okazali się zdecydowanym wrogiem rządu, który wcześniej w nieudolny sposób próbował ich „zneutralizować”, by przejąć ich bazę społeczną. Będzie narastał konflikt między tymi dwoma siłami. Jeżeli lewica nie weźmie tego pod uwagę, znaczy to, że zarówno faszyzm, jak i antyfaszyzm są dla niej polityczną fantazją, którą chętnie skopiują Hanna Gronkiewicz-Waltz i Rafał Trzaskowski, by spożytkować we własnych celach.

 

Marsz ramię w ramię, którego nie było

Nie ma racji w swym komentarzu Tymoteusz Kochan. Do sojuszu pisowsko-faszystowskiego nie doszło, chociaż został on ogłoszony. Nacjonaliści zachowali swoją odrębność w trakcie jubileuszowego marszu, w ogóle nie doszło do połączenia obu pochodów. Nie robi różnicy, czy stało się tak na skutek wstrzymywania wymarszu przez skrajną prawicę ich kolumny, czy – jak twierdził min. Brudziński – z powodu celowego utworzenia „strefy buforowej”.

Narodowcy nie dochowali warunków współpracy. Prośby o to, żeby nie było pirotechniki, potraktowano jak kpinę – centrum stolicy aż płonęło od rac. Flagi miały być wyłącznie biało-czerwone, tymczasem powiewały nie tylko sztandary ONW i MW, lecz i włoskiej Forza Nouva. Jedną z „atrakcji” marszu było spalenie flagi UE. Obietnice prezydenta, że nie będzie haseł „dzielących Polaków” od razu można było włożyć między bajki. Wybrzmiało nie tylko oklepane: „Raz sierpem, raz młotem…”. „Europa tylko dla Europejczyków!” – krzyczeli nacjonaliści w kominiarkach, niosący flagi z celtykami. Ba, Wszechpolacy nie kryli się z wrogością wobec samego rządu, zręcznie łącząc ją z najohydniejszym rasizmem w haśle: „Morawiecki, chcesz Murzyna? To go sobie w domu trzymaj!”. Tradycyjnie nie zabrakło też dewastowania elementów przestrzeni publicznej.

Duda i Morawiecki podjęli duże ryzyko, licząc na to, że narodowcy na ich rozkaz się „uspokoją”. Można uznać, że ich strona potraktowała sprawę poważnie. MSWiA postarało się o „spokój” bardziej niż dotychczas – niektórzy zagraniczni goście jadący do Polski na marsz zostali zawróceni na lotnisku – tak się stało m.in. z wpływowym szwedzkim nacjonalistą. Szturmowcy i Niklot żalili się na represje, jakich przed 11.11 doświadczyli ze strony służb. Potwierdził to resort Brudzińskiego, informując, że zatrzymali około stu osób, które miały zagrażać bezpieczeństwu obchodów, m.in poprzez organizację koncertu neonazistowskich kapel.

PiS zdawał sobie sprawę, że jeżeli chce przejąć Marsz Niepodległości, nie ponosząc przy tym miażdżącej porażki wizerunkowej, musi skutecznie zdyscyplinować narodowców. Okazało się to o tyle niemożliwe, że podstawową cechą, która przyciąga tłumy na MN, jest jego spontaniczność i oparcie organizacji o poziome struktury, odporne na „centralne sterowanie”. Garstka ścisłych liderów faszystowskich, m.in. Robert Bąkiewicz, deklarowała poszanowanie zasad „godnego zachowania”. Szybko się jednak okazało, że nawet oficjalne social media narodowców zaczęły zachęcać do świętowania przy zachowaniu dotychczasowego „w pełni oddolnego charakteru”. Tweet MW został w końcu usunięty, zdążył dać jednak jednoznaczny sygnał tysiącom szeregowych uczestników marszu. Większość faszystów ani myślała podporządkować się stronie rządowej. Od początku dochodziły głosy o całkowitym braku zgody na wspólny marsz z Mateuszem Morawieckim, w którym narodowcy dopatrywali się przede wszystkim „byłego doradcy Tuska”. Rząd się zdecydowanie przeliczył i teraz poniesie tego konsekwencje. Chcieli zjeść ciastko i mieć mieć je nadal. Byli głupi i teraz to widzą. Przecież nacjonaliści nie mogli w ciągu dwóch dni puścić w niepamięć próby zawłaszczenia marszu bezpośrednio po próbie jego delegalizacji przez HGW.

PiS skompromitował się sam, ponosząc wielką stratę wizerunkową, bowiem w widoczny sposób został zwyczajnie pokonany przez faszystów. Dla tych drugich jest to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Ich liderzy przemawiali na błoniach Stadionu Narodowego, bo przewidywała to ramówka. Teraz jednak bez wątpienia nastąpi całkowity rozbrat PiS-u z narodowcami. Nic dziwnego: na marszu słychać było nawet okrzyki „PiS, PO – jedno zło”. Następnego dnia Krzysztof Bosak oświadczył, że w tej chwili dopiero „rozpoczyna się prawdziwa walka o Marsz Niepodległości”. Robert Winnicki wyraził wręcz obawę, że rząd może zniszczyć MN. Z kolei policja podległa Brudzińskiemu wyznaczyła nagrodę pieniężną za wskazanie osoby, która spaliła unijną flagę, a sprawca czynu, członek MW, w prowokacyjnym geście zgłosił się sam i jeszcze się tym chwalił. TVP, czyli tuba PiS, zaskoczyła wszystkich wytykając organizatorom MN obecność Forza Nuova, która wprost została nazwana organizacją faszystowską. Brudziński potwierdził, że FN jest formacją ekstremistyczną, niebezpieczną i znajdowała się pod ścisłą obserwacją. Nijak nie wygląda to na przejawy sojuszu. Dojdzie pewnie jeszcze do wyostrzenia różnic. PiS nie będzie zwalczał rodzimych faszystów otwarcie, bo dalej podcinałby gałąź, na której siedzi. Będzie to robił po cichu i tylko tak można skutecznie zwalczać konkurencję.

Niezależnie od pierwotnych intencji ścisłego kierownictwa MW i ONR, siła, którą reprezentują, okazała się wrogiem partii rządzącej – wściekłą sforą, która po spuszczeniu z łańcucha bez wahania zagryzie swojego „łaskawcę”. Igrając z ogniem PiS właśnie się sparzył. Pożałują tego obie strony. Faszyści pokazali, że są siłą, której rząd nie zmoże. Ale są tą siłą przez wyłącznie 11 listopada. Przez pozostałą część roku leżą na grzbiecie, podani służbom na tacy, i przebierają bezradnie łapkami. PiS będzie mógł z nimi zrobić, co chce, a widząc, co się święci i jakiego piwa sobie nawarzyli, użyje pewnie wszelkich środków, by ONR i MW pozbawić wpływów i swobody działania na wszelkich szczeblach, gdzie władza centralna ma cokolwiek do powiedzenia. Nie pozwolą już pchać się drzwiami i oknami do wszystkich państwowych mediów i instytucji. Miarka się przebrała.

 

„Antyfaszyzm” jako bezradność

Podsumowując: faszyzm przeszedł. Prawdopodobnie nie zauważyła tego warszawska lewica, która jak co roku, w bezpiecznej odległości od ultrasów, skandowała: „No pasaran!” Trwa dyskusja, czy tegoroczny „marsz antyfaszystowski” był mniejszy czy większy od zeszłorocznego. W kontekście 250 tys. uczestników po drugiej stronie barykady nie ma ona żadnego znaczenia. Liczy się fakt, że inicjatywa pozostała niezauważona dla nikogo oprócz osób, które się na nią wybierały lub specjalnie szukały o niej informacji. Część osób mieszkających w budynkach przy trasie demonstracji też jej pewnie nie zauważyła, bo w tym czasie maszerowała w pochodzie nacjonalistów.

Problemem lewicy okazała się – tak jak zwykle – niszowość. Po raz kolei jej zgromadzenie cechowało się hermetycznością języka i oprawy, środowiskowym, wręcz subkulturowo-towarzyskim charakterem. Wydaje się, że przyjęta w tym roku formuła „tanecznego street party” jedynie uwydatniła ten problem. Można też przyjąć, że w setną rocznicę powrotu państwa polskiego na mapę Europy, było to symboliczne i smutne zwieńczenie stulecia samej polskiej lewicy. Gdy w latach 20. XX w. w Polsce zaczęły się plenić faszystowskie bojówki podniecone sukcesem Mussoliniego, wtedy PPS, Bund, a również komuniści, byli w stanie względnie skutecznie podejmować z nimi konfrontacje na ulicach miast. Dzisiaj na to szans nie ma. Osobom określającym się mianem lewicy, czasem w ogóle nieświadomym tamtej tradycji, pozostaje dziś tylko zaklinać rzeczywistość tańcem.

Nie trzeba chyba dodawać, że antyfaszystowskie pląsy były udziałem mniejszości. Nie było to nikomu szczególnie niezbędne, a niektórym wydawało się pomysłem niepasującym do dominującego w środowisku nastroju politycznego. Brak entuzjazmu do skandowania haseł przykrywać miała muzyka z laptopa i nieodłączna samba. Dla większości uczestników rzeczywistym celem tego rytuału jest upewnienie się, że środowisko jeszcze jako tako się trzyma. Zgodnie z tradycją minionego trzydziestolecia lewica nastawiona jest głównie na trwanie.

Każdy i każda, kto czuje, że powinna protestować przeciwko faszyzmowi ma prawo, może nawet obowiązek to robić. Problem w tym, że zadowalając się obrzędowością, lewica lekceważy zagadnienie skuteczności antyfaszyzmu i odpowiedzialności za cele polityczne, z jakimi jest on związany. Antyfaszyzm jako sztuka dla sztuki, ewentualnie jako promocja „kultury otwartości”, nawet jeżeli pod pewnymi względami przynosi korzyść społeczną, niekoniecznie – a na pewno nie w Polsce – służy rozwojowi samej lewicy i przemianie społeczeństwa. „Promocja otwartości” od lat okazuje się wodą na młyn samych liberałów, którzy naciskani przez mainstreamowe media w coraz większym stopniu są skłonni przejmować dyskurs antydyskryminacyjny celem zbijania kapitału politycznego.

Prezydent-elekt Warszawy Rafał Trzaskowski, który już zapowiedział swoją obecność na przyszłorocznym Marszu Równości, równie dobrze mógłby pojawić się na demonstracji Koalicji Antyfaszystowskiej. Tym bardziej, że w tym roku akcenty antykapitalistyczne, a nawet temat walki ruchu lokatorskiego z reprywatyzacją, zostały ograniczone do wstydliwego minimum. Lewica daje się tym sposobem zapędzić w kozi róg: w sytuacji gdy zamyka się w subkulturowości, staje się – tak jak każda subkultura – łatwym kąskiem dla mainstreamu, cały czas skutecznie kontrolowanego przez siły liberalne, elitarystyczne, antyrównościowe – przez strażników kapitalizmu.

Bez zdecydowanego wyakcentowania niezgody na kapitalizm, w warunach nasilającej się polaryzacji politycznej kraju wszelkie lewicujące tendencje zostaną zawłaszczone przez „antyPiS”, a sama lewica nie odrodzi się nigdy. Dowodem tego jest nie tylko to, że sprzeciw wobec faszyzmu stał się już trwałym elementem działalności całkowicie liberalnych gospodarczo Obywateli RP, często podkreślających swą niechęć do lewicy. Na czoło „walki z faszyzmem” wysunęła się przecież PO, po tym jak Hanna Gronkiewicz-Waltz po raz pierwszy podjęła próbę delegalizacji Marszu Niepodległości. Również Trzaskowski podkreślał, że „faszyści nie mają prawa defilować ulicami Warszawy”. Tendencja ta jeszcze się nasili, bo Platforma będzie poszukiwać nowych sposobów na mobilizację elektoratu. A elektorat – często szczerze nieznoszący nacjonalistów – znacznie łatwiej łyknie taki „antyfaszyzm”, niż kulturę pełnej równości promowaną na wydarzeniach Antify. Liberalni wyborcy zawsze łatwiej zaufają znanej i rozpoznawalnej partii, której przypiszą rzeczywistą sprawczość polityczną, niż kolorowym korowodom subkultury posthipisowskiej. Tak wyłania się „Antifa Konstancin” o twarzy HGW i Tomasza Lisa.

A co z nieliberalną częścią społeczeństwa, którą też często mdli na widok MW i ONR? Lewica, nawet ta mieniąca się antykapitalistyczną, wydaje się coraz bardziej od nich wyalienowana. Istnieje co prawda stanowisko lansowane przez publicystów Krytyki Politycznej i Oko.press, głoszące, że lewica ma szanse „zmieniać świat” poprzez skuteczne oddziaływanie na liberałów, czytaj: stając się ich przybudówką. Faktycznie jednak, jeżeli uznaje się, że jedynie liberalizm ma szanse „zmieniać świat na lepsze”, w ogóle nie ma sensu mówić o lewicy. Dzisiaj, kiedy socjaldemokracja sama się unieważnia i kapituluje, jedynie zdecydowany sprzeciw wobec kapitalizmu jest wyrazem wiary w równość i sprawiedliwość społeczną, a więc zarazem fundamentem antyfaszyzmu. A ci, którzy mają usta pełne równościowych haseł zapominając jednocześnie o masach upodlonych przez kapitalizm, sami pracują na sukces narodowców, sami zdradzają własne idee.

Kamienie milowe lewicowej tradycji walki z faszyzmem, takie jak bitwa o Cable Street, zostały położone przez ruch robotniczy. Lewica mieniąca się radykalną, mówiąca nawet o walce klas, znajduje dziś setki wymówek, by odmawiać pracy z ludźmi pracy, wykręcając się najchętniej pojęciem prekariatu. Prawdziwy powód jest prosty: ludzie ci nie przypominają osób, z których składają się marsze Antify. Nic dziwnego, że Ruch Sprawiedliwości Społecznej dawno „wypisał się” z imprez antyfaszystowskich. Zamknięcie się w subkulturowości to de facto kapitulacja przez nacjonalizmem. Szukanie niszy, w której można się przed nim schować, bez mozolnego wysiłku na rzecz pozbawienia go podstaw. Promowanie samej „kultury otwartości” jest budowaniem domu począwszy od dachu.

Rozdźwięk, jaki nastąpi w najbliższym czasie między partią rządzącą a narodowcami będzie też osłabieniem mechanizmu wzajemnego wzmacniania się tych formacji. Oznacza to warunki, w których proces stopniowej faszyzacji społeczeństwa może zacząć zwalniać. Antyfaszyści, którzy traktują swoją misję poważnie, powinni wykorzystać ten czas na rachunek sumienia i zmianę sposobu działania.

Kultura przeciw faszyzmowi

Zjazd Pracowników Kultury, zapamiętany jako „zjazd lwowski” odbył się w dniach 16 i 17 maja 1936 r. – był inicjatywą zorganizowaną przez Komunistyczną Partię Polski.

 

Odbył się niemal w miesięcznicę śmierci Władysława Kozaka – robotnika, który zginął z rąk sanacyjnej policji podczas tłumienia kwietniowej demonstracji bezrobotnych (13 kwietnia). Zorganizowany dwa dni później pogrzeb Kozaka stał się pretekstem do wielkiej manifestacji klasy robotniczej Lwowa, która to – po interwencji policji – przerodziła się w regularną walkę uliczną.
Jak wspominał jeden z uczestników zjazdu, Bronisław Dąbrowski, „porąbana szablami policji trumna Władysława Kozaka, ślady barykad i przelana krew robotników – te świeże jeszcze wspomnienia budziły pragnienie odwetu i skłaniały do czynnego protestu. Strajki i demonstracje, potężna manifestacja pierwszomajowa, pieśni rewolucyjne i gniewnie wzniesione pięści – wszystkie te oznaki nadciągającej burzy ujawniały głęboki wstrząs polityczny, jaki ogarniał społeczeństwo lwowskie. W takiej to atmosferze i aurze gorącej i chmurnej rozpoczęły się 16 maja obrady Zjazdu Pracowników Kultury”.

„Lwowski Zjazd Pracowników Kultury był odpowiedzią na apel Międzynarodowego Antyfaszystowskiego Kongresu Pisarzy, zorganizowanego w 1935 r. w Paryżu z inspiracji III Międzynarodówki. Obradujący tam pod przewodnictwem Romain Rollanda, André Gide’a i André Malraux twórcy wezwali do organizowania krajowych kongresów w celu obrony kultury przed faszyzmem”. W zjeździe uczestniczył szereg postaci istotnych dla polskiej kultury – swoje odczyty dla licznej, międzyklasowej publiczności zgromadzonej w sali lwowskiego Teatru Wielkiego oraz Instytutu Technologicznego mieli m.in. Emil Zegadłowicz, Andrzej Pronaszko, Leon Kruczkowski, Jonasz Stern, Tadeusz Kotarbiński czy Władysław Broniewski.

„Dobra kulturalne narażone są w warunkach ucisku i terroru na najwyższe niebezpieczeństwo, gdyż mogą się rozwijać jedynie w atmosferze twórczości, wolności i pełnej zapału wiary w przyszłość. Dlatego potępiamy wszelkie bez wyjątku objawy ucisku fizycznego i moralnego, gdyż godzą w dobro i rozwój kultury, której jesteśmy bojownikami.

Groźne niebezpieczeństwo zmusza do szybkiego i solidarnego działania. Świat ducha musi się zorganizować, ostrzec wszystkich przed grożącym niebezpieczeństwem, upomnieć o swoje prawa… Świat ducha i świat pracy musza sobie podać ręce. Naprzód w bój o wolność człowieka, o wolność i rozwój ducha i kultury, o usunięcie krzywdy społecznej, o pokój dla znękanej ludzkości, o nowe, lepsze i pewniejsze jutro” – brzmiał jeden z postulatów zjazdu.

W trakcie referatów i dyskusji poruszano temat niezbędnej reformy edukacji, w tym potrzeby powszechnej tolerancji narodowej i wyznaniowej, skuteczniejszej walki z analfabetyzmem, równouprawnienia języków mniejszości narodowych oraz zmian w systemie kształcenia – postulowano wprowadzenie programu opartego na idei wolności i postępu. Dziennikarze, dziennikarki, literaci i literatki apelowali o zniesienie cenzury, opowiadali się przeciw „faszyzacji życia literackiego” oraz umacnianiu się periodyków proimperialnych i prokapitalistycznych. Artystki i artyści apelowali o poszanowanie wolności twórczej i tworzenie miejsc pracy dla osób spoza głównego obiegu sanacyjnego mecenatu. Ludzie teatru podnosili kwestię potrzeby dotacji dla teatrów robotniczych i ludowych oraz zmian w polityce repertuarowej placówek państwowych, dotychczas faworyzującej przedstawienia mierne artystycznie, ale efektowne z punktu widzenia merkantylnego.

W wystąpieniach głównym wątkiem stała się potrzeba sztuki zaangażowanej, która powinna być upowszechniana szerokiej publiczności – bez względu na status majątkowy, czy przynależność etniczną odbiorców i odbiorczyń. Efektem tych debat stała się idea powołania Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pracowników Kultury – projektu, który jak dotąd, pozostaje w sferze niespełnionych marzeń robotników i robotnic kultury.

Co znamienne dla drugiej połowy lat 30., zjazd – pomimo swojego owocnego przebiegu – nie odbył się bez incydentów. Sobotnie wystąpienie Leona Kruczkowskiego zostało zakłócone przez ONR-owców – do sali Instytutu Technologicznego wrzucono butelki z cuchnąca cieczą i kamienie, które raniły kilku uczestników. Zainterweniowała milicja robotnicza, która umożliwiła dalsze prowadzenie odczytu.

Dla części uczestników zjazdu lwowskiego onr-owski incydent nie był końcem nieprzyjemności – Henryk Dembiński, lewicowy działacz społeczny i publicysta (jeden z inicjatorów zjazdu), został aresztowany za działalność komunistyczną; kilku innych uczestników zwolniono z pracy. Andrzeja Pronaszkę – odpowiedzialnego za odczyt „Sztuka plastyczna” – publicznie zganiono na łamach polskiej prasy, natomiast Bronisława Dąbrowskiego uznano za „skreślonego z listy zespołu [lwowskiego] Teatru Wielkiego” w prasie lokalnej.

A fuj!

Z wielkim zadęciem PiS i Pan Prezydent, a szczególnie Pan Prezydent, planowali wielkie uroczystości z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Uroczystości miały być tak znakomite, że pamiętano by o nich przez następne 100 lat. Z prawicowym zadęciem zapowiadano tę wielką fetę przez, bez mała, dwa lata.
Niestety, owo zadęcie przerodziło się we wzdęcie. Wzdęcie powstaje z pomieszania różnych pokarmów. W tym przypadku nawrzucano do jednego wora wiele nierealnych planów i powstało wzdęcie. Efektem wzdęcia są gazy lub puszczenie wiatrów (na jedno wychodzi). Puszczenie wiatrów nie jest przyjemne. Dlatego też Pan Prezydent postanowił nie brać udziału w patriotycznym pochodzie. Być może ze względu na tę, nieprzyjemną atmosferę. Goście zagraniczni wyczuli pismo nosem i odmówili udziału w uroczystościach. PiS także nie chce maszerować w tej dusznej atmosferze.

Prawicowo-nacjonalistyczno-faszystowski zaduch nie przeszkadza wyznawcom tych teorii. Oni będą maszerować. Dołączą do nich ich koledzy z zagranicy. Oni także lubią takie klimaty. Specyficzna atmosfera będzie potęgowana wybuchami rac i ochrypłymi okrzykami, chwalącymi białą rasę. Nic dziwnego, że taki zaduch nie będzie służyć nie tylko Panu prezydentowi, a nawet PiS-owi.

Cienka granica między zadęciem, a wzdęciem została przekroczona. Wiatr historii rozwieje ten fetor. To nacjonalistyczne wzdęcie miało także miły akcent w wyborach samorządowych. Grupy nacjonalistów i faszystów wstawiły tym razem mniej list do wyborów i listy te uzyskały wyjątkowo marne poparcie. Bo generalnie fetoru spowodowanego niezdrowym, nacjonalistycznym wzdęciem zdecydowana większość obywateli nie lubi. Zatem więcej nacjonalistycznych wzdęć na prawicy, a atmosfera w kraju w końcu się w oczyści.

Kibolskie skrzydło władzy

Europejska Unia Piłkarska wszczęła postępowanie przeciwko Polsce po meczu polskiej reprezentacji z Włochami w Lidze Narodów. Zarzuty dotyczą rasistowskiego zachowania kibiców oraz odpalania rac na stadionie w Bolonii. To kolejny tego typu incydent z całej serii – ksenofobiczne śpiewy, okrzyki, agresja, rasizm są stałymi elementami kibolskiego przekazu. Niestety, mało kto zwraca już na nie uwagę, a kolejne rasistowskie ekscesy przestają być przedmiotem zainteresowania nawet liberalnych mediów.

 

Gdy kilka lat temu Jarosław Kaczyński chwalił kiboli za patriotyzm i organizowanie patriotycznych imprez, część komentatorów mówiła, że PiS przyzwala na stadionowy rasizm i przemoc. Dzisiaj rasizmu i przemocy ze strony środowisk kibicowskich jest o wiele więcej, a mimo to temat ksenofobii i agresji środowiska kibolskiego znikł. Minister Ziobro, który wciąż powtarza frazesy o wysokich karach dla przestępców, stadionowymi chuliganami w ogóle się nie zajmuje, a wręcz im sprzyja. Na dodatek część lewicy uważa, że za agresję kiboli odpowiadają… liberałowie. To oni rzekomo swoją elitarną polityką mieli zepchnąć środowiska kibicowskie na margines, doprowadzić ich do pauperyzacji i gniewu. Jarosław Kaczyński, Paweł Kukiz czy Marian Kowalski mieli jedynie ten gniew wykorzystać.

Powyższa teoria ma jedną zasadniczą wadę – trudno uzasadnić jej związek z rzeczywistością. Nie ma żadnych danych, które dowodziłyby, że kibole to biedni, wykluczeni ludzie, czy nawet zdeklasowana klasa średnia, której sytuacja za rządów PO-PSL uległa znaczącemu pogorszeniu. Wydaje się raczej, że wśród kibiców przeważają ludzie o dość wysokich dochodach, co tym bardziej dotyczy kibiców, którzy przyjeżdżają na mecze reprezentacji rozgrywane za granicą.

Wieloletnie zabieganie o środowisko kibolskie przez skrajną prawicę zakończyło się pełnym sukcesem. Z badania Sport Analitycs z maja bieżącego roku wynika, że aż 89 proc. kibiców oddałoby swój głos na stronnictwa prawicowe i skrajnie prawicowe, czyli Kukiz’15, PiS, Ruch Narodowy, a także Wolność Janusza Korwin-Mikkego. Ksenofobiczna prawica przeniknęła do kręgów kibolskich i je zdominowała. Środowiska prawicowe konsekwentnie od lat dążą do tego, aby z kiboli uczynić swoje bojówki, które w razie potrzeby pomogą rozprawić się z lewicą i liberałami. Trudno się dziwić, że kibole wielokrotnie grozili uczestnikom demonstracji opozycyjnych wobec rządu i skandowali jawnie ksenofobiczne hasła.

W tym kontekście niełatwo zrozumieć pobłażanie części lewicy wobec kręgów kibolskich, marginalizowanie ich agresji, sugerowanie, że to prawdziwy lud, o który lewica powinna szczególnie zabiegać. Oczywiście, oburzenie moralne i politycznie potępienie kiboli niewiele da, ale nie ma sensu karmić się złudzeniami i bronić tezy, zgodnie z którą kibice to ukryty elektorat lewicy, tylko trzeba go dowartościować.

W rzeczywistości to elektorat w znacznej części zindoktrynowany i dość stabilnie podporządkowany prawicy. Część z nich należy do faszystowskich bojówek, uczestniczy w marszach ONR-u, działa w ruchu narodowym. Trudno wśród nich znaleźć ludzi, którzy stracili pracę, zostali zmarginalizowani społecznie i upokorzeni przez złowrogą, liberalną elitę. Ludzie wykluczeni społecznie i bezrobotni bardzo rzadko chodzą na stadiony – na mecze czołowych klubów piłkarskich przychodzą głównie osoby z dużych miast, nieźle sytuowani. Kibole to w dużej części bojówkarskie skrzydło władzy i zamiast do nich aspirować, lewica powinna się im przeciwstawiać. A gdy zyska siłę, wtedy i tak część z nich ją poprze.

Głos prawicy

Horoskopy to grzech!

Fronda.pl ostrzega: nie czytajcie horoskopów! Nie dlatego, że to bzdura, ale dlatego, że to grzech! Inaczej skończycie jak czytelniczka Dorota:

Zaraz po maturze pojechałam z koleżanką na Jasną Górę dziękować Matce Bożej za zdane egzaminy. W bardzo bliskiej odległości od klasztoru było dużo straganów z książkami religijnymi. Wśród nich zobaczyłam senniki oraz broszurę pt. Jak wróżyć z kart? Nie uważałam wówczas, że to coś sprzecznego z przykazaniami. Ponadto, nie spodziewałam się, żeby coś niezgodnego z wiarą mogło znajdować się w takim świętym miejscu. Zainteresowałam się parapsychologią, a więc dziedziną zajmującą się tym, co niewytłumaczalne dla rozumu ludzkiego i zachowującą ścisły związek ze złymi mocami. W moje ręce trafiły też horoskopy. Na początku miałam pewność, że są to jakieś bzdury, do których nigdy wcześniej nie przywiązywałam uwagi. Wierzyłam, że przyszłość nie należy do nikogo innego, jak tylko do Boga, który w swej Opatrzności prowadzi nas zgodnie ze swym planem miłości. Teraz jednak zaczęłam się mocno zastanawiać, czy rzeczywiście moje życie nie jest podporządkowane bezosobowym gwiazdom. A skoro tak, to po cóż się modlić?

Nigdy też nie przypuszczałam, że diabeł może działać przez sen. Nagle pojawiły się dziwne sny. Przypomniałam sobie, że kiedyś kupiłam senniki w Częstochowie. Zaczęłam więc tłumaczyć na ich podstawie treść snów. Zrozumiałam jednak, że wdepnęłam w coś złego, ale nie wiedziałam dokładnie w co. Wtedy właśnie poszłam przed obraz Matki Bożej Miłosierdzia, prosząc Maryję o ratunek dla mnie. Odczułam konieczność pójścia do spowiedzi. Ksiądz zadał mi za pokutę przeczytanie fragmentu Pisma św. mówiącego o zwycięskiej walce na niebie św. Michała Archanioła ze złymi duchami. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że złe duchy rzeczywiście istnieją i pragną zarazić nas swą pychą i buntem przeciwko Bogu.

Przez całe życie darzyłam Matkę Bożą wielką miłością. To Ona uchroniła mnie od całkowitego popadnięcia w niewolę złych mocy. Zerwałam całkowicie ze wszystkimi praktykami mającymi jakikolwiek związek z okultyzmem. Po nawróceniu doświadczyłam, jak wiele szkód i ran na mojej duszy i ciele spowodował okultyzm – religia szatana.

 

Niech się Pan walnie w czoło!

Rafał Ziemkiewicz jest oburzony, że Patryk Jaki (wreszcie!) dostrzegł ruchy faszystowskie w Polsce. Za dorzeczy.pl:

Kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Warszawy odniósł się do złożonego przez Rafała Trzaskowskiego wniosku do Prokuratora Generalnego dotyczącego delegalizacji Obozu Narodowo Radykalnego. – Ja mogę się nawet podpisać pod tym wnioskiem, ale to jest sprawa nieistotna z punktu widzenia przyszłości naszego miasta – stwierdził. – Ja już szybciej wnioskowałem o delegalizację ruchów faszystowskich w Polsce, m.in. szybciej napisałem wniosek o delegalizację jednego z takich ruchów – podkreślił Jaki.
„Panie ⁦Patryku Jaki⁩, naprawdę palnął Pan, że też jest za delegalizacją ONR?! Może tę tablicę też Pan każesz wyrwać z muru? A szkołom ONR-owca Bytnara „Rudego” zmienić patrona? Może na Geremka?! Niech Pan się walnie w czoło póki czas, zanim zmarnuje co dotąd osiągnął!” – napisał Ziemkiewicz, załączając do wpisu zdjęcie tablicy upamiętniającej Narodowe Siły Zbrojne walczące w zgrupowaniu Chrobry II w Powstaniu Warszawskim”.

 

Kpina z Boga

Związki homoseksualne, którym chce się nadać wartość małżeństwa, nie mają nic wspólnego z Bożym zamysłem wobec człowieka i są szyderstwem z Boga i Jego najwspanialszego dzieła, jakim jest człowiek – powiedział abp Marek Jędraszewski podczas uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. I jest z siebie dumny.

Głos lewicy

Warszawa wolna od nacjonalizmu, faszyzmu i chuliganerii

– Spotkaliśmy się w tym miejscu, ponieważ pracuje tu znakomity urzędnik miasta, a ten urzędnik to pani dyrektor Ewa Gawor. Pragnę zadeklarować, iż zawsze będę bronił rzetelnie wykonujących swoje obowiązki urzędników miasta – powiedział Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej przed urzędem miasta stołecznego Warszawy, podczas której wystąpił w obronie urzędniczki stołecznego ratusza, która rozwiązała marsz środowisk narodowych. – Nie boję się faszystów, nie boję chuliganów, nie boję się narodowców i innych ekstremistów. Uważam, że Warszawa powinna być wolna od faszyzmu, a także od innych sił, które przynoszą nam wstyd na arenie międzynarodowej. I to jest moja pierwsza obietnica wyborcza: Warszawa wolna od sił skrajnie nacjonalistycznych, faszyzmu i chuliganerii – oświadczył kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy 13 sierpnia 2018 r.
– Pragnę podkreślić, iż to co robi pani Ewa Gawor jest doceniane od wielu, wielu lat i jest to znakomita ekspertka i dzięki niej, my warszawiacy cieszymy się bezpieczeństwem na różnego rodzaju demonstracjach, pikietach i marszach – podkreślił Rozenek.
Polityk SLD ocenił, iż „nie może być tak, że PiS-owski urzędnik z IPN-u zaczyna lustrację tylko dlatego, że dyrektor Gawor dobrze wykonała swoją pracę”. – Dość tego grania teczkami, dość wyciągania z IPN-u haków. Od dawna o tym mówimy – IPN jest instytucja do likwidacji – stwierdził.
– PiS od dawna stosuje odpowiedzialność zbiorową, czepiając się ludzi, że w PRL-u coś robili. Ludzie, którzy pracowali i służyli w PRL-u, tak jak pani Gawor, zasłużyli na szacunek, ponieważ nie robili niczego złego a wręcz przeciwnie służyli Polsce – podsumował Rozenek.
– Pani Ewa Gawor została zlustrowana przez IPN za to, że była, jak ją określano, funkcjonariuszem służb bezpieczeństwa Polski w okresie Polski Ludowej. Pracowała w departamencie PESEL, w ten departament również funkcjonuje w III Rzeczpospolitej i taki departament jest niezbędny w każdym systemie państwowym – poinformował podczas konferencji prasowej Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych. – W departamencie PESEL kiedyś wykonywano te same czynności, które wykonuje się dzisiaj – dodał.
– To co bulwersuje nas, jako środowisko mundurowe to działalność IPN-u swoistej policji politycznej. Nie zrobisz coś po naszej myśli to natychmiast zostaniesz przez nas zaatakowany – tak działa ta instytucja – ocenił Czarnecki. – Pani Ewa Gawor, którą osobiście znam, podjęła decyzję w stosunku do rozwiązania marszu narodowców w oparciu o dokumenty znane wszystkim – stwierdził.
– Mam prawo o tym mówić, ponieważ przez kilka lat byłem delegatem Polskiego Związku Piłki Nożnej, wiem, że dzisiejsi policjanci byli doskonale szkoleni na temat symboli i znaków, które są niedopuszczalne w przestrzeni publicznej. Takim przykładem jest liczba 88, przeciętnemu odbiorcy nic to nie mówi, ale dla osób rozumiejących ten przekaz to jest to HH. Dla mnie osobiście zwrot „heil Hitler” jest rzeczą niedopuszczalną – podsumował. – A takie symbole są funkcjonują na marszach narodowców – dodał.
Prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych oznajmił, iż jest mu przykro, iż jego młodsi koledzy policjanci, którzy zabezpieczają tego typu imprezy zapominają o wiedzy na temat tego typu symboliki. – Gwarantuje państwu, że wiedzą co jest zabronione – dodał.
– My jako Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych również będziemy się stać murem za wszystkimi ludźmi, za wszystkim byłymi funkcjonariuszami, którzy dobrze wykonywali swoje obowiązki bez względu na ustrój panujący w Polsce. Jest rzeczą haniebną, że przedstawiciel władzy posuwa się do rzeczy tak niskich, jak atak na człowieka tylko dlatego, że rzetelnie wykonuje swoje obowiązki. Jest to niedopuszczalne – oświadczył Zdzisław Czarnecki.

Źródło: sld.org.pl