Polityka wojny

Wystąpienia Donalda Trumpa i Johna Boltona na forum ONZ nie pozostawiają wątpliwości: Stany Zjednoczone będą kontynuować politykę wojny i samoizolacji.

 

Sposób, w jaki Stany Zjednoczone zaprezentowały się światu na wtorkowej sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie był już dla nikogo zaskoczeniem. Zarówno prezydent Donald Trump, jak i jego doradca ds. międzynarodowych John Bolton, wykorzystali przypadek Iranu do podkreślenia, że kraje, które szukają geopolitycznej niezależności względem USA, zasługują przede wszystkim na obelgi i groźby.

Bolton oskarżył władze Iranu o to, że „kłamią, oszukują i zwodzą”. Grzmiał: – Skończyły się czasy bezkarności Teheranu i jego stronników. Ten morderczy reżim i jego sojusznicy odczują poważne konsekwencje, jeżeli nie zmienią postępowania. Chcę być dobrze zrozumiany: obserwujemy was i przyjdziemy po was! Bolton wydawał się sugerować, że źródłem całego potępienia dla Iranu jest polityka Teheranu niezgodna z interesem USA: – Jeżeli zagrozicie naszym sojusznikom, partnerom, albo obywatelom, to rozpęta się piekło.

John Bolton jest politykiem od lat znanym z tego, że opowiada się za podjęciem siłowych kroków wobec Teheranu, łącznie z interwencją wojskową. Po zerwaniu przez Trumpa porozumienia nuklearnego z Iranem, zarówno on, jak i prezydent wielokrotnie stosowali groźby wobec tego kraju. Ostatni raz Bolton dał do zrozumienia, że celem USA jest obalenie władz w Teheranie, podczas wizyty w Paryżu, gdzie przemawiał do członków irańskiej organizacji opozycyjnej.

Przed Boltonem na forum ONZ przemawiał sam Trump. On również nie zostawił suchej nitki na Iranie, który jego zdaniem sieje “śmierć, chaos i zniszczenie” w regionie Bliskiego Wschodu. – Nie szanuje granic swoich sąsiadów i suwerenności innych narodów – twierdził prezydent USA. Nawiązał do wojny toczącej się w Syrii, gdzie Iran jest jedną z sił: – Każde rozwiązanie, które ma służyć rozwiązaniu kryzysu humanitarnego w Syrii, musi uwzględniać istnienie zdeprawowanej dyktatury w Iranie.

Zwracając się do Zgromadzenia Ogólnego Trump jasno podkreślił, że USA zamierza kontynuować politykę izolacjonizmu, wyrażoną wcześniej decyzjami o wycofaniu się z Paryskiego Porozumienia Klimatycznego, z Rady Praw Człowieka ONZ, krytyką NATO i nieliczeniem się z partnerami europejskimi.

– Nigdy nie poświęcimy suwerenności Ameryki dla niewybranej przez nikogo i nieodpowiedzialnej globalnej biurokracji – ostrzegał Trump – W Ameryce rządzą Amerykanie. Odrzucamy ideologię globalizmu, a przyjmujemy doktrynę patriotyzmu.

Tymczasem Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Rosja i Chiny, które były sygnatariuszami umowy z Iranem zerwanej przez Trumpa zastawiają się, jak dalej robić interesy z Teheranem unikając sankcji USA. Zapowiedzieli stworzenie nowego mechanizmu płatniczego zakładającego powołanie spółki celowej. Odniósł się do tego John Bolton: – Nie zamierzamy dopuścić, by nasze sankcje były obchodzone przez Europę czy kogokolwiek innego. W listopadzie mają wejść w życie kolejne sankcje handlowe, który dotknie irańską branżę naftową i bank centralny.
Prezydent Iranu Hassan Rouhani również przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Do słów Trumpa odniósł się zarzucając mu “słabość intelektu”. Zarysował ramy polityki międzynarodowej Iranu w zupełnie innym tonie niż USA: – Żadnej wojny, żadnych sankcji, żądnych gróźb ani nękania. Tylko działania zgodne z prawem i wypełnianie zobowiązań.

Błogosławiona wojna

Donald Trump niczym papież powołał się na Boga i błogosławił narody przemawiając na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Niczym cesarz, wymienił kraje, które nie podobają się imperium amerykańskiemu, z Iranem w roli głównej. Z mównicy ziało wojną. Nie tą w Afganistanie, toczoną od 17 lat, którą Amerykanie przegrywają, ale nowymi, w których zwycięstwo i porażka nie będą się liczyć, a stawką będzie samo trwanie wojny.

 

Gdy Trump gromił Iran z mównicy, jego administracja ogłosiła, że wojsko USA zostanie w Syrii tak długo, aż wyjadą stamtąd Irańczycy, którzy pomagają temu krajowi walczyć z dżihadyzmem.

To znaczy, że Ameryka trzeci raz zdecydowała o celu syryjskiej wojny: najpierw było nim obalenie prezydenta al-Asada, potem walka z dżihadyzmem, a teraz „powstrzymywanie Iranu”, którego boi się Izrael.

Syria już od prawie ośmiu lat jest bożym igrzyskiem: dziś działa tam pięć armii, które nie przestają niebezpiecznie ocierać się o siebie. Trump właśnie wymyślił, że przyda się po Afganistanie kolejna wieczna wojna. W świetle prawa międzynarodowego, Irańczycy walczą w Syrii legalnie, a Amerykanie nielegalnie, ale to już też nie ma znaczenia. Ryzyko eskalacji zostanie podwyższone, kraj pozostanie beczką prochu, zmieniony w terytorium pośredniej wojny USA przeciw Iranowi.

Zmiana rządu w takim kraju jak Wenezuela została zapowiedziana przez Trumpa nie z mównicy, ale w czasie konferencji prasowej w ONZ, jakby to był jakiś drobiazg, o którym zapomniał przed wyjściem. „Słowo daję”, Maduro „mógłby być bardzo szybko obalony przez wojsko, jeśli żołnierze zdecydują się na to”. Z trybuny mówił jedynie o wenezuelskich uchodźcach, nałożył kolejne sankcje. „Każda sankcja rządu gringo poza tym, że jest nielegalna i bezużyteczna, to dla nas rewolucjonistów medal” – odpowiadał prezydent Maduro. Nazwał Amerykanów „śmierdzącymi tchórzami”.

Ale Wenezuela nie liczy się tak oczywiście, jak Iran. To już ostatnie państwo nieprzychylne USA w regionie, które trzyma się jeszcze na nogach. W porównaniu z sojusznikiem amerykańskim Arabią Saudyjską to kraj wolności obywatelskich, ale nie o to chodzi. Trzeba go złamać, by nie kwestionował hegemonii imperium i władzy jego lokalnych sojuszników. Prezydent Francji Macron krzyczał cienkim głosem z mównicy, że „prawo silniejszego” nie może decydować w kwestii irańskiej, ale nie był już gwiazdą jak na swym pierwszym Zgromadzeniu Ogólnym, większość mu raczej nie wierzyła.

Trump wygłosił przemówienie w ONZ, jakby to był jego mityng wyborczy. Zachwalał się jak sprzedawca ryb na targu przed nadchodzącymi, jesiennymi wyborami do Kongresu. Jest taka teoria, że przestanie napinać mięśnie po wyborach, że się uspokoi, a na razie to wszystko musi wyglądać tak komiksowo. Nie. Rząd amerykański podejmuje konkretne, długoterminowe działania na rzecz kolejnej wojny, perpetuum mobile polityki imperium.

Widmo głodu

Klęska głodu na świecie osiągnęła rozmiary nieznane od przeszło dekady. Według raportu ONZ, który w tym tygodniu ujrzał światło dzienne, w 2017 roku z powodu niedożywienia cierpiało 821 milionów ludzi. Oznacza to, że żywności brakowało dla co dziewiątego mieszkańca globu.

 

Ten alarmujący trend utrzymuje się już od trzech lat. W porównaniu z rokiem 2014, kiedy na brak dostępu do odpowiedniej ilości żywności cierpiało niespełna 784 milionów osób, liczba głodujących zwiększyła się o prawie 40 milionów. Jak przyznaje Cindy Holleman, ekonomistka z FAO, czyli agendy ONZ ds. wyżywienia i rolnictwa, chociaż „wiele państw i organizacji osiągnęło znaczne postępy w redukcji głodu, w skali globalnej jest on na tym samym poziomie, co niemal dekadę wcześniej”.

Do feralnego 2014 roku liczba głodujących systematycznie spadała. W przeciągu dekady udało się ją zmniejszyć o ponad 160 milionów, głównie dzięki wspólnemu wysiłkowi FAO i poszczególnych rządów. Faktycznie wciąż jeszcze daleko do poziomu z 2005 roku, kiedy aż 945 milionów osób cierpiało z powodu niedożywienia. Tym razem jednak powstrzymanie negatywnego trendu może być o wiele trudniejsze niż poprzednio.

Zdaniem ONZ za rozprzestrzeniającą się klęskę głodu na świecie przede wszystkim odpowiadają trzy czynniki. Pierwszy z nich to konflikty zbrojne. Nie tylko rośnie ich liczba – w 2015 roku odnotowano ich aż 50 (o dziewięć więcej niż rok wcześniej) – ale także wydłuża się czas ich trwania. Jednym z najtragiczniejszych przykładów jest Syria, gdzie wojna domowa ciągnie się już ósmy rok, a jej końca nie widać. Jednak podobnych konfliktów, nie tylko na Bliskim Wschodzie czy w Afryce, jest znacznie więcej.

Kolejnym czynnikiem utrudniającym walkę z głodem jest zapaść ekonomiczna. Kryzys gospodarczy z 2008 roku ostudził zapał wielu państw w niesieniu pomocy charytatywnej. Co więcej, przedsiębiorstwa niechętnie lokują swoje inwestycje w regionach o niestabilnej sytuacji politycznej, a do takich należą te z największym odsetkiem głodujących. Często także popyt na rynkach zachodnich winduje ceny żywności w krajach rozwijających się. Chociaż zatem w skali globalnej odsetek osób znajdujących się w skrajnym ubóstwie systematycznie maleje, w wielu przypadkach wzrost wynagrodzeń nie nadąża za kosztami życia.

Trzeci czynnik to globalne ocieplenie. Zdaniem autorów raportu to właśnie zmiany klimatyczne głównie odpowiadają za to, że mimo podjętych przez społeczność międzynarodową starań, nadal rośnie liczba osób cierpiących głód: „Zmiany klimatu już teraz w niektórych regionach skutecznie utrudniają produkcję żywności. Jeśli zatem szybko nie zostanie podjęte działanie w celu ograniczenia ryzyka klęsk żywiołowych, sytuacja jedynie się pogorszy, można bowiem spodziewać się dalszego i do tego drastycznego wzrostu temperatur”.

Najgorzej sytuacja wygląda w Afryce, gdzie odsetek głodujących jest najwyższy. Szacuje się, że brak odpowiedniej ilości żywności dotyczy ponad 256 milionów ludzi, czyli prawie 21 proc. populacji całego kontynentu. Oznacza to powrót do poziomu sprzed dekady. Ponad pół miliarda osób cierpi z niedożywienia w Azji, chociaż w tym przypadku nastąpiła nieznaczna poprawa. Zdaniem ONZ szczególnie zagrożona klęską głodu jest natomiast Ameryka Południowa. W ciągu ostatnich trzech lat odsetek głodujących na tym kontynencie wzrósł do pięciu procent.

Jednocześnie można zauważyć systematyczny wzrost liczby osób zmagających się z otyłością. Jak zauważają autorzy raportu, nadwaga i związane z nią choroby stanowią poważne zagrożenie dla ponad 672 milionów osób powyżej 18. roku życia na całym świecie, czyli jednej ósmej globalnej populacji dorosłych. W porównaniu z rokiem 1975 oznacza to trzykrotny wzrost. Szczególnie niepokoi otyłość wśród niepełnoletnich. Szacuje się, że obecnie z nadwagą zmaga się ponad 38 milionów dzieci, z czego aż 46 procent z nich żyje w Azji.

Głód i otyłość – dwa skrajnie różne, wydawałoby się, problemy – dotyczą przede wszystkim najuboższych grup społecznych. Z jednej bowiem strony konflikty zbrojne czy klęski żywiołowe zmuszają miliony ludzi do głodowania, które często przybiera stały charakter. Z drugiej, rosnące koszty żywności skazują następne miliony na tzw. śmieciowe jedzenie – tanie, lecz ubogie w wartości odżywcze. Nie przez przypadek wygląd i waga ciała stały się obecnie jednym z najważniejszych wyznaczników przynależności klasowej. To, do jakiego klubu fitness należymy, decyduje o naszym statusie nie mniej niż samochód, którym jeździmy i dzielnica, w której mieszkamy.

Aborcja prawem kobiety

…również tej niepełnosprawnej.

 

Dwa komitety ONZ wydały wspólne oświadczenie dla prasy, w którym udowadniają, że dostęp do bezpiecznej i legalnej aborcji, jak również związanych z nią usług i informacji są podstawowymi aspektami zdrowia reprodukcyjnego kobiet”. Oświadczenie powstało na marginesie dyskusji, jaka wywiązała się w Genewie podczas 20. sesji Komitetu Praw Osób z Niepełnosprawnościami. Sprawdzano tam, czy Polska wywiązuje się z konwencji ratyfikowanej w 2012 roku.
Konwencję Praw Osób z Niepełnosprawnościami Polska ratyfikowała w 2012 roku – od tego czasu ONZ-owskie komitety nie sprawdzały, w jakim stopniu się z niej wywiązuje. Aż do teraz. W sesji w Genewie wzięła udział liczna delegacja rządowa (20 osób), a także Sylwia Spurek w zastępstwie Adama Bodnara.
Przedtem swoje raporty do Komitetu Praw Osób z Niepełnosprawnościami (CRPD) na temat przestrzegania konwencji słały przeróżne organizacje: między innymi kobiece, z FEDERą na czele, ale również biuro RPO, a także Ordo Iuris, które stało na straży przekonania, że prawa osób niepełnosprawnych są sprzeczne z postulatami równości płci w kwestii praw reprodukcyjnych. Polska nie zaprezentowała się przed komitetem ONZ jako państwo troskliwe i otwarte na problemy osób z niepełnosprawnościami.
Strona rządowa przekonywała, że przygotowuje liczne programy wspierające niepełnosprawnych (300 plus, dostępność plus, Za życiem), jednak Sylwia Spurek w swoim wystąpieniu obnażyła hipokryzję rządzących, nawiązując chociażby do kwietniowej okupacji Sejmu i ostatnich protestów ulicznych.
„Po ratyfikacji Konwencji w 2012 r. Polska potwierdziła, że osoby z niepełnosprawnościami mają prawo do pełnego i równego korzystania ze wszystkich praw człowieka. Niestety, w wielu obszarach wciąż brakuje rozwiązań, które by realizowały ten cel” – mówiła podczas swojego wystąpienia. – „Środki prawne przeciwdziałające dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność nie są skuteczne. Ustawa o równym traktowaniu zakazuje dyskryminacji osób z niepełnosprawnościami jedynie w zakresie kształcenia zawodowego i zatrudnienia”. Spurek mówiła między innymi o problemach niepełnosprawnych kobiet w Polsce, udowadniała, że ich prawa reprodukcyjne i seksualne są łamane.
Komu bardziej skłonny jest uwierzyć ONZ, widać wyraźnie we wspólnej enuncjacji prasowej dwóch agend: Komitetu Praw Osób z Niepełnosprawnościami (tego, który „przesłuchiwał” polską delegację) i Komitetu w Sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Kobiet.
Przewodnicząca pierwszej organizacji podkreśliła, że „przeciwnicy praw reprodukcyjnych i autonomii często usilnie i umyślnie odwołują się do praw osób z niepełnosprawnościami po to, by ograniczyć uprawniony dostęp kobiet do bezpiecznej aborcji”. Komitety wyraźnie podkreślają w swoim stanowisku, że prawa kobiet oraz prawa osób z niepełnosprawnościami nie stoją w sprzeczności. Należy tu skupić się na dwóch przesłankach: po pierwsze każda kobieta, również ta z niepełnosprawnością, zasługuje na pełny dostęp do aborcji, antykoncepcji oraz edukacji seksualnej. Drugi aspekt to tzw. przesłanka embriopatologiczna: wielu zwolenników anti-choice udaje, że nie dostrzega, iż wada płodu może dopiero skutkować niepełnosprawnością, jednak każda kobieta ma prawo do tego, by sama z decydować, jak wielki ciężar (m.in. w zakresie wychowania chorego dziecka) jest w stanie na siebie przyjąć. W ten sposób stanowisko to rozbiło w proch wcześniejszą argumentację rządu i Ordo Iuris.

Przy aprobacie świata

Trudno ustalić konkretną liczbę ofiar cywilnych wojny domowej w Jemenie. Większość szacunków mówi o 11 tysiącach, choć pojawiają się i takie, według których trwający już niemal trzy i pół roku konflikt pochłonął nawet 50 tysięcy osób. Jedno jest pewne – zbrodnie wojenne popełnia się na porządku dziennym. Przy aprobacie świata.

 

W miniony wtorek, 28 sierpnia, grupa ekspertów powołanych przez ONZ do zbadania sytuacji w Jemenie, ogłosiła, że wojna prowadzona jest „z zupełnym lekceważeniem losu milionów cywilów”. Zdaniem grupy, zarówno koalicyjne wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (wspierane sprzętowo m.in. przez USA i Wielką Brytanię), jak i sprzymierzeni z Iranem rebelianci Huti, świadomie atakują cele cywilne. „Mamy uzasadnione podstawy, aby twierdzić, że siły rządowe, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska odpowiadają za łamanie praw człowieka. Żadna ze stron nawet nie próbuje ograniczyć liczby cywilnych ofiar” – przyznał Charles Garraway, brytyjski prawnik i jeden z członków grupy.

Tymczasem niemal każdego tygodnia media donoszą o kolejnych ofiarach. Na inaugurację swojej interwencji zbrojnej w marcu 2015 r., saudyjskie lotnictwo zrównało z ziemią obóz dla uchodźców, rynek oraz przychodnię w północnym Jemenie. Do najkrwawszego ataku doszło zaś 8 października 2016 r., kiedy Saudyjczycy zbombardowali halę, w której odbywała się ceremonia pogrzebowa. Szacuje się, że zginęło wówczas 155 osób, a ponad pół tysiąca został rannych. Zaledwie trzy tygodnie temu jedna z bomb spadła na autobus szkolny, zabijając 40 dzieci. Jak dowiodło tego niedawne śledztwo dziennikarzy CNN, znaczna część broni wykorzystywanej przez siły koalicyjne pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. W listopadzie 2017 r. senator Chris Murphy wprost oskarżył USA o współudział w doprowadzeniu do „humanitarnej katastrofy” w Jemenie.

W stosunku do Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, opublikowany 28 sierpnia raport specgrupy ONZ stwierdza: „Wojska koalicyjne od marca 2015 r. nałożyły poważne ograniczenia w dostępie – drogą morską i powietrzną – do Jemenu. Mamy poważne podstawy, aby sądzić, że te ograniczenia łamią międzynarodowe prawo humanitarne. Co więcej, zamknięcie dostępu do portu w Sanie łamie prawo chroniące chorych i rannych. Zważywszy na przyświecające im intencje, powyższe działania można uznać za zbrodnie wojenne.

Chociaż zdaniem ONZ za większość ofiar cywilnych odpowiada saudyjskie lotnictwo, również rebelianci Huti nie przebierają w środkach, aby osiągnąć przewagę militarną. W listopadzie 2017 r. wspierane przez Iran siły ostrzelały cywilne osiedle w mieście Taiz w południowozachodnim Jemenie. Siedmioro dzieci zginęło, a czwórka odniosła poważne rany. Dodatkowo, wysoką – choć trudną do oszacowania – liczbę ofiar powodują blokady miast, które uniemożliwiają organizacjom humanitarnym dotarcie z żywnością i lekarstwami.

Obserwatorzy ostrzegają, że przedłużające się walki nieuchronnie prowadzą do klęski głodu, która może pochłonąć nawet 8 milionów istnień ludzkich. Oznacza to, że wkrótce jedna czwarta całej populacji zostanie pozbawiona jedzenia i wody. Jak zwykle do najbardziej poszkodowanych należą najmłodsi. Dzieci są narażone nie tylko na głód i przemoc, ale także na brak dostępu do edukacji. Kolejny rok nie zdołano uruchomić większości szkół, co będzie niosło konsekwencje dla Jemenu na wiele lat już po zakończeniu wojny.

Co więcej, obie strony bezpośrednio wykorzystują niepełnoletnich do walki. Według raportu ONZ, „zarówno jemeński rząd i koalicyjne siły, jak również rebelianci Huti, przymuszają dzieci do służby wojskowej lub do udziału w grupach paramilitarnych, aktywnie wykorzystując ich w organizowanych przez siebie aktach przemocy. W większości przypadków, pobór dotyczy dzieci w wieku od 11 do 17 lat, lecz mówi się także o rekrutowaniu nawet ośmiolatków”.

Opublikowany raport wskazuje także na pogarszającą się sytuację kobiet: „Świadkowie i ofiary opisują ciągłą i powszechną agresję sił wojskowych, włączając w to przemoc seksualną, której dopuszczają się m.in. żołnierze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Wśród przykładów znajdują się gwałty – dokonywane na kobietach i mężczyznach – oraz seksualne wykorzystywanie uchodźców, migrantów i pozostałych podatnych grup”. Tym samym potwierdzone zostały doniesienia Associated Press z czerwca, mówiące o funkcjonowaniu w Jemenie 18 tajnych więzień, gdzie przetrzymywani poddawani są torturom i gwałtom.

Reakcja zainteresowanych stron na raport ONZ nie napawa nadzieją. James Mattis, sekretarz obrony USA, oświadczył, że Stany Zjednoczone nie zauważyły, aby w Jemenie dochodziło do „lekceważenia ludzkiego życia”. Jego zdaniem wojska koalicyjne uczą się na błędach i czynią wszystko, co możliwe, by zapobiec kolejnym ofiarom. Podobne zdanie wyraziły Wielka Brytania i pozostałe zachodnie państwa, dla których przedłużająca się wojna w Jemenie to doskonała okazja do sprzedaży sprzętu wojskowego. Z kolei dwa najbardziej zainteresowane państwa, tj. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, obiecały „szczegółowe zapoznanie się z raportem”, zastrzegając jednak, że najważniejszym celem jest powstrzymanie „irańskiego okrążenia” w regionie.

O raporcie ONZ milczą światowe media. Poza drobnymi wzmiankami, zarzuty o zbrodnie wojenne nie doczekały się głębszej analizy ani w USA, ani w Unii Europejskiej. Tymczasem bez presji mediów i społeczeństw na próżno oczekiwać szybkiego zakończenia wojny w Jemenie. Przy tak wielu zaangażowanych interesach i pieniądzach, nawet 50 tys. ofiar okazuje się zbyt małą ceną.

Ostrzeżenie

Rosjanie przestrzegają USA przed prowokacją ataku chemicznego i tworzą „tarczę” nad Syrią z okrętów swojej floty na Morzu Śródziemnym.

 

Rosjanie ściągając w ostatnich miesiącach i tygodniach okręty z Floty Czarnomorskiej, Floty Bałtyckiej, Flotylli Kaspijskiej i Floty Północnej utworzyli potężne zgrupowanie sił morskich, operujące we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Skład i wyposażenie okrętów pływających pod banderą św. Andrzeja opodal Syrii, sprawiają, że eskadra ta może skutecznie przeciwstawić się operującej na Morzu Śródziemnym 6 Flocie US Navy, mimo jej wzmocnienia nie tak dawno przez grupę lotniskowcową na czele z USS „Harry Truman”. Rosyjski MON i ambasador Rosji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przestrzegają zachodnich partnerów przed wyreżyserowaną prowokacją chemiczną na wzór tegorocznej w Dumie i w Chan Szeikhoun z roku 2017. Inscenizacja ataku chemicznego na rebeliantów, przypisanego wojskom rządowym ma być kolejny raz pretekstem, do przygotowywanego według Moskwy ataku sił USA, Wielkiej Brytanii i Francji na Syrię.

 

Generał Konaszenkow ujawnia fakty zdobyte przez GRU

W niedzielę 26 sierpnia, na specjalnej konferencji prasowej oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MON, generał Igor Konaszenkow poinformował, o zdobytych zapewne przez rosyjski wywiad wojskowy (Gławnoje Razwiedywatielnyje Uprawlienje) danych świadczących o przygotowywanej prowokacji użycia broni chemicznej na terenie Syrii. Przypisane ma to być armii rządowej i stać się pretekstem do nalotów USA na ten kraj. Według Rosjan przedstawiciele „Białych Kasków”, dostarczyli duży ładunek środków trujących do miasta syryjskiego Sarakaib. Warto przypomnieć, że to pseudohumanitarna organizacja, finansowana między innymi ze środków budżetu USA, której członkowie spreparowali tzw. atak chemiczny na szpital w Dumie. Po wyzwoleniu terenów południowej Syrii z rąk terrorystów przez wojska rządowe i rosyjskie, ludzi tych armia Izraela ewakuowała, na prośbę Waszyngtonu, Kanady i krajów europejskich z terytorium Syrii do Izraela, potem przekazała do Jordanii.

Owe środki trujące dostarczono dwoma ciężkimi ciężarówkami do magazynów organizacji rebelianckiej „Achrar Asz-Szam”. Jak później uzupełniał generał Aleksiej Cygankow – dowódca Rosyjskiego Centrum Rozejmowego dla walczących stron w Syrii, ciężarówki eskortowało 8 członków organizacji „Białe Kaski”, a na składzie oczekiwali na nich dwaj wysokiej rangi dowódcy polowi rebeliantów. Później część ładunku była przewieziona w inne miejsce stacjonowania bojowników w południowej części prowincji Idlib, gdzie planuje się dokonać inscenizacji użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście, „przypadkiem”, tak jak w Dumie, nastąpi to w świetle kamer zachodnich stacji TV, dysponujących łącznością satelitarną i trafi na pierwsze strony gazet, ekrany wiodących stacji TV i portali internetowych. Wzburzona drastycznymi obrazami porażonych gazem dzieci i kobiet opinia publiczna państw zachodnich zażąda „reakcji cywilizowanego świata na barbarzyństwo reżimu Asada”. Rządzący tylko na to czekają i rozpoczną się wówczas na Syrię naloty USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Generał Konaszekow poinformował też, że do miejscowości Chabit przybyli brytyjscy specjaliści z prywatnej firmy wojskowej „Oliva”, powiązanej z brytyjskim wywiadem. Dostarczono zbiorniki z chlorem. Wszystko to ma służyć inscenizacji zastosowania przez siły rządowe nalotu „bombami beczkowymi” z gazem bojowym czy też ostrzału rakietowego chlorem.

Rosyjski wywiad odnotował też, że na wody Zatoki Perskiej wpłynął niszczyciel US Navy, USS „Sullivans” klasy „Arleigh Burke” z 56 rakietami manewrującymi UGM-109 „Tomahawk”, zaś do bazy USA w Katarze przybył bombowiec strategiczny B1B z 24 rakietami manewrującymi AGM-158 JASSM. Według Rosjan świadczyć to ma o przygotowaniu Amerykanów do ataku lotniczo-rakietowego na Syrię.

 

Wasilij Niebienzia ostrzega na forum ONZ o cynicznych planach Wielkiej Brytanii

28 sierpnia odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w kwestii zaostrzającej się sytuacji w Syrii, a konkretnie w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib, będącej jedną ze stref deeskalacji. Warto w tym kontekście zauważyć, że 23 sierpnia do Moskwy przybył szef sztabu armii tureckiej, generał Hulusi Akar. Towarzyszył mu kierujący wywiadem Hakan Fidan i minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Po drugiej stronie stołu do rozmów zasiadł generał Siergiej Szojgu – szef rosyjskiego MON, Siergiej Ławrow – szef MSZ i sam prezydent Rosji Władimir Putin. Rosjanie na przestrzeni ostatnich tygodni regularnie są atakowani w bazie Chmejmim nalotami samolotów bezpilotowych wypuszczanych przez rebeliantów z prowincji Idlib, a wojska syryjskie i ludność cywilna – w tym miasto Allepo – podlega ostrzałowi rakietowemu. Przeszło 40 sztuk rebelianckich BSL zestrzeliły rosyjskie systemy przeciwlotnicze „Pancyr-S”. Wojska syryjskie i Rosjanie koncentrują się więc do ofensywy. Na dużej części strefy deeskalacji Idlib zabezpieczanej przez wojska tureckie działa syryjska filia terrorystycznej Al-Kaidy, czyli Front An-Nusra – organizacja uznana przez ONZ za terrorystyczną. Rosjanie ustalili z Turkami zasady „oczyszczenia” prowincji z sił terrorystów, a Turcja wynegocjowała ochronę obszarów kontrolowanych przez podległych sobie i od lat sponsorowanych przez Ankarę niektórych syryjskich ugrupowań rebelianckich.

Na posiedzeniu RB ONZ dyplomaci krajów zachodnich wyrazili zaniepokojenie losem ludności cywilnej w tym kobiet i dzieci w obliczu zbliżającej się ofensywy wojsk rządowych. Ambasadorzy Wielkiej Brytanii, Francji i USA zagrozili użyciem siły w przypadku zastosowania przez żołnierzy prezydenta Asada zabronionej konwencjami broni chemicznej i wezwali kraje tzw. „Procesu Astańskiego”, gwarantów strefy deeskalacji Idlib (Iran, Rosja, Turcja) o powstrzymanie Damaszku przed agresją na własnych obywateli. W odpowiedzi ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia przypomniał kolejny raz, że Syria zlikwidowała swoje arsenały chemiczne i takowej broni nie posiada. Przypomniał też, że poprzednie ataki na Syrię dokonane przez USA, Wielką Brytanię i Francję nie opierają się o dowody, a o cynicznie zaplanowane prowokacje jak zdemaskowana przez Rosjan prowokacja „Białych kasków” użycia broni chemicznej w mieście Duma. Szczegółowo rosyjski ambasador poinformował społeczność międzynarodową, na bazie informacji zdobytych przez rosyjski wywiad, o przygotowywanej nowej inscenizacji użycia broni chemicznej przez wojska rządowe, co ma stać się pretekstem do nalotów na Syrię. Przestrzegł on „zachodnich partnerów” przed tym cynicznym krokiem. Ambasador Wielkiej Brytanii kategorycznie odrzuciła te oskarżenia, powołując się na brytyjski MON. Przed posiedzeniem RB ONZ wydała zaś oświadczenie, nazywając informacje rosyjskiego MON „śmiesznymi i absurdalnymi, „fake newsami”, typowymi dla standardów rosyjskiej propagandy”. W odpowiedzi, Wasilij Niebienzia poinformował, że „rosyjskie Ministerstwo Obrony nie ma w nawyku wydawać absurdalnych, śmiesznych, fejkowych oświadczeń. Może to zwyczaj MON innych krajów, ale na pewno nie Rosji. Jeśli rosyjski MON coś mówi, to wie co mówi”. Rosyjski ambasador wcześniej informował o prowadzonej przez władze Syrii, wspieranej przez Rosjan, szerokiej akcji powrotu uchodźców do domów i o odbudowie zniszczonego wojną kraju. Zaapelował o realną pomoc humanitarną ludności Syrii wracającej do domów, nie uzależnianą od decyzji politycznych regulujących kwestie powojenne.

 

Potężny zespół rosyjskiej floty ochroni Syrię?

Na wschodnim akwenie Morza Śródziemnego, według dostępnych w mediach specjalistycznych informacji, operuje wydzielony zespół Floty Rosyjskiej, w ostatnich tygodniach silnie wzmocniony, w składzie kilkunastu okrętów. Z uwagi na fakt, że okręt flagowy Floty Czarnomorskiej, krążownik „Moskwa”, skierowano do remontu, z Floty Północnej przybył tu jego „bliźniak” – krążownik „Admirał Ustinow”. Okręt ten uczestniczył 31 lipca w defiladzie okrętów w Petersburgu z okazji Dniu Marynarki Wojennej Rosji i świeżo wszedł do służby po wieloletnim remoncie kapitalnym. Dysponuje nowocześniejszym i groźniejszym wyposażeniem i uzbrojeniem niż starsza „Moskwa”. Rosjanie, jak w okresie „zimnej wojny”, sformowali zespół okrętów „przykryty” wielowarstwową obroną przeciwlotniczą. Daleką rubież zabezpiecza morski odpowiednik nie mającego konkurencji na świecie systemu S-300 „Fort” z krążownika „Marszał Ustinow”, o zasięgu rażenia celów lotniczych i rakietowych do 300 km. Okręt ten stanowi „jądro” zespołu. Kolejny krąg zabezpieczają systemy średniego zasięgu, czyli ok. 50 kilometrów typu „Sztil” na najnowszych fregatach jak „Admirał Essen” czy „Admirał Makarow”. Ostatnią linią zabezpieczenia przez środkami napadu powietrznego, w tym rakietami przeciwokrętowymi, stanowi szereg systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu typu „Kinżał” czy „Kortik”. Zespół rosyjskich okrętów może liczyć też na osłonę powietrzną z nieodległej bazy lotnictwa rosyjskiego w Syrii w Chmejmim. Okręty rosyjskie zdolne są do projekcji siły w promieniu do 2500 km, a więc dalece większym niż wsparcie operacji lądowej w prowincji Idlib. Rosyjskie „Kalibry” mają w zasięgu bazy lotnicze USA, Wielkiej Brytanii w Jordanii, Kuwejcie, Iraku, Katarze czy na Cyprze oraz w Arabii Saudyjskiej. Sięgają też baz okrętów NATO w Grecji, Włoszech czy portów Francji. Co istotne, Rosjanie mogą liczyć w zaistniałej sytuacji politycznej na życzliwą postawę Turcji, skądinąd członka NATO. Przez Cieśniny Dardanele i Bosfor, co sygnalizują niezależni eksperci, w ostatnich tygodniach intensywnie kursuje „Syryjski Ekspress”, czyli zespół rosyjskich okrętów transportowych i desantowych dostarczających zaopatrzenie dla armii rosyjskiej i syryjskiej z portów Morza Czarnego do Tartus. Na portalach militarnych z regionu pojawiły się zdjęcia prawdopodobnego przebazowania dodatkowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 WM „Antiej-2500”. Co do sił morskich w szczególności opodal Syrii znajdują się:
1. Krążownik Rakietowy „Marszał Ustionow” – okręt flagowy – świeżo po kapitalnym remoncie krążownik projektu 1164 „Atlant” zwany „mordercą lotniskowców”. Uzbrojony jest między innymi w 64 rakiety przeciwlotnicze S-300F „Fort” i 16 naddźwiękowych rakiet P-1000 „Vulkan” o zasięgu 1000 km, prędkości 2660 km/h przenoszących głowice bojowe o masie 500 kg lub jądrowe o sile 350 KT.
2. Niszczyciel rakietowy „Siewieromorsk”, okręt typu „Udałoj” – na pokładzie ma między innymi 2 śmigłowce, 8 rakietotorped „Rastrub” i 8 wyrzutni po 8 rakiet (łącznie 64) przeciwlotniczego systemu „Kindżał”, odpowiednik lądowego systemu krótkiego zasięgu „Tor”.
3. „Pytliwyj” – fregata rakietowa projektu 1135M „Kriwak III”, wyposażona między innymi w rakietotorpedy „Rastrub”
4. Fregata „Jarosław Mudryj”, to nowoczesny okręt z 8 wyrzutniami przeciwokrętowych manewrujących rakiet skrzydlatych Ch-35, 4 wyrzutniami z 8 rakietami systemu p-lot „Kindżał” , 2 systemami „Kortik” i śmigłowcem Ka-27.
5. Fregata „Admirał Makarow” – najnowszy rosyjski okręt wojenny tej klasy projektu 11356 zbudowany według współczesnych zasad projektowania. Powstał z nowoczesnych materiałów w technologii „stealth”. Wyposażony jest między innymi w 24 rakiety przeciwlotnicze systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i 8 rakiet „Kalibr” NKE lub „Oniks” oraz śmigłowiec Ka-31.
6. Fregata „Admirał Essen”, także okręt projektu 11356 – przenosi 8 manewrujących rakiet „Kalibr” o zasięgu ok. 2500 km lub przeciwokrętowych „Oniks”, 36 rakiet przeciwlotniczych systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i śmigłowiec Ka-31
7. Fregata „Admirał Grigorowicz – bliźniak „Admirała Essena” dane jw.
8, 9, 10 – małe okręty rakietowe „Wysznij Wołoczek”, „Grad Swijażsk” i „Wielikij Ustjug” – okręty projektu 21631 czyli „Bujan-M” . Małe okręty Flotylli Kaspijskiej, ale „zjadliwe” – na pokładzie przenoszą po 8 rakiet manewrujących „Kalibr NK” o zasięgu ok 2500 km
11, 12 to wyśmienite, groźne okręty podwodne o napędzie klasycznym „Wielikij Nowgorod” i „Kolpino” projektu 636 „Warszawianka”, każdy z 18 rakietami „Kalibr” różnych typów lub torpedami na pokładzie.
13 – podwodny krążownik o napędzie jądrowym projektu 949A „Antiej” przeznaczony do niszczenia lotniskowcowych grup uderzeniowych marynarki wojennej USA na czele z lotniskowcami klasy „Nimitz” – wyposażony w 72 rakiety skrzydlate P-800 „Oniks” o prędkości 2,6 Ma i zasięgu do 500 km
Na redzie bazy Tartus zaobserwowano też dwa trałowce Floty Czarnomorskiej „Walentyn Pikul” i „Turbinist” oraz duże okręty desantowe projektu 1171 „Nikołaj Filiczenkow” i „Orsk”.

Jak dobitnie widać, Moskwa w sposób zaplanowany i skoordynowany skoncentrowała potężny zespół floty, aby zniechęcić Amerykanów do kolejnych ataków na syryjskie wojska rządowe. Napływające jednak w ostatnich dniach informacje nie wskazują, aby Waszyngton spasował. Na terenie Syrii, kontrolowanym przez Kurdów i wojska USA, Francji oraz Wielkiej Brytanii, Amerykanie rozmieszczają radary obrony przeciwlotniczej, co może być elementem tworzenia przez nich „strefy zakazu lotów” i dalszej eskalacji rywalizacji militarnej z Rosjanami w Syrii. Jeśli nawet „strefa zakazu lotów” nie zostanie ogłoszona – wariant ofensywny, to instalacje te służą ewidentnie umocnieniu pozycji, skądinąd bezprawnej na gruncie prawa międzynarodowego, obecności wojsk USA, na zajętych przez Amerykanów i ich protegowanych obszarach Syrii.

Tak czy inaczej, wraz z rozpoczęciem się zbliżającej się w najbliższych dniach ofensywy wojsk rządowych i Rosjan na pozycje ugrupowań terrorystycznych w prowincji Idlib, rozgrywka mocarstw zaostrzy się. O wycofaniu się wojsk USA z Syrii, o co apelują Damaszek i Moskwa, uregulowania sytuacji w obozie uchodźców Rukban w kontrolowanej przez wojska USA i Wielkiej Brytanii na pograniczu z Jordanią nie ma mowy. A to z Rukban prowadzą rajdy terroryści ISIS i tam znikają przed syryjskim pościgiem, który jak się zapędzi, bombardowany jest przez samoloty US Air Force. Rozpoczęła się też eksploatacja syryjskich złóż ropy naftowej przez kontrolowanych przez USA rebeliantów SDF – w większości Kurdów. Do jakiej rafinerii trafia owa kradziona ropa jeszcze nie ustalono, ale to materiał na inny obszerny artykuł.

Kofi Annan (1938-2018)

Zawsze opowiadał się za słabszymi, nawet jeśli oznaczało to narażenie się mocarstwom. Tak było w 2003 r., gdy jego sprzeciw wobec wojny w Iraku wywołał oburzenie w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Kofi Annan, były sekretarz generalny ONZ i laureat Pokojowej Nagrody Nobla, zmarł 18 sierpnia w wieku 80 lat.

 

„Sumienie świata”, „moralny arbiter”, „mąż stanu”, „utalentowany dyplomata” – tak przeważnie rozpoczynały się nekrologii opublikowane przez światowe media niedługo po informacji, że Kofi Annan nie żyje. Rzadko zdarza się, aby polityk – zwłaszcza takiego formatu – budził powszechną sympatię bez względu na przekonania, sympatie polityczne czy narodowość. Tymczasem wiadomość o śmierci Annana zjednoczyła światową opinię publiczną na skalę niespotykaną w ostatnich latach. Reakcja mediów, a także zwykłych ludzi, była chyba najlepszym podsumowaniem kariery człowieka, dla którego pokój stanowił najwyższą wartość.

Urodził się 8 kwietnia 1938 r. w Kumasi w obecnej Ghanie. Pochodził z zamożnej rodziny, co umożliwiło mu odebranie gruntownej nauki w krajowych i zagranicznych uczelniach. Studiował m.in. w Stanach Zjednoczonych i Szwajcarii. Poznał języki, przede wszystkim zaś poznał różne narodowości i kultury. Niemal w naturalny więc sposób rozpoczął pracę w Światowej Organizacji Zdrowia. To właśnie z systemem Narodów Zjednoczonych miał związać niemal całe swoje zawodowe życie. W 1980 r. otrzymał stanowisko szefa personelu biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców w Genewie. Trzy lata później przeniósł się do siedziby głównej ONZ w Nowym Jorku.

W centrali szybko poznano się na jego talencie, trzykrotnie powierzając mu funkcję asystenta sekretarza generalnego. Przełomem w karierze Annana były lata 1993-1996, podczas których odpowiadał za operacje pokojowe. To wówczas niemal jednocześnie światem wstrząsnęły ludobójstwo w środkowowschodniej Afryce i wojna domowa na Bałkanach. Po latach Annan przyznał, że w przypadku Rwandy, gdzie zginęło ponad 800 tys. ludzi, „mogłem i powinienem zrobić więcej, aby zaalarmować opinię publiczną i skłonić ją do działania”. W 1998 r. „The New Yorker” wprost obwinił Annana o brak reakcji na doniesienia o planowanej masakrze. Zdaniem tego prestiżowego magazynu już na początku 1994 r. ówczesny asystent sekretarza generalnego ONZ miał otrzymać raport od dowódcy błękitnych hełmów w Rwandzie, informujący o przygotowaniach do eksterminacji Tutsi. W odpowiedzi na te oskarżenia Annan bronił się, że o jakiekolwiek międzynarodowej akcji zbrojnej nie mogło być wówczas mowy, zważywszy na fiasko amerykańskiej interwencji w Somalii cztery miesiące wcześniej.

Zaledwie rok później Annan musiał zmierzyć się z kolejną porażką ONZ. W lipcu 1995 r. doszło do wymordowania tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców w Srebrenicy, zajętej niedługo wcześniej przez serbskie oddziały. Wszystko to przy biernej obecności ponad setki holenderskich błękitnych hełmów. „Przez nasze błędy, złe rozpoznanie i niemożność prawidłowej oceny zagrożenia nie potrafiliśmy ocalić mieszkańców Srebrenicy przed serbską kampanią masowych mordów” – stwierdzał raport ONZ w 1999 r., którego napisanie zlecił Annan, już wówczas sekretarz generalny. Być może poczucie winy za Rwandę i Srebrenicę sprawiło, że z jego inspiracji ONZ dało zielone światło zbrojnej interwencji NATO na Bałkanach.

Kiedy został wybrany na sekretarza generalnego w 1997 r., przyszyto mu łatkę człowieka Waszyngtonu. Szybko jednak dał się poznać jako niezależny dyplomata, który reprezentował przede wszystkim interes społeczności międzynarodowej. W 2003 r. zdecydowanie sprzeciwił się interwencji wojsk amerykańskich w Iraku, nazywając ją „nielegalną” i sprzeczną z prawem międzynarodowym. Krytykując unilateralną akcję USA, Annan krytykował całą filozofię polityki zagranicznej prezydenta George’a W. Busha, zgodnie z którą Stany Zjednoczonych przyznały sobie prawo do prewencyjnego ataku na całym świecie. Sekretarz generalny ONZ ostrzegał, że tak egoistyczne stanowisko może zdestabilizować i tak już kruchy porządek światowy. Nie trzeba było długo czekać, aby przyznać mu rację.

Jedyną wojną, którą Annan sam wywołał i niestrudzenie prowadził do końca życia, była ta przeciwko epidemii AIDS. Z jego inicjatywy w 2000 r. ONZ przyjęło rezolucję uznającą AIDS za zagrożenie dla globalnego bezpieczeństwa. W rezultacie powstał Globalny Fundusz Walki z AIDS, który obecnie współfinansuje leczenie niemal połowy wszystkich zakażonych na całym świecie. Jako jeden z pierwszych Annan zwracał też uwagę, że szczególnie zagrożone są kobiety, które często padają ofiarą gwałtów lub są zakażane przez swoich partnerów.

„Prawdziwe granice naszych czasów nie przebiegają między państwami, lecz między silnymi i słabymi, wolnymi i spętanymi, uprzywilejowanymi i pogardzanymi. W naszych czasach żadne mury nie mogą rozdzielić tragedii humanitarnych w jednej części świata od bezpieczeństwa narodowego w drugiej. (…) Pod powierzchnią państw i narodów, ideologii i języków, znajduje się zaś los pojedynczych istnień ludzkich w potrzebie” – mówił odbierając Pokojową Nagrodę Nobla w 2001 r.

Pod przewodnictwem Annana, ONZ stało się istotnym graczem na arenie międzynarodowej. Ze skorumpowanej i skostniałej organizacji stworzył realną siłę reprezentującą interesy całej światowej społeczności, zwłaszcza zaś jej najbiedniejszej i najsłabszej części. Niestety, jego następcy okazali się mniej utalentowani. Współczesna dyplomacja odbywa się bez ONZ, czego rezultaty możemy obserwować każdego dnia. Liczbę kryzysów humanitarnych trudno zliczyć, a wzajemnie animozje między mocarstwami powróciły do poziomu z początków zimnej wojny.

Kofi Annan nie był kryształową postacią. Miał jednak jedną cechę, której bez wyjątku brakuje współczesnym politykom – budził powszechne zaufanie. Dziś, jak rzadko kiedy, brakuje takiej osoby.

USA poza RPC ONZ

„Stronniczość Rady przeciw Izraelowi jest niedopuszczalna” – oświadczył Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, informując o decyzji waszyngtońskiej administracji. Zerwanie z uczestnictwem Amerykanów w Radzie przypadło w dzień po żywej krytyce ONZ „okrutnej” polityki USA zabierania dzieci nielegalnym imigrantom na granicy meksykańskiej. Nikki Haley, ambasador amerykańska w ONZ, i Mike Pompeo zapewnili jednak, że przyczyną jest brak odpowiednich reform Rady, które zapobiegłyby międzynarodowej krytyce Izraela.

 

Rada Praw Człowieka ONZ z siedzibą w Genewie została utworzona 12 lat temu, by promować i chronić prawa człowieka na świecie, lecz jej raporty bywały sprzeczne z priorytetami polityki amerykańskiej. Ambasador Izraela w ONZ Danny Danon wyraził satysfakcję z wycofania się USA, które według niego sprzeciwiły się „ślepej nienawiści instytucji międzynarodowych wobec Izraela”. Premier państwa żydowskiego Benjamin Netanjahu pogratulował USA „odwagi” i nazwał Radę „organizacją antyizraelską”.

Sprzeciw wobec decyzji amerykańskiej wyraziło już wiele organizacji ochrony praw ludzkich. Human Rights Watch (HRW) ostro skrytykowała USA. Kenneth Roth, szef HRW, powiedział, że Rada „odegrała ważną rolę w takich krajach jak Korea Północna, Syria, Birma (Mjanma) i Sudan Południowy”. „Ale Donald Trump jest zainteresowany wyłącznie obroną Izraela” – dodał z widoczną goryczą.

Amnesty International przyznała, że „Rada nie jest doskonała”, jednak „jest ważną siłą na rzecz międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości”. „Wycofując się, Stany Zjednoczone z premedytacją szkodzą prawom człowieka wśród wszystkich narodów świata i ich walce o sprawiedliwość” – oświadczył Salil Shetty, sekretarz generalny Amnesty. Od dojścia do władzy Donalda Trumpa imperium amerykańskie wycofało się już m.in. z UNESCO, odcięło finansowanie organom ONZ, zerwało z paryską umową klimatyczną i obaliło układ atomowy z Iranem, któremu ONZ patronowała.

Odejście USA z Rady Praw Człowieka miało już precedens. Radę bojkotowała administracja George’a Busha, zanim Barack Obama zdecydował o powrocie Stanów do Rady.

Melania przeciw Donaldowi

W wielu miastach USA trwaja protesty przeciwko nieludzkiej polityce imigracyjnej Trumpa. Również wpływowe postacie amerykańskiej prawicy krytykują oddzielanie dzieci od rodziców.

 

W minionym tygodniu w miastach stanów Kalifornia, Kolorado, Floryda, Kentucky, Nowy Jork, Ohio, Oregon, Teksas i Utah odbyło się ponad 20 marszów i innych form protestu przeciwko najnowszej odsłonie polityki antyimigracyjnej prowadzonej przez Donalda Trumpa. Prezydent USA ogłosił politykę „zero tolerancji” dla nielegalnych imigrantów. Oznacza to automatyczne uznanie ich za przestępców i kierowanie ich przed sąd, podczas gdy wcześniej było wobec nich podejmowane postępowanie administracyjne.

Największe oburzenie amerykańskiej i światowej opinii publicznej budzi praktyka rozdzielania rodzin imigrantów, odbierania dzieci rodzicom i odsyłania ich do specjalnych obozów. Oficjalne dane mówią o 2 tys. dzieci odebranych rodzicom w okresie od połowy kwietnia do końca maja. Problem dotyczy przeważnie osób przekraczających granicę USA z Meksykiem. Przez krytyków Trumpa – polityków, media i organizacje społeczne – polityka ta jest określana jako „nieludzka” i „okrutna”. Zdarza się, że miejsca przetrzymywania odebranych dzieci są porównywane do nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Do organizowanych w całym kraju protestów dołączyli senatorzy i senatorki Demokratów. Jeff Merkley wizytował centrum kotroli granicznej w Teksasie, żeby zwrócić uwagę na sposób traktowania imigrantów. Członek izby reprezentantów, demokrata Beto O’Rourke poprowadził w Teksasie marsz do obozu przetrzymywania dzieci. Jerrold Nadler spotkał się z przetrzymywanymi w jednym z pięciu obozów w New Jersey. Przejęty ich sytuacją, powiedział: „Nie możemy być tacy jako naród”.

Również niektórzy politycy Republikanów krytykują okrutną politykę Trumpa. m.in. senatorzy Susan Collins i Jeff Flake. Przeciwko rodzielaniu rodzin wypowiedziała się też Laura Bush, była pierwsza dama USA. Oświadczyła, że polityka „Zero toleracji” jest niemoralna i łamie jest serce. Mało tego. Przeciwna temu procederowi jest nawet żona prezydenta Melania Trump. Jej agent powiedział telewizji CNN: „Pani Trump cierpi widząc, jak dzieci są odbierane rodzinom i ma nadzieję, że obie strony [granicy meksykańsko-amerykańskiej] opracują w końcu udaną reformę polityki imigracyjnej”.

Zeszłotygodniowe protesty odbywały się pod szyldem koalicji organizacji społecznych „Families Belong Together” (Rodziny powinny być razem). Platforma ta opowiada się przeciwko rozdzielniu rodzin i innym naruszeniom praw człowieka przez aparat nadzoru imigracji w USA. Żąda podjęcia natychmiastowych działań celem powstrzymania nieludzkiego traktowania imigrantów.
Rozdzialanie rodzin i odbieranie dzieci przez USA oficjalnie potępiła Rada Praw Człowieka ONZ.

68,5 mln uchodźców

Urząd Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców podał wiadomość o liczbie uchodźców, którzy w 2017 roku zmuszeni byli opuścić swoje domy z powodu konfliktów zbrojnych lub prześladowań. Było ich aż 68,5 miliona.

 

Wysoki Komisarz ds. Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę, że to już piąty rok z rzędu, kiedy ta liczba wzrasta – i tym samym stanowi nowy, niechlubny rekord. W dodatku połowę uciekinierów stanowią dzieci. Na świecie w ubiegłym roku tylko oficjalnie odnotowano pojawienie się 16,2 miliona przesiedleńców (daje to 44 tys. dziennie i 31 osób co minutę).

„Uchodźcy, którzy uciekli ze swych krajów przed konfliktami i prześladowaniem, stanowią 25,4 mln z 68,5 mln przesiedleńców, czyli o 2,9 mln więcej niż w roku 2016. Jest to także największy wzrost odnotowany przez UNHCR w jednym roku” – czytamy w dokumencie. – ”Liczba osób ubiegających się o azyl, czyli tych, które wciąż oczekują na status uchodźcy pod koniec 2017 r. wzrosła o ok. 300 tys. do 3,1 mln. 40 milionów osób to osoby przesiedlone w obrębie swych krajów i liczba ta zmniejszyła się bardzo nieznacznie w porównaniu z rokiem 2016”.

– Znajdujemy się w decydującym momencie, kiedy odpowiednia reakcja na przymusowe przesiedlenia na całym świecie wymaga nowego i bardziej kompleksowego podejścia tak, by poszczególne kraje i społeczności nie były pozostawione samym sobie w tych sytuacjach – powiedział na konferencji prasowej Wysoki Komisarz Filippo Grandi.

Skąd uciekają ludzie? Ranking przedstawia się następująco: Syria, Afganistan, Sudan Południowy, Birma i Somalia – to kraje będące w zainteresowaniu UNHCR, spośród których pochodzi najwięcej ubiegłorocznych uchodźców (ponad 19 mln). Natomiast do osobnej kategorii wrzucono Palestynę, będącą pod opieką UNWRA (aż 5,4 mln).

Uchodźców wewnętrznych również najwięcej ma Syria. Później: Kolumbia, Demokratyczna Republika Konga i Afganistan.

Co ciekawe, raport pokazuje pewien trend, który może być dla opinii publicznej zaskoczeniem: 85 procent uchodźców ucieka do krajów rozwijających się, również na półkuli południowej, tymczasem „powszechne jest przekonanie, że osoby wygnane na całym świecie znajdują się głównie w krajach półkuli północnej”.