Mechanik piosenkarzem

Bogdan Czyżewski – ur. 9 marca 1934 r. w Warszawie – jeden z najpopularniejszych piosenkarzy lat 60-tych i 70-tych. W latach 1963-1973 był wokalistą w duecie Rinn-Czyżewski, a w 1974 r. rozpoczął karierę solową. Współpracował z licznymi orkiestrami w kraju i za granicą, m.in. orkiestrami radiowymi Warszawy i Łodzi, Reprezentacyjną Orkiestrą Wojska Polskiego, Orkiestrą Moskiewskiego Teatru i Estrady, Big Bandem Radio Hawana; Orkiestrą Dresden Tanz Sinfoniker w NRD. Dał tysiące koncertów w Polsce, Bułgarii, Czechosłowacji, Kanadzie, na Kubie, w NRD, Rumunii, USA, ZSRR. Karierę zakończył w 1990 roku. Wśród nagrod m.in.: 1972 – nagroda publiczności na festiwalu dla duetu Rinn-Czyżewski za piosenkę „Nie obiecuj, nie przyrzekaj”, 1982 – Srebrny Pierścień na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu za piosenkę „Gdy nasi chłopcy maszerują”, 1983 – Złoty Pierścień na tym festiwalu za piosenkę „Czterdzieści lat munduru”, 1986 – Srebrny Pierścień kołobrzeski za piosenkę „Napisz list, kochanie”. Do jego najważniejszych przebojów należały: „Słoneczny dzień”, „Świat na różowo”, „Taka babka”, Zginęła mi dziewczyna”. W duecie Rinn-Czyżewski m. in.: „Biedroneczki są w kropeczki”, „Dobre buty z dobrej skóry”, „Viva Maria”, „Na deptaku w Ciechocinku”, „Pamiętaj o mnie”, „Wszystkiego najlepszego”, „Żeby choć raz”. Wydał liczne płyty i trzy longplaye z Danutą Rinn: „Całujmy się”, „Pamiętaj o mnie”, „Nie obiecuj, nie przyrzekaj”.

 

 

Z BOGDANEM CZYŻEWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Pana pierwszą specjalnością, nabytą w technikum była mechanika precyzyjna. Później studiował Pan na Politechnice Warszawskiej. Skąd ten przeskok od techniki do świata piosenki?

Po wojnie była bieda, a zawody artystyczne miały opinię niepoważnych i niestabilnych, więc moja mama wywarła na mnie nacisk, żeby zdobyć jakiś konkretny zawód. Pokierowała mnie więc do Technikum Mechaniki Precyzyjnej w Warszawie, które ukończyłem. Po maturze podjąłem studia na Politechnice Warszawskiej, gdzie poznałem kolegów studentów, którzy chodzili na imprezy muzyczne i kabaretowe do tzw. Stodoły. To był, przypomnę, duży barak, który pozostał po budowniczych Pałacu Kultury i który władze po 1956 roku udostępniły studentom Politechniki na działalność kulturalną. W czasach budowy barak służył jako stołówka i stał w miejscu, gdzie dziś jest budynek byłego salonu meblowego „Emilia” przy ulicy Emilii Plater. Pod wpływem tych wrażeń zacząłem uczyć się w średniej szkole muzycznej. W 1958 roku Polskie Radio, mieszczące się przy Myśliwieckiej, tam, gdzie dziś jest radiowa Trójka, ogłosiło konkurs dla młodych talentów piosenkarskich. Była to inicjatywa Władysława Szpilmana, szefa muzycznego radia.

 

Coś w rodzaju dawnej wersji Voice of Poland…

Coś w tym rodzaju, z tą różnicą, że wtedy lansowali się młodzi wykonawcy, a dziś lansują się głównie jurorzy. Potrzebowano solistów dla orkiestry Polskiego Radia kierowanej wtedy przez Edwarda Czernego. Przystąpiłem do konkursu i znalazłem się grupie 20-25 osób, wyłonionych spośród kilku tysięcy tych, którzy zgłosili się do wstępnych eliminacji. Wyszkolono nas i dano możliwość śpiewania w studiu piosenki, przed mikrofonem, dla radia. Wśród moich koleżanek była m.in. Sława Przybylska i Halina Kunicka, a także utalentowany, zapomniany dziś Olgierd Buczek. Organizując to studio Szpilman zrobił wielką robotę dla polskiej muzyki rozrywkowej. Jednocześnie nadal chodziłem do szkoły muzycznej, u zbiegu Pięknej i Ujazdowskich, gdzie uczył mnie przedwojenny jeszcze aktor i piosenkarz, Andrzej Bogucki. To m.in. on ze swoją żoną, Janiną Godlewską, przedwojenną piosenkarką, m.in. z chóru „Dana”, ukrywali Szpilmana po jego ucieczce z warszawskiego getta, co Roman Polański pokazał w filmie „Pianista”. Aczkolwiek w tamtych czasach szkolnych nic o tym nie wiedziałem. To nie były czasy wspomnień, tak jak dziś. Ludzie ukrywali swoje biografie. Bogucki, świetny aktor i piosenkarz, grał w filmowych komediach przedwojennych, a po wojnie wylansował m.in. „O Nowej to Hucie piosenkę”. Wracam jednak do konkursu radiowego. Wykonałem tam piosenkę „Zginęła mi dziewczyna”, którą skomponował dla mnie pianista ze Stodoły, pan Preisner, ojciec znanego kompozytora, także filmowego, Zbigniewa Preisnera. Stała się radiowym przebojem. Potem wyśpiewałem jeszcze przebój „Krasnoludki”, skomponowany przez Bogusława Klimczuka.

 

Jest Pan rodowitym warszawiakiem. Proszę opowiedzieć o swoich korzeniach…

Urodziłem się przy ulicy Duchnickiej, nieopodal Powązkowskiej, w rodzinie wojskowego. Ojciec, Stefan Czyżewski, urodzony w 1901 roku, był zagorzałym piłsudczykiem. W 1939 roku wziął udział w kampanii wrześniowej jako zawodowy podoficer sztabowy w pułku radiotelegraficznym przy Duchnickiej. W pewnym momencie kampanii wycofał się z Warszawy na wschód. Zgodnie z rozkazem dowództwa, żeby nie walczyć z Rosjanami, jego pułk pewnym momencie się im poddał, a żołnierze zostali internowani w Siemiatyczach. Stamtąd przewożono ich grupami do obozów w Rosji, do Charkowa, Miednoje, w rezultacie czego zginęli później w Katyniu.

Ojcu udało się uciec z obozu w cywilnym ubraniu dostarczonym przez matkę, także dlatego, że w początkowym okresie obóz był niedbale strzeżony. Dostarczyła mu cywilne ubranie dzięki pewnemu kolejarzowi, który dostarczył jej list od ojca, informujący gdzie się znajduje Po powrocie do Warszawy ojciec włączył się do konspiracji, w Kedywie AK. W czasie okupacji mieszkaliśmy przy ulicy Okopowej. Ojciec walczył w Powstaniu Warszawskim, w Śródmieściu, w okolicach gmachu „PAST-y”. Zginął od postrzału, na ulicy Śliskiej i jest pochowany w kwaterach powstańczych na Powązkach, niedaleko pomnika Gloria Victis, jako porucznik Stefan Czyżewski, pseudonim „Kajtek”, zgrupowanie „Albatros”.

Ale wracam do mojego życia piosenkarskiego. Dzięki konkursowi blisko związałem się z Polskim Radiem.

 

Miał Pan jakieś wzorce piosenkarskie, wokalne?

W pierwszym rzędzie modnych wtedy Francuzów, Gilberta Bécaud, Charlesa Aznavoura, których poznałem osobiście i Yves Montanda. W pełni zawodową działalność rozpocząłem w 1961 roku.

 

Wziął Pan z powodzeniem udział w pierwszym, dziś historycznym festiwalu polskiej piosenki w Opolu…

Tak, zaśpiewałem tam bardzo popularna później piosenkę „Słoneczny dzień”, z motywem „Szedł Atanazy do Anny”, do słów Jeremiego Przybory i muzyki Jerzego Wasowskiego, która później znalazła się w repertuarze Anny German. Potem związałem się Estradą w Koszalinie, a w PRL w każdym mieście wojewódzkim była Estrada, a przy okazji też z jazzową grupą New Orlean Stompers. To w Koszalinie poznałem Danutę Rinn. Był rok 1963. Po nieudanych próbach zorganizowania kwartetu zdecydowaliśmy się w końcu na duet. I jako taki występowaliśmy ponad dziesięć lat. Wniosłem do niego jako wiano utwór „Czy pani lubi twista?”, wykonany w duecie z Violettą Villas.

 

To był dla Pana najważniejszy okres w karierze?

Niewątpliwie tak. Duduś Matuszkiewicz skomponował dla nas piosenkę „Ona ma dwadzieścia lat”, co zabawne – z okazji XX-lecia PRL, w 1964 roku. Wylansowaliśmy razem z Danką trzy longplaye i około dwustu piosenek, w tym takie przeboje jak „Nie obiecuj, nie przyrzekaj”, „Żeby choć raz”, „Pamiętaj o mnie”, „Na deptaku w Ciechocinku”, a „Wszystkiego najlepszego” stało się sygnałem jednej z radiowych audycji muzycznych. Dużo koncertowaliśmy w kraju i za granicą, od ZSRR po USA. Po latach nasz duet i nasze małżeństwo się wyczerpały, rozstaliśmy się, a Dana szybko się przebiła solowo w Opolu przebojem „Gdzie ci mężczyźni”. Ja solowo miałem trudniejszą drogę, bo nie miałem swojego przeboju, a widownia krzyczała do mnie na koncertach: „Gdzie Rinn?”. Wtedy związałem się z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, zaczynając z powodzeniem utworem „A mnie wojsko służy” Jonkajtysa i Korcza. Wraz z nimi oraz pianistą Czesiem Majewskim zainicjowaliśmy też stworzenie teatru muzycznego, w Teatrze na Targówku przy Kołowej. Związała się też z nami Ala Majewska i Ewa Śnieżanka. Powstał też big-band. W występującym tam męskim chórku śpiewał młodziutki Grzegorz Markowski, późniejszy solista „Perfectu”. Co do Kołobrzegu, to po 1981 roku artyści tam występujący, w tym ja, otoczeni zostali anatemą, jako kolaboranci, reżimowcy, komuchy łamiące bojkot stanu wojennego. Było to bardzo przykre i niesprawiedliwe. Dotknęło to na przykład także kompozytorki Katarzyny Gaertner, pieśniarza Adama Zwierza, aktorów Mikulskiego, Karewicza Józefa Nowaka czy Wieńczysława Glińskiego. Te czasy strasznie poniszczyły relacje koleżeńskie, przyjaźnie. Dziś to trochę słabnie, ludziom przechodzi ten czad, ale co się złego stało, to się nie odstanie.

 

Wróćmy do czasów Pana największej artystycznej aktywności. Obok waszego duetu z Danutą Rinn istniał też popularny duet Zofia i Zbigniew Framerowie…

Lubiliśmy się z pochodzącymi z Łodzi, sympatycznymi Framerami i trochę, ale bez agresji, rywalizowaliśmy. Oni mieli repertuar bardziej dyskotekowy, taneczny, słodki, trochę odpowiednik dzisiejszego disco polo. My śpiewaliśmy bardziej z dystansem, humorem, który nadawała swoim temperamentem Danka. Oboje już nie żyją niestety. Danka poszła zresztą jeszcze bardziej tę humorystyczną konwencję, eksploatując przy tym swoją tuszę, której z latami nabrała. Z drugiej strony jej tusza stała się powodem jej kompleksów i od pewnego momentu nie chciała już ze mną występować, bo uważała, że tworzymy niekorzystny dla niej fizycznie kontrast. Swoje występy solowe zaczęła brawurowo od superprzeboju „Gdzie ci mężczyźni?”, który był hitem jednego z opolskich festiwali.

 

Znalazłby się Pan w dzisiejszym szołbiznesie?

Chyba nie. To są zupełnie inne czasy, inny styl muzyki, inny jest też styl odbioru. Czasem, z rzadka, występuję dla wybranej publiczności z małymi imprezami, recitalami.

 

Czego Pan najbardziej żałuje?

Że transformacja ustrojowa, skoro już miała nastąpić, nie zaczęła się w czasach mojej największej aktywności, w czasach duetu z Rinn. Przy sprzedaży po pół miliona każdej naszej płyty, byłbym do dziś milionerem.

 

Dziękuję za rozmowę.

Tylko w Opolu wszystko gra, czyli dekoncentracja PiS

Najwyraźniej skończyły się złote dla PiS czasy, gdy nie było żadnych grupowych i branżowych protestów rozlewających się po kraju, tylko pogardzane marsze „KOD-omitów”, a władzy samo rosło jak chłopu w polu. Dziś marszów jak na lekarstwo, „Wiadomości” i TVP Info nie mają się z czego pośmiać, ale przecież na tym padole łez, jak nie kijem go, to pałką. Wróg atakuje zewsząd, protesty wyrastają ni stąd ni zowąd jak grzybki po mżawkach, a PiS-owi coraz częściej zaczyna lecieć z rąk. Jak mawiał Witkacy, parodiując frazę góralską: „Kiedyś to były inkse casy”.

„Pieczywem” po pomnik Armii Czerwonej i inne udręki

W Dąbrowie Górniczej władze miejskie, nieprzychylne dekomunizacji, pokazały plecy tutejszemu IPN-owi, który nakazał im usunąć, w oparciu o ustawę dekomunizacyjną, pomnik Armii Czerwonej przy pewnym rondzie i do tego przy wsparciu miejscowej parafii. Z braku odpowiednich papierów i obstrukcji ze strony miasta, musiał więc IPN sam wziąć się do roboty i zastosować metodę improwizacyjno-chałupniczą. Po pomnik przyjechała zatem ekspedycja w postaci załogi samochodu dostawczego z napisem „Pieczywo”, „Wyroby cukiernicze” czy coś w tym rodzaju, wyszli z niego jacyś panowie i zabrali się do demontażu. Na to pojawiła się policja uważanego za kandydata na następcę Kaczyńskiego w roli prezesa PiS i zarazem ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego, wylegitymowała demontażystów skrytych pod szyldem piekarniczym i nakazała im odjechać precz, bo nie mieli żadnego pozwolenia na papierze, a pokazywali policjantom jedynie coś w telefonie komórkowym. Trudno i darmo – policja PiS zablokowała dekomunizację w Dąbrowie Górniczej. Po sądzie warszawskim, który zastopował w tym względzie wojewodę mazowieckiego. W tym samym czasie, w sobotni (9.06) poranek na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie rozpoczął się protest naukowców i studentów wspierający protest warszawski na UW. Prawnicy z kolei stowarzyszyli się w Komitet Obrony Sprawiedliwości, a ujawniony przykład więziennego znęcania się fizycznego i psychicznego (w Z.K. w Rzeszowie) nad b. prezesem Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofem S. (odmówiono mu opieki lekarskiej powodując radykalne pogorszenie stanu zdrowia) bezpośredni sprawcy i polityczni mocodawcy tych praktyk mogą w przyszłości (n.p. Zbigniew Z.) bardzo ciężko to przypłacić. Tak ciężko, że nie chciałbym być w ich skórze. Także artyści z „Ziemi Obiecanej” nie ustępują ani o krok, z Karolem Borowieckim, Maksem Baumem i Morycem Weltem na czele, a do tego władza PiS musi przełknąć żabę w postaci wysokich honorów międzynarodowych dla znienawidzonej pisarki Olgi Tokarczuk (Londyn) i reżysera Pawła Pawlikowskiego (Cannes). Wszystko to (a to nie wszystko), na tle wielkiego cienia w postaci wyczynów seksualno-ginekologicznych jurnego i lubieżnego konserwatysty Pięty w tle, czyni wrażenie wręcz apokaliptyczne.

Suflerzy kuszą Prezesa

Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji, czołowi publicystyczni harcownicy głównych prasowych tytułów propisowskich, „W Sieci”, Do Rzeczy” i „Gazety Polskiej” (oraz ich internetowych odnóg) czarno widzą i niepokoją się, że informacja, jakoby prezes dał zielone światło dla powrotu do ustawy o dekoncentracji mediów (przez oponentów zwanej kagańcową) to tylko fake news. I że zaprzeczający tweet rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, to tylko zasłona dymna. Bracia Karnowscy, Andrzej Potocki czy Ryszard Makowski z „Sieci”, Robert Tekieli z „Gazety Polskiej” i nie oni jedni, powiadają, że bez wprowadzenia w życie zeszłorocznych pogróżek Krystyny Pawłowicz pod adresem krytycznych mediów („po wakacjach zabierzemy się za was”) PiS przegra przybierającą na sile wojnę medialną. Ale ich kolega Marcin Fijołek studzi im rozgorączkowane głowy dając do zrozumienia, że w sytuacji, gdy coraz bardziej czarno rysują się szanse na uniknięcie przez Polskę unijnych sankcji z powodu naruszeń praworządności przez rządy PiS, rozpętywanie wojny z Amerykanami (czyli TVN) i Niemcami (Axel Springer czyli „Fakt”) byłoby szaleństwem z góry skazanym na klęskę.

Zostaje metoda „na Koreę”

W tej sytuacji PiS-wi przyjdzie pogodzić się z trudną obecnością krytycznych mediów jako lustra jego grzechów i przyjąć zasadę, że „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. No i liczyć na siłę rażenia „Wiadomości” Holeckiej, Ziemca i Adamczyka, obwieszczających sukcesy PiS, rządu i Polski, jak długa i szeroka mlekiem i miodem płynącej, niemal już drugiej Szwajcarii, z ogniem zaiste godnym prezenterów północnokoreańskich dzienników telewizyjnych. I może także na „Królową Lodu” z Polsatu, jeśli da radę. No i na Opole, gdzie po zeszłorocznym blamażu, znów wszystko gra i buczy, na chwałę Partii i Rządu, jak w szwajcarskim zegarku.

To były fantastyczne lata

Z MARKIEM GASZYŃSKIM, wieloletnim dziennikarzem muzycznym radiowej Trójki, autorem tekstów przebojów, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Marek Gaszyński – ur. 14 czerwca 1939 w Warszawie – dziennikarz i radiowy prezenter muzyczny (jego charakterystyczny głos z wibrującym francuskim „r” pamięta kilka pokoleń słuchaczy), autor tekstów ponad 150 piosenek. Znawca historii polskiej muzyki rozrywkowej. Pracę dziennikarską rozpoczął w latach 1958-1962 w Rozgłośni Harcerskiej Polskiego Radia. W 1962 roku został dziennikarzem muzycznym programu III Polskiego Radia. Tworzył audycje muzyczne, a także pisał artykuły w prasie codziennej i muzycznej. Autor tekstów m.in. takich przebojów jak „Sen o Warszawie”, „Klęcząc przed tobą” (wyk. Cz. Niemen), „Nie zadzieraj nosa” (wyk. Czerwone Gitary”), „Gdzie się podziały tamte prywatki” (wyk. W. Gąssowski). Jego teksty wykonywali też m.in. Niebiesko-Czarni, Polanie, Tadeusz Woźniak, Breakout, Helena Majdaniec, Halina Frąckowiak, Budka Suflera. Autor kilkunastu książek z dziedziny muzyki jazzowej i rozrywkowej, m.in. „Muzyka, którą lubię” (1980), „Czerwone Gitary. Nie spoczniemy” (2005), „Fruwa twoja marynara” (2006), „Mocne uderzenie. Czerwono-Czarni. Niebiesko-czarni” (2008), „Pan Tadeusz jazz czyli krajobraz po bitwie” (historia polskiego jazzu 1945-89 napisana wierszem – 2008), „Cudowne lata. Moja historia rock and rolla w Polsce” (2013). W 2011 r. opublikował powieść „Teoria zbrodni uprawnionej”. W kwietniu 2013 r. odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

 

Właśnie minęło 55 lat od pierwszego Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. To ważna data w historii polskiej kultury, nie tylko rozrywkowej. Jest Pan związany od początku z tym festiwalem. Kiedy poczuł Pan fascynację i miłość do muzyki?

Po wojnie jednym cennym przedmiotem, jaki posiadał ojciec, było stare niemieckie radio z klapą. Miał też dużo płyt z muzyką klasyczną ale także polskich zespołów i orkiestr z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, także jazzujących. Słuchałem ich namiętnie. Słuchałem też w radiu dużo rozmaitej muzyki, polskiej i obcej, angielskiej, francuskiej. Chodziłem też na koncerty organizowane przez Leopolda Tyrmanda w salach budujących się w stolicy gmachów ministerstw na Żurawiej i na Wspólnej, m.in. w stołówce. Tyrmand opowiadał piękną polszczyzną o jazzie, bluesie, dixielandzie. W klubie „Hybrydy” słuchałem Dudusia Matuszkiewicza, Zbyszka Namysłowskiego, Michała Urbaniaka, Krzysztofa Komedy, Jana Ptaszyna Wróblewskiego. W tamtym czasie moje pokolenie, z braku telewizji i komputerów, miało czas zajmować się swoją twórczością, rozwijać się, zakładać kluby dyskusyjne.

 

A szkoła odegrała tu jakąś rolę?

W klasach przedmaturalnych X i XI miałem już renomę znawcy jazzu. Kontynuowałem to w Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Kochanowskiego na Mokotowie przy ulicy Jarosława Dąbrowskiego. Czytałem, wycinałem i wklejałem do zeszytów wszystko, co znalazłem na jego temat. Zaczęły się ukazywać książki o jazzie, potem ukazała się książka Tyrmanda „U brzegów jazzu”. Z jakiejś niemieckiej książki o jazzie uczyłem się życiorysów Louisa Armstronga, Duke’a Wellingtona, Benny Goodmana. Przynosiłem do szkoły gramofon ojca i tańczyliśmy przy muzyce jazzowej. Duży wpływ na moje wychowanie wywarła babcia ze szlacheckiej rodziny z Żytomierza na Ukrainie, która miała tam kiedyś klucz majątków. Stracili to wszystko w 1918 roku i przyjechali do Warszawy furmankami. Babcia była odważna. Kiedyś w szkole zabroniła mi uczenia się wiersza o Stalinie i poszła do szkoły powiadomić o tym nauczycielkę. Babcia nigdy nie pozwoliła mi zasnąć, jeśli nie powtórzyłem porcji gramatyki języka francuskiego, fragmentu „Pana Tadeusza” na pamięć i historii Rzymu. Duży wpływ miała na mnie także mama, która ukończyła konserwatorium muzyczne i to ona wpoiła mi jeszcze w dzieciństwie miłość do muzyki.

 

Jak został Pan dziennikarzem?

W 1958 roku, tuż po studiach przyjęto mnie do Rozgłośni Harcerskiej Polskiego Radia. W 1962 zostałem dziennikarzem świeżo powstałego Programu Trzeciego Polskiego Radia, któremu powierzono zadania z dziedziny kultury. Wśród nich była walka z amerykanizacją kultury młodzieżowej. A były to lata rock and rolla, dla nas muzyki jeszcze obcej, nieznanej. Ci którzy ją jednak wykonywali, śpiewali po angielsku. W rodzącym się powoli polskim rock and rollu nie było jeszcze języka polskiego. Mój szef, kierownik Redakcji Muzycznej Polskiego Radia Mateusz Święcicki wspólnie z szefem Rozgłośni Harcerskiej Polskiego Radia, Jerzym Grygolunasem wymyślili festiwal polskiej piosenki, na który postanowili zaprosić reprezentantów każdego pokolenia i gatunku polskiej muzyki. Nie było wtedy wielu stylów. Był rodzący się rock and roll, klasyczna muzyka rozrywkowa, którą śpiewali Irena Santor, Jerzy Połomski czy Janusz Gniatkowski i inni. Był też kabaret „Wagabunda”, a także krakowska „Piwnica pod Baranami”, której występ na pierwszym opolskim festiwalu w 1963 roku był tam chyba największym objawieniem. Trzeba pamiętać, że w tamtych latach jedno miasto nie wiedziało, co się dzieje w innym mieście, środki przepływu informacji były jeszcze wtedy bardzo ubogie. Ale działo się wiele.

 

Dlaczego na miejsce festiwalu wybrano właśnie Opole?

Chodziło o krzewienie polskiej kultury, polskiej piosenki na ziemiach leżących długo w granicach Niemiec, związanych z kulturą niemiecką. Ten pomysł trafił więc na bardzo podatny grunt. Święcicki i Grygolunas pojechali do Opola i dogadali się z władzami miasta, z przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej Karolem Musiołem. Kiedy więc festiwal powstał, pojechaliśmy do Opola z moim przyjacielem z Trójki, Witoldem Pogranicznym. Obaj mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i był to dla nas chrzest, przepustka do zawodu dziennikarza muzycznego. Fakt, że po raz pierwszy w jednym miejscu, w opolskim amfiteatrze mogliśmy spotkać się z taką pokaźną grupą polskich wykonawców, był dla nas na wejściu kapitalnym bonusem. Dodam, że zaangażowano nas, bo nie było wtedy – co dziś może się wydać niewiarygodne – wielu ludzi chętnych do pracy przy festiwalu. Poza tym wtedy jeszcze mało kto wiedział, co to jest festiwal piosenki. Był co prawda od 1961 roku festiwal w Sopocie zainicjowany przez Władysława Szpilmana, a rok wcześniej, w 1962 roku odbył się Festiwal Młodych Talentów w Szczecinie, ale nic ponad to.

 

Początki zawsze są trudne, więc pewnie w Opolu było mnóstwo organizacyjnej improwizacji…

Cały ten festiwal był jedną wielką improwizacją, począwszy od tego, że sam amfiteatr ledwo wykończono na otwarcie. Nikt prawie nie miał doświadczenia organizacyjnego administracyjnego i finansowego. Ta niekontrolowana improwizacja okazała się jednak zaskakująco sprawna i wszystko wychodziło. Panowała atmosfera radości i szczęśliwej improwizacji. Towarzyszyła kolosalna trema artystów i zdarzały się nawet ich rejterady przed wejściem na scenę.

 

Pogoda w Polsce jest kapryśna, a amfiteatr był bez dachu…

Tak, ale nawet tęga ulewa, która przydarzyła się w amfiteatrze bez dachu stała się elementem fantastycznego show, kiedy Jacek Fedorowicz czy Piotr Skrzynecki zaczęli żartować z tego deszczu i ludzie to podchwycili. Te potoki wody spadające na artystów i publiczność, gejzery tryskające spod nóg pianisty, las parasoli, zarejestrowała Polska Kronika Filmowa. Była atmosfera wielkiej radości z bycia razem w jednym miejscu. Najwspanialsze były trzy pierwsze festiwale: 1963, 1964 i 1965 roku, kiedy jeszcze publiczność nie znała większości wykonawców, a i oni nie znali się między sobą. Dzięki m.in. Opolu poznałem wszystkich ludzi polskiego show biznesu, oprócz tych najmłodszych z ostatnich lat.

 

Biorąc pod uwagę takie ogromne zbiorowisko młodych ludzi, na pewno Opole nie zamierało po koncertach…

Oczywiście, że nie. Na rynku opolskim był lokal o nazwie „Pająk” czy „Pod pająkiem”, dwupiętrowy, jedyny chyba wtedy w mieście poza restauracją dworcową. Można było tam pójść i się wyszaleć. Wszyscy tam chodzili, więc było tłok, który podkręcał atmosferę. Gadało się o występach, piło się dużo wódki, zawiązywały się przyjaźnie, miłości. Jako młody dziennikarz miałem poczucie bycia w środku czegoś, co tworzyło się i było ważne. Trudno powiedzieć, że w Opolu zaczęła się polska piosenka, ale na pewno pierwsze festiwale bardzo pomogły w jej rozwoju. Nie było wtedy zajadłej konkurencji. Wykonawcy nie występowali przeciwko sobie, bo nie było ani takiego pomysłu, ani takiej potrzeby. Wszyscy się lubili, byli razem. Paradoksalnie pomagał wtedy brak telewizji na pierwszych festiwalach, drobiazgowej reżyserii i dyktatu jej ciężkiej machiny. Nie było też formalnego ubierania się, specjalnie szytych strojów, choć oczywiście każdy chciał wyglądać jak najlepiej, podobać się. Nie było też wielogodzinnych prób, grało się i śpiewało z marszu. Nie było też szczegółowych zmian image’u, strojów, aranżacji. Natomiast były transmisje w Trójce radiowej, a nagrania były potem wielokrotnie puszczane i rozpowszechniane masowo na płytach, w tym popularnych „pocztówkach”. Wzbogacającym składnikiem koncertów byli konferansjerzy, tacy jak improwizujący na scenie Jacek Fedorowicz czy Piotr Skrzynecki, także tacy, jak Lucjan Kydryński, zawsze idealnie do wszystkiego przygotowany i świetnie ubrany, który potem stał się ozdobą festiwalu w Sopocie. Osobiście nie słyszałem, żeby ktoś mi się poskarżył, że mu coś odrzucili w cenzurze, tym bardziej, że na pierwszych festiwalach nie było tekstów o tematyce społecznej czy politycznej. Zapoczątkował je kilka lat później Wojtek Młynarski, tekściarz-felietonista. Robił to jednak tak inteligentnie, obchodząc aluzyjnie temat, że rzadko nie można się było do nich przyczepić. Dość długo organizatorzy czepiali się kwestii mody, sposobu ubierania się i długości włosów. Zawsze duże problemy miał z tym Tadeusz Nalepa, który był traktowany przez decydentów jako „czarna postać”. W jego utworach, w muzyce i w tekstach Bogdana Loebla nie było radości, były mroczne, dołujące. Cenzor się czepiał: „Mamy taką wspaniałą ojczyznę, kroczymy taką piękną drogą, a pan śpiewa takie pesymistycznie piosenki” – mówił. Pesymistycznie zaczynał też Czesław Niemen w utworze „Dziwny jest ten świat”, ale optymistycznie kończył słowami, że „ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim”. Nalepa był mocnym człowiekiem, z charakterem. Kiedy po raz pierwszy czepiono się jego długich włosów, upiął je, ale potem się zbuntował, odmówił i został ukarany brakiem zaproszeń na festiwal. Pozostały mu tylko koncerty i radio.

 

Przez pół wieku istnienia opolskiego festiwalu wytworzyła się wokół niego pewna kultura. Nie był jedynie miejscem wykonywania piosenek, ale matecznikiem wielokierunkowej twórczości, krzyżowania się wpływów, tworzenia impulsów i trendów, także dorocznym wydarzeniem towarzyskim…

Spełniał dwie główne funkcje, role. Po pierwsze był podsumowaniem tego, co już było. Po drugie był nurt tworzenia specjalnie na festiwal. Dominowały piosenki bezpretensjonalne, bez orkiestracji, melodyjne, proste, dla młodych ludzi. Ja też pisałem teksty dla moich rówieśników i często o moich uczuciach, o znajomych, o szkole. Wzorem dla tekściarzy tego pokolenia był Chuck Berry, który jako pierwszy poruszał w tekstach problematykę życia codziennego nastolatka, szkolnych kłopotów, wagarowania, strachu przed złą oceną, konfliktów między pokoleniami rodziców i dzieci. Potem te tematy podejmowali Krzysztof Dzikowski, Janusz Kondratowicz i inni. Poza tym w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej piosenka była tylko piosenką, natomiast w Polsce ruch rock and rollowy w pewnym momencie stał się głosem sprzeciwu przeciw pewnemu modelowi kultury nieco przesłodzonej, bo taka wcześniej piosenka dominowała. Janusz Gniatkowski, Jerzy Połomski, Irena Santor i podobni stylowo wykonawcy wychodzili na estradę elegancko, tradycyjnie ubrani, z towarzyszeniem orkiestry, śpiewali pięknie, acz słodko. Tymczasem młodzi z pokolenia rock and rolla chcieli śpiewać coś innego i słuchać czegoś innego, bardziej chropowatego, spontanicznego, wyluzowanego. Dlatego rock and roll stal się wyrazem pewnej postawy, nawet filozofii, choć może to za duże słowo. O ile Zachodzie rock and rollowcy, Cliff Richard, czy Jerry Lee Louis, to byli ładni, grzeczni, wylizani, dobrze ułożeni młodzieńcy, o tyle w Polsce rock and roll nie był tak dobrze ułożony.

 

Jak to się stało, że sam zaczął Pan pisać teksty piosenek?

W młodości, jak wielu młodych ludzi, pisałem wiersze. Kiedyś dałem jakiś tekst Mateuszowi Święcickiemu, który napisał do niego muzykę. Tak powstała moja pierwsza piosenka: „Gitara i ja”. Gitara była wtedy symbolem muzyki młodzieżowej i dlatego obrałem ją sobie jako temat piosenki, choć z rock and rollem nie miało to nic wspólnego.

 

Czy identyfikuje się Pan z jakimś pokoleniem, środowiskiem?

Należę do legendarnego już dziś pokolenia „Hybryd”, które tworzyli m.in. Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Jan Pietrzak, Stefan Friedman, Janusz Głowacki, Wojciech Młynarski, Marek Karewicz, muzycy jazzowi. Tworzono tam piękne rzeczy. Pojawiałem się w tym klubie najpierw jako kibic w czasach przedmaturalnych, potem jako student Uniwersytetu Warszawskiego. Przyjaźniłem się z tymi ludźmi i chłonąłem od nich wiedzę oraz zamiłowanie do sztuki. Mogę powiedzieć, że „Hybrydy” mnie wychowały i wykształciły, nieformalnie oczywiście. Także ta edukacja u ludzi bardziej doświadczonych ode mnie, mądrzejszych, bardziej twórczych dała mi impuls do twórczości tekściarskiej, bo uważam się za tekściarza a nie poetę. Wiele przyjaźni z ludźmi ze świata muzycznego zawarłem też Sopocie, w tamtejszych non-stopach i na festiwalach. Poznałem Niemena, Klenczona, Krajewskiego, Kordę i innych. Nasi muzycy byli świetni, ale nie było wśród nich talentów tekściarskich. Pierwszy profesjonalny tekst napisałem w 1964 roku dla Czesława Niemen i nosił on tytuł „Czy wiesz o tym, że”. Niemen na początku wykonania te słowa wykrzykiwał i dziennikarz „Życia Warszawy” Andrzej Ibis-Wróblewski, który wtedy Niemena nie lubił, pytał: „Na kogo pan tak krzyczy, panie Niemen”, na co ten odpowiedział: „Na pana krzyczę, panie Wróblewski, na pana”. Potem Wróblewski zakochał się w muzyce Niemena, podobnie jak całe młode pokolenie Polaków, którym Niemen pokazał, jak się tworzy, śpiewa, aranżuje i jak się przekracza pewne granice. To były dla mnie były fantastyczne lata. Pisałem teksty i pracowałem z kompozytorami, pracowałem w radiu, żyłem kulturową atmosferą tamtych czasów.

 

Czym się Pan teraz zajmuje?

Pracuję nad kolejną książką i działam na rzecz stworzenia w Warszawie muzeum jazzu. Chciałbym zamknąć w ten sposób moje życie muzyczne.

 

Dziękuję za rozmowę.