Trzeba nam Paktu dla demokracji

Wystąpienie na XIII Zjeździe Towarzystwa Kultury Świeckiej z 2 czerwca 2018 r.

 

Kończąca się kadencja władz naszego Towarzystwa przypadła na bardzo trudny, zły okres w najnowszej historii Polski. Wygrane przez „Prawo i Sprawiedliwość” wybory prezydenckie i parlamentarne 2015 roku otworzyły drogę do stopniowego dewastowania demokracji i rządów prawa, do wprowadzania w Polsce tego, co nazwałem „nowym autorytaryzmem” („Strategia lewicy i nowy autorytaryzm”, Myśl Socjaldemokratyczna, nr.2, 2017).
To, co nazywam „nowym autorytaryzmem” bywa w literaturze politologicznej nazywane rozmaicie, między innymi „elektoralnym autorytaryzmem”, „nieliberalną demokracją”, „delegacyjną demokracją”. Od tradycyjnego autorytaryzmu – bardzo powszechnego w latach międzywojennych, ale występującego także po drugiej wojnie światowej (zwłaszcza w wielu państwach Ameryki Łacińskiej i w większości pokolonialnych państw Azji i Afryki) nowy autorytaryzm różni się przede wszystkim trzema cechami. Po pierwsze: nie jest on wynikiem dokonanego przemocą przewrotu, lecz dochodzi do skutku w drodze pokojowej, wskutek wygranych przez ugrupowanie autorytarne wyborów. Po drugie: rządzący potwierdzają swój mandat polityczny wygrywając kolejne wybory, w których uczestniczy opozycja. Po trzecie: sprawując władzę autorytarni przywódcy unikają stosowania na masową skalę represji i dopuszczają funkcjonowanie opozycyjnych partii oraz niezależnych (niepublicznych) środków przekazu. Pod tym trzecim względem wyjątkiem jest Turcja, gdzie po nieudanym wojskowym zamachu stanu (w lipcu 2016 r.) rozpętano istną orgię represji politycznych.
Czy Polska stała się już państwem autorytarnym? Nie ulega wątpliwości, ze w ostatnich latach dokonał się w Polsce bardzo znaczący proces odchodzenia od demokracji. Notoryczne naruszanie Konstytucji doprowadziło do upartyjnienia Trybunału Konstytucyjnego i do bardzo znacznego, choć jeszcze nie w pełni zrealizowanego podporządkowania prokuratury i sądów czynnikowi politycznemu w osobie ministra sprawiedliwości i zarazem prokuratora generalnego. W Sejmie ograniczona do minimum jest rola opozycji. W kraju szerzy się tolerowany a nawet wspierany przez rządzących agresywny nacjonalizm. Hierarchia Kościoła Katolickiego wywiera nacisk na coraz dalej idące przekształcanie państwa w kierunku fundamentalizmu katolickiego, czego najbardziej widocznym przejawem jest dążenie do zaostrzenia i tak bardzo restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego. Dzieje się to w czasie, gdy nawet Irlandia ( w ostatnim referendum) odchodzi od politycznie i prawnie sankcjonowanego fundamentalizmu w sprawie prawa kobiet do decydowania o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży. Wszystko to w pełni uzasadnia nasz sprzeciw wobec kierunku, w jakim idą sprawy w naszym kraju. Czy jednak uzasadnione jest przekonanie, że wszystko już jest stracone, że czeka nas długa noc prawicowych rządów autorytarnych?
Wbrew opiniom wielu publicystów, a nawet niektórych prawników, jestem zdania, że nasz kraj znajduje się dopiero w procesie przechodzenia do systemu autorytarnego i że proces ten nie musi doprowadzić do ustabilizowania się takiego systemu. Wszystko zależy od tego, czy kolejne wybory mające się odbyć w latach 2018-2020 – samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie – pozwolą Prawu i Sprawiedliwości utrzymać i skonsolidować zdobytą trzy lata temu władzę. Dlatego uważam, że będą to najważniejsze od 1989 roku wybory a od ich wyniku zależeć będzie przyszłość Polski na bardzo wiele lat – być może na pokolenia.
W porównaniu z takimi neoautorytarnymi państwami, jak Rosja, Turcja, Węgry czy Białoruś, polski autorytaryzm odznacza się czterema cechami, które łącznie powodują, iż jego przyszłość nie jest pewna.
Po pierwsze: w opinii publicznej partia rządząca nie ma druzgoczącej przewagi nad opozycją. Wszystkie sondaże wskazują na to, że łączne poparcie dla ugrupowań opozycyjnych jest równie lub nieco wyższe niż poparcie dla PiS i jego akolitów. Partia rządząca w Polsce może jedynie marzyć o takiej przewadze, jaką nad rywalami mają „Jedyna Rosja”. Fidesz czy turecka AKP.
Po drugie: przywódca partii rządzącej jest jednym z najbardziej niepopularnych polityków polskich i – inaczej niż Putin, Erdoğan, Orbán czy Łukaszenka – nie stanowi wartości dodanej dla swej partii, lecz jest jej obciążeniem. Niezależnie od obecnej choroby Jarosława Kaczyńskiego oczywiste jest, że jego przywództwo raczej osłabia niż wzmacnia szanse PiS na dalsze rządzenie Polską.
Po trzecie: wyczerpały się możliwości realizowania przez PiS obietnic socjalnych, które pomogły mu wygrać wybory. Ostatni protest rodzin osób niepełnosprawnych i sposób reagowania rządu na ten protest pokazały dobitnie, że nieprawdziwe były przechwałki polityków PiS, iż pod ich rządami nie będzie rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Należy oczekiwać dalszych protestów grup, które czują się pominięte w polityce socjalnej prowadzonej przez PiS. Poczucie rozczarowania pogłębia to, że wbrew swym własnym zapowiedzią PiS uprawia na wielką skalę praktykę bardzo hojnego nagradzania swoich i nepotycznego obsadzania stanowisk państwowych ludźmi, których jedyną zasługą jest polityczna lojalność.
Po czwarte: Polska znajduje się w otoczeniu międzynarodowym, które nie sprzyja konsolidacji systemu autorytarnego. Unia Europejska jest rodziną państw demokratycznych, a ogromna większość Polaków wysoko sobie ceni nasze miejsce w tej strukturze. Im bardziej konsekwentna będzie UE w obronie rządów prawa w Polsce, tym trudniej będzie spychać Polskę w koleiny nowego autorytaryzmu.
Wszystko to nie znaczy jednak, by zahamowanie groźnej tendencji autorytarnej było łatwe i proste. Opozycja jest podzielona, gdyż w jej skład wchodzi konserwatywna w swej większości Platforma Obywatelska, liberalna i wyraźnie osłabiona „Nowoczesna”, wciąż liczące się – zwłaszcza na wsi – Polskie Stronnictwo Ludowe i podzielona na kilka ugrupowań lewica, której główną siłą jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ludzie lewicy mają, co podzielam, liczne i w pełni uzasadnione żale do Platformy Obywatelskiej. Padają nawet stwierdzenia, że wybór między PiS i PO to wybór „między dżumą i cholerą”. Rozumiem to stanowisko, ale z nim już kilkakrotnie publicznie polemizowałem. Uważam bowiem, że w obliczu niebezpieczeństwa, jakim dla Polski jest umocnienie się autorytarnego kursu politycznego, sprawą najważniejsza jest odsunięcie PiS od władzy. Może tego dokonać jedynie taka opozycja, która zdecyduje się odłożyć na później dzielące ją różnice i przeciwstawić obozowi rządzącemu PAKT DLA DEMOKRACJI.
Konieczność takiego paktu wynika z obowiązujących ordynacji wyborczych, które dają wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. Strategia wyborcza opozycji w nadchodzących wyborach musi być dostosowana do trzech sposobów ustalania wyników wyborów: proporcjonalnego, zwykłą większością i większością bezwzględną.
W wyborach proporcjonalnych do Sejmu i do sejmików wojewódzkich podział mandatów dokonuje się metodą d’Hondta, która daje wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. To dlatego w 2015 roku PiS zdobywając 37 proc. głosów uzyskał bezwzględną większość mandatów w Sejmie. By zapobiec powtórzeniu się takiej sytuacji, opozycja powinna wystawiać wspólne listy kandydatów do sejmików a następnie do Sejmu. Trzeba pamiętać, że polska ordynacja nakłada na wyborcę obowiązek wskazania osoby, której oddaje swój głos, co pozwala na przykład ludziom lewicy tak głosować, by ich głosy zapewniły lewicy odpowiednią do jej wpływów reprezentację.
W wyborach dokonywanych zwykłą większością (tak głosujemy w wyborach senatorów) opozycja musi porozumieć się i wystawić po jednym wspólnym kandydacie w każdym okręgu, gdyż w przeciwnym razie może powtórzyć się wielki sukces, jaki PiS odniósł w wyborach do Senatu w 2015 roku.
Inna natomiast jest logika wyborów bezwzględną większością (wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast oraz prezydent RP), gdzie najczęściej o wyniku decyduje druga tura. W tych wyborach ma sens wystawianie osobnych kandydatów poszczególnych ugrupowań opozycyjnych, przy założeniu jednak, że wszystkie te ugrupowania zobowiążą się do poparcia w drugiej turze tego kandydata opozycji, który do niej wejdzie.
Słowo o sytuacji lewicy. Sytuacja ta jest nadal źródłem naszego wielkiego rozczarowania. Jakże daleko odeszliśmy od czasów wielkich sukcesów wyborczych lewicy w latach 1993-2001! Wprawdzie Sojusz Lewicy Demokratycznej ostatnio skutecznie odrabia straty spowodowane między innymi błędną polityką kilku poprzednich lat (z bezsensowną decyzją o wystawieniu niepoważnej kandydatury w wyborach prezydenckich 2015 roku na czele), ale jest to wciąż bardzo dalekie od dawnej pozycji tego ugrupowania. Część ludzi lewicy (w tym zwłaszcza partia Razem) zachowuje się tak, jakby ich największym przeciwnikiem był SLD. Powinniśmy domagać się od wszystkich ugrupowań lewicowych stworzenia wspólnego frontu w walce o demokratyczne, tolerancyjne i świeckie państwo.
Ruch laicki nie jest partią polityczną. Jego znaczenie polega nie na tym, że pociąga za sobą setki tysięcy wyborców, lecz na tym, że jest piastunem i wyrazicielem ważnej tradycji postępowej myśli politycznej i społecznej. Tę rolę spełniamy dobrze i będziemy szli tą drogą w trudnych latach, które są przed nami.

Boję się o uczciwość wyborów

„Obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę”. Z prof. Jackiem Kucharczykiem, socjologiem, prezesem Instytutu Spraw Publicznych, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: 62 proc. badanych uważa, że rząd nie zareagował odpowiednio na protest w Sejmie – tak wynika z badania Kantar przeprowadzonego dla TVN i TVN24. Czy to może mieć realne znaczenie i przełożyć się na poparcie dla PiS-u?

JACEK KUCHARCZYK: Zacznijmy od tego, że w cywilizowanym kraju takie protesty nie powinny być rozwiązywane wyłącznie w oparciu o badania opinii publicznej. Natomiast co do nastrojów społecznych, to można było się domyślać, że większość Polaków i Polek będzie się solidaryzowało z protestującymi. To jest grupa, której do jakiegoś stopnia trudno nie kibicować. Ale PiS skalkulował sobie, że dla ich wyborców to jednak nie jest wielki problem. Dlatego postanowił rozprawić się z niepełnosprawnymi właśnie w taki sposób. Wydaje mi się, że nawet jeżeli większości badanych to się nie podoba, to nie musi mieć istotnych konsekwencji politycznych dla samego PiS-u.
Elektorat partii rządzącej jest dosyć specyficzny, spora jego część to są wyborcy, o których mówi się „wyborca autorytarny”. Takim osobom stosowanie twardej ręki wobec protestujących niepełnosprawnych może się nawet podobać. Na pewno znajdą wiele rozgrzeszeń takiego zachowania.
Coś, co by ich oburzyło, gdyby zrobiła to Platforma Obywatelska, nie oburza, jeżeli robi to PiS. Obnażanie hipokryzji PiS-u w tej sprawie po dużej części zwolenników tej władzy spłynie jak woda po kaczce. Oni po prostu stosują podwójne kryteria. To widać zresztą nie tylko w tej sprawie. Dobrym wglądem w dusze wyborców PiS-u jest to, co dzieje się w prorządowych mediach społecznościowych. PiS wychował sobie swojego wyborcę, który wszystko kupuje.
Poza tym nawet jeżeli ponad 60 proc. badanych uważa, że rząd powinien inaczej postąpić w przypadku niepełnosprawnych, to wcale nie oznacza, że w związku z tym trzeba poprzeć opozycję. Wyborcy trwają przy PiS-ie, dlatego wszystkie skandale słabo przekładają się na wzrost poparcia dla opozycji. Sytuacje, które bulwersują wielu ludzi, nie zmieniają politycznej wojny pozycyjnej.
PiS ma wciąż poczucie pewnej bezkarności. Po tym, jak władza potraktowała niepełnosprawnych, powinien wybuchnąć ogromny skandal, a protestować powinny także osoby bliskie PiS-owi. A po tamtej stronie głucha cisza.

 

Na bardzo podatny grunt za to padają wszystkie oskarżenia o upolitycznienie protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów. Przecież wszystko jest winą opozycji.

W tej sprawie zawsze mam poczucie déjà vu. Kiedy uchwalono nielegalnie budżet w Sali Kolumnowej, kiedy PiS kneblował dziennikarzy, to sprzedał swoim wyborcom narrację, że doszło do próby zamachu stanu. Taki przekaz trafia do PiS-owskiego wyborcy. O wszystko można oskarżyć opozycję i potraktować jako próbę obalenia legalnie wybranej władzy. PiS zawsze uruchamia taką narrację w momentach kryzysu. Może ona nie przekonać większości Polaków, ale wystarczy, że przekona tę część, która po raz kolejny poprze PiS. To im na razie wystarczy.

 

Dlaczego wyborca PiS-u dał się tak łatwo „wychować”?

To jest trudne pytanie. Elektorat autorytarny nie wziął się przecież z niczego. PiS-owi udało się trafić do takich osób i wypracować narracje, które ich przekonują.
Uważam, że najważniejsze w przekazie PiS-u są dwie rzeczy – udowadnianie, że jesteśmy wybrani przez naród, dlatego każdą krytykę należy traktować jako zamach na wolę „suwerena”, oraz przekonanie o pisowskiej skuteczności i nieomylności. To jest ten słynny imposybilizm, który Kaczyński obiecał przezwyciężyć, a co w praktyce oznacza, że PiS nie da się spętać żadnymi zasadami.
Jak powiedzieli, że nie ustąpią przed niepełnosprawnymi, to nie ustąpili. A to budzi w ich elektoracie podziw, bo to dowód politycznej skuteczności.

 

A co mogłoby zmienić to nastawienie? Prof. Janusz Czapiński w rozmowie z wiadomo.co przekonywał, że sytuacja może się zmienić tylko wtedy, gdy zmieni się sytuacja gospodarcza. Zgadza się pan z tym?

Jest to przekonująca hipoteza.
Uważam, że dobra sytuacja ekonomiczna w pewnym sensie usypia wyborców. Nawet ci, którym nie wszystko pasuje, będą się oburzać, ale nie widzą powodów, aby cokolwiek więcej zrobić.
Jeżeli nagle sytuacja gospodarcza zaczęłaby się pogarszać, a ceny rosnąć – zresztą to już jest zauważalne – to na dłuższą metę może doprowadzić do spadku poparcia. Może nadwerężyć poczucie, że ta partia wie, co robi. Podważona zostałaby także wiara w specyficznie pojmowane kompetencje do rządzenia.

 

Może na to wpłynąć obcięcie funduszy unijnych? Taką decyzję podjęła KE.

PiS odwołuje się w tej sprawie do dwóch narracji. Jedna dotyczy tego, że Unia Europejska chce nas ukarać, ale my jesteśmy suwerenni i nie damy się złamać. Z drugiej strony rozpocznie się nagonka na opozycję, przecież już słychać, że to wina Donalda Tuska, który nie załatwił dla swojego kraju wystarczających pieniędzy. Nieważne, że wcześniej dla PiS-u był niemieckim przedstawicielem… Na ile to zaszkodzi PiS-owi? To cały czas sprawa otwarta. Kwestie europejskie od początku były piętą achillesową tej władzy, która może mieć twardy orzech do zgryzienia. Muszą jakoś wytłumaczyć to, że jak rządziła PO, to było więcej pieniędzy, a mówimy przecież o sporych sumach. A jeżeli będą przekonywać, że to rezultat szybkiego rozwoju kraju, to trudno będzie to pogodzić z wcześniejszą narracją „Polski w ruinie”. Pewnie spin doktorzy PiS-u już nad tym pracują.
Wydaje mi się, że dominująca będzie narracja o tym, że Bruksela nas bije, a opozycja im pomaga… Czyli słynna „ulica i zagranica”.

 

Kluczowe znaczenie dla KE miało to, co dzieje się w naszym kraju, czyli łamanie prawa? Czy jednak źle prowadzone, albo w ogóle brak negocjacji i zaangażowania strony rządowej?

Myślę, że zaważyła druga sprawa. Obiektywnie rzecz biorąc, to nie jest kara nałożona na Polskę. Ale to pokazuje, że budżet jednak jest negocjowany i w zależności od siły przetargowej kraju można różne rzeczy wynegocjować. A żeby uzyskać najlepszy podział pieniędzy, trzeba budować jak najszersze koalicje. PiS nie jest w stanie takiej koalicji zbudować. Nawet słynna Grupa Wyszehradzka, jak widać, nie bardzo pomogła. To są tylko 4 kraje i akurat są na cenzurowanym w UE. Dochodzimy do drugiej sprawy, jaką są uchodźcy.
Obcięcie funduszy nie jest karą za nieprzyjęcie uchodźców, ale konsekwencją takiej polityki. Nie można z jednej strony odmawiać solidarności w jednej sprawie, a żądać w drugiej. Podwójne standardy, które PiS stosuje z powodzeniem w polityce krajowej, nie działają na płaszczyźnie europejskiej.

 

PiS-owi może zaszkodzić przed wyborami samorządowymi fizyczna nieobecność Jarosława Kaczyńskiego?

Największym zagrożeniem dla PiS-u jest walka o wpływy w momencie osłabienia prezesa. Z punktu widzenia wyborcy Kaczyński w szpitalu nie bardzo różni się od Kaczyńskiego zamkniętego na ulicy Nowogrodzkiej. Jako człowiek z wysokiego zamku znalazł sposób na jednoosobowe utrzymywanie porządku. Izolacja fizyczna niewiele zmienia, ale osłabiona jest niewątpliwie jego zdolność do zarządzania partią.

 

Podobno Joachim Brudziński ma teraz – pod nieobecność Jarosława Kaczyńskiego – zarządzać partią. Sprawdzi się w tej roli?

To się oczywiście okaże. Zobaczymy, czy Joachim Brudziński będzie w stanie twardą ręką godzić i przywoływać do porządku najbardziej ambitnych polityków. Mam wrażenie, że już widać chaos, który zapanował w partii rządzącej. Ale nie jestem w stanie na razie ocenić, jak to przełoży się na wizerunek PiS-u w oczach jego wyborców. Ostrożnie można powiedzieć, że to na pewno PiS-owi nie pomoże, zwłaszcza przed wyborami samorządowymi.

 

Wybory samorządowe to będzie trudny sprawdzian dla rządzącej partii?

Przede wszystkim w związku z nowymi przepisami tym wyborom będzie towarzyszył chaos. To może zadziałać w dwie strony. Ja się bardzo boję o uczciwość tych wyborów.

 

Boi się pan o świadomą nieuczciwość, czy efekt tego chaosu?

Boję się o świadomą nieuczciwość. Mam wrażenie, że w związku z różnymi kryzysami nasila się panika w szeregach władzy i jednocześnie poczucie, że władzy raz zdobytej nie można oddać. Dlatego obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę. Mam nadzieję, że się mylę. Ale naprawdę boję się, że tak jak PiS rozpętał przy poprzednich wyborach samorządowych aferę, że były sfałszowane, podczas gdy nie były, to tym razem będzie odwrotnie.

 

Opozycja zwiera szyki. Z jednej strony powstała Koalicja Obywatelska, z drugiej PO tworzy ruch Wolontariusze Wolnych Wyborów, który ma czuwać nad procesem wyborczym. To PiS-u nie powstrzyma?

Mobilizacja opozycji i mobilizacja społeczna na rzecz wolnych i uczciwych wyborów jest teraz kluczowa. Myślę, że jeżeli doszłoby do nieprawidłowości, to PiS będzie miał swoją narrację i swoich obserwatorów. Po ostatnich wyborach powstała nawet organizacja Ruch Kontroli Wyborów, która zdobyła później różne rządowe granty. Tym razem na pewno zostanie wykorzystana do monitorowania wyborów, ale w specyficzny sposób. Poza tym nad procesem wyborczym powinna czuwać niezależna PKW, a potem niezależne sądy, ale niestety z tą niezależnością może być poważny problem.

 

Rozumie pan strategię przyjętą przez SLD? Czyli pozycja „w opozycji do opozycji”.

To może zaszkodzić całej opozycji.
SLD przyjęło taką strategię, że w 80 proc. powiela narrację PiS-u, a w 20 proc. jest przeciwne. W szczególności jeżeli chodzi o politykę historyczną. To mogło mieć znaczący wpływ na wzrost poparcia dla tego ugrupowania.
Myślę, że teraz dostali takiego sondażowego zawrotu głowy. Ale to jest polityka bardzo krótkowzroczna. Podcinanie możliwości tworzenia szerszych koalicji i krytykowanie centrowej opozycji działa przecież na korzyść Prawa i Sprawiedliwości.