Zjednoczenia nie będzie

…na razie!

 

Lewico jednocz się – nawołuje prasa liberalna. Wcześniej promowała różne ruchy na lewicy i tępiła SLD zarazem. SLD istnieje, a lewicowi ulubieńcy liberałów słabną. Taka linia poniosła klęskę. Zatem niech się zjednoczą i wtedy może zagrożą – razem z liberałami – PiS-owi. Widzę w tym chęć ponownego powrotu do władzy PO, a lewica ma być w tym tylko narzędziem, która potem zostanie uznana za niepotrzebną.
Samo zjednoczenie na lewicy jest sprawą bardzo trudną. Nie wierzę w połączenie się obecnych partii i grup. Zbyt wiele je dzieli. Dzielą je bardziej osobiste animozje i ambicje niż kwestie programowe. I jest jeszcze coś znacznie ważniejszego. Brak na lewicy umiejętności organizacyjnych i chwytliwych wizji zdolnych do utworzeniu czegoś nowego, co będzie tchnęło świeżością. Równolegle powinny powstać struktury organizacyjne zdolne do walki wyborczej.
W III RP były czasy szybkiego powstawania partii politycznych. W ubiegłym wieku Andrzej Lepper założył Samoobronę i skupił wokół siebie niezadowolonych rolników, a potem także innych niezadowolonych. W końcu Samoobrona zawaliła się pod własnym ciężarem, a PiS w tym bardzo jej pomógł. Potem Janusz Palikot, odszedł z PO i błyskawicznie założył Ruch Palikota. Początki były świetne, potem było coraz gorzej i w końcu partia rozpadła się szybciej niż powstała. Kukiz także wyskoczył znienacka, bazując na sławie piosenkarza, zebrał ludzi od prawa do lewa, ale raczej od prawa i trwa. Sprawdzianem będą wybory samorządowe. Brak struktur tej partii w terenie dobrze nie rokuje.
Ryszard Petru powołał swoją Nowoczesną bardzo szybko i sprawnie. Była to nowsza wersja PO, nieobciążona aferami, młodsza, świeższa i dynamiczniejsza. W sondażach nawet przebijała PO. Jednak Nowoczesna także powoli schodzi ze sceny. Właśnie jest trawiona przez PO.
Wspomniani liderzy wykazali się umiejętnościami organizacyjnymi i mieli to „coś”, co przyciągnęło wyborców. Umiejętności organizacyjne i finanse są nie mniej ważne od głoszonej ideologii. Wszystkim wymienionym zabrakło jednak długofalowej strategii i niestarzejącej się ideologii, a członkowie liczyli przede wszystkim na partyjne konfitury. Konfitur dla wszystkich nie starcza i partia szybko się kurczy.
Czy na lewicy są tacy? Nie widzę. Czarzastego, sprawnego organizatora, nie trawią inni liderzy. Zandberg raczej jest zdolny po skłócania niż jednoczenia. Barbara Nowacka utworzyła szyld „Inicjatywa Polska” i nic ponadto. Robert Biedroń jest obecny w polityce od lat, ale do partyjnej orki nie pali się. Raczej ma predyspozycje do bycia mądrym celebrytą niż człowiekiem od czarnych prac organizacyjnych. On o tym wie i dlatego nie wie jaką drogą ma podążać.
Jest na lewicy jeszcze jeden problem. Mniejsze partie patrzą jak na prawicy duże partie pożerają mniejsze. Na lewicy małe ugrupowania boją się SLD, który też dopiero odrabia poniesione straty. Boją się, że SLD je wchłonie i strawi, a oni chcą mieć swoją tożsamość i swoją partię, nawet jak one niewiele znaczą na scenie politycznej. Co więcej te małe partie i grupy też same ze sobą nie potrafią się dogadać. We Wrocławiu Zieloni i Razem ponad rok temu zawiązali sojusz wyborczy. Nic z tego nie wyszło. Także organizacje kobiece nie potrafiły stworzyć wspólnego frontu wyborczego do samorządów. Zatem podziały na słabej lewicy są wielowarstwowe i głównie nie programy je dzielą, ale ambicje przywódcze i kłótliwe charaktery. W polityce nieumiejętność zawierania i dogadywania kompromisów skazuje takie partie na niebyt. Dlatego obecnie debata na temat zjednoczenia na lewicy, na razie do niczego sensownego nie doprowadzi.
Ale próbować trzeba. Może w końcu zaistnieje taki moment i pojawią się tacy ludzie, którzy powołają duży ruch na lewicy. Wybory samorządowe takiemu łączeniu się nie sprzyjają. Czekajmy na wybory parlamentarne i mądrzejmy na lewicy. Podpowiedzi liberałów traktujmy z dystansem, bo im nie zależy na silnej lewicy.

ZaPiSani

To się musiało tak skończyć. Rafał Woś pierwszy otwarcie zaczął nawoływać do współpracy z PiS, która tak zbawiennie ma zadziałać na polską lewicę.

 

Do tej pory takie wstawki, o niebo jednak bardziej subtelne, pobrzmiewały w wystąpieniach Ikonowicza, facebookowych enuncjacjach Łukasza Molla czy na łamach „Nowego Obywatela” Remigiusza Okraski.
Nie wiedzieć czemu wszyscy ci komentatorzy na subtelnej przesłance, że PiS kiwnął paluszkiem w stronę ich elektoratu, starają się zbudować fundamenty porozumienia politycznego. Chybotliwa to będzie budowla.
Po pierwsze, Woś w swoim tekście „Lewico, czas na współpracę z PiS” nie zauważa, że dobry pan Kaczyński jednym paluszkiem głaszcze lud pracujący po głowach i rzuca weń pięćsetplusami, ale pozostałymi czterema palcami daje mu bolesne prztyczki. Morawiecki przytula do piersi bankierów, i ogradza państwo specjalną strefą ekonomiczną. Zaś nawet świadczenia mające wspierać polską rodzinę przesiąknięte są konserwatywną ideologią jak gąbka.
Dając 500 plus PiS skutecznie zamknął usta wszystkim lewicowym komentatorom, pragnącym dowiedzieć się, co realnie ów dodatek zrobił z kobietami: wzmocnił czy osłabił ich rolę w rodzinie i społeczeństwie? Tym, którzy jeszcze maja odwagę wytknąć niesprawiedliwość świadczenia (próg dochodowy w przypadku samotnych matek jedynaków) i tym, którzy zauważają, że jednak 500+ w dłuższej perspektywie ubezwłasnowolnia kobiety i czyni je ekonomicznie zależnymi od partnerów – inni lewicowcy, tacy jak właśnie Woś czy Okraska, zatykają usta w trymiga historiami wszystkich Franków i Zoś, które pierwszy raz w tym roku zobaczyły morze. Z tego powodu nie wolno zadawać pytań o wpływ na kobiety, bo wszak stare dobre prawicowe założenie głosi, że dziecko jest od kobiety zawsze ważniejsze.
LGBT, ekologia, świeckość? Red. Woś naprawdę myśli, że w tych kwestiach „wychowa” pod siebie prawicę?
A skąd w ogóle śmiały pomysł, że Kaczyński chce być wychowywany i w ogóle potrzebuje jakiejkolwiek lewicy żeby się z nią „dogadywać”? To jakieś odpryski fałszywego przeświadczenia młodej lewicy o swoim znaczeniu, fakcie tak istotnym, że Kaczyński będzie musiał przedstawić ofertę.
Lewica wreszcie powinna się wybudzić i przestać fantazjować o klasie pracującej (nie są nią zastępy klonów Andrzeja Leppera), o klasie średniej (nie są nią prekariusze zasuwający na 3 etatach na kredyt na 40-metrowe mieszkanie, który tylko część z nich zdoła szczęśliwie spłacić w wieku przedemerytalnym) i wreszcie o trzeciej drodze (nie jest nią do cholery próba dialogu z PiS, bo PiS sobie tego dialogu nie życzy).
Nic nas z PiS nie łączy. Żebyśmy się za radą Roberta Biedronia naprzytulali i nacykali fotek za wszystkie czasy – jesteśmy zbiorami rozłącznymi. Jedyne, na czym komentatorzy liżący metaforyczne tyły Kaczyńskiego próbują budować to to, że PiS wykonał kilka gestów w stronę robotników i zasiłkowiczów, a my będziemy z tego powodu rwać głowy do końca świata. „Czemu żeśmy na to nie wpadli?” – rwie włosy z głowy lewica.
Podejrzewam nieśmiało, że ktoś jednak wpadł, sęk w tym, że nie rządził od 2005.
I właściwie na co? Na kupowanie sobie wyborców? Na to nie jest trudno wpaść. Tylko rzeczywiście PiS zbudowało nową jakość w tym sensie, że się na taką blagę odważyło w biały dzień. Ewentualne negatywne skutki i tak będą odroczone w czasie. O tym, że produkowanie nowych rzesz ubogich ludzi bez godnej pracy nie jest rozwiązanie problemów tego kraju, przekonamy się dopiero za lat naście lub więcej.
Co robić? Oczywiście, że przedstawiać konsekwentnie własną ofertę dla ludzi pracy. Systemową, nie z kartonu. Cóż z tego, że „trzecia droga” Rafała Wosia, czyli sojusz z PiS pozwoli wykonać skok do przodu – skoro będzie to skok prosto do paszczy lwa?
To koniunkturalizm pod płaszczykiem wallenrodyzmu. Coś jak Joanna Erbel w strukturach warszawskiego PO-ratusza. Choć i ona ma lepszy niż Woś glejt na przeproszenie się z krytykowaną wcześniej władzą – specjalista w wąskiej dziedzinie zawsze ma w naturalny sposób więcej pola manewru nawet pod ciężkim dyrektorskim butem.
Fantazjuje też Maciej Gdula, piszący w swojej polemice do Wosia, że dogadywać to się można z Warzechą. Dogadywać to się można z Ludwikiem Dornem. Z Rafałem Matyją. Bo to są ludzie zdolni zweryfikować własne ewentualne potknięcia ideologiczne. I to Matyja, człowiek, który stworzył pojęcie IV RP, jako jedyny do tej pory trafnie w moim pojęciu zlokalizował źródło rychłej porażki PiS:
„Zerwanie dialogu z centrum sceny politycznej. To zabiło dialog, który dla PiS był zbawienny przed wyborami – z ludźmi, którzy stoją w centrum i są niezależni. Kaczyński wysłał sygnał do własnych szeregów: nie gadajcie z nimi”.
Idźcie wy się wszyscy klaszczący zapiszcie już do tego PiS. Wyrychtujcie CV i listy motywacyjne. Tylko już nie zajmujcie łamów akrobacjami intelektualnymi przypominającymi podwójne salto nad Wielkim Kanionem na grzbiecie konia jadącego na żółwiu.

Danielewszczyzna

Polityk SLD odpowiada na sugestie redaktora „Gazety Wyborczej”, że Sojusz się skończył i myśli wyłącznie o tym, aby przetrwać w spokoju i względnym dostatku najbliższe lata.

 

Z reguły nie reaguję na gazetowe komentarze i pseudoanalizy. Szkoda czasu i zdrowia na przejmowanie się wykwitami wyobraźni ornitologów, którzy z obserwacji nieba wyciągają wnioski o mechanice latania (to myśl doktora Migalskiego, który jednak spróbował polatać). Potem poszczególnym ptakom przypisują nazwy konkretnych partii politycznych i odpowiadają na pytanie, kto wyżej poleci, a z upierzenia wyciągają wnioski o sile skrzydeł. Ja już z tego wyrosłem.
Jeśli zatem zareagowałem to dlatego, aby, aby skrócić męki tych pożal się Boże specjalistów od polityki, mapy politycznej, hierarchii wyników wyborczych itp. W tym także od koalicji, które mają obalić władzę PiS-u lub przeciwnie ją umocnić. Wydawało mi się, że rzecz rozumnie wyłożył Jacek Żakowski w poniedziałkowej (z 20 sierpnia) „Wyborczej”. Jednak nie wszyscy go czytają, a szkoda.
Nie przeczytał go także kolega redakcyjny Pan Michał Danielewski. Na drugiej – czyli autoryzowanej przez kierownictwo redakcji – stronie środowego (22 bm) wydania „Gazety” wydrukowano jego tekst pod tytułem: Wybory, lewica, problem”. Tekst, jak tekst, kolejne rozważania podszyte tzw. troską o lewicę, bowiem słusznie (ale nie odkrywczo) Pan Danielewski zauważa, że „bez lewicy w Sejmie odebranie władzy PiS-owi będzie niezmiernie trudne”.
Intencją autora jest wsparcie pomysłu Roberta Biedronia na stworzenie własnej formacji, której Pan Danielewski przewiduje świetlaną przyszłość. Nie będę z tym polemizował, Biedronia uważam za mądrzejszego niż jego medialni sojusznicy o nim sądzą.
Ale na tym tle Pan Danielewski wspomina o SLD. Partii, która przeprowadziła z PRL miliony ludzi do III Rzeczpospolitej, której wkładu w budowę III RP nie sposób podważyć. Dziś to partia po przejściach, która pomału, krok po kroku odbudowuje swoje wpływy, podkreślając m.in. to, że jest jedyną, wierną pokoleniu czasu przejściowego.
Nadal się liczy na scenie politycznej, a obecne kierownictwo próbuje aktywnie uczestniczyć w debacie publicznej, opierając się sekciarstwu z lewej, klerykalizmowi z prawej i pogardzie. Oto, co pisze o SLD Pan Danielewski: „Politycy administrujący masą upadłościową po SLD nie mają interesu, żeby cokolwiek zmieniać, póki żyją resztki ich elektoratu”.
To mną wstrząsnęło. Przy takim myśleniu PiS ma rzeczywiście świetlaną przyszłość. Jeśli Jarosław Kaczyński czyta tego rodzaju teksty, to zapewne śpi spokojnie. Tyle pogardy, ile jest ukryte w powyższym fragmenciku lokuje Autora w okolicach skrajnej prawicy, tuż przy ONR-ze. Może Pan Danielewski nie wie, że pogarda – i w jej następstwie wykluczanie całych grup społecznych – jest cechą twardej prawicy, z której wyrosło parę zjawisk, o których ludzkość mówi z bólem i wstydem. Tu jesteście wyjątkowo zgodni z PiS-em, które też wyklucza, ale i też stanął w obronie wykluczanych. Na szczęście robi to przede wszystkim w gębie, podobnym jest tu autorowi „Wyborczej”.
Panu Danielewskiemu do sztambucha (może nie wiedzieć o co chodzi, niech zapyta Mamy), trzy uwagi.
Pierwsza – 10 proc. SLD to ok. 2 miliony dorosłych ludzi, w tym milion aktywnych politycznie. Warto pamiętać.
Druga – we wszystkich krajach europejskich zasadnicze, twarde elektoraty to ludzie po 50-ce. Średnia wieku członków SPD to 52 lata, CDU – 58 lat. Nie widzę powodu, aby w Polsce było inaczej.
Trzecia – nie powstanie żadna koalicja ze skrywaną pogardą. SLD tej pogardy – mniej lub bardzie nasilonej – doświadczało od 1989 roku. Przywykło. Dopóki tzw. demokraci będą marudzić, że panna niezbyt piękna, nie dziewica, a i posag niezbyt obfity, to PiS będzie rządzić. A chyba nie to Panu chodzi?

Lewica w krainie czarów

Widmo krąży po Polsce – widmo Mesjasza lewicy

 

Krajowe media komercyjne i liczni publicyści, określani przez owe media „młodą lewicą”, znów zintensyfikowali poszukiwania „Mesjasza lewicy”. Człowieka, który podniesie upadły sztandar lewicy wysoko, wysoko. Zjednoczy rozbitą lewicę i poprowadzi ją ku świetlanemu zwycięstwu. Tak jak niedawno, uznany za „Mesjasza prawicy” prezes Jarosław Kaczyński poprowadził PiS do władzy.
Ponieważ poszukiwany „Mesjasz lewicy” ma być zaprzeczeniem sułtana Jarosława Kaczyńskiego, to liczni poszukiwacze lewicowego Mesjasza postrzegają go jako osobę stosunkowo młodą, przystojną, najlepiej kobietę lub homoseksualistę. Po okresie kreowania na taką Mesjaszkę Barbary Nowackiej przyszedł czas na umesjaszenie Roberta Biedronia.
Okrzykniętego przez komercyjne, liberalne media – jak choćby radio TOK FM i „Gazetę Wyborczą” – nie tylko „Mesjaszenm Lewicy”, ale też „polskim Macronem”. Co dowodzi jedynie prowincjonalności polskich mediów i krajowych komentatorów politycznych. Nie słyszałem żeby ktoś we Francji nazywał prezydenta Macrona „polskim Biedroniem”.
To prawda, że prezydenci Biedroń i Macron mają wiele uroku osobistego. Ale Słupsk, który bardzo lubię, jest jednak trochę mniejszy od Francji, też przeze mnie lubianej.
Poza tym, a może przede wszystkim, prezydent Biedroń to polityk lewicowy, a prezydent Macron – prawicowy. Jest też Macron medialnym, sprytnie skonstruowanym produktem i reprezentantem wielkiego kapitału finansowego. Zaś prezydent Biedroń zwykle reprezentuje zadłużonych mieszkańców Słupska i Polski. I nie powinien być przedmiotem tabloidowego, ogłupiającego Wyborców medialnego frontu propagandowego.
I przy okazji. Czemu ta oczekująca swego Mesjasza polska lewica jest tak mało ambitna? Czemu nie sadzi się, jak polska prawica, na swego „Chrystusa Króla lewicy”?
A teraz już poważnie.
Polska lewica nie potrzebuje swojego Mesjasza. Wiara w jego cudowną moc jedynie ogłupia, i tak już wystarczająco ogłupianych, lewicowych Wyborców.
Przecież PiS nie wygrał w 2015 roku dlatego, że oto nagle uskrzydlił go Mesjasz Kaczyński. Elity PiS doszły do władzy po długim, konsekwentnym politycznym marszu. Po licznych klęskach i porażkach wyborczych. Po licznych i konsekwentnych próbach tworzenia programu odpowiadającego aktualnym potrzebom Wyborców.
Elity PiS przez wiele lat budowały „rodzinę” tej partii. Organizowały jej polityczne środowisko. Kluby „Gazety Polskiej”. Własne, alternatywne media. Własne, alternatywne instytuty badawcze. Własne wydawnictwa. Własny kolportaż tych wydawnictw. Własne firmy wspierające rozrastającą się „rodzinę PiS”, czyli alternatywne, narodowo-katolickie, PiS-owskie społeczeństwo.
Sukces PiS-u roku 2015 w mniejszym stopniu zależał od „charyzmy” pana prezesa Kaczyńskiego, bo ową „charyzmę” też przez lata elity PiS kreowały. Na sukces PiS zapracowała armia jego lokalnych aktywistów i entuzjastów. Zjednoczonych swym sprzeciwem wobec rządzących Polską liberalnych elit i ich mediów.
Dodatkowo elity PiS upasły się politycznie na klęsce wyborczej lewicy w wyborach parlamentarnych 2015 roku. Lewicy wówczas skłóconej. Już wtedy pełnej kandydatów na lewicowe Mesjaszki i Mesjaszów i lewitujących ponad polską rzeczywistością ideologów „nowej lewicy”. Lewicy zajętej dyskredytowaniem wszelkiej lewicowej konkurencji.
Warto też przypomnieć, że Aleksander Kwaśniewski, też kiedyś zwany „Mesjaszem”, dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie, bo popierał go ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sojusz wyborczy trzech lewicowych partii politycznych i kilkudziesięciu lewostronnych stowarzyszeń. Siłą Kwaśniewskiego były nie tylko jego zalety, lecz kilkuset stale wspierających go lewicowych polityków, intelektualistów i artystów.
Trzy lat minęły i dalej na lewicy preferowana jest zasada „moja chata z kraja”. Nieliczne lewicowe media rzadko współpracują ze sobą. Wolą czekać na łaskę dostrzeżenia przez komercyjnych nadawców. Lewicowi publicyści nadal uwielbiają dzielić lewicowych działaczy na tych lepszego i gorszego sorta. Przy jednoczesnym klepaniu pacierzy pełnych zaklęć o tolerancji, równości, sprzeciwu wobec wykluczeniu.
I publicznym wypatrywaniu nadejścia Mesjasza lewicy. Który swym wdziękiem i urokiem osobistym skłóconych zjednoczy, strapionych pocieszy, głodnych władzy nakarmi, spragnionych uznania napoi, bo skołowany lud lewicowy wreszcie będzie miał na kogo zagłosować.
Bo takie wypatrywanie skutecznie zwalnia od myślenia i od żmudnej, trudnej pracy od podstaw. Tworzenia, jednoczenia lewicowych środowisk. Uznawania i uczenia się szacunku dla innych lewicowców. Szacunku dla innych niż moje, lewicowych poglądów. Porzucenia ekscytującej, niebiańskiej ortodoksji na rzecz przyziemnego pragmatyzmu. Akceptacji kompromisów, koalicji, godzenia się na wybór „mniejszego zła”.
Polscy lewicowi wyborcy, zwłaszcza ci zwący się „młodymi”, nadal chcą mieć wszystko.
I dlatego w czasie wyborów wybierają sezonowych politycznych magików obiecujących im to wszystko, albo w ogóle nie głosują. Na złość lewicowym kandydatom, którzy nie spełniają ich wymarzonego, wyidealizowanego wzorca lewicy mesjaszowej.
A potem płaczą, że nawet cienia jakiejkolwiek lewicy nie masz w radach i parlamentach.
I dalej czekają na swego, opiumowego Mesjasza.

Zawsze ważne drugie dno

Gdzie leży zasadnicza oś konfliktu politycznego w Polsce?

 

Z górą trzy lata minęło od dnia ukazania się na łamach „Trybuny” mego artykułu pod prowokującym wówczas tytułem „Czas na V RP!”. Od tamtego czasu hasło to pojawiło się już w wielu publikacjach lecz nie wywołało głębszego echa i to w sytuacji widocznego jak na dłoni upadku powagi Państwa oraz jego kolejnych instytucji. To oczywisty efekt kneblowania przez tzw. sprawujących władzę ust krytycznie nastawionej do stosowanych metod rządzenia części społeczeństwa czyli wyraźnego zamachu na jedną z podstawowych cech demokracji. Dominujący od dwóch lat na polskiej scenie politycznej PiS wzbogacił swymi „dokonaniami”zestaw błędów i nadużyć aplikowanych społeczeństwu przez usuniętych poprzedników, wywołując zdumienie i oburzenie takim postępowaniem. Tu należy dodać, ze wynik ostatnich wyborów parlamentarnych sięgający niecałych 20% poparcia dał PiS-owi jedynie prawo do odpowiedzialnego administrowania państwem a nie do jego likwidacji!

Tak więc, wobec całkowitej bierności wojska czyli siły zdolnej do wymuszenia poprawy stanu Państwa, sytuacja w Polsce (ale i Polski w oczach cywilizowanego świata) stale się pogarsza i nadzieję pokładać należy już tylko w najbliższych wyborach parlamentarnych – pod warunkiem jednak, iż masowy udział społeczeństwa przyjmie charakter zdecydowanego sprzeciwu wobec obecnej rzeczywistości a końcowy wynik nie zostanie sfałszowany. Znając metody stosowane przez twórców i funkcjonariuszy Trzeciej/ Czwartej RP a polegające na niepohamowanej skłonności do obchodzenia lub łamania wręcz prawa oraz lekceważenia zasad przyzwoitości – ostatnia z obaw może stać się kolejnym poważnym ciosem wymierzonym w istotę Demokracji.

Jednym ze sposobów nagminnie stosowanym przez obecną „elitę” polityczną wobec społeczeństwa jest bezwstydne i nachalne manipulowanie treściami publikowanymi w mediach a ostatnie wydarzenia dały tego liczne dowody. Niestety sami adresaci tych kłamliwych i przeinaczanych informacji są sobie częściowo winni gdyż przyjmują je bezkrytycznie, nie siląc się nawet na próbę odkrycia w nich braku logiki.

Taki stan rzeczy zdopingował mnie do postawienia w tej kwestii kilku pytań i wykazania na czym polegają nieustanne manipulacje medialne serwowane obywatelom a także jak zniekształcają one sferę prostych w końcu pojęć.

 

Czy zakłamana historia to ukryte źródło zła?

Pierwszym, najczęściej używanym przez prawicową propagandę skrajnie negatywnym terminem stał się KOMUNIZM a na jego kanwie upowszechniane wezwanie do nieprzerwanej DEKOMUNIZACJI. Nawet obowiązujące w obecnej Polsce prawo nakazuje bezwzględne ściganie przejawów sympatii do marksizmu, komunizmu czy hitleryzmu. Warto tu się na chwilę zatrzymać i poddać analizie to oszukańcze uogólnienie. Karol Marks był wybitnym filozofem i nie miał na swym sumieniu żadnej zbrodni za to dużo dobrych intencji i ważnych dokonań. Padło na ten temat kilka nieśmiałych wypowiedzi w mediach w związku z dwusetną rocznicą urodzin Mistrza ale prawica pozostała niewzruszenie przy swoim. Co do komunizmu to jest to lewicowa ideologia nie zawierająca w sobie nawoływań do zbrodni. W żadnym wypadku jego odpowiednikiem na prawicy nie jest hitleryzm. Tego z kolei równoważnikiem obciążonym krwawym kontem po lewej stronie politycznego spektrum jest bolszewizm i później stalinizm, które w obłudny sposób wykorzystały ideę równości wszystkich ludzi i sięgnęły po tyranię. Odpowiednikiem zaś komunizmu po prawej stronie sceny politycznej plasuje się zbrodniczy od wieków KAPITALIZM! I są na to twarde dowody. Kto w to nie wierzy niech przywoła z przeszłości na myśl takie zjawiska jak kolonializm, niewolnictwo, wyzysk mas a w tym dzieci, likwidację całych narodów (choćby Prusowie czy Indianie), nieopanowane niszczenie natury, spychanie milionów ludzi w nędzę itd. itp. A wszystkie te zbiorowe nieszczęścia tylko dla osiągnięcia jednego celu – bogactwa! Pieniądze i towarzysząca im chciwość pozbawiła życie ludzkie należnej mu wartości a kapitalizm uczyniła zbrodniczą formacją ustrojową. Uznając powyższe za oczywistość należy stwierdzić, że to nie komunizm należy zwalczać a kapitalizm gdyż – tu ostateczna konkluzja – gdyby nie było kapitalizmu nie pojawiła by się forma zbiorowej obrony przed nim czyli komunizm.

 

Kto ponosi winę za polskie nieszczęścia?

Następnym pojęciem eksploatowanym z wyjątkową lubością przez media w momentach kolejnych kompromitacji rządzących Polską i przy oczywistej satysfakcji Kościoła Katolickiego jest ANTYSEMITYZM. Nagłaśniana wrogość do Żydów, których po wojnie już prawie w Polsce nie ma jest absolutnie irracjonalna. Absurd zawierający się w takiej postawie polega na tym, że judaizm to wyznanie a nie narodowość! W dzisiejszych czasach, gdy istnieje już państwo Izrael mamy do czynienia z narodem izraelskim a termin Żyd czy Żydostwo w języku polskim posiada drugie, wyczuwalne ksenofobiczne znaczenie przywołujące fatalne obyczaje z dawnej Polski. Wystarczy zatem uzmysłowić sobie, że istnieją na przykład katolicy niemieccy, francuscy, chińscy, muzułmanie francuscy, tureccy, amerykańscy czy żydzi amerykańscy, hiszpańscy lub holenderscy by dostrzec, że chodzi tu o wspólnoty religijne a nie narodowe. Bo czy Żydzi zamieszkujący Stany Zjednoczone to nie Amerykanie a ci egzystujący od urodzenia we Francji to nie Francuzi? Tak więc potomkowie niegdysiejszych wyznawców judaizmu żyjący dziś wśród nas to z całą pewnością Polacy a kwestia wyznawania przez nich którejś z religii lub bycia ateistami stanowi ich osobistą sprawę. Tak należy patrzeć na poruszony wyżej problem bo tak go traktuje cywilizowany świat i koniecznym staje się zdystansowane podejście do bałamutnych zabiegów spętanej bezmyślnością narodowej propagandy. Wielu z tych, których dotknęły szykany lub tych, których pamięć szarga się po dziś dzień zapisało się w wiekopomny sposób na kartach polskiej kultury, nauki czy innych dziedzin działalności dając dowód swej polskości. Do grona wielkich Polaków zalicza się przecież takie postaci jak choćby Julian Tuwim, Jan Kiepura, Jan Brzechwa, Stanisław Lem czy Henryk Wieniawski.

 

Jak zrozumieć wszechobecny bełkot?

Kolejnym przypadkiem braku koncentracji i zrozumienia przez odbiorców – dobiegająca przecież do ich oczu czy uszu a więc do świadomości – jest istota wypowiedzi pani B. Szydło wykrzyczana z mównicy sejmowej. Nikt z licznych komentatorów czy dziennikarzy, u których w tym wypadku można doszukiwać się postawy oczywistej tendencyjności, nie zwrócił uwagi na bezczelność i bezsensowność przedstawianego uzasadnienia. Otóż padły tam słowa: „za ciężką i uczciwą pracę te nagrody im się należały!”. Już argument ciężkiej pracy wykonywanej przez posłów sejmu tej kadencji należy do prawd z gatunku mocno naciąganych. Trzy dni w tygodniu, poświęcone obchodzeniu prawa i unikaniu zasad dobrych obyczajów, do specjalnie męczących czynności chyba nie należą? Szczególnie jednak rażący okazuje się drugi z argumentów czyli ten „ za uczciwą pracę”. Przecież za uczciwą pracę nie można przyznawać nagrody – UCZCIWOŚĆ to podstawowy wymóg moralny w każdej pracy, a w pracy posła-katolika szczególnie! Pragnę tu jeszcze przypomnieć p. Szydło, że za NIEUCZCIWĄ pracę idzie się do więzienia lub co najmniej traci się twarz i dobrą opinię.

Z kwestią uczciwego potraktowania obywateli przez organa państwa wiąże się również problem podejścia właściwych urzędów do losu dzieci niepełnosprawnych manifestujących wraz ze swymi rodzicami przez 40 dni w gmachu Sejmu RP. Kwota dodatkowych pięciuset złotych miesięcznie zawarta w jednym z postulatów winna być uznana za należną tak naprawdę nie dzieciom a ich opiekunom. A to dlatego, że w oczywisty sposób odciążają oni Państwo w kwestii całodobowego doglądania potomstwa potrzebującego pomocy. I unika tego takie Państwo, w którym w XXI wieku z zasady zabrania się usuwania niechcianych ciąż w imię ratowania – bez względu na okoliczności – ludzkiego życia. Tak powinien być ów problem postrzegany przez społeczeństwo bo tak nakazuje logika i pojęcie przyzwoitości.

Powyższe akapity zawierają przykłady niedopowiedzeń, przeinaczeń czy wręcz ordynarnych kłamstw kreowanych przez prawicowe media pozostające na usługach prawicowych partii politycznych. Trafiają one do szerokich mas odbiorców nie silących się w znacznym procencie na krytyczną analizę ich treści i przyjmujące je za dobrą monetę. Zresztą prawie każdy dzień przynosi nową porcję tej papki medialnej serwowanej w większości tytułów prasowych czy audycji radiowo-telewizyjnych. Nie spotkałem stanowczych sprzeciwów wobec lansowania tak niedorzecznych pomysłów jak budowa centralnego lotniska w Baranowie (im. J. Kaczyńskiego?), stawiania dziesiątków pomników wątpliwym bohaterom, rozdawania na oślep publicznych środków czy pomysł obowiązkowego wprowadzenia katechezy do zakładów pracy. Wydaje się, że prawicowo-katolicka wizja naszego państwa z jej pogardą dla historii i dokonań minionych pokoleń próbuje unicestwiać zbiorowy instynkt przetrwania społeczeństwa oraz jego dążenie do pełnej wolności i demokracji. Niestety jedyna sensowna konstatacja nasuwająca się po wieloletniej obserwacji tego z czym mamy do czynienia w obecnej Polsce, to stwierdzenie, iż Państwo wpadło w łapy zdeklarowanej HOŁOTY! I nie chodzi tu o użycie inwektywy a o zadanie podstawowego pytania: gdzie podziali się aktywni publicznie intelektualiści, gdzie są najwyższe autorytety moralne potępiające polityczne łobuzerstwo, ludzie autentycznie zabiegający o interesy społeczeństwa i Państwa.

Choć stoimy obecnie w przededniu kolejnych wyborów i obserwujemy zażartą „wymianę obietnic” między głównymi przeciwnikami czyli PO i PiS przy akompaniamencie pomniejszych ugrupowań, nie możemy stracić z oczu podstawowej prawdy. Stanowi ją oczywisty fakt, że mamy do czynienia z rywalizacją nie tych dwóch przyjaznych w gruncie rzeczy wobec siebie partii a z fundamentalnym konfliktem na linii Prawica – Lewica! Od wyniku tego starcia zależy obraz przyszłej Polski i jakość naszego wspólnego życia – a realizację obu tych czołowych celów zapewnić może tylko ustanowienie ustroju SOCJALDEMOKRATYCZNEGO. O zmianie tego rodzaju zadecydować może niekwestionowana większość społeczeństwa a skorzystać z niej powinni wszyscy. Bo SOCJAL oznacza przyjazny stosunek państwa do każdego z obywateli a DEMOKRACJA to równość wszystkich wobec prawa.

Wydaje się, że zrozumienie omawianego zagadnienia oraz potrzebę jego urzeczywistnienia powinni dostrzegać przede wszystkim ludzie lewicy, głównie w SLD. A niestety partia ta trwoni kolejne lata na podtrzymywanie swego istnienia poprzez szukanie wątpliwej wartości tymczasowych sojuszów zamiast mozolnie odbudowywać pozycję prawdziwej TRZECIEJ SIŁY. Moim zdaniem jest to najpoważniejsze z zadań stojących przed Sojuszem i o tyle kuszące, że przeciwnicy polityczni sami prokurują swymi błędami rosnące gremia zwolenników normalności. Cel ten, w dobie codziennego posługiwania się obrazem elektronicznym, wesprzeć koniecznie trzeba zadbaniem o korzystny wizerunek występujących przedstawicieli Sojuszu. Przecież eleganckie marynarka, koszula i krawat skutecznie wpływają na wzrost powagi wygłaszanych (nieskazitelnym i kulturalnym językiem) przez nich myśli. Tego posunięcia w żadnym wypadku nie wolno lekceważyć.

Na zakończenie pragnę wyczulić obywateli na czyhającą groźbę ponownego pochówku na Wawelu. Może to zabrzmieć cokolwiek humorystycznie, ale możliwość taka – gdy zaistnieje – postawi nas wszystkich w sytuacji narodu pozbawionego części swej historycznej tożsamości.

Zagony opozycji

Jesteśmy u progu triduum wyborczego do wszelakich władz krajowych a dodatkowo do parlamentu Unii Europejskiej.

 

Scena polityczna od kilku lat została zabetonowana sporem o władzę między obecną prawicową koalicja (czytaj PIS) a PO. Obie te partie walczą ze sobą bezpardonowo, chociaż co do pryncypiów nie są tak bardzo od siebie odległe. Obie są prawicowe uznają kapitalistyczne zasady funkcjonowania rynku i demokrację burżuazyjną. Skonfliktowały się walcząc o rząd dusz.
O Polskę należy się spierać nawet kłócić, ale spór PIS – PO stał się personalny, co nie służy dobru obywateli.

Mamy, więc obóz władzy i uległego prezydenta, ze sporym poparciem społecznym. Formacja ta metodycznie podporządkowuje sobie organy państwa prawa. Mamy także opozycję parlamentarną, na którą składa się PO z koalicjantem a jednocześnie konkurentem, to Nowoczesna. Pomiędzy nimi obija się Kukiz 15 deklarująca antysystemowość, lecz ze względów pragmatycznych romansująca z PIS.

Obóz władzy jest jednolity ideologicznie, jego celem jak się wydaje, jest stworzenie ustroju zwanego niekiedy kapitalizmem państwowym, z tzw. demokracją wyborcza (poza wyborami obywatele mają ograniczony wpływ na losy kraju)

Prawica sejmowa dzięki uzyskaniu w wyborach dominującej pozycji, pełnymi garściami korzysta z dostępnych jej środków w celu utrzymania poparcia społecznego. Mamy tu do czynienia z rozdawnictwem lub populizmem mylnie określanym, jako domena lewicy

Prawica nie cofa się nawet przed moralnie wątpliwymi środkami manipulacji społeczeństwem, jak zafałszowanie historii, wywoływaniem demonów nacjonalizmu i ksenofobii.

Dlaczego to robi? Bo może.

Opozycja parlamentarna nie może. Ze względu na tzw., arytmetykę sejmową nie jest skuteczna w procesie tworzenia prawa. Może, więc jedynie w sejmie lub po za nim dyskredytować działania prawicy. Niestety w swojej argumentacji nawołuje do przywrócenia poprzedniego status quo, zapominając, dlaczego została od władzy odsunięta przez wyborców. W debatach sejmowych słyszymy z obu stron jedynie przysłowiowe argumenty „ a u was biją cyklistów”.

I tu właśnie jest pies pogrzebany

Politycy i w dużym stopniu media, które dzielą się podobnie jak scena polityczna, wykreowały pojęcie OPOZYCJA. Po jednej stronie obóz władzy po drugiej cała reszta. Takie postrzeganie rzeczywistości jest fałszywe. I traktuje tzw. opozycję przedmiotowo. Przecież ta cała reszta to partie, ruchy społeczne organizacje i środowiska o zróżnicowanych poglądach, czasem zantagonizowane. Jeżeli mamy mówić o demokracji to powinny mieć one szansę prezentowania swojego pomysłu na Polskę a tak powszechnie przywoływany suweren korzystałby świadomie ze swojego prawa wyborczego.

Jestem socjalistą. Gdybym uważał, że moja wizja Polski jest gorsza od innych to bym nim nie był. Nie widzę sensu w zawieraniu porozumień i sojuszów ze środowiskami neoliberalnymi czy też konserwatywnymi. Każda z partii obecnych na rynku politycznym nawołuje do jednoczenia się jakiejś abstrakcyjnej globalnej opozycja, oczywiście to ta partia będzie hegemonem w takim porozumieniu.

Natomiast widzę sens w globalnej debacie zróżnicowaniu mediów, tworzeniu forów dyskusyjnych o masowym dostępie.

Ale może nie mam racji? Jestem kolejną gadającą głową? Może taki twór jak globalna opozycja ma rację bytu?
W taki razie niech, przed wyborami do Sejmu RP powstanie Komitet wyborczy opozycji. Liderów wybierze się czysto pragmatycznie. Podobnie kandydatów na posłów. Program jest zbędny, zresztą w takim kotle poglądów byłoby to niemożliwe. Jest jeden cel odsunąć PIS od władzy.

Po wygranych wyborach jedynym zadaniem parlamentu byłoby posprzątanie, przywrócenie państwa prawa i rozliczenie poprzedników. A potem sejm musiałby się rozwiązać, bo zrealizowałby wszystko, do czego byłby zdolny.

Czy ktoś zagłosuje na powyższą opcję?

Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.

Głos lewicy

Szeroka koalicja? Nie!

Robert Kwiatkowski analizuje na Facebooku nowe pomysły redaktorów z Czerskiej:
„Gazeta Wyborcza” piórem Jarosława Kurskiego wraca do pomysłu jednej opozycyjnej w stosunku do Prawo i Sprawiedliwość listy wyborczej. A już po trzeźwych sądach P. Wrońskiego wydawało mi się że Czerska ten pomysł zawiesiła. Pomysł jest zły bo:
– nieufnie podchodzę do prezentów podsyłanych opozycji przez J. Kaczyńskiego. Nie uważam go za geniusza ale „Obawiam się Greków, nawet gdy przynoszą dary”. A może zwłaszcza wtedy.
– głoszony przez PO pomysł „szerokiej koalicji” od „Ujazdowskiego po Nowacką” oznacza, że poza hasłem „odsunąć Pis od władzy” niewiele tę koalicję by łączyło a wyborcy „Nowackiej” mogliby głosując na nią wybierać „Ujazdowskiego”! (i podobnie z wyborcami „Ujazdowskiego”). Łatwo by to można w kampanii przedstawić.
– Pomysł de facto wyklucza SLD – Sojusz Lewicy Demokratycznej, bo Gazeta i Koalicja Obywatelska cały czas odwołują się do analogii PiS – PZPR i wieszczą powrót do PRL. To jest głupie, bo nieprawdziwe. Piotrowicz nie dlatego jest twarzą zamachu na sądy, bo był PRL-owskim prokuratorem stanu wojennego tylko dlatego, że mu Kaczyński kazał a on to potrafi wykonać. PZPR i Jaruzelski byli akuszerami Okrągłego Stołu i są na to setki dowodów poważniejszych niż popijawa w Magdalence. Ówczesna opozycja się z „komuną” porozumiała. Ja z tego porozumienia byłbym dumny a nie bajki opowiadał, jak to „komunę obaliliśmy”. „Komuny” można było nienawidzić ale trzeba się z nią było dogadać i stąd polski sukces ostatniego ćwierćwiecza. Stąd Konstytucja i członkostwo w Unii Europejskiej. I tego ludzie chcą bronić na ulicach…
– Jedna lista to pomysł nie tyle na wygranie z PiS tylko na wyeliminowanie wszystkich poza PO-PiS. Nie posądzam G. Schetyny o ciche porozumienie z Kaczyńskim; o tym mówiło się już za Tuska. Rozkład jazdy jest aż nadto widoczny: teraz Nowoczesna, na wybory europejskie – Polskie Stronnictwo Ludowe a „czerwonego” załatwimy w wyborach parlamentarnych. Nie wiem jak z PSL ale „czerwonego” nie załatwicie i nawet „zwrot w lewo” nie pomoże. W Polsce dalej miliony ludzi uważają, że bilans 45 lat PRL jest zdumiewająco dobry nie tylko w skali historycznej ale i zwykłego człowieka. Tylko SLD i zbudowana wokół niego koalicja SLD LEWICA RAZEM ma odwagę o tym mówić. Takich wyborców, bardziej ceniących sobie kompetencję, zdolność do rozwiązywania sporów, porozumienie, racjonalność ocen nie przekona „precz z komuną”. A to właśnie oni mogą zdecydować, czy uda się Pis pokonać, czy nie. Przygotowując się do wyborów w 2019 warto odrobić lekcję z 2015

Kto uratuje Sąd Najwyższy?

„Słyszałem, że istnieją tzw. czarne listy, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych”. Z Adamem Bodnarem, Rzecznikiem Praw Obywatelskich, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: Czego się pan teraz najbardziej boi? Pytam o życie polityczne oraz nasze prawa i wolności.

DR ADAM BODNAR: Najważniejsza jest sytuacja dotycząca sądownictwa i Sądu Najwyższego. Nie wiemy, co się wydarzy i czy w miarę niezależny SN przetrwa jeszcze kilka miesięcy. Jest wiele zmiennych, które mają na to wpływ. Z jednej strony jest presja międzynarodowa, postępowanie wszczęte przez Komisję Europejską, a z drugiej czynniki wewnętrzne i przyspieszenie przejęcia SN.
Skoro nie udało się tego dokonać w miarę dobrowolnie poprzez wyznaczenie osoby, która miałaby kierować sądem po odwołaniu prezesa, to trwają poszukiwania innego sposobu, aby dokooptować sędziów i ewentualnie wybrać kogoś „swojego”.
Wiele wskazuje na to, że taki jest właśnie cel zaprezentowanej ostatnio nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, która zostanie przyjęta najprawdopodobniej już w tym tygodniu.

 

Czyli najbardziej boi się pan o Sąd Najwyższy?

Nie chodzi o samą instytucję, ale gwarancję praworządności. Sąd Najwyższy jest mózgiem całego wymiaru sprawiedliwości – ma wpływ na to, jak funkcjonują wszystkie pozostałe sądy, wpływ na orzecznictwo, i ma możliwość uchylania rozstrzygnięć sądów niższej instancji. Według zmienionej konstrukcji będzie miał także nowe uprawnienia dyscyplinarne i możliwość orzekania o ważności wyborów. Jeżeli przejmiemy mózg, to możemy wszystkim sterować, wiemy, jakie sygnały i gdzie wysyłać. Z jednej strony istnieje już kontrola administracyjna sprawowana poprzez ministra sprawiedliwości, która ma wpływ na poszczególne sądy, a teraz może do tego dojść jeszcze kontrola merytoryczna nad tym, co w sądach się dzieje.
To nie tak powinno być. Jedną z funkcji każdego sądu jest kontrolowanie rządzących na szczeblu lokalnym i centralnym, bo na tym polega trójpodział władzy. Jeżeli odbiera się taką możliwość władzy sądowniczej, to tworzy się pole do nadużyć władzy wykonawczej.

 

I do orzekania o nieważności wyborów? W wywiadzie dla wiadomo.co były prezes TK Jerzy Stępień mówił, że obawia się, że PiS może starać się rządzić poprzez komisarzy.

Pamiętajmy, że w przypadku wyborów samorządowych o ważności wyborów decydują sądy okręgowe, Sąd Najwyższy decyduje w przypadku wyborów parlamentarnych. Mogą się pojawić takie sytuacje, że na przykład w drugiej rundzie wyborów prezydenckich, przy niewielkiej różnicy między kandydatami, pojawią się protesty wyborcze, a na sąd okręgowy będzie wywierana presja i w końcu może on orzec w taki sposób, jaki będzie odpowiadał rządzącym. Ale to i tak jest jeszcze większa szansa na niezależną decyzję sędziego. Bo jeśli chodzi o kwestię orzekania o ważności wyborów parlamentarnych, to o tym będzie decydowała jedna izba stworzona w SN od podstaw – Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Na razie istnieje ona tylko na papierze, jeszcze nie ma w niej żadnego sędziego. Nabór prawdopodobnie będzie się odbywał w taki sposób, aby dokonać odpowiedniej „weryfikacji” kandydatów, a KRS pokazał już, na czym ona może polegać.

 

Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, członkini nowej Krajowej Rady Sądownictwa, stworzyła ostatnio „czarną listę” sędziów. Co to panu przypomina?

Nie pamiętam tamtych czasów, ale wiem, że takie listy powstawały w poprzednim ustroju. Sytuacja, w której dokonuje się oceny jakiejkolwiek osoby na podstawie kryteriów, które nie są jasno zdefiniowane i prawnie ustalone, tylko różnych doniesień czy plotek, nie ma wiele wspólnego z demokratycznym państwem prawnym.
Słyszałem, że istnieją „czarne listy”, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych.

 

PiS jak mantrę powtarza, że reforma Sądu Najwyższego jest potrzebna, bo wciąż orzekają tam ci sami sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym i PRL. Jednocześnie skutkiem reformy jest to, że prezydent na zastępcę I Prezesa SN wyznacza Józefa Iwulskiego, który właśnie orzekał w PRL. Za to prawo do dalszego orzekania może stracić Stanisław Zabłocki, legendarny adwokat z czasów stanu wojennego. Coś tu nie pasuje…

Jeżeli przyjmuje się do jakichkolwiek zmian ustawowych logikę odpowiedzialności zbiorowej, to właśnie takie są efekty. Kryteria odpowiedzialności zbiorowej nie uwzględniają przecież różnych elementów osobistych. W zarzucone sieci łapią się zarówno te ryby, które chcemy złapać, ale przy okazji także przysłowiowe foki, które nigdy nie powinny w te sieci wpaść. Tak samo działa zresztą ustawa represyjna z 16 grudnia 2016 r. Problem polega na tym, że takie argumenty są używane na potrzeby krajowej i międzynarodowej opinii publicznej. Jeżeli mówi się o walce z postkomunizmem, to opinia międzynarodowa ma problem, jak się do tego odnieść. To trochę tak, jakby wkraczać w zastrzeżoną sferę ocen moralnych. Dlatego może trafiać na podatny grunt, podobnie jak w niektórych sytuacjach na arenie krajowej.
Pytanie tylko, czy partia rządząca ma do tego mandat moralny. Przypominam, że zmian w sądownictwie dokonuje wywodzący się z dawnego porządku prokurator Stanisław Piotrowicz, a jednym z głównych współpracowników ministra sprawiedliwości jest sędzia Andrzej Kryże. Dlaczego jedni są dobrzy, a inni nie?
Jeżeli rzeczywiście celem miałoby być dokończenie dekomunizacji, to zastosowano by jednakowe, transparentne kryteria dla wszystkich, a nie stosowano zasadę „to my decydujemy, kto jest komunistą”. Przykład sędziego Stanisława Zabłockiego szczególnie kłuje w oczy, bo w ogóle nie pasuje do tej narracji.

 

Będzie pan interweniował w jego sprawie?

Nie wiem, czy mógłbym zrobić więcej niż zrobiłem do tej pory. Wszystkie interwencje, które podejmowałem, dotyczyły przecież całego składu Sądu Najwyższego. Wydaje mi się, że sędzia Zabłocki, podobnie jak inni sędziowie, w ogóle tego nie oczekują. Ostatnio napisałem tekst na potrzeby anglojęzycznego bloga Verfassungsblog, w którym opisałem postać sędziego Zabłockiego. Przedstawiłem go jako człowieka, który najprawdopodobniej polegnie na ołtarzach walki politycznej o wymiar sprawiedliwości. Ale wydaje mi się, że społeczeństwo zaczyna coraz bardziej doceniać rolę takich osób. To on staje się symbolem tej walki, może nawet większym niż prof. Małgorzata Gersdorf. Nie tylko ze względu na swoją przeszłość, ale także piękną i bogatą 20-letnią kartę.
Jako sędzia SN Stanisław Zabłocki może być też przykładem do naśladowania dla sędziów niższych instancji i może dawać im siłę do walki w obronie wartości konstytucyjnych.

 

Kto lub co może jeszcze uratować Sąd Najwyższy?

Tego nie wiem, bo w tej sprawie jest bardzo dużo zmiennych: z jednej strony opinia międzynarodowa czy organizacje pozarządowe, a z drugiej determinacja strony rządowej. Jeżeli chodzi o mechanizmy prawne, to uratować Sąd Najwyższy może tylko Trybunał Sprawiedliwości UE. W przypadku mechanizmów politycznych na szczeblu europejskim staram się zachować powściągliwość, bo nie chcę dać się wciągnąć w bezpośrednią walkę polityczną. Mogę tylko wyrazić opinię, że sprawy związane z niezależnością SN nie zmierzają dzisiaj w dobrym kierunku.

 

To może się zmienić?

Żyjemy w czasach, w których na przykład rano dowiadujemy się o nowelizacji ustawy o IPN, wieczorem jest już przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta, którego w dodatku nie ma w kraju, czyli wszystko jest możliwe. Wracając do pani pierwszego pytania, to jest druga rzecz, której się obawiam.
Mamy ogromną erozję standardów funkcjonowania państwa, konsultowania decyzji politycznych, projektów aktów prawnych, szanowania drugiej strony dialogu – to wszystko jest podporządkowane bieżącym interesom politycznym i niszczy tkankę państwa. Od tego zależy nie tylko funkcjonowanie Sejmu i Senatu, ale także członków służb państwowych czy zwykłych urzędników. To jest zagrożenie, z którego na co dzień chyba nie zdajemy sobie sprawy.

 

Rozmawiamy o tym w czasie 550-lecia polskiego parlamentaryzmu. Smutne.

Obchody się odbyły…

 

Można zapytać: po co?

To jest czas, który władza wykorzystuje do uzyskania dodatkowej legitymizacji społecznej do rządzenia. Pokazania, że jest silna i zwarta, że jest kontynuatorem pewnej wizji państwowości. Nie przypadkiem obchody odbyły się na Zamku Królewskim. Szkoda tylko, że nie zadbano o porozumienie się z opozycją w tej sprawie, bo właśnie istotą parlamentaryzmu jest dialog.

 

„Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji jej programu. Spełnianie zapowiedzi wyborczych jest nie tylko przywilejem, ale obowiązkiem względem obywateli” – to słowa prezydenta wypowiedziane podczas orędzia na Zamku Królewskim. Czyli rządzący mogą wszystko? Tak należy je rozumieć?

Rozumiem te słowa jako odniesienie do zmian dotyczących sądownictwa.
Nikt nie odbiera partii rządzącej prawa do dokonywania zmian. Ale są dwa typy zmian: zwyczajna polityka i zmiany dotyczące, na przykład, sposobu wydatkowania środków publicznych oraz zmiany, które odnoszą się stricte do ustroju konstytucyjnego. Na te ostatnie nie może być zgody, jeżeli partia nie zdobyła większości konstytucyjnej.
Tymczasem obserwujemy konsekwentne dokonywanie zmian ustroju konstytucyjnego poprzez zwykłe ustawy, bo nie ma tego kto niezależnie skontrolować przy takim a nie innym sposobie funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego.

 

Na przykład skrócenie kadencji I Prezesa SN?

To jest jeden z najbardziej widocznych przykładów.

 

Czy jesteśmy w stanie policzyć, ile razy PiS złamał konstytucję?

Mogę powiedzieć o ustawach, które w normalnie funkcjonującym porządku demokratycznym powinny być poddane kontroli konstytucyjnej, a tak się nie stało. To ustawy o prokuraturze, służbie cywilnej, o sądach powszechnych i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Poza tym ustawy inwigilacyjne, a także ustawa o mediach publicznych, chociaż w tym przypadku wyrok nie został wykonany.
Próbowałem nawet kierować sprawy do TK, ale jak dowiadywałem się, że składy sędziowskie są zmanipulowane, a sprawozdawcą ma być m.in. osoba wybrana na zajęte już stanowisko sędziego, to niektóre wnioski wycofałem z TK.

 

Przed wejściem do pana gabinetu leży książeczka z preambułą do konstytucji. Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym jest konstytucja i że to jest jedyna gwarancja naszych praw i wolności?

To jest pytanie dla socjologa. Mogę odpowiedzieć na to pytanie tylko na podstawie tego, co obserwuję. Z zagrożenia zdają sobie sprawę ci, którzy odczuli, co to znaczy żyć w kraju bez konstytucji. Ja jestem z pokolenia, które co nieco jeszcze pamięta, stykam się z tym oczywiście także w życiu zawodowym. Ale jest też młodsze pokolenie, które wychowuje się w przestrzeni bez granic i dla nich konstytucja może być jak powietrze – na co dzień jej nie odczuwamy, chociaż czerpiemy z niej pełnymi garściami. A skoro to jest coś oczywistego i normalnego, to trudno wyobrazić sobie, że ktoś może nam to odebrać. Często zastanawiam się, dlaczego najbardziej masowe były protesty w lipcu 2017 roku. I doszedłem do wniosku, że kluczowe były trzy czynniki: bardzo często padało wtedy hasło Polexit i to zaraz po Brexicie, więc stało się to realnym zagrożeniem; do tego dochodziła niezwykła agresja legislacyjna, czyli na przykład projekt, który mówił wprost o „wyczyszczeniu” Sądu Najwyższego; oraz bardzo mocne i agresywne wypowiedzi polityków PiS.
To spowodowało integrację protestujących, w tym także osób młodszych. Ale władza w międzyczasie nauczyła się, jak grać emocjami, jak je rozproszyć i pokazywać lepszą twarz. W efekcie sądy zostały same, a na pewno z dużo mniejszym wsparciem społeczeństwa.

 

Prezydent chce rozpocząć debatę na temat referendum konstytucyjnego. Kto, z kim i o czym miałby rozmawiać?

Konstytucję można zmieniać, kiedy istnieje parlamentarna większość i społeczna zgoda dotycząca tego, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Teraz zmiana konstytucji miałaby służyć tylko umocnieniu obozu rządzącego. Nie widzę żadnych prób porozumienia na rzecz stworzenia nowego systemu, bo to musiałoby oznaczać chociażby rezygnację z części zmian dotyczących sądownictwa.
Do tej pory władza raczej konsekwentnie dzieli społeczeństwo na dwa wrogie sobie obozy, a nie próbowała budować porozumienia wokół wartości konstytucyjnych.

 

Jednemu obozowi miałaby służyć także zmiana ustawy aborcyjnej. W Sejmie ponownie pojawił się projekt zakazujący tzw. aborcji eugenicznej. To kolejne zagrożenie?

W Polsce w ogóle w tej chwili mamy poważny problem z dostępnością praw reprodukcyjnych. Nie chodzi tylko i wyłącznie o aborcję, ale także m.in. zawieszenie rządowego programu in vitro czy wprowadzenie recepty na tabletkę EllaOne. To wszystko, co ogranicza sferę życia prywatnego, jest wynikiem nacisku środowisk konserwatywnych i Kościoła. Z punktu widzenia politycznego to może być atrakcyjne dla części elektoratu, ale na pewno niesie też poważne problemy i podziały społeczne.

 

Społeczeństwo obywatelskie odżyło?

Zdecydowanie zmieniło swój charakter.
Przez ostatnie kilkanaście lat oduczyliśmy się organizować demonstracje, a teraz są właściwie na porządku dziennym – ponownie musimy walczyć o podstawowe wartości.
Poza tym powstają nowe typy organizacji, które opierają się na masowości, spontaniczności i akcjach „na ulicy”. Pojawia się zupełnie inny rodzaj innowacyjności w organizacjach pozarządowych i społeczeństwie obywatelskim. Ale ta zmiana doprowadziła również do tego, że mnożą się organizacje, które sprzyjają władzy, a władza ma coraz więcej mechanizmów, żeby te organizacje wspierać i wzmacniać, na przykład poprzez dostęp do różnych grantów. Prawdopodobnie Narodowy Instytut Wolności powstał po to, aby wspierać ruchy prorządowe. Innym organizacjom władza raczej ogranicza finansowanie i utrudnia działanie. I to jest właśnie ta nowa sytuacja, ważna zmiana.

 

Czyli to nowy element rozgrywania i dzielenia społeczeństwa?

Niedawno opublikowano raport Agencji Praw Podstawowych UE „Zawężająca się przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego”.
Ludzie, którzy tworzą organizacje, często chcieliby robić coś innego, ale czują potrzebę i moralną siłę, aby protestować. I tym będzie coraz trudniej, natomiast wzmacniani będą ci, którzy władzy się podporządkują.

 

Co w tej chwili może i powinna jeszcze zrobić opozycja?

To, co trzeba robić cały czas, to nieustępliwość i konsekwencja w kontrolowaniu poczynań rządzących. I nie chodzi tylko o wydatkowanie środków publicznych. Podam przykład z ostatniego weekendu – Senat przyjął poprawkę do ustawy, która zakłada, że naukowcy, którzy zostaną sędziami SN, TK, NSA, będą mieli prawo dożywotniego zatrudnienia na uczelni, bez uwzględniania ocen pracowniczych. Nazywałem to programem „Motywacja Plus”, bo chodzi o to, aby zachęcić prawników do zgłaszania się do SN, a nie o to, żeby dbać o jakość nauki i edukacji. Takich tematów jest dużo, a często przechodzą bez echa, chociaż dają dużą przestrzeń do krytyki. Tu jest potrzeba codziennej, bardzo trudnej pracy.
Są momenty, kiedy politykom opozycji udaje się z niektórymi rzeczami przebić do opinii publicznej, ale według mnie to i tak za mało. Ważne jest konsekwentne pokazywanie nowych programów, pomysłów, przekonywanie, że przyszłość naszego kraju może i powinna być inna. Oparta na demokracji, praworządności, poszanowaniu praw obywatelskich.

 

Czyli nie tylko praca w parlamencie…

Wychodzenie do ludzi, pokazywanie alternatyw, angażowanie świata nauki – na to warto zwrócić większą uwagę. Uświadomione społeczeństwo może chętniej walczyłoby o swoje prawa. Nie można mówić, że nic się nie da. Z własnego doświadczenia wiem, że zawsze trzeba próbować i czasami udaje się ograniczyć zachłanność władzy. Przykład? Ustawa o jawności życia publicznego, która miała doprowadzić do lustracji majątkowej. Spotkała się ze zdecydowanym protestem i na razie zniknęła z bieżącej debaty; jest chyba w rządowej „zamrażarce”.

 

Politycy opozycji mówią wprost, że obawiają się procesów politycznych. To realne zagrożenie?

Określenie proces polityczny jest za daleko idące.
Pytanie jest takie: czy w rzeczywistości medialnej, w której funkcjonujemy, komukolwiek do czegokolwiek potrzebne są procesy polityczne? Być może ważniejsze jest dokonanie aktu publicznego zatrzymania, przetransportowania do prokuratury, użycia środków przymusu bezpośredniego. A przy tym nagłośnienie wybranych faktów z postępowania poprzez „zaprzyjaźnioną” prasę i budowanie określonej narracji, niezależnie od tego, co się wydarzy później.
Efekt jest taki, że opinia publiczna jest zmanipulowana i zaczyna wierzyć, że coś jest na rzeczy. Siła nagłówków medialnych jest ogromna. Poza tym do różnych środowisk zostaje wysłany sygnał, że władza może wszystko. I to jest bardzo niebezpieczne.

 

Nie boi się pan, że w którymś momencie przyjdzie także czas na pana? Cały czas pojawia się hasło: „Adam Bodnar musi odejść”.

Pełnię ten urząd już prawie trzy lata i słyszę to od początku. Ale staram się robić swoje, pozostać niezależnym i konsekwentnie wypełniać ustawowe obowiązki. Tak zamierzam postępować do końca mojej konstytucyjnie określonej kadencji.

 

Ale są przecież elementy, którymi władza próbuje wpłynąć na pana pracę.

To są, na przykład, próby obrażania mnie w tzw. zdaniu odrębnym przez jednego z członków TK, który używa w tym celu bardzo agresywnego języka, pełnego niewybrednych ocen i pomówień. Ale to jest także relatywne pomniejszanie środków pieniężnych na działalność Biura RPO, a przy tym dokładanie różnych nowych kompetencji, czego przykładem może być ostatnio skarga nadzwyczajna. Później ewentualnie będzie można zrzucić winę na mnie, że to tak wolno idzie.

 

Nie przewiduje pan odwołania przed upływem kadencji?

Nie zajmuję się tym.
Mam wystarczająco dużo pracy, skupiam się więc na pomaganiu obywatelom i realizacji swoich zadań w państwie. W warunkach, w jakich przyszło mi działać.
Kilkadziesiąt tysięcy skarg od ludzi kierowanych każdego roku do mojego urzędu są najlepszym uzasadnieniem, że to wszystko ma sens. Że warto bronić praw i wolności jednostki oraz dopominać się o szacunek dla konstytucji. Warto też trzymać się mojej kardynalnej zasady: kiedy komuś pomagam, nigdy nie pytam go o poglądy.

Brońmy demokracji!

Stanowisko Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie aktualnych zagrożeń dla demokracji parlamentarnej w Polsce.

 

Polska Partia Socjalistyczna z satysfakcją przyjęła fakt, że polski parlamentaryzm obchodzi 550 – lecie swego istnienia, stanowiąc jeden z najstarszych przykładów ograniczania władzy absolutnej w Europie.
Zwracamy uwagę, że w okresie zaborów program PPS kładł szczególny nacisk na odzyskanie niepodległości i zakładał, że po jej odzyskaniu socjaliści w będą w drodze parlamentarnej dążyli do realizacji hasła sprawiedliwości społecznej.
Wybierani po odzyskaniu niepodległości do Sejmu posłowie z PPS bronili zasad demokracji. Pochodzący z PPS Marszałek Sejmu Ignacy Daszyński przeciwstawił się presji politycznej swojego przyjaciela Józefa Piłsudskiego i nie dopuścił do otwarcia w 1929 roku obrad Izby w obecności towarzyszących ministrowi wojny Piłsudskiemu oficerów.
Po zawieszeniu przez Prezydenta działalności Sejmu Daszyński skierował w czerwcu 1930 roku do obradującego Kongresu Obrony Praw i Wolności Lewicy pismo powitalne jako „Marszałek Sejmu skazany na bezczynność”.
Szanując demokrację, ale również ze względu na naszą historię, z wielkim niepokojem obserwujemy jak przyjęta w demokratycznych krajach zasada trójpodziału władzy zostaje w Polsce coraz szybciej zastępowana jedynowładztwem władzy wykonawczej, co oznacza wprowadzanie władzy autorytarnej.
Władza sądownicza została całkowicie poddana nadzorowi władzy wykonawczej , a ostatnio zachodzi coraz intensywniej proces marginalizacji nawet pozorów niezależności władzy ustawodawczej.
Przyjmowanie ustaw w trybie nie tylko pilnym, ale „bardzo pilnym”, bez możliwości zapoznania się przez większość posłów z przyjmowanymi ustawami, bez dopuszczania do wystąpień opozycji, a także zmiany regulaminu Sejmu, mające za zadanie wywarcie presji, a nawet wywołanie poczucia zagrożenia wśród posłów opozycyjnych, służą przede wszystkim przekształceniu Sejmu w posłuszną „maszynkę do głosowania”. Jednocześnie ogranicza się lub wręcz nie dopuszcza do dyskusji z udziałem ekspertów oraz opiniowania przez zainteresowane instytucje projektów ustaw.
W wyniku tego powstaje prawo ułomne, często niezgodne z Konstytucją, nie dokonuje się analizy skutków jego wprowadzenia do obrotu prawnego, prawo wymagające nieustannych zmian i poprawek.
Mamy do czynienia i to w wariancie gorszym, zasady obowiązującej w PRL, że „rząd rządzi, a partia kieruje”. Ironią polityki historycznej PiS jest to, że okres PRL jest jednocześnie wymazywany z historii.
Polska Partia Socjalistyczna deklaruje zdecydowaną wolę walki z wszelkimi działaniami zmierzającymi do ograniczenia demokracji parlamentarnej i wszelkimi przejawami autorytaryzmu.
Jednocześnie wzywamy wszystkie organizacje, którym leży na sercu dobro Ojczyzny do konsekwentnego oporu przeciwko łamaniu zasad państwa prawa w Polsce.