Ofiary na granicy

Od początku „Wielkiego Marszu Powrotu”, który Palestyńczycy rozpoczęli 30 marca, w starciach z izraelskim wojskiem śmierć poniosło już 150 osób. Zaledwie w ubiegły piątek, 28 września, podczas przygranicznych demonstracji zginęło siedem osób, zaś ponad dwieście zostało rannych. „To zbrodnia wojenna” – ocenia ONZ.

 

„Zabitych siedmiu demonstrantów oraz dwieście osób rannych w miniony piątek w Gazie pokazuje, że izraelskie siły bezpieczeństwa zupełnie lekceważą międzynarodową krytykę, która na nie spadła za użycie broni palnej przeciwko palestyńskim demonstrantom” – powiedział specjalny wysłannik ONZ Michael Lynk. Podkreślił zarazem, że ofiary „nie stwarzały widocznego zagrożenia” dla izraelskiego wojska.

Wśród zabitych 28 września znalazła się dwójka chłopców w wieku 11 i 14 lat. Podobnie jak pozostali, przyszli oni nad granicę z Izraelem, aby zaprotestować przeciwko pogarszającym się warunkom życia w okupowanych terytoriach. Izraelska blokada, a także niepewna sytuacja polityczna w samej Palestynie, doprowadziły do gwałtownego wzrostu bezrobocia, które obecnie zbliżyło się do 44 proc. W rezultacie, podstawowym źródłem utrzymania dla ponad dwóch trzecich populacji Strefy Gazy jest pomoc humanitarna. Z kolei malejące wsparcie międzynarodowe, zwłaszcza zaś cofnięcie funduszy przez administrację Donalda Trumpa, sprawiło, że tysiące urzędników od miesięcy nie otrzymuje wynagrodzenia.

Podczas piątkowej demonstracji po raz kolejny upamiętniono także 70. rocznicę Nakby, czyli „wielkiej katastrofy”, jak Palestyńczycy określają wypędzenie 300 tys. rodaków w 1948 r. Masowe i brutalne wysiedlenia dotychczasowych mieszkańców dały początek powstaniu niepodległego Izraela. Zaledwie rok po tych wydarzeniach ONZ szacowała liczbę palestyńskich uchodźców na ponad 700 tys. Zgodnie z prawem międzynarodowym, status uchodźcy jest dziedziczony.

Przygraniczne protesty, które odbywają się od końca marca, są brutalnie tłumione przez siły izraelskie. Ostrożne szacunki mówią o 150 zabitych. Wśród ofiar znalazły się dzieci, a także dziennikarze. Tymczasem, mimo ponawianych apeli międzynarodowych, rząd Benjamina Netanyahu nie zamierza wycofywać się ze swojej bezkompromisowej polityki. Objawia się ona nie tylko w strzelaniu do demonstrantów, lecz także w kontynuowaniu rozbudowy osiedli, które prawo międzynarodowe uznaje za nielegalne.

Zdaniem specjalnego wysłannika ONZ, niektóre działania wojsk izraelskich ocierają się o zbrodnie wojenne. W swoim wystąpieniu 2 października, Lynk stwierdził m.in., że „międzynarodowe prawa człowieka zawierają jasne zasady, co do użycia broni przez służby bezpieczeństwa. Użycie broni przeciwko demonstrantom jest całkowicie zabronione, z wyjątkiem bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. (…) Zabijanie lub ranienie demonstrantów – gdy warunki tego nie usprawiedliwiają – zwłaszcza w kontekście okupacji, może zostać uznane za świadome zabijanie, które jest zarówno poważnym pogwałceniem konwencji genewskich, jak i zbrodnią wojenną”.

Zdaniem ONZ, sytuacja w Gazie i na Zachodnim Brzegu staje się coraz bardziej napięta. Brutalność izraelskich wojsk, a także pogłębiająca się bieda prowadzą do radykalizacji mieszkańców okupowanych terytoriów. W poniedziałek, 1 października, UNRWA – Agenda ONZ dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie – musiała wycofać ze Strefy Gazy swoich pracowników. Bezpośrednim powodem takiej decyzji była „seria niepokojących incydentów, których bezpośrednio doświadczył nasz personel”, a które rozpoczęły się po ogłoszeniu decyzji o ograniczeniu środków pomocowych.

Jak podkreślają przedstawiciele ONZ, decyzja o wycofaniu pracowników UNRWA ma charakter tymczasowy. Nadzieja na poprawę sytuacji i powrót do normalnej pracy pojawiła się wraz z informacją o zasileniu funduszy agendy dodatkowymi 118 milionami dolarów. Suma ta jednak nie jest w stanie załatać dziury budżetowej, która powstała po wstrzymaniu 300 milionów dolarów przeznaczonych na pomoc dla Palestyńczyków przez amerykańską administrację.

Zdaniem części obserwatorów, z tygodnia na tydzień rośnie niebezpieczeństwo wybuchu nowej intifady. Za każdym razem zbrojne powstanie przeciwko Izraelowi prowadziło do pogorszenia sytuacji Palestyńczyków. Trudno oczekiwać, aby tym razem było inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że brak zdecydowanej reakcji społeczności międzynarodowej na brutalne zachowanie izraelskich sił porządkowych niechybnie doprowadzi do eskalacji konfliktu po obu stronach. Wówczas na pokojowe rozwiązania może być już za późno.

Strajk w Palestynie

W poniedziałek miliony Palestyńczyków na terytoriach okupowanych przez Izrael – w Jerozolimie (Al-Kuds) i na Zachodnim Brzegu Jordanu – oraz w zamkniętej od ponad 10 lat Strefie Gazy i w samym Izraelu uczestniczyły w strajku generalnym przeciw rasistowskiej ustawie o „żydowskim państwie narodowym” przegłosowanej w lipcu przez izraelskich nacjonalistów w Knesecie.

 

Wszystkie sklepy oprócz niektórych piekarni były zamknięte, targi i ulice są puste. Strajk objął różne aspekty życia – publiczne i prywatne zakłady pracy, urzędy, transport, z wyjątkiem służby zdrowia. Palestyńczycy zostali w domach. Po południu odbyły się manifestacje protestacyjne.

Ustawa o randze konstytucyjnej przyjęta 19 lipca przez izraelski parlament zdominowany przez nacjonalistyczne partie skrajnej prawicy potwierdza kolonialny charakter Izraela, wbrew prawu międzynarodowemu. Przyznaje prawo do samostanowienia jedynie Izraelczykom wyznania żydowskiego i proklamuje hebrajski jedynym językiem oficjalnym, mimo prawie 18 proc. palestyńskiej mniejszości w samym Izraelu.

Żaden artykuł ustawy nie wprowadza równości między obywatelami różnych wyznań, czy narodowości, ani nie mówi o demokratycznym charakterze państwa. Poza protestem przeciw oficjalnemu już traktowaniu miejscowych jako podludzi, Palestyńczycy wyrażają dziś solidarność z mieszkańcami wsi Chan al-Ahmar na okupowanym Zachodnim Brzegu, skazanej przez kolonizatorów na zniszczenie.

Dla Palestyńczyków w Izraelu 1 października to również data upamiętnienia masakry manifestacji w Galilei w 2000 r., na początku Drugiej Intifady. Izraelczycy zastrzelili wtedy 13 osób.

Zapaść

Strefy Gazy nie istnieje. Przynajmniej pod względem gospodarczym. Wprowadzona 11 lat temu izraelska blokada skutecznie uniemożliwia jakikolwiek handel, redukując palestyńskie terytorium do jednego wielkiego obozu dla uchodźców, do tego z najwyższą stopą bezrobocia na świecie.

 

Z pozoru nie jest wcale tak źle. W 2017 roku dochód na osobę po raz pierwszy przekroczył 3 tys. dolarów, zaś palestyńska gospodarka rozwijała się w tempie 3,1 proc. Jednak o ile w przypadku państw uprzemysłowionych wzrost tej wielkości pozytywnie świadczyłby o ich potencjale ekonomicznym, o tyle dla Palestyny oznacza faktyczną zapaść. Zwłaszcza, że jeszcze pod koniec minionego stulecia produkt krajowy Strefy Gazy i Zachodniego Brzeg rósł nawet o 8 proc. rocznie. Tąpnięcie nastąpiło w 2002 roku, kiedy gospodarka skurczyła się o ponad 12 proc., by od tego czasu nie odzyskać już swojej wcześniejszej dynamiki. Okazuje się zatem, że w porównaniu z rokiem 2000, obecny dochód na osobę skurczył się o 30 proc.

Emanacją fatalnego stanu palestyńskiej gospodarki jest rekordowo wysokie bezrobocie. W zeszłym roku bez pracy pozostawało 27,4 proc. dorosłej populacji. Przy liczbie mieszkańców okupowanych terytoriów zbliżającej się do 5 mln, zatrudnienie posiada mniej niż milion. Spośród tych nielicznych szczęśliwców większość pracuje w instytucjach publicznych lub wykonuje proste prace w Izraelu. W obu jednak przypadkach liczba zatrudnionych zmalała. Dotkliwy spadek odnotowano zwłaszcza w tym pierwszym sektorze, z którego, w porównaniu z rokiem 2016, zostało zwolnionych prawie 30 tys. osób.

Zdaniem ekspertów, do upadku palestyńskiej gospodarki doprowadziły dwa czynniki: izraelska okupacja i coraz mniejsze wsparcie międzynarodowe. Strefa Gazy pozostaje odcięta od świata od dekady. W czasie izraelskiej pacyfikacji w latach 2008-2009, zniszczeniu uległo ponad 60 proc. zdolności produkcyjnej Palestyny. Kolejna akcja militarna, przeprowadzona pięć lat później, unicestwiła to, co przetrwało. Z dróg, elektrowni czy fabryk pozostały jedynie zgliszcza. W praktyce oznacza to, że dostawy prądu trwają dwie godziny dziennie. Trudno w takich warunkach normalnie mieszkać, nie mówiąc już o prowadzeniu działalności gospodarczej. Brak podstawowej stabilizacji odbija się także na zdrowiu Palestyńczyków. Szacuje się, że ponad 225 tys. dzieci, czyli co dziesiąte, cierpi na zespół stresu pourazowego.

Izolacja z lądu, powietrza i morza uczyniły ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu gospodarczą kolonię Izraela. To właśnie tam trafia aż 79 proc. palestyńskiego eksportu; stamtąd też pochodzi 80 proc. całkowitego importu. Jak wskazują eksperci, w wielu przypadkach Palestyńczycy mogliby taniej importować i drożej eksportować, gdyby tylko Izrael ograniczył swoją militarną i gospodarczą blokadę. Tymczasem tak wysoki stopień uzależnienia handlu od głównego sąsiada – i okupanta zarazem – nie tylko drenuje i tak już skromne zasoby finansowe Palestyńczyków, ale też hamuje rozwój gospodarczy.

Nic zatem dziwnego, że z pomocy społecznej korzysta aż 80 proc. mieszkańców okupowanych terenów. Tymczasem pomoc międzynarodowa spadła do najniższego poziomu od lat. Zdaniem ONZ, obecnie wynosi ona jedną trzecią tego, co Palestyna otrzymywała w 2008 roku. O ile dekadę temu Strefa Gazy i Zachodni Brzeg mogły liczyć na ok. 2 miliardy dolarów, o tyle w zeszłym roku kwota ta wyniosła zaledwie 720 milionów. Prowadzi to do poważnych ograniczeń w funkcjonowaniu instytucji państwowych, w tym przede wszystkim służby zdrowia i świadczeń socjalnych.
Zapowiedzi największych darczyńców nie napawają nadzieją na lepszą przyszłość. Już w styczniu Stany Zjednoczone wstrzymały połowę ze 125 milionów dolarów, które zasilały budżet Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie – UNRWA. W sierpniu zaś – „na osobiste polecenie prezydenta” – USA ogłosiły wycofanie ponad 200 milionów dolarów przeznaczonych na wsparcie mieszkańców Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu.

Według ONZ, jeśli obecna sytuacja nie ulegnie szybkiej poprawie, terytoria okupowane niedługo staną się niezdatne do życia. Możliwe zatem, że na taki właśnie scenariusz po cichu liczą państwa najbardziej zaangażowane w regionie. Bez palestyńskich uchodźców pod samą granicą, Izrael pozbędzie się balastu, który się za nim ciągnie od samego początku istnienia państwa. Również świat Zachodu będzie mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Nikt tego głośno nie przyzna, ale i państwa arabskie nie byłyby mocno zmartwione takim rozwojem wydarzeń, pod warunkiem oczywiście, że nie musiałyby wpuścić na swoje terytorium wszystkich palestyńskich uchodźców.

Tymczasem okupowana Palestyna pogrąża się w gospodarczej i politycznej zapaści. Z każdą informacją o zmniejszonej pomocy, słabnie nadzieja jej mieszkańców już nawet nie na powstanie niepodległego państwa, co na zwykłe przeżycie kolejnego miesiąca.

Brak 270 mln

Babar Baloch, Rzecznik Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców potwierdził, że agencja jest w kryzysie. Brakuje środków wystarczających na zaspokojenie potrzeb najbiedniejszych uchodźców i przesiedleńców, których w dodatku trzeba zabezpieczyć przed nadchodzącą zimą.

 

W Syrii zarejestrowanych jest 5,6 miliona uchodźców, z czego 2,6 miliona to niepełnoletni. Na nich potrzeba około 73 miliona dolarów. Ale nie tylko Syryjczycy potrzebują pomocy UNHCR: również uchodźcom z Turcji, Syrii, Libanu, Jordanii, Iraku i Egiptu trzeba zapewnić opiekę medyczną, jedzenie, edukację, schronienie i po prostu zasiłki. To dodatkowe 196,5 miliona – wynika z wyliczeń agencji.

Na Bliskim Wschodzie 1,3 miliona osób potrzebuje pomocy organizacji humanitarnej, aby przetrwać zimę. 44 milionów dolarów potrzeba, aby uchodźcy z Libanu i Jordanii mogli opłacić zaległe czynsze (prawie 90 proc. migrantów z tych krajów dziś żyje na granicy ubóstwa lub w ubóstwie), zaś 36 milionów potrzeba na samą opiekę zdrowotną uciekinierów z krajów ogarniętych wojnami. Jeśli pieniądze się nie znajdą, UNHCR może nie być w stanie nawet nadal szczepić dzieci.

Rzecznik Wysokiego Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców wydał oświadczenie, w którym ubolewa nad tym, że agencja za chwilę może nie być w stanie kontynuować swojej misji w bardzo podstawowym zakresie:

„Dodatkowe fundusze umożliwiłyby UNHCR szybkie zwiększenie skali działalności w kluczowych sektorach, takich jak ochrona, schronienie i udzielanie podstawowej pomocy, pomagając nawet 1,8 mln osób” – czytamy w oświadczeniu dla prasy wydanym z Genewy. – „Nasze dzieci potrzebują opieki zdrowotnej, medycyny, mleka, ale nie możemy sobie na to pozwolić”.

Koniec pomocy

Stany Zjednoczone ogłosiły, że już nie zmniejszają, lecz całkowicie wstrzymują swój wkład finansowy w UNRWA – oenzetowską agencję pomocy uchodźcom palestyńskim. Po niedawnym wstrzymaniu również pomocy bezpośredniej znaczy to, że Amerykanie, zgodnie z postulatem skrajnie prawicowego, nacjonalistycznego rządu izraelskiego, znacznie pogorszyli bardzo złą sytuację okupowanych Palestyńczyków.

 

„Uchodźcy palestyńscy są już ofiarami, które straciły swoje domy, swoje środki utrzymania i bezpieczeństwo w związku z faktem utworzenia państwa Izrael. (…) Administracja amerykańska, która od dziesięcioleci popiera zbrojną okupacje izraelską, raz jeszcze wyżywa się na nich” – mówiła dziś Hanan Aszrawi z Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Nazwała decyzję Waszyngtonu „okrutną i nieodpowiedzialną”.

Izrael domagał się od Stanów wstrzymania pomocy, gdyż istnienie UNRWA i jej pomoc trzem milionom uchodźców i ich potomkom daje im w domyśle prawo powrotu na utraconą ziemię. Nikki Haley, ambasador USA w ONZ oświadczyła zgodnie z izraelskim życzeniem, że „nie może być o tym mowy”. Według administracji amerykańskiej i izraelskiej, „prawo powrotu” do Palestyny mają tylko Żydzi, którzy nigdy w niej nie mieszkali. To oparte na sile zbrojnej, rasistowskie podejście kolonialne zdecydowało o zaprzestaniu pomocy Palestyńczykom, którzy i tak dostawali od Amerykanów bardzo mało, w porównaniu z Izraelem.

UNRWA pomaga palestyńskim uchodźcom szczególnie poprzez utrzymywanie szkół i szpitali, nie tylko w Palestynie, ale też w Libanie, Jordanii i Syrii, dokąd uciekali w wyniku izraelskiej czystki etnicznej z 1948 r. Dziś przychodnie lekarskie i szkoły są zagrożone. „Pod koniec września agencja nie będzie miała złamanego grosza” – mówił już w środę rzecznik UNWRA Chris Gunnes. Według niego, zapowiadana wówczas decyzja amerykańska „przyniesie dramatyczne konsekwencje, głębokie i nieprzewidywalne”. ONZ wyraziła dziś „żal”. Według organizacji, „UNWRA przyczynia się do stabilności w regionie”.

Bez wydanej pomocy międzynarodowej ONZ zamknie ponad 700 szkół podstawowych. Berlin zapowiedział wczoraj, że „znacząco” podniesie swój wkład w UNRWA, by te szkoły ratować, jednak Izrael przyjął to z niezadowoleniem, co może zniechęcić inne kraje.

Przemoc Izraela

Przemoc Izraela w stosunku do Palestyńczyków przyjmuje formy tak okrutne i szokujące, stosowane na taką skalę, że nawet odruchowy sprzeciw i publiczne potępienia bardzo często sprawiają wrażenie bezradnych, w jakiś sposób nieadekwatnych, do tego stopnia, że czasem niemal strzelają kulą w płot.

 

Tylko w ostatnich dniach izraelskie siły okupacyjne zbombardowały centrum kulturalne Saida al-Maszala w Gazie, zabiły w bombardowaniu oblężonej enklawy m. in. ciężarną kobietę z jej półtoraroczną córeczką, a snajper śmiertelnie postrzelił kolejnego pracownika medycznego, 22-letniego Abd Allaha al-Katatiego. Kula trafiła mężczyznę, gdy ten niósł pomoc jednemu z wielu nieuzbrojonych cywilów, rannych w ramach protestów tzw. Wielkiego Marszu Powrotu.

 

Nic nowego pod słońcem

Żadne z tych wydarzeń nie było wyjątkowe – Izrael od lat, w powtarzających się cyklicznie napaściach na Gazę, pod pozorem uderzeń „odwetowych” w „siedziby bojowników Hamasu”, niszczy infrastrukturę kulturalną i edukacyjną w strefie Gazy, systematycznie zabija dzieci (ponad 500 w Operacji Protective Edge w 2014), a także dręczy kobiety w ciąży (np. utrudniając im na checkpointach drogę do szpitali).

Personel medyczny jest przedmiotem systematycznej przemocy ze strony izraelskich żołnierzy. Kilka tygodni wcześniej izraelski snajper zamordował wyraźnie oznakowaną jako sanitariuszka dwudziestojednoletnią Razan al-Najjar. Kanadyjski ochotnik, lekarz Tarek Loubani, który sam przeżył taki postrzał kulą snajpera, cudem nie tracąc ranionej kończyny (w przeciwieństwie do wielu innych przypadków kula, którą dostał, nie była eksplodująca), opowiadał po tym doświadczeniu, jak powszechne jest ono w ostatnich miesiącach dla medycznego personelu w strefie Gazy.
Uderzenia w personel medyczny w ostatnich miesiącach stanowią przy tym ledwie cząstkę krwawej reakcji Izraela na obecną falę protestów w Gazie. Zginęło już blisko 170 osób, a 16 tysięcy zostało rannych.

 

„Izrael się broni”

Jak Izrael tłumaczy taką przemoc? Śpiewka jest zawsze ta sama. „Izrael ma prawo do samoobrony”, „ma prawo się bronić” i „ma prawo bronić swoich granic” (w wypadku Wielkiego Marszu Powrotu – przed jakoby „agresywnym tłumem” pragnącym szturmować grodzenia, którymi Izrael otoczył przed laty strefę Gazy; to właśnie ta rzekoma „granica”).
Izrael tymczasem jest mocarstwem okupującym terytorium innego narodu i z tego względu nie ma prawa się bronić (patrz: Erakat, Dugard, Finkelstein i Stern-Weiner). Zastosowanie ma tutaj przede wszystkim IV Konwencja Genewska, której Izrael jest sygnatariuszem. Stanowi ona, iż okupant nie ma prawa się bronić przed okupowaną populacją – to okupowani się bronią, z definicji, zwłaszcza kiedy okupacja tak wyraźnie gwałci ich prawa i nie daje żadnych powodów, by wierzyć, że jest tymczasowa. Okupacja może być jedynie stanem tymczasowym, musi prowadzić do podpisania pokoju i wycofania sił okupacyjnych. Okupant nie ma wobec ludności zajmowanych terytoriów żadnych praw – ma wyłącznie zobowiązania dotyczące bezpieczeństwa ludności pod okupacją, jej fizycznego dobrostanu itd.

Jak na antenie CBS News przypomniała prawniczka i działaczka Noura Erakat, swoich granic z kolei Izrael nie ma prawa bronić, ponieważ ich… nie posiada. Izrael nigdy nie ogłosił, nawet unilateralnie, swoich ostatecznych granic, a co dopiero mówić o ich uzgodnieniu z zainteresowanymi stronami i aktorami międzynarodowymi. Oczywistym powodem jest to, że izraelski projekt polityczny od swoich narodzin, z założenia przewidywał kolonialną ekspansję. Tym, co otacza Państwo Izrael, są w znacznym stopniu linie demarkacyjne pozostawione „tymczasowo” po rozmaitych konfliktach zbrojnych, a nie granice w rozumieniu prawa międzynarodowego.

 

Nie każda krytyka jest krytyczna

Krytyka Izraela, która zatrzymuje się na poziomie „nieadekwatności”, „nieproporcjonalności” i „przesady” środków stosowanych przez Izrael „w odpowiedzi” na takie czy inne zachowania Palestyńczyków, de facto wzywająca Izrael jedynie do „zachowania proporcji”, jest nie tylko niewystarczająca, ale po prostu niewłaściwa. W rzeczywistości po cichu służy ona interesom Izraela, gdyż nie kwestionuje jego pretensji do samego stosowania przemocy „w samoobronie”. Tymczasem sprawa jest tu jednoznaczna – izraelska przemoc jest zawsze nielegalna i niedopuszczalna, nie tylko wtedy, kiedy jest „nieproporcjonalna”. Albo inaczej: zawsze jest nieproporcjonalna, każde jej użycie.

Obowiązkiem lewicy jest dziś ufundowana na wartościach uniwersalizmu bezwarunkowa solidarność z Palestyńczykami, są oni bowiem ofiarami „najdłuższej i najbrutalniejszej okupacji wojskowej czasów współczesnych” (słowa historyka Aviego Shlaima), ofiarami najbardziej rasistowskiego państwa we współczesnym systemie światowym. 19 lipca uchwaloną przez Knesset Ustawą o państwie narodowym przeszło ono „od apartheidu de facto do apartheidu de jure” (słowa dziennikarza dziennika „Haaretz” Gideona Levy’ego).
By prawidłowo odpowiadać na izraelską przemoc, lewica i ruch solidarności z Palestyńczykami muszą ją jednak właściwie rozumieć. Właściwe rozumienie obecnej fali izraelskiej przemocy wymaga postrzegania jej na czterech istniejących równocześnie poziomach.

 

Płaszczyzny okupacyjnej przemocy

Pierwszy poziom można nazwać taktycznym, bo dotyczy on bieżącego reagowania przez izraelski reżim okupacyjny na bieg wypadków. To przede wszystkim ten poziom opisuje Baszir Abu Manna w artykule Po masakrach w strefie Gazy. Dlaczego Izrael zabija? z amerykańskiego magazynu „Jacobin”, po polsku opublikowanym w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w maju.
Izrael używa tak szokującej siły, jakby w każdej sytuacji chciał przywołać cały ogrom swojej militarnej potęgi. Chodzi w tym o to, żeby złamać Palestyńczykom ich moralny kręgosłup, sprawić, by stracili odwagę w tej konkretnej konfrontacji, a w końcu także i wiarę, że ich marzenia o samostanowieniu kiedykolwiek się spełnią. By się pogodzili z losem. Izrael chce też sprawić, by Palestyńczycy zaczęli odpowiadać bardziej zdecydowaną przemocą – by protesty przestały być pokojowe – gdyż protesty pokojowe, jak te w ramach Wielkiego Marszu Powrotu, dzielą izraelskie społeczeństwo, wywołując w jego mniej obłąkanej części poczucie winy, zagrażają więc szerokiej płaszczyźnie poparcia dla tak brutalnej polityki.

Od tygodni pojawiają się nieoficjalne doniesienia, że plan kolejnej otwartej, zmasowanej ofensywy na Gazę na podobieństwo Operacji Protective Edge z 2014 jest gotowy i Netanjahu tylko wyczekuje na najlepszy moment, żeby uderzyć. Niewykluczone, że tak brutalna odpowiedź na pokojowe protesty Wielkiego Marszu Powrotu jest obliczona na to, by Hamas stracił panowanie nad swoimi bojówkami, nad młodzieżą luźno lub wcale nawet z Hamasem niezwiązaną, które z frustracji zaczęłyby znowu wystrzeliwać w większej ilości w stronę Izraela swoje domowej roboty „rakiety” (w cudzysłowie, bo jak mawia Norman Finkelstein, są to co najwyżej „wzmocnione fajerwerki”). Wtedy Izrael przywoła znowu swoje „prawo, by się bronić”, przy milczeniu lub aprobacie zachodnich mocarstw i korporacyjnych mediów.

Drugi poziom to polityka Izraela w perspektywie rządów obecnego premiera, Binjamina Netanjahu i jego partii Likud. Wspomniany Norman Finkelstein w swojej najnowszej książce, Gaza: An Inquest Into Its Martyrdom, przekonuje między innymi, że w polityce Netanjahu wobec Gazy nie chodziło nigdy tak naprawdę konkretnie czy tylko o Gazę. Przemoc wobec Gazy była wypadkową innych potrzeb politycznych Likudu, samego Netanjahu i jego rządowych koalicji. Miewa ona swoje krwawe nasilenia albo tuż przed wyborami, albo w momentach, w których Netanjahu odnotowuje spadki poparcia, albo znajduje się pod innego rodzaju presją – jak toczące się obecnie śledztwa korupcyjne.

Ale fakt, że w tych ostatnich celach cykliczne napaści i eskalacje przemocy w stosunku do oblężonej i odciętej od świata Gazy dają się tak łatwo i skutecznie wykorzystać do podbijania popularności jednego z najbardziej obrzydliwych współczesnych polityków, do tego w czasach, kiedy konkurencja w tej kategorii jest naprawdę mocna – i ostatecznie przynoszą mu w każdych kolejnych wyborach zwycięstwo! – daje się wyjaśnić wyłącznie, kiedy weźmiemy pod uwagę trzeci poziom, na którym należy postrzegać przerażającą „logikę” i znaczenie tej przemocy.

 

Przemoc kolonialna

Najnowszy rozdział w historii izraelskiej przemocy w stosunku do Gazy – ale także na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie Wschodniej – da się w pełni zrozumieć wyłącznie w tym trzecim planie, obejmującym całą historię Izraela jako projektu kolonialnego ufundowanego na rasistowskich założeniach. Jak w klarownym tekście opublikowanym również na łamach „Jacobina”, w okresie Operacji Protective Edge, wyłożył Greg Shupak, przemoc Izraela kieruje się klasyczną logiką nowożytnej przemocy kolonialnej.

Izrael od samych swoich narodzin jest rasistowskim przedsięwzięciem kolonialnym. Ufundowany jest na całym kompleksie rasistowskich założeń.

Pierwsze to prawo do ziemi noszone „we krwi” przez nie wiadomo ile tysiącleci, dalej – wyobrażenie, że kolonizowany ląd zamieszkany nieprzerwanie od tysiącleci jest „pusty”, skoro zamieszkany nie przez „naszych”. Przemoc, której Izrael dopuszcza się na Palestyńczykach dziś, jest kolejnym ogniwem długiego, założycielskiego kontinuum osadniczej przemocy, która sięga głębiej niż do wojny sześciodniowej 1967 roku, od której najczęściej datuje się początek izraelskiej okupacji. Przemoc ta poprzedzała już samo powstanie Państwa Izrael. W szczególności pod postacią fali masakr i wypędzenia ok. 700 tys. ludzi (mieszkańcy Gazy są w ogromnej części potomkami tamtych wypędzonych) w latach 1947-48.

Formy militarnej przemocy, z jaką Izrael uderza dziś w Palestyńczyków w Gazie i gdzie indziej, mogą premierowi Netanjahu przez tyle lat przynosić tak niezawodne i spektakularne korzyści polityczne tylko dlatego, że odwołują się do przemocy i rasizmu, na których Izrael został ufundowany, i które przenikają całokształt zbiorowej psyche izraelskiego społeczeństwa.
Rasistowska przemoc kolonialna ma tendencję do przyjmowania dwustronnej postaci. Z jednej wierzy we własną wyższość, wyrażaną w kategoriach biologicznych i kulturowych (lub „cywilizacyjnych”). Z drugiej dąży zawsze do narzucenia swoim ofiarom rzeczywistości, która tę ich wyższość potwierdzi, bo wepchnie ich w stan, w którym nawet same te ofiary w końcu uwierzą, że są w ten czy inny sposób „podludźmi”. Wyniszczając ich biologicznie, lub uniemożliwiając ich ciałom realizację pełni ich biologicznego potencjału, skazując ich na gorszą dietę, zanieczyszczoną wodę, na przedwczesną śmierć na uleczalne – i to w szpitalu w sąsiednim mieście – choroby, trwale uszkadzając ich ciała. Utrudniając ich biologiczną reprodukcję np. przez celowanie w ciężarne kobiety i prześladowanie dzieci. Utrudniając ich reprodukcję społeczną: wyniszczając ich kulturę, blokując jej możliwości rozwoju i właściwego reagowania na wyzwania swoich czasów, równając z ziemią jej infrastrukturę. O tym mówi dziewczynka, jedna z wielu gazan, którzy korzystali z możliwości rozwoju kulturalnego oferowanych przez obrócone w gruz centrum Saida al-Maszala, kiedy w wypowiedzi dla serwisu Middle East Eye powiedziała, że burząc ten ośrodek, Izrael chciał tak naprawdę „zniszczyć nawet ich sny”.

Kiedy izraelscy snajperzy na taką skalę odstrzeliwują nieuzbrojonym demonstrantom kończyny, kiedy z taką częstotliwością ranią, a nawet zabijają wyraźnie oznakowany personel medyczny, kiedy przy okazji każdego ataku na Gazę z ziemią zrównana zostaje szkoła, biblioteka, szpital, teatr lub meczet – a nierzadko po kilka z nich w krótkich odstępach czasu – nie możemy udawać, że wierzymy w izraelskie opowieści o tym, że to były pomyłki, uderzenia przy okazji lub nawet, że jednego czy dwóch żołnierzy za bardzo poniosło. To byłoby względnie prawdopodobne w pojedynczych przypadkach, a nie na skalę, jaką obserwujemy za każdym razem w wykonaniu Sił Zbrojnych Izraela.

Mamy do czynienia z systematyczną, planową polityką. Izrael chce Palestyńczyków obrócić w okaleczone, kalekie, niepełnosprawne, rozpadające się społeczeństwo. Złożone z jednonogich i bezrękich młodych mężczyzn skazanych na resztę życia na upokorzenie własnej fizycznej słabości i spowodowane tym trudności w utrzymaniu czy też samym założeniu rodziny. Chce ich też okaleczyć metaforycznie i kulturowo, jako cale społeczeństwo – by ich kultura była tak samo chroma, jak ci młodzi mężczyźni. Szkoły, ośrodki kulturalne, meczety, szpitale – są to wszystko instytucje transmisji i rozwoju kultury oraz instytucje opieki podtrzymujące reprodukcję społeczeństwa. Dlatego za każdym razem są celem.

Izrael chce Palestyńczyków pozbawić zdolności do reprodukowania się i rozwijania jako społeczeństwo z prawdziwego zdarzenia, z jakimkolwiek zestawem wspólnych punktów odniesienia, zbiorowych praktyk, zaufanych instytucji, a przez to możliwości zbiorowego działania, w tym wspólnego stawiania oporu, a w przyszłości zdolności kolektywnego wymyślenia i zbudowania siebie jako wolnego społeczeństwa. Izrael dąży do wepchnięcia ich w stan a-społeczny, nie-ludzki. Taki stan utwierdza w przekonaniu o własnej wyższości, a przed światem dostarczył usprawiedliwienia dla dalszej przemocy – na zasadzie: jakże inaczej zarządzać można taką dziczą niż poprzez bezwzględną kontrolę i brutalną, nagą siłę?

Ten trzeci poziom Izrael dzieli z innymi kolonialnymi projektami politycznymi znanymi z dziejów nowożytnych, tyle, że Izrael odgrywa ten skrypt ze znaczącym historycznym opóźnieniem i wyposażony w mrożącą krew w żyłach przewagę technologiczną. I tu docieramy do czwartego poziomu znaczenia izraelskiej przemocy, który – w przeciwieństwie do trzeciego, dzielonego z innymi przedsięwzięciami kolonialnymi – dotyczy specyficznego miejsca, jakie Państwo Izrael zajęło w obecnej konfiguracji kapitalizmu.

 

Izraelizacja permanentnego kryzysu

Jeff Halper w swojej książce „War Against the People: Israel, the Palestinians and Global Pacification” pokazuje miejsce, jakie Izrael umościł sobie we współczesnym światowym systemie politycznym i ekonomicznym – to ono gwarantuje mu bezkarność i brak reakcji ze strony „wzorowych demokracji”. Izrael wyspecjalizował się w produkcji najbardziej zaawansowanego uzbrojenia i innych supertechnologii bezpieczeństwa, od urządzeń nadzoru i identyfikacji po metody pacyfikacji protestujących tłumów, a nawet awangardowego prawnego faryzeizmu mającego na celu otaczać ekscesy sił okupacyjnych dyskursywną zasłoną dymną. Wszystko to sprzedaje następnie na cały świat jako przetestowane w boju – tj. na Palestyńczykach. O ile zakład, że ani się obejrzymy, jak drony zrzucające puszki z gazem łzawiącym, które zadebiutowały w tym roku w Gazie, zobaczymy wkrótce w użyciu przeciwko protestom Black Lives Matter w USA czy studenckim demonstracjom w Paryżu?

Władcy współczesnego świata nie mają pomysłu na wyjście z obecnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu, sami nawet nie wierzą w takiego wyjścia możliwość i jedynej szansy na utrzymanie pozycji, przywilejów i władzy upatrują już tylko w bezlitosnym pacyfikowaniu coraz bardziej pokrzywdzonych i rozgniewanych mas. Izrael jest dla nich dostawcą najbardziej zaawansowanych technologii, a także ekspertyzy. Amerykańska policja, coraz bardziej zmilitaryzowana, która pacyfikowała protesty Black Lives Matter, przechodziła szkolenia albo w Izraelu albo z izraelskimi ekspertami. Krytyczny izraelski intelektualista Eyal Weizman ów proces kopiowania metod izraelskiej okupacji w kolejnych miejscach na świecie, nazwał „izraelizacją”.

 

Bojkot Izraela – natychmiast

Kolejne eskalacje kolonialnej przemocy Izraela; możliwa w każdej chwili następna wielka inwazja na Gazę; uchwalenie przez Kneset Ustawy o państwie narodowym, która ostatecznie i niejako „na stałe” (bo jako tzw. „prawo podstawowe”, pod nieobecność w Izraelu konstytucji sensu stricto, ma ona moc zapisu konstytucyjnego) potwierdza charakter Izraela jako reżimu rasowego apartheidu; świadomość uniwersalności stawek, o jakie walczą Palestyńczycy (bo w obecnej konfiguracji kapitalizmu ich los może czekać nas wszystkich) – wobec tych wszystkich okoliczności będzie moralnym skandalem o epickich proporcjach, jeśli polska lewica pozostanie w tym temacie albo milcząca, albo będzie się ograniczać do krytyki polityki samego Netanjahu, ignorując to, co powyżej przedstawiłem jako trzeci i czwarty poziom izraelskiej przemocy.

Jedyną odpowiedzią szanującej się lewicy jest aktywny głos po stronie ofiar reżimu rasowego apartheidu, cieszącego się tak bezwarunkowym wsparciem zachodnich mocarstw zainteresowanych naśladowaniem izraelskiego modelu. Nikt, kto nie jest dziś po stronie Palestyńczyków, nie jest lewicą. Tak jak w XIX wieku nikt, kto „nie miał zdania” na temat niewolnictwa, albo w latach 70. XX wieku szukał „prawdy pośrodku” w Republice Południowej Afryki czy Wietnamie.

Kiedy ustawa Knesetu z 19 lipca 2018 roku zamknęła już dyskusję, czym naprawdę jest Państwo Izrael, sprawę można postawić tylko w jeden sposób. Kto nie z Palestyńczykami, ten z prawicy. Rasistowskiej prawicy. Innych opcji nie ma. W jaki więc sposób można aktywnie zająć stanowisko w tej sprawie? Z Palestyńczykami? W taki, o jaki od 2005 roku proszą sami Palestyńczycy: przez solidarne przyłączenie się do międzynarodowej kampanii bojkotu Izraela (BDS: Boycott, Divestment, Sanctions), wzorowanej na bojkocie, który pomógł kiedyś rozłożyć inny apartheid, ten ze stolicą w Pretorii.

Zakazana flaga

Partia Likud chce zabronić obecności palestyńskich flag w sferze publicznej Izraela. Pomysłodawczyni przewidującej to ustawy uznaje je za “wrogi symbol”. To odpowiedź na demonstrację, jaka dwa tygodnie temu odbyła się w Tel Awiwie i zebrała tysiące przeciwników niesławnej “ustawy o państwie żydowskim”. Na zgromadzeniu powiewały flagi Autonomii Palestyńskiej.

 

Anat Berko, członkini Knessetu z ramienia rządzącego ugrupowania Likud zaraz po przerwie wakacyjnej zamierza przedstawić w parlamencie projekt nowego prawa, które zakaże eksponowania palestyńskich flag podczas zgromadzeń publicznych. Pomysł ten czyni zadość oczekiwaniom izraelskiej prawicy oburzonej faktem, że na demonstracji, jaka odbyła się 11 sierpnia w Tel Awiwie na Placu Rabina, obecne były palestyńskie symbole i wznoszono antyizraelskie hasła.

Berko oczekuje, że rząd Benjamina Netanjahu poprze jej projekt. Parlamentarzystka uznaje Autonomię Palestyńską za wrogi byt polityczny. Zarzuca Autonomii, że jest przeciwna Izraelowi, jako “państwu żydowskiemu” i wspiera terrorystów – Flagi wroga nie powinny być tolerowane w sferze publicznej – mówi Anat Berko – Nie można na to pozwalać i trzeba wprowadzić takie prawo.
Projekt przewiduje karę do roku więzienia za wznoszenie palestyńskiej flagi na demonstracjach i dotyczy zgromadzeń liczących co najmniej trzy osoby.

Pomysł ten wywołał zrozumiałe protesty arabskich członków Knessetu. Dżamal Zahalka nazwał ustawę “tchórzliwą, rasistowską próbą ukrycia przed światem palestyńskiej tożsamości” i zapowiedział, że się ona nie powiedzie. Aida oświadczyła, że flaga Palestyny jest symbolem walki jej narodu o przetrwanie pod Izrealelską okupacją i dlatego musi zostać.

Neven Abu Rahmoun powiedziała, że projekt ustawy łamie zasadę wolności wypowiedzi, a Berko łamie prawo, bo nawoływanie do nienawiści na tle rasowym jest w Izraelu karalne. To prawda, jest to niestety argument całkowicie abstrakcyjny, ponieważ izraelscy politycy nagminnie stosują rasistowski język w odniesieniu do Palestyńczyków, mówiąc np. o “konieczności wytępienia całego tego robactwa”, a nigdy nie spotykają ich za to żadne konsekwencje.

Odpowiadając na zarzuty palestyńskich parlamentarzystów, Berko odparła, że prawdziwym problemem jest fakt, iż w swoich biurach mają oni właśnie flagę palestyńską zamiast izraelskiej. Nie kryje wręcz oburzenia: – Żadne inne państwo nie pozwoliłoby ustawodawcom na znieważanie symboli narodowych – mówi.

Krytycy projektu nowej ustawy podkreślają, że jest on prostą konsekwencją prowadzonego niedawno „prawa o państwie żydowskim”, przeciwko któremu odbywał się 10-tysięczny protest w Tel Awiwie. Mowa o ustawie, którą Knesset przyjął w lipcu.

Więzienie za wiersz

Darin Tatur została w 2015 r. zatrzymana po tym, gdy opublikowała wiersz z wezwaniem „Stawiaj opór, mój ludzie”. Od 2016 r. przebywała w areszcie domowym. 31 lipca izraelski sąd skazał ją na pięć miesięcy więzienia.

 

Sąd uznał jeszcze w maju, że Palestynka wzywała swoich rodaków do przemocy i terroryzmu. 31 lipca zapadło rozstrzygnięcie co do wymiaru kary.

Przedmiotem sprawy był przede wszystkim opublikowany na Facebooku wiersz. „Stawiaj opór, mój ludzie, stawiaj im opór” – napisała Tatur. Dalej mówiła o marzeniu o arabskiej Palestynie, sprzeciwianiu się grabieży dokonywanej przez osadników oraz o tym, by nie opuszczać flag, dopóki „oni” nie zostaną usunięci z ojczystej ziemi. Utwór został poświęcony pamięci trzech Palestyńczyków: Muhammada Abu Chudajra, porwanego i zabitego przez izraelskich osadników, zastrzelonej przez izraelskiego żołnierza 18-letniej Hilal al-Haszlamun oraz Alego Dawabszy, półtorarocznego niemowlęcia, który zginął razem z rodzicami, kiedy osadnicy spalili ich dom.

Zgodnie z palestyńską tradycją Tatur pisała o tych ofiarach okupacji jako o męczennikach. W innym miejscu dodawała, że sama zostanie następną męczennicą. Izraelski sąd uznał to za dowód podżegania do terroryzmu. Potępił także inne wpisy twórczyni, w których pisała o okupacji Palestyny i oporze jej mieszkańców. Materiały publikowane przez Darin Tatur miały ponad 200 tys. wyświetleń na Facebooku i YouTube.

– Chodziło mi o starania; o to, żeby nie ustawać w wysiłkach, a oni mówią, że to przemoc – tłumaczyła sens wiersza poetka w rozmowie z agencją Reutera. Jej obrona bezskutecznie argumentowała, że izraelski tłumacz (policjant arabskiego pochodzenia) zniekształcił w przekładzie na hebrajski treść utworu. Starała się również powoływać na wolność artystycznej wypowiedzi – na darmo. O swobodzie słowa mówili również obrońcy poetki z zagranicy. – Darin Tatur została skazana za pracę, jaką pisarze na całym świecie wykonują każdego dnia: korzystamy ze słów, by pokojowo walczyć z niesprawiedliwością – powiedziała o sprawie Jennifer Clement, szefowa PEN International. Solidarność z palestyńską poetką wyrażało ponad 150 amerykańskich pisarzy, poetów i publicystów, m.in. Naomi Klein.

– Niech cały świat usłyszy moją historię, niech usłyszy, czym jest izraelska demokracja. To demokracja wyłącznie dla Żydów. Za to do więzień idą tylko Arabowie – komentowała w maju tego roku, po tym, gdy sąd w Nazarecie ogłosił w jej sprawie werdykt „Winna” i pozostało tylko czekać na wymiar kary.

Przed ogłoszeniem wyroku Tatur opublikowała w internecie film, w którym mówi, iż po tym, gdy w Izraelu przyjęto „ustawę o państwie narodowym” nie ma żadnych złudzeń co do tego, że zostanie skazana na więzienie.

Nie myliła się – chociaż w ostatnich latach była faktycznie pozbawiona wolności (z domu mogła wychodzić tylko na dwie godziny w weekendy, pod opieką krewnego, nie było też mowy o publikowaniu nowych utworów), będzie musiała spędzić kolejne pięć miesięcy za kratami.

Palestyna liderem 80 proc. świata

Grupa 77, koalicja w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmująca ponad 80 proc. ludności świata, przyznała przedstawicielstwu Palestyny funkcję przewodnictwa całemu blokowi w 2019 r. Obecnie pełni ją Egipt.

 

To kolejny dowód uznania dla Palestyńczyków ze strony społeczności międzynarodowej oraz kolejny cios dla Izraela i bliskowschodniej polityki Stanów Zjednoczonych.
O decyzji Grupy 77 poinformował Riyad Mansour, stały przedstawiciel Palestyny w ONZ, w telefonicznej rozmowie z The New York Times. – Będziemy prowadzić negocjacje w imieniu 135 państw – oświadczył Mansour w wypowiedzi dla dziennika.

Grupa 77 to koalicja krajów rozwijających się, obejmująca głównie regiony Globalnego Południa, lecz również wschodzące potęgi, takie jak Chiny. 77 to liczba krajów, które zawiązały ten sojusz w ONZ w 1964 r. Od tamtego czasu blok rozrósł się prawie dwukrotnie i obecnie liczy sobie 135 członków, w tym Palestynę. Koalicja, posiadająca własne struktury w ONZ, wspierała w minionych dekadach procesy dekolonizacyjne i walkę o globalną sprawiedliwość gospodarczą, próbując równoważyć reguły narzucane przez ekonomicznie najsilniejsze państwa świata. Włączała się również w walkę z apartheidem w RPA i podobne formy ucisku w innych krajach.

Palestyńskie przewodnictwo ma znaczenie głównie symboliczne. Od 2012 r. przedstawicielstwo Ramallah ma w ONZ status państwa-obserwatora, czyli niepełne członkostwo. Może brać udział w sesjach Zgromadzenia Ogólnego i zabierać głos, chociaż nie ma prawa głosu. Ma też wstęp do ważnych instytucji ONZ, m.in. UNESCO i Miedzynarodwego Trybunału Karnego.

Decyzja Grupy 77 jest bez wątpienia świadectwem wzrostu znaczenia Palestyny na arenie międzynarodowej. Mansour dał do zrozumienia oznacza to wzmocnienie pozycji jego kraju wobec Izraela i USA: – Oni twierdzą, że nie jesteśmy państwem – mówił w rozmowie z NYT – Teraz robimy wszystko jak normalne państwa, więc państwem jesteśmy (…) Najwyższy czas, by kraje regionu [Bliskiego Wschodu] wystąpiły otwarcie i okazały rzeczywistą pomoc narodowi Palestyny, zamiast nieustannie przemawiać z oddali.

Międzynarodowa rola Palestyny rośnie w sytuacji, gdy jej relacje dypolatyczne ze Stanami Zjednoczonymi praktycznie ustały. Stało się tak z inicjatywy Ramallah po tym, jak prezydent Donald Trump przeniósł na początku roku ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, której wschodnia arabska część jest okupowana przez Izrael od 1967 r., tak jak większość ziem palestyńskich.

Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela przez USA zostało potepione przez społeczność międzynarodową.

Trump szczycił się wcześniej ambicjami doprowadzenia do pokoju palesteńsko-izraelskiego, jednak jego jednostronna proizraelska polityka nie sprzyja temu. USA wystąpiły z Rady Bezpieczeństwa na znak protestu wobec potępienia Izraela przez ONZ za majową masakrę Palestyńczyków w Strefie Gazy. Stany Zjednoczone od początku również sprzeciwiały się przyznaniu Palestynie statusu państwa-obserwatora w ONZ.

Waszyngton dusi Gazę

Coraz bardziej proizraelska polityka Waszyngtonu oznacza wielkie kłopoty dla najbardziej potrzebujących w Strefie Gazy. Z powodu drastycznych cięć amerykańskich funduszy pomocowych, służba zdrowia znajduje się w stanie zapaści.

 

Od ponad dziesięciu lat Izrael prowadzi ciągłą blokadę Strefy Gazy. W tej sytuacji 80 proc. populacji tego terytorium zależy faktycznie od zagranicznej pomocy humanitarnej. Na początku tego roku, w związku m.in. z decyzja o przeniesieniu ambsady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy i odpowiedzi w postaci zerwania stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi przez władze Autonomii Palestyńskiej, prezydent Donald Trump nakazał jednocześnie rewizję – a w praktyce likwidację – rządowych programów pomocowych dla Gazy. Zostało wstrzymanych 125 mln USD, które miały zostać wydanych na zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkańców Strefy w ramach wsparcia humanitarnego i zainwestowanych w projekty rozwojowe. USA obcięły również finansowanie UNRWA – agencji pomocy ONZ na rzecz uchodźców palestyńskich.

Pierwszymi bezpośrednimi ofiarami cięć są pacjenci służby zdrowia, która już teraz jest w bardzo złym stanie. Według danych WHO w ubiegłym roku 2 tys. mieszkańców Strefy ubiegało się o możliwość jej opuszczenia, by udać się na leczenie. Izrael niestety wydał na to pozwolenie tylko dla niewiele ponad połowy z ubiegających się. 54 osoby zmarły, zanim pozwolono opuścić im granicę Strefy.
W 2016 r. rozpoczęto program wsparcia gazańskiej służby zdrowia przez USAID, który miał trwać pięć lat i kosztować 50 mln USD. Pomocą miał objąć 20 tys. pacjentów, a w przypadku zajścia sytuacji nadzwyczajnej, miał zostać rozszerzony nawet do 250 tys. osób. Po marcu 2018 został wstrzymany.

W ostatnich dniach organizacje oferujące dożywianie i rehabilitację dzieci w Gazie obsługiwały dosłownie ostatnich pacjentów. Na pomoc kolejnym zwyczajnie nie mają pieniędzy. Dyrektor jednej z organizacji pomocowych Międzynarodowe Oddziały Medyczne działającej w Gazie twierdzi, że jeżeli finansowanie nie zostanie wznowione w ciągu najbliższych trzech miesięcy, ogromna większość ludzi w Strefie zostanie w zasadzie pozbawiona nawet najbardziej podstawowych świadczeń medycznych.

Ostatnie miesiące były okresem, w którym gazańskie szpitale musiały przyjąć znacznie większą niż zwykle liczbą rannych z powodu ataków izraelskiego wojska na ciągnące się tygodniami zgromadzenia Palestyńczyków u granic Strefy upamiętniające 70. rocznicę Nakby. Dogorywająca służba zdrowia musiała znaleźć środki na pomoc dodatkowym 4 tys. rannych.