Więzienie za wiersz

Darin Tatur została w 2015 r. zatrzymana po tym, gdy opublikowała wiersz z wezwaniem „Stawiaj opór, mój ludzie”. Od 2016 r. przebywała w areszcie domowym. 31 lipca izraelski sąd skazał ją na pięć miesięcy więzienia.

 

Sąd uznał jeszcze w maju, że Palestynka wzywała swoich rodaków do przemocy i terroryzmu. 31 lipca zapadło rozstrzygnięcie co do wymiaru kary.

Przedmiotem sprawy był przede wszystkim opublikowany na Facebooku wiersz. „Stawiaj opór, mój ludzie, stawiaj im opór” – napisała Tatur. Dalej mówiła o marzeniu o arabskiej Palestynie, sprzeciwianiu się grabieży dokonywanej przez osadników oraz o tym, by nie opuszczać flag, dopóki „oni” nie zostaną usunięci z ojczystej ziemi. Utwór został poświęcony pamięci trzech Palestyńczyków: Muhammada Abu Chudajra, porwanego i zabitego przez izraelskich osadników, zastrzelonej przez izraelskiego żołnierza 18-letniej Hilal al-Haszlamun oraz Alego Dawabszy, półtorarocznego niemowlęcia, który zginął razem z rodzicami, kiedy osadnicy spalili ich dom.

Zgodnie z palestyńską tradycją Tatur pisała o tych ofiarach okupacji jako o męczennikach. W innym miejscu dodawała, że sama zostanie następną męczennicą. Izraelski sąd uznał to za dowód podżegania do terroryzmu. Potępił także inne wpisy twórczyni, w których pisała o okupacji Palestyny i oporze jej mieszkańców. Materiały publikowane przez Darin Tatur miały ponad 200 tys. wyświetleń na Facebooku i YouTube.

– Chodziło mi o starania; o to, żeby nie ustawać w wysiłkach, a oni mówią, że to przemoc – tłumaczyła sens wiersza poetka w rozmowie z agencją Reutera. Jej obrona bezskutecznie argumentowała, że izraelski tłumacz (policjant arabskiego pochodzenia) zniekształcił w przekładzie na hebrajski treść utworu. Starała się również powoływać na wolność artystycznej wypowiedzi – na darmo. O swobodzie słowa mówili również obrońcy poetki z zagranicy. – Darin Tatur została skazana za pracę, jaką pisarze na całym świecie wykonują każdego dnia: korzystamy ze słów, by pokojowo walczyć z niesprawiedliwością – powiedziała o sprawie Jennifer Clement, szefowa PEN International. Solidarność z palestyńską poetką wyrażało ponad 150 amerykańskich pisarzy, poetów i publicystów, m.in. Naomi Klein.

– Niech cały świat usłyszy moją historię, niech usłyszy, czym jest izraelska demokracja. To demokracja wyłącznie dla Żydów. Za to do więzień idą tylko Arabowie – komentowała w maju tego roku, po tym, gdy sąd w Nazarecie ogłosił w jej sprawie werdykt „Winna” i pozostało tylko czekać na wymiar kary.

Przed ogłoszeniem wyroku Tatur opublikowała w internecie film, w którym mówi, iż po tym, gdy w Izraelu przyjęto „ustawę o państwie narodowym” nie ma żadnych złudzeń co do tego, że zostanie skazana na więzienie.

Nie myliła się – chociaż w ostatnich latach była faktycznie pozbawiona wolności (z domu mogła wychodzić tylko na dwie godziny w weekendy, pod opieką krewnego, nie było też mowy o publikowaniu nowych utworów), będzie musiała spędzić kolejne pięć miesięcy za kratami.

Palestyna liderem 80 proc. świata

Grupa 77, koalicja w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmująca ponad 80 proc. ludności świata, przyznała przedstawicielstwu Palestyny funkcję przewodnictwa całemu blokowi w 2019 r. Obecnie pełni ją Egipt.

 

To kolejny dowód uznania dla Palestyńczyków ze strony społeczności międzynarodowej oraz kolejny cios dla Izraela i bliskowschodniej polityki Stanów Zjednoczonych.
O decyzji Grupy 77 poinformował Riyad Mansour, stały przedstawiciel Palestyny w ONZ, w telefonicznej rozmowie z The New York Times. – Będziemy prowadzić negocjacje w imieniu 135 państw – oświadczył Mansour w wypowiedzi dla dziennika.

Grupa 77 to koalicja krajów rozwijających się, obejmująca głównie regiony Globalnego Południa, lecz również wschodzące potęgi, takie jak Chiny. 77 to liczba krajów, które zawiązały ten sojusz w ONZ w 1964 r. Od tamtego czasu blok rozrósł się prawie dwukrotnie i obecnie liczy sobie 135 członków, w tym Palestynę. Koalicja, posiadająca własne struktury w ONZ, wspierała w minionych dekadach procesy dekolonizacyjne i walkę o globalną sprawiedliwość gospodarczą, próbując równoważyć reguły narzucane przez ekonomicznie najsilniejsze państwa świata. Włączała się również w walkę z apartheidem w RPA i podobne formy ucisku w innych krajach.

Palestyńskie przewodnictwo ma znaczenie głównie symboliczne. Od 2012 r. przedstawicielstwo Ramallah ma w ONZ status państwa-obserwatora, czyli niepełne członkostwo. Może brać udział w sesjach Zgromadzenia Ogólnego i zabierać głos, chociaż nie ma prawa głosu. Ma też wstęp do ważnych instytucji ONZ, m.in. UNESCO i Miedzynarodwego Trybunału Karnego.

Decyzja Grupy 77 jest bez wątpienia świadectwem wzrostu znaczenia Palestyny na arenie międzynarodowej. Mansour dał do zrozumienia oznacza to wzmocnienie pozycji jego kraju wobec Izraela i USA: – Oni twierdzą, że nie jesteśmy państwem – mówił w rozmowie z NYT – Teraz robimy wszystko jak normalne państwa, więc państwem jesteśmy (…) Najwyższy czas, by kraje regionu [Bliskiego Wschodu] wystąpiły otwarcie i okazały rzeczywistą pomoc narodowi Palestyny, zamiast nieustannie przemawiać z oddali.

Międzynarodowa rola Palestyny rośnie w sytuacji, gdy jej relacje dypolatyczne ze Stanami Zjednoczonymi praktycznie ustały. Stało się tak z inicjatywy Ramallah po tym, jak prezydent Donald Trump przeniósł na początku roku ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, której wschodnia arabska część jest okupowana przez Izrael od 1967 r., tak jak większość ziem palestyńskich.

Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela przez USA zostało potepione przez społeczność międzynarodową.

Trump szczycił się wcześniej ambicjami doprowadzenia do pokoju palesteńsko-izraelskiego, jednak jego jednostronna proizraelska polityka nie sprzyja temu. USA wystąpiły z Rady Bezpieczeństwa na znak protestu wobec potępienia Izraela przez ONZ za majową masakrę Palestyńczyków w Strefie Gazy. Stany Zjednoczone od początku również sprzeciwiały się przyznaniu Palestynie statusu państwa-obserwatora w ONZ.

Waszyngton dusi Gazę

Coraz bardziej proizraelska polityka Waszyngtonu oznacza wielkie kłopoty dla najbardziej potrzebujących w Strefie Gazy. Z powodu drastycznych cięć amerykańskich funduszy pomocowych, służba zdrowia znajduje się w stanie zapaści.

 

Od ponad dziesięciu lat Izrael prowadzi ciągłą blokadę Strefy Gazy. W tej sytuacji 80 proc. populacji tego terytorium zależy faktycznie od zagranicznej pomocy humanitarnej. Na początku tego roku, w związku m.in. z decyzja o przeniesieniu ambsady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy i odpowiedzi w postaci zerwania stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi przez władze Autonomii Palestyńskiej, prezydent Donald Trump nakazał jednocześnie rewizję – a w praktyce likwidację – rządowych programów pomocowych dla Gazy. Zostało wstrzymanych 125 mln USD, które miały zostać wydanych na zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkańców Strefy w ramach wsparcia humanitarnego i zainwestowanych w projekty rozwojowe. USA obcięły również finansowanie UNRWA – agencji pomocy ONZ na rzecz uchodźców palestyńskich.

Pierwszymi bezpośrednimi ofiarami cięć są pacjenci służby zdrowia, która już teraz jest w bardzo złym stanie. Według danych WHO w ubiegłym roku 2 tys. mieszkańców Strefy ubiegało się o możliwość jej opuszczenia, by udać się na leczenie. Izrael niestety wydał na to pozwolenie tylko dla niewiele ponad połowy z ubiegających się. 54 osoby zmarły, zanim pozwolono opuścić im granicę Strefy.
W 2016 r. rozpoczęto program wsparcia gazańskiej służby zdrowia przez USAID, który miał trwać pięć lat i kosztować 50 mln USD. Pomocą miał objąć 20 tys. pacjentów, a w przypadku zajścia sytuacji nadzwyczajnej, miał zostać rozszerzony nawet do 250 tys. osób. Po marcu 2018 został wstrzymany.

W ostatnich dniach organizacje oferujące dożywianie i rehabilitację dzieci w Gazie obsługiwały dosłownie ostatnich pacjentów. Na pomoc kolejnym zwyczajnie nie mają pieniędzy. Dyrektor jednej z organizacji pomocowych Międzynarodowe Oddziały Medyczne działającej w Gazie twierdzi, że jeżeli finansowanie nie zostanie wznowione w ciągu najbliższych trzech miesięcy, ogromna większość ludzi w Strefie zostanie w zasadzie pozbawiona nawet najbardziej podstawowych świadczeń medycznych.

Ostatnie miesiące były okresem, w którym gazańskie szpitale musiały przyjąć znacznie większą niż zwykle liczbą rannych z powodu ataków izraelskiego wojska na ciągnące się tygodniami zgromadzenia Palestyńczyków u granic Strefy upamiętniające 70. rocznicę Nakby. Dogorywająca służba zdrowia musiała znaleźć środki na pomoc dodatkowym 4 tys. rannych.

Apartheid po izraelsku

Knesset przegłosował nowe kontrowersyjne prawo ograniczające dotychczasowy status języka arabskiego i uznające, że samostanowienie w państwie Izrael należy wyłącznie do przedstawicieli narodu żydowskiego.

 

Ustawa “o państwie narodowym” ma związek z obchodami 70. rocznicy utworzenia państwa Izrael i określa podstawowe zasady jego funkcjonowania, m.in. flagę, hymn, język i stolicę kraju. Została przyjęta w czwartek stosunkiem głosów 62:55. Nowe prawo mówi też, że “Izrael jest historyczną ojczyzna narodu żydowskiego i naród ten ma wyłączne prawo do samostanowienia w granicach tego kraju”. Ustawa stwierdza również, że hebrajski jest jedynym oficjalnym językiem Izraela, a arabskiemu nadaje “specjalny status”.

Nowe prawo od początku budziło wielkie kontrowersje. Nie chciała go część parlamentarzystów żydowskich, lecz najgłośniej protestowali Arabowie. Część arabskich posłów po przegłowaniu ustawy ostentacyjnie podarła papierowe kopie swoich projektów i opuściła salę obrad.

– Z wielkim smutkiem ogłaszam śmierć demokracji – powiedział dziennikarzom jeden z czołowych arabskich ustawodawców Ahmed Tibi. Tuż po głosowaniu krzyczał w kierunku żydowskich deputowanych: “Przyjęliście rasistowskie prawo! Prawo apartheidu!”

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów nowej ustawy jest następujący fragment: “Osadnictwo żydowskie stanowi wartość narodową, a państwo będzie do niego zachęcać i wspierać jego rozwój i konsolidację”. Zapis ten został przyjęty w okolicznościach, kiedy ONZ i reszta społeczności międzynarodowej ostro krytykują władze Izraela za tolerowanie nielegalnych osiedli żydowskich na okupowanych terenach palestyńskich, które powstały i funkcjonują w sposób dyskryminujący Palestyńczyków, a czasem zagrażający ich bytowi biologicznemu.

Przegłosowany projekt jest jednocześnie łagodniejszy od pierwotnie proponowanego, który przewidywał istnienie jednolitych etnicznie stref zamieszkania i podporządkowywał prawo stanowione prawu religijnemu opartemu na Torze. Nazywany jest więc w pewnej mierze kompromisem. Nie przekonuje to jednak społeczności arabskiej, stanowiącej 20 proc. ludności kraju, powszechnie objawiającej się, że ustawa oficjalnie potwierdzi ich status jako obywateli drugiej kategorii, co w rzeczywistości już ma miejsce.

Premier Benjamin Netanjahu wyraził wielkie zadowolenie z przyjęcia ustawy przez Kneset. – To historyczna chwila w dziejach syjonizmu i państwa Izrael – powiedział. W dniach poprzedzających głosowanie zapewniał: – Absolutna większość chce zapewnić przyszłym pokoleniom żydowski charakter naszego państwa.

Netanjahu zapewniał również, że jego państwo będzie przestrzegać praw wszystkich obywateli. Obecnie jednak tak nie jest – Arabowie są systematycznie dyskryminowani na obszarze praw obywatelskich, politycznych i gospodarczych, a w Strefie Gazy są systematycznie mordowani przez izraelskie wojsko pod pozorem “walki z terroryzmem”.

Mimo, że nowa ustawa likwiduje równoprawność języka arabskiego, twierdzi jednocześnie, że “nie czyni to szkody statusowi języka arabskiego, który mu nadano przed wejściem w życie niniejszego prawa”. Nikt jednak nie wyjaśnił, w jaki sposób będzie to możliwe.

Przeciwko przyjęciu ustawy opowiedzieli się nie tylko Arabowie, lecz i część diaspory żydowskiej, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Prezes Fundacji Nowy Izrael Daniel Sokatch określił nowe prawo jako całkowicie nie do pogodzenia z demokratycznymi zasadami państwa Izrael. Przeciwnikiem ustawy jest też nowy przewodniczący Agencji Żydowskiej Isaac Herzog. Swoje protesty wystosowało w sumie 14 organizacji amerykańskich Żydów.

Sankcje dla Izraela

Irlandzki Senat zatwierdził ustawę zakazującą handlu z izraelskimi firmami z nielegalnie okupowanych terytoriów. To pierwszy kraj, który oficjalnie przyjął sankcje.

 

Izba wyższa parlamentu Irlandii przegłosowała przyjęcie prawa, które delegalizuje handel izraelskimi produktami pochodzącymi z terenów okupowanych na Zachodnim Brzegu Jordanu. Ustawa o kontroli działalności gospodarczej, zwana też „Ustawą o terytoriach okupowanych” przeszła stosunkiem głosów 25:20, mimo że rządząca partia Fine Gael opowiadała się przeciwko ustawie.

Nowe przepisy przewidują zakaz „importu i sprzedaży towarów, usług i surowców naturalnych pochodzących z nielegalnych osiedli na terenach okupowanych”. Inicjatorką i główną rzeczniczką ustawy jest znana w Irlandii piosenkarka Frances Black, która jest jednocześnie niezależną senatorką. To właśnie niezależni przy wsparciu partii opozycyjnych, m.in. Sinn Fein, przegłosowali rządzących w sprawie bojkotu.

Wzywając do wprowadzenia sankcji, Frances Black pisała w irlandzkiej prasie, że w sytuacji, gdy zarówno ONZ, jak i UE potępiają nielegalną izraelską okupację terytoriów Palestyny, całkowitą hipokryzją jest „dalsze kupowanie wytworów tej przestępczej działaności”. Jej zdaniem ustawa „oznacza, że polityka zagraniczna Irlandii będzie stać po stronie prawa międzynarodowego, sprawiedliwości i praw człowieka”.

Minister spraw zagranicznych Simon Coveney, zwracając się do senatu, sprzeciwił się ustawie. Uznał, że nowe prawo będzie niemożliwe do wyegzekwowania, bo handel izraelskimi produktami jest trwale i głęboko wpisany w wymianę gospodarczą zachodzącą w ramach Unii Europejskiej. Coveney, chociaż wyraził zrozumienie dla idei stojącej za ustawą, oświadczył też, że w okresie, kiedy Irlandia biega się o miejsce w Radzi Bezpieczeństwa ONZ, jego kraj nie powinien „wyprzedzać pod tym względem reszty społeczności międzynarodowej”. Jednak właśnie z tego względu wielu irlandzkich parlamentarzystów podkreślało potrzebę stworzenia przez Irlandię precedensu w postaci sankcji.

Na przyjęcie ustawy zareagował już premier Izraela Benjamin Netanjahu. – Irlandzki senat podał rękę agresywnej, niebezpiecznej i radykalnie populistycznej inicjatywie bojkotu Izraela, która szkodzi szansom na dialog izraelsko-irlandzki – oświadczył Netanjahu. Stwierdził również, że Irlandia poparła tym samym „terrorystów z Hamasu”.
Irlandia należy do grona państw, które do tej pory najostrzej potępiały Izrael za okupację i łamanie praw człowieka. W 2017 r. minister Coveney otwarcie sprzeciwił się przenoszeniu ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy.

Irlandzka ustawa jest jak do tej pory najpoważniejszym sukcesem międzynarodowego ruchu BDS (Boycott-Divestment-Sanctions), który działając na rzecz ekonomicznego bojkotu Izraela od 2005 r., stawia sobie za ostateczny cel zakończenie izraelskiej okupacji ziem palestyńskich i stosowania polityki apartheidu wobec Palestyńczyków. Działalność ruchu uległa ostatnio nagłośnieniu po masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy na przełomie kwietnia i maja. Władze Izraela omawiają wjazdu do kraju szczególnie aktywnym działaczom i działaczkom BDS.

USA poza RPC ONZ

„Stronniczość Rady przeciw Izraelowi jest niedopuszczalna” – oświadczył Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, informując o decyzji waszyngtońskiej administracji. Zerwanie z uczestnictwem Amerykanów w Radzie przypadło w dzień po żywej krytyce ONZ „okrutnej” polityki USA zabierania dzieci nielegalnym imigrantom na granicy meksykańskiej. Nikki Haley, ambasador amerykańska w ONZ, i Mike Pompeo zapewnili jednak, że przyczyną jest brak odpowiednich reform Rady, które zapobiegłyby międzynarodowej krytyce Izraela.

 

Rada Praw Człowieka ONZ z siedzibą w Genewie została utworzona 12 lat temu, by promować i chronić prawa człowieka na świecie, lecz jej raporty bywały sprzeczne z priorytetami polityki amerykańskiej. Ambasador Izraela w ONZ Danny Danon wyraził satysfakcję z wycofania się USA, które według niego sprzeciwiły się „ślepej nienawiści instytucji międzynarodowych wobec Izraela”. Premier państwa żydowskiego Benjamin Netanjahu pogratulował USA „odwagi” i nazwał Radę „organizacją antyizraelską”.

Sprzeciw wobec decyzji amerykańskiej wyraziło już wiele organizacji ochrony praw ludzkich. Human Rights Watch (HRW) ostro skrytykowała USA. Kenneth Roth, szef HRW, powiedział, że Rada „odegrała ważną rolę w takich krajach jak Korea Północna, Syria, Birma (Mjanma) i Sudan Południowy”. „Ale Donald Trump jest zainteresowany wyłącznie obroną Izraela” – dodał z widoczną goryczą.

Amnesty International przyznała, że „Rada nie jest doskonała”, jednak „jest ważną siłą na rzecz międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości”. „Wycofując się, Stany Zjednoczone z premedytacją szkodzą prawom człowieka wśród wszystkich narodów świata i ich walce o sprawiedliwość” – oświadczył Salil Shetty, sekretarz generalny Amnesty. Od dojścia do władzy Donalda Trumpa imperium amerykańskie wycofało się już m.in. z UNESCO, odcięło finansowanie organom ONZ, zerwało z paryską umową klimatyczną i obaliło układ atomowy z Iranem, któremu ONZ patronowała.

Odejście USA z Rady Praw Człowieka miało już precedens. Radę bojkotowała administracja George’a Busha, zanim Barack Obama zdecydował o powrocie Stanów do Rady.

5 lat za zdjęcie

Będzie zakaz filmowania działań izraelskiego wojska z „zamiarem osłabienia morale żołnierzy lub mieszkańców Izraela”. Ustawa skrajnie prawicowej partii skierowana do prac w parlamencie.

 

W niedzielę komitet rządowy zaakceptował projekt ustawy wprowadzającej karę pięciu lat więzienia za filmowanie czynności, jakie żołnierze izraelskiej armii będą podejmować w stosunku do Palestyńczyków. Projekt, zapowiedziany już wcześniej, został złożony przez ultranacjonalistyczną partię Yisrael Beitenu, która wchodzi w skład obecnej koalicji rządzącej. Nowe prawo przewiduje, że karane będą próby filmowania nastawione na „osłabienie morale żołnierzy lub mieszkańców Izraela”. Kara za to będzie wynosić pięć lat pozbawienia wolności, a w przypadku stwierdzenia „zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa”, jej wymiar może być zwiększony do dziesięciu lat.

Tekst projektu jasno daje do zrozumienia, czyja aktywność najbardziej niepokoi autorów ustawy. Są to „organizacje antyizraelskie i propalestyńskie”, które zdaniem ustawodawców „spędzają całe dnie czekając z zapartym tchem na działania, które mogą zostać udokumentowane w sposób tendencyjny lub jednostronny, żeby w ten sposób oczernić żołnierzy”. Formalnie nowe prawo będzie dotyczyć zarówno tradycyjnych mediów, jak i filmów publikowanych w mediach społecznościowych.

Avigdor Lieberman, minister obrony wywodzący się z Yisrael Beitenu, nie krył zadowolenia ze skierowania projektu do prac w parlamencie. „Nasi żołnierze są nieustannie atakowani przez tych, którzy nienawidzą Izraela i wspierają terrorystów. Ludzie ci dążą do ciągłego ich znieważania i oczerniania. Teraz położymy temu kres”.

Propozycja kontrowersyjnej ustawy powstała po tym, jak do mediów społecznościowych wyciekły nagrania wideo przedstawiające izraelskie wojsko brutalnie rozprawiające się z bezbronnymi palestyńskimi cywilami w Strefie Gazy, powodując międzynarodową krytykę Izreala. Nasiliła się ona w związku z narastającymi represjami wobec Palestyńczyków ze Strefy Gazy od czasu próby zorganizowania przez nich Wielkiego Marszu Wolności w 70. rocznicę Nakby (czyli wypędzenia ich z rodzimych ziem przez Izrael).

Pogrom rodziny Tamimi

Izraelska armia okupacyjna na palestyńskim Zachodnim Brzegu Jordanu poinformowała, że zastrzeliła brata Ahed Tamimi, palestyńskiej 17-latki, która spoliczkowała izraelskiego oficera i została za to wraz z matką skazana na 8 miesięcy więzienia. Izzedin Tamimi zginął trafiony trzema kulami, w tym jedną w głowę, gdy wraz z innymi rzucał kamieniami w wojsko, które przyjechało aresztować działaczy ruchu oporu.

 

Brat Ahed Tamimi znajdował się wtedy dobre 40 metrów od żołnierzy, w rodzinnej miejscowości Nabi Salih pod Ramallą. W Gazie rzecznik Hamasu Hasam Badran powiedział, że „egzekucja młodego Izzedina to fatalny, kryminalny akt, który może być dokonany jedynie przez armię rasistowskiego państwa, praktykującego morderstwa i terroryzm przeciw wolnym, nieuzbrojonym ludziom”.

Organizacja Human Rights Watch podała w wątpliwość legalność izraelskiej reakcji na palestyńską manifestację: „Prawo międzynarodowe pozwala używać śmiercionośnej broni tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia. Trudno przyjąć, że rzucanie kamieniami odpowiada temu kryterium” – oświadczyła.
Izraelczycy na podobne zastrzeżenia odpowiadają przypominając, że w maju ich żołnierz sił specjalnych zginął od kamienia w głowę podczas rutynowej operacji nocnych aresztowań w palestyńskich miejscowościach Zachodniego Brzegu.

Izzedin Tamimi był dobrze znany izraelskim służbom bezpieczeństwa, gdyż należał do ludowego ruchu oporu przeciw okupacji.

Jego siostra i matka, które odsiadują karę w izraelskim więzieniu wojskowym, zostaną zwolnione tego lata.

W grudniu zeszłego roku 16-letnia wówczas Ahed wymierzyła policzek izraelskiemu żołnierzowi, w czasie przepychanki po tym, jak Izraelczycy ciężko ranili jej małego kuzyna. Stała się dla Palestyńczyków symbolem ich walki.

Pogrzeb i ostrzał

Razan al-Nadżar miała 21 lat. Była wolontariuszką w służbie ratowniczej palestyńskiej służby zdrowia. W piątek izraelscy żołnierze zastrzelili ją, gdy niosła pomoc nieuzbrojonym, rannym manifestantom przy granicy na południu Strefy, niedaleko Chan Junes. Zginęła na miejscu, od snajperskiej kuli w serce. Wczoraj olbrzymi tłum osób przybyłych z całej Strefy wziął udział w jej pogrzebie. Ludzie płakali i skandowali „naszą krwią i naszą duszą poświęcimy się dla ciebie Razan”.

 

W pogrzebie wziął udział personel medyczny i ekipy karetek pogotowia. Ojciec młodej pielęgniarki niósł jej zakrwawiony biały uniform. To już 123 ofiara śmiertelna izraelskich żołnierzy od 30 marca, gdy rozpoczęły się palestyńskie manifestacje Marszu Powrotu. Blisko 4 tys. osób zostało rannych, w tym wiele ciężko. Izraelczycy nie ponieśli żadnych strat.
Palestyńskie stowarzyszenie ratownictwa medycznego przypomniało, że „strzelanie do personelu medycznego stanowi zbrodnię wojenną, według Konwencji Genewskich” i wezwało społeczność międzynarodową o reakcję na to „pogwałcenie prawa”. Specjalny wysłannik ONZ na Bliski Wschód, Bułgar Nikolaj Mladenow, podobnie oświadczył, że „personel medyczny nie może być celem” i zwrócił się do Izraela o „umiarkowanie w użyciu przemocy”. „Incydent zostanie zbadany” – poinformował rzecznik izraelskiej armii, podkreślając jednocześnie, że „żołnierze działali zgodnie z regułami służby”.

Po pogrzebie oddziały zbrojne palestyńskiego ruchu oporu wystrzeliły rakiety w kierunku południowego Izraela. Tylko jedna przeleciała przez granicę i została zestrzelona przez Izraelczyków, reszta spadła na Strefę. Palestyńskie „rakiety” to w większości urządzenia własnej roboty, robione z rur kanalizacyjnych, z nawozem sztucznym jako paliwem. W odpowiedzi lotnictwo izraelskie zbombardowało „punkty obserwacyjne Hamasu” koło Chan Junes.

Wojsko izraelskie kolejny raz zostało oskarżone o „nieproporcjonalne użycie siły” przez organizacje humanitarne. ONZ i Unia Europejska domagają się niezależnego śledztwa w sprawie izraelskich masakr w Gazie, lecz rząd państwa żydowskiego nie wyraził zgody.

Bez niespodzianki

Niespodzianki nie było: Amerykanie zawetowali rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającą „nieproporcjonalne” użycie siły przeciw manifestantom w Strefie Gazy, gdzie od końca marca zginęły co najmniej 123 osoby a ponad 4 tys. zostało rannych od izraelskich kul. USA sprzeciwiły się postulatowi ustanowienia międzynarodowej ochrony Palestyńczyków: zaproponowały inną rezolucję, w której odpowiedzialność za śmierć i rany manifestantów ponosi nie Izrael, lecz palestyński Hamas administrujący Strefą.

 

Z powodu amerykańskiego weta upadła negocjowana od dwóch tygodni rezolucja projektu kuwejckiego, która po licznych międzynarodowych poprawkach zwracała się o więcej „środków gwarantujących bezpieczeństwo i ochronę” Palestyńczyków. Według tekstu, sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres miał w ciągu dwóch miesięcy stworzyć „mechanizm ochrony międzynarodowej”.

Ambasadorka amerykańska Nikki Haley określiła tę propozycję jako „bezczelnie jednostronną”. Według niej, to nie izraelska blokada, lecz Hamas jest winien „opłakanych warunków życia w Strefie Gazy”. „Albo popieracie Hamas, albo go nie popieracie. Wasze głosy to powiedzą” – mówiła Haley w swym tradycyjnym, mocnym stylu i ogłosiła weto w imieniu swego kraju. Dyplomacji amerykańskiej, po silnych naciskach, udało się jedynie uzyskać 4 głosy wstrzymujące się: Etiopii, Polski, Wielkiej Brytanii i Holandii, pozostałe 10 państw, w tym Francja, głosowały za.

Pierwszy raz w historii Rady Bezpieczeństwa Stany Zjednoczone zdobyły tylko jeden pozytywny głos dla swego projektu rezolucji – swój własny. 11 państw (w tym Polska) wstrzymało się od głosu, a trzy były przeciw. Nikki Haley natychmiast potępiła to głosowanie: „Oto dowód, że Narody Zjednoczone są tendencyjne w stosunku do Izraela”.