Więcej filtrowania

Tym razem Parlament Europejski zagłosował za dyrektywą o prawie autorskim w sieci. Jeśli zostanie wdrożona, efektem będzie większa odpowiedzialność stron za treści publikowane przez użytkowników, jeszcze wzrośnie rola filtrów treści, a także skończy się podawanie dalej linków w takiej postaci, jak to wygląda dziś.

 

Poprzednie głosowanie w tej sprawie odbyło się w lipcu i zakończyło się wynikiem odwrotnym. Tym razem organizacje zajmujące się kwestiami wolności w sieci nie zdołały przekonać eurodeputowanych, że wdrażanie dyrektywy w wersji opracowanej w Komisji Prawnej niesie za sobą określone zagrożenia. Przeszły również budzące największe kontrowersje paragrafy 11 i 13.
Pierwszy z nich nakłada na portale społecznościowe oraz wyszukiwarki obowiązek wykupienia licencji u wydawców mediów internetowych, których materiały będą miały być w nich cytowane. Wklejając link np. na Twitterze, będzie można umieścić jedynie sam adres URL, ewentualnie z własnym opisem. Podczas gdy pomysłodawcy nowych przepisów twierdzą, że w ten sposób wydawcy i autorzy treści będą w końcu zarabiać na ich rozprzestrzenianiu w sieci, krytycy argumentują, że nowy przepis doprowadzi do sytuacji, w której media społecznościowe wykupią licencje tylko u najpotężniejszych medialnych koncernów (by mieć pewność, że udostępniane materiały spotkają się z zainteresowaniem użytkowników). Mniejsze, lokalne, alternatywne czy wyspecjalizowane serwisy natomiast stracą możliwość poszukiwania odbiorców w mediach społecznościowych. To nie teoria – podobnie skonstruowane przepisy wprowadziły już u siebie Hiszpania i Niemcy.

Według europosłanki Julii Redy, jednej z liderek ruchu sprzeciwu, dziennikarze i wydawcy na tym nie skorzystali.
Artykuł 13 przewiduje, że wszystkie strony – poza najmniejszymi – które dają czytelnikom możliwość przesyłania treści, będą musiały je prewencyjnie sprawdzać pod kątem przestrzegania praw autorskich. Chodzi nie tylko o platformy z filmami czy zdjęciami. Także te strony, gdzie można np. skomentować artykuł, a które nie mają jeszcze filtrów treści, będą musiały je zainstalować, co nie jest tanie.

– Filtry są nie tylko niedoskonałe i zawodne, ale także mogą doprowadzić do nadużyć. Ponieważ zwolennicy filtrów odrzucili propozycję wprowadzenia jakichkolwiek kar za nieuczciwe dochodzenie roszczeń z tytułu praw autorskich, każdy będzie mógł cenzurować wszystko. Możesz zgłosić jako swoje wszystkie dzieła Szekspira do filtra WordPressa i nikt nie będzie w stanie cytować Szekspira, dopóki ludzie w firmie nie usuną twoich zgłoszeń ręcznie – komentuje absurdalność nowych mechanizmów Cory Doctorow, amerykański pisarz i działacz na rzecz praw twórców.

Teraz dyrektywa będzie przedmiotem rozmów między państwami członkowskimi, PE oraz Komisją Europejską. Ostateczna wersja zostanie przedstawiona do głosowania w PE wiosną 2019 r.

Obrońcy Orbána

W Strasburgu szykuje się głosowanie w sprawie nałożenia przez UE sankcji na Węgry za łamanie praworządności. Orbana chronią m.in. deputowani brytyjskiej Partii Konserwatywnej, która rządzi dziś Zjednoczonym Królestwem. Mają w tej sprawie głosować tak jak skrajna prawica w PE.

 

Parlament Europejski debatuje dziś nad zasadnością nałożenia sankcji na Węgry jako kraj członkowski z powodu polityki prowadzonej przez rząd Viktora Orbána. Budapesztowi grozi uruchomienie procedury przewidzianej słynnym artykułem 7 Traktatu Unii Europejskiej, po który mogą sięgnąć władze UE celem zdyscyplinowania kraju członkowskiego łamiącego u siebie rządy prawa. Na środę przewidziane jest głosowanie w tej sprawie. Państwo węgierskie jest oskarżone o ograniczanie wolności prasy, naruszenie niezależności sądownictwa i sprzeniewierzenie unijnych funduszy. W dyskusji na pewno pojawią się też zarzuty o rasistowską nagonkę na uchodźców z Bliskiego Wschodu i antysemicką kampanię przeciwko fundacji miliardera George’a Soros – obydwie mają związek z ustawą “Anty-Soros”. Sankcje wobec Węgier mogą oznaczać odebranie im prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Dziennik „The Independent” donosi w tej sprawie, że oprócz skrajnie prawicowych stronnictw w PE parasol ochronny nad Orbánem mają roztoczyć brytyjscy Torysi. Anonimowi europosłowie Partii Konserwatywnej poinformowali, że w Strasbourgu będą głosować przeciwko karaniu Węgier. Tłumaczą, że byłaby to decyzja “polityczna”, podczas gdy w tej sprawie powinien obowiązywać ściśle prawny punkt widzenia.

Głosowanie w tej sprawie jest pokłosiem przyjęcia przez komisję spraw wewnętrznych PE raportu potępiającego władzę Viktora Orbána i zalecającego zastosowanie artykułu 7. Decyzję podjęto stosunkiem głosów 37 do 19. Już wtedy brytyjscy konserwatyści głosowali przeciwko dyscyplinowaniu rządu Orbána – tak samo jak deputowani ugrupowań uznanych za skrajnie prawicowe: francuskiego Frontu Narodowego, Szwedzkich Demokratów i austriackiej FPO.

Dan Dalton, członek komisji spraw wewnętrznych twierdził: – Jeżeli któryś z krajów członkowskich złamał traktat UE, to Komisja Europejska powinna zająć się tym od strony prawnej.
Zamiary Torysów miażdżąco skrytykowali eurodeputowani Partii Pracy. Fakt ustawiania się konserwatystów w jednym szeregu ze skrajną prawicą nazwali haniebnym. Labourzyści oświadczyli, że rząd Orbána swoim postępowaniem “w zakresie swobód obywatelskich, równości i praw człowieka, islamofobii i antysemityzmu stanowi hańbę dla Europy”.

Weto

Czy przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego  odbędą się według tych samych reguł co w 2014 roku? Byłby to skutek spodziewanego weta prezydenta Dudy.

 

To już drugie podejście Jarosława Kaczyńskiego do zmian w Kodeksie Wyborczym. Pierwsza zmiana – nowelizacja ordynacji wyborczej do samorządów –zakończyła się wprowadzeniem tylko części zapisów forsowanych przez PiS. Najbardziej niebezpieczne dla demokratycznych wyborów były propozycje zmniejszenia okręgów wyborczych. W okręgach 3-5 mandatowych zabrakłoby miejsca dla radnych z mniejszych ugrupowań. Ostatecznie – pod wpływem zmasowanej krytyki – Jarosław Kaczyński cofnął się. Wielkości okręgów wyborczych pozostały bez zmian.
Podobny manewr PiS zastosował podczas nowelizacji ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Pod pretekstem zwiększenia reprezentacji mieszkańców Polski wschodniej, drastycznie podniesiony został tak zwany efektywny próg wyborczy. To oznaczało, że ugrupowanie, które nie osiągnie co najmniej kilkunastoprocentowego wyniku wyborczego, nie będzie miało szans na posiadanie swoich posłów w Parlamencie Europejskim. Wygląda na to, że Kaczyński przegrywa po raz drugi. Tym razem nogę podstawia mu prezydent Duda.

 

Europejski POPiS

Faktycznie, dotychczasowe reguły przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego były skomplikowane. Ale zapisany w Kodeksie Wyborczym 5 procentowy próg działał.
W pierwszych wyborach w 2004 roku na listę Komitetu Wyborczego Wyborców Socjaldemokracji Polskiej oddano 324 707 głosów, co stanowiło 5,33 proc. głosów ważnych w skali kraju. Mimo tak nieznacznego przekroczenia progu wyborczego, komitet uzyskał aż trzy mandaty. Podobnie rzecz się miała we wszystkich kolejnych wyborach. W 2014 roku najmniejszym ugrupowaniem, które przekroczyło próg wyborczy, było Polskie Stronnictwo Ludowe. Uzyskując wynik 6,8 proc. wprowadziło do Parlamentu Europejskiego czterech europosłów.
W 2004 roku mandaty europoselskie rozdzielono pomiędzy 5 komitetów, a w 2009 roku pomiędzy 4 komitety. W ostatnich wyborach mandaty otrzymali przedstawiciele 5 ugrupowań. Gdyby zaproponowane przez PiS zmiany ordynacji weszły w życie, byłyby to ostatnie takie wybory. Za 9 miesięcy, do Strasburga i Brukseli pojechaliby wyłącznie posłowie i posłanki POPiS-u.

 

13 Polsk

Istotą manipulacji wyborczej proponowanej przez polityków PiS-u była zmiana sposobu rozdziału mandatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dotychczas cała Polska była jednym ogólnokrajowym okręgiem wyborczym. I w ramach całej Polski dokonywano podziału mandatów przypadających poszczególnym komitetom. To rozwiązanie naturalne i powszechnie stosowane w państwach Unii Europejskiej. Chodzi bowiem o to, by w Europarlamencie znalazły się reprezentacje państw, a nie województw. Zaś podział Polski na 13 okręgów wyborczych, z którym mieliśmy do czynienia w poprzednich wyborach, miał wyłącznie charakter techniczny. Ułatwiając kandydatom i kandydatkom na europosłów prowadzenie kampanii wyborczych.
PiS wprowadził zmianę sposobu liczenia głosów. Każdy z dotychczasowych 13 okręgów wyborczych uzyskał „autonomię”. Przypisano mu konkretną liczbę mandatów (minimum 3), a głosy miano liczyć niezależne od innych okręgów. Szukając analogii, można powiedzieć, że wybory do Parlamentu Europejskiego przypominałyby wybory do sejmików wojewódzkich. Każde województwo (ew. dwa województwa tworzące okręg wyborczy) wybierałoby swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Dla województw takie rozwiązanie mogło być niekiedy korzystne. Dla polskiej demokracji – nie.

 

16,5 procent

Unia Europejska stawia swoim członkom dwa główne warunki dotyczące przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego. Mają to być wybory proporcjonalne. I o progu wyborczym nie wyższym niż 5 procent.
Warunkiem proporcjonalności wyborów są okręgi wielomandatowe. Im większa liczba mandatów, tym lepsza reprezentacja różnych opcji politycznych. W wyborach do Parlamentu Europejskiego regułą jest okręg wyborczy obejmujący cały kraj. Wyjątkiem jest Belgia (trzy okręgi: flamandzki, francuski i niemiecki) i Irlandia. W przeszłości podział na 12 okręgów wyborczych istniał też w Wielkiej Brytanii oraz na 8 okręgów we Francji. Polska z 13 okręgami byłaby ewenementem w Unii Europejskiej.
Zmiana sposobu liczenia głosów skutkowała podwyższeniem efektywnego progu wyborczego. Biuro Legislacyjne Senatu obliczyło, że w skali kraju wyniósłby on 16,5 proc. Prawnicy Senatu ostrzegali, że zaproponowane przez PiS przepisy mogą być uznane za niezgodne z prawem europejskim.

 

Bez progu

Mimo że przepisy unijne pozwalają na stosowanie progu wyborczego, część państw rezygnuje z niego w swoich ordynacjach. Tak jest między innymi w Holandii, Belgii, Hiszpanii i Portugalii, gdzie nie ma minimalnego progu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Z nowych krajów UE: w Bułgarii, Słowenii i Estonii. Niemcy stopniowo obniżali obowiązujący próg wyborczy, by w końcu zredukować go do zera.
Niski próg wyborczy lub jego brak jest logiczną konsekwencją specyfiki wyborów do Parlamentu Europejskiego. W wyborach krajowych próg ma chronić przed zbytnim rozdrobnieniem reprezentacji parlamentarnej. Pamiętamy wybory parlamentarne z 1991 roku, gdy nie obowiązywał próg wyborczy. W Sejmie znaleźli się przedstawiciele 29 ugrupowań. Z tego 11 komitetów uzyskało zaledwie po jednym mandacie.
Analogiczne rozdrobnienie nie grozi Parlamentowi Europejskiemu. Gdyby wśród wybieranych w 2019 roku 52 polskich europarlamentarzystów znaleźli się przedstawiciele i przedstawicielki nawet kilkunastu komitetów i tak w Strasburgu zasilą oni kilka istniejących tam frakcji politycznych. Wydaje się, że dotychczasowa praktyka, kiedy to Polskę reprezentowali w Parlamencie Europejskim przedstawiciele 4-5 największych ugrupowań politycznych, była optymalna. Próbę ograniczenia tej reprezentacji wyłącznie do przedstawicieli PiS i PO szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał rozwiązaniem „zbójeckim”.

 

Biskupi decydują

Nie ma róży bez kolców. Zapowiedziane przez prezydenta Dudę weto dla zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego z pewnością cieszy. Układ polityczny, stanowiący zaplecze prezydenta Dudy – mniej. Jarosław Makowski przypomniał na łamach Gazety Wyborczej słowa biskupów sprzed trzech lat. Po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku arcybiskup Stanisław Gądecki powiedział, że: „po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła”. To „zjednoczenie” jest szczególnie widoczne pomiędzy pałacami biskupimi i Pałacem Prezydenckim.
Kilka dni temu Episkopat wydał oświadczenie odnoszące się do wprowadzonych przez PiS zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Biskupi skrytykowali nowelizację Kodeksu Wyborczego, zaznaczając, że prawo wyborcze: „winno służyć całemu społeczeństwu, (…) a nie tylko największym partiom politycznym”. Gwoli ścisłości, hierarchowie raczej nie mieli na myśli SLD, tylko polityków Kukiza, Marka Jurka i ewentualną „nową siłę” Macierewicza.
Jednak fakt pozostaje faktem: na główne zaplecze polityczne Prezydenta Polski wyrasta Kościół. Komunikat Episkopatu miał za zadanie przygotowanie politycznego gruntu pod prezydenckie weto. Sytuacja jest łudząco podobna do tej sprzed roku. Wówczas po zaskakującym dla Kaczyńskiego wecie ustaw sądowych, natychmiast głos zabrali biskupi. Śląc wyrazy poparcia dla decyzji prezydenta Dudy. Zaś sam Andrzej Duda ostatnie godziny poprzedzające ogłoszenie decyzji o zawetowaniu dwóch z trzech ustaw sądowych spędził na Jasnej Górze.

 

Do trzech razy

Kaczyńskiego nie kosztowało zbyt wiele wycofanie się ze złych rozwiązań ordynacji wyborczej do samorządów. Nie będzie też rozpaczał po zawetowaniu przez Dudę zapisów ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Ostatecznie to raptem parę mandatów europoselskich mniej lub więcej dla jego ugrupowania.
Największą bolączką Jarosława Kaczyńskiego jest utrata możliwości przetestowania małych okręgów wyborczych podczas mniej istotnych dla niego wyborów. Jestem przekonany, że na początku przyszłego roku PiS przedstawi kolejny pakiet zmian Kodeksu Wyborczego. Tym razem dotyczących wyborów najważniejszych dla Kaczyńskiego – wyborów parlamentarnych. I jestem niemal pewien, że koncepcja małych okręgów wyborczych powróci. Bo tylko w ten sposób może się ziścić marzenie Prezesa o większości konstytucyjnej w Sejmie. Nie będzie wtedy musiał łamać Konstytucji. Będzie ją sobie dowolnie zmieniał.
Większość konstytucyjna przy obecnym poparciu sondażowym – to tylko marzenie prawicy. Ale „zbójeckie” zmiany ordynacji – wycięcie mniejszych ugrupowań – może to marzenie przybliżyć. Co prawda politycy obecni na poniedziałkowym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim cytują słowa prezydenta Dudy. Że zawetuje każdą ustawę, która ograniczałaby prawa wyborcze Polaków. Zaś Prezes już zapowiedział, że zmian w ordynacji do Sejmu nie będzie. Jednakże to ostatnia rzecz, którą doradzałbym opozycji: liczenie na Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę. I ewentualnie biskupów.

 

Weto

Chciałbym przy okazji zgłosić swoje osobiste weto. Sprzeciw wobec rosnącej roli Kościoła w świeckim państwie. Już nie tylko o aborcji, związkach homoseksualnych i in-vitro. Biskupi mówią również o trójpodziale władzy – o złych zmianach w sądownictwie. A ostatnio – o kształcie ordynacji wyborczej. W tych ostatnich dwóch sprawach mają zresztą rację. Ale obok racji – pokazują też polityczną siłę. Czego nie jest w stanie zdziałać opozycja. Czego nie są w stanie wywalczyć tłumy na ulicach. Tam biskupów posyłają.
Prezydenta i Prymasa powinno łączyć tylko jedno. Obaj zaczynają się na literę „P”. Tymczasem dla Dudy Kościół jest realnym i skutecznym zapleczem politycznym. To prawda, demokracja w Polsce jest zagrożona pod rządami Kaczyńskiego. Ale jako polityk lewicy, nie życzę sobie, aby na głównych obrońców sprawiedliwości i demokracji kreowali się hierarchowie kościelni.

***

Decyzja prezydenta Andrzeja Dudy o podpisaniu lub zawetowaniu uchwalonych przez PiS zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego ma zostać ogłoszona w czwartek. Spodziewamy się weta. Jeśli tak się nie stanie, SLD zwróci się do wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej, w tym Fransa Timmermansa, aby Ci zwrócili się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o sprawdzenie zgodności polskich przepisów wyborczych z prawem wspólnotowym.

Debata o przyszłości

To mógł być dobry dzień dla Polski.

 

Po raz pierwszy premier Mateusz Morawiecki stanął oko w oko z posłami do Parlamentu Europejskiego. Oficjalnym tematem spotkania było poznanie poglądów polskiego premiera na przyszłość Unii Europejskiej.
Trzeba powiedzieć, że w tej części pan premier mówił rzeczy warte zastanowienia, choć nie wolne od kontrowersji. Na przykład wtedy, kiedy mówił o konieczności redefiniowania Unii Europejskiej, zwłaszcza w świetle coraz wyraźniejszej jego zdaniem niechęci narodów Europy do jednoczenia się i jednoczesnych dążeń do tworzenia związku silnych państw suwerennych. Przy tej okazji mówił też o pluralizmie, w którym on widzi prawo nadane każdemu państwu do swobodnego kształtowania własnego systemu.
– Zamiast więc załamywać ręce nad populizmem trzeba się zastanowić, dlaczego on się po Europie rozlewa?…
I zaraz sam sobie odpowiadał:
– Być może dzieje się tak dlatego, że to właśnie populizm jest istotą demokracji…
Rychło jednak pan premier popadł w pewien logiczny kłopot, a nawet chwilami przeczył sam sobie. Oto na przykład ten twórczy populizm, owa sól demokracji, staje się nagle wstrętnym piołunem, gdy pan premier używa tego określenia w kontekście pejoratywnym – wtedy, gdy mówi o rozlegających się w państwach unijnych głosach o konieczności ograniczania funduszu spójności, z którego właśnie Polska czerpie najwięcej unijnych pieniędzy. Populizm zachodni zderza się w tym momencie z populizmem z drugiej strony Odry.
Wyznawcy pierwszego mówią – dość płacenia, niech sobie radzą, wyznawcy drugiego – nam te środki się należą w związku z naszą trudną historią i niezawinionymi przez nas opóźnieniami w rozwoju. Musicie więc nam płacić jak najwięcej, a już na pewno nie mniej niż dotąd… Otóż populizm ma różne twarze i żadna nie jest twórcza.
Niestety, pan premier nie powstrzymał się też przed wypowiedzeniem myśli, które wymagają bardziej zdecydowanej odpowiedzi. To, że źle mówił o PRL, to już się przyzwyczailiśmy, trudno. Dlaczego jednak na forum PE spostponował dorobek Polaków – wielu rządów i wielu Sejmów, po roku 1989? To oczywista nieprawda, że zanim nastał rząd PiS, Polskę przygniatały korupcja, oszustwa i bezprawie. Warto w tym miejscu przypomnieć panu premierowi, że był już jeden rząd Prawa i Sprawiedliwości, zanim nastąpił ten, którym on teraz kieruje. Czy pierwszy rząd PiS też tak fatalnie zapisał się w historii?
Ta część przemówienia premiera Morawieckiego została przyjęta ze zdziwieniem, jeśli nie źle. W Brukseli dobrze się bowiem pamięta Polskę, która była ważnym sprawcą przemian demokratycznych pośród wszystkich nowo przyjętych członków Unii.
Wystąpienie pana premiera miało też swoistą „drugą część”, która chyba była zresztą nie do uniknięcia. Wiadomo było z góry, że napięcie w stosunkach Polski z Unią na tle praworządności w naszym kraju będzie musiało znaleźć w tej rozmowie odbicie. Uruchomiona jest przecież procedura art. 7 Traktatu Unijnego. Po raz pierwszy w historii Komisja Europejska, uznając, że w naszym kraju istnieje systemowe, instytucjonalne zagrożenia dla zasad praworządności, używa do jej obrony oręża zwanego potocznie „bombą atomową”. Jednocześnie w tych dniach KE rozpoczęła inną procedurę – zaskarżenia polskich władz do Trybunału Sprawiedliwości w związku ze zmianami ustroju Sądu Najwyższego uznawanymi jako niekonstytucyjne.
I choć na rządzie PiS nie robi to wrażenia, to jednak ludzie na ulicach protestują przeciwko takim praktykom. Dlatego premier Morawiecki występował przed posłami do PE przy akompaniamencie demonstracji w Warszawie i w innych miastach w obronie SN i sędziów tego Sądu, którym skrócono kadencję i odesłano na emeryturę. Dodać trzeba, iż także Trybunał Konstytucyjny i Krajowa Rada Sądownictwa wzbudzają poważne zastrzeżenia zarówno co do sposobu ich powołania, jak i co do zdominowania w ten sposób władzy sądowniczej przez władze ustawodawczą i wykonawczą.
Unia nie chce i nie może się z tym zgodzić.
Premier Morawiecki stając przed Parlamentem Europejskim zdawał się w ogóle nie dostrzegać tych okoliczności swojego wystąpienia. Mówił o Nord Stream 2, o walce z „Rosją Putina”, z mafiami VAT-owskimi i rajami podatkowymi, słowem, o wszystkim, o czym lubi mówić także w kraju, łącznie z samochodami na prąd. Nie to jednak europosłów interesowało – uparcie wracali do praworządności. Oto garść głosów, które odnotowałem:

Valdis Dombrowskis – wice przewodniczący Komisji Europejskiej, który mówił w zastępstwie nieobecnego Jean-Claude’a Junckera:
– Polska dostała 86 mld. euro (do tej pory – BL) w ramach funduszu spójności. Dużo więcej niż inne kraje. Od 2004 r. polski eksport do krajów UE potroił się. Jeśli chodzi o kolejny budżet Polska w przeliczeniu na obywatela też będzie otrzymywała znacznie więcej niż inni. Dombrowskis delikatnie dał do zrozumienia, że nie można wybierać sobie z Unii, co nam najbardziej pasuje, zaś lekceważyć lub ignorować to, czym jesteśmy zainteresowani mniej. Unia jest wspólną i spójną wartością. Do takiej przystępowaliśmy. Przypomniał, że Unia była wyborem 80 proc. Polaków. Pokój, demokracja, poszanowanie dla rządów prawa, to jest spoiwo całej Unii, Unia jest unią prawa – nie tylko interesów. Dlatego więc, gdy istnieje systemowe zagrożenie dla rządów prawa, nie możemy odwrócić głowy, bo to ma wpływ na całą wspólnotę.

Manfred Weber (przew. grupy parlamentarnej Europejskiej Partii Ludowej – EPL):
– Zasada rozdziału władz została określona już w pierwszej Konstytucji, którą Polska przyniosła Europie. Wierzymy w Polskę opierającą się o wartości demokratyczne, które niósł ze sobą Lech Wałęsa, „Solidarność” i Jan Paweł II.
Niemniej jest wokół dzisiejszego stanu spraw w Polsce wiele pytań: dlaczego rząd zwalnia tylu sędziów; dlaczego inne państwa Unii muszą zwracać się do Trybunału Sprawiedliwości, z pytaniem, czy polskie sądy są sprawiedliwe; dlaczego pan Frasyniuk staje przed sądem, a nie nacjonaliści… Stracił pan okazję (panie premierze – BL), żeby to wyjaśnić. Nie ma wolności bez praworządności.
Mówił pan o suwerenności, ja chciałbym zapytać przy tej okazji, czy ta anty-unijna atmosfera, te okrzyki, że Bruksela, to nowa Moskwa, to jest ta atmosfera suwerenności? Mówi pan o nowej Europie, która będzie słuchać obywateli. Ta Europa już jest – tu, w Parlamencie Europejskim. I Funkcjonuje bardzo dobrze, nie potrzebujemy nowej Europy. Europa nacjonalizmów nie jest w stanie spełniać oczekiwań europejskich narodów. To byłby świetny komunikat, gdybyśmy mogli usłyszeć go od pana.

Udo Bullmann (przew. Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów):
– Mówił pan o rzeczach ważnych – bezpieczeństwie energetycznym itd. podważając jednocześnie wartości, na których opiera się projekt europejski – dlaczego? Nie może pan tych wartości podważać i w tym samym czasie apelować do Zachodu o zjednoczenie, które właśnie na tych wartościach jest zbudowane. Chcemy mieć Polskę w samym sercu Europy, ale proszę nie robić tego, co robicie – nie ograniczajcie praw i praworządności.

Guy Verhofstadt (przew. frakcji liberalnej)
– Przyszłość UE, to coś więcej niż wspólna waluta, wspólny rynek. To jest także wspólnota wartości. Stawianie sędziów pod kontrolą, to nie są te wartości, pan musi o tym wiedzieć. To jest kwestia zasad, naszej wspólnej tożsamości. Zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, pozostawianie ich na łasce i niełasce rządów, nigdy nie może być cechą naszej wspólnoty. Niech pan zadba o przywrócenie Polski do rodziny europejskiej, zamiast pozwalać, by kręciła się po obrzeżach.

Ska Keller (Zieloni):
– Powinien pan wiedzieć, że Parlament Europejski jest w tej sprawie [praworządności w Polsce – BL] bardzo silnie zjednoczony. Państwo zawrócili Polskę z drogi wolności i demokracji. Tymczasem to, co dzieje się w Polsce, jest kluczowe dla całej Europy. Popieramy procedurę z art. 7 i proc. w sprawie naruszeń ustawy w sprawie SN. Ludzie w Polsce protestują, domagają się poszanowania praw kobiet i zwracają się do UE, bo uważają, że Unia może stanąć w ich obronie. Polska, to także jest Europa. Nie poddamy się. Jeśli chcą państwo współpracy, to muszą się państwo trzymać się wartości, na których Unia jest zbudowana.

Tania González Peñas (Konfederacyjna Grupa Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordycka Zielona Lewica):
– Pan żyje w jakiejś innej rzeczywistości niż pańscy rodacy. Pański rząd ogranicza prawa demokratyczne. Nie może pan igrać życiem kobiet, proszę nas posłuchać, [chyba, że – BL} dzwony kościelne nie pozwalają panu tego usłyszeć. Czy chce pan przejść do historii, jako ten, który skończył z trójpodziałem władzy, prawami kobiet i środowisk LGTB?…

I tak przez dwie i pół godziny. Z niejaką przykrością muszę odnotować, że moim zdaniem premier Morawiecki nie wykorzystał okazji do posunięcia spraw polsko-unijnych do przodu. Od początku tego sporu uważam i głoszę to, że obie strony, w nadrzędnym interesie całej naszej europejskiej wspólnoty, powinny zmierzać ku kompromisowi, powinny wykazać skłonność do cofnięcia się. Na początek choćby o krok. Niestety – ubolewam nad tym – zamiast jakichś propozycji dających szansę na rzeczywiste nowe otwarcie, premier powtarzał: – Jesteśmy dumnym krajem i proszę nas nie pouczać. I choć wszyscy polscy europosłowie tym razem powstrzymali emocje i nie dopuścili do wojny polsko-polskiej w PE, to jednak wystąpienie premiera Morawieckiego uznać należy za straconą szanse zaprezentowania lepszego oblicza Polski.
Na co więc liczy premier, upierając się przy racjach PiS?
Obawiam się, że spowodowane to jest kalkulacją na przyszłoroczne wybory do PE i nadzieją, że jego odnowiony skład będzie bardziej podatny na PiS-owskie argumenty. Te kalkulacje są nie tylko dlatego niebezpieczne, że na długo mogą podważyć reputację i wiarygodność Polski w Europie, ale też dlatego, że zanim wyłoniony zostanie nowy Parlament Europejski, ten, który jest, przyjmie unijny budżet na lata 2021-2027. Nowy Parlament może być jeszcze mniej hojny, zwłaszcza, że będzie też nowa Komisja. Im więcej będzie partii populistycznych i narodowych, tym gorzej. Możemy zostać wyeliminowani, jak na mundialu.

ACTA do kwadratu

W tym tygodniu posłanki i posłowie Parlamentu Europejskiego dyskutowali o dyrektywie EPICA, o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

 

Tę dyrektywę ochrzczono nazwą ACTA 2. By przypomnieć bój o wolny internet sprzed sześciu lat. Wtedy też była mowa o poszanowaniu praw autorskich przez użytkowników internetu. Ale tak naprawdę chodziło o przejęcie kontroli nad internetem przez możnych tego świata: koncerny prasowe, muzyczne, filmowe. To oni mieli decydować o tym, co będzie mogło pojawiać się w internecie.

Wówczas społeczność internetowa odniosła spektakularny sukces. Wygrała – nie dysponując zastępami polityków, ani doskonale opłacanymi prawnikami. Przez całą Europę przetoczyła się fala wielotysięcznych manifestacji pod hasłem „Stop ACTA!”. Uczestnicy demonstracji mieli na twarzach charakterystyczne maski Anonimowych (ang. Anonymous).

Również w wielu polskich miastach byliśmy świadkami jednych z najliczniejszych demonstracji ostatnich lat. A ewenementem było to, że w przeważającej liczbie ich uczestnikami byli ludzie młodzi. Wielotysięczne rzesze manifestantów skrzyknęły się spontanicznie za pośrednictwem mediów społecznościowych. To wtedy rządzący po raz pierwszy uzmysłowili sobie, jak ogromna siła drzemie w wirtualnym świecie. Ówczesny premier Donald Tusk był zaskoczony siłą protestu. Dlatego odpuścił. Mimo wcześniejszych zapowiedzi o poparciu polskiego rządu dla dyrektywy ACTA, zmienił zdanie. Ostatecznie dyrektywa ACTA upadła.

 

Powrót ACTA

Na pozór wszystko jest w porządku. Ochrona praw autorskich jest konieczna. By piraci nie wykorzystywali czyjeś pracy i ponoszonych nakładów związanych z produkcją filmową, muzyczną i prasową do własnych celów. O takim zadaniu stojącym przed nową dyrektywą zapewniają politycy popierający nowe regulacje w internecie.

Społeczność internetowa jest nieufna. O skali nieufności świadczy akcja protestacyjna przeprowadzona przez polski oddział Wikipedii – znanej internetowej encyklopedii. W ciągu 24-godzinnego swoistego strajku w dniach 4 i 5 lipca wszystkie strony Wikipedii były zaciemnione i niedostępne czytelnikom.

Nieufność budzą przede wszystkim dwa artykuły nowej dyrektywy – art. 11 i art. 13. Pierwszy z nich okrzyknięty został „podatkiem od linków”. Wprowadza bowiem obowiązkową opłatę za dzielenie się materiałami w sieci. Drugi nakłada na właścicieli platform internetowych obowiązek filtrowania treści zamieszczanych przez użytkowników przed ich opublikowaniem. I prewencyjnego usuwania treści łamiących prawa autorskie. Lub takich, co do których nie ma pewności źródła ich pochodzenia. Ten z kolei artykuł internauci nazwali cenzurą internetu.

 

Diabeł w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach zapisów nowej dyrektywy. A konkretnie w ich nieścisłości. Można się spodziewać, że takie portale jak wykop.pl przestaną istnieć. Wykop.pl zamieszcza linki do ciekawych miejsc w sieci, znajdywanych przez internautów. Zgodnie z zapisem art. 11 właściciele linkowanych stron mogą zacząć domagać się zapłaty za każdy zamieszczony link.

Podobny kres może czekać internetowe memy. Zdecydowana większość z nich jest przeróbką zdjęć i obrazków znalezionych w sieci. Powołując się na art. 11 dyrektywy każdy właściciel takiego przerobionego zdjęcia i obrazka będzie miał prawo domagać się zapłaty. Co do zasady słusznie, bo to jego materiał został w memie wykorzystany. Ale niejasność zapisów może spowodować, że autorzy memów będących hitem internetu mogą obawiać się bajońskich sum żądanych za wykorzystane materiały.

Pisząc w sieci niejednokrotnie powoływałem się na wypowiedzi, opinie i komentarze innych. Zamieszczając równocześnie linki do materiału źródłowego. Tak zwany hipertekst, czyli tekst przeplatany linkami to kwintesencja internetu. Po ewentualnym wejściu w życie dyrektywy dziesięć razy zastanowię się, czy ryzykować zamieszczenie linku. Ryzykując roszczenie zapłaty sumy niewiadomej wysokości. Lub spotkanie w sądzie z prawnikami wynajętymi przez internetowe „tłuste misie”. Jedno jest bowiem poza dyskusją: internetowi giganci dogadają się i nie stracą. Stracą miliony szeregowych użytkowników internetu.

 

Społeczność internetowa

Skąd biorą się na zapisy w rodzaju ACTA lub ACTA 2? Z samej istoty internetu. Który stanowi zagrożenie dla władzy. Szczególnie tej czwartej. Mówi się, że media to IV władza. To prawda. Prasa, radio, później telewizja miały do niedawna monopol na komunikowanie się ze społeczeństwem. To one decydowały o tym, jaki przekaz dociera do czytelnika, słuchacza lub telewidza. Kto ma wątpliwości, jak dalece może odbiegać przekaz medialny od rzeczywistości, niech sobie zaserwuje przez parę godzin tak zwaną telewizję publiczną Jacka Kurskiego.

Ten monopol czwartej władzy został złamany przez internet. Przez ostatnie kilkanaście lat społeczność internetowa stworzyła prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Wolne. Pluralistyczne. Niepoddające się kontroli i cenzurze. Mimo tego, że sam internet nie jest bez wad.

Dużo racji mają Ci, którzy twierdzą, że to szeroki dostęp do internetu był jednym z katalizatorów Arabskiej Wiosny Ludów na północy Afryki w latach 2010-11. Nie przypadkiem władze takich państw jak Chiny olbrzymią wagę przykładają do filtrowania treści serwowanych swoim obywatelom w internecie. Gdzie nie ma prawa pojawić się prawda o tym, co zdarzyło się w 4 czerwca 1989 roku na placu Tian’anmen.

 

Miłe złego początki

Zagalopowałem się, powiecie? W dyrektywie unijnej jest mowa jedynie o ochronie należnych każdemu praw autorskich. Odpowiadam: miłe złego początki. Ochrona praw autorskich twórców – tak. Cenzura – nie! Zresztą prawa autorskie twórców podlegają takiej samej ochronie w wirtualnym świecie, jak w realnym. Przekonałem się o tym boleśnie już sporo lat temu.

Jedna z niedoświadczonych koleżanek kilkakrotnie wykorzystała metodę „kopiuj i wklej”, by zamieścić na prowadzonym przeze mnie portalu politycznym obszerny fragment artykułu z internetowej strony „Gazety Wyborczej”. Jakież było zaskoczenie, gdy na koniec miesiąca otrzymaliśmy od Agory fakturę opiewającą bodajże na 5 tysięcy złotych. Z grzeczną prośbą o zapłatę za wykorzystanie ich materiałów. Grzecznie zapłaciliśmy. Bo w tym wypadku to Agora miała rację. I prawa autorskie do tekstu. A o ACTA nikt jeszcze wtedy nie słyszał.

 

Wolny internet

Internet musi pozostać wolny – takie jest moje zdanie. I zdanie wielu milionów takich jak ja. Spędzających sporą część życia w tym wirtualnym świecie. Zgoda na cenzurę i filtrowanie treści – nawet w słusznej sprawie, jaką jest ochrona praw autorskich – może uruchomić lawinę. Po koncernach medialnych o rządy w internecie upomną się politycy. Zresztą takie zakusy już były.

Pamiętacie państwo kontrowersyjną sprawę Roberta Frycza i jego strony internetowej Antykomor.pl. W pierwszej instancji autor został skazany na rok i trzy miesiące ograniczenia wolności za znieważenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Fakt, satyryczne materiały dotyczące byłego prezydenta były niesmaczne i wielce niestosowne. Ale dobrze się stało, że sąd drugiej instancji umorzył sprawę. Bo po takim precedensowym wyroku, dzisiaj co drugi autor mema z Kaczyńskim, Ziobrą lub Macierewiczem w roli głównej byłby ciągany po sądach. Z nadzieją rządzących na wyrok skazujący.

 

I lewica

Dyskusja o ACTA 2 dostarczyła amunicji nacjonalistom i przeciwnikom Unii Europejskiej. W minioną sobotę przyglądałem się demonstracji przeciwko ACTA 2 zorganizowanej we Wrocławiu. Podczas której kukizowcy, korwinowcy i zwolennicy „wielkiej Polski” licytowali się, który z nich lepiej potrafi „dowalić” idei Zjednoczonej Europy. To nie tak.

Jasne, że w roku wyborczym każdy temat jest polityczny. Ale akurat w sprawie wolności w internecie lewica nie jest wrogiem prawicy. A prawica – lewicy. Naszym wspólnym wrogiem są ci, którzy połacie internetu traktują nadal jako „ziemię niczyją”. I mając miliardy euro lub dolarów w kieszeni, chcą tę „ziemię niczyją” wykupić. Lub po prostu zawłaszczyć. Zaś prawa autorskie – to tylko pretekst. Tak było w czasach ACTA. I tak jest teraz – w czasach ACTA 2. Lub nawet ACTA do kwadratu.

I lewica – popierając ochronę słusznych praw autorskich twórców – powinna się tej próbie zawłaszczenia internetu przeciwstawić. Jestem o tym przekonany.

 

Nie cieszmy się przedwcześnie

W czwartek 5 lipca w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie dotyczące dyrektywy o prawach autorskich, tzw. ACTA2. Europosłowie odrzucili projekt dyrektywy w kształcie zaproponowanym przez Komisję Prawną PE. Ale to niestety nie koniec widma cenzury internetu. Po wakacjach, najprawdopodobniej we wrześniu, europarlamentarzystów czeka kolejna debata. Nad zmianami i poprawkami w dyrektywie.

 

Czas wyborów

Do wyborów samorządowych pozostało niewiele ponad 100 dni. Dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej to wybory arcyważne. Będą bowiem generalnym sprawdzianem przez zamierzonym powrotem posłanek i posłów SLD do Sejmu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Dlatego, choć to wyświechtane zawołanie, powtórzę: wszystkie ręce na pokład!

W wyborach samorządowych będę zabiegał o głosy wyborców mieszkających w powiatach: ziemskim wrocławskim, oławskim, trzebnickim, milickim, strzelińskim, górowskim, wołowskim, oleśnickim i średzkim. Startując do sejmiku dolnośląskiego z listy „SLD – Lewica Razem” w okręgu podwrocławskim. Tak zwanym „obwarzanku”. To olbrzymie wyzwanie, bo ostatnimi czasy dolnośląska lewica nie miała w sejmiku radnego z tego okręgu. Wypada więc, zanim jako lewica wrócimy do Sejmu, wrócić większą ławą do sejmiku.

Czas wyborów, to czas spotkań z mieszkańcami miast i miasteczek. A tych miejscowości, które powinienem odwiedzić, jest w moim okręgu wyborczym szczególnie wiele. To oznacza również setki kilometrów do pokonania. Dlatego proszę moich Czytelników o wyrozumiałość. W najbliższych tygodniach i miesiącach spotykać się będziemy na trzeciej stronie weekendowego wydania „Trybuny” trochę rzadziej.

WINCENTY ELSNER

Po stronie pracowników

Głośno zrobiło się po głosowaniu w PE nad nowymi regulacjami dotyczącymi pracowników oddelegowanych.

 

Europosłowie PO, którzy opowiedzieli się za proponowanymi zmianami, teraz zarzekają się, że głosowali przez pomyłkę, że w rozgardiaszu poparli rozwiązanie niekorzystne dla polskich przedsiębiorców. Oczekują powtórzenia głosowania. Natomiast wszyscy europosłowie SLD głosowali za proponowanymi zmianami. Skąd ta różnica, za czym tak naprawdę opowiada się PO i jej ekipa w PE, a za czym SLD i my – europosłowie z ramienia tej partii?

Nowe rozwiązanie oznacza, że pracownik oddelegowany powinien zarabiać co najmniej na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Może oczywiście zarabiać więcej – na poziomie płacy pracowników miejscowych, ale minimalną płacę obowiązującą w danym kraju ma zagwarantowaną. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?

Po pierwsze – pracownicy oddelegowani mogą być opłacani znacznie godniej;

Po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – pamiętajmy, że na rynku europejskim mamy konkurentów, czyli pracowników oddelegowanych z innych państw naszego regionu, jak na przykład Bułgaria, czy Rumunia. Oni akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.

Pamiętajmy, że ponad 400 tys. osób w Polsce to są pracownicy oddelegowani. W Polsce też ich przecież potrzebujemy, braki są niekiedy bardzo poważne i stanowią problem dla gospodarki. Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, też opowiadają się za tym, by pracownicy oddelegowani zarabiali podobnie jak miejscowi.

Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w przedsiębiorców żyjących z pośrednictwa pracy, w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii.

Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.

Natomiast tłumaczenie kolegów – europosłów PO, nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Trudno uwierzyć bowiem, że byli zaskoczeni, że głosowali przez pomyłkę, skoro temat był omawiany w różnych unijnych ciałach przez 20 miesięcy, zaś poseł sprawozdawca, który go „pilotował”, pochodzi z frakcji politycznej, do której PO należy.

Warto przy okazji zaznaczyć, że decyzja o pracownikach oddelegowanych nie obejmuje kierowców ciężarówek. W tej sprawie, czeka nas jeszcze batalia na forum Komisji Transportu i głosowanie – 4 czerwca. W tym przypadku będziemy bronić interesów naszych przewoźników, ponieważ kierowca ciężarówki czy autobusu wykonujący międzynarodowe przewozy, nie jest pracownikiem oddelegowanym zgodnie z charakterem jego pracy.