Debata o przyszłości

To mógł być dobry dzień dla Polski.

 

Po raz pierwszy premier Mateusz Morawiecki stanął oko w oko z posłami do Parlamentu Europejskiego. Oficjalnym tematem spotkania było poznanie poglądów polskiego premiera na przyszłość Unii Europejskiej.
Trzeba powiedzieć, że w tej części pan premier mówił rzeczy warte zastanowienia, choć nie wolne od kontrowersji. Na przykład wtedy, kiedy mówił o konieczności redefiniowania Unii Europejskiej, zwłaszcza w świetle coraz wyraźniejszej jego zdaniem niechęci narodów Europy do jednoczenia się i jednoczesnych dążeń do tworzenia związku silnych państw suwerennych. Przy tej okazji mówił też o pluralizmie, w którym on widzi prawo nadane każdemu państwu do swobodnego kształtowania własnego systemu.
– Zamiast więc załamywać ręce nad populizmem trzeba się zastanowić, dlaczego on się po Europie rozlewa?…
I zaraz sam sobie odpowiadał:
– Być może dzieje się tak dlatego, że to właśnie populizm jest istotą demokracji…
Rychło jednak pan premier popadł w pewien logiczny kłopot, a nawet chwilami przeczył sam sobie. Oto na przykład ten twórczy populizm, owa sól demokracji, staje się nagle wstrętnym piołunem, gdy pan premier używa tego określenia w kontekście pejoratywnym – wtedy, gdy mówi o rozlegających się w państwach unijnych głosach o konieczności ograniczania funduszu spójności, z którego właśnie Polska czerpie najwięcej unijnych pieniędzy. Populizm zachodni zderza się w tym momencie z populizmem z drugiej strony Odry.
Wyznawcy pierwszego mówią – dość płacenia, niech sobie radzą, wyznawcy drugiego – nam te środki się należą w związku z naszą trudną historią i niezawinionymi przez nas opóźnieniami w rozwoju. Musicie więc nam płacić jak najwięcej, a już na pewno nie mniej niż dotąd… Otóż populizm ma różne twarze i żadna nie jest twórcza.
Niestety, pan premier nie powstrzymał się też przed wypowiedzeniem myśli, które wymagają bardziej zdecydowanej odpowiedzi. To, że źle mówił o PRL, to już się przyzwyczailiśmy, trudno. Dlaczego jednak na forum PE spostponował dorobek Polaków – wielu rządów i wielu Sejmów, po roku 1989? To oczywista nieprawda, że zanim nastał rząd PiS, Polskę przygniatały korupcja, oszustwa i bezprawie. Warto w tym miejscu przypomnieć panu premierowi, że był już jeden rząd Prawa i Sprawiedliwości, zanim nastąpił ten, którym on teraz kieruje. Czy pierwszy rząd PiS też tak fatalnie zapisał się w historii?
Ta część przemówienia premiera Morawieckiego została przyjęta ze zdziwieniem, jeśli nie źle. W Brukseli dobrze się bowiem pamięta Polskę, która była ważnym sprawcą przemian demokratycznych pośród wszystkich nowo przyjętych członków Unii.
Wystąpienie pana premiera miało też swoistą „drugą część”, która chyba była zresztą nie do uniknięcia. Wiadomo było z góry, że napięcie w stosunkach Polski z Unią na tle praworządności w naszym kraju będzie musiało znaleźć w tej rozmowie odbicie. Uruchomiona jest przecież procedura art. 7 Traktatu Unijnego. Po raz pierwszy w historii Komisja Europejska, uznając, że w naszym kraju istnieje systemowe, instytucjonalne zagrożenia dla zasad praworządności, używa do jej obrony oręża zwanego potocznie „bombą atomową”. Jednocześnie w tych dniach KE rozpoczęła inną procedurę – zaskarżenia polskich władz do Trybunału Sprawiedliwości w związku ze zmianami ustroju Sądu Najwyższego uznawanymi jako niekonstytucyjne.
I choć na rządzie PiS nie robi to wrażenia, to jednak ludzie na ulicach protestują przeciwko takim praktykom. Dlatego premier Morawiecki występował przed posłami do PE przy akompaniamencie demonstracji w Warszawie i w innych miastach w obronie SN i sędziów tego Sądu, którym skrócono kadencję i odesłano na emeryturę. Dodać trzeba, iż także Trybunał Konstytucyjny i Krajowa Rada Sądownictwa wzbudzają poważne zastrzeżenia zarówno co do sposobu ich powołania, jak i co do zdominowania w ten sposób władzy sądowniczej przez władze ustawodawczą i wykonawczą.
Unia nie chce i nie może się z tym zgodzić.
Premier Morawiecki stając przed Parlamentem Europejskim zdawał się w ogóle nie dostrzegać tych okoliczności swojego wystąpienia. Mówił o Nord Stream 2, o walce z „Rosją Putina”, z mafiami VAT-owskimi i rajami podatkowymi, słowem, o wszystkim, o czym lubi mówić także w kraju, łącznie z samochodami na prąd. Nie to jednak europosłów interesowało – uparcie wracali do praworządności. Oto garść głosów, które odnotowałem:

Valdis Dombrowskis – wice przewodniczący Komisji Europejskiej, który mówił w zastępstwie nieobecnego Jean-Claude’a Junckera:
– Polska dostała 86 mld. euro (do tej pory – BL) w ramach funduszu spójności. Dużo więcej niż inne kraje. Od 2004 r. polski eksport do krajów UE potroił się. Jeśli chodzi o kolejny budżet Polska w przeliczeniu na obywatela też będzie otrzymywała znacznie więcej niż inni. Dombrowskis delikatnie dał do zrozumienia, że nie można wybierać sobie z Unii, co nam najbardziej pasuje, zaś lekceważyć lub ignorować to, czym jesteśmy zainteresowani mniej. Unia jest wspólną i spójną wartością. Do takiej przystępowaliśmy. Przypomniał, że Unia była wyborem 80 proc. Polaków. Pokój, demokracja, poszanowanie dla rządów prawa, to jest spoiwo całej Unii, Unia jest unią prawa – nie tylko interesów. Dlatego więc, gdy istnieje systemowe zagrożenie dla rządów prawa, nie możemy odwrócić głowy, bo to ma wpływ na całą wspólnotę.

Manfred Weber (przew. grupy parlamentarnej Europejskiej Partii Ludowej – EPL):
– Zasada rozdziału władz została określona już w pierwszej Konstytucji, którą Polska przyniosła Europie. Wierzymy w Polskę opierającą się o wartości demokratyczne, które niósł ze sobą Lech Wałęsa, „Solidarność” i Jan Paweł II.
Niemniej jest wokół dzisiejszego stanu spraw w Polsce wiele pytań: dlaczego rząd zwalnia tylu sędziów; dlaczego inne państwa Unii muszą zwracać się do Trybunału Sprawiedliwości, z pytaniem, czy polskie sądy są sprawiedliwe; dlaczego pan Frasyniuk staje przed sądem, a nie nacjonaliści… Stracił pan okazję (panie premierze – BL), żeby to wyjaśnić. Nie ma wolności bez praworządności.
Mówił pan o suwerenności, ja chciałbym zapytać przy tej okazji, czy ta anty-unijna atmosfera, te okrzyki, że Bruksela, to nowa Moskwa, to jest ta atmosfera suwerenności? Mówi pan o nowej Europie, która będzie słuchać obywateli. Ta Europa już jest – tu, w Parlamencie Europejskim. I Funkcjonuje bardzo dobrze, nie potrzebujemy nowej Europy. Europa nacjonalizmów nie jest w stanie spełniać oczekiwań europejskich narodów. To byłby świetny komunikat, gdybyśmy mogli usłyszeć go od pana.

Udo Bullmann (przew. Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów):
– Mówił pan o rzeczach ważnych – bezpieczeństwie energetycznym itd. podważając jednocześnie wartości, na których opiera się projekt europejski – dlaczego? Nie może pan tych wartości podważać i w tym samym czasie apelować do Zachodu o zjednoczenie, które właśnie na tych wartościach jest zbudowane. Chcemy mieć Polskę w samym sercu Europy, ale proszę nie robić tego, co robicie – nie ograniczajcie praw i praworządności.

Guy Verhofstadt (przew. frakcji liberalnej)
– Przyszłość UE, to coś więcej niż wspólna waluta, wspólny rynek. To jest także wspólnota wartości. Stawianie sędziów pod kontrolą, to nie są te wartości, pan musi o tym wiedzieć. To jest kwestia zasad, naszej wspólnej tożsamości. Zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, pozostawianie ich na łasce i niełasce rządów, nigdy nie może być cechą naszej wspólnoty. Niech pan zadba o przywrócenie Polski do rodziny europejskiej, zamiast pozwalać, by kręciła się po obrzeżach.

Ska Keller (Zieloni):
– Powinien pan wiedzieć, że Parlament Europejski jest w tej sprawie [praworządności w Polsce – BL] bardzo silnie zjednoczony. Państwo zawrócili Polskę z drogi wolności i demokracji. Tymczasem to, co dzieje się w Polsce, jest kluczowe dla całej Europy. Popieramy procedurę z art. 7 i proc. w sprawie naruszeń ustawy w sprawie SN. Ludzie w Polsce protestują, domagają się poszanowania praw kobiet i zwracają się do UE, bo uważają, że Unia może stanąć w ich obronie. Polska, to także jest Europa. Nie poddamy się. Jeśli chcą państwo współpracy, to muszą się państwo trzymać się wartości, na których Unia jest zbudowana.

Tania González Peñas (Konfederacyjna Grupa Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordycka Zielona Lewica):
– Pan żyje w jakiejś innej rzeczywistości niż pańscy rodacy. Pański rząd ogranicza prawa demokratyczne. Nie może pan igrać życiem kobiet, proszę nas posłuchać, [chyba, że – BL} dzwony kościelne nie pozwalają panu tego usłyszeć. Czy chce pan przejść do historii, jako ten, który skończył z trójpodziałem władzy, prawami kobiet i środowisk LGTB?…

I tak przez dwie i pół godziny. Z niejaką przykrością muszę odnotować, że moim zdaniem premier Morawiecki nie wykorzystał okazji do posunięcia spraw polsko-unijnych do przodu. Od początku tego sporu uważam i głoszę to, że obie strony, w nadrzędnym interesie całej naszej europejskiej wspólnoty, powinny zmierzać ku kompromisowi, powinny wykazać skłonność do cofnięcia się. Na początek choćby o krok. Niestety – ubolewam nad tym – zamiast jakichś propozycji dających szansę na rzeczywiste nowe otwarcie, premier powtarzał: – Jesteśmy dumnym krajem i proszę nas nie pouczać. I choć wszyscy polscy europosłowie tym razem powstrzymali emocje i nie dopuścili do wojny polsko-polskiej w PE, to jednak wystąpienie premiera Morawieckiego uznać należy za straconą szanse zaprezentowania lepszego oblicza Polski.
Na co więc liczy premier, upierając się przy racjach PiS?
Obawiam się, że spowodowane to jest kalkulacją na przyszłoroczne wybory do PE i nadzieją, że jego odnowiony skład będzie bardziej podatny na PiS-owskie argumenty. Te kalkulacje są nie tylko dlatego niebezpieczne, że na długo mogą podważyć reputację i wiarygodność Polski w Europie, ale też dlatego, że zanim wyłoniony zostanie nowy Parlament Europejski, ten, który jest, przyjmie unijny budżet na lata 2021-2027. Nowy Parlament może być jeszcze mniej hojny, zwłaszcza, że będzie też nowa Komisja. Im więcej będzie partii populistycznych i narodowych, tym gorzej. Możemy zostać wyeliminowani, jak na mundialu.

ACTA do kwadratu

W tym tygodniu posłanki i posłowie Parlamentu Europejskiego dyskutowali o dyrektywie EPICA, o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

 

Tę dyrektywę ochrzczono nazwą ACTA 2. By przypomnieć bój o wolny internet sprzed sześciu lat. Wtedy też była mowa o poszanowaniu praw autorskich przez użytkowników internetu. Ale tak naprawdę chodziło o przejęcie kontroli nad internetem przez możnych tego świata: koncerny prasowe, muzyczne, filmowe. To oni mieli decydować o tym, co będzie mogło pojawiać się w internecie.

Wówczas społeczność internetowa odniosła spektakularny sukces. Wygrała – nie dysponując zastępami polityków, ani doskonale opłacanymi prawnikami. Przez całą Europę przetoczyła się fala wielotysięcznych manifestacji pod hasłem „Stop ACTA!”. Uczestnicy demonstracji mieli na twarzach charakterystyczne maski Anonimowych (ang. Anonymous).

Również w wielu polskich miastach byliśmy świadkami jednych z najliczniejszych demonstracji ostatnich lat. A ewenementem było to, że w przeważającej liczbie ich uczestnikami byli ludzie młodzi. Wielotysięczne rzesze manifestantów skrzyknęły się spontanicznie za pośrednictwem mediów społecznościowych. To wtedy rządzący po raz pierwszy uzmysłowili sobie, jak ogromna siła drzemie w wirtualnym świecie. Ówczesny premier Donald Tusk był zaskoczony siłą protestu. Dlatego odpuścił. Mimo wcześniejszych zapowiedzi o poparciu polskiego rządu dla dyrektywy ACTA, zmienił zdanie. Ostatecznie dyrektywa ACTA upadła.

 

Powrót ACTA

Na pozór wszystko jest w porządku. Ochrona praw autorskich jest konieczna. By piraci nie wykorzystywali czyjeś pracy i ponoszonych nakładów związanych z produkcją filmową, muzyczną i prasową do własnych celów. O takim zadaniu stojącym przed nową dyrektywą zapewniają politycy popierający nowe regulacje w internecie.

Społeczność internetowa jest nieufna. O skali nieufności świadczy akcja protestacyjna przeprowadzona przez polski oddział Wikipedii – znanej internetowej encyklopedii. W ciągu 24-godzinnego swoistego strajku w dniach 4 i 5 lipca wszystkie strony Wikipedii były zaciemnione i niedostępne czytelnikom.

Nieufność budzą przede wszystkim dwa artykuły nowej dyrektywy – art. 11 i art. 13. Pierwszy z nich okrzyknięty został „podatkiem od linków”. Wprowadza bowiem obowiązkową opłatę za dzielenie się materiałami w sieci. Drugi nakłada na właścicieli platform internetowych obowiązek filtrowania treści zamieszczanych przez użytkowników przed ich opublikowaniem. I prewencyjnego usuwania treści łamiących prawa autorskie. Lub takich, co do których nie ma pewności źródła ich pochodzenia. Ten z kolei artykuł internauci nazwali cenzurą internetu.

 

Diabeł w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach zapisów nowej dyrektywy. A konkretnie w ich nieścisłości. Można się spodziewać, że takie portale jak wykop.pl przestaną istnieć. Wykop.pl zamieszcza linki do ciekawych miejsc w sieci, znajdywanych przez internautów. Zgodnie z zapisem art. 11 właściciele linkowanych stron mogą zacząć domagać się zapłaty za każdy zamieszczony link.

Podobny kres może czekać internetowe memy. Zdecydowana większość z nich jest przeróbką zdjęć i obrazków znalezionych w sieci. Powołując się na art. 11 dyrektywy każdy właściciel takiego przerobionego zdjęcia i obrazka będzie miał prawo domagać się zapłaty. Co do zasady słusznie, bo to jego materiał został w memie wykorzystany. Ale niejasność zapisów może spowodować, że autorzy memów będących hitem internetu mogą obawiać się bajońskich sum żądanych za wykorzystane materiały.

Pisząc w sieci niejednokrotnie powoływałem się na wypowiedzi, opinie i komentarze innych. Zamieszczając równocześnie linki do materiału źródłowego. Tak zwany hipertekst, czyli tekst przeplatany linkami to kwintesencja internetu. Po ewentualnym wejściu w życie dyrektywy dziesięć razy zastanowię się, czy ryzykować zamieszczenie linku. Ryzykując roszczenie zapłaty sumy niewiadomej wysokości. Lub spotkanie w sądzie z prawnikami wynajętymi przez internetowe „tłuste misie”. Jedno jest bowiem poza dyskusją: internetowi giganci dogadają się i nie stracą. Stracą miliony szeregowych użytkowników internetu.

 

Społeczność internetowa

Skąd biorą się na zapisy w rodzaju ACTA lub ACTA 2? Z samej istoty internetu. Który stanowi zagrożenie dla władzy. Szczególnie tej czwartej. Mówi się, że media to IV władza. To prawda. Prasa, radio, później telewizja miały do niedawna monopol na komunikowanie się ze społeczeństwem. To one decydowały o tym, jaki przekaz dociera do czytelnika, słuchacza lub telewidza. Kto ma wątpliwości, jak dalece może odbiegać przekaz medialny od rzeczywistości, niech sobie zaserwuje przez parę godzin tak zwaną telewizję publiczną Jacka Kurskiego.

Ten monopol czwartej władzy został złamany przez internet. Przez ostatnie kilkanaście lat społeczność internetowa stworzyła prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Wolne. Pluralistyczne. Niepoddające się kontroli i cenzurze. Mimo tego, że sam internet nie jest bez wad.

Dużo racji mają Ci, którzy twierdzą, że to szeroki dostęp do internetu był jednym z katalizatorów Arabskiej Wiosny Ludów na północy Afryki w latach 2010-11. Nie przypadkiem władze takich państw jak Chiny olbrzymią wagę przykładają do filtrowania treści serwowanych swoim obywatelom w internecie. Gdzie nie ma prawa pojawić się prawda o tym, co zdarzyło się w 4 czerwca 1989 roku na placu Tian’anmen.

 

Miłe złego początki

Zagalopowałem się, powiecie? W dyrektywie unijnej jest mowa jedynie o ochronie należnych każdemu praw autorskich. Odpowiadam: miłe złego początki. Ochrona praw autorskich twórców – tak. Cenzura – nie! Zresztą prawa autorskie twórców podlegają takiej samej ochronie w wirtualnym świecie, jak w realnym. Przekonałem się o tym boleśnie już sporo lat temu.

Jedna z niedoświadczonych koleżanek kilkakrotnie wykorzystała metodę „kopiuj i wklej”, by zamieścić na prowadzonym przeze mnie portalu politycznym obszerny fragment artykułu z internetowej strony „Gazety Wyborczej”. Jakież było zaskoczenie, gdy na koniec miesiąca otrzymaliśmy od Agory fakturę opiewającą bodajże na 5 tysięcy złotych. Z grzeczną prośbą o zapłatę za wykorzystanie ich materiałów. Grzecznie zapłaciliśmy. Bo w tym wypadku to Agora miała rację. I prawa autorskie do tekstu. A o ACTA nikt jeszcze wtedy nie słyszał.

 

Wolny internet

Internet musi pozostać wolny – takie jest moje zdanie. I zdanie wielu milionów takich jak ja. Spędzających sporą część życia w tym wirtualnym świecie. Zgoda na cenzurę i filtrowanie treści – nawet w słusznej sprawie, jaką jest ochrona praw autorskich – może uruchomić lawinę. Po koncernach medialnych o rządy w internecie upomną się politycy. Zresztą takie zakusy już były.

Pamiętacie państwo kontrowersyjną sprawę Roberta Frycza i jego strony internetowej Antykomor.pl. W pierwszej instancji autor został skazany na rok i trzy miesiące ograniczenia wolności za znieważenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Fakt, satyryczne materiały dotyczące byłego prezydenta były niesmaczne i wielce niestosowne. Ale dobrze się stało, że sąd drugiej instancji umorzył sprawę. Bo po takim precedensowym wyroku, dzisiaj co drugi autor mema z Kaczyńskim, Ziobrą lub Macierewiczem w roli głównej byłby ciągany po sądach. Z nadzieją rządzących na wyrok skazujący.

 

I lewica

Dyskusja o ACTA 2 dostarczyła amunicji nacjonalistom i przeciwnikom Unii Europejskiej. W minioną sobotę przyglądałem się demonstracji przeciwko ACTA 2 zorganizowanej we Wrocławiu. Podczas której kukizowcy, korwinowcy i zwolennicy „wielkiej Polski” licytowali się, który z nich lepiej potrafi „dowalić” idei Zjednoczonej Europy. To nie tak.

Jasne, że w roku wyborczym każdy temat jest polityczny. Ale akurat w sprawie wolności w internecie lewica nie jest wrogiem prawicy. A prawica – lewicy. Naszym wspólnym wrogiem są ci, którzy połacie internetu traktują nadal jako „ziemię niczyją”. I mając miliardy euro lub dolarów w kieszeni, chcą tę „ziemię niczyją” wykupić. Lub po prostu zawłaszczyć. Zaś prawa autorskie – to tylko pretekst. Tak było w czasach ACTA. I tak jest teraz – w czasach ACTA 2. Lub nawet ACTA do kwadratu.

I lewica – popierając ochronę słusznych praw autorskich twórców – powinna się tej próbie zawłaszczenia internetu przeciwstawić. Jestem o tym przekonany.

 

Nie cieszmy się przedwcześnie

W czwartek 5 lipca w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie dotyczące dyrektywy o prawach autorskich, tzw. ACTA2. Europosłowie odrzucili projekt dyrektywy w kształcie zaproponowanym przez Komisję Prawną PE. Ale to niestety nie koniec widma cenzury internetu. Po wakacjach, najprawdopodobniej we wrześniu, europarlamentarzystów czeka kolejna debata. Nad zmianami i poprawkami w dyrektywie.

 

Czas wyborów

Do wyborów samorządowych pozostało niewiele ponad 100 dni. Dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej to wybory arcyważne. Będą bowiem generalnym sprawdzianem przez zamierzonym powrotem posłanek i posłów SLD do Sejmu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Dlatego, choć to wyświechtane zawołanie, powtórzę: wszystkie ręce na pokład!

W wyborach samorządowych będę zabiegał o głosy wyborców mieszkających w powiatach: ziemskim wrocławskim, oławskim, trzebnickim, milickim, strzelińskim, górowskim, wołowskim, oleśnickim i średzkim. Startując do sejmiku dolnośląskiego z listy „SLD – Lewica Razem” w okręgu podwrocławskim. Tak zwanym „obwarzanku”. To olbrzymie wyzwanie, bo ostatnimi czasy dolnośląska lewica nie miała w sejmiku radnego z tego okręgu. Wypada więc, zanim jako lewica wrócimy do Sejmu, wrócić większą ławą do sejmiku.

Czas wyborów, to czas spotkań z mieszkańcami miast i miasteczek. A tych miejscowości, które powinienem odwiedzić, jest w moim okręgu wyborczym szczególnie wiele. To oznacza również setki kilometrów do pokonania. Dlatego proszę moich Czytelników o wyrozumiałość. W najbliższych tygodniach i miesiącach spotykać się będziemy na trzeciej stronie weekendowego wydania „Trybuny” trochę rzadziej.

WINCENTY ELSNER

Po stronie pracowników

Głośno zrobiło się po głosowaniu w PE nad nowymi regulacjami dotyczącymi pracowników oddelegowanych.

 

Europosłowie PO, którzy opowiedzieli się za proponowanymi zmianami, teraz zarzekają się, że głosowali przez pomyłkę, że w rozgardiaszu poparli rozwiązanie niekorzystne dla polskich przedsiębiorców. Oczekują powtórzenia głosowania. Natomiast wszyscy europosłowie SLD głosowali za proponowanymi zmianami. Skąd ta różnica, za czym tak naprawdę opowiada się PO i jej ekipa w PE, a za czym SLD i my – europosłowie z ramienia tej partii?

Nowe rozwiązanie oznacza, że pracownik oddelegowany powinien zarabiać co najmniej na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Może oczywiście zarabiać więcej – na poziomie płacy pracowników miejscowych, ale minimalną płacę obowiązującą w danym kraju ma zagwarantowaną. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?

Po pierwsze – pracownicy oddelegowani mogą być opłacani znacznie godniej;

Po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – pamiętajmy, że na rynku europejskim mamy konkurentów, czyli pracowników oddelegowanych z innych państw naszego regionu, jak na przykład Bułgaria, czy Rumunia. Oni akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.

Pamiętajmy, że ponad 400 tys. osób w Polsce to są pracownicy oddelegowani. W Polsce też ich przecież potrzebujemy, braki są niekiedy bardzo poważne i stanowią problem dla gospodarki. Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, też opowiadają się za tym, by pracownicy oddelegowani zarabiali podobnie jak miejscowi.

Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w przedsiębiorców żyjących z pośrednictwa pracy, w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii.

Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.

Natomiast tłumaczenie kolegów – europosłów PO, nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Trudno uwierzyć bowiem, że byli zaskoczeni, że głosowali przez pomyłkę, skoro temat był omawiany w różnych unijnych ciałach przez 20 miesięcy, zaś poseł sprawozdawca, który go „pilotował”, pochodzi z frakcji politycznej, do której PO należy.

Warto przy okazji zaznaczyć, że decyzja o pracownikach oddelegowanych nie obejmuje kierowców ciężarówek. W tej sprawie, czeka nas jeszcze batalia na forum Komisji Transportu i głosowanie – 4 czerwca. W tym przypadku będziemy bronić interesów naszych przewoźników, ponieważ kierowca ciężarówki czy autobusu wykonujący międzynarodowe przewozy, nie jest pracownikiem oddelegowanym zgodnie z charakterem jego pracy.