Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.

Nie przepraszamy za PRL

22 lipca to ważna data w historii Polski (kiedyś było to święto państwowe). Koszaliński Komitet Obrony Lewicowych Tradycji oraz Koszalińskie Porozumienie Lewicy zorganizowały debatę obywatelską, której gościem honorowym był prof. Paweł Bożyk – były doradca ekonomiczny Edwarda Gierka. Sala pękała w szwach.

 

Prof. Bożyk przy okazji promocji swojej książki „Apokalipsa według Pawła – jak zniszczono nasz kraj”, mówił – operując faktami i liczbami, jak zniszczono polską gospodarkę w okresie transformacji ustrojowej. Z 1650 zakładów doprowadzono do upadłości 650, niektóre pod przykrywką prywatyzacji doprowadzono do tzw. wrogiego przejęcia po to, by je zlikwidować. Dotyczyło to głównie dużych zakładów generujących modernizację min. z branży elektronicznej, przemysłu informatycznego i precyzyjnego. Wśród likwidatorów i prywatyzatorów polskiego systemu ekonomicznego czołowe miejsca zajmują Leszek Balcerowicz, Janusz Lewandowski i Wiesław Kaczmarek. Terapia szokowa którą zastosowano, była skokiem z trampoliny do basenu w którym nie było wody.

W dyskusji Eugeniusz Jakubaszek mówił o zlikwidowaniu koszalińskich przedsiębiorstw. Ruiny dobrze prosperujących byłych PGR-ów do dziś straszą w naszym województwie – to dzieło byłego wojewody Stanisława Sochy. Ta doktrynalna decyzja wpędziła w wieloletnią biedę, bezrobocie i beznadzieję dwa pokolenia byłych pracowników PGR-ów wraz z ich rodzinami. Zygmunt Smolik – jeden z twórców Koszalińskiej Doliny Krzemowej (w tamtym okresie Koszalin plasował się na czwartym miejscu w kraju w branży elektronicznej) przedstawił szczegółowo, jak likwidowano koszaliński przemysł elektroniczny (KAZEL – 1500 zatrudnionych, Ośrodek Naukowo-Produkcyjny Materiałów Półprzewodnikowych na Leśnej – 400 zatrudnionych).

Trawestując znane wystąpienie Mieczysława Rakowskiego, który mówił sarkastycznie: przepraszam za PRL, przepraszam za to, przepraszam za tamto, uczestnicy debaty obywatelskiej mówili pełnym głosem: NIE PRZEPRASZAMY:

– za oddanie nas przez ”Wielką Trójkę” w strefę wpływów Związku Radzieckiego – to nie była nasza decyzja;
– za odbudowę zniszczonej przez hitlerowców Warszawy i wielu innych miast Polski, za odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie;
– za reformę rolną, o którą bezskutecznie walczyło kilka pokoleń polskich chłopów;
– za awans społeczny milionów synów i córek chłopskich i robotniczych;
– za bezpłatny dostęp młodzieży chłopskiej i robotniczej do wyższych uczelni;
– za likwidację analfabetyzmu;
– za tysiąc szkół na tysiąclecie, za tysiące bibliotek, za tanie książki, za miejskie i wiejskie domy kultury;
– za uprzemysłowienie Polski;
– za to, że dwa pokolenia Polaków żyły nie znając plagi bezrobocia;
– za to, że na ulicach polskich miast nie było żebraków ani dziesiątków tysięcy bezdomnych;
– za to, że milion polskich dzieci nie zaczynało dnia bez śniadania;
– za to, że dzięki państwowemu mecenatowi nad kulturą i sztuką powstawały arcydzieła filmowe i teatralne;
– za zagospodarowanie Ziem Północnych i Zachodnich i uznanie naszej zachodniej granicy przez Republikę Federalną Niemiec;
– za ustawę o działalności gospodarczej, która otworzyła drogę do gospodarki rynkowej;
– za Okrągły Stół, wspólne dzieło ówczesnych rządzących i opozycji.

Na zakończenie debaty uczestnicy przyjęli przesłanie. „Znamy osiągnięcia, ale również błędy i słabości tamtego okresu, które tworzą historię PRL-u. Wiemy, że byliśmy więźniami dogmatów, od których uwalnialiśmy się stopniowo. Historii PRL-u nie można postrzegać tylko w biało czarnych barwach. Za historyczne osiągnięcie tamtego okresu uważamy odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych, wprowadzenie Polski w erę cywilizacji przemysłowej, przeprowadzenie wielkiej rewolucji społecznej, powszechną edukację (likwidację analfabetyzmu) i zachowanie naszej tożsamości narodowej. Okres ten, to przede wszystkim wielka ofiarność, poświęcenie i gotowość służenia Ojczyźnie”.

Nie zgadzamy się na opluwanie i ośmieszanie naszej przeszłości, którą współtworzyliśmy uczciwie pracując. Żądamy od rządzącej prawicy obiektywnej analizy i oceny najnowszej historii Polski, a nie propagandy zohydzającej PRL.

Lewicowy brexit. Walka klasowa, nie narodowa

Brytyjska lewica musi forsować socjalistyczną drogę wyjścia z UE, inaczej nacjonaliści zagarną wszystko.

 

Mijają dwa lata od czasu, gdy Brytyjczycy zdecydowali o Brexicie, i Londyn, choć bez entuzjazmu, konsekwentnie zmierza do wystąpienia z Unii Europejskiej. Rząd Theresy May cały czas próbuje łudzić ludzi bajką, że rozwód przeprowadzi w sposób pragmatyczny a jednocześnie honorowy. Panika, która dwa lata temu ogarnęła klasę rządzący, dawno już ustąpiła polityce chłodnej kalkulacji. Jednak wiara, że Brytania rozstanie się z Unią politycznie, ale ekonomicznie pozostanie jej częścią, jest dziś już tylko pobożnym życzeniem.

Gospodarka Zjednoczonego Królestwa zupełnie dziś kuleje, a obsesyjne cięcia pogłębiły tylko stagnację. Wbrew złudzeniom rządu brytyjski kapitalizm wcale nie jest dla UE łakomym kąskiem, nie stanowi istotnego wkładu w gospodarczy całokształt Unii, który już dawno temu został trwale oparty na neoliberalnej hegemonii Niemiec i podziale centrum-peryfyferia. Wielka Brytania nie jest nawet częścią strefy euro, więc swoją secesją nie jest w stanie skutecznie szantażować EBC. Brytyjskiemu rządowi brakuje jakiegokolwiek straszaka. Wyjście w tym wydaniu nie nastąpi w glorii. W ciągu dwóch ostatnich lat entuzjazm wobec Brexitu, zawsze ograniczony, jeszcze osłabł. Według sondaży niewielką przewagę mają Brytyjczycy niechętni wyjściu z Unii i pesymistycznie oceniający jego następstwa. Nigel Farage praktycznie zniknął.

 

Partia Pracy podzielona

Postawa laburzystów jest niejednoznaczna. Większość członków, wyborców i sympatyków Partii Pracy jest zakochana w Unii Europejskiej lub opowiada się za pozostaniem w niej z obawy o to, że po Brexicie ich kraj zamieni się w prawicowy koszmar. Odkąd Jeremy Corbyn umocnił się na pozycji przewodniczącego, zmianie uległ oficjalny stosunek do wyjścia z UE. Nie jest to już – tak jak w 2016 r. – zdecydowany opór ani bicie na alarm. Stanowisko partii to akceptacja „wyboru dokonanego przez społeczeństwo” przy jednoczesnej krytyce rządu za negocjacyjną nieudolność.
Partia Pracy są jednak podzielona – mniej więcej w stosunku 2:1. Z grubsza jedna trzecia chce Brexitu, tak jak sam lider partii. Sympatia Corbyna dla planu wypisania się z Unii jest zdecydowanie najmniej popularnym i jednocześnie najsłabiej rozumianym aspektem jego „radykalizmu”. Charyzma trybuna ludowego, „postępowy populizm” i jawnie deklarowany „socjalizm” to cechy, którymi doprowadził do ożywienia skostniałej Partii Pracy, wyrwania jej z rąk blairystowskich dekadentów i tchnięcia w organizację rewolucyjnego ducha. Rzesze Brytyjczyków – szczególnie młodych – wściekłych na burżuazję pociągającą za wszystkie sznurki na Wyspach, kategorycznie odrzucają ciągłe zaciskanie pasa, którego jedynym skutkiem jest bogacenie się bogatych i pauperyzacja reszty społeczeństwa. W Corbynie widzą zbawcę, który uwolni kraj od plagi nierówności, krwiopijcom z City wybije z głów wszelki wyzysk, a może i samych głów ich pozbawi. Część z nich oczami wyobraźni widzi już, jak Corbyn bez litości dobija kapitalizm – chcą przywrócenia do statutu partii słynnego Paragrafu Czwartego, mówiącego wprost o „uspołecznieniu środków produkcji”.
Przywódca laburzystów wzbudza jednak bez porównania mniejszy entuzjazm swojego elektoratu, kiedy krytykuje Unię Europejską. Pewnie dlatego robi to stosunkowo rzadko. Duża część jego fanów (bo on sam ma jednak status gwiazdy) to ludzie młodzi, nawet bardzo. Nie znają Wielkiej Brytanii bez Unii, a brexit kojarzą tylko z obrzydlistwem nacjonalizmu i nagonką na imigrantów. Jest to też punkt widzenia prawie wszystkich lewicowych mediów w UK. Wśród publicystów „Guardiana” tylko Tariq Ali konsekwentnie zajmował stanowisko pro-leave. Nic dziwnego, że jego teksty ukazują się coraz rzadziej.

Idea brexitu jest najpopularniejsza właśnie wśród ludzi starszych. Nie jest prawdą, że wszystkimi z nich kieruje ksenofobia. Dobrze pamiętają, że ich kraj zawsze podkreślał swą odrębność od kontynentu, również w czasach ich młodości, kiedy po II wojnie światowej laburzyści wywalczyli dla Brytyjczyków wielkie zdobycze socjalne. Socjalizm, walka klas – nikt im wtedy nie kazał wstydzić się tych słów. Jeremy Corbyn też to pamięta. Wie również, że nieodwołalnie neoliberalny charakter UE stawia jego krucjatę o sprawiedliwość społeczną na z góry przegranej pozycji. Inni wolą idealizować Unię w obliczu fali nacjonalizmu. Corbyn to jednak ambitny przywódca. Oznacza to, że wbrew utartym schematom będzie krok po kroku dążył do redefinicji zastanej polityki tak, żeby brexit odzyskać dla socjalizmu.

Prounijna część lewicy właśnie rozpoczyna ogólnokrajową kampanię zmierzającą do odwrócenia brexitu: domagają się nowego referendum, chcą je wygrać i doprowadzić do renegocjacji warunków obecności Brytanii w Unii. Inicjatywę tworzą dziennikarze, politycy pomniejszych formacji, np. Zielonych i Liberalnych Demokratów, lokalni działacze i związki zawodowe. Koncentrują się w dużej mierze na wieszczeniu klęski ekonomicznej, jaka ich zdaniem nieuchronnie nadciągnie wraz z brexitem. Przedstawiciele związku branży transportowej TSSA postanowili otwarcie rozprawić się w eurosceptycyzmem Corbyna: twierdzą, że brexit oznacza dziki kapitalizm, bo poza UE pracownicy pozostaną bez jakichkolwiek praw. Wytoczyli najcięższe działo: przywódca laburzystów musi się liczyć z oskarżeniem o zdradę klasową.

Doszło więc do absurdalnej sytuacji: socjalistyczny szef Partii Pracy postulujący nacjonalizację i krytykujący Unię za neoliberalizm jest atakowany przez związkowców występujących w sojuszu z liberałami, a posądzających go o kolaborację z kapitałem, bo chce wyprowadzić ich kraj z UE, rzekomo gwarantującej im prawa pracownicze i socjalne. W całym tym nieporozumieniu pocieszające jest to, że każda ze stron chce wyjść na jak najbardziej prospołeczną. Złą wiadomością jest to, że związkowcy natomiast mylą się co do charakteru Unii Europejskiej i jest to błąd najczęściej popełniany przez lewicowych krytyków brexitu. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym spór ten znajdzie się w centrum debaty politycznej za Kanałem La Manche.

 

Unia kapitału

Dziennikarz Thomas Fazi i ekonomista William Mitchell przekonująco dowodzą, że socjal kojarzony z UE to tylko kamuflaż fundamentalnie reakcyjnego projektu, którego „zjednoczona Europa” zawsze była częścią. Neoliberalizm od początku, czyli od połowy lat 70. XX w., był wdrażany po obu stronach Atlantyku jako program tzw. Komisji Trójstronnej. Kiedy proinflacyjna polityka keynesowska zawiodła, bo osiągnęła swe granice i nie mogła rozwiązać wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, światowy kapitał zdołał wykorzystać kryzys do odwrócenia na swoją korzyść układu klasowego panującego w najbardziej uprzemysłowionych państwach świata. Skutecznie ograniczono siłę związków zawodowych, podważono układy zbiorowe, zmniejszono udział płac w PKB i uzależniono rządy od rynków finansowych. Aktem założycielskim dzisiejszej Unii Europejskiej był jednoznacznie neoliberalny Traktat z Maastricht z 1992 r., który jasno stanowił, na jakich zasadach będzie się ona opierać:
art. 81 zabrania rządom interwencji w gospodarkę, która może „wpłynąć na wymianę handlową między państwami członkowskimi”,
art. 121 nadaje niedemokratycznie powoływanym ciałom: Radzie Europejskiej i Komisji Europejskiej prawo do wyznaczania „ogólnych ram polityki gospodarczej krajów członkowskich”,
art. 126 określa środki dyscyplinowania rządów przekraczających założony deficyt budżetowy,
art. 151 stwierdza, że polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii”,
art. 107 zakazuje celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych.

Karta Praw Podstawowych, która została później wprowadzona przez Traktat Lizboński i która zdaniem niektórych gwarantuje prawa socjalne i pracownicze, ma charakter ogólnikowy, aksjologiczny. Nie jest de facto wiążąca prawnie, skoro Polska i Wielka Brytania mogły podpisać osobne protokoły, praktycznie podważające jej obowiązywanie w państwach członkowskich, które sobie jej nie życzą. To zapisy z Maastricht wyznaczają politykę Unii, a nie Karta. Doskonale widać to po sukcesywnym demontażu sfery socjalnej we wszystkich krajach UE i po konsekwentnym poddawaniu usług publicznych presji konkurencji rynkowej (co w praktyce oznacza to samo). Karta stanowi jedynie retoryczny kwiatek do kożucha.

Dlatego właśnie, jeżeli kierunek obrany przez dzisiejszą Partię Pracy uznać za postępowy, to bez wątpienia nie może on zostać zrealizowany w Unii Europejskiej. Co ciekawe, gdyby Wielka Brytania podlegała wyłącznie regułom Światowej Organizacji Handlu, zwyczajowo uznanej za neoliberalną matnię, program Corbyna napotkałby bez porównania mniejsze bariery prawne. A program ten zakłada przecież nacjonalizację kluczowych branż: kolei, poczty i energetyki, politykę wielkich dotacji i zamówień publicznych nastawionych na realizację określonego – równościowego – celu społecznego. Można być liberałem i nie wierzyć w jego sens ani powodzenie. Jeżeli jednak ma się poglądy lewicowe, należy zdać sobie sprawę, że próba jego urzeczywistnienia przez przyszły rząd Corbyna spotkałaby się ze stanowczym oporem władz Unii.

Jeżeli wartości takie jak równość leżą komuś na sercu, tak jak i niezgoda na politykę nienawiści uskutecznianą przez populistyczną prawicę, powinno się wziąć pod uwagę, że dogłębnie neoliberalna natura UE generuje poczucie alienacji i gniew społeczny, który faszyści bez wątpienia zagospodarują, jeżeli lewica zdradzi ludzi dla czczych i obłudnych frazesów o „wspólnej Europie”.

 

Strach ma wielkie oczy

Antybrexitowy establishment lubi posługiwać się straszakiem załamania gospodarczego Wielkiej Brytanii, które wieszczy nieprzerwanie od 2016 r. Fazi i Mitchell rozprawiają się również i z tym mitem. Alarm podniesiony przez brytyjskie media w związku wyciekiem wewnętrznego raportu rządu Theresy May ostrzegającego przed zapaścią, do jakiej niechybnie doprowadzi brexit, to wiele hałasu o nic. Są to przewidywania oparte na standardowych założeniach neoliberalnych modeli krótkoterminowych (tzw. DSGE), m.in. o doskonałej samoregulacji rynków, czy „racjonalnych oczekiwaniach”. To neoklasyczna mitologia, wielokrotnie wyśmianej przez ekonomistów krytycznych wobec apologetyki wolnego rynku. Na podobnych założeniach był przecież oparty raport sporządzony jeszcze dla rządu Davida Camerona, przewidujący, że w ciągu dwóch lat po samej decyzji o brexicie dojdzie do gospodarczej katastrofy. Nic takiego nie nastąpiło. Musiał to przyznać „Guardian”, który wcześniej uwierzył w proroctwo o „Armageddonie”.

Fazi i Mitchell podkreślają ponadto, że dane statystyczne z okresu obecności Wielkiej Brytanii we „wspólnym rynku” przeczą twierdzeniom o ekonomicznych korzyściach z członkostwa w UE. Wewnątrzunijny handel nie odegrał żadnej istotnej roli w brytyjskiej gospodarce. Wszystkie podstawowe wskaźniki makroekonomiczne, czyli wzrost PKB, wzrost wydajności pracy, zatrudnienie itd. są zdecydowanie gorsze niż za czasów przedunijnych. To samo dotyczy zresztą pozostałych krajów UE. Był to po prostu okres w pełni rozwiniętego neoliberalizmu, czyli zabierania biednym i średniakom, a dosypywania bogatym przez „niewidzialną rękę rynku”. Wielka Brytania znajduje się dzisiaj w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasu II wojny światowej właśnie dlatego, że obsesyjna polityka „oszczędności” zapoczątkowana przez Margaret Thatcher, potem zaś koordynowana przez Komisję Europejską, trwale zniechęciła kapitalistów do inwestycji w realną gospodarkę, a napędzała wyłącznie spekulacje finansowe. Rząd Corbyna mógłby dokonać wielkich inwestycji publicznych koniecznych do wyprowadzenia kraju na prostą. Unia Europejska byłaby przeszkodą.

Tego rodzaju krytyce można zarzucić, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest już jednak trwale związana z procesami zachodzącymi w UE i ich zerwanie musiałoby siłą rzeczy poskutkować chwilowym dołkiem. Problemem jest również niezbity fakt, że do tej pory w promocję idei brexitu zaangażowane były siły ultraliberalne, dla których Unia to „socjalizm”. Owszem, tak było. Dzisiaj jednak wyjście przebiega pod rządowym szyldem, a ekstremiści skryli się w cieniu. Sami torysi uderzają w nutę socjalną, obiecując, że pieniądze, które nie pójdą do unijnego budżetu, zasilą służbę zdrowia. Niezależnie od leseferystów, którzy chcą mieć „swój” brexit, większość „mas brexitowskich” chce socjalu. Laburzyści z obozu Corbyna mają nie tylko szansę, ale wręcz obowiązek sprostać ich oczekiwaniom – właśnie po to, by nie zostawiać ich na pastwę prawicy. Lewicowy brexit – niektórzy mówią: lexit – jest przeciwieństwem prawicowego. Rezygnacja z walki o społeczną bazę eurosceptycyzmu jest kapitulacją przed faszyzmem.

 

Warufakis woli zostać

W pozostałych krajach UE lewica oczywiście krzywo patrzy na pomysły Corbyna, bo niestety bliższa jest unijnym salonom niż prostym ludziom, mającym dość cynizmu europejskich elit, zawsze potrafiących dorobić „oświeconą” ideologię do brutalnego wyzysku. Są również tacy jak Janis Warufakis, który ma własne doświadczenie zaciekłych zmagań z euroestablishmentem, a mimo to odrzuca rozwiązania w stylu brexitu.

Popularny w całej Europie twórca ruchu DIEM25, który jako minister finansów Grecji w rządzie Syrizy do upadłego starał się ratować swój kraj przez ostatecznym dorżnięciem przez „Trojkę”, chce zmieniać Unię od wewnątrz. Nie wierzy jednak w hasło „więcej demokracji”, bo słusznie wykazuje, że struktury Unii nigdy nie miały nic wspólnego z demokracją. Twierdzi natomiast, że UE można zmienić na lepsze poprzez ruch masowego i międzynarodowego nieposłuszeństwa wobec jej autorytarnych władz.

To podejście zasługuje na zrozumienie lewicy. U Warufakisa można jednak dostrzec rażącą niekonsekwencję, twierdzi bowiem, że pójście jego drogą – bezkompromisowe starcie z unijnymi instytucjami – będzie dla systemu nie do strawienia, że realnie grozi rozpadem UE i że trzeba być na to gotowym. Po co zatem odrzucać lewicowy brexit, skoro jest jest on w istocie uznaniem konsekwencji, o którym mówi Warufakis? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że Grek chce koniecznie dezintegrację Unii koordynować w ramach oddolnego ogólnoeuropeskiego ruchu, będącego podstawą przyszłego zjednoczenia na lepszych zasadach. W dużym uproszczeniu (pewnie zbyt dużym) można więc przyjąć, że Warufakis proponuje nieco utopijną „permanentną rewolucję” zamiast bardziej pragmatycznego wyjścia Corbyna, przypominającego „socjalizm w jednym kraju”.

 

Nie opuszczać ludzi

Internacjonalizm, zawsze bliski sercu autentycznej lewicy, istotnie różni się od burżuazyjnego kosmopolityzmu. Jest niemożliwy w systemie politycznym służącym globalizacji na warunkach kapitału – a tym jest właśnie Unia Europejska. Argument, że przyjęcie brexitu przez lewicę to woda na młyn prawicy, jest pozbawiony podstaw w sytuacji, gdy prawica traci impet, a brexit nadal się rozgrywa i może przybrać różne formy. Zwykli Brytyjczycy popierający wyjście z UE różnią się od skrajnej prawicy, nie są biologicznymi ksenofobami. Próba retorycznego uczynienia z nich niereformowalnych rasistów jest ich ostateczną zdradą, zapisaniem się do obozu liberałów. Poparcie dla brexitu wynika z upokorzenia kapitalizmem, nawet jeżeli termin ten nie pada otwarcie. A systemu kapitalistycznego nacjonaliści nie zakwestionują, dlatego sami okazują się niewiarygodni w swym gasnącym już brexitowym zapale. Ludzie dali się z początku wieść nacjonalistom dlatego, że lewica ich opuściła. Taka jest historia całej fali prawicowego populizmu.

Brexit będzie taki, jaka będzie jego awangarda. Postępowe rozwiązania kwestionujące system zawsze powstają w momencie kryzysu. Cechuje je niepewność, obawa przed triumfem reakcji, oczywiste ryzyko porażki i osunięcia się w przepaść własnego przeciwieństwa. Ktoś, kto nie podejmuje tego ryzyka, nie tworzy historii. Jeżeli laburzyści chcą być przykładem dla europejskiej lewicy, jeżeli chcą ją ożywić w wymiarze międzynarodowym, jeżeli chcą się ostatecznie rozliczyć z pomyłki blairyzmu, jeżeli chcą stworzyć podstawy do autentycznego zjednoczenia Europy – muszą poprowadzić lewicowy brexit.