Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.

Głos lewicy

Pedofilia w kościele

Ten trudny temat poruszyła lewicowa działaczka Teresa Jakubowska:

Muszę dodać kilka komentarzy do twierdzeń czy wątpliwości, których pełno w mediach na ten temat.
Obowiązkowe utajnianie tych przestępstw w kościele katolickim zarówno przez ofiary jak i wszystkich zainteresowanych usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała druga wersja instrukcji ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu w ramach struktur kościelnych.
Obowiązującą dziś instrukcję wydała Kongregacja Nauki Wiary w roku 2001. Szefem kongregacji był wtedy Kardynał Ratzinger a papieżem Jan Paweł II. Znali sie bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. Instrukcja z 2001 r. także zobowiązuje do milczenia. Z inicjatywy JPII wprowadzono do dokumentu przedawnienie w chwili osiągnięcia przez ofiarę 28 roku życia. Takie przedawnienie pedofilii obowiązuje teraz w polskim prawie karnym. Termin jest oczywiście za krótki. W Europie stosuje sie zwykle 20 lat od uzyskania pełnoletniości przez ofiarę co też nie jest zawsze wystarczające. W Szwajcarii pedofilia w ogóle sie nie przedawnia (było referendum). Jest oczywiste, że treść tej instrukcji – jakkolwiek podpisana przez Ratzingera – została uzgodniona z papieżem. Pamiętam protesty organizacji z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii w kościele.
Także stanowisko papieża Franciszka nie jest jasne w tej sprawie, bo nie spowodował powstania nowych zasad postępowania rzeczywiście chroniących dzieci przed tego typu przestępstwami księży i zakonników. W każdym razie nie słychać, żeby zasada tajności miała być zniesiona. Wygląda na to, że Franciszek także nie chce pełnej jurysdykcji państwa i zrównania traktowania przestępców w sutannach równie surowo jak przestępców cywilnych.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są całkiem świeckie, bez przedstawicieli kościoła. Te komisje przyjmowały także zgłoszenia ofiar nawet wtedy gdy przestępstwo dawno się przedawniło. Powstały głównie dla ofiar i praktycznie zawsze doprowadzały do kar więzienia winnych oraz do zadośćuczynienia finansowego na koszt kościoła. Jak byłoby u nas – to widać po urzędowym spisie pedofilów gdzie nie ma ani jednego aktualnego czy byłego przedstawiciela kościoła. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem, zwłaszcza pod rządami PiS. To niesprawiedliwe i sprzeczne z prawem, tym bardziej, że pedofile świeccy przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Księża nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle krótkie, rzadko odbywają tę karę.
Najbardziej oburzający jest brak zadośćuczynienia finansowego. Kościół twierdzi, że ksiądz nie jest funkcjonariuszem a przecież jest nawet umundurowany. Poza tym kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – uważa, że jest za biedny na wypłacanie zadośćuczynienia ofiarom. Poznański wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta jest moim zdaniem za niska i powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania. Powinna być określona przynajmniej w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakiś czas przed sądem należnej podwyżki. Z tego co wyczytałam wynika, że ofiara nawet do pracy się nie nadaje. Powinna mieć chyba przyzwoitego kuratora.
Także osoby, które wiedzą o przestępstwach, których ofiarami są dzieci a nie informują o tym prokuratury, powinny być karane wysoką grzywną.
W związku z powyższym wydaje sie jedynie słuszne wzorowanie się na działalności specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe w aktualnej sytuacji politycznej. Wyszłaby z tego karykatura.
Trzeba także podkreślić, że wygłaszana czasem opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat, zresztą dopiero od XI wieku. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że sperma uderza im do głowy.

Przerażające milczenie Wywiad

– Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

 

KAMILA TERPIAŁ: Jesteśmy już po obejrzeniu filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Widział pan go w warszawskim kinie Luna przy pełnej sali, ja też. Film bije rekordy popularności. Box Office jest najlepszy od 30 lat. Spodziewał się pan aż takiego zainteresowania i poruszenia?

STANISŁAW OBIREK: Nie spodziewałem się, chociaż z drugiej strony temperatura reakcji jeszcze przed premierą była pewnym przygotowaniem na to wydarzenie społeczne. Film odkleił się od samego filmu i stał się ważnym faktem społecznym. To nie jest tylko film kontrowersyjnego reżysera, ale przede wszystkim dotknięcie ważnej społecznie sprawy.

 

Napisał pan, że to film o słabościach polskiego społeczeństwa. Potrzeba nam takiego lustra, w które możemy spojrzeć?

Każde społeczeństwo potrzebuje takich wstrząsów, żeby dostrzec sprawy, które umykają refleksji. Warto to zobaczyć nawet w szerszym kontekście. Mamy tendencję postrzegania siebie jako ofiary, społeczeństwo gnębione przez innych, a mniej dostrzegamy siebie jako podmiot historii. Popkultura, jaką jest niewątpliwie film, stanowi krzywe zwierciadło, w którym możemy na przykład dostrzec, że to nie żaden wróg z Zachodu psuje nam demokrację, ale my sami w tym uczestniczymy. Niektórzy nazywają to pamięcią wielokierunkową, która polega na tym, że aby coś zobaczyć, potrzeba bodźca z zewnątrz. Michael Rothberg napisał na ten temat książkę, zatytułowaną właśnie tak – „Pamięć wielokierunkowa”, w której podaje wiele przykładów, jak taki bodziec działa. On otwiera nas na to, co oczywiste, ale my jednak tego nie widzimy. To są skomplikowane mechanizmy, ale akurat w tym wypadku zadziałały.

Zobaczyliśmy, że tajemniczy kler to nie jest zniewalająca społeczeństwo grupa trzymająca władzę. Wojciech Smarzowski zrobił film o społeczeństwie. W liście do Hebrajczyków jest zdanie, że „kapłan jest z ludu wzięty i do ludu posłany”. I film dokładnie to pokazuje – księża, którzy są pokazani w ostrym świetle, jako praktykujący 7 grzechów głównych, wyszli ze społeczeństwa, które na to pozwala i cały czas obdarza ich autorytetem, przymyka oczy na łamanie zasad współżycia społecznego.

 

W wielu przypadkach na łamanie prawa.

Prawa i moralności… W „Drogówce” ten sam reżyser pokazał wiele kryminalnych i mafijnych zachowań, które mają miejsce wewnątrz policji. W tym wypadku mamy jednak sytuację ostrzejszą, bo Kościół jest instytucją, która ma dbać o moralność, tworzyć wzorce zachowań i piętnować grzechy. W zachowaniu ludzi Kościoła i prawicowych mediów mamy cały czas do czynienia z napominaniem, grożeniem palcem i wskazywaniem, jak powinno być. Na tym polega paradoks. Okazuje się, że najbardziej korupcjogenną i grzeszną grupą społeczną są ludzie, którzy z urzędu powinni świecić przykładem i wzorem. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których ten film cieszy się takim powodzeniem. Ludzie zobaczyli w końcu coś, co do tej pory było tematem tabu.

 

Wojciech Smarzowski mówi wprost, że „musimy w końcu zobaczyć w księżach ludzi, a nie świętych”. Czyli udało się?

Tak, udało się! To zdanie jest pewnym kluczem do tego filmu. Dowiedziałem się niedawno, że Wojciech Smarzowski pochodzi z Podkarpacia, ja też pochodzę z tego rejonu i wiem, jak to wygląda na prowincji. Przypomnijmy, że tam właśnie działał biskup, który przekonywał, że to ofiary pedofilii kuszą księży, i prokurator, któremu udało się przekonać sąd, że pedofil jest właściwie niewinny i jest ofiarą pomówień. Polska wiejska i małomiasteczkowa jest szczególnie naznaczona niekrytykowaniem księży i Kościoła, który już w transformację wszedł jako niekwestionowany autorytet i „męczennik”.

Sam Kościół zresztą pielęgnuje mit męczennika, który przez okres zniewoleń i PRL-u przeniósł nienaruszalny depozyt wiary. Ten film tego właśnie dotknął, kazał spojrzeć na tych, którzy są wokół nas, obnażył kłamstwo, na które chcąc czy nie chcąc się godzimy. Chodzi nie tylko o społeczeństwo, ale także partie polityczne i inne struktury państwa, jak sądownictwo czy policja. Kordon bezpieczeństwa wokół księży trwał i jeszcze trwa…

 

Jak długo? Czy kiedyś uda się w końcu osiągnąć rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa?

Głosy są podzielone. Optymiści przekonują, że film Wojciecha Smarzowskiego włączył się w proces dekompozycji Kościoła, który trwa od kilku lat. Temat pedofilii przestał być w mediach tematem tabu już jakiś czas temu. Zaczyna się o tym głośno mówić, zapadają wyroki skazujące księży i Kościół jako instytucję. Media, które jeszcze kilka lat temu omijały ten problem szerokim łukiem, teraz już drążą temat. Nie mówię oczywiście o napastliwej publicystyce prawicowych mediów, które zamykają oczy na rzeczywistość i trwają w nieprzemakalnej mowie nienawiści. Ale problem zauważa na przykład jezuicki portal Deon.pl, dominikanie, niektórzy księża, a nawet biskupi.

 

Pan należy do tych optymistów?

Z natury jestem optymistą, ale jak wiemy młyny kościelne mielą wolno i zmiany tam zachodzące często są niedostrzegalne. Ale przecież trzeba zauważyć, że to nie jest tak, że ten film pojawił się w próżni. Zbiegło się to z pontyfikatem papieża Franciszka, który zmienił kurs z obronnego i krytykującego świat, na autokrytykę i autorefleksję. Jesteśmy po głębokim rachunku sumienia niektórych lokalnych Kościołów, jak chilijskiego, w którym cały episkopat podał się do dymisji. Ze strony Watykanu pojawiło się światło, że nie tylko wolno, ale trzeba to robić.

Od 20 lat trwa samooczyszczanie Kościoła amerykańskiego, dołączył do niego irlandzki czy niemiecki. W chwili globalnej wymiany informacji takie rzeczy się rozpowszechniają. Nawet uwzględniając polską specyfikę, szczególną rolę katolicyzmu w społeczeństwie, a może właśnie dzięki temu, nakaz rozliczenia się tej instytucji z błędami i przestępstwami, których dopuszczali się niektórzy księża, jest nakazem chwili. Niedawno odbyła się ogólnospołeczna akcja zawieszania dziecięcych bucików na ogrodzeniach wokół kurialnych budynków, aby zwrócić uwagę na pedofilię w Kościele, działa fundacja „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom księży pedofili.

To nie jest jeszcze powszechne ruszenie, ale sygnałów wskazujących na to, że Kościół przestał być „świętą krową” jest wiele. Dlatego jestem optymistą, wierzę, że coś się zmieni.

 

Powstanie raport o pedofilii w Kościele? W Irlandii to był kulminacyjny moment wyznania win.

Ten raport już powstaje. Fundacja „Nie lękajcie się” gromadzi materiały…

 

Pytam o raport samego Kościoła.

Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak zapowiedział, że taki raport powstanie. Niektórzy biskupi podają nawet konkretne dane. Taką deklarację złożył także rzecznik wpiskopatu ds. przeciwdziałania pedofilii w Kościele jezuita o. Adam Żak. Jestem jednak realistą i wiem, że Kościół robi pewne rzeczy tylko dlatego, że są na nim wymuszane. Dlatego wiele zależy od polityków, dziennikarzy i od nas wszystkich.

Myślę, że sam Kościół tego nie zrobi, bo nigdy niczego nie robił sam z siebie, ale jeżeli presja społeczna będzie wystarczająco silna, to nie będzie miał wyjścia.

 

Na razie alergicznie zareagował na film „Kler”. To jest przygnębiające.

Chciałem wspomnieć film „Spotlight” o raporcie dziennikarzy „The Boston Globe” na temat pedofilii w Kościele. Sam raport powstał na początku XXI wieku, a film kilkanaście lat później. To nie jest problem tylko polskiego społeczeństwa. Nawet w społeczeństwie amerykańskim, mimo tradycji dojrzałej demokracji, trudno było ten „system” złamać. Teraz jesteśmy już w innym momencie, nie ma już próby organizowania „miękkiego lądowania” odpowiedzialnym za to zło, jak to było w przypadku kardynała Bostonu Bernarda Law, który nie tylko nie poniósł prawnej odpowiedzialności, ale otrzymał od Jana Pawła II zaszczytne stanowisko w Rzymie.

Opór materii jest i będzie, ale to nie znaczy, że trzeba składać broń i się poddawać. Temu też służy nasza rozmowa, w której próbujemy pokazać, jak działają te mechanizmy. Przyznanie się do błędu, a zwłaszcza takiego, nigdy nie jest łatwe. Teraz to od nas zależy, czy pozwolimy, aby Kościół wymigał się od odpowiedzialności.

 

Z drugiej strony film pokazuje, że Kościół i duchowni mogą wszystko… Nawet teraz, przy takiej władzy, Kościół może dużo. Nie może pozostać nieprzemakalny na taką społeczną presję?

Użyłbym jednak słowa w czasie przeszłym – mógł dużo. Przy obecnym spleceniu Kościoła z władzą, zwłaszcza pewnej części Kościoła, możemy się temu przyjrzeć jako patologii, która przecież nie będzie trwała wiecznie. Możemy, a wręcz musimy przyglądać się także nadużyciom władzy usprawiedliwiającej, a nawet finansującej Kościół i potem z tego finansowania go nierozliczającej. Widzimy podwójne standardy, które stosuje władza wobec Kościoła i Kościół wobec władzy. To jest pewien moment, który jeszcze trwa, ale to, że powstał ten film, zobaczyło go już ponad milion widzów, dyskutujemy o nim, świadczy o tym, że ludzie potrzebują nowego języka, aby o tym mówić.

Sztuka takiego właśnie języka dostarcza: ośmiela, wskazuje, daje możliwości interpretacyjne i analityczne. Możemy już chyba mówić o Kościele po „Klerze”. Wydaje mi się, że tak teraz będziemy patrzeć na stosunki Kościół-państwo.

 

„Głęboko wierzę, że ten film może się przyczynić do głębokiej rewolucji w mentalności Polaków” – powiedział w jednym z wywiadów Arkadiusz Jakubik, który zagrał genialnie postać księdza Andrzeja Kukuły. Zgadza się pan z nim?

W całej rozciągłości. Ta postać pokazuje, także w filmie, że są osoby niejednoznacznie negatywne. A z tym zdaniem zgadzam się w stu procentach. Ostatnio także Jurek Owsiak powiedział, że to jest dla niego najważniejszy film 30-lecia. Nie oceniam artystycznie tego kina, ale ze względu na to, że po raz pierwszy dotknął funkcjonowania Kościoła w przestrzeni publicznej, i to w bardzo różnych aspektach.

Pedofilia jest przecież jednym z elementów, jest także korupcja, niejasne finanse, worki pieniędzy – to wszystko zostało pokazane z chirurgiczną precyzją.

 

Przeczytałam recenzję mojego kolegi dziennikarza, blisko związanego z Kościołem, i on twierdzi, że to bardzo bolesne, bo może palcem wskazać takich ludzi.

O tym mówił też były ksiądz Piotr Szeląg, który był konsultantem tego filmu. Pierwowzorów nie trzeba daleko szukać. Jest to genialnie podpatrzona kronika wypadków, wpadek wielu biskupów i księży. Wojciech Smarzowski nie potrafi udawać, że nie pada, jeżeli pada. Nie może być tak, że wobec biskupa czy księdza alkoholika będą stosowane inne normy oceny niż wobec zwykłych śmiertelników. To samo dotyczy nadużyć finansowych czy pedofilii.

 

Wojciech Smarzowski mówił, że po premierach w różnych miastach zgłaszali się do niego ludzie, aby opowiedzieć o tym, że byli molestowani przez księży. Arkadiusz Jakubik zadedykował go koledze-ministrantowi, który ponad 20 lat temu był molestowany przez księdza. Swoją historię przypomniał reżyser Andrzej Saramonowicz. Pan zna takie osoby?

Tak, znam, tych historii jest bardzo dużo, przypomnę głośną sprawę jezuity Krzysztofa Mądla, która była medialnie komentowana. Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. A o tym, jak bardzo jest to powszechne, świadczy to, jak wielu ludzi sobie to przypomina albo na nowo przeżywa.

Dla mnie o wiele trudniejszym i dramatyczniejszym zjawiskiem jest to, że molestowane dzieci nie miały tego komu powiedzieć. Rodzice nie wierzyli, stygmatyzowali dzieci, uważali, że to one są winne, albo po prostu milczeli. Nie było zdolności nazwania tego, było za to poczucie winy, wstydu i grzechu. Być może ten film da nowy język ofiarom i wzbudzi empatię.

 

To przerażające, że dorośli, rodzice, opiekunowie nie są w stanie obronić tych bezbronnych…

Przerażające jest to, że ludzie nie czują żadnej empatii, nawet w stosunku do dzieci. Są w stanie oskarżyć ofiary o to, że chcą tylko wydrzeć pieniądze i zaszkodzić Kościołowi. To jest rodzaj wzbudzania winy w ofierze, a o zbrodniarzach, przestępcach i pedofilach się zapomina.

Jeden z księży, który mnie molestował, popełnił samobójstwo po artykule w tygodniku „Nie” w latach 90. Byłem wstrząśnięty, gdy to przeczytałem, i dokładnie pamiętam, kiedy i gdzie. Byłem wtedy na lotnisku w Balicach i oglądając gazety na stoisku rzucił mi się w oczy krzyczący tytuł. Myślałem o jego ofiarach, bo artykuł był oparty na rozmowach z byłymi ministrantami, którzy byli ofiarami tego księdza. Jednak myślałem również o nich. Choć z nikim nie mam kontaktu, wiem, że takie doświadczenie potrafi naznaczyć na całe życie, czasem je po prostu złamać. Przecież ofiary też popełniają samobójstwa.

Dla mnie to jest bardzo poważny problem społeczny. Trzeba umożliwić ofiarom nazwanie tego, co się stało, oraz zaakceptowanie tego przez najbliższych i rodziny. To będzie sprawdzian dojrzałości społeczeństwa. Film pokazuje, że jesteśmy niedojrzałym społeczeństwem, które nie potrafi nazwać rzeczy, które są bolesne dla znacznej części jego samego. Jeżeli Wojciechowi Smarzowskiemu uda się pomóc w tym bolesnym i powolnym dojrzewaniu, to będzie należał mu się pomnik.

 

Jak bardzo trudno jest żyć z takimi wspomnieniami?

Garb bycia ofiarą księdza pedofila jest bardzo duży. Przerażająca jest też zmowa milczenia, wiele osób wie, że tak się dzieje, ale nie chce o tym mówić. I to nie tylko w kręgach kościelnych, chodzi też o autorytety naukowe, ludzi show-biznesu albo po prostu członka rodziny.

Tych „trupów w szafie” jest dużo. Nie chodzi o to, aby rozpocząć teraz polowanie na czarownice i aby dochodziło do społecznych, masowych linczów. Ale potrzebne jest elementarne rozliczenie i prewencja, bo to cały czas dzieje się na naszych oczach. „Bestie” są wypuszczane na żer, jak napisał jeden z autorów, który się tym tematem zajmuje zawodowo, tolerowane, przenoszone z parafii na parafie, to trzeba ukrócić i temu zapobiec.

 

Dużo pana, jako ofiarę, kosztowało to, aby zacząć o tym mówić?

Tak, to jest bardzo trudne i przykre, a nawet bolesne. Ciągle się zastanawiałem, czy coś ze mną było nie tak, że na to przyzwoliłem, że nie potrafiłem się przeciwstawić, uciec… Należę do milczącej większości, nie wracałem do tego przez dziesięciolecia. Dopiero taka rozmowa jak nasza czy emocje towarzyszące mi po obejrzeniu filmu „Spotlight” (bo wtedy powiedziałem o tym publicznie pierwszy raz w recenzji z tego filmu opublikowanej przez portal „Kultury Liberalnej”) spowodowały, że uznałem, że dla prawdy tego, co mówię, powinienem uwzględnić ten wstydliwy i bolesny fragment mojej biografii. Ale to zawsze jest bardzo trudne.

Chciałbym nie włączać tego w moją opowieść, ale to się stało. Uważam, że uczciwość intelektualna i duchowa domaga się tego, skoro tak było, to trzeba o tym powiedzieć.

 

Jak wiele zmieniłoby słowo przepraszam?

Sam nie wiem, ale mam wrażenie, że księża pedofile zatracili zmysł moralny, nie dostrzegają, jak wielkie spustoszenie za ich sprawą dokonuje się w psychice dziecka. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające.

 

A jednak zdecydował się pan wejść w te struktury.

To jest tajemnica wejścia i wyjścia… Myślę, że jedno i drugie było dobrą decyzją.

 

I mimo wszystko jest pan optymistą?

Nie chcę być optymistą za wszelką cenę. Uważam, że lepsza jest rozmowa, mówienie i nazywanie niż milczenie. Wspólnie uczymy się nowego języka i nazywania rzeczy przykrych i trudnych, ale jednak nazywania. To oznacza, że zdrowiejemy.

Smutna monachomachia naszych czasów

Krytycy, a raczej kręgi potępiające film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego odmawiają mu wiarygodności, określając go jako antyklerykalną czy nawet antykatolicką i antyreligijną agitkę propagandową, „atak na Kościół”.

 

Używają przy tym argumentu, według którego spiętrzenie w tym filmie katalogu najgorszych zjawisk z życia polskiego kleru, jednostronna kumulacja wyłącznie niemal jego przywar, ohydy i okropności, odbiera temu utworowi prawdę. Gdyby stosowanie tego rodzaju argumentu było uzasadnione, to większość dzieł literackich czy filmowych, zaliczanych do nurtu realizmu musiałaby zostać wykreślona z tego nurtu w sztuce.

 

Czym jest realizm?

Rolą dzieła sztuki nie jest jednak literalne dokumentowanie całego spektrum zjawisk w danym społeczeństwie i w poszczególnych jego warstwach, w jakiejś epoce. Nie byłaby bowiem powieścią realistyczną „Lalka” Bolesława Prusa, skoro jej bohaterem jest zdeklasowany szlachcic bogacący się jako kupiec, jego perypetie uczuciowe stanowią istotny składnik powieści, a spektrum zjawisk i postaci daleki jest od pełnej panoramy społecznej ówczesnego, bytującego pod zaborem rosyjskim społeczeństwa polskiego, a nawet tylko Warszawy schyłku XIX wieku. Już sam tylko całkowity niemal brak w fabule powieści jakichkolwiek znaków przemożnej przecież obecności rosyjskiej, mógłby podważyć realistyczną kwalifikację tej powieści. Nie można by też uznać za wielkie dzieło rosyjskiego realizmu krytycznego „Martwych duch” Mikołaja Gogola, bo zawarta w nim syntetaza ducha XIX-wiecznej Rosji wyłania się z dziwnej groteskowej opowieści z życia dziwadeł ludzkich na tamtejszej głuchej prowincji, a kupiecki koncept skupowania „martwych dusz” nijak się ma do rzeczywistych problemów narodu rosyjskiego tamtych czasów. Na podobnej zasadzie można by podważyć realizm „Ojca Goriot” Honoriusza Balzaca, gdyż z powieściowego pensjonatu pani Vauquer położonego w zaułku na ówczesnych peryferiach Paryża i z historii córek okrutnie traktujących swojego ojca, bynajmniej nie da się wywieść literalnej, spełniającej kryterium realizmu, panoramy duchowej i społecznej ówczesnej Francji, a jednak takie miejsce ma to dzieło w historii literatury powszechnej. Podobnie jest z „Klubem Pickwicka” Charlesa Dickensa, który w ramie silnie nasyconej groteską opowieści o wędrówce dziwacznych panów po wiktoriańskiej, prowincjonalnej Anglii pomieścił wiele charakterystycznych rysów społecznych, ekonomicznych i moralnych epoki. Podobnie jest z filmem. „M-morderca” Fritza Langa z 1930 roku, realistycznym kryminałem dotykającym wąskiej kwestii ścigania seryjnego – mordercy psychopaty, a mimo to uznanym za przeczucie zbliżającego się hitleryzmu. Dzieła włoskiego neorealizmu z „Ziemia drży” Luchino Viscontiego, „Rzymem, miastem otwartym” Roberto Rosseliniego czy „Złodziejami rowerów” Vittorio de Sica też dalekie były od reprezentatywności w ukazywania powojennego społeczeństwa włoskiego, a mimo to nie tylko nikt im nie odmawiał przynależności do realizmu, ale metoda według której zostały zrealizowane stała się na długie lata ważnym punktem odniesienia a nawet wzorem dla europejskiego kina. Podobnie było z amerykańskim „kinem drogi” przełomu lat 60-tych i 70-tych („Swobodny jeździec” Dennisa Hoppera, „Nocny kowboj” Johna Schlesingera czy „Strach na wróble” Jerry Schatzberga), których twórcy w formułę opowieści o wędrówkach włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa wpisali niepokoje całej ówczesnej Ameryki. A – by odwołać się na koniec do przykładów rodzimych – czyż dramatyczna historia prowincjonalnego przodownika pracy w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, daleka przecież od pełnej panoramy polski bierutowskiej, nie stała się, pars pro toto, odniesieniem do kluczowych problemów PRL na przestrzeni całego ówczesnego ćwierćwiecza? I czy odmawiano atrybutów realizmu, iście gogolowskiego, koronnemu dziełu nurtu „moralnego niepokoju”, „Wodzirejowi” Feliksa Falka, który smutną panoramę schorzeń Polski „przedsierpniowej” zawarł w historii prowincjonalnego pracownika frontu rozrywki estradowej i jego otoczenia? Realizm w sztuce to nie realizm reportażu, newsa dziennikarskiego, książkowej monografii naukowej czy opowieści dokumentalnej. Skrót jest w nim uprawniony, poza tym że zwyczajnie konieczny. Smarzowski jest wybitnie wrażliwym sejsmografem nastrojów, niepokojów czy przeczuć społecznych. Przeczuł zatem, że w katolickim polskim społeczeństwie dojrzał już imperatyw, by bez złudzeń spojrzeć na instytucję, z którą jego ciągle znacząca część jest mniej czy bardziej związana. Krytycy filmu pytają, dlaczego Smarzowski zajął się zepsuciem występującym akurat w konkretnej społeczności, w grupie zawodowej jaką jest kler, a nie w innej, skoro wybór – rzekomo – jest tak duży. A otóż zajął się już inną grupą: w „Drogówce” i niewykluczone, że zajmie się też kiedyś inną grupą, n.p. światem polskiego biznesu, dziennikarzami, prawnikami czy nauczycielami. Jest natomiast bardzo silny argument za tym, że celowe i uzasadnione było zajęcie się w pierwszym rzędzie klerem. Otóż ani biznesmeni, ani dziennikarze, ani nauczyciele, ani przedstawiciele żadnej innej profesji nie kreują się, głównie samozwańczo, przy biernej na ogół akceptacji społecznej, na „pierwszych w narodzie”, jako kapłani najważniejszego i masowego wyznania religijnego, na nauczycieli, wychowawców i przewodników milionów „owieczek”. Z tego to przecież tytułu kler uzyskał w Polsce po 1989 roku wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w systemie prawnym, wymiarze ekonomicznym oraz w wymiarze prestiżu społecznego. A – zgodnie ze znaną formułą – „komu wiele dane, od tego wiele się wymaga”. Moralność osobista właścicieli sklepów spożywczych, kolejarzy czy artystów nie rozstrzyga w końcu o kształcie społecznej budowli, a weryfikacji podlegają te grupy wtedy, jeśli ich przedstawiciele łamią prawo. Kler natomiast uważa się i przez wielu jest uważany za „sól ziemi” polskiej, drogowskaz moralny, a na dodatek przypisywana mu jest – w dużym stopniu przesadzona i zniekształcona – rola historycznego wspornika narodowej egzystencji.

 

Nie dajcie się zwieść  zwiastunowi tego filmu

To, co uderza już po kilkunastu minutach oglądania „Kleru”, to powód do kompletnego zaskoczenia, jakie może być udziałem kogoś, kto przed pójściem do kina oglądał w telewizji czy w sieci trailera (zwiastuna) tego filmu. Sklepany z nielicznych skrawków sprawia wrażenie, jakby „Kler” był zrealizowany (scena prześmiewczej piosenki odgrywanej przez bohaterów filmu, ostro balujących bawiących na parafii czy strzelanie z procy przy akompaniamencie nucenia: „Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”) w hipersatyrycznej stylistyce totalnej „szydery”, w stylistyce charakterystycznej dla takich pism jak tygodniki „Nie”, „Fakty i mity” czy francuski „Le Canard Enchainé”. Jednak ci, którzy spodziewali się po „Klerze” szampańskiej zabawy typu „głupi i głupszy” albo zjadliwej komedii środowiskowej, jakich dziesiątki powstają choćby w USA, mogą być zaskoczeni.

 

Wybitne kino społeczne

Film Smarzowskiego został zrealizowany w stylistyce i estetyce ascetycznej, dyskretnej, surowej, maksymalnie oszczędnej, w szarobrudnej, nieefektownej kolorystyce obrazu i w rytmie bynajmniej nie stymulującym emocji. Tempo filmu jest, jak na obecnie obowiązujące standardy, powolne (w niczym nie przypomina dynamicznego, pędzącego trailera), zastosowane zostały długie ujęcia, a montaż sprawia wrażenie jakby rozmyślnie nieco siermiężnego, wolnego od efektownych sztuczek. Dialogi dalekie są od stylistyki antyklerykalnych skeczów kabaretowych. Przez przeważającą część trwania filmu, jego akcji nie towarzyszy muzyka, co wzmaga odczucie realizmu i uwalnia od dodatkowej presji emocjonalnej na widza. Zrealizowany został w tonacji spokojnej, bez jakichkolwiek efekciarskich grepsów. Do tej poważnej tonacji dostroili się aktorzy (m.in. kapitalni Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, czy nie mniej wyborni Robert Więckiewicz, Stanisław Brejdygant, Joanna Kulig, Iwona Bielska). Grają swoje postacie serio, jak w dramacie społeczno-psychologicznym z prawdziwego zdarzenia, nie jak w satyrze. Jedynie biskupowi Mordowiczowi nadał grający go Janusz Gajos rys satyryczny, zastosowany jednak przez aktora w sposób bardzo delikatny, bez cienia szarży. Poświadczają to zresztą widzowie: podczas dwugodzinnego seansu nie było ani chichotu, ani jednego wybuchu śmiechu, o rechocie nawet nie wspominając. Stylistyka „Kleru” przypominała fragmentami skromne, wyciszone kino obyczajowe czechosłowackiego czy węgierskiego nurtu małego realizmu, jakie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robili choćby Milos Forman czy Marta Meszaros, polskie „kino moralnego niepokoju”, angielskie kino nurtu „młodych gniewnych”, Lindsaya Andersona, Karela Reisza czy Tony Richardsona czy społeczno-polityczne kino włoskie po neorealizmie Francesco Rosiego (n.p. „Ręce nad miastem” i „Szacowni nieboszczycy”) czy Damiano Damianiego (n.p.„Zeznanie komisarza policji przed prokuratorem Republiki”). „Kler” może też fragmentami budzić skojarzenia ze quasi-dokumentalną stylistyką „cinema verité” („kina prawdy”), jednego z nurtów kina europejskiego przełomu lat 60-tych i 70-tych. Smarzowski wykorzystał zresztą fragmenty dokumentalnych nagrań ze stanu wojennego czy pojawiający się w ciągu całego filmu motyw ukrytej kamery. Te asocjacje nie zmieniają zresztą faktu, że Smarzowski ma własną, indywidualną kaligrafię. „Kler” to film o ludziach nieszczęśliwych, samotnych, żałosnych, pogubionych na różne sposoby, ludziach w całej swej małości i złu nie pozbawionych rysów, odruchów dobroci i uczciwości. Ale i tak brzydkich i żałosnych, także z estetycznego punktu widzenia, jak otaczająca ich rzeczywistość. Dramatycznej tonacji filmu dopełnia finałowa, dramatyczna scena publicznego, na oczach tłumu wiernych i biskupa, samospalenia się księdza, jak się można domyśleć, w proteście przeciw złu panoszącemu się w jego instytucji. Wśród ateistów czy nawet tylko antyklerykałów ten film może nawet wywołać uczucie niedosytu czy nawet sprzeciwu: ani na jotę nie jest ani antyreligijny, ani nawet antyklerykalny. To dramat humanistyczny, którego bije prawda.

 

„Monachomachia” biskupa Krasickiego była weselsza

Tematyka „Kleru” może prowokować do skojarzeń z tradycjami artystycznymi związanymi z krytyką religii, Kościoła, kleru. W polskiej tradycji, w odróżnieniu od francuskiej, takich utworów jest niewiele. Poza „Matką Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Drewnianym różańcem” Ewy i Czesława Petelskich i „Urzędem” Janusza Majewskiego czy drugorzędnymi epizodami w kilku filmach, polskie kino nie tylko nie podejmowało, ale nawet nie dotykało tej problematyki. Może też się zdarzyć, że komuś przypomni się „Monachomachia” biskupa Ignacego Krasickiego, wydany przeszło dwa wieki temu, heroikomiczny epos, w którym w parodię „Iliady” Homera wpisana została wielopiętrowa drwina z przywar polskiego kleru zakonnego epoki saskiej. Ten archaiczny już dziś utwór, spetryfikowany przez stulecia jako lektura poczciwa, narodowa i prawie patriotyczna, przez dziesięciolecia także szkolna, nigdy tak naprawdę nie spełnił przewidzianej dla niego roli wyrzutu sumienia, choć dotykał spraw w Polsce akurat bardzo żywotnych i kluczowych. Jednak nawet krytyczna, satyryczna wymowa „Monachomachii” została złagodzona u samych początków i prześwietlona przez pogodną, słoneczną osobowość biskupa warmińskiego. Dlatego nawet jeśli komuś „Kler” skojarzy się z tamtym dziełem, to jako „monachomachia” naszych czasów, smutna, ponura, podła i nie pozostawiająca żadnych złudzeń. Odwracając oczy od „Kleru” i potępiając film, kler i wszyscy jego adherenci tracą okazję do spojrzenia w szczere zwierciadło, które mogłoby im pomóc. A widownia i tak masowo głosuje za „Klerem” swoją obecnością w kinach całej Polski. Niedługo być może już ponad milion Polaków zafunduje sobie długo w cichości serca wyczekiwaną odtrutkę od toksyn Kościoła katolickiego. W tym filmie jest wszystko, co miliony Polaków od dawna chciało pomyśleć i powiedzieć o Kościele, ale nie miało na to śmiałości i odwagi.

 

„Kler”, dramat społeczno-psychologiczny, film produkcji polskiej, Profil Film 2018, scenariusz (wspólnie z Wojciechem Rzehakiem) i reżyseria Wojciech Smarzowski, 133 min.

Obrońcy księży pedofilów

W związku z odsłanianiem kolejnych skandali pedofilskich w Kościele, prawica ruszyła z potężną odsieczą w obronie dobrego imienia kleru. Trudno zakwestionować gigantyczną skalę pedofilii w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Chile czy Irlandii. Nie sposób też ukryć mrocznych aspektów pontyfikatu Jana Pawła II. Również wiadomo, że polski kler nie robił latami nic, aby walczyć z pedofilami w swoich szeregach, a państwo wciąż traktuje duchownych jak obywateli lepszego sortu. Stąd też polska prawica nie kwestionuje istnienia księży pedofilów, nie zbija zarzutów o ukrywanie pedofilów na masową skalę, nie potrafi obronić Jana Pawła II, Matki Teresy i wielu innych ikon Kościoła, które nie zasługują na szacunek.

Prawica nie ma argumentów, ale uważa, że niezależnie od masowych przestępstw seksualnych dokonywanych przez księży i ukrywania tych zbrodni, Kościoła trzeba… bronić. Innymi słowy nawet jeżeli księża gwałcą, to trzeba ich bronić, bo autorytet Kościoła jest ważniejszy od prawdy, od cierpienia tysięcy ofiar, od równości wobec prawa. Dlatego w czasie, gdy wychodzi na jaw coraz więcej przestępstw Kościoła, prawica przystąpiła do apologii kleru.

Jednoznacznie w tej sprawie wypowiedział się nowy gwiazdor nacjonalistycznej prawicy, Adam Andruszkiewicz, który napisał na Twitterze o „masowym ataku polskojęzycznych mediów na Kościół, które codziennie informują nas, że ksiądz = pedofil. Mam wrażenie, że to celowa akcja mająca na celu zohydzenie wiary w Polsce. Trzeba zareagować, ukazując ogrom Dobra, jaki jest w Kościele obecny”. W nieco innym tonie, bardziej sielankowym, ale równie pochwalnym wypowiedział się Patryk Jaki: „Idę dziś z rodziną do Kościoła. Podziękować za miłości i szczęście, które mamy w życiu. Za siłę do pracy. Dlaczego to piszę? Dość tej nagonki na Kościół. Niczego się nie wstydzimy. My chcemy Boga” – skomentował dyskusję o księżach pedofilach kandydat na prezydenta Warszawy. W kontekście odsłanianych faktów na temat setek księży pedofilów sformułowanie „niczego się nie wstydzimy” brzmi dość szokująco. Chcąc zahamować masowe zainteresowanie wobec filmu „Kler”, niektórzy posłowie PiS zaczęli się zastanawiać jak zablokować jego emisję, a „Gazeta Polska” przedstawiła okładkę, na której widnieją wizerunki Jerzego Popiełuszki, Jana Pawła II, Stefana Wyszyńskiego i Maksymiliana Kolbe z podpisem: „Kler. Nasz skarb w walce z nazizmem, komunizmem, LGBT i islamistami”.

Na tle coraz bardziej zmasowanej obrony kleru, optymizm budzi fakt, że wśród Polaków i Polek narasta przekonanie o potrzebie rozliczenia zbrodni kleru. Zgodnie z najnowszym sondażem IBRiS dla „Rzeczpospolitej” ponad 80 proc. Polaków uważa, że problem pedofilii dotyczy kleru, a 73 proc. twierdzi, że władze kościelne powinny rozwiązać kwestię przestępstw seksualnych księży w sposób w pełni jawny. Wydaje się więc, że chociaż front obrońców pedofilów w sutannach jest bardzo silny i wpływowy, zdecydowana większość polskiego społeczeństwa domaga się prawdy o zbrodniach Kościoła.

Bóg zapłać

Nie ma większej kary dla przedstawicieli stanu duchownego jak kary materialne, bo nie znam ludzi bardziej czułych na zapach mamony. Sąd w Poznaniu zasądził od tzw. Towarzystwa Chrystusowego milion złotych na rzecz kobiety, która jako 13-latka była więziona i gwałcona przez księdza z tegoż środowiska.

 

Jak na warunki amerykańskie czy irlandzkie ta kwota by nie powalała (tam z powodu wysokości odszkodowań bankrutują parafie), ale jak na Polskę odszkodowanie za taką formę obcowania z Chrystusem ten milion stanowi kwotę bajońską. A skoro niejaki ksiądz Żak, oddelegowany przez Episkopat do zajęcia się pedofilią w zacnych szeregach kapłańskich stwierdził, że nie ma powodu by uważać, że skala pedofilii w kościele katolickim w Polsce jest mniejsza niż w amerykańskim czy irlandzkim, to może się zacząć wielu klechom gotować koło dupy. Trudno dziś przewidzieć, czy po poświęcone miliony staną niebawem w kolejce kolejne ofiary molestowania, ale wykluczyć takiego przebiegu zdarzeń nie można. Korwin-Mikke stwierdził nawet z właściwą sobie szczerością coś, czego sens jest taki, że teraz łóżka księży zaczną się cieszyć szczególnie wielką frekwencją, i tą aktualną i tą retro. Życzę tego Kościołowi kat. w Polsce z całego serca, bo jak wiadomo „res sacra miser”. Będzie to też oznaczało, że będzie worek wart rozporka. W końcu, zgodnie ze znaną formułą kościelną, zapłaci Bóg czyli wierni, bo z czyich datków został w końcu uzbierany ten milion, którego wypłata została zasądzona, na razie nieprawomocnie, jak nie z datków wiernych?

 

Uświęcanie w pendolino

Jestem często pasażerem kolei, w tym składów pendolino. I właśnie pendolino upatrzyli sobie katoliccy kaznodzieje na miejsce indoktrynacji pasażerów. Ostatnio doświadczyłem tego naocznie właśnie jako pasażer. Próbowano mnie tam molestować emitowanymi ze specjalnych ekraników treściami dewocyjnymi, w tym „dziękczynieniami z Maryją i ojcem Pio za spuściznę wiary” z okazji jakiegoś zlotu modlitewnego oraz „dziękczynieniami za spuściznę wiary Czechów, Węgrów i Polaków”. W tym drugim dziękczynieniu zawiera się bezdenna ignorancja jego autorów, ponieważ Czesi są najbardziej zlaicyzowanym narodem w Europie i in gremio nienawidzą katolicyzmu i religianctwa w ogóle jak wściekłej bestii. Przypomina się tu pewien urzędujący obecnie wiceminister sprawiedliwości, który znalazłszy się swego czasu w Czechach w święto Bożego Ciała szukał biedaczek ulicznej procesji aby się do niej dołączyć. Daremnie, jak można się domyślić. Odwracałem oczy od ekranu jak mogłem, ale nigdy nie da się uniknąć choćby chwilowego kontaktu z ekranem. Do celu dojechałem z ponad półgodzinnym opóźnieniem, co jest w PKP niezmienną normą nie od dziś, tyle że miała być „dobra zmiana”. Te dziękczynienia w pociągu nic zatem nie dały, przynajmniej pasażerom.

 

Prawda czasu, prawda ekranu

A skoro o ekranach mowa, to abepe Głódź ofiarował niedawno „pierścień Inki” prezesowi TVPiS Jackowi Kurskiemu w nagrodę „za prawdę”. Na pierścieniu jest napis: „Tak trzeba” „Zaprawdę powiadam wam, że ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział” – chciałoby się dodać formułę znaną z nieśmiertelnego „Misia”, filmu uchodzącego za satyrę na PRL, ale nabierającemu dziś nowej, bardzo świeżej aktualności. Prawda czasu nawiązała łączność z prawdą ekranu także w „Polsacie”. PiS wziął Polsat, bo Solorz ma konieczność dealu z państwem. To, co można było do tej pory jedynie dedukować z treści emitowanych w politycznym serwisie Polsat News i z polsatowskich głównych „Wydarzeń”, przestało być już tajemnicą poliszynela, a stało się faktem publicznie ujawnionym. Pisówka Dorota Gawryluk rządzi już niepodzielnie przekazem treści politycznych. Gdy zobaczyłem kilka dni temu „Wydarzenia” rozpoczynające się od triumfalnego sondażu przedwyborczego zapowiadającego wielkie zwycięstwo PiS, następną wiadomość dotyczącą ogromnej odszkodowawczej dotacji rządu dla rolników, a trzecią o wspaniałym rozwoju polskiej armii, zaś wieczorem „skandalistą” u Agnieszki Gozdyry okazał poczciwy kabareciarz śląski Krzysztof Hanke czyli Bercik z serialu „Święta wojna” zrozumiałem, że „dobra zmiana” wzięła już „Polsat” w swe objęcia. Tylko co na to widzowie? Czy zechcą oglądać TVPiS 2.

 

Pod znakiem Kalego

Większych niż PiS mistrzów politycznej obłudy w Polsce nie ma. Pisowska władza nasyła policję na głoszących hasło „konstytucja” (ostatnio atakują też Ratusz warszawski za przyzwolenie na przyodzianie w koszulkę z takim napisem króla Zygmunta z jego słynnej kolumny), a jednocześnie TVPiS roztkliwia się nad losem plastyka, którego podobno władze miejskie w Warszawie szykanują za wystawienie w miejskiej przestrzeni antyniemieckich billboardów. PiS wciela w życie zjawiska, które George Orwell ukazał w „Folwarku zwierzęcym”. Redaktor Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego uparcie powtarza swoją formułę o dobrze ułożonej narracji, spójnej, atrakcyjnej opowieści jako o najważniejszym narzędziu skutecznej polityki i przynajmniej w odniesieniu do PiS ma pełną rację. PiS wykorzystał wiedzę o ludzkim infantylizmie, w tym w szczególności o infantylizmie Polaków i zbudował narrację, w którą pragnie wierzyć pokaźna ich część. Odwołuje się ona do archetypicznych marzeń i wyobrażeń dziecięcych czerpanych z baśni i bajek o złych czarodziejach i dobrych wróżkach, o złym wilku i czerwonym kapturku, o złych siostrach i szlachetnym, uciśnionym Kopciuszku. Zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawę, jak dziecinne, jak infantylne jest społeczeństwo dorosłych, zwłaszcza w Polsce. Pewien Duńczyk po powrocie z podróży do Polski, zapytany o wrażenia powiedział, że po powrocie do ojczyzny odniósł takie, że z placu zabaw opanowanego przez dzieci z ADHD powrócił do spokojnego biura.

 

O dupę potłuc

Do sondaży nie mam już ani cierpliwości i krzty zaufania. Jednego dnia rządowy CBOS podał, że PiS poszybował do 43 procent, pozwalających mu a poza nim do parlamentu wejdą PO i Kukiz ’15, a następnego Kantar Millward Brown podał, że poza PiS z 38 procentami i PO z 18 procentami, znajdą się w nim jednak także SLD, PSL, a nawet partia Wolność, a Kukiz ’15 akurat nie. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Trudno uwolnić się od wrażenia, że o ile jeszcze 20 czy nawet 10 lat temu wyniki badań opinii publicznej dotyczące preferencji politycznych i wyborczych pełniły niemal wyłącznie rolę termometru, testu informującego o stanie rzeczy, o tyle od kilku lat wykorzystuje się je jako pejcz do bicia przeciwnika politycznego. O dupę można je więc potłuc.

 

Polexit – krok pierwszy.

Pisowska KRS została zawieszona w członkostwie europejskiej struktury do których przynależała. Powiada się, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej, czemu PiS gwałtownie zaprzecza. Otóż PiS ma poniekąd rację. Nie chce wyprowadzić. Nigdy się o to do UE nie zwróci. Po prostu wykonuje wszystkie niezbędne czynności, żeby w końcu to UE wyrzuciła nas ze swoich szeregów. Chce wyjąć te kasztany z ognia cudzymi rękami i powiedzieć: „To oni”.

Prawda nas wyzwoli

Kilka dni temu Stanami Zjednoczonymi wstrząsnęła publikacja raportu, z którego wynika, że przez 70 lat wysocy hierarchowie Kościoła katolickiego na masową skalę zacierali ślady po molestowaniu seksualnym w Pensylwanii. Autorzy raportu wskazują, że pedofilami było co najmniej 300 kapłanów w sześciu diecezjach, a ich ofiarami były tysiące dzieci.
W konsekwencji kolejnych afer pedofilskich następuje w USA masowy odpływ wiernych. Katolicy odczuwają wstyd ze względu na masową skalę pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie przez hierarchię Kościoła. W ciągu ostatnich lat wyszło na jaw wiele przestępstw seksualnych duchownych, których efektem jest utrata przez Kościół kilku milionów wiernych.
Stany Zjednoczone to nie jedyny kraj, w którym ujawniono olbrzymią skalę pedofilii wśród księży katolickich, co doprowadziło do masowego odpływu wyznawców. Skandale dotyczące przestępstw seksualnych spowodowały kryzys w Kościele katolickim w Irlandii, w Niemczech, w Belgii czy w Holandii. We wszystkich tych państwach świeckie komisje ujawniały olbrzymią skalę pedofilii wśród księży i odsłaniały system ukrywania zboczeńców w sutannach. Wszędzie okazywało się, że nie tylko księża wykorzystywali seksualnie dzieci, ale i hierarchowie, biskupi, ukrywali przestępców, unikając współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości. Problem z Kościołem nie polega zatem jedynie na dużej skali pedofilii, bo pedofile zdarzają się w każdej grupie zawodowej i w każdym środowisku. Rzecz w tym, że Kościół chroni przestępców, a w system ukrywania winnych byli i są zaangażowani najwyżsi dostojnicy kościelni, z papieżami włącznie.
Polska jest jednym z ostatnich krajów o silnej pozycji Kościoła katolickiego, w którym księża pedofile pozostają w znacznej mierze bezkarni i w którym nigdy nie powstała żadna silna instytucja, badająca skalę przestępstw seksualnych wśród duchownych. Gdy – z rzadka – wychodzi na jaw skandal pedofilski, w który uwikłani są księża, hierarchia kościelna ogłasza, że to indywidualny przypadek, za który Kościół jako całość nie odpowiada. W ten sposób najwyżsi hierarchowie uciekają od odpowiedzialności, a kler zachowuje pozycję autorytetu moralnego. W wielu krajach Kościół pod wpływem nacisku opinii publicznej podejmował krytyczną pracę nad sobą – we Francji czy Holandii dzisiaj jest znacznie słabszy, ale w większym stopniu poddany społecznej kontroli i nadzorowi państwa.
W Polsce kler wciąż pozostaje samowolnym i uprzywilejowanym państwem w państwie, który w zarodku niszczy wszelkie krytyczne badania nad sobą. Episkopat boi się odkrycia olbrzymiej skali przemocy seksualnej wśród księży i efektu, który nastąpił w Irlandii, Niemczech czy USA. Nic nie wskazuje na to, aby liczba pedofilów w sutannach była w naszym kraju mniejsza niż w innych krajach, tym bardziej, że w ukrywanie przestępców seksualnych bezpośrednio uwikłany był polski papież Jan Paweł II. Niestety Kościół wciąż uparcie odmawia współpracy ze świeckimi organami ścigania przy badaniu przestępstw seksualnych, a kolejne rządy boją się wystąpić przeciwko hierarchii kościelnej. Dlatego najwyższy czas na powołanie świeckiej komisji, która zajęłaby się pedofilami w sutannach. Pozwoliłaby ona na odsłonięcie prawdziwej skali pedofilii wśród kleru i systemu ukrywania przestępców, a zarazem prawdopodobnie doprowadziłaby do masowego odpływu wiernych z Kościoła.
Czas, aby prawda nas wyzwoliła!