Niechciane delegacje

W tych dniach rząd Prawa i Sprawiedliwości, podążając śladem rządu węgierskiego, złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. dyrektywy o pracownikach delegowanych. Powód? Zdaniem MSZ – jej protekcjonistyczny charakter, który utrudnia realizację traktatowej zasady wolności przepływu siły roboczej i usług.

 

Przypomnę, że ministrowie państw UE odpowiedzialni za sprawy społeczne, zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych 21 czerwca br. To są proste reguły – po 12 miesiącach pracy za granicą pensja zatrudnionego będzie musiała zostać zrównana z płacą oferowaną na terenie danego kraju. Obecnie jedynym wymogiem jest wypłacanie przynajmniej płacy minimalnej obowiązującej w kraju delegowania. Zmiana wejdzie w życie w 2020 r., ale jej pierwsze efekty już odczuwa polski rynek agencji pracy.
Według raportu przytaczanego przez portal Money.pl (02.10.2018), a sporządzonego przez Polskie Forum HR –organizację pracodawców reprezentującą polski rynek agencji zatrudnienia, ich liczba spadła po raz pierwszy od 2009 r. Obroty osiągnęły w ub. roku 4 mld. zł. Wysyłanie pracowników za granicę stanowi jedynie 2 proc. tej kwoty, ale – zdaniem Money.pl – i tak mówimy o ok. 80 mln zł, które wypadają z puli do opodatkowania przez polskiego fiskusa.
W przeliczeniu na jedną z ok. 8 tys. agencji pośrednictwa pracy (bo tyle jest zarejestrowanych) nie jest to co prawda dużo, ale rzeczywiście może to być sygnał potwierdzający, że coś zaczyna się dziać.
Drugim z problemów, o którym zaczyna być głośno, to „nakłanianie” przez francuskich czy niemieckich urzędników (poprzez dokuczliwe kontrole) polskich pośredników, żeby zakładali swe firmy na terenie ich krajów.
Money.pl: „51 proc. pracowników, którzy za pośrednictwem agencji podjęli pracę poza Polską, zdecydowało się jedynie na krótkie sezonowe 3-miesięczne kontrakty. Teoretycznie więc dyrektywa nie powinna w nich uderzać. Opisane podejście urzędników już tak. To bowiem najczęściej osoby zajmujące stanowiska niewymagające wysokich kwalifikacji – magazynierów, pracowników branż ogrodniczej czy sadowniczej lub tzw. »pakowacze ręczni«. Co dla nich będzie oznaczało przenoszenie polskich firm do państw zachodnich? Przede wszystkim droższe usługi i mniejsze zyski, które reperowały domowe budżety.”
Firmy pośredniczące piszą więc ponure scenariusze – że na skutek dyrektywy o pracownikach delegowanych ceny ich pośrednictwa wzrosną o 25 proc., że wielu Polaków nie będzie na to stać, więc będą zdani na pracę „na czarno”, co zwykle wiąże się z trudnymi warunkami bytowania i wystawieniem na oszustwa…
Owszem, tak może być, ale wcale nie musi. W czerwcu br., gdy PE przyjmował dyrektywę w sprawie pracowników delegowanych, pisałem w tym miejscu:
„Polska ma 400 tys. osób będących na kontraktach, czyli takich, którzy są pracownikami delegowanymi. (Wszystkich, a nie tylko wysłanych przez agencje pracy – BL). Oni są „posted”. Po angielsku rozróżniamy bowiem – „delegated” i „posted”. „Delegated”, to jest ktoś, kto wyjechał za granicę w delegacji służbowej – coś załatwia i wraca. Nikt z tej kategorii pracowników nie jest „posted”, czyli nie pracuje na stałe przez jakiś okres. To jest bardzo ważne, trzeba to bardzo wyraźnie rozróżniać. Nowe, przyjęte przez UE rozwiązanie oznacza, że pracownik delegowany („posted”) powinien zarabiać co najmniej (!) na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?
Po pierwsze – pracownicy delegowani mogą być opłacani znacznie godniej; po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą; po trzecie – na rynku europejskim mamy konkurentów, na przykład Bułgarów, czy Rumunów, którzy akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.
Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, opowiadają się za tym, by pracownicy delegowani zarabiali podobnie jak miejscowi. Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii. Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.”
Reasumując – przytoczona publikacja portalu Money.pl dowodzi, że moje przewidywania były słuszne, i że w grze na europejskim rynku pracy zaczęła się nowa runda wedle nowych zasad – wszyscy mamy takie same prawa. Polscy pracownicy też.
Piłka jest po stronie pracodawców i firm pośredniczących. Myślę, że ani jedni ani drudzy nie mają innego wyjścia, jak spojrzeć na nowo na swoje kalkulacje. Pracodawcy muszą zacząć lepiej płacić, a pośrednicy muszą zrewidować podejście do swoich marż. W każdym przypadku zyska pracownik, który nota bene wcale nie musi wyjeżdżać na saksy. Wystarczy stworzyć mu w Polsce europejskie warunki pracy. Braki w zatrudnieniu stanowią już problem dla naszej gospodarki. Pamiętamy przecież dramatyczne relacje sprzed kilku tygodni z sadów zaścielonych owocami, których nie było komu zbierać, tysiące kartek „zatrudnię pracowników”, które pokryły drzwi, witryny i tablice ogłoszeniowe przetwórni owocowych, chłodni, zakładów budowlanych, firm drogowych, magazynów, hoteli, kawiarni, restauracji, a nawet wieżyczki ratowników wodnych.
Podwyżka płac w Polsce jest nieunikniona, pracodawcy nie uciekną od tego. Władze zresztą też, co chyba już zauważają, bo, jak wynika ze statystyk, płace rosną. Częściowo na skutek decyzji własnych rządu, częściowo w efekcie coraz głośniejszych żądań (patrz ostatnie demonstracje pracowników służb mundurowych, nauczycieli, akcje protestacyjne pielęgniarek, rolników i sadowników), ale już widać, że ten proces jest nieodwracalny. Tym bardziej, że choć jeszcze formalnie nie weszła w życie, to dyrektywa unijna o pracownikach delegowanych też już działa. Myślę, że odwoływanie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele tu pomoże.