Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.

Flaczki tygodnia

Pan premier-milioner Mateusz Morawiecki poleciał do Parlamentu europejskiego aby podzielić się z naszymi partnerami z Unii Polsko-Europejskiej swymi propozycjami zreformowania Unii. Niektórymi sensownymi, jak choćby likwidacji okradających nas „rajów podatkowych. Ale poleciał w czasie, kiedy w Polsce kaczyści przejmują kontrolę nad Sądem Najwyższym. Chcą podporządkować go woli pana Naczelnika Kaczyńskiego. Taki stan sprzeczny jest z fundamentalnymi zasadami obowiązującymi w Unii Polsko – Europejskiej. I za to pan premier – milioner został w Parlamencie totalnie skrytykowany.

***

Ciepłe słowa usłyszał tam jedynie od brytyjskich konserwatystów, zdeklarowanych przeciwników Unii Polsko- Europejskiej. I euro deputowanych z PiS. Miss lizusostwa została euro deputowana Jadwiga Wiśniewska. Ogłosiła w narodowo-katolickiej TVP info, że było to wystąpienie najlepsze w historii tego Parlamentu. Wzbudziła tym zawiść koleżanek i kolegów z PiS. W czasach stalinowskich takim „przodownikom pracy”, jak Wiśniewska, podawano gorącą cegłę.

***

Swą klęskę w Parlamencie Europejskim pan premier-milioner Morawiecki ogłosił „ciemnemu ludowi” z PiS jako swoje zwycięstwo. A powodem słyszalnej krytyki był jedynie „postkomunizm i lewactwo” jakimi przesiąknięty jest ten Parlament. Dlatego on, prawdziwy polski antykomunista, trafił tam na wrogą sforę. Nie dodał, że najwięcej krytyki nie padło tam z ust euro deputowanych z frakcji komunistów, socjalistów i zielonych, lecz europejskiej prawicy. Liberałów, chrześcijańskich demokratów i ludowców. Trzeba być wyjątkowo głupim, albo zakłamanym, żeby niemieckich chadeków albo holenderskich liberałów oskarżać o „postkomunizm”.

***

W Warszawie krąży powiedzonko, że żydowscy faryzeusze i nawet sam Pinokio powinni teczki panu premierowi-milionerowi nosić. I uczyć się od niego kreowania „postprawdy”. A ściślej tej „trzeciej prawdy” w skali księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli „gówno prawdy”.

***

O panu premierze Mateuszu Morawieckim piszemy teraz premier-milioner. Nieprzypadkowo, bo rzeczywiście pan premier jest milionerem. Swoich milionów, nawet tego pierwszego, nie ukradł. Zarobił je pracując dla międzynarodowej, zapewne też żydowskiej, finansowej plutokracji. W zarządzie niepolskiego, międzynarodowego banku, który zarabiał w Polsce i wyprowadzał swe zyski za granicę.
Teraz prorządowa propaganda kreuje pana premiera-milionera na na byłego lidera robotniczej „Solidarności”. Człowieka o gołębim, prosocjalnym sercu. Naprawdę pan premier-milioner był radykalnym działaczem „Solidarności Walczącej”, która uważała „Solidarność” Wałęsy, Frasyniuka, Piniora, Kaczyńskiego Lecha za związek oportunistów, zbyt uległy wobec ówczesnej władzy. Młody Morawiecki nieraz był pałowany przez funkcjonariuszy milicji i SB. Nieraz pewnie już za samo nazwisko, bo jego tatuś Kornel Morawiecki był przywódcą „Solidarności Walczącej”. Ma za co tamtej „komuny” nienawidzić.

***

Ten żywiołowy, obsesyjny czasem, antykomunizm pana premiera-milionera nie był szkodliwy społecznie, kiedy pan Mateusz Morawiecki był prezesem zagranicznego banku, albo doradcą byłego premiera Donalda Tuska. Teraz jest jednak premierem średniej wielkości państwa. I jego prywatne obsesje nie powinny determinować polityki całego państwa polskiego. Polska nie jest folwarkiem jaśnie pana premiera-milionera.

***

A tak bywa. W miniony weekend odbył się w Sofii szczyt Grupy 16+1. To szesnastka państw Europy Środkowo-Wschodniej + Chiny. Chiny stworzyły ją podczas spotkania założycielskiego w 2014 roku w Warszawie. I wyznaczyły Polskę na lidera tej szesnastki. Obiecały też szesnastce liczne inwestycje infrastrukturalne finansowane z chińskich kredytów. Co byłoby wzmocnieniem lansowanej przez kaczystów koncepcji „Trójmorza”.
Niestety chińskie młyny mielą powoli i wielkich projektów, poza linią kolejową Belgrad – Budapeszt na razie nie ma. Ale współpraca z Chinami wymaga cierpliwości i obecności na wszystkich spotkaniach. Jest jak ogród, trzeba go regularnie pielęgnować.

***

Na szczyt 16+1 przyleciał chiński premier Li Keqiang. Przylecieli liczni premierzy państw europejskiej szesnastki. Polskę, lidera tej grupy, reprezentował jedynie pan wicepremier, minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Człowiek spoza grupy trzymającej władzę. Koalicjant PiS. Dla przeczulonych na punkcie hierarchii Chińczyków był to sygnał, że rząd PiS uznał sofijski szczyt i możliwość spotkania z chińskim premierem za sprawę drugorzędną. Bo przysłał polityka z drugiego rzędu. Zresztą sam pan wicepremier Gowin pytany przez TVP info o korzyści dla Polski wynikające ze szczytu, pochwalił się, że podpisano jedna ważną umowę z Chinami. O współpracy w hodowli koni.

***

W Warszawie od miesięcy wiewiórki ćwierkają, że nastąpiło ochłodzenie na linii Warszawa – Pekin, bo pan premier – milioner, żywiołowy antykomunista, nie trawi kontaktów z komunistami chińskimi. Dlatego nie poleciał na szczyt 6+1 do Sofii. Choć był tam obecny premier Wiktor Orbán, jedyny sojusznik PiS w Europie. Był, bo Budapeszt konsekwentnie zabiega, aby europejskim liderem 16+1 stały się Węgry. By tam popłynął strumień chińskich kredytów. Orbán, choć też deklaruje antykomunizm, starannie pielęgnuje kontakty z Pekinem, Moskwą, Waszyngtonem, Brukselą. Nie wojuje też z Izraelem, nie zaprzecza pomocy udzielanej Niemcom przez Węgrów w holocauście węgierskich Żydów. Ssie każdy, dostępny mu cycek.

***

Rosjanie i Niemcy wycyckają Polskę z zysków chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Niemiecka kolej DB i rosyjska RŻD podpisały umowę o tranzycie towarów z Chin do Europy z pominięciem Polski, przez Morze Bałtyckie. Jest zapotrzebowanie na taki nowy szlak, bo istniejąca linia Chengdu – Łódź jest niewydolna. Bo były minister obrony narodowej pan Antoni Macierewicz zablokował rozbudowę terminalu CARGO w Łodzi. Bo dostrzegł w tym „zagrożenie dla interesów amerykańskiego sojusznika”. Tak pisze Konrad Kołodziejski w prorządowym tygodniku „sieci”!!!. Ideowy antykomunista.

***

Niedzielę na wizytę na ukraińskim Wołyniu zaplanował pan prezydent Andrzej Duda. Aby przypomnieć tam ludobójstwo ukraińskie w roku 1943. Na ten sam dzień wizytę w lubelskiej wsi Sahryń zaplanował prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Aby przypomnieć tam polskie ludobójstwo w roku 1944. Poza tym obaj prezydenci wiele mówią o konieczności przyjaźni i strategicznego partnerstwa między obu bratnimi narodami

Wkurzeni górnicy, wkurzeni weterani

Około tysiąca osób 19 czerwca usiłowało wedrzeć się do budynku Rady Najwyższej w centrum Kijowa. Akcję protestacyjną zorganizowali górnicy wydobywający węgiel kamienny, ale również weterani i ofiary katastrofy w Czarnobylu. Sprzeciwiali się drastycznym cięciom świadczeń.

 

Do dzielnicy rządowej sprowadzono wzmocnione patrole Gwardii Narodowej oraz specjalne jednostki do negocjowania z uczestnikami manifestacji. Mimo to doszło do starć z policją.
Prezydent Poroszenko obciął emerytury oraz odszkodowania wypłacane ofiarom katastrofy atomowej. Postanowiono również zamknąć niektóre kopalnie – choć górnicy nie otrzymali jeszcze ponad 29 milionów dolarów zaległych pensji.

Na górników z Donbasu przypada prawie połowa sumy długu: 400 mln hrywien (15 milionów dolarów), z czego 186,7 milionów (7 milionów dolarów) należy się pracownikom państwowego przedsiębiorstwa „Selidowulog”.

„Górnicy z całej Ukrainy przyjechali do Kijowa. Zebraliśmy pod budynkiem Rady Najwyższej Ukrainy. W państwowym sektorze węglowym powstała krytyczna sytuacja. Zaległości w wypłatach dla górników państwowych przedsiębiorstw górniczych wynoszą 761,1 miliona hrywien” – informował w dniu protestu na Facebooku przewodniczący Niezależnego Związku Zawodowego Górników Ukrainy Michaił Wołyniec.

Razem z resztą pikietujących domagał się od rządu zmiany w ustawie o budżecie na bieżący rok, która zagwarantowałaby odpowiednie finansowanie przemysłu węglowego i wypłatę choć części zaległych wynagrodzeń dla pracowników. Praktycznie we wszystkich państwowych kopalniach górnicy czekają na pensje i powoli tracą cierpliwość.

Do protestujących wyszła pierwsza wiceprzewodnicząca Rady Najwyższej Iryna Heraszczenko, aby uspokoić nastroje. Obiecała im utworzenie grupy inicjatywnej, która ma lobbować na rzecz protestujących i negocjować z rządem. Protestujący zgodzili się – teraz czekają na efekty obietnic. Zapowiadają, że jeśli będzie trzeba, przyjadą po raz drugi.

– Mamy zagwarantowaną opiekę medyczną, transport oraz socjal. Prezydent zabrał nam jednak już prawie wszystko. Resztę zabiorą zimą. Jak długo mamy to wytrzymywać? – mówił mediom jeden z uczestników protestu.