Brzęczek w butach Nawałki

W tym roku nasza piłkarska reprezentacja nie zachwyca ani wynikami, ani stylem gry. Zmiana selekcjonera niewiele w tym względzie zmieniła, może dlatego, że Jerzy Brzęczek zbyt dosłownie „wchodzi w buty” po Adamie Nawałce.

 

Przed niedzielnym meczem z Włochami (zakończył się po zamknięciu wydania) Jerzy Brzęczek w roli selekcjonera biało-czerwonych nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zaliczył dwa remisy po 1:1 z Włochami w Bolonii i Irlandią we Wrocławiu oraz porażkę 2:3 z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. „Jeśli weźmiemy pod uwagę, jacy to byli przeciwnicy, to mój start nie wygląda tak źle. Patrząc na to, jak radzili sobie moi poprzednicy, uważam, że nie mam się czego wstydzić” – stwierdził Brzęczek w na łamach pezetpeenowskiego portalu „Łączy nas piłka”. Nie wszyscy pewnie podzielają jego pogląd, ale to szczegół. Większe kontrowersje wywołuje jego ocena spotkania z Portugalią. „Brakowało nam nieco agresywności, doskoku do rywala, zwłaszcza w bocznych sektorach. Przy szybkich piłkarzach, jakim dysponował przeciwnik, było to szczególnie widoczne” – wyjaśniał selekcjoner.

Można i tak, tylko że w licznych komentarzach i opiniach lista pretensji pod adresem reprezentacji była znacznie dłuższa. Kwestionowano pomysł ustawienia lewonożnego Piotra Zielińskiego na prawym skrzydle, przez co ten piłkarz stracił połowę swojej przydatności. Brzęczek mógł rzecz jasna tłumaczyć, że akurat Rafał Kurzawa, którego wystawił do gry na lewej flance, także jest lewonożny, ale skoro tak, to dlaczego w meczu z aktualnymi mistrzami Europy zdecydował się na taki personalny wariant, skoro powołał na zgrupowanie 27 piłkarzy, wśród których byli też ofensywni gracze prawonożni. Inne pytanie dotyczy obsady lewej strony linii defensywnej. Brzęczek uparcie zaprasza na zgrupowania specjalistów na tej pozycji, Arkadiusza Recę z Atalanty Bergamo i Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków, zaś w meczu z Portugalią do gry posłał Artura Jędrzejczyka, a przed spotkaniem z Włochami spekulowano, że zagra na tej pozycji Bartosz Bereszyński, a jego miejsce na prawej flance zajmie Paweł Olkowski.

W tym przypadku nieistotne są nazwiska, lecz łamanie fundamentalnej piłkarskiej zasady, że piłkarz nie grający na co dzień na określonej pozycji zawsze wypadnie gorzej od tego, który nas tej pozycji gra. Powód jest oczywisty – w dzisiejszym zdominowanym przez schematy taktyczne futbolu automatyzm w zachowaniach boiskowych jest podstawą w organizacji gry zespołów reprezentacyjnych, które nigdy nie mają dość czasu na porządne wyćwiczenie odpowiednich zachowań. Skutki zlekceważenia tej zasady widzieliśmy – na lewej stronie Portugalczycy hasali jak po łące, bo Jędrzejczyka ciągnęło do środka boiska, gdzie na cod zień gra w Legii. Pod tym względem Brzęczek powiela błędy Nawałki, ale to jest temat na inną opowieść.

 

Szczęsny był lepszy od kolegów z kadry

W meczu na szczycie włoskiej ekstraklasy Juventus Turyn w 7. kolejce pokonał SSC Napoli 3:1. Z trzech reprezentantów Polski cały mecz rozegrał jedynie Wojciech Szczęsny w bramce Juventusu. Piotr Zieliński został zmieniony w 61. minucie, a Arkadiusz Milik w tej minucie wszedł na boisko.

 

SSC Napoli z Piotrem Zielińskim w wyjściowej jedenastce nie zdołało wywalczyć w Turynie punktów. Mistrzowie Włoch wyprowadzili trzy zabójcze ciosy i rozłożyli przybyszy na łopatki. Turyńczycy wygrali 3:1, ale gdyby wykazali się lepszą skutecznością, mogli strzelić więcej goli. Tym samym zrewanżowali się ekipie z Neapolu za porażkę z rundy wiosennej poprzedniego sezonu, kiedy to na własnym stadionie w 34. kolejce ulegli im 0:1.

Piłkarz z Neapolu dotrzymywali kroku rywalom tylko przez 25 minut pierwszej połowy. Później do głosu doszli gospodarze, w szeregach których kapitalne zawody rozgrywał Cristiano Ronaldo. Portugalczyk sam wprawdzie gola nie strzeli, ale miał udział przy wszystkich trzech bramkach Juventusu. Dwie z nich zdobył Mandzukic, a trzecią Bonucci. Z trzech polskich graczy cały mecz zaliczył jedynie Wojciech Szczęsny i nasz reprezentacyjny bramkarz zaliczył udany występ. Przy golu Mertensa nic nie mógł zrobić, bo Belg strzelał z kilku metrów. „Byłem zaskoczony tym, że słabo weszliśmy w mecz. Mogliśmy stracić dwa gole, straciliśmy jednego. Wiedzieliśmy jednak, że jesteśmy świetnie przygotowani fizycznie, mamy mocnych rezerwowych, do tego doszła czerwona kartka dla przeciwnika” – powiedział Szczęsny na antenie stacji Eleven.

Piotr Zieliński na początku spotkania popisał się świetnym uderzeniem z dystansu, po którym piłka odbiła się od słupka, a później przygasł i ostatecznie w 61. minucie na boisku zastąpił go Kevin Malcuit. Pewnym zaskoczeniem było posadzenie na ławce rezerwowych Arkadiusza Milika, chociaż trzy dni wcześniej strzelił on dwa gole w ligowej potyczce z Parmą. Trener Carlo Ancelotti zamiast polskiego snajpera posłał do boju Driesa Mertensa i raczej nie pomylił się w wyborze, bo Belg w 10. minucie zdobył bramkę dającą Napoli prowadzenie.

Momentem zwrotnym spotkania była kontrowersyjna sytuacja z 59. minuty, gdy piłkarz Napoli Mario Rui brutalnie sfaulował Paolo Dybalę i za karę wyleciał z boiska. Niestety, Argentyńczyk przepłacił ten faul kontuzją i w 72. minucie musiał opuścić boisko. Dla trenera Napoli Carlo Ancelottiego była to druga porażka w pierwszych ośmiu meczach w roli szkoleniowca tejgo zespołu. Doświadczony trener w przeszłości prowadził też Juventus, ale kibice tej drużyny przywitali go chłodno.”Pocieszam się wygraniem Ligi Mistrzów w 2003 roku” – skomentował niechętne mu zachowanie fanów Ancelotti, nawiązując tym do finału tych elitarnych rozgrywek, w którym prowadzony przez niego AC Milan pokonał po rzutach karnych właśnie Juventus.

 

Messi rozpoczął wyścig strzelców

W pierwszej kolejce Champions League najwyższe zwycięstwo odniosła Barcelona (4:0), a jej as Leo Messi ustrzelił hat-tricka i zmniejszył dystans do lidera wszech czasów Cristiano Ronaldo. Robert Lewandowski też miał powody do zadowolenia, bo jego gol strzelony w meczu z Benficą Lizbona dał mu awans na 9. miejsce w tej klasyfikacji.

 

Messi strzelił trzy gole dla Barcelony we wtorkowym meczu z PSV Eindhoven (4:0). Argentyńczyk po tym wyczynie ma już na koncie 103 trafienia w Lidze Mistrzów, ale w klasyfikacji wszech czasów zajmuje drugą lokatę, bo liderem ze 120 bramkami jest Cristiano Ronaldo. 33-letni Portugalczyk w tej kolejce nie poprawił swojego dorobku, bo w środowym meczu Juventusu Turyn z Valencią wyleciał z boiska z czerwoną kartką po niespełna pół godzinie gry. Był tak wściekły na niemieckiego arbitra Feliksa Brycha, że schodząc z boiska dosłownie popłakał się ze złości.

Miał ku temu powód, bo kara za lekkie potarganie czupryny symulującego faul gracza Valencii była mocno na wyrost. Cristiano Ronaldo będzie teraz z niepokojem oczekiwał na werdykt organu dyscyplinarnego UEFA, bo jeśli jego zachowanie zostanie ocenione jako agresywne i niesportowe, może dostać nawet trzy mecze dyskwalifikacji. A jego najgroźniejsi konkurenci do sławy i piłkarskich splendorów z pewnością nie zmarnują tego czasu. Hat-trick Messiego jest sygnałem, że Argentyńczyk po nieudanych dla niego mistrzostwach świata w Rosji będzie chciał odrobić wizerunkowe straty właśnie w Lidze Mistrzów.

 

Zacięty wyścig snajperów

W poprzedniej edycji najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek był Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 120 trafień prowadzi też zdecydowanie w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów wszech czasów. Messi ma w tej chwili 17 goli mniej, ale jeśli utrzyma strzelecką dyspozycję, ten dystans może już w tym sezonie znacznie zniwelować. Rywalizacja tych dwóch genialnych piłkarzy o miano najlepszego gracza XXI wieku toczy się na poziomie niedostępnym dla innych zawodników. W klasyfikacji wszech czasów w czołowej „10” zestawienia z czynnych graczy są jeszcze tylko Karim Benzema i Robert Lewandowski. Francuski napastnik Realu Madryt ma na koncie 56 trafień i zajmuje na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem czwartą lokatę. Przed nimi, oprócz rzecz jasna prowadzących na liście Cristiano Ronaldo i Messiego, jest jeszcze trzeci w klasyfikacji wszech czasów Raul Gonzalez. Ten fantastyczny przed laty snajper w Lidze Mistrzów strzelił 71 goli i na razie nie musi obawiać się utraty trzeciego miejsca na podium. Benzema ma do niego 15 bramek straty i w tym sezonie raczej na pewno tego dystansu nie odrobi.

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim. Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), el. Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli). Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

 

Lewandowski wśród tuzów

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim.

Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), eliminacji Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli).

Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

Indywidualne osiągnięcia czołowych snajperów to jednak tylko ich prywatna sprawa, bo w Lidze Mistrzów najważniejsze są wyniki zespołów. Pierwsza kolejka spotkań nie daje jeszcze odpowiedzi na pytanie, które z nich w tej edycji będą się liczyć w rywalizacji o czołowe lokaty. Nawet szokująca porażka faworyzowanego Manchesteru City na własnym stadionie z Olympique Lyon nie odbiera szans drużynie prowadzonej przez Pepa Guardiolę. Podobnie przedwczesne byłoby skreślenie z grona faworytów ekipy Paris Saint-Germain, ale wyjazdowa porażka paryżan z FC Liverpool powinna być dla nich ostrzeżeniem.

 

Udane występy Polaków

O występie Lewandowskiego była już mowa. Kapitan naszej reprezentacji swoim trafieniem w 10. minucie otworzył wynik spotkania z Benfiką Lizbona i do końca grała bardzo dobrze, za co dostał w zawsze dla niego surowych niemieckich mediach wysokie oceny. Znakomity występ w barwach Juventusu Turyn zaliczył Wojciech Szczęsny. Nasz reprezentacyjny bramkarz miał w meczu z Valencią sporo pracy, bo od 30. minucie ekipa z Turynu grała w osłabieniu po kontrowersyjnej czerwonej kartce dla Cristiano Ronaldo. Już w doliczonym czasie gry Szczęsny popisał się kapitalną interwencją przy obronie rzutu karnego i to dzięki niemu Juventus zachował czyste konto, a po dwóch wykorzystanych „jedenastkach” przez Miralema Pjanica wywiózł z Walencji komplet punktów.

Nie zawiódł oczekiwań broniący trofeum Real Madryt, który w efektownym stylu pokonał AS Roma 3:0. Gole dla „Królewskich” strzelili Isco, Gareth Bale i 25-letni Mariano Diaz, który latem wrócił na Santiago Bernabeu z Olympique Lyon i dostał zwolniony przez Cristiano Ronaldo numer 7. Dla portugalskiego gwiazdora jak widać nie ma w Realu wdzięczności. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć, jeśli w tej edycji w fazie pucharowej Real Madryt trafi na Juventus.
Wracając do polskich piłkarzy – na pewno zadowolony ze swojego występu może być Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund udanie rozpoczęła rywalizacje w grupie A wygrywając na wyjeździe z Club Brugge 1:0. Zdecydowanie mniej powodów do zadowolenia miał Kamil Glik, bo grające także w tej grupie AS Monaco przegrało na własnym stadionie z Atletico Madryt 1:2.

W jeszcze gorszym nastroju musiał być Grzegorz Krychowiak, bo Lokomotiw Moskwa w Stambule dostał lanie 0:3 od Galatasaray. Niezadowoleni z występu swojej drużyny byli też Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik, bo SSC Napoli tylko zremisowało 0:0 z uznawana za outsidera grupy C drużyną Crvenej Zvezdy Belgrad.

 

Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.

 

Dziewięciu Polaków zgłoszonych do gry w Champions League

Dziewięciu polskich piłkarzy znalazło się w kadrach 32 zespołów, które we wtorek rozpoczną rywalizację w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

 

Ośmiu naszych zawodników ma w swoich klubowych zespołach mocne pozycje – są to Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund, Kamil Glik w AS Monaco, Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w SSC Napoli oraz Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa i oczywiście Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Większych szans na występy nie ma raczej najmłodszy ze zgłoszonych do Ligi Mistrzów polskich graczy, 19-letni bramkarz FC Liverpool Kamil Grabara. W angielskim klubie pierwszym golkiperem jest obecnie Brazylijczyk Alisson Becker, a drugim Belg Simone Mignolet. Ale już sam fakt, że trener „The Reds” Juergen Klopp wpisał młodego Polaka na „listę startową” jest dla tego utalentowanego bramkarza ogromnym wyróżnieniem.

Lewandowski w Lidze Mistrzów zdobył jak do tej pory 45 bramek, co daje mu 10. miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych rozgrywek. Rekordzistą w tej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo z dorobkiem 120 goli. Obaj napastnicy będą mieli okazję poprawić swoje osiągnięcia strzeleckie już w środę. Juventus zagra na wyjeździe z Valencią, a Bayern także na wyjeździe z Benficą Lizbona.

Rekord Ligi Mistrzów innego rodzaju ustanowił hiszpański bramkarz FC Porto Iker Casillas, który we wtorek rozpoczął swój 20. sezon w Lidze Mistrzów. Nikt przed nim przez tyle lat nie występował w tych rozgrywkach. 37-letni obecnie hiszpański bramkarz zadebiutował w nich w barwach Realu Madryt w wieku 17 lat, w sezonie 1999-2000. Z zespołem, z którym był związany przez większość kariery, wygrał te rozgrywki trzykrotnie – w 2000, 2002 i 2014 roku.

 

Za Piotra Zielińskiego chcą już 100 mln euro

Włoskie media podają, że SSC Napoli jest gotowe podnieść gażę Piotrowi Zielińskiemu, ale w zamian chce zwiększyć kwotę odstępnego do 100 mln euro.

 

Zieliński jest ponoć skłonny przyjąć ofertę Napoli, gwarantującą mu podwyżkę zarobków z 1,1 mln euro do 2,5 mln euro. Jak podają włoskie media, reprezentant Polski nową umowę ma podpisać zaraz po powrocie ze zgrupowania kadry narodowej. Klub z Neapolu jest w tej sprawie mocno zdeterminowany, bo utalentowanym 24-letnim pomocnikiem interesują się już takie europejskie potęgi, jak Real Madryt, Manchester City, FC Liverpool i Chelsea Londyn.

Dlatego działacze Napoli naciskają w negocjacjach z menedżerem polskiego piłkarza, żeby zgodził sie na usunięcie z kontraktu tzw. klauzuli odstępnego. Ponieważ spotkali się ze stanowcza odmową, w zamiana na podwyżkę uposażenia wymogli także podwyżkę kwoty odstępnego, ponoć chcą ją ustalić na poziomie 100 mln euro.

Nowy kontrakt ma obowiązywać przez pięć lat, co oznacza, że jeśli któryś z wymienionych wcześniej potentatów zdecyduje się Zielińskiego wykupić, uczyni go najdroższym polskim piłkarzem w historii. Napoli na takim transferze sporo zarobi, bo za Polaka w 2016 roku zapłaciło Udinese 20 mln euro.

 

Brzęczek zażegnał kryzys

Po remisie z Włochami nastroje kibiców trochę się poprawiły. Przebudowana dość gruntownie przez Jerzego Brzęczka drużyna zagrała przyzwoity mecz i mogła nawet po raz pierwszy w historii wygrać z czterokrotnymi mistrzami świata na ich terenie.

 

Mecz z Włochami zaprzeczył stawianej u nas ostatnio dość powszechnie tezie, że po mundialowej wpadce nasza piłkarska reprezentacja popadnie w głęboki kryzys. Jerzy Brzęczek okazał się trenerem nie gorszym od Adama Nawałki, chociaż w drugiej połowie trochę się pogubił przy dokonywaniu zmian i z tego powodu nie wygrał meczu który był jak najbardziej do wygrania. Poza tym wygląda na to, że w swoim debiutanckim występie nowy selekcjoner dostał od przełożonych całkowicie wolną rękę i zrobił wszystko „po swojemu”.

 

Bramkarze równo rotowani

Na bramce postawił na Łukasza Fabiańskiego, a nie Wojciecha Szczęsnego, powszechnie w mediach uznawanego za numer 1 w tercecie naszych reprezentacyjnych golkiperów. Nie był to zły wybór, bo Fabiański zagrał bardzo dobrze, a gola stracił z rzutu karnego. Po meczu bramkarz West Hamu United zdradził zasady jakie Brzęczek wprowadził do rywalizacji na tej pozycji. Otóż ze słów Fabiańskiego wynika, że on i Szczęsny będą bronić w spotkaniach Ligi Narodów, zaś Łukasz Skorupski w towarzyskich. To oznacza, że w tym roku każdy z nich zagra w dwóch meczach, ale potem na podstawie tych sześciu występów ma zostać ustalona hierarchia obowiązująca już od początku przyszłego roku. Pomysł mocno kontrowersyjny, ale na tym etapie przebudowy kadry głównie dla trójki bramkarzy.

W obronie Brzęczek żadnych eksperymentów nie czynił. O tym, że na prawej obronie miejsce zwolnione przez Łukasza Piszczka zajmie Bartosz Bereszyński, było wiadomo od dawna. Obecność Kamila Glika w środku defensywy też była oczywista, natomiast wystawienie do gry grzejącego ławę w Southamptonie Jana Bednarka trudno uznać za akt odwagi, bo ten piłkarz w tej chwili jest po prostu lepszy od powołanych do kadry Marcina Kamińskiego i Adama Dźwigały.

Niewątpliwą niespodzianką było natomiast wystawienie na lewej flance obrony również grzejącego ławę w Atlancie Arkadiusza Recy. Po kontuzji Macieja Rybusa Brzęczek nie miał tu dobrego wyboru, bo miał w odwodzie jeszcze innego debiutanta Rafała Pietrzaka lub ewentualnie Tomasza Kędziorę, chociaż on na co dzień w Dynamie Kijów gra na prawej obronie. Selekcjoner lukę po Rybusie załatał jednak przy pomocy swoich ludzi, bo do gry posłał Recę, a na wsparcie dał mu przestawionego z prawej na lewą flankę pomocy Jakuba Błaszczykowskiego.

 

Rodzina jest najważniejsza

Wokół powołania Błaszczykowskiego było sporo hałasu, bo jak wiadomo ten zasłużony dla reprezentacji piłkarz jest siostrzeńcem selekcjonera, a że w swoim macierzystym klubie, VfL Wolfsburg, w tym sezonie właściwie nie grał, już samo jego powołanie do kadry wzbudziło falę krytyki. Błaszczykowski jest bez wątpienia bardzo pozytywną postacią i trudno mu odmówić zasług, ale najlepsze piłkarskie lata ma już za sobą. W meczu z Włochami nie zagrał źle, zwłaszcza w defensywie, ale jakoś tak się znowu złożyło, że to jemu przydarzył się brzemienny w skutkach błąd. Na telewizyjnych powtórkach rzecz jasna wyraźnie widać, że wślizg Błaszczykowskiego był zgodny z przepisami, bo trafił w piłkę, a Federico Chiesa po prostu sprytnie zasymulował podcięcie.

Niemiecki sędzia Felix Zwayer popełnił ewidentny błąd dyktując rzut karny, co nie zmienia jednak faktu, że tak doświadczony gracz jak Błaszczykowski nie powinien bez wyraźnej potrzeby tak ryzykownie interweniować w swoim polu karny. Brzęczek chwilę potem go zmienił, ale po meczu stwierdził, że z występu siostrzeńca jest zadowolony. To dowodzi, że selekcjoner ma ogromne serce dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Dla reprezentacji ta cecha charakteru niekoniecznie musi być szkodliwa, ale po prawdzie to rzadko kiedy szkodliwa nie jest.

 

Lewandowski wciąż najlepszy

Zdecydowanie najlepszym graczem w naszym zespole znów był Robert Lewandowski, który wprawdzie sam gola nie strzelił, ale to po jego podaniu Piotr Zieliński pokonał bramkarza gospodarzy. „Lewy” nie tracił piłek, rozgrywał akcje po mistrzowsku i właściwie to można mieć do Brzęczka żal, że zamiast po przerwie wpuszczać do gry za Błaszczykowskiego, Klicha i Zielińskiego defensywnych graczy (Rafał Pietrzak, Damian Szymański, Karol Linetty), nie posłał na boisko Arkadiusza Milika na lewą flankę za Błaszczykowskiego, a Krzysztofa Piątka do ataku w miejsce cofniętego na rozegranie Lewandowskiego. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że najlepszą obroną jest atak…

 

Włochy – Polska 1:1

Gole: Piotr Zieliński (40) – Jorginho (78 k).
Włochy: Gianluigi Donnarumma – Davide Zappacosta, Leonardo Bonucci, Giorgio Chiellini, Cristiano Biraghi – Lorenzo Pellegrini (46. Giacomo Bonaventura), Jorginho, Roberto Gagliardini – Federico Bernardeschi, Mario Balotelli (62. Andrea Belotti), Lorenzo Insigne (71. Federico Chiesa).
Polska: Łukasz Fabiański – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek, Arkadiusz Reca – Rafał Kurzawa, Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich (55. Damian Szymański), Jakub Błaszczykowski (80. Rafał Pietrzak) – Piotr Zieliński (65. Karol Linetty) – Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Chiellini – Klich, Błaszczykowski, Fabiański.  Sędziował: Felix Zwayer (Niemcy). Widzów: 26 000.

 

Popis Zielińskiego w Serie A

W 2. kolejce włoskiej Serie A znakomita formą błysnął rozgrywający SSC Napoli Piotr Zieliński. Reprezentant Polski w meczu z AC Milan przy stanie 0:2 poderwał swój zespół do walki strzelając dwa gole. Ostatecznie ekipa z Neapolu wygrała 3:2.

 

Tuż przed meczem z AC Milan we włoskich mediach pojawiła się informacja, że Zieliński otrzymał od SSC Napoli propozycję nowego kontraktu, w którym zagwarantowano mu znaczącą podwyżkę zarobków, ale też zwiększono tzw. klauzulę odstępnego do kwoty 100 mln euro. Reprezentant Polski już w starciu z mediolańskim zespołem pokazał, że jest wart takich splendorów. Do przerwy wprawdzie nie błyszczał, zresztą jak cała drużyna Napoli, ale w szatni trener Carlo Ancelotti pobudził swoich podopiecznych do działania i po zmianie stron obraz gry zmienił się na korzyść gospodarzy, wśród których wyróżniało się dwóch polskich graczy – oprócz Zielińskiego także Arkadiusz Milik. Tym razem jednak gole strzelał ten pierwszy. W 53. minucie strzelił kontaktowego gola, a niespełna kwadrans potem doprowadził do remisu. Milik w tym spotkaniu do bramki nie trafił, ale miał udział przy zwycięskiej bramce zdobytej przez Belga Driesa Mertensa.

Zieliński po raz pierwszy we Włoszech zdobył w dwie bramki w jednym meczu. Mecz z AC Milan był jego 156. występem w Serie A, co oznacza, że wyrównał rekord występów polskiego piłkarza we włoskiej ekstraklasie należący od 30 lat do Zbigniewa Bońka. 24-letni Zieliński gra na Półwyspie Apenińskim od siedmiu lat. Trafił tu z Zagłębia Lubin jako nastolatek i tajniki calcio zaczął zgłębiać w Udinese. W Serie A zadebiutował 2 grudnia 2012 roku, wszedł wtedy na boisko z ławki w wygranym 4:1 meczu z Cagliari. Potem został wypożyczony do Empoli, gdzie grał pod okiem trenera Maurizio Sarriego, który po przejściu do Napoli ściągnął go do tego klubu. Gdy Carlo Ancelotti latem przejął po nim zespół z Neapolu, poprosił szefów klubu, żeby zatrzymali młodego polskiego pomocnika za wszelką cenę.

Prośba była jak najbardziej uzasadniona, bo Zielińskiego bardzo chciał mieć w u siebie w Liverpoolu Juergen Klopp. Po meczu z AC Milan Zieliński otrzymał znakomite noty, chociaż trener Ancelotti zdjął go z boiska w 72. minucie. „Zieliński jest bardzo dobry, ale mam w zespole wielu świetnych zawodników. Zmieniłem go, bo jego problemem, z którym muszę sobie poradzić jako trener, jest nieśmiałość. On musi uwierzyć w siebie i w to, że może nawet sam pociągnąć zespół do zwycięstwa. Na razie tej pewności w nim nie ma, przez co po dobrym okresie gry potrafi stać się na boisku niewidoczny” – wyjaśnił swoja decyzję Ancelotti.

SSC Napoli po dwóch kolejkach jest wiceliderem Serie A z takim samym dorobkiem jak prowadzący Juventus Turyn, który z Wojciechem Szczęsnym w bramce w 2. kolejce pokonał Lazio Rzym 2:0.

 

Skręcona kostka Zielińskiego

Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik ledwie po wakacyjnej przerwie wznowili treningi w SSC Napoli, a już zrobiło się wokół nich głośno. Powodem była kontuzja Zielińskiego.

 

Kilka dni temu we włoskich mediach, a w ślad za nimi także w polskich, wybuchła mała burza po tym, jak na treningu urazu kostki doznał Zieliński, a włoscy dziennikarze donieśli, że był to skutek niemądrego żartu Milika, który rzekomo kopnął piłkę, na której Zieliński akurat postawił stopę.

Biuro prasowe Napoli zareagowało natychmiast na medialna wrzawę dementując za pośrednictwem Twittera plotkę rozpuszczoną przez dziennikarzy radia CRC. W komunikacie klubu z Neapolu podano, że Zieliński na treningu po prostu niefortunnie potknął się na piłce i źle stawiając stopę doprowadził do skręcenia kostki pierwszego stopnia , a Milik nie miał z tą sytuacją nic wspólnego. Potwierdzono przy okazji, że pomocnik reprezentacji Polski z powodu urazu musiał na jakiś czas przerwać treningi z zespołem, ale ta przerwa nie powinna potrwać dłużej jak dwa tygodnie.

Do wynikłego zamieszania odniósł się w końcu sam zainteresowany. „Takie rzeczy czasem się zdarzają, ale muszę przyznać, że z powodu mojej kontuzji jest mi zwyczajnie wstyd” – stwierdził na Twitterze Zieliński.

MŚ 2018: To jeszcze nie koniec biało-czerwonych

Nasza reprezentacja przegrała z Senegalem pechowo. W niedzielę z Kolumbią biało-czerwoni zagrają mecz „o wszystko”, co jest już smutną tradycją ich ostatnich popisów na mundialach. Tym razem jednak nie musi się skończyć tak samo jak w 2002 i 2006 roku.

 

Porażka polskiej reprezentacji z Senegalem to bez wątpienia jedna z największych zagadek rosyjskiego mundialu. Właśnie bardziej zagadek, niż niespodzianek czy sensacji. Nie ma bowiem żadnego sensownego wyjaśnienia dla słabego występu zespołu, który w rankingu FIFA klasyfikowany jest przecież w pierwszej dziesiątce. I chyba to jest główną przyczyną głębokiej frustracji Polaków w przededniu „meczu o wszystko” z Kolumbią.

 

Ciężar porażki z Senegalem

Nasi piłkarze, trener Adam Nawałka i działacze PZPN poczuli ten ciężar już chwilę po zakończeniu meczu z Senegalem, gdy obecni na stadionie Spartaka polscy kibice wygwizdali i zwymyślali dziękującym im za doping zawodnikom. To dla „Orłów Nawałki”, od pięciu lat cieszących się bezkrytycznym uwielbieniem kibicowskich mas, bez wątpienia było szokującym doznaniem. Zamiast „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” usłyszeli litanię wykrzykiwanych pod ich adresem pretensji. Zresztą jeszcze w trakcie meczu z trybun słychać było – „Polska grać, k***a mać!”. Dominujące wśród licznie przybyłych do Moskwy polskich kibiców przekonanie o piłkarskiej potędze biało-czerwonych, wyrażane w wykrzykiwanych hasłach w rodzaju: „Puchar jest nasz” czy też „Polska mistrzem świata”, po meczu zamieniło się w nastrój rozgoryczenia i zniechęcenia, który eksplodował złością i pretensjami. Nietrudno sobie wyobrazić co się będzie działo w Polsce, jeśli w niedzielę ekipa Nawałki przegra z Kolumbia i odpadnie z turnieju.

Obecni w stolicy Rosji wysłannicy polskich mediów, zwykle spolegliwi i bezkrytyczni wobec trenera Nawałki i jego wybrańców, widząc frustrację kibiców nie mogli już w swoich relacjach upiększać rzeczywistości. Na reprezentację Polski spadła fala krytyki o rozmiarach niemal zbliżonych do tej, która sześć lat przewaliła się przez kadrę Franciszka Smudy po jej kompromitacji na Euro 2012.  Reakcja Nawałki i piłkarzy była typowa – z miejsca ograniczyli kontakty z mediami, ale ich miejsce przed kamerami zajął prezes PZPN Zbigniew Boniek.

 

Oni to widzą i zapamiętają

Zaprawiony już w takich bojach były piłkarz reprezentacji i jej selekcjoner, mówił na ogół z sensem. „Nie jestem w szoku. Jest mi przykro, bo graliśmy słabo i jeśli tak będziemy grać, to nic tutaj nie zrobimy. Nie ma się jednak, co załamywać. Wszystko jest w naszych rękach. Jeśli wygramy dwa następne mecze, to nikt nam awansu nie zabierze. To oczywiste, że nie tak sobie wszyscy wyobrażaliśmy start w tym mundialu. Trzeba jednak być optymistą i trzeba wierzyć. Płacz teraz nic nie pomoże. A krytycy są od tego, żeby krytykować. Jesteśmy na to przygotowani, a ja powiem dziennikarzom tak – jedźcie z nami równo, im bardziej jedziecie, tym lepiej potem się gra. Doświadczyłem tego też jako piłkarz, więc wiem co mówię” – powiedział sternik polskiej piłki. Zaraz jednak wygłosił pod adresem żurnalistów żartobliwe ostrzeżenie, które zabrzmiało jednak jak groźba karalna: „Krytykujcie ile chcecie, tylko pamiętajcie, że my to widzimy i zapamiętamy”.

Stare przysłowie mówi jednak – na pochyłe drzewo i koza wskoczy. Tłamszeni przez propagandowy aparat PZPN dziennikarza, a w każdym razie znaczna ich część, dali folgę uczuciom i rzeczywiście „pojechali” z kadrowiczami bez trzymanki.

 

Nawałka pod ostrzałem

Wszelkie zarzuty pod adresem naszych reprezentantów były jednak na ogół chybione. Do słabego występu przeciwko Senegalczykom na pewno nie przyczyniła się ich nadmierna aktywność w reklamach, bo nie nagrywali ich przecież w trakcie zgrupowań w Juracie i Arłamowie. Nieprawdą jest też, że Thiago Cionek skompromitował się swoim występem. Gdyby nie fatalna w skutkach próba zablokowania strzału zakończona samobójem, po meczu jego statystyki byłyby takie same, jak w wielu poprzednich występach w kadrze. On zagrał na tyle, na ile potrafi, a kwestią sporna jest to, czy w ogóle powinien w tym meczu zagrać. Podobnie jak Arkadiusz Milik, zdecydowanie najgorszy gracz w naszym zespole i w ogóle na boisku.

Do pozostałych naszych piłkarzy trudno mieć jakieś poważniejsze pretensje. Po prostu mecz z Senegalem im nie wyszedł, ale winę za to ponosi wyłącznie trener Adam Nawałka, chociaż nawet do niego tak na dobrą sprawę też nie bardzo jest się o co przyczepić. Chyba każdy z nas układając przed mundialem w myślach wyjściową jedenastkę Nawałki, wypisywał na poszczególnych pozycjach nazwiska tych piłkarzy, na których we wtorek postawił selekcjoner. Szczęsny – Piszczek, Glik, Pazdan, Rybus – Błaszczykowski, Krychowiak, Zieliński, Grosicki – Milik, Lewandowski. Przez kontuzję w tym zestawie nazwisk zabrakło Glika, ale reszta to bezdyskusyjnie nasi najlepsi w powszechnym mniemaniu gracze. Jeśli Nawałka coś zawalił, to chyba tylko to, że od zakończenia eliminacji w żadnym z sześciu spotkaniach towarzyskich nie zagrał choćby w zbliżonym do powyższego ustawieniu.

No to kiedy mieli się zgrać, dopracować zagrania, wyćwiczyć nowe schematy gry i zmodyfikować już wyuczone? Gdyby nie dwa głupie błędy wygraliby z Senegalem 1:0. Jak będzie w niedzielę z Kolumbią?