Flaczki tygodnia

Pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i podległe mu, niestety, wojsko polskie przygotowywali się do corocznego, najważniejszego boju. Wielkiej Defilady ku czci Matki Boskiej Zielnej i Żołnierza Polskiego.
W skrócie WDkcMBZiŻP.

***

W tym roku defilada będzie większa od poprzednich. Aby wydatniej uwypuklić jej Wielkość pan minister Błaszczak wyznaczył nową, znacznie dłuższą trasę Wielkiej Defilady.
Zapowiedział udział w WDkcMBZiŻP aż 60 pocztów sztandarowych oraz 100 samolotów i śmigłowców, a także 200 pojazdów wojskowych. Z prostego rachunku wynika, że na jeden poczet sztandarowy wypadać będą prawie dwa samoloty lub śmigłowce i nieco więcej niż trzy pojazdy wojskowe.

***

Wielka Defilada będzie w tym roku imponująca, bo defilujące poczty sztandarowe wojska polskiego wesprze armada złożona z 900 rekonstruktorów historycznych. Dzięki temu oprócz regularnego, istniejącego jeszcze wojska polskiego, podczas Defilady paradować będą zrekonstruowani woje piastowscy, rycerstwo spod Grunwaldu, husaria spod Wiednia, ułani spod Somosierry, ułani spod Mokrej i także tak zwani „żołnierze wyklęci” spod zdobytych przez nich gorzelni i sklepów GS. „Tysiąc walecznych” pójdzie przez Warszawę.

***

W tym roku jeszcze nie będzie rekonstruktorów ubranych w mundury Ukraińskiej Armii Powstańczej, która 28 maja 1946 roku razem ze swymi towarzyszami broni z WiN, czyli „wyklęciuchami” opanowała na jeden dzień polski Hrubieszów.

***

Ukochani Czytelnicy! Flaczki zachęcają was do bacznego oglądania WDkcMBZiŻP. Postarajcie się wyłowić spośród pocztów sztandarowych, rzeszy rekonstruktorów i reprezentacji sojuszniczych armii aktualnych żołnierzy wojska polskiego.
Będzie to niezwykle trudne, bo wiek defilującego, używanego nadal przez polskie wojsko sprzętu bojowego może przekraczać pięćdziesiąt lat. Wiek technologiczny, bo niektóre z egzemplarzy samolotów, czołgów i transporterów mogą być nieco młodsze.
Ale każdy, zaprezentowany podczas tej Wielkiej Defilady sprzęt bojowy, prezentowany przez rekonstruktorów i obecnych żołnierzy zawodowych będzie archaiczny. Już nienowoczesny.

***

Wojsko polskie pod rządami prawicy z PO-PSL zostało rozbrojone. Opóźniano zakupy nowoczesnego sprzętu, degradowano polski przemysł zbrojeniowy. A wcześniej politycy PO krytykowali rząd SLD za zakup samolotów F-16. Dodatkowo za rządów PiS, zwłaszcza pana ministra Macierewicza, wojsko polskie zostało zdezorganizowane i upodlone. Zhańbione moralnie. Sprowadzone do roli parasoli panów Misiewiczów.

***

Podczas WDkcMBZiŻP nie zobaczcie, wielokrotnie zapowiadanych przez prominentów PiS, nowoczesnych śmigłowców ani samolotów. Nie zobaczycie nowych czołgów, zwłaszcza zapowiadanego polskiego „Andersa”. Nie będzie nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej. Nowoczesnych rakiet, bo produkcji licencjonowanego „Spike” nadal polski producent nie potrafi opanować.
Zobaczycie może ich atrapy. Zobaczycie nowoczesne ciężarówki z Jelcza, które są składane w Polsce z zagranicznych podzespołów. Zobaczycie na pewno ślicznie defilujących marynarzy, którzy nie mają na czym pływać. Bo kończą swój żywot dwa ostatnie, nadające się do pływania okręty podwodne. Bo polskie stocznie nie potrafią dokończyć budowanej od 17 lat korwety, która w międzyczasie przemieniła się w okręt patrolowo- defiladowy.

***

Pan prezydent Andrzej Duda wraz z jego liczną świtą wybiera się do Australii i Nowej Zelandii. Lecą samolotami rejsowymi, dlatego zarezerwowali bilety klasy najwyższej, godnej reprezentantów dumnej, niepodległej IV Rzeczpospolitej. Tej, która wstała z kolan.
Ponieważ koszt delegacji sięga miliona złotych, to kanceliści pana prezydenta spróbowali uzasadnić wyborcom tak długi i liczny wojaż. Ogłosili, że pan prezydent Duda nie tylko spotka się tam z Polakami i kangurami, ale też kupi dwie albo trzy fregaty. Tanio, bo proponowane marynarce IV Rzeczpospolitej okręty skończyły pięćdziesiąt lat i są wycofywane na złom. Ale na defilady morskie, czyli na potrzeby polskiej marynarki, nadają się.
Tym razem pomysł sprowadzania przez pana prezydia RP australijskich śmieci do Polski został oprotestowany przez opozycję i nawet też przez pana ministra obrony narodowej Błaszczaka.

***

Zmarł generał Zbigniew Ścibor-Rylski. Bohater Powstania Warszawskiego, przewodniczący Związku Powstańców Warszawskich. Ponieważ nie był tak zwanym „żołnierzem wyklętym” i entuzjastą PiS, to pan prezydent Duda olał tego pogrzeb żołnierza, wysłał na ceremonię jedynie kwiaty i pocztówkę z pozdrowieniami.
Podobnie uczynił pan minister obrony narodowej Błaszczak.
Wzburzyło to kombatantów, żołnierzy, licznych patriotów. Niesłusznie, bo przecież pan prezydent, albo pan minister mogli generała zdegradować. I co moglibyście im wtedy zrobić?

***

Zresztą pan minister Błaszczak nie miał głowy do pogrzebów bohaterskich żołnierzy. Właśnie zaangażował się w wojnę o Westerplatte. Z prezydentem Gdańska Adamowiczem. Poszło o uczestnictwo harcerzy w czasie celebrowania kolejnej rocznicy skutecznego napadu Niemiec hitlerowskich na Polskę. Pan minister Błaszczak nie chce widzieć tam reprezentacji harcerzy, chociaż ich wartość bojowa jest taka sama jak obecnego wojska polskiego.

***

Wielka Defilada ku czci Matki Boskiej Zielnej i Żołnierza Polskiego będzie kolejnym dowodem, że po rządzach PO- PSL i ostatnich trzech latach PiS wojsko polskie jest w stanie jedynie dobrze zaprezentować się na poradzie. Pod warunkiem, że zyska wsparcie prawie tysiąca walecznych „rekonstruktorów”.

***

Wielka Defilada ku czci Matki Boskiej Zielnej i Żołnierza Polskiego jest najlepszym obrazem polityki PiS. Prymatu defilad, uroczystych rocznic, miesięcznic i mszy nad modernizowaniem Polski.

Rodzina prawem nie towarem

Słowa wiceministra Sobonia o bykowym doskonale oddają ducha, w jakim prawica fantazjuje o młodych bezdzietnych, ubierając ich w rurki i sadzając w drogich knajpach w centrach miast, gdzie zamiast zakładać podstawowe komórki społeczne i pomnażać kapitał ZUS, piją prosecco po nocy.

 

Tak w prawicowej wyobraźni funkcjonuje pojęcie „singla”.
Singiel ma przy tym obowiązkowo liberalne obyczajowo poglądy bądź deklaruje orientację seksualną inną niż heteronormatywna, co wprawdzie nie obliguje (jeszcze) władzy do podwyższenia mu podatków, ale już jak najbardziej do odmowy prawa do taniego państwowego lokum na wynajem.
Bo program Mieszkanie Plus ma być „przede wszystkim dla rodzin”, choć nie przypominam sobie takiego zastrzeżenia w troskliwych przemowach Beaty Szydło ani Mateusza Morawieckiego, kiedy pochylali się nad „dramatyczną sytuacją mieszkaniową młodych Polaków”. Jest w tym paradoks nad paradoksy, że rząd deklarujący się jako stricte socjalny, uzurpuje sobie prawo do przeprowadzania wśród potencjalnych najemców kapitalistycznych w swojej praktyce castingów z moralności – a według rządu moralnym jest akurat posiadanie obrączki na palcu i spłodzenie co najmniej dwójki dzieci do trzydziestki.
Droga władzo, bardzo się mylisz i wylewasz z kąpielą sporą część swoich wyborców, myśląc, że oto zrobisz pod górkę zamożnej młodzieży i „społecznym egoistom” z wielkich miast. Osobami samotnymi nie są tylko znienawidzone przez was lemingi. To również ludzie z prowincji lub ze wsi, żyjący za połowę minimalnej lub balansujący na granicy ubóstwa – tacy, z których komercyjne telewizje uczyniły sobie maskotki w programach takich jak „Chłopaki do wzięcia” czy „Rolnik szuka żony”. „Bykowe” uderzy w nich dziesięć razy bardziej niż w waszych hipsterów. Ci zresztą znajdą sobie opcję opt-out, chociażby wyjeżdżając z kraju. Biedniejsi zaś zostaną podwójnie ukarani. No chyba, że przyznacie im żony lub mężów z urzędu.
Hipsterska obsesja przesłania wam świat, na którym żyją również osoby owdowiałe, bezpłodne, albo takie, które nie powinny posiadać dzieci z powodów zdrowotnych. A także te, które pragną założyć rodziny, ale nie spotkały odpowiedniego partnera lub partnerki i jest to dla nich wystarczającym życiowym kłopotem. Ciekawi mnie też, jakie regulacje miałyby zostać wprowadzone w odniesieniu do ojców, którzy poszli w świat, porzucając swoje rodziny. Najpierw ściągniecie z nich alimenty czy bykowe?
Wreszcie, skoro samotność postrzegana jest jako „wybór określonego stylu życia” (o bykowym słyszeliśmy już kilkukrotnie od lat 90. – od konserwatywnego skrzydła AWS i PO aż po PiS) – to rozliczcie najpierw duchownych z ich wygodnickiego celibatu.
Wypowiedzi o bykowym na razie pozostają w sferze bajań, jednak spójność z postulatami Beaty Mazurek („trzeba sobie ustabilizować życie i mieć więcej dzieci, żeby na świadczenie się załapać”) czy Krystyny Pawłowicz (wyższe opłaty za rozwody) daje się zauważyć. Ale o ile 500+ jest marchewką na dzietność, to bykowe jest kijem, którym łatwo znokautować nawet potencjalny elektorat. Bo 4 mln samotnych ludzi żyjących w Polsce to niewiele mniej niż wszystkich, którzy w 2015 oddali głos na PiS.
Szczęśliwe i trwałe rodziny nie biorą się stąd, że ludzie wolą urodzić jedno czy dwoje, bo wyjdzie taniej niż płacić za bezdzietność. Dzieci nie powinny przychodzić na świat z troski o budżet, bo rodzicielstwo to odpowiedzialność, a nie wyjście awaryjne przed orwellowską polityką. Każda sytuacja, w której państwo narzuca jeden model życia wszystkim, prowadzi do dramatów. A jak prezesowi naliczą podatek, to partia pójdzie z torbami.

Polska na zakręcie

W ciągu bez mała ostatnich trzech lat Polska stała się na naszych oczach krajem nieustannej, brudnej walki politycznej o wszystko: o władzę, o wartości, o prawo do dzielenia społeczeństwa na lepszych i gorszych.

 

O prawo do egoistycznego i nieskrępowanego pożytkowania publicznych pieniędzy, o prawo do manipulowania Konstytucją, lub cynicznego łamania jej przepisów, o prawo do poniżania autorytetów i odbierania im poczucia godności człowieczej i obywatelskiej z tytułu wypracowanego dorobku zawodowego, o prawo do narzucania społeczeństwu jednej politycznej racji, jednego światopoglądu, jednego (katolickiego) modelu moralnego…. długo by jeszcze wyliczać…
Walka ta prowadzona jest między partiami postsolidarnościowymi – PO a PiS, czyli z jednej strony prawicą, stojącą raczej na gruncie wartości liberalnych (demokracji pluralistycznej, trójpodziału władz, wolności i praw obywatelskich), a z drugiej – też prawicą, tyle, że nacjonalistyczną, odwołującą się do populistycznie nastawionych grup społecznych (propagandowy pisowski „suweren”, w tym m.in. dzisiejszy związek zawodowy „Solidarność”), wspieranych przez kościół hierarchiczny (w praktyce też suweren, ale uzasadniany inaczej), który przykładnie odgrywa rolę strażnika wszystkiego, co utrzymuje społeczeństwo w strachu przed nieuchronnymi procesami modernizacyjnymi (niemoralny Zachód, „szarganie świętości” itp.). Obie formacje przypisują sobie niepodzielne prawo do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, chociaż charakter prowadzonej walki politycznej jest żywym zaprzeczeniem celów buntu robotniczego sprzed kilkudziesięciu lat. A tak na marginesie: nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność” ! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego.
Stawką w tej politycznej bijatyce jest ustrój konstytucyjny Rzeczypospolitej i płynące stąd zagrożenia, i to zarówno dla sytuacji wewnętrznej (niezwykle głębokie podziały społeczne, woluntarystyczne szastanie przez rząd groszem publicznym, enigmatyczne perspektywy gospodarcze, notoryczne sięganie przez władze do metod państwa policyjnego), jak i dla polskiej racji stanu, ponieważ towarzysząca tym procesom kłamliwa propaganda z rozmysłem odsuwa w szarą strefę sygnały ważnych zmian, dokonujących się obecnie w globalnym układzie sił, co nie może być obojętne dla szans i pozycji międzynarodowej Polski. Wszak niedawna wizyta w Europie prezydenta USA Donalda Trumpa, jego antyeuropejskie wypowiedzi, a zwłaszcza przebieg spotkania z prezydentem Rosji – Władimirem Putinem poruszyły światową opinię publiczną do tego stopnia, że w najważniejszych stolicach państw europejskich analizowane są możliwości nowych koncepcji, uwzględniających skutki przesunięcia się polityki USA ze spraw militarnych na gospodarcze, a w tym skupienia uwagi na Chinach i Rosji. Dzwonki alarmowe rozległy się w Europie, gdy na szczycie w Brukseli D. Trump podważył obowiązywanie żelaznej dotychczas zasady kolektywnej obrony przez NATO terytoriów państw członkowskich. Swoim poglądom na ten temat dał później wyraz w wywiadzie z 18 lipca dla telewizji Fox News, w którym przyznał, że nie jest pewien, czy NATO powinno dawać gwarancje bezpieczeństwa np. maleńkiej Czarnogórze (najmłodszy członek NATO), bo – jego zdaniem – mogłoby to kosztować wybuchem III wojny światowej!! Trudno w tym miejscu nie zadać pytania: a Polsce może udzielić takich gwarancji, np. po ostatniej, tajnej rozmowie z W. Putinem…? W naszej zbiorowej pamięci tkwi przecież bolesny kolec w postaci „sojuszniczej gotowości” umierania w 1939r za Gdańsk. Czym to się dla nas skończyło – wiemy. I nie tylko dla nas…
Zamieszanie wokół ostatnich wypowiedzi Trumpa narasta. Nie oszczędzała go w połowie lipca w Niemczech, w czasie promocji swej najnowszej książki („Faszyzm. Ostrzeżenie”), Madeleine Albright, była sekretarz stanu w administracji Billa Clintona (1997-2001), określając go najbardziej antydemokratycznym prezydentem w całej historii USA. W podobnym duchu wypowiedział się w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” były ambasador USA w Warszawie – Christopher Hill, bez osłonek stwierdzając, że prezydent Trump „na własne życzenie staje się postacią bez znaczenia w stosunkach transatlantyckich”, a jego postępowanie nazwał „nieodpowiedzialnym, groźnym i chaotycznym” . Jednocześnie nawiązał do sytuacji w Polsce stwierdzając, że – niezależnie od tego, co dzieje się na polu aktywności zagranicznej prezydenta USA, przychylne dotychczas Warszawie amerykańskie kręgi opiniotwórcze mają powody do obaw z tytułu zachodzących u nas zmian w systemie politycznym RP. Wysłał więc wyraźny sygnał, że na dotychczasowym kształcie przyjaźni polsko-amerykańskiej rysują się cienie i znaki zapytania, umiejętnie przypomniał, że w układach sojuszniczych obowiązuje respektowanie zasad, które legły u podstaw utworzenia NATO, czyli sojuszu militarnego państw demokratycznych.
Nie ulega wątpliwości, że Polska, destabilizowana ustrojowo i politycznie, unurzana w niegodne, żenujące awantury wewnętrzne, staje się dziś dla partnerów zagranicznych nieobliczalna, a przez to w stosunkach międzynarodowych – bezużyteczna. Gołym okiem zresztą widać, jak zmalała aktywność międzynarodowa Polski, bo kto dziś potraktuje poważnie premiera („bajarza”) M. Morawieckiego…? W tym zmieniającym się jakościowo świecie kreatorzy polskiej polityki zagranicznej niewiele mają przecież do zaoferowania. Minister Spraw Zagranicznych przeważnie milczy, być może wygodniej mu tkwić w roli „eksperymentu”, usytuowanego w oparach blaknącej fantasmagorii o „międzymorzu”. Obecny prezydent RP z różnych względów ( w tym przez swój ideologiczny anachronizm) nie udźwignie walki o pozycję Polski w Europie i świecie; złośliwie zauważam, że nawet Watykan wyciszył z nami kontakty.
W tej sytuacji, każdy kolejny miesiąc zatargów polityków PiS z Unią Europejską i jej instytucjami odsuwa nasze szanse na korzystne włączenie się Polski we wspólną politykę zagraniczną i obronną. Niestety, polityków PiS nie cechuje wyższy od przeciętnego stopień zaawansowania w politycznym myśleniu, a na dodatek to, co może na całej linii podważać do nich zaufanie – to notoryczne posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem uprawiania polityki na wszystkich możliwych polach. Najważniejszym wydaje się jednakże zarzut, że z tych m.in. powodów cała ta „elita” PiS mentalnie nie jest w stanie wypracować atrakcyjnego dla większości społeczeństwa strategicznego podejścia do istoty polskiego interesu narodowego w zmieniającym się na świecie układzie sił . W naszej historii najnowszej ma to miejsce po raz pierwszy od ponad 70 lat i możemy srodze za to zapłacić!
Przed kilkoma tygodniami na łamach „Res Humana”, jeden z współtwórców SLD w przeszłości –Włodzimierz Cimoszewicz – zdefiniował polską rację stanu jako zespół najważniejszych, fundamentalnych interesów państwa, które – jego zdaniem współcześnie układają się w dwa bloki. Jeden to zapewnienie krajowi bezpieczeństwa zewnętrznego, drugi – zapewnienie obywatelom dobrobytu, dobrostanu. W dużej mierze podzielam ten pogląd, aczkolwiek wiem, że nie wszystko i nie zawsze jest takie proste, jak w podanej definicji.
W kontekście tym przypomnijmy, że po II wojnie światowej to wielkie mocarstwa określiły nasze miejsce w Europie, przystając również na to, aby Rzeczpospolita Polska została poddana politycznej kurateli ZSRR, co odbiło się na nas szczególnie boleśnie w okresie stalinowskim. Po podzieleniu stref wpływów, na politykach demokratycznego Zachodu nie robiły specjalnego wrażenia doniesienia, iż do końca lat 40. w naszych nowych granicach toczyła się wojna polsko-polska, która po obu stronach konfliktu już po zakończeniu działań wojennych pochłonęła ponad 100 tys. ofiar!
Warto zadać w tym miejscu pytanie, czy w tych skomplikowanych okolicznościach rządzący wówczas naszym krajem zachowywali się tylko bezwolnie i oportunistycznie, czy też potrafili racjonalnie określić – zwłaszcza po październiku 56. – polski interes narodowy, lub inaczej – polską rację stanu..?
Niewątpliwie, przesunięcie polskich granic na zachód nie było do końca akceptowane przez wszystkich przedstawicieli wielkich mocarstw, ustalających powojenny porządek Europy i świata. W tych okolicznościach dla władz Polski wyzwaniem najwyższej rangi stała się kwestia nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, która na Konferencji Poczdamskiej nie została jednoznacznie potwierdzona. Dramatyzm wystosowanego przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w lipcu 1945r memorandum do Konferencji w tej sprawie porusza swą wymową jeszcze i dziś; aż dziw bierze, że prawica nigdzie się na ten temat nawet nie zająknie, a przecież miało to swoje konsekwencje chociażby w postaci stałego utrzymywania pod bronią kilkuset tysięcznego Ludowego Wojska Polskiego i odbudowę własnego przemysłu obronnego, o którym obecna „elita” PiS mogła by tylko marzyć.
Towarzyszyła temu realizacja tak wielkiego wyzwania, jak konieczność przemieszczenia milionów Polaków ze Wschodu na Ziemie Zachodnie i Północne, zagospodarowanie tych ziem poprzez włączenie ich w spójny krwiobieg życia społecznego i gospodarczego.
Dodajmy do tego dokonanie masowego awansu społecznego z udziałem milionów, poprzez powszechny dostęp do państwowej służby zdrowia likwidacja licznych chorób społecznych (błonica, płonica, polio, gruźlica), dzięki bezpłatnemu dostępowi do oświaty i nauki na każdym poziomie – odbudowa wyniszczonej w czasie wojny inteligencji polskiej, odbudowa ze zniszczeń wojennych miast polskich, a w szczególności Warszawy. Długo by jeszcze wyliczać, co tym podłym „komunistom” udało się zrealizować bez zagranicznego wsparcia finansowego, bez pożyczek i zadłużenia. To nie była „prześniona rewolucja”, tym realnym zmianom nikt, kto nie kłamie, nie jest w stanie zaprzeczyć. Co prawda, realizacja szeroko zakrojonych, kosztownych przecież przedsięwzięć odbijała się na poziomie życia świata pracy. Z tych czasów pochodzi przecież określenie „siermiężny socjalizm” i jego następstwa w postaci cyklicznych robotniczych buntów o podłożu ekonomicznym.
W wymiarze zewnętrznym polska racja stanu rozumiana była przez konsekwentne prowadzenie polityki pokojowej, której celem w czasach zimnej wojny było uchronienie terytorium Polski od kolejnej wojny, tym razem z dużym prawdopodobieństwem – nuklearnej. Fachowcy przecież pamiętają, że ówczesna strategia NATO przewidywała 107 uderzeń głowic nuklearnych na linii Wisły! W interesie narodowym Polaków było więc zgłaszanie propozycji rozbrojeniowych, które pozwoliłyby uniknąć kolejnych działań wojennych na terytorium Polski. Temu m.in. służył Plan Rapackiego – polskiego ministra spraw zagranicznych w latach 1956-1968. Przyjęta w nim koncepcja strefy bezatomowej uważana jest do dziś za najbardziej znaną, uniwersalną inicjatywę rozbrojeniową polskiej dyplomacji.
Skutkiem polityki pokojowej i konsekwencji władz PRL był bez wątpienia układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji i ich wzajemnych stosunkach, który podpisany został w Warszawie 7 grudnia 1970 r. przez Józefa Cyrankiewicza i Willego Brandta. Głównym kreatorem tego wydarzenia był I sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, który – jak głoszą źródła – nie ufał do końca gwarancjom ZSRR, odnoszącym się do polskiej granicy zachodniej. Nie chciał, aby Polska stała się przedmiotem przetargu międzynarodowego na wzór tajnych rozmów Chruszczowa, prowadzonych z RFN w sprawie ewentualnego wycofania poparcia Związku Radzieckiego dla NRD. Stąd, 17 maja 1969 r., niespodziewanie dla przywódców ZSRR, Gomułka wygłosił w Warszawie przemówienie, w którym wystąpił z inicjatywą podpisania umowy z RFN. Wykorzystał przy tym sygnały, że w RFN nastąpi wkrótce zmiana układu rządzącego. Na jesieni 1969r odbyły się nad Renem wybory, które przyniosły sukces socjaldemokratom: kanclerzem RFN został Willy Brandt, ministrem spraw zagranicznych – koalicjant z FDP – Walter Scheell. W podpisanym układzie obie strony potwierdziły nienaruszalność „istniejących granic, teraz i w przyszłości”
W kontekście tym paradoksem historii stało się , że sukces ten nie uchronił jego głównego kreatora – W. Gomułki – od politycznego upadku, spowodowanego konfliktem z wielkoprzemysłową klasą robotniczą na tle podwyżek cen żywności. Gomułka nie rozumiał narastania sprzeczności między budzącymi się aspiracjami ludzi pracy, których podstawą był ich zawodowy rozwój, wkład wiedzy i pracy w budowę polskiej gospodarki, rodzącą się godność obywatelską, a skromnym poziomem wynagrodzeń i ograniczania indywidualnych możliwości, rażąco odbiegających od poziomu życia ludzi pracy najemnej w państwach zachodnioeuropejskich. System gospodarki nakazowo-rozdzielczej blokował możliwości zaspokajania wielu istotnych potrzeb społecznych.
Materialny i wolnościowy oddech złapało społeczeństwo dopiero w dekadzie Edwarda Gierka Zdając sobie sprawę z ograniczonej suwerenności, politycy ówczesnej lewicy ( „komuniści”) różnymi metodami starali się maksymalnie poszerzać margines zbiorowej i indywidualnej wolności, co na tle doświadczeń innych państw socjalistycznych pozwoliło nam czynić naszą kulturę i sztukę ciekawszą, bardziej otwartą na świat, naukę bardziej autonomiczną, a ówczesna polska publicystyka dziwnym trafem stawała się intelektualną i polityczną inspiracją również dla czytelników spoza granic naszego kraju.
W każdym razie, nie trudno przychodzi mi na podstawie faktów historycznych i wydarzeń zrekonstruować zawartość haseł wyższego rzędu, jakimi są „ polski interes narodowy”, czy „polska racja stanu” z okresu Polski Ludowej. Poświęciłam tej problematyce sporo miejsca z uwagi na rozmiar kłamstwa, jaki znajduję w opisach powojennych 45 lat. Uczestniczą w tym kłamstwie ludzie wielcy i mali, z przyczyn tylko im znanych kombinują na potęgę, jak zaprzeczyć temu, że na socjalizmie skorzystali. Zakłamują życiorysy swoich dziadów, ojców i własne. Nie wiem, czy są świadomi tego, że są w tym wszystkim śmieszni, a swą historyczno-polityczną mitomanią robią Polsce krzywdę.
Trzeciej RP towarzyszyłam z zaangażowaniem od początku, podobnie jak czyniła to zdecydowana większość polityków SLD. I w tym przypadku potrafię z grubsza opisać wszystko to, co wypełniało hasło „interesu narodowego”, czy polskiej „racji stanu”. W latach 90. lewica socjaldemokratyczna przyłożyła rękę do budowy nowego ustroju państwowego (demokracji pluralistycznej) i do uwolnienia procesów gospodarczych, czyli do akceptacji wolnej gospodarki rynkowej.
Byliśmy i jesteśmy dumni z u chwalonej w 1997 r. Konstytucji, ponieważ bardziej demokratycznej Polacy w swojej historii nie mieli. Głosi ona pochwałę kompromisu, pluralizmu, poszanowanie zróżnicowanych wartości i tradycji, praworządności i trójpodziału władz. Zawiera prawie kompletny katalog wolności i praw obywatelskich, a preambułę do Konstytucji uważam za arcydzieło polskiej myśli demokratycznej. W kategoriach kompetencji cywilizacyjnych, niezbędnych do przeprowadzenia udanej modernizacji życia społecznego i państwowego, lewica socjaldemokratyczna sprawdziła się jako siła polityczna, która w systemie demokracji liberalnej odpowiedzialnie współuczestniczyła w procesie urzeczywistniania konstytucyjnych zasad ustrojowych, wzorowanych na państwa Europy Zachodniej. W każdym razie należy stwierdzić, że z wprowadzeniem i respektowaniem nowych reguł instytucjonalnych poszło nam nad wyraz łatwo, choć niektórzy wypominali nam peryferyjność cywilizacyjną, czyli mentalnościowe niedostatki , charakterystyczne dla wschodu Europy.
Po uchwaleniu Konstytucji my wszyscy – „postkomuniści” – poparliśmy nasze strategiczne członkostwo w nowych sojuszach; najpierw w militarnym – NATO, a kilka lat później w gospodarczo –politycznym, czyli w Unii Europejskiej. Oba sojusze wymagają tego, aby zrzec się dla realizacji wspólnych celów części naszej suwerenności. W przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej rząd SLD/UP oddał tę decyzję narodowi, który w referendum 7 i 8 czerwca 2003 r. miał odpowiedzieć na proste pytanie „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie do Unii Europejskiej?” Przypomnę, że w referendum tym wzięło udział 17 576 714 obywateli; za przystąpieniem opowiedziało się 13 514 872 głosujących (77,45 proc.), przeciw – 3 935 655 (22, 55 proc.). Frekwencja wyniosła 58 proc.. Najwyższe poparcie dla przystąpienia wyrazili w tym referendum mieszkańcy województw opolskiego, zachodniopomorskiego, śląskiego, lubuskiego, warmińsko-mazurskiego i pomorskiego (wszędzie ponad 80 proc.). Najmniej zwolenników przystąpienia było w lubelskim (63,23 proc.), podlaskim (68,63 proc.), podkarpackim (70,08 proc.) i łódzkim (71,34 proc.). W Warszawie 84 proc. mieszkańców było „za”. Sąd Najwyższy uznał referendum za ważne.
Z zapewnieniem społeczeństwu dobrostanu szło w III RP znacznie gorzej. Szczególne „zasługi” na tym polu odniósł rząd Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) i Unii Wolności (UW), kierowany przez Jerzego Buzka, który „wypracował” kolosalną dziurę budżetową. Znów powiało gospodarczą grozą. Mało kto dziś wspomina, że wiecznie rozmodlony ówczesny przywódca „Solidarności” – Marian Krzaklewski z pozycji porównywalnej z tą, którą dziś zajmuje J. Kaczyński, pomógł skutecznie rozregulować gospodarkę. Po przegranych w roku 2000 wyborach prezydenckich ten przeciwnik obecności Polski w UE przeniósł się do Komitetu Ekonomiczno-Społecznego …..Unii Europejskiej, gdzie reprezentuje NSZZ „Solidarność”. Nie słyszałam, aby w tym gremium, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, skutecznie chrystianizował Europę. Niedawno pojawił się w Senacie, aby poprzeć narodowo-radykalną linię polityki PiS.
W latach 90. i później problemem dla większości polityków lewicy był sposób traktowania w domenie publicznej wartości egalitarnych, czyli równości, sprawiedliwości i bezpieczeństwa socjalnego. Przy odwoływaniu się do nich przez lewicę w debatach sejmowych natychmiast odzywali się urzędowi genetyczni demokraci, którzy w dyskusjach, odnoszących się do polityki społecznej ochoczo straszyli powrotem „komuny”, tak – jakby ludzie pracy najemnej w nowej rzeczywistości ustrojowej nie mieli prawa oczekiwać od państwa racjonalnego opiekuństwa socjalnego. W kontekście tym pojawiło się w charakterze straszaka pojęcie homo sovieticus, opisujące mentalność ludzi opornych na zmiany i nieprzystosowanych do życiodajnych procesów modernizacyjnych. Pomocną dłoń w tych wywodach podawali liberalnym ekonomistom czołowi polscy socjolodzy , wspomagając wszechobecne tezy propagandowe o zachowawczości i nieprzystosowaniu większości polskiego społeczeństwa do radzenia sobie w kapitalizmie według recept Sachsa/Balcerowicza.
Filozof Stanisław Rainko (znów na łamach „Res Humana”) słusznie zwraca uwagę na równoległe funkcjonowanie we współczesnych społeczeństwach wartości egalitarnych (patrz wyżej) i wartości liberalnych, czyli wolności, demokracji parlamentarnej, efektywnego rozwoju i praworządności, praw człowieka i obywatela. Autor ten jednak wątpi w to, czy oba typy wartości dadzą się łącznie urzeczywistniać, choć – dodałabym – w społeczeństwach pluralistycznych i demokratycznych oba są prawomocne. Myślę, że właśnie dlatego potrzebne są kompromisy, inaczej musi pojawić się groźba konfliktu społecznego na szeroką skalę. I jestem przekonana, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać ciągotami populistycznymi, samowolą większości sejmowej, programem 500+, łamaniem Konstytucji, promowaniem jedności etnicznej i religijnej, atakiem na elity ( choć one są potrzebne każdemu ambitnemu społeczeństwu), wrogiego traktowania partnerów politycznych w kraju i zagranicą.
Mamy rok 2018 i za sobą bez mała trzyletnie rządy „Prawa i Sprawiedliwości” – partii, która po wygranych wyborach prowadzi nas na polityczne manowce, burząc z rozmysłem cały dotychczasowy dorobek już dwóch pokoleń Polek i Polaków. W stosunkach wewnętrznych drążą Polskę konflikty polityczne, w stosunkach zewnętrznych jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, licząc już chyba tylko na jednego „kolegę”, ale on jest daleko i na dodatek interesują go głównie Chiny i Rosja. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tej konstelacji przewidywał miejsce dla nas.
Wkrótce przyjdzie nam się dowiedzieć, czy celem strategicznym klanu Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej i osadzenie nas na samotnej „wyspie wolności” w pisowskim tego pojęcia rozumieniu. Powstaje więc pytanie, czy Polki i Polacy godzą się na takie rozumienie interesu narodowego i polskiej racji stanu i co w tym kontekście ważne – jak oceniają te procesy politycy lewicy?

No to co, że ze Szwecji?

„Pomagaliście Szwedom, ale przede wszystkim ludziom” – powiedział premier MM przemawiając w Świnoujściu w czasie powitania strażaków powracających ze Szwecji, gdzie gasili pożary lasów.

 

Aby to usłyszeć strażacy czekali na niego karnie w szeregu około półtorej godziny, a przecież to oni powracali, a nie on. Od zarania ludzkości przyjęte jest, że to czekający czekają na powracających, a nie odwrotnie. Nawet w dziedzinie „dobrych manier” pisowcy potrafią dokonać „dobrej zmiany”.
Zostawmy jednak premiera Matiego i jego przybocznego „Jojo” (podobnie jak Ojciec Premiera, też już siedział), bo przewidywany przeze mnie w poniedziałek pyton pojawił się szybciej niż można się było tego spodziewać, na razie na odległym jeszcze horyzoncie.

 

Tysiąc plus!

Pyton ów przybrał postać przecieku ujawnionego przez „superaka”, jakoby PiS przygotowywało zamianę świadczenia 500 plus na 1000 plus, czy – jeśli kto woli – podwojenie wysokości obecnego świadczenia. Nie chwalący, nie chwalący, „ja mówiłem że tak będzie”, że powtórzę za moim ulubionym satyrykiem. W tej sytuacji łatwo o tanią „szyderę” z „gry w numerki”, w rodzaju: a dlaczego nie od razu dwa tysiące plus i tym podobne grepsy. Rzecz w tym, że jako szczery socjalista jestem, nie ja jeden w naszej socjalistycznej zbiorowości, szczerym zwolennikiem sensownych świadczeń dla osób (rodzin) znajdujących się w trudnym położeniu ekonomicznym, a nawet jakimś formom celowej pomocy rodzinom przeciętnie sytuowanym. Mimo tego, że zawsze pojawiają się wątpliwości co do tego, czy owo 500 plus idzie na potrzeby dzieci czy może na alkohol dla rodziców, i że to praktycznie bywa finansowaniem praktyk patologicznych. Tego jednak nigdy do końca się nie uniknie, a poza tym powinny to sprawdzać odpowiednie służby działające w środowiskach patologicznych. Gorzej jest z konstrukcją, na podstawie której 500 plus jest wypłacane. Powiada się o Polsce, że kiepski socjal sprawia, iż nie przyciąga ona tylu imigrantów, co dajmy na to Niemcy, Francja czy Skandynawia. To generalnie fakt, tyle że niech mi ktoś wskaże inny niż Polska kraj, w którym to samo, identyczne świadczenie otrzymywaliby dzieciaci biedacy i dzieciaci milionerzy, a nawet miliarderzy. To jest dopiero socjal! To aberracja, że do 500 plus uprawnieni są Nowakowie z łódzkich Bałut, warszawskiego Targówka i bogaci aktorzy z Wilanowa. I to właśnie między innymi świadczy o korupcyjnym politycznie charakterze tego świadczenia w pisowskim wydaniu. PiS bowiem wie, że samymi naprawdę potrzebującymi nie opędzi potrzeb wyborczych co do „masy elektoralnej”, bo najbiedniejsi w znaczącej liczbie słabo interesują się życiem politycznym i nie biorą udziału w wyborach. Czy zatem teraz 1000 plus, jeśli rewelacje „superaka” okażą się prawdziwe, będą otrzymywać także rodzimi „rokefelerowie”? Stosowane przez PiS kryterium, według którego jedynie fakt posiadania dzieci jest tytułem do poprawy bytu materialnego może się jednak na dłuższą metę okazać samobójcze. Aspiracje do lepszego życia mają – jak najsłuszniej – emeryci i renciści, a ci jako żywo rzadko mogą liczyć na 500 plus. Rozgoryczenie wzrasta też wśród grup zawodowych, które chcą, aby im godziwie płacono nie tylko za rodzicielstwo, ale także za to, że uczciwie pracują, jak nauczyciele, szkolni i uniwersyteccy, pielęgniarki, ratownicy medyczni, rolnicy, a także przedstawiciele licznych, licho opłacanych grup zawodowych (n.p. pracownicy pomocniczy w sądownictwie), z budżetówki i nie tylko. Po trzech latach rządów PiS widać też, że władza nie zamierza nawet udawać, że chce rozwiązać problem umów śmieciowych, co najbardziej i najszerzej, choć nie tylko, uderza w ludzi młodych. Zajrzałem na stronę internetową jednego z ważnych prawicowych tygodników i ze zdumieniem skonstatowałem, po raz pierwszy, że prawie wszystkie wpisy pod materiałem poświęconym tej wieści są antykoncepcyjne, to znaczy krytyczne w stosunku do koncepcji 1000 plus, tak jak ją PiS podobno widzi. A przecież większość piszących posty pod artykułami tego portalu reprezentuje, co obserwuję na co dzień, poglądy żarliwie propisowskie i coś takiego skonstatowałem po raz pierwszy. Warto też odnotować, że poza wątpliwościami co do struktury świadczenia 500 plus pojawiły się też (w kontekście hipotetycznego 1000 plus) także obawy, by władza, w szaleńczym dążeniu do zapewnienia sobie przychylnego elektoratu na zbliżający się „czterobój” wyborczy (2018, 2x 2019, 2020), nie zafundowała nam nad Wisłą – Grecji. I nie o pożar lasów tu chodzi. Na puentę tego wątku: wiceminister przy Elżbiecie Rafalskiej, Bartosz Marczuk zaprzecza pogłoskom podanym przez „superaka”, ale nam starym wygom nie trzeba tłumaczyć, że dementowanie pogłosek to stary jak polityka chytry zabieg. Niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, że wiadomość nieprawdziwa, to wiadomość niezdementowana.

 

Tako rzecze Orion

Pyton mignął też w Ministerstwie Środowiska, które – nie wiedzieć czemu, bo co ma piernik do wiatraka – też zajmowało się czczeniem Powstania Warszawskiego. Tamże, wiceminister tego resortu i główny geolog kraju, Mariusz Orion Jędrysek zapodał w przemówieniu, że „jeśli dzisiaj byśmy przegrali, to nie tylko ta krew pójdzie na marne, ale ci, którzy po nas przyjdą, będą mieli znacznie trudniej”. Po pierwsze, po co techniczny wiceminister-fachowiec zajmuje się dubami smalonymi? Po drugie, czy porównując pisowską zgraję do powstańców warszawskich trochę jednak Orion nie przesadza? Po trzecie, czyżby w aparacie PiS błąkały się lęki, że ich rządy skończą się – przy zachowaniu wszystkich proporcji – jak tamte „63 dni”?

 

Gorąco , pić się chce

Po bardzo krótkiej uldze poniedziałkowo-wtorkowej od dziś, od środy wracają tęgie upały. Redaktor Piotr Lisiewicz z „Gazety Polskiej”, samozwańczy rzecznik frakcji menelsko-alkoholowej w PiS, snuje nawet wyraźnie pragnieniem zainspirowane enuncjacje w rubryce „Zyziu na koniu hyziu”: „Tym, co zniszczyło rządy PiS z lat 2005-2007, był brak odpowiedniej reakcji na skarykaturyzowanie programu tej partii przez media. Przez to zaniedbanie wielu ludzi uwierzyło w przekaz, że PiS to nie jest partia, która zamyka złodziei, ale wszyscy są dla niej podejrzani i każdego może to spotkać. Poza tym w imię skrajnej dewocji PiS miesza się w życie zwykłych ludzi. Dziś nie ma lepszej drogi do przegranej PiS niż popieranie przez radnych tej partii nocnej prohibicji, do czego dochodzi w niektórych miastach. PiS wygrał w dużym stopniu dzięki głosom młodzieży, a postępując w ten sposób, robi wszystko, by jego młodzi zwolennicy, n.p. imprezujący studenci odwrócili się od niego. Rzecz jasna działa też na korzyść bogatych, mających w domu pełny barek, a przeciwko normalnym ludziom pracy, którzy tocząc nocne Polaków rozmowy, chcą wyskoczyć jeszcze po dwa piwa, skoro fajnie się gada”. (tu redaktor Lisiewicz denuncjuje z nazwiska trójkę radnych PiS z Olsztyna i wzywa do niegłosowania na nich).

 

Wypij

Ale to nie koniec – nomem omen – upojnych fantazji redaktora Lisiewicza (być może po czteropaku fajnie mu się pisze): „Na tle olsztyńskich radnych bardzo pozytywnie odróżnił się kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Olsztyna o pięknym nazwisku: Michał Wypij. Stanowczo przeciwstawił się on prohibicji, a ponadto opowiedział się za tym, by w mieście były strefy, gdzie można pić alkohol pod chmurką. Wypij! Wypij! Wypij! – zacząłem skandować odruchowo, wspierając kampanię kandydata. Wielka ludowa mądrość zawarta jest w trawestacji piosenki ludowej: „Pije Kuba do Jakuba, Jakub do Michała” (oczywiście do Michała Wypija!): „Kto nie za Wypijem, tego we dwa kije”. Wiem, wiem, niekiedy na podobne decyzje radnych wpływają głosy ideowych antyalkoholowych aktywistów. Oraz innych świrów od spokoju i ciszy nocnej. Otóż zalecam radnym PiS, by sprytnie unikali kontaktu z owymi oszołomami. Wymigiwali się brakiem czasu. A jak już ich taki dopadnie, to lepiej obić go kijem i zastraszyć, niż mu ulec”.

 

„Wódko, pozwól żyć”

Tą znaną frazą chciałoby się odnieść do wylewu alkoholowej fantazji rzeczonego redaktora Lisiewicza. Warto też zwrócić uwagę na to, że jego przekaz jest niespójny z linią TVPiS, gdzie niejaki Porzeziński, szef Jedynki Polskiego Radia, cierpiący na chorobę alkoholową, do czego się publicznie przyznał, prowadzi antyalkoholowy i antynarkotykowy program „Ocaleni”. I podczas gdy Porzeziński przedstawia picie i ćpanie jako szatański dopust boży, jako jądro ciemności, inny pracownik frontu pisowskich w końcu mediów Lisiewicz, promuje chlanie i to w klimacie beztroskiej zabawy, jakby nie było plagą społeczną. Swoją drogą, ciekaw jestem co myślą o knajackiej ideologijce redaktora Lisiewicza tradycyjnie porządni i praworządni poznaniacy (jest on mieszkańcem miasta Poznania) o takim stosunku do przepisów ładu i porządku publicznego. Jak wiadomo przecież z historii, Powstanie Wielkopolskie nie zaczęło się na dworcu w Poznaniu w momencie przyjazdu Ignacego Jana Paderewskiego, bo zabrakło peronówek. Na koniec, nawiązując do cytowanych słów redaktora Piotra Lisiewicza z tygodnika „Gazeta Polska”, zamieszczonych w numerze 31 z 1.08.2018): „zalecam radnym PiS, by sprytnie unikali kontaktu z owymi oszołomami. Wymigiwali się brakiem czasu. A jak już ich taki dopadnie, to lepiej obić go kijem i zastraszyć, niż mu ulec” – kieruję niniejszym do policji oraz prokuratury doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa wzywania przez rzeczonego redaktora Piotra Lisiewicza do przemocy. Nie wiem, czy weźmie to Warszawa, Poznań, a może Olsztyn: „GP” redagowana jest w Warszawie (adres: ul. Filtrowa 63/43, 02-056 Warszawa), Piotr Lisiewicz mieszka w Poznaniu, ale wzywał do przemocy przeciw radnym PiS z Olsztyna.

Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.

Cicha indoktrynacja

Przyzwyczailiśmy się, że debata nad stanem państwa  pod rządami PiS odbywa się co kilka miesięcy.

 

Uczestniczą w niej politycy opozycji ale i kierownictwo partii rządzącej nie próżnuje, aby co rusz przypominać jak to poprzednicy zniszczyli Polskę. Większość debat w wykonaniu prawych i sprawiedliwych przeradza się jednak w parodię tak, jak ta ostatnia dotycząca referendum ws. konstytucji.
Pytania, które Polakom chciał zadać prezydent Andrzej Duda, choć wszystkie absurdalne, to w oczy rzuciły się dwa:
• Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponad tysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?
• Czy jest Pani/Pan za wzmocnieniem w Konstytucji RP pozycji rodziny, z uwzględnieniem ochrony obok macierzyństwa także ojcostwa?
Pomimo, że postawione pytania brzmią niewinnie, to aż skóra cierpnie, gdy wyobraźnia podpowiada, jak PiS do spółki z ojcem Rydzykiem i innymi hierarchami, mogliby wypaczyć odpowiedź twierdzącą. Ta byłaby, i dla PiS, i dla kościoła potwierdzeniem, że rozdział kościoła od państwa nadal ma pozostać w Polsce tylko fikcją.
Księża zapewne uznaliby ten fakt za przyzwolenie, żeby dalej zajmować się politykowaniem, a nie ewangelizowaniem. Politycy PiS natomiast kwestię promowania rodziny przerobiliby na odebranie praw do decyzji tysiącom kobiet i mężczyzn, którzy w zaciszu własnej sypialni chcą zdecydować czy dziecko mieć czy używać środków antykoncepcyjnych.
Przywiązanie Polaków do wartości chrześcijańskich (a właściwie tych uniwersalnych nieobcych żadnej religii i żadnemu człowiekowi) byłoby odebrane jako możliwość dyktowania, czy kobieta może korzystać z antykoncepcji hormonalnej, rodzice mogą sięgnąć po in vitro, aptekarz sprzedawać tabletki dzień po (lub inne, które za miesiąc bądź rok, przestaną odpowiadać kościołowi), a lekarz odmawiać wykonania aborcji kobiecie, której życie i zdrowie jest zagrożone, bo sumienie mu nie pozwala ratować tego życia.
Na szczęście referendum się nie odbędzie. Na szczęście dla Polski i Polaków. Interpretacji odpowiedzi również nie będzie, a Polacy chcą przejrzystości, transparentności i poszanowania ogólnoludzkich wartości w konstytucji, jak i poza jej zapisami. Społeczeństwo obywatelskie musi jednak czuwać, bo tej władzy uwierzyć nie sposób jak głosi, że jest prawa i sprawiedliwa.

„Jest to trochę krępujące, nieprawda?”

Taki komunikat, zaraz pod wielkim napisem „Błąd 404” wyświetla się w linku, który jako pierwsza wygrzebała z odmętów Twittera znana „superniania”, psycholożka Dorota Zawadzka, obnażając hipokryzję kandydatki PiS na urząd Rzecznika Praw Dziecka. Pięć lat temu, czyli dokładnie tyle, ile trwa jedna kadencja na tym stanowisku, Sabina Zalewska dowodziła w swojej publikacji „Pomiędzy prawami dziecka a pajdokracją. Refleksja nad Kartą Praw Dziecka”, że ten urząd to fanaberia przewrażliwionych ideologów.
Jaki jest według oficjalnej kandydatki, z glejtem Centrum Informacyjnego Sejmu, najlepszy dowód na postęp pajdokracji w Polsce? Stworzenie instytucji RPD, która podobnie jak „mnożenie kampanii o maltretowaniu dzieci przez opiekunów” i „zakaz karania fizycznego za nieposłuszeństwo” ma „oblicze ideologiczne”.
Treść owej rozprawy teoretycznie została już usunięta ze strony kandydatki, choć w praktyce, w internecie – jak w przyrodzie – nic nie ginie (polecamy szczególnie ostatni rozdział. Przywoływany wcześniej Janusz Korczak nie tylko przewraca się w grobie, ale przypuszczalnie wiruje już wokół własnej osi). Zagwozdka: czy pani rzecznik in spe zawstydziła się swoich wcześniejszych wynurzeń? Może w międzyczasie została pajdokratką? A może po prostu skumała, że PiS może się obrazić, bo jednak to trochę głupio wygląda w papierach, kiedy godzisz się zostać szefem jakiegoś urzędu, chociaż wcześniej gardłowałeś, że ten urząd to szkodliwa lewacka (o tym za chwilę) propaganda, i musiałeś pisać takie rzeczy na zaliczenie, bo księża z twojej Alma Mater nie daliby ci piątki do indeksu i nie umożliwili starań o dwie literki przed nazwiskiem.
Marek Michalak nie był rzecznikiem idealnym. Błysnął pomysłem powołania instytucji „adwokata dziecka poczętego” i chciał wysyłać kobiety pijące w ciąży na przymusowe odwyki. Dość niefortunnie zaprezentował również przyjętą przez siebie strategię wobec protestu niepełnosprawnych w Sejmie. Nie pojawił się tam, bo „tam nie było dzieci, a dorosłe osoby niepełnosprawne z opiekunami”, o które nie pozwala upominać się jego mandat. Formalnie miał sto procent racji. Jednak opinia publiczna odebrała to jako gest lekceważenia. Bo cóż mu szkodziło skutecznie upomnieć się o nich „poza mandatem” i przy okazji przypomnieć o problemach dzieci z niepełnosprawnościami?
Trzeba przyznać, że Michalak zawsze jednak podkreślał, że klaps nie jest metodą wychowawczą. Domagał się wyjaśnień po wyroku warszawskiego sądu z lutego 2015, w którym uznano, iż klaps lub kilkukrotne fizyczne skarcenie dziecka nie jest równoznaczne z biciem. Tymczasem dziś rządzący na jego następczynię namaszczają osobę, która otwarcie przyznawała się do pobłażania fizycznym karom.
Co ciekawe, w wywodach potencjalnej pani rzecznik nie zabrakło również straszenia lewicą. W jej mniemaniu bowiem u podstaw pajdokracji leży „lewicowa teza, że człowiek musi być bezustannie emancypowany od wszelkich form uzależnienia i uczony posługiwania się własnym rozumem”. Dalej następuje wywód o tym, iż rozum dziecięcy nie jest zdolny do podejmowania racjonalnych decyzji i dlatego kontrolę rodzicielską należy zwiększać, a nie ograniczać. Pobrzmiewa tu echo sentymentalnych westchnień Janusza Korwin-Mikkego: „Kiedyś dzieci należały do rodziców, a nie do państwa…”. Naprawdę, PiS ma jakiś szczególny dar do czynienia kozła ogrodnikiem.
Nikogo chyba nie zdziwi, że w dorobku naukowo-zawodowym pani kandydatki przewijają się takie instytucje jak Uniwersytet Kardynała Wyszyńskiego, Papieski Wydział Teologiczny, Przedszkole Sióstr Elżbietanek, Szkoła Wyższa Przymierza Rodzin czy Caritas. Aż świerzbi mnie klawiatura, aby zapytać, czy czytała katolickie klasyki o pochwale bicia dzieci pasem i drewnianą łyżką.
To wszystko jest trochę krępujące, nieprawda?

Czego Polacy nie widzą?

„Kościół kompletnie nie reaguje, nawet wyraża zadowolenie z rządów PiS-u. Gdyby nie jego poparcie, to na pewno nie byłoby takiej łatwości w rozwalaniu demokratycznych instytucji”. Z prof. Ireneuszem Krzemińskim rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Panie profesorze, mamy środek lata, piękną pogodę, a my umówiliśmy się na rozmowę o sytuacji w Polsce. Jaka to będzie rozmowa?

PROF. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Niestety, pełna lęku o to, co się dzieje z naszą demokracją, która wydawałoby się, że jest tak dobrze zakorzeniona, trwała, niezagrożona, tymczasem okazuje się, że to nieprawda. Perspektywa zaprowadzenia przez PiS monopartyjnych rządów na wzór PRL – jest przerażająca.
PiS buduje system, z którym jeszcze tak niedawno mieliśmy do czynienia. Dla mnie to nieprawdopodobne, że Polacy dali się uwieść kłamstwom i datkom z własnej kieszeni, by tak rzec, i nie dostrzegają powrotu do monopartyjnego systemu władzy.
Z drugiej strony mamy do czynienia z niezwykłym ożywieniem obywatelskim. Ci działający obywatele niestety czują się bezsilni wobec partii, która została wybrana demokratycznie, a działa w duchu autokratycznym, dąży do dyktatury. Ta aktywność obywatelska jest dziś, moim zdaniem, jedynym ratunkiem dla demokracji.

 

Jednak protestów jest mniej niż np. rok temu.

Bo ludzie mają poczucie bezsilności. Rok temu główne protesty były przed Pałacem Prezydenckim i Sądem Najwyższym, kiedy domagano się weta. Prezydent zawetował wówczas te ustawy, ale dziś widzimy, że to nic nie znaczyło, było tylko rozgrywką wewnętrzną w obozie władzy.
Prezydent nie ma żadnych dobrych intencji, zachowuje się dosyć niemądrze. Mówiąc wprost: myśli dość głupkowato, tak, że żadnych nadziei nie można z nim wiązać. Bardzo się ucieszyłem, kiedy dostrzegła to moja świetna i znana koleżanka, Jadzia Staniszkis, która bardzo wyraźnie powiedziała, jak ten prezydent ją rozczarował.
W tej chwili w publicystyce światowej pisze się dużo o zagrożeniach demokracji. Przeglądałem niedawno „The Economist”, piszą tam o dużym zagrożeniu demokracji wszędzie tam, gdzie instytucje demokratyczne nie są wystarczająco silne. Sytuacja jest o tyle paradoksalna, że w kraju, który jest liderem demokratycznego świata, w USA, rządzi prezydent, który ma autokratyczne zapędy, który spotyka się w bezczelny sposób z autokratycznymi, a nawet totalitarnymi przywódcami i ich chwali! Na szczęście instytucje amerykańskie są na tyle silne, że są w stanie się temu przeciwstawić. Tam zwykli sędziowie potrafili zastopować prezydenta, gdy uznali, że jego pomysły są niezgodne z konstytucją.

 

U nas tych silnych instytucji zabrakło?

Ujawnił się ważny element. Ja sam należałem do tych socjologów, którzy mówili o słabości społeczeństwa obywatelskiego, a tymczasem tak naprawdę okazuje się, że słabe są nasze instytucje. Okazało się, że nie były one dostatecznie zabezpieczone i wzmocnione. Nawet jeśli było prawo je chroniące, to one same nie miały woli działania. Zabrakło tego, co możemy nazwać wykształconymi, mądrymi, oddanymi ideom demokratycznej władzy urzędnikami, którzy byliby w stanie bronić i przeciwstawić się czynnie temu, co się działo. Przypomnę, że wszystko zaczęło się od niezwykle brutalnego ataku na Trybunał Konstytucyjny, ale tak naprawdę walczył wtedy tylko prezes Trybunału. Dopiero w ostatniej chwili przyłączyli się inni, kiedy już było za późno. Gdyby jednak włączyli się znacznie wcześniej, bronili swojego przewodniczącego, mówili głośno, że tak być nie może, to kto wie, jak potoczyłyby się wydarzenia. TK jest kluczowym organem, który kontroluje władzę.
Powiem pani, co jest tu największym paradoksem.
Przypominam sobie wyniki własnych badań, które prowadziliśmy z prof. Pawłem Śpiewakiem w dwóch małych miastach – Szczecinku i Mławie – gdzie to, że istnieje państwo prawa, że człowiek może zaskarżyć urzędnika, że urzędnik nie jest bezkarny wobec obywatela, że urząd ponosi odpowiedzialność, było oceniane jako jedno z najcenniejszych osiągnięć po 1989 roku. Pierwsze badanie robiliśmy w 1997 roku, potem w 2008 roku. Te wyniki były jednoznaczne. A teraz…

 

Panie profesorze, mówi się, że sytuacja polityczna się pogarsza i nie ma już żadnego pola, na którym mogłoby dojść do dialogu, prawdziwej debaty. Parlament nie działa, tej roli nie spełnia też Kościół. Zatem co nas czeka?

Kościół kompletnie nie reaguje, nawet wyraża zadowolenie z rządów PiS-u. Gdyby nie jego poparcie, to na pewno nie byłoby takiej łatwości w rozwalaniu demokratycznych instytucji. Jeżeli nawet przewodniczący episkopatu, który mówi rozsądnie, nie jest w stanie skłonić swoich współbraci biskupów do zajęcia stanowiska jako episkopat, to o czymś to świadczy.
Zresztą nie rozumiem tego, bo bez Kościoła, jego aktywności czy poparcia opozycji i solidarnościowego „podziemia” w latach 80., nie udałoby się nam dojść do demokracji i wolnej Polski. Dziś to jest ogromna siła, która walczy z demokracją. To jest dramatyczna sytuacja, także dla mnie jako katolika, człowieka wierzącego.

 

Napisał pan ostatnio w komentarzu, gdy ekspresowo toczyły się prace nad ustawami sądowymi, że to koniec polskiego parlamentaryzmu. A może nam po prostu bliżej jest do Pawłowicz i Kaczyńskiego niż do Mazowieckiego i Bartoszewskiego?

W tym kontekście trzeba zauważyć to, co działo się przez ostanie lata z językiem polskiej polityki, ale przede wszystkim jest to kwestia wielkiego sukcesu propagandowego PiS-u. Na początku była zdrada narodowa, potem tworzenie mitu jedynego dobrego, patriotycznego prezydenta, „zamordowanego w Smoleńsku” (jakby inni prezydenci nie byli patriotami…). Opozycja pozwalała PiS-owi na taką narrację.
Ile razy słyszeliśmy, że Donald Tusk ma krew na rękach, poprzedni prezydent był nazywany „komoruskim” i nikt z tym wystarczająco nie walczył. Przez lata PiS-owi udało się zbudować taki obraz rządów PO-PSL, jakby działy się straszne rzeczy, co oczywiście nie jest prawdą i wszystkie badania temu przeczą. Poziom zadowolenia z życia, wiary w sukcesy i to, że dzieciom będzie się żyło lepiej, w badaniach wyraźnie było widać.
To słynne badanie prof. Macieja Gduli w Miastku zrobiło ogromne wrażenie na socjologach i publicystach, bo ono pokazywało, że właściwie wbrew temu, co się uważało, to nie wykluczeni, których liczba ciągle malała, byli istotną grupą wyborców, tylko ci, którym się dobrze powodziło, wybrali PiS. Problem w tym, że zawiodły ich oczekiwania, rozbudzone aspiracje. Ta wielka przemiana Polski, która dokonała się za czasów rządów PO-PSL, wzbudziła jeszcze większe oczekiwania i aspiracje ludzi, które zostały zlekceważone. PiS-owi udało się to przedstawić jako program polityczny i nikt temu nie przeciwdziałał racjonalnie.
Niestety, bardzo ważnym elementem w tym wszystkim jest jeszcze opozycja. Ja wiem, że nie jest im łatwo, a nawet bardzo trudno. Opozycja parlamentarna jest traktowana w sposób, który trudno w ogóle komentować, dlatego też m.in. uważam to za kres polskiego parlamentaryzmu. Ale opozycji brak inicjatyw! Co najwyżej opozycja odpowiada na ciosy, które zadają PiS-owcy, często to jest gra bardzo inteligentna i słuszna, tylko, niestety, niewiele z tego wynika.
Brak jest mobilizacji społecznej, protestu, który byłby istotny, bo ludziom potrzeba czegoś więcej niż dowodzenia, że PiS jest zły!
Zresztą byłem zwolennikiem jasnej walki z tymi bzdurami nt. katastrofy smoleńskiej, przekonywałem o tym premiera Tuska. Niestety, to zostało zlekceważone, bo wydawało się, że to taka głupota, że nie można na to racjonalnie reagować, teraz skutki tej głupoty przynoszą niezwykłą korzyć PiS-owi i ciężko to będzie teraz zmienić. Ciężko przekonać człowieka, że tak diametralnie się myli, a na pewno potrzeba czegoś więcej niż retoryka anty-PiS. Ludzie potrzebują wizji.

 

Co powinna zrobić opozycja?

Np. przedstawić kompleksową reformę służby zdrowia. Nikt tego od dawna nie zrobił, a służba zdrowia jest strasznie niefunkcjonalna. Stworzenie kompleksowej wizji, rozpoczęcie dyskusji ze środowiskami lekarskimi, pielęgniarkami, stworzenie kompleksowego programu, tak jak przy pierwszej wielkiej reformie służby zdrowia, która została potem zniszczona przez postkomunistów. Albo pokazać nowy program reformy emerytur, nie mówiąc już o kompletnym braku jakichkolwiek instytucjonalnych rozwiązań dla starzejącego się społeczeństwa…
Takie idee społecznych programów można mnożyć, nie mówiąc już o powrocie do istoty demokracji, czyli zapewnieniu większego wpływu obywateli, oddolnego, by tak rzec, na sprawowane rządy.

 

Jak to się skończy, bo to, co pan mówi, nie napawa optymizmem?

Nie napawa optymizmem, bo to jest sytuacja bardzo niepokojąca, dodatkowo z powodu tego, co się dzieje na świecie. Gdybyśmy mieli innego prezydenta w USA, to podejrzewam, że jego reakcja na to, co dzieje się w Polsce, byłaby inna. Można byłoby przynajmniej na jakiś czas powstrzymać destrukcję państwa. Niestety, to obywatele muszą sami o tym zdecydować.
Kwestia, na ile obywatele się obudzą, jest niezwykle istotna. Tu widzę dużą rolę Kościoła, o ile się przemieni politycznie! Czyli odejdzie od partyjnego myślenia…
To, że papież Franciszek dał się nabrać polskim biskupom, jest bardzo przykre. On dalej uważa, że tak miło w tej Polsce było podczas Światowych Dni Młodzieży, jak gościł w naszym kraju. Widać, że w Watykanie lobby Radia Maryja jest dostatecznie silne, żeby te kłamstwa tam dalej trwały.
Myślę, że ta polityka musi w końcu zbudzić sprzeciw, bo pełna jest także absurdalnych pomysłów, jak rozbudowa zbankrutowanego lotniska w Radomiu, którą się robi z powodów politycznych. Tak samo Wielką Hutę się budowało z powodów politycznych. Wszystko ma być centralne, narodowe, jak za komuny. Zaczną się też kłopoty finansowe z powodu obciążenia budżetu.
Kluczową kwestią jest tu znowu opozycja. Jej umiejętność mobilizacji ludzi do oporu.

 

Nie uważa pan, że PiS nie odda władzy, bo wie, że to się będzie wiązało z rozliczeniami i Trybunałem Stanu?

To jest następna ważna kwestia, czy w ogóle będziemy mieć do czynienia z uczciwymi wyborami. Słyszałem wypowiedzi kilku komentatorów, którzy mówili, że manipulacje przy wyborach nie będą możliwe. Moim zdaniem to, co zrobili z ordynacją do Parlamentu Europejskiego, jest przedbiegiem do tego, jak można zmienić ordynację do parlamentu. Ciekawe, czy wtedy biskupi się ockną…

Polacy o Polakach

… i o swojej historii, mają zbyt często opinie daleko odbiegające od minionej rzeczywistości.

 

Rzecz dotyczy preferowanych przez nas postaci, aktywnych w sferze publicznej w XX i XXI wieku, przedstawionych w najnowszym komunikacie Centrum Badania Opinii Społecznych. Przeprowadzone badania, z okazji odzyskania naszej niepodległości, są w tym opracowaniu porównywane do analogicznych, sprzed dziesięciu lat. Tegoroczna lista wzbogacona została przez respondentów o cztery osoby (I. Paderewski, W. Witos, L. Kaczyński, A. Kwaśniewski) co zapewne wiąże się z rocznicą 100-lecia, apoteozą Kaczyńskiego, także pozytywną refleksją o prezydenturze Kwaśniewskiego.

 

Lista osobistości

zawiera dwadzieścia dwa nazwiska, ułożone według skali pozytywnych opinii o działalności poszczególnych osób dla Polski.
Połowa z nich otrzymała ponad 50proc. pozytywnych ocen (od najwyższej akceptacji: Jan Paweł II, Józef Piłsudski, Stefan Wyszyński, Ignacy Paderewski, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Lech Kaczyński, Lech Wałęsa, Władysław Sikorski, Aleksander Kwaśniewski, Wincenty Witos), a niewiele mniej jeszcze Edward Gierek. Po około 30proc. akceptacji otrzymały cztery osoby (Edward Rydz-Śmigły, Leszek Balcerowicz, Roman Dmowski, Tadeusz Bór-Komorowski), po około 20proc. trzy osoby (Wojciech Jaruzelski, Władysław Grabski, Władysław Gomółka) i po około 10 proc. także trzy osoby (Józef Beck, Eugeniusz Kwiatkowski, Bolesław Bierut).
Warta jest także uwagi lista zawierająca gradację ocen ujemnych: około 40proc. ocen negatywnych otrzymali B. Bierut i W. Jaruzelski, około 30proc. W. Gomułka i L. Balcerowicz, około 20 proc. E. Gierek i L. Wałęsa oraz po 10proc. L. Kwaśniewski i L. Kaczyński.
Należy na ten wykaz osobistości spojrzeć także w kontekście naszych ostatnich dziejów, zastrzegając przy tym, że niektóre osoby działając w różnym czasie, szczególną aktywnością wyróżniły się tylko w jednym okresie historycznym.

 

Czas II Rzeczpospolitej

reprezentuje osiem osób, II wojnę światową dwie osoby, aktywność w okresie Polski Ludowej przejawiało sześć osób, tyle samo w III Rzeczpospolitej.
Z powyższego wynika preferencja postaci II RP co zapewne wiąże się z nadchodzącymi obchodami niepodległości. Jeżeli zrozumieć można, z oczywistych powodów, przywoływanie niektórych postaci, to sama wielkość tej grupy świadczy o nadreprezentacji przedwojnia w opiniach Polaków, dla których aż jedna trzecia spośród zasłużonych dla Polski przypada na tamten, stosunkowo krótki, okres. Niewątpliwie zasłużyli się dla niej, w różnym zresztą stopniu, J. Piłsudski, I. Paderewski, W. Witos, R. Dmowski, W. Grabski, E. Kwiatkowski , ale uzasadnione zdziwienie i sprzeciw budzą osoby E. Rydza-Śmigłego i J. Becka (mających jedynie po 4proc. negatywnych ocen !), które nie najlepiej zapisały się dla naszego kraju.

 

Okres II wojny światowej

reprezentują w tych badaniach W. Sikorski (60proc. akceptacji) i T. Bór-Komorowski, który pomimo powszechnej krytyki związanej z jego sprawczą rolą dotyczącą wybuchu i tragicznych skutków Powstania Warszawskiego, oceniany jest pozytywnie przez jedną trzecią badanych (tylko 3 proc. negatywnych ocen !).

 

W Polsce Ludowej

swoją aktywność objawiło, acz diametralnie odmiennie, sześć osób. Pierwsze dwie to Jan Paweł II i S. Wyszyński, pozostali to ówcześni przywódcy polityczni: B. Bierut, W. Gomółka, E. Gierek i W. Jaruzelski.
Osoby duchowne, przede wszystkim z racji pełnienia najwyższych kościelnych urzędów, w naszym katolickim kraju znajdują się w tym rankingu na miejscach czołowych. Uznawane są także, wraz z J. Piłsudskim, jako najbardziej pozytywnie oceniane ze względu na działalność dla Polski. Można stwierdzić, abstrahując od oceny rzeczywistych zasług, że te postaci są dla badanych – w zdecydowanej większości zapewne wierzących – wzorcami osobowymi w kategoriach religijnych, ale też społeczno-politycznych.
Ocena przywódców PRL jest bardzo krytyczna; wyjątek stanowi E. Gierek zapewne z uwagi na zachowany, w pamięci zbiorowej, pozytywny obraz jego czasów. Na ocenę W. Jaruzelskiego kładzie się cieniem stan wojenny, na W. Gomułkę tragiczne wydarzenia w 1970 roku, a na B. Bierucie okres stalinizmu. Pomimo tych okoliczności (darując sobie wymienianie liczby zabitych w zamachu majowym, oraz w tłumieniu licznych robotniczych i chłopskich protestów w okresie II RP) w dużo poważniejszym, niż wynika to z badań, stopniu dobrze zasłużyli się dla naszego kraju. Komunikat CBOS obrazuje braki podstawowej wiedzy naszych obywateli o warunkach w jakich odradzała się powojenna Polska, o jej bardzo liczących się historycznych dokonaniach, pomimo całego zła, głównie w jej początkowym okresie.

 

W III Rzeczpospolitej

ranking osobistości przedstawia się następująco: J. Kuroń, T. Mazowiecki, L. Kaczyński, L. Wałęsa, A. Kwaśniewski i L. Balcerowicz. Preferencja postaci Kuronia wynika zapewne z jego demokratycznych dążeń i „ludzkiej postawy”, Mazowiecki jako pierwszy premier III RP, Kaczyński swoją wysoką pozycję zawdzięcza aktualnej gloryfikacji, Wałęsa degradowany jest przez PiS i z własnej częściowo woli. Charakterystyczne, że Kwaśniewskiego od Balcerowicza różni aż 22proc. pozytywnych opinii, co oznacza nie tylko akceptację lewicowej prezydentury, ale również bardzo poważną krytykę reform wprowadzonych przez tego drugiego.

 

Optyka tych badań

jednoznacznie dowodzi prawicowego oglądu minionych stu lat polskiej niepodległości, pomimo tego, że przez ponad lat czterdzieści, nie licząc ważnych demokratycznych decyzji u progu II RP, lewicowe wartości i ich realizacja zmieniły w gruntowny sposób cały polski świat. Na ogół na dużo lepszy dla milionów Polaków i ich współczesnych potomków.
Rodzi się za tym podstawowe pytanie: dlaczego tak jest ?. Odpowiedzi zawrzeć można w grubej księdze. O zagubionej pamięci wspominał ostatnio prof. Ludwik Stomma: „Dziś…potomkowie chłopów przypisują się do różnych kast, w których byli rzekomo w swojej historii… Nagle pojawiają się artykuły o Polsce odrodzonej, rzekomo mlekiem i miodem płynącej, nagle się okazuje, że chłopi sympatyzowali z powstaniem styczniowym i listopadowym… Takie bzdury obszywa się biało-czerwoną tasiemką i tym się macha, choć przecież tych ludzi, ich przodków, w tych powstaniach nie było… to wszystko jest przekłamane i zakłamane, wkłada się wszystko do garnka antykomunizmu i przysłania orłem białym.”

 

Odpowiada na to pytanie,

acz przy innej okazji, Przemysław Witkowski („Przegląd”, 30.07.2018): „Odpala się…cały ukształtowany przez IPN aparat ideologiczny, w którym lewicowość równa się zdradzie ojczyzny, zbrodni, porzuceniu polskości i szaleństwu. Od programów nauczania historii i WOS, przez licznie powstające ostatnimi laty muzea po prawicową publicystykę, opis socjalizmu, komunizmu czy anarchizmu jest potwornie demonizowany. Wystarczy więc etykietka i w głowach słabiej przygotowanych do samodzielnego myślenia czytelników i widzów uruchamia się projekcja: Kołyma, gułag, Katyń. Regularnie też w mediach, szkołach i książkach zrównuje się faszyzm i komunizm. Mimo że stalinizm był tylko specyficzną odmianą tego drugiego, a hitleryzm tego pierwszego esencją.” A ponadto komunizmu w Polsce nigdy nie było.

 

Mielenie świadomości Polaków

także przez prawicowe i postsolidarnościowe media, prezentujące antylewicową narrację a nie rzetelny obraz dalszej lub bliższej naszej historii, przynoszą właśnie takie, wręcz absurdalne, wyniki omawianych badań w postaci zatrważającego braku wiedzy, akceptacji kontrowersyjnych postaci i okresów, a nadto bezrozumne sympatie współczesnych Polaków.
Amunicji medialnej dostarczają także wypowiedzi różnych utytułowanych osób, które tylko z racji skrótu przed swoim nazwiskiem, mają mieć zawsze rację.
W związku z minioną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia na Onecie ukazała się wypowiedź prof. Pawła Kowalewskiego pt. „Powstanie może upaść po raz drugi”, która zawierała tyle niedorzeczności połączonych z propagandowymi akcentami, że spotkała się z druzgocącą krytyką internautów, co spowodowało zdjęcie jej przez redakcję jeszcze tego samego dnia.
Na temat Powstania w kolejny dzień Onet zamieścił wypowiedź znanego historyka prof. Normana Daviesa, który m. in. przedstawił nieznaną dotąd interpretację przyczyn wybuchu Powstania: „Zadanie AK było specyficzne. Miała ona dokonać dywersji, zająć newralgiczne punkty miasta, utrzymać się na nich sześć, siedem dni i w ten sposób pomóc Rosjanom zdobyć polską stolicę.” A kilka zdań dalej czytamy: „Stalin natomiast długo nie mógł zrozumieć, co się dzieje w Warszawie….W połowie września Beria wysłał nawet do Warszawy swojego oficera łącznikowego, by ten dowiedział się, gdzie znajduje się siedziba wojsk brytyjskich – bo byli przekonani, że powstańców musi wspierać zawodowe wojsko”. Tak więc zdaniem Normana Daviesa Powstanie miało pomóc Rosjanom, ale oni ani o terminie jego wybuchu, ani też nic więcej o nim samym nie wiedzieli. W tym kontekście zachwyca nie tylko brak elementarnej logiki, ale i kolejna część tej wypowiedzi, że dzięki Powstaniu Polska nie stała się kolejną republiką ZSRR.
I co ma po takiej i podobnych wypowiedziach odpowiedzieć ma na pytania CBOS-u biedny Polak, któremu wszystko pomieszano w głowie, a nadto dowiaduje się, że kasta sędziowska Sądu Najwyższego, zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, nie zna się na prawie?

Głos lewicy

Taki mamy klimat

Przewodnicząca wrocławskich Zielonych Małgorzata Tracz o zmianach klimatycznych na Facebooku:
Temat zmian klimatu powraca jak bumerang. Niestety najczęściej, gdy skutki zmian klimatu odczuwamy bezpośrednio: upały, porywiste burze, nawałnice, straty w rolnictwie i wyższe ceny żywności.
A nie chodzi o niwelowanie start, a zapobieganie im. W tym celu konieczne jest odejście od paliw kopalnych, dbanie o zieleń, zaprzestanie betonowania powierzchni biologicznie czynnych, zwiększanie retencji wody. Nie tylko PiS tego nie robi, mało jest miast w Polsce, które robią cokolwiek, by zmniejszyć wpływ na globalne ocieplenie i dostosować infrastrukturę do zmian klimatu.
Jednym z priorytetów dobrze zarządzanych miast powinna być adaptacja do zmian klimatu! To nie są drogie inwestycje, ale rozsądne działania związane z planowaniem przestrzennym, retencją wody oraz rozwijaniem i odpowiednią pielęgnacją miejskiej zieleni. A także stopniowym rozwojem rozproszonej energetyki odnawialnej.
Wrocław powinien być miastem z dobrym klimatem.

 

Módlmy się!

Biolog z Partii Razem Robert Maślak przytacza modlitewną ciekawostkę:
Sława modlitw o zmianę orientacji psychoseksualnej Roberta Biedronia sięga poza granice. „Die Zeit” pisze, że grupka modlitewna (ok. 20 osób) podążająca za Biedroniem nie jest w Polsce niczym niezwykłym.
Jest też o sojuszu radnych PiS i PO w Słupsku w sprawie nieudzielenia Biedroniowi absolutorium, pomimo braku uzasadnienia merytorycznego.
„Die Zeit” zauważa, że Biedroń jest postrzegany jako jeden z trzech głównych kandydatów na prezydenta Polski. Prezydent Słupska krytykuje PO i Nowoczesną za brak poparcia dla inicjatywy obywatelskiej w sprawie liberalizacji ustawy o przerywaniu ciąży, a PO za wyrzucenie do kosza ustawy o związkach partnerskich w 2013 roku. W artykule Biedroń proponuje, aby UE nie karała całej Polski odcięciem dotacji z powodu nieprzestrzegania standardów unijnych, ale pieniądze rozdzielała na gminy.

 

Chcę być strażnikiem Konstytucji!

Info ze strony Polskiego Radia. Szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie lekceważy sytuacji polskiego sądownictwa, rozmontowywanego przez Prawo i Sprawiedliwość:
„– Nie może być przyzwolenia na to, że jak jest w konstytucji napisane, że ktoś ma 6-letnią kadencję, to jakiś tłumok pod politycznym nadzorem po prostu sobie uznał inaczej – powiedział w „Salonie politycznym Trójki” przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty.
– Wprowadzimy takie ustawy, które dadzą możliwość ukarania wszystkich tych, którzy w tej chwili łamią prawo – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty.
Wyjaśnił, że dotyczy i sędziów, którym obierze możliwość wykonywania zawodu i obniży emerytury, i posłów, którym odbierze immunitet, jak również prezydenta, którego czeka Trybunał Stanu. – Ja jestem twardym facetem, chłopem z pochodzenia. Zrobię to po prostu. Wprowadzę takie ustawy – stwierdził lider SLD.
Jak zaznaczył Czarzasty, nie próbuje być „arogancki i ordynarny w polityce”, tylko ostrzega i mówi o tym, co się wydarzy. – Pokazuję Polkom i Polakom swoje poglądy w tej sprawie, pokazuję twardość, brak emocji i brak nerwów – wyjaśnił. Zwrócił uwagę, że choć reprezentuje partię pozaparlamentarną, to we wszystkich notowaniach od pół roku jest ona na trzecim miejscu. – Wejdziemy do Sejmu i będziemy dzień po dniu to wszystko robili – zapewnił.