Apetyt na nasze pieniądze

Rząd Prawa i Sprawiedliwości chwali się, że obniża podatki – podczas gdy w rzeczywistości je podwyższa.

 

Mimo głośno zapowiadanych obniżek podatków, rząd PiS w budżecie na 2019 rok kontynuuje politykę zwiększania obciążeń podatkowych.
Obywatelom trudno to dostrzec, kiedy wzrost obciążeń nie wynika ze zmiany stawek podatkowych. Wciąż zamrożone są progi PIT (podatku dochodowego od osób fizycznych), dzięki czemu corocznie dochody państwa rosną o ok. 1 mld zł, a wprowadzone od 2018 roku wydzielenie źródeł przychodów w CIT (podatku dochodowym od osób prawnych) , oznacza efektywny wzrost opodatkowania przedsiębiorstw o ok. 2 mld zł rocznie.
Oprócz tego trzeba zauważyć, że rząd PiS zapobiega wygaśnięciu podwyższonych stawek VAT (co daje państwu ok. 7-8 mld zł rocznie).
Rząd PiS wprowadza również parapodatki, z których część będzie trafiać do funduszy celowych. Po wprowadzonej w 2018 roku „opłacie recyklingowej” (1,2 mld zł), która jest bezpośrednim dochodem budżetu, rząd wprowadza obecnie „opłatę emisyjną” i „daninę solidarnościową”, które zasilą fundusze celowe.
„Opłata emisyjna” ma przynieść w 2019 roku 1,7 mld zł. Wpływy mają rosnąć wraz z popytem na paliwa i w 2020 roku wynieść już 1,9 mld zł. Przy okazji wzrosną też wpływy z podatku VAT, ponieważ nowa opłata zwiększa jego podstawę.
Ustawa wprowadzająca „daninę solidarnościową” znajduje się obecnie w Sejmie. Jeśli zostanie uchwalona, przyniesie 1,2 mld zł rocznie od 2020 roku. Mówią o tym komunikaty Forum Obywatelskiego Rozwoju.

 

Ciche wyciskanie kasy

„Opłata emisyjna” i planowana „danina solidarnościowa” nie tylko zwiększają obciążenia fiskalne, lecz także pogłębiają wyłom, jaki w budżecie państwa tworzą fundusze celowe. Taka organizacja wydatków państwa utrudnia obywatelom ocenę rozdysponowania środków publicznych, a administracji – efektywne ich wydatkowanie.
Przez lata skład funduszy celowych się zmieniał, ale ich liczba pozostaje podobna.
W projekcie budżetu na 2019 rok zapisano 28 funduszy celowych, ale trwają jeszcze prace nad Solidarnościowym Funduszem Wsparcia Osób Niepełnosprawnych.
Jakkolwiek w ostatnich latach wydatki funduszy celowych w stosunku do PKB spadały, to teraz można się obawiać tendencji odwrotnej.
Rząd PiS, przedstawiając budżet na 2019 rok, podkreśla wprowadzenie obniżonego CIT i „małego ZUS”. Zmiany te są jednak znacznie mniej istotne niż, trudniej dostrzegalne, podwyżki podatków.
Wprowadzenie obniżonego CIT oznacza nieznaczny spadek dochodów państwa (ok. 0,4 mld zł), ale przede wszystkim może tworzyć barierę zniechęcającą firmy do wzrostu.
Konstrukcja ulgi sprawia, że przekroczenie przez firmę progu przychodów nawet o 1 zł będzie skutkowało ponad dwukrotnym wzrostem opodatkowania zysków. Wynika to z konstrukcji preferencji – zyski firmy o przychodach do 1,2 mln euro będą obciążone 9-procentową stawką CIT, natomiast firmę o przychodach o złotówkę przekraczających próg będzie obowiązywała już stawka 19-procentowa.
W praktyce oznacza to, że przy 5-procentowej rentowności sprzedaży firma o przychodach 1 199 999 euro zapłaci 5400 euro podatku, natomiast firma o przychodach o 2 euro wyższych (1 200 001 euro) zapłaci już 11 400 euro podatku
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że tego typu sztywne progi zniechęcają firmy do wzrostu, ze szkodą nie tylko dla samych przedsiębiorstw, lecz także całej gospodarki – wskazuje FOR.
„Mały ZUS” dla najmniejszych przedsiębiorców rozwiązuje tylko część problemów związanych z wysokim opodatkowaniem i oskładkowaniem osób o najniższych dochodach – jednocześnie tworząc nowe.
Ponieważ możliwość jego płacenia jest zależna od uzyskiwanych przychodów, w praktyce z rozwiązania tego nie będą mogły skorzystać osoby zajmujące się handlem (np. osoba, która miesięcznie kupuje towary za 7 tys. zł i sprzedaje je za 8,5 tys. zł będzie miała zbyt wysoki przychód, by objął ją „mały ZUS”).
Zmiana ta nie będzie też dotyczyła osób pracujących na podstawie umowy o pracę, w przypadku których nawet od płacy minimalnej (2250 zł brutto) trzeba odprowadzić składki w kwocie niemal 1000 zł. Co więcej, preferencyjne oskładkowanie osób samozatrudnionych w ramach „małego ZUS” może wypychać część pracowników z umów o pracę na samozatrudnienie – uważa FOR.

 

Rząd PiS poprawił finanse państwa

Dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu deficyt sektora finansów publicznych w Polsce – pomimo wprowadzenia nowych wydatków – w ostatnich latach malał. Szybki wzrost gospodarczy przełożył się z jednej strony na wzrost wpływów podatkowych, a z drugiej na obniżenie szeregu wydatków w relacji do PKB.
W latach 2015–2017 deficyt sektora finansów publicznych spadł z 2,6 proc. PKB do 1,7 proc. PKB), mimo że w tym czasie wprowadzono program 500+, a także ograniczono dywidendy wpłacane przez państwowe spółki i wstrzymano sprzedaż państwowej ziemi.
Po stronie dochodów odnotowano wzrost ściągalności VAT, z którego wpływy w relacji do PKB wzrosły dzięki działaniom uszczelniającym system podatkowy (wpływy wzrosły o ok. 1 proc. PKB, z czego ok. 0,7 proc. PKB to efekt działań uszczelniających). Dobra koniunktura w połączeniu z rosnącą liczbą imigrantów płacących składki ZUS przyczyniła się do wzrostu wpływów składkowych (o 0,4 proc. PKB).
Nowe podatki (przede wszystkim podatek bankowy) wraz z zamrożeniem progów PIT (co oznacza efektywny wzrost opodatkowania) zapewniły wzrost dochodów o kolejne 0,3 proc. PKB.
Po stronie wydatków dobra koniunktura na światowych rynkach finansowych pozwoliła na dalszy spadek kosztów obsługi długu publicznego (o 0,2 proc. PKB), a wcześniejsza reforma systemu rentowego, na dalsze ograniczenie wydatków ZUS na renty z tytułu niezdolności do pracy. Jednocześnie rząd PiS utrzymywał dynamikę płac w sektorze publicznym poniżej dynamiki płac w sektorze prywatnym, co zaowocowało spadkiem wydatków na płace w sektorze publicznym w relacji do PKB (o 0,2 proc. PKB).
Szybki nominalny wzrost PKB ułatwia także rządowi relatywne obniżenie wydatków na płace w sektorze publicznym. Poprzez samo utrzymanie dynamiki płac poniżej tempa wzrostu płac w sektorze prywatnym w 2017 roku (czyli bez nominalnego obniżenia płac) rząd obniżył fundusz płac w sektorze publicznym w relacji do PKB do najniższego poziomu w historii. Zakłada również jego dalszy spadek w kolejnych latach.
Konstrukcja istotnej części wydatków publicznych oraz polityczne realia sprawiają, że przy szybkim nominalnym wzroście PKB rząd ma większe pole manewru. Szczególnie dobrze widać to w przypadku emerytur i rent, które stanowią ponad jedną piątą wydatków publicznych.
Chociaż po obniżeniu wieku emerytalnego liczba emerytów wzrosła skokowo, co przełożyło się na wzrost deficytu (o 0,8 proc. PKB), to efekt ten został skompensowany przez relatywny spadek wysokości emerytur (o 0,6 proc. PKB), spadek liczby rencistów (o 0,3 proc. PKB) i wysokości ich świadczeń (o 0,1 proc. PKB) oraz wzrost wpływów budżetowych (o 0,3 proc. PKB).

 

Widmo dużego deficytu

Utrzymujący się od 2014 roku szybki wzrost gospodarczy, związany z dobrą koniunkturą w gospodarce światowej, w sposób naturalny zwiększa dochody państwa, co w połączeniu z ograniczonym tempem wzrostu szeregu wydatków daje rządowi większe pole manewru. Rząd PiS wykorzystuje sprzyjającą sytuację gospodarczą na finansowanie nowych wydatków, a nie na ograniczanie deficytu i przygotowanie finansów publicznych na następne spowolnienie.
Wydatki zapisane w budżecie państwa stanowią mniej niż 45 proc. ogółu wydatków publicznych, na które składają się także wydatki samorządów, ZUS, KRUS, NFZ i szeregu innych podmiotów. O kondycji finansów publicznych świadczy deficyt całego sektora finansów publicznych, a nie tylko samego budżetu państwa.
Pomimo utrzymującej się bardzo dobrej koniunktury prognozowany na 2019 rok deficyt sektora finansów publicznych w Polsce pozostaje – na tle pozostałych państw Unii Europejskiej – wysoki. Wpisana do budżetu wielkość deficytu sektora finansów publicznych (1,8 proc.) jest wielkością maksymalną i choć faktyczny deficyt może być nieco mniejszy, to wciąż pozostaje relatywnie wysoki w porównaniu z innymi państwami członkowskimi.
W majowej prognozie Komisja Europejska przewidywała, że w 2019 r. deficyt w Polsce wyniesie 1,4 proc., czyli będzie sporo wyższy od unijnej średniej (0,3 proc.). Ponadto według tej samej prognozy 13 państw UE będzie miało w przyszłym roku nadwyżki.
Jest to niepokojące w kontekście bardzo dobrej koniunktury w gospodarce światowej i u naszych głównych partnerów handlowych. Według szacunków KE z lipca br. w latach 2017-2018 gospodarka unijna rosła najszybciej od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Obecne prognozy mówią o nieznacznym spowolnieniu wzrostu w przyszłym roku.

 

Pod rosnącym ciężarem świadczeń

Kiedy nowe podatki służą finansowaniu specjalnie tworzonych funduszy celowych, politycy mogą zwodzić obywateli, twierdząc, że owe podatki są uzasadnione, bo dzięki nim realizuje się popularne społecznie cele. Jednak politycy często kreatywnie dodają poszczególnym funduszom nowe wydatki, niezwiązane z ich pierwotnym przeznaczeniem, a lista funduszy zmienia się co roku.
I tak np. Fundusz Reprywatyzacji dotował m.in. Telewizję Polską i Polskie Radio, a Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej był wydatkowany m.in. na dotacje dla uczelni ojca Rydzyka, zakup sprzętu dla Ochotniczej Straży Pożarnej i ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Rząd PiS nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wprowadzenia istotnych reform strukturalnych w budżecie na 2019 rok.
Polskie finanse publiczne pozostają nieprzygotowane na spowolnienie gospodarcze, które przy braku reakcji rządu spowoduje wzrost deficytu. Choć wiele zależy od struktury spowolnienia gospodarczego, to należy się spodziewać, że będzie mu towarzyszył spadek wpływów podatkowych.
Jednocześnie, wolniejszy nominalny wzrost produktu krajowego brutto sprawi, że relatywny ciężar wypłaty świadczeń emerytalnych i rentowych będzie rósł.

Zamrażanie progu do świadczeń

Informacje o planach rychłego podniesieniu płacy minimalnej przy jednoczesnym braku gotowości władzy do równoległego i proporcjonalnego podniesienia progu dochodowego do świadczenia 500 plus, to bynajmniej nie ciekawostka o marginalnym znaczeniu społecznym.

 

To moment, który powinien wywołać ogólniejszą refleksję, czy faktycznie polityka państwa w tej sferze faktycznie zasługuje na entuzjazm i kredyt zaufania, jakim obdarzono w tej materii obecne rządy.
Po planowanej od stycznia podwyżce płacy minimalnej do 2200 złotych, wiele osób zarabiających płace minimalną może stracić prawo do świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko. Na przykład samotna, pracująca za minimalne wynagrodzenie matka wychowująca dziecko, nie zmieści się w kryterium dochodowym na poziomie nie więcej niż 800 złotych netto na osobę w rodzinie. Tego typu informacje łatwo jest zbyć jako „ drobiazgi”, pewne rysy na ogólnym pozytywnym obrazie.

 

Tymczasem właśnie takie „ drobiazgi” powinny być istotnym kryterium realizowanej polityki.

Bez względu na to, jak duża okaże się grupa, która straci, sam mechanizm jest czytelny. Podnosząc płacę minimalną bez podniesienia progu świadczenia, odbiera się prawo do niego grupom bardzo nisko uposażonym. Jak oceniać rząd, który na to pozwala? Przecież nie rozmawiamy o znoszeniu czy radykalnej podwyżce kryterium dochodowego, a jedynie o jego waloryzacji tak aby zmiany w płacy minimalnej nie uderzyły w nisko uposażone rodziny, w których praca wykonywana jest za minimalne wynagrodzenie.
Nawiasem mówiąc, i bez tych nowo powstałych okoliczności, konstrukcja świadczenia budziła od początku pewien niedosyt. Próg 800 złotych już na starcie eliminował z programu część pracujących rodziców (w tym tych wychowujących dzieci samodzielnie bez małżonka/małżonki) za dość skromne wynagrodzenie. Nawet relatywnie niewielkie przekroczenie płacy minimalnej uniemożliwiało skorzystanie z tej pomocy na pierwsze dziecko. O ile w chwili uruchomienia programu „ Rodzina 500+” można było to wybaczyć, o tyle po trzech latach brak jakiejkolwiek modyfikacji tych elementów, które mogą budzić uzasadnione społeczne zastrzeżenia już mocno niepokoi.
Niechęć do podnoszenia progu na pierwsze dziecko zdaje się potwierdzać, że funkcja socjalna programu (łagodzenie ubóstwa, zabezpieczenia socjalnego niezamożnych i zwiększania ich poczucia godności i podmiotowości) jest jednak nie tak ważna dla władzy, jakby się mogło wydawać. Wsparcie finansowe z tytułu wielodzietności zyskuje prymat wobec przyniesienia finansowej ulgi ogółowi niezamożnym rodzinom mających dzieci na utrzymaniu. Jeśli tak, to

 

realizowana polityka rodzinna coraz mniej zasługuje na poparcie z socjaldemokratycznych czy szerzej lewicowych pozycji.

Nie dlatego, że tworzenie rozwiązań służących wielodzietności jest z zasady niesłuszne (według mnie nie jest), ale powinno być ono mieć mniejszą rangę niż intencja otoczenia zabezpieczeniem i wsparciem wszystkich osób w trudniejszej sytuacji. I tych z rodzin wielodzietnych i tych z rodzin nuklearnych, zastępczych, jak również osób samotnych.
Zresztą problem jest szerszy, nie pojawił się wraz z obecną władzą. Gdy np. Donald Tusk pod wpływem protestu rodziców dzieci niepełnosprawnych w Sejmie podjął decyzję o dość radykalnym podniesieniu świadczenia pielęgnacyjnego, nie zadbano o to, by równolegle podnieść np. progu dochodowe regulujące poziom odpłatności za specjalistyczne usługi opiekuńcze, z których część głęboko niepełnosprawnych osób korzysta. Znane mi są opowieści matek z tamtego czasu, które wskazywały że owszem ich dochód się zwiększył, ale mniejszą lub większą część podwyżki „ zjadły” zwiększone koszty jakie musiały zapłacić za specjalistyczne usługi opiekuńcze.
Dlatego też przemyślana polityka wsparcia i zabezpieczenia grup w trudniejszej sytuacji powinna uwzględniać to, że grupy te korzystają z szerokiego wachlarza form pomocy, w polskich realiach obudowanej licznymi progami i warunkami dostępu. Robiąc krok w jednej sprawie, należy poczynić też kroki dostosowawcze na innych odcinkach. Zarówno Donaldowi Tuskowi wówczas, jak i obecnie rządowi Morawieckiego takiej rozwagi zabrakło. O ile jednak Tusk podejmował wówczas decyzje pod nagłą społeczną i medialną presją na szybkie zmiany, o tyle

 

w przypadku decyzji o podniesieniu płacy minimalnej mamy do czynienia z bardziej rutynowym procesem, który rząd powinien przeprowadzać w sposób przemyślany.

Aktualny moment przełomowy (choć w istocie powielający i pogłębiający pierworodną słabość programu 500+) to także ważny sygnał, jeśli chodzi o prawo do wsparcia rodziców, którzy podejmują pracę zarobkową. Polityka w tym względzie powinna być neutralna i respektować indywidualne prawo wyboru – tj. być atrakcyjna zarówno dla tych, którzy z myślą o rolach domowo-rodzinnych postanowili zrezygnować (przynajmniej czasowo) ze ścieżki zawodowej, jak i tych którzy chcą lub z różnych względów muszą godzić role domowo-rodzinne z pracą zarobkową. Jak widać na przykładzie programu 500 plus polityka ta nie jest neutralna. Rodzice pracujący za niskie wynagrodzenie są defaworyzowani w dostępie do finansowej pomocy z tytułu wychowania dziecka.
Pod tym względem znacznie bardziej broni się program „ Dobry start” (znany także jako Wyprawka 300+), który nie jest zależny od statusu rodzica na runku pracy ani od sytuacji dochodowej gospodarstwa domowego. Tyle tylko, że „ Dobry start” jest świadczeniem jednorazowym w roku i to dla młodzieży w wieku szkolnym. Ale przynajmniej możemy mówić w tym wypadku o jakże ważnej dla socjaldemokratycznego podejścia dekomodyfikacji, czyli uzależnienia od statusu rynkowo-zawodowego do pewnych świadczeń. W przypadku programu 500+ ta zasada de facto nie obowiązuje, co osoby z sercem po lewej stronie powinno skłaniać do pewnej rezerwy wobec tychże rozwiązań.

 

Nie o zachowanie dystansu powinno jednak nam chodzić, a o publiczne artykułowanie sprzeciwu przez progresywne środowiska, media, partie oraz wskazywanie kierunków zmian.

Obok wskazywania stanu docelowego lub optymalnego, jakim w opinii niektórych mogłoby być pełne zniesienie kryterium dochodowego do świadczenia 500+ (choć trzeba pamiętać, że bez innych kroków, np. w polityce podatkowej, mogłoby to zawęzić pole manewru przy finansowaniu innych ważnych działań, więc trzeba do tego również podchodzić ostrożnie), należy wskazywać pożądane scenariusze pośrednie, kompromisowe, które byłyby do zrealizowania w możliwie krótkiej perspektywie.
Takim pożądanym scenariuszem mogłoby np. być wpisanie zasady waloryzacji progu uprawniającego do świadczenia minimum o wskaźnik wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zaś wysokości świadczenia np. o wskaźniki związane z procesem inflacji. Takie postulaty wydają się skrajnie minimalistyczne, ale fakt, że nawet na to minimum na razie nie możemy się doczekać, pokazuje w ostrym świetle, jak zachowawczy w istocie jest obecny stosunek naszego państwa do rozwoju wsparcia społecznego.

Na przedsiębiorców nie wystarczy sam kij

Administracja skarbowa zapomniała, że czasami potrzebna jest także i marchewka. To warzywo na razie jest obecne tylko w oficjalnych deklaracjach rządu.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizujący ustawę o Krajowej Administracji Skarbowej.
Służby fiskalne mają otrzymać większe uprawnienia, aby skuteczniej walczyć z przestępcami podatkowymi. Niepokojące jest to, że rząd od pewnego momentu otwarcie hołduje teorii, że aby zmusić do płacenia podatków, wystarczy kij. Bo kto by tam przedsiębiorcom rzucał marchewkę. Ostrożnie! Takie podejście bardzo szybko może przynieść odwrotne rezultaty.

 

Godzenie ognia z wodą

Z jednej strony mamy ze strony rządu deklaracje, że skarbówka będzie przyjazna przedsiębiorcom, mamy też rzecznika tychże przedsiębiorców w osobie posła Adama Abramowicza. Mamy zapowiedź tzw. matrycy VAT-owskiej, która uprości regulację tego podatku i sprawi, że właścicielom firm na twarzy na stałe zagości szeroki uśmiech.
Ale z drugiej strony mamy sukcesywnie wdrażane rozszerzenie uprawnień fiskusa – i kolejne rozwiązania, których celem jest uszczelnienie systemu podatkowego, ale które zwiększają koszty działalności firm.
Słowem, trwa usilna praca nad pogodzeniem ognia z wodą. Trochę wygląda to tak, jakby ogłaszać, że policja będzie bardziej przyjazna obywatelom, a jednocześnie ogromnie zwiększać uprawnienia funkcjonariuszy. Może w teorii da się to jakoś uzasadnić, ale w praktyce nigdy to nie wychodzi.
Odwołam się do prawa karnego. Są różne szkoły – jedni karniści uważają, że surowe wyroki nic nie dadzą, lepsza jest prewencja i dobra resocjalizacja, inni sądzą, że wysoka kara za poważne przestępstwa nie wyklucza innych działań.
Ale ze świecą szukać karnisty, który głosi, że jedynym panaceum na przestępczość są surowe wyroki i ogromne uprawnienia policji oraz prokuratury.
Albo, że podejrzanego, dajmy na to, o oszustwo policja powinna trzymać na dołku przez tydzień bez zgody sądu – a jak się już przyzna, to powędruje na 10 lat do ciężkiego więzienia. Takiego poglądu nikt poważny nie podziela.
Dlaczego wobec tego z całą powagą głosi się pogląd, że przestępczość podatkową zwalczy się dzięki większym prerogatywom fiskusa, surowym karom i pomysłom typu przejęcie firmy przez prokuraturę w zarządzanie?
To tak, jakby nie było żadnego związku między kształtem systemu podatkowego w danym kraju a ściągalnością podatków.

 

Metoda nieustającej kontroli

Nawet nie śmiem podejrzewać decydentów o to, że wychodzą z założenia, iż przedsiębiorcy mają we krwi kantowanie państwa, więc nie warto iść im na rękę. Podejrzewam natomiast co innego.
Otóż po tym, jak faktycznie udało się zmniejszyć lukę w VAT, nasi rządzący uwierzyli, że znaleźli wzór na kwadraturę koła, czyli uniwersalny sposób na zwiększenie przychodów z podatków. Metodą samej nieustającej kontroli. A ten, jak mawiał klasyk, zawrót głowy od sukcesu może Polskę sporo kosztować.
Wadą polskiego systemu podatkowego nie jest nadmierna wysokość danin. Przynajmniej na tle innych państw europejskich. Owszem, zawsze gdzieś można by było je obniżyć, ale nie przesadzajmy, nie jest tragicznie.
Podstawową wadą jest jego niespójność i nieprzejrzystość, a także brak odpowiednich zachęt do rozwijania biznesu.

 

Jakby się czas zatrzymał

Celem podatków jest nie tylko napełnienie państwowej kasy – tak było kilka wieków temu. Jednym z ważniejszych celów polityki podatkowej jest skuteczne zachęcenie do rozwoju. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia: jeżeli dzisiaj cię nie złupię i umożliwię ci zwiększenie przychodów, to jutro sobie zrekompensuję to z nawiązką.
A u nas – czas jakby się zatrzymał. Jasne, są kolejne zapowiedzi, są małe ruchy, jak obniżony CIT dla najmniejszych firm. Najmniejsi przedsiębiorcy działają zwykle w formie działalności gospodarczej, a nie rejestrują spółek, ale to szczegół.
Co jednak z akcyzą, która zwiększana, wzmacnia szarą strefę? Co z faktycznymi udogodnieniami dla rozkręcających własny biznes?
Stawianie tylko na kontrolę doraźnie zwiększy ściągalność podatków – zapewne tak będzie. Jednak zahamuje rozwój przedsiębiorczości i w konsekwencji sprawi, że w długofalowej perspektywie do budżetu wpłynie mniej.
W przypadku prawa karno-skarbowego jest dokładnie tak, jak w przypadku prawa karnego: surowe regulacje mogą doraźnie zmniejszyć przestępczość, ale skłaniają do wypracowania skuteczniejszych mechanizmów uniknięcia konsekwencji. Na końcu przegrywa interes publiczny.

Kościelne wyłudzanie

Powinno się ostrzegać Polaków przed wyłudzaczami forsy ubranymi w sutanny.

 

Parafia św. Wojciecha w Białymstoku wezwała wiernych do uregulowania zaległości, które wynikają z braku składania dobrowolnych ofiar podczas kolędy. Rada Parafialna i Ekonomiczna postanowiła obciążyć rodziny, które zalegają z płatnościami, kwotą 2 złotych od każdej niedzieli, czyli około 100 zł rocznie. Pismo w tej sprawie otrzymali wszyscy, którzy nie przyjmowali księdza po kolędzie albo nie przekazywali podczas tych spotkań „dobrowolnych ofiar”.

 

Zwolnieni z podatku

Kościół katolicki w ramach tzw. tacy otrzymuje miliardy złotych rocznie. Już kilka lat temu arcybiskup Nycz mówił o 6 mld zł, które są zwolnione od podatku. To pieniądze nie księży, lecz Kościoła jako instytucji. Mimo to kler nie płaci podatku od osób prawnych. Jest to szara strefa, nie poddana żadnej kontroli. Księża przejmują olbrzymie środki, które wydają zgodnie ze swoimi kaprysami.

 

Naiwni

Nie dość jednak, że są to środki nieopodatkowane i często wykorzystywane w niejasny sposób, to na dodatek sposób ich zbierania może budzić poważne wątpliwości. Sytuacja z Białegostoku jest dość typowym przykładem wyłudzania pieniędzy, którego ofiarami są zazwyczaj osoby starsze, często niedołężne, samotne, podatne na manipulację. Parafia św. Wojciecha przesłała pismo o treści zbliżonej w formie do pism urzędowych, licząc na to, że wierni przestraszą się ewentualnych kar wynikających z nieuregulowania zaległości. W podobny sposób działają przestępcy przedstawiający się jako krewni ofiary czy złodzieje włamujący się na konta bankowe. Wykorzystują naiwność, zaufanie, a niekiedy strach ludzi, odwołując się do ich poczucia obowiązku.

 

Amber Gold bis

Część komentatorów w takich sytuacjach przerzuca winę na ludzi, którzy pozwalają się oszukać. Przecież nie musieli płacić – czytamy na wielu forach i w mediach społecznościowych. Warto jednak uwzględnić, że kler dla własnych interesów wykorzystuje właśnie ludzi najsłabszych i najbardziej podatnych na propagandę, wykorzystuje ich lęk, obawę, podatność na presję społeczną, wykorzystuje hierarchię władzy, konformizm wpajany przez system edukacji, media, polityków. Na podobnej zasadzie działała też machina finansowa Amber Gold – ludzie nie znali źródeł finansowania firmy Marcina P. i nie wiedzieli o jej braku gwarancji finansowych. Słyszeli tylko atrakcyjnie brzmiące deklaracje o wysokiej stopie zysku i oglądali reklamy. Kler działa podobnie, tylko nikt go nie rozlicza ani nie sprawdza, a jak naciąga ludzi, nawet nie mówi się o komisji śledczej. Na dodatek Kościół obiecuje nie tylko szczęśliwe życie na ziemi, ale też w zaświatach.

 

Szastanie miliardami

Co zatem robić? Przede wszystkim kler powinien być włączony w powszechny system podatkowy i jego finanse powinny być pod ścisłą kontrolą państwa. Trudno pojąć, dlaczego jedna z najpotężniejszych instytucji kraju nie musi płacić podatków ani wskazywać, na co wydaje środki zebrane od obywateli. Nie da się wyjaśnić, dlaczego darowizny nawet dla bliskich osób są w większości opodatkowane, a Kościół może obracać miliardami, których nikt nie kontroluje.

 

Uwaga, naciągacze!

Ponadto Polacy od najmłodszych lat powinni być ostrzegani przed wszelkimi formami kradzieży i wyłudzania, powinni być uczeni krytycznego myślenia, odporności na manipulacje, podejrzliwości wobec wszelkich samowolnych autorytetów. Przede wszystkim zaś jest po prostu odrażające, gdy potężna, bardzo bogata organizacja wyciąga od biednych, często schorowanych ludzi pieniądze, stosując różne techniki manipulacji i kłamstw.

Preferencje na papierze

W ekipie premiera Mateusza Morawieckiego słowo „innowacyjność” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Nic jednak z tego nie wynika.

 

Preferencyjny system podatkowy dla innowacyjnych przedsiębiorstw funkcjonuje już w 13 krajach europejskich. Ma wkrótce trafić i do Polski, choć w obliczu złamanych obietnic obniżenia stawki VAT, rosnących obciążeń fiskalnych i kar dla przedsiębiorców, wydaje się skórką niewartą wyprawki.
Już w 2000 r. Unia Europejska dostrzegła słabnącą konkurencyjność wspólnotowej gospodarki wobec innych rynków. Remedium na to miała być tzw. strategia lizbońska, czyli społeczno-gospodarczy plan rozwoju UE na lata 2000–2010. Jednym z jej głównych filarów była innowacyjność.

 

Prochu nie wymyślamy

Niestety, Polska nie spełniła oczekiwań. W rankingu państw opublikowanym przez Komisję Europejską w czerwcu 2017 r. w zakresie działań w obszarze innowacji nasz kraj zajął 4. miejsce od końca – wyprzedził tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Większość państw wyprzedzających Polskę w tym zestawieniu KE, oferuje korzystniejsze rozwiązania biznesowe dla przedsiębiorstw kładących nacisk na badania i rozwój. Chodzi zwłaszcza o system preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych z tytułu własności intelektualnej, głównie z patentów. Może obejmować inne przejawy własności intelektualnej, jak wzory przemysłowe czy znaki towarowe.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii proponuje, by przedsiębiorcy, którzy stworzą nową technologię lub usługę, a następnie zaczną ją sprzedawać, byli opodatkowani w zakresie uzyskiwanych dzięki temu dochodów, stawką maksymalnie 4 proc.
Rządowa propozycja takiej preferencyjnej stawki miałaby zacząć obowiązywać jeszcze w 2018 r.

 

Obietnice a rzeczywistość

Państwa oferują różne zakresy ulg. Część ogranicza się tylko do preferencyjnego opodatkowania dochodów z patentów, inne przewidują je dla wszelkich innowacji uzyskanych przez przedsiębiorstwo wskutek działań badawczo-rozwojowych.
Różne stawki opodatkowania i różne ulgi oferowane w ramach są dla przedsiębiorców niczym innym, jak zachętą do dokonywania tzw. optymalizacji podatkowej. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by Polska stała się niemal rajem podatkowym na tle innych państw.
Czy jednak zapowiedź wprowadzenia preferencyjnych i konkurencyjnych wobec systemów innych państw regulacji podatkowych, stanie się faktem? Byłaby to miła odmiana dla przedsiębiorców. Dotychczas bowiem nurt ustawodawstwa podatkowego zdecydowanie zmierzał w stronę zwiększania obciążeń fiskalnych.
Już od 1 stycznia 2019 r. ma obowiązywać w Polsce nowy podatek od zysków, których nie ma, tzw. exit tax. Przedsiębiorcy przenoszący swoją działalność za granicę będą musieli zapłacić z tego tytułu podatek od zysków, jakie zrealizowaliby na terytorium RP. To unijny podatek, który ma rekompensować krajom „narodzin” firmy, koszty poniesione w związku z jej tworzeniem, a także udzielone w tym celu ulgi.
System będący zachętą do pozostania w Polsce, a nie karą za jej opuszczenie, to właściwy oręż w walce o pieniądze przedsiębiorców – ocenia Kancelaria Prawna Skarbiec. Ale ci zdążyli się już przyzwyczaić, że obietnice to jedno, a ich realizacja – drugie, jak choćby w przypadku deklarowanej od dawna obniżki stawki VAT z 23 na 22 proc.

 

Swoboda tworzenia

Tymczasem, o podatki z kieszeni przedsiębiorców walczyć trzeba. Bo podczas gdy w Polsce składane są dopiero obietnice, już teraz stawka podatku dochodowego od firm innowacyjnych w Holandii wynosi 5 proc., a na Cyprze – tylko 2,5 proc.
Ze względu na swój specyficzny charakter własność intelektualna ma to do siebie, że jest ściśle związana nie z miejscem powstania, a z osobą twórcy. Wynalazki, wzory przemysłowe czy znaki towarowe można tworzyć gdziekolwiek – dlatego też twórcy mogą pracować nad swoimi pomysłami w dowolnym państwie, wedle swoich upodobań. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dostrzegło ten fakt. Zwróciło uwagę, że polscy przedsiębiorcy i wynalazcy mogą chcieć spieniężać swoje innowacje w obcym państwie ze względu na panujący w nim korzystny klimat ekonomiczny.
Przedsiębiorcy w Polsce borykają się na co dzień z podwójnym, a nawet wielokrotnym opodatkowaniem poszczególnych segmentów swojej działalności. Jednocześnie, nie otrzymują wsparcia finansowego ze strony państwa w zakresie nakładów na badania i rozwój. Zdaniem Kancelarii Prawnej Skarbiec, innowacyjni przedsiębiorcy już teraz wolą więc przenosić swoje przedsięwzięcia np. na Cypr lub do Wielkiej Brytanii. Cypr jest jurysdykcyjnym rajem dla przedsiębiorstw opierających swoją działalność na przychodach z tytułów praw licencyjnych i własności intelektualnej. Zjednoczone Królestwo w 2017 r. po raz pierwszy dołączyło do grona europejskich liderów innowacji.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dostrzegła już wiele lat temu, że firmy przeprowadzały prace badawcze w państwach, w których warunki były ku temu najkorzystniejsze, a komercjalizowały ich wyniki tam, gdzie obowiązywały najniższe stawki podatku dochodowego. Dlatego OECD ograniczyła możliwość wprowadzenia preferencyjnych stawek innowacyjnych. Przedsiębiorstwo musi m.in. wykazać, że co najmniej część prac badawczych prowadzona była na terenie kraju, pod którego jurysdykcją chce potem korzystać z niskiej stawki CIT.
Ograniczenia mają też zawęzić zakres innowacji, które można będzie objąć preferencjami. Ale to już grozi urzędniczymi nadużyciami i swobodą interpretacyjną organów podatkowych. Co można bowiem zrobić, gdy urzędnicy z Brukseli uznają marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę?