Salonowcy w lupanarze

„Gazeta Wyborcza” to – jak wiadomo – ostoja i strażnica kultury politycznej i kultury w ogóle. To wzorzec (jak wzornik w Sèvre pod Paryżem dla metra w systemie miar i wag) dobrych obyczajów i dobrego smaku.

 

To istne ucieleśnienie Herbertowskiej potęgi smaku. Bezkompromisowo obnaża i piętnuje wszelkie prostactwo, prymitywizm i chamstwo. I wytrwale powtarza „warto być przyzwoitym”. W weekendowych wydaniach zamieszcza wywiady z intelektualistami i eseje tak wyrafinowane, tak subtelne, że aż głowa boli. Jest więcej niż opiniotwórcza, bo wzorotwórcza. Wyznacza standardy tak salonowe (i właśnie pod hasłem Salonu znienawidzona jest przez Łysiaka i jego fanów), że podobnie jak według szefa podwładni ustawiają zegarek, tak ludzie kulturalni orientują się według niej, jak wymawiać Ą i Ę, czy jeść nożem, czy widelcem. Słowem, Polak kulturalny oddycha i mówi Gazetą Wyborczą. Jest tu wytwornie, elegancko i subtelnie… o ile nie chodzi o Rosję.
W sobotę 7 lipca piłkarska drużyna Rosji (jakim prawem zaszła dalej niż nasze Orły?) – rozgrywała mecz w ćwierćfinale Mundialu. Z tej okazji Gazeta Wyborcza zamieściła w magazynie świątecznym pikantny i doprawdy przezabawny artykuł z gatunku ciekawostek. Artykuł na całe dwie strony: »Mundialowy seksualny zawrót głowy. Rosyjska dziewczyna szuka chłopaka.« Autor? A któż by inny? Niezawodny weteran walki na froncie rosyjskim, redaktor Wacław Radziwinowicz. Ma on do walki motywację silną i osobistą, bo państwo Putina postarało się, by wyłącznie źle mógł pisać o Rosji wyłącznie stąd, z Warszawy, a nie stamtąd, z Moskwy. Od dłuższego czasu Pan Redaktor ma status zdalnego korespondenta. Donosi on czytelnikom, co widzi w Rosji z Warszawy „na podglądzie”. A widzi sokolim okiem tylko panoptikum, mógłby zostać kustoszem Kunstkamery. Doniesienia są zawsze namiętne i pikantne, monotonnie przewidywalne; lecz tym razem korespondent-wygnaniec przeszedł samego siebie.
W wyeksponowanym nagłówku czytamy: »Rosjanie są obrażeni, że Rosjanki „puszczają się” z obcymi kibicami. Rosjanki odpowiadają: „Może i obcy, ale są uśmiechnięci, pachnący i grzeczni”«. W tekście wielokrotnie powtarza się wątek: cudzoziemcy czyściutcy, pachnący, szarmanccy; rosyjscy mężczyźni niedomyci, śmierdzący potem, prostacy. Ponadto – dowiadujemy się – to impotenci.
Rosjanie, Rosjanki. Chodzi o niektórych, niektóre, brzmi jak o wszystkich. Ot, takie wymowne, sugestywne niedopowiedzenie, kiedy ze zdania wynika więcej niż formalnie powiedziano.
Na dwóch stronach autor z lubością, z widocznym ubawieniem cytuje i komentuje dyskusję w rosyjskich gazetach i w internecie na temat puszczalskich „Nataszek”. Tych, jak wynika z tekstu, jest cały legion. A puszczają się z cudzoziemcami – jak się dowiadujemy – tak masowo i gorliwie, że np. w aptekach w szacownym centrum Moskwy raz po raz brakuje prezerwatyw.
Z przejęciem i zrozumieniem cytuje Pan Redaktor z internetowej strony „Komsomolskiej Prawdy” pewną 30-letnią blondynkę. »Opisuje ona wieczór, kiedy w sumie przypadkiem trafiła do klubu pełnego gości mistrzostw. I zachwyca się: „Nie zdążyłam jeszcze wejść do środka, a już zrozumiałam, że to jest to! Boże, gdzie ja byłam wcześniej? Cała wielka sala była pełna ślicznych, zadbanych, czarujących, dobrze pachnących mężczyzn. I oni się uśmiechają, mówią komplementy, chcą rozmawiać, proponują drinki. Uśmiechający się Amerykanie, wysocy Niemcy, inteligentni Belgowie. Panie! Jak pięknie.”
Oczywiste! Kibice, o ile to nie Rosjanie, ale przybysze z cywilizowanego świata, z istoty swej są – zwłaszcza po meczu i po dalszych wrażeniach w klubie, w pubie, na dyskotece – pachnący, trzeźwi, wytworni. Rosyjscy mężczyźni – jak wynika z tych miarodajnych impresji ich niektórych rodaczek spragnionych odmiany i przygody – to niechlujne, leniwe i chamowate brudasy. Inni nie istnieją, skoro nie o innych tu mowa. Pan Redaktor taktownie tylko powtarza słowa „Rosjanek” ze zbioru liczebnie nieokreślonego, nie wdając się w statystyczne niuanse. Brakuje tu jeszcze tylko – jak na gazetę z literackiego panteonu – cytatu z Lermontowa („Proszczaj, niemytaja Rossija”), choć w jego wierszu niezupełnie o to chodziło.
Z nieskrywaną satysfakcją Pan Redaktor relacjonuje rosyjską „kłótnię w rodzinie” – burzliwą krytykę, głosy potępienia rodaczek oskarżanych o urąganie narodowej godności. I ze wzruszającą empatią przytacza pyskate repliki tych „Nataszek”. »Zupełnie otwarcie, z fizjologicznymi detalami dowodzą, że Rosjanie to najgorsi, najbardziej nieporadni kochankowie w świecie.« No, prawdziwy dżentelmen. I opiekun milionów niespełnionych Rosjanek. Tak przejęty ich niedolą, że aż ślina mu kapie.
Gazeta Wyborcza mniema o sobie, iż praktykuje – pod każdym względem – arystotelesowską zasadę złotego środka; jakoby zawsze ma jednakowy dystans do skrajności ze wszelkich możliwych stron. W tej publikacji jakby z brukowca wziętej rzeczywiście znalazła się pośrodku. Pośrodku w skali żenady i niesmaku – między doktorem Goebbelsem z jego finezyjnymi receptami na filmy o Żydach a doktorem Kaczyńskim z jego wywodem o pasożytach i obrzydliwych chorobach roznoszonych przez uchodźców.
Bronisław Łagowski zebrał w jednym tomie („Polska chora na Rosję”) katalog przejawów wiadomej obsesji i fobii. Dorzucam mu ten kwiatek do kolekcji.

Flaczki tygodnia

„Była inspiracją dla milionów polskich sportowców i kibiców” – zaćwierkał na Twiterze pan premier Mateusz Morawiecki na wieść o śmierci Ireny Szewińskiej. Nie wspomniał tym razem, że wybitna sportsmenka przez całe swoje sportowe życie reprezentowała „państwo, którego nie było”, jak elegancko określił Polskę Ludową niedawno pan premier Morawiecki.

***

Nie dodał też, że pani Irena miała wielkie szczęście, bo nie spotkała na swej drodze ukochanej przez pana premiera Brygady Świętokrzyskiej, ani grup partyzanckich zwanych przez jego przyjaciół politycznych „żołnierzami wyklętymi”. Bo wtedy mogliby zastrzelić ją tylko za samo posiadane, panieńskie wtedy, nazwisko.

***

Śladami słów pana premiera podążyli prorządowi pracownicy frontu propagandowego z TVP info. Dziękowali pani Irenie Szewińskiej, że przez tyle lat zdobywała tak liczne złote medale dla Polski. W koszulce z orłem na piersiach. Nie dodawali, że był to orzeł piastowski, bez korony. Bo przecież ten sam front propagandowy przynajmniej raz w tygodniu pluje na żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Wał Pomorski i Kołobrzeg, zdobywali Berlin, ale nosili czapki z niekoronowanym orzełkiem. Elitom PiS wrogim. Teraz jednak podpinają się pod sukcesy pani Szewińskiej, pod to „nieistniejące państwo”, tego orła bez korony, żeby tylko ocieplić nimi swój wizerunek. Jakże obrzydliwie zakłamani są pan premier Morawiecki, elity PiS i pracownicy ich frontu propagandowego.

***

Ambasada IV RP w Wielkiej Brytanii sponsorowała w listopadzie 2017 roku tak zwane „targi książki” w Slough. Imprezę, gdzie lansowali się polscy i europejscy ksenofobi, nacjonaliści i sympatycy faszyzujących organizacji. Krzewiących ideę „Europy białych ludzi”. Sprzeczną i wrogą ideom ruchu olimpijskiego, któremu poświęciła się pani Irena Szewińska. Ale tak to jest z elitami PiS. Demokracji gromnicę, a szowinistom i ksenofobom podarek.

***

Już nawet władze proreżimowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wezwały władze mediów „publicznych”, czyli TVP i Polskiego Radia do „zagwarantowania niezależności i godności uprawiania dziennikarstwa”. Bo w jackokurskiej TVP SA kult Ojca Narodu – pana prezesa Kaczyńskiego, Matki Polki – pani Wicepremier Beaty Szydło i ich cudownego dziecka – pana premiera Mateusza Morawieckiego osiągnął iście religijny charakter. Codziennie w „Wiadomościach” TVP odprawiana jest msza ku czci tej Trójcy Świętej. A na deser zapowiadają rychłą, krwawą ofiarę z Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Ryżego zdrajcy zawsze białego Narodu Polskiego.

***

Z okazji Stulecia odzyskania Niepodległości przez Polskę w Wojtkowie stanąć ma uroczyście stu metrowej wysokości krzyż. Narodowo-katolicki. Pobije on na głowę jedynie trzydziestotrzymetrową figurę Chrystusa ze Świebodzina. Cień krzyża będzie padał nie tylko na Polskę. Przy odpowiednim obrocie może trafić też Berlin, Paryż i Brukselę.

***

Ujawniono, że Instytut Pamięci Narodowej rozsyła do zaprzyjaźnionych instytucji i zasłużonych wolontariuszy fiolki z ziemią pochodzącą z jam grobowca zwanego w żargonie IPNowców „Łączką”. Miejsca, gdzie potajemnie pochowano ciała ofiar polskiego, stalinowskiego terroru. Takie zachowanie świadczy, że aktywiści z IPN traktują ekshumowaną ziemię jak relikwie, przedmiot kultu religijnego. Każdy socjolog religii potwierdzi, że tak zachowują się członkowie sekt religijnych, albo grup uprawiających magię.

***

Państwowe, kontrolowane przez pisowski rząd przedsiębiorstwo PLL LOT zerwało z tradycyjnymi, jeszcze przedwojennymi symbolami i barwami tej firmy i zaczęło malować zakupione samoloty w biało-czerwone barwy. Bo widać mianowany przez PiS prezes PLL LOT wierzy, że tak ubarwione maszyny będą latać punktualnie, tanio i bezpiecznie. Tymczasem zły stan techniczny pozostałych samolotów, radykalne oszczędności na wszystkim, spory z pracownikami o niskie płace, przeciążona siatka połączeń, wojna zarządu ze związkami zawodowymi, sprawiają, że ostatnimi czasy nawet co trzecie połączenie bywa opóźnione. Ale zarząd firmy chyba wierzy, że wszystko poprawi się radykalnie, kiedy wszystkie samoloty zostaną przemalowane na narodowe barwy. Zostaną latającymi flagami polskimi. Patriotycznymi relikwiami.

***

Własny kościół prawosławny, niezależny od kościoła moskiewskiego, funduje Ukrainie jej prezydent Petr Poroszenko. Zwrócił się on z apelem, popartym przez ukraiński parlament, do patriarchy Konstantynopola Bartłomieja. Uznawanego formalnie za zwierzchnika światowego prawosławia. Prezydent Poroszenko chce, by patriarcha Bartłomiej zmienił decyzję swego poprzednika Dionizego, który w 1686 roku podporządkował kościół prawosławny na Ukrainie patriarchatowi w Moskwie. Władze w Kijowie liczą, że przyznanie autokefalii, czyli statusu niezależnej cerkwi nastąpi już w lipcu tego roku. Przed 1030 rocznicą chrztu Rusi w obrządku prawosławnym.
Moskwa oczywiście jest przeciw. Wtedy ukraińska cerkiew nie tylko przestałaby być częścią moskiewskiej, podporządkowana byłaby, jedynie formalnie, patriarsze konstantynopolskiemu. Taka decyzja wzmocniła by władze w Kijowie, bo oczywisty jest wtedy sojusz „Tronu i kropidła”. Byłaby kolejnym krokiem zrywającym więzi Kijowa z Moskwą.

***

Krokiem atrakcyjnym dla słabej władzy w Kijowie, ale też n przyszłość niebezpiecznym. Nie wiadomo przecież jak zachowają się wierni, jak zachowają się ich pasterze. Czy wszyscy zaakceptują zerwanie z wielce wpływowym patriarchatem moskiewskim? Czy nie doprowadzi to do rozłamu w ukraińskiej cerkwi? Rozłamu w czasie toczącej się hybrydowej i konwencjonalnej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Można obawiać się, że ukraińska autokefalia zacznie się od religijnej wojny domowej. Potęgującej obecną.
Warto przypomnieć, że angielski król Henryk VIII też początkowo chciał jedynie uniezależnienia angielskiego kościoła katolickiego od dyktatu papieskiego. A wyszło jak wyszło. Wszystkie późniejsze wojny domowe na wyspach brytyjskich wzmacniane były podziałami i wrogością religijną.

***

Na szczęście religijność w Polsce systematycznie spada. Już tylko 55 procent obywateli powyżej czterdziestego roku życia w naszym kraju uczęszcza co tydzień na msze. W grupie młodych ten odsetek sięga 26 procent. Zatem możemy uznać, że widmo wojen religijnych w Polsce oddala się. Jeśli tylko uwierzymy w wartość sondażu Pew Research Center.