PiS rzuca się na taśmę

PiS-owi podobno znów spadło w sondażach, do 34 procent, jak donosi pracownia Kantar Public.  Ponieważ w ostatnich dniach nie zdarzyło się raczej nic szczególnego, co by ten spadek uzasadniało, bo sprawy szybkiej rejterady z ustawą o IPN, aferą Pięty czy nagrodami już się przewaliły, więc warto rozważyć, co mogło spowodować ów spadek z pozycji 40 procent.

 

I wtedy w sukurs przychodzą uwagi socjologa profesora Radosława Markowskiego, od lat specjalizującego się w badaniu wyników sondaży, który od dawna twierdzi, że PiS ma poziom poparcia dnia z wyborów i – poza wahaniami okolicznościowymi – ani mniej ani więcej.
Markowski konsekwentnie twierdził już w pierwszym półroczu po wyborach z października 2015 roku, że mnożące się już wtedy publikacje wyników badań wskazujące na rosnącą stale wysokość notowań PiS, nawet do poziomu 50 procent, można włożyć między bajki i partia rządząca ma stały elektorat na poziomie mniej więcej wyniku wyborczego czyli około 35 procent. Markowski formułował swoje oceny na podstawie szczegółowych, systematycznych analiz publikowanych badań, w tym szczegółowych parametrów, takich jak przepływy poparcia, kategorie wiekowe, przynależność do grup społecznych, wykształcenie, miejsce zamieszkania itd.

 

Albo-albo

I właśnie dlatego w wywiadzie jakiego prezes PiS udzielił braciom Karnowskim dla tygodnika „Sieci” (15 lipca) tak kategorycznie wybrzmiewa jego determinacja, by doprowadzić do pacyfikacji Sądu Najwyższego. Na pytanie Karnowskich: „Komisja Europejska nie złamie polskiej woli dokończenia tej reformy?”, Kaczyński odpowiada: „Nie złamie, bo to jest albo-albo. Jeśli nie zreformuje się sądownictwa, inne reformy mają mały sens, bo prędzej czy później zostaną przez takie sady, jakie mamy, zanegowane”.
Prezes zdecydował się przeprowadzić piątą zmianę ustawy o Sądzie Najwyższym w reakcji na postawę I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz w obawie, że długotrwała i skomplikowana procedura rekrutacji sędziów do Sądu Najwyższego spowoduje takie spowolnienie tego procesu, które sprawi, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu zdąży zatrzymać pisowską „reformę”. Determinacja PiS w tej sprawie jest wyraźnie bardzo silna i władza chce to koniecznie przeprowadzić na obecnym, ostatnim przedwakacyjnym posiedzeniu parlamentu. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, PiS chce odreagować defensywną wiosnę, kiedy to władza dostała zadyszki, odnotowała ostry spadek notowań i musiał wycofać się m.in. z osławionej zmiany ustawy o IPN a także z prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Po drugie, Kaczyński i otaczająca go kamaryla wie, że jeśli nie „załatwi” sprawy Sądu Najwyższego przed wakacjami, to po wakacjach parlamentarnych, we wrześniu, może się to okazać trudniejsze, bo jest to zwyczajowy czas inauguracji nowego sezonu politycznego, gdy ludzie wracają po urlopach zregenerowani, wypoczęci, gotowi do walki. Po trzecie, PiS zauważa ewidentną demobilizację obywatelską w obronie sądów. Byłem pod Sejmem w środę i czwartek i przekonałem się naocznie o tej demobilizacji. Kłamliwa do bólu TVP tym razem właściwie nie musiała uciekać się do manipulacji i sztuczek robionych kamerą. Niestety, demonstracje te są dychawiczne i nie przekraczają stu-dwustu osób. Nie da się tego nawet porównać z prawdziwie masowymi demonstracjami w obronie sądów w lipcu zeszłego roku. Odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się dzieje wymagałaby już zastosowania naukowych instrumentów socjologicznych. Wydaje się, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy prawdopodobnie trafnie sformułował w „karnowskich sieciach” publicysta Piotr Skwieciński. Jego zdaniem demobilizacja społeczna w sprawie sądów bierze się upowszechniającego się przeświadczenia przeciwników PiS oraz „symetrystów”, że opór społeczny i polityczny w Polsce jest w sumie taką potęgą, że „i bez bezpieczników nie dopuści ona do dyktatury tej partii (…) potęgą obecnie nie obejmującą wprost sfery polityki, ale posiadającą potencjał, który w każdej chwili może przełożyć się na politykę”. (…) „Nie obawiają się więc efektów naruszenia zasady „check and balance”; intuicyjnie uważają raczej, że dopiero teraz ów balans staje się realny”. Jeśli jednak uznać nawet interesującą hipotezę Skwiecińskiego za trafną czy bliską trafności z socjo-politologicznego punktu widzenia, to przecież opozycja nie mogłaby i nie zechciała wyciągać z niej takiego praktycznego wniosku, który prowadziłby do osłabienia jej determinacji. W każdym razie Kaczyński i jego kamaryla widzą, że okoliczności aktualnie im względnie sprzyjają i chcą ryzyko utrwalenia owej hipotetycznej „check and balance” dopchnąć kolanem jak najszybciej, właśnie przed wakacjami.

 

„W 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. To się nie powtórzy”

Kluczowa determinacja PiS w sprawie Sądu Najwyższego bierze się jednak przede wszystkim ze skrywanego lęku o wynik wyborów. O to, że z dokonywanych w rozmaitych konfiguracjach wyliczeń wynika, i to już od pewnego czasu, że do Sejmu może wejść grupa partii, która będzie w stanie zbudować antypisowską koalicję. Kaczyński boi się też lewicy, konkretnie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i daje temu wyraz we wspomnianej rozmowie z Karnowskimi („Musimy pamiętać, że w 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. Należy założyć, że to się nie powtórzy, musimy po prostu zdobyć tyle głosów Polaków, by bezpiecznie uzyskać kolejną kadencję”). A ponieważ Kaczyński wie, że realny poziom notowań jest wielką niewiadomą, więc „w razie nieszczęścia” chce mieć w ręku Sąd Najwyższy, który przecież zatwierdza wynik wyborów. Także lęk przed przegraną wyborczą (choćby i w dalszej przyszłości) legł u podstaw orzeczenia tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, który prezydenckie prawo łaski rozszerzył do granic barejowskiego absurdu, pozwalając prezydentowi na ułaskawianie nawet na poziomie postępowania przygotowawczego (dowcipnisie pytają w internecie, czy planowane jest wprowadzenie możliwości rozwodów narzeczonych i mówią o nowej edycji „Dudapomocy”).

 

Unia Warzywno-Ziemniaczana i inni

Dodatkowym powodem gorączkowego pośpiechu PiS w sprawie Sądu Najwyższego (przy okazji też prokuratury) jest także fakt, że dotychczasowa czystka w sądownictwie, przeprowadzana przez Zbigniewa Ziobro już od roku, nie przyniosła niczego zwykłym obywatelom korzystającym z sądów. Ba, wyniki w sądach pogorszyły się. Miasteczko namiotowe protestujących przeciw sądom ludzi z kręgu Adama Słomki i Zygmunta Miernika nie zniknęło tylko z powodu uporządkowania trawnika przed gmachem Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich w Warszawie. Zniknęło także dlatego, że wspomniani radykałowie uważają dziś PiS, w najlepszym razie, za władzę, która sytuacji obywatela w sądzie nie poprawiła, w najgorszym – za zdrajców Sprawy. Także z tego powodu Słomka i Miernik zniknęli z TVPiS, gdzie jeszcze przed rokiem byli stałymi gości w programie Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego. PiS niepokoi też to, co dzieje się na scenie aktywności grup społecznych i branżowych. Poza już zasygnalizowanymi protestami nauczycieli czy policjantów pojawiły się nowe chmury. Ostatnio PiS doprowadziło do czerwoności nawet grupę zawodową, która pod przewodem właściciela najbardziej eleganckiej obory w Polsce, Jana Szyszko, długo zdawała się być jednym z silnych kręgów propisowskiej i to gorliwej lojalności. Przed Sejmem pojawiło się tysiąc leśników, którzy są rozsierdzeni na PiS za to, że oddaje lasy w pacht deweloperom, którzy mają budować „mieszkania plus”. Nadspodziewanie szybko doszło też do organizacyjnej reakcji rolników (w tym plantatorów owoców miękkich) na katastrofalny poziom cen skupu, który radykalnie pogorszył sytuację dużej części tej grupy społeczno-zawodowej. Zawiązała się właśnie Unia Warzywno-Ziemniaczana, na czele której stanął młody rolnik Michał Kołodziejczak. Nikt PiS-owi nie zagwarantuje, że okaże się to sezonową efemerydą i że nie odbierze mu części głosów wsi, dotąd na ogół lojalnej.

 

Objawienie jasnogórskiej Madonny z Tęczochowy u Lisickiego

Co jeszcze spróbuje wyszykować nam PiS? We wspomnianym wywiadzie dla „karnowskiej sieci” prezes PiS dał świadectwo tego, że śledzi prawicową prasę i odwołuje się do hipotez, diagnoz i pomysłów propisowskich publicystów. Po Marszu Równości w Częstochowie na okładce tygodnika „Do rzeczy” ukazała się twarz jasnogórskiej Madonny opatrzona napisem „Zamach na świętość”. Redaktor naczelny Paweł Lisicki wprost sugeruje ograniczenie wolności tego rodzaju demonstracji: „Pierwszy tęczowy atak na Jasną Górę został odparty. Można być pewnym, że nastąpią kolejne, lepiej zorganizowane, bardziej krzykliwe. Chyba że polscy politycy zdobędą się na odwagę i przygotują skuteczną ustawę broniącą nas przed agresywna propagandą aktywistów LGBT”. To samo sugeruje uchodzący za krytyka literackiego niejaki Krzysztof Masłoń, (ksywa „Cudownie Otrzeźwiony”). Stawiam talary przeciw orzechom, że jesienią wysmażony zostanie projekt kagańcowej ustawy w tej sprawie. W sytuacji, gdy Rydzyk od czasu do czasu groźnie powarkuje i sugeruje swoje listy do parlamentu, gdy z powodu „wściekłych wiedźm” z „czarnych protestów” nie można „w pełni chronić życia poczętego”, taka ustawa „antypedalska” byłaby w sam raz godnym darem na przebłaganie, a co najmniej na udobruchanie Ojca Toruńskiego.

Salonowcy w lupanarze

„Gazeta Wyborcza” to – jak wiadomo – ostoja i strażnica kultury politycznej i kultury w ogóle. To wzorzec (jak wzornik w Sèvre pod Paryżem dla metra w systemie miar i wag) dobrych obyczajów i dobrego smaku.

 

To istne ucieleśnienie Herbertowskiej potęgi smaku. Bezkompromisowo obnaża i piętnuje wszelkie prostactwo, prymitywizm i chamstwo. I wytrwale powtarza „warto być przyzwoitym”. W weekendowych wydaniach zamieszcza wywiady z intelektualistami i eseje tak wyrafinowane, tak subtelne, że aż głowa boli. Jest więcej niż opiniotwórcza, bo wzorotwórcza. Wyznacza standardy tak salonowe (i właśnie pod hasłem Salonu znienawidzona jest przez Łysiaka i jego fanów), że podobnie jak według szefa podwładni ustawiają zegarek, tak ludzie kulturalni orientują się według niej, jak wymawiać Ą i Ę, czy jeść nożem, czy widelcem. Słowem, Polak kulturalny oddycha i mówi Gazetą Wyborczą. Jest tu wytwornie, elegancko i subtelnie… o ile nie chodzi o Rosję.
W sobotę 7 lipca piłkarska drużyna Rosji (jakim prawem zaszła dalej niż nasze Orły?) – rozgrywała mecz w ćwierćfinale Mundialu. Z tej okazji Gazeta Wyborcza zamieściła w magazynie świątecznym pikantny i doprawdy przezabawny artykuł z gatunku ciekawostek. Artykuł na całe dwie strony: »Mundialowy seksualny zawrót głowy. Rosyjska dziewczyna szuka chłopaka.« Autor? A któż by inny? Niezawodny weteran walki na froncie rosyjskim, redaktor Wacław Radziwinowicz. Ma on do walki motywację silną i osobistą, bo państwo Putina postarało się, by wyłącznie źle mógł pisać o Rosji wyłącznie stąd, z Warszawy, a nie stamtąd, z Moskwy. Od dłuższego czasu Pan Redaktor ma status zdalnego korespondenta. Donosi on czytelnikom, co widzi w Rosji z Warszawy „na podglądzie”. A widzi sokolim okiem tylko panoptikum, mógłby zostać kustoszem Kunstkamery. Doniesienia są zawsze namiętne i pikantne, monotonnie przewidywalne; lecz tym razem korespondent-wygnaniec przeszedł samego siebie.
W wyeksponowanym nagłówku czytamy: »Rosjanie są obrażeni, że Rosjanki „puszczają się” z obcymi kibicami. Rosjanki odpowiadają: „Może i obcy, ale są uśmiechnięci, pachnący i grzeczni”«. W tekście wielokrotnie powtarza się wątek: cudzoziemcy czyściutcy, pachnący, szarmanccy; rosyjscy mężczyźni niedomyci, śmierdzący potem, prostacy. Ponadto – dowiadujemy się – to impotenci.
Rosjanie, Rosjanki. Chodzi o niektórych, niektóre, brzmi jak o wszystkich. Ot, takie wymowne, sugestywne niedopowiedzenie, kiedy ze zdania wynika więcej niż formalnie powiedziano.
Na dwóch stronach autor z lubością, z widocznym ubawieniem cytuje i komentuje dyskusję w rosyjskich gazetach i w internecie na temat puszczalskich „Nataszek”. Tych, jak wynika z tekstu, jest cały legion. A puszczają się z cudzoziemcami – jak się dowiadujemy – tak masowo i gorliwie, że np. w aptekach w szacownym centrum Moskwy raz po raz brakuje prezerwatyw.
Z przejęciem i zrozumieniem cytuje Pan Redaktor z internetowej strony „Komsomolskiej Prawdy” pewną 30-letnią blondynkę. »Opisuje ona wieczór, kiedy w sumie przypadkiem trafiła do klubu pełnego gości mistrzostw. I zachwyca się: „Nie zdążyłam jeszcze wejść do środka, a już zrozumiałam, że to jest to! Boże, gdzie ja byłam wcześniej? Cała wielka sala była pełna ślicznych, zadbanych, czarujących, dobrze pachnących mężczyzn. I oni się uśmiechają, mówią komplementy, chcą rozmawiać, proponują drinki. Uśmiechający się Amerykanie, wysocy Niemcy, inteligentni Belgowie. Panie! Jak pięknie.”
Oczywiste! Kibice, o ile to nie Rosjanie, ale przybysze z cywilizowanego świata, z istoty swej są – zwłaszcza po meczu i po dalszych wrażeniach w klubie, w pubie, na dyskotece – pachnący, trzeźwi, wytworni. Rosyjscy mężczyźni – jak wynika z tych miarodajnych impresji ich niektórych rodaczek spragnionych odmiany i przygody – to niechlujne, leniwe i chamowate brudasy. Inni nie istnieją, skoro nie o innych tu mowa. Pan Redaktor taktownie tylko powtarza słowa „Rosjanek” ze zbioru liczebnie nieokreślonego, nie wdając się w statystyczne niuanse. Brakuje tu jeszcze tylko – jak na gazetę z literackiego panteonu – cytatu z Lermontowa („Proszczaj, niemytaja Rossija”), choć w jego wierszu niezupełnie o to chodziło.
Z nieskrywaną satysfakcją Pan Redaktor relacjonuje rosyjską „kłótnię w rodzinie” – burzliwą krytykę, głosy potępienia rodaczek oskarżanych o urąganie narodowej godności. I ze wzruszającą empatią przytacza pyskate repliki tych „Nataszek”. »Zupełnie otwarcie, z fizjologicznymi detalami dowodzą, że Rosjanie to najgorsi, najbardziej nieporadni kochankowie w świecie.« No, prawdziwy dżentelmen. I opiekun milionów niespełnionych Rosjanek. Tak przejęty ich niedolą, że aż ślina mu kapie.
Gazeta Wyborcza mniema o sobie, iż praktykuje – pod każdym względem – arystotelesowską zasadę złotego środka; jakoby zawsze ma jednakowy dystans do skrajności ze wszelkich możliwych stron. W tej publikacji jakby z brukowca wziętej rzeczywiście znalazła się pośrodku. Pośrodku w skali żenady i niesmaku – między doktorem Goebbelsem z jego finezyjnymi receptami na filmy o Żydach a doktorem Kaczyńskim z jego wywodem o pasożytach i obrzydliwych chorobach roznoszonych przez uchodźców.
Bronisław Łagowski zebrał w jednym tomie („Polska chora na Rosję”) katalog przejawów wiadomej obsesji i fobii. Dorzucam mu ten kwiatek do kolekcji.

Flaczki tygodnia

„Była inspiracją dla milionów polskich sportowców i kibiców” – zaćwierkał na Twiterze pan premier Mateusz Morawiecki na wieść o śmierci Ireny Szewińskiej. Nie wspomniał tym razem, że wybitna sportsmenka przez całe swoje sportowe życie reprezentowała „państwo, którego nie było”, jak elegancko określił Polskę Ludową niedawno pan premier Morawiecki.

***

Nie dodał też, że pani Irena miała wielkie szczęście, bo nie spotkała na swej drodze ukochanej przez pana premiera Brygady Świętokrzyskiej, ani grup partyzanckich zwanych przez jego przyjaciół politycznych „żołnierzami wyklętymi”. Bo wtedy mogliby zastrzelić ją tylko za samo posiadane, panieńskie wtedy, nazwisko.

***

Śladami słów pana premiera podążyli prorządowi pracownicy frontu propagandowego z TVP info. Dziękowali pani Irenie Szewińskiej, że przez tyle lat zdobywała tak liczne złote medale dla Polski. W koszulce z orłem na piersiach. Nie dodawali, że był to orzeł piastowski, bez korony. Bo przecież ten sam front propagandowy przynajmniej raz w tygodniu pluje na żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Wał Pomorski i Kołobrzeg, zdobywali Berlin, ale nosili czapki z niekoronowanym orzełkiem. Elitom PiS wrogim. Teraz jednak podpinają się pod sukcesy pani Szewińskiej, pod to „nieistniejące państwo”, tego orła bez korony, żeby tylko ocieplić nimi swój wizerunek. Jakże obrzydliwie zakłamani są pan premier Morawiecki, elity PiS i pracownicy ich frontu propagandowego.

***

Ambasada IV RP w Wielkiej Brytanii sponsorowała w listopadzie 2017 roku tak zwane „targi książki” w Slough. Imprezę, gdzie lansowali się polscy i europejscy ksenofobi, nacjonaliści i sympatycy faszyzujących organizacji. Krzewiących ideę „Europy białych ludzi”. Sprzeczną i wrogą ideom ruchu olimpijskiego, któremu poświęciła się pani Irena Szewińska. Ale tak to jest z elitami PiS. Demokracji gromnicę, a szowinistom i ksenofobom podarek.

***

Już nawet władze proreżimowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wezwały władze mediów „publicznych”, czyli TVP i Polskiego Radia do „zagwarantowania niezależności i godności uprawiania dziennikarstwa”. Bo w jackokurskiej TVP SA kult Ojca Narodu – pana prezesa Kaczyńskiego, Matki Polki – pani Wicepremier Beaty Szydło i ich cudownego dziecka – pana premiera Mateusza Morawieckiego osiągnął iście religijny charakter. Codziennie w „Wiadomościach” TVP odprawiana jest msza ku czci tej Trójcy Świętej. A na deser zapowiadają rychłą, krwawą ofiarę z Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Ryżego zdrajcy zawsze białego Narodu Polskiego.

***

Z okazji Stulecia odzyskania Niepodległości przez Polskę w Wojtkowie stanąć ma uroczyście stu metrowej wysokości krzyż. Narodowo-katolicki. Pobije on na głowę jedynie trzydziestotrzymetrową figurę Chrystusa ze Świebodzina. Cień krzyża będzie padał nie tylko na Polskę. Przy odpowiednim obrocie może trafić też Berlin, Paryż i Brukselę.

***

Ujawniono, że Instytut Pamięci Narodowej rozsyła do zaprzyjaźnionych instytucji i zasłużonych wolontariuszy fiolki z ziemią pochodzącą z jam grobowca zwanego w żargonie IPNowców „Łączką”. Miejsca, gdzie potajemnie pochowano ciała ofiar polskiego, stalinowskiego terroru. Takie zachowanie świadczy, że aktywiści z IPN traktują ekshumowaną ziemię jak relikwie, przedmiot kultu religijnego. Każdy socjolog religii potwierdzi, że tak zachowują się członkowie sekt religijnych, albo grup uprawiających magię.

***

Państwowe, kontrolowane przez pisowski rząd przedsiębiorstwo PLL LOT zerwało z tradycyjnymi, jeszcze przedwojennymi symbolami i barwami tej firmy i zaczęło malować zakupione samoloty w biało-czerwone barwy. Bo widać mianowany przez PiS prezes PLL LOT wierzy, że tak ubarwione maszyny będą latać punktualnie, tanio i bezpiecznie. Tymczasem zły stan techniczny pozostałych samolotów, radykalne oszczędności na wszystkim, spory z pracownikami o niskie płace, przeciążona siatka połączeń, wojna zarządu ze związkami zawodowymi, sprawiają, że ostatnimi czasy nawet co trzecie połączenie bywa opóźnione. Ale zarząd firmy chyba wierzy, że wszystko poprawi się radykalnie, kiedy wszystkie samoloty zostaną przemalowane na narodowe barwy. Zostaną latającymi flagami polskimi. Patriotycznymi relikwiami.

***

Własny kościół prawosławny, niezależny od kościoła moskiewskiego, funduje Ukrainie jej prezydent Petr Poroszenko. Zwrócił się on z apelem, popartym przez ukraiński parlament, do patriarchy Konstantynopola Bartłomieja. Uznawanego formalnie za zwierzchnika światowego prawosławia. Prezydent Poroszenko chce, by patriarcha Bartłomiej zmienił decyzję swego poprzednika Dionizego, który w 1686 roku podporządkował kościół prawosławny na Ukrainie patriarchatowi w Moskwie. Władze w Kijowie liczą, że przyznanie autokefalii, czyli statusu niezależnej cerkwi nastąpi już w lipcu tego roku. Przed 1030 rocznicą chrztu Rusi w obrządku prawosławnym.
Moskwa oczywiście jest przeciw. Wtedy ukraińska cerkiew nie tylko przestałaby być częścią moskiewskiej, podporządkowana byłaby, jedynie formalnie, patriarsze konstantynopolskiemu. Taka decyzja wzmocniła by władze w Kijowie, bo oczywisty jest wtedy sojusz „Tronu i kropidła”. Byłaby kolejnym krokiem zrywającym więzi Kijowa z Moskwą.

***

Krokiem atrakcyjnym dla słabej władzy w Kijowie, ale też n przyszłość niebezpiecznym. Nie wiadomo przecież jak zachowają się wierni, jak zachowają się ich pasterze. Czy wszyscy zaakceptują zerwanie z wielce wpływowym patriarchatem moskiewskim? Czy nie doprowadzi to do rozłamu w ukraińskiej cerkwi? Rozłamu w czasie toczącej się hybrydowej i konwencjonalnej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Można obawiać się, że ukraińska autokefalia zacznie się od religijnej wojny domowej. Potęgującej obecną.
Warto przypomnieć, że angielski król Henryk VIII też początkowo chciał jedynie uniezależnienia angielskiego kościoła katolickiego od dyktatu papieskiego. A wyszło jak wyszło. Wszystkie późniejsze wojny domowe na wyspach brytyjskich wzmacniane były podziałami i wrogością religijną.

***

Na szczęście religijność w Polsce systematycznie spada. Już tylko 55 procent obywateli powyżej czterdziestego roku życia w naszym kraju uczęszcza co tydzień na msze. W grupie młodych ten odsetek sięga 26 procent. Zatem możemy uznać, że widmo wojen religijnych w Polsce oddala się. Jeśli tylko uwierzymy w wartość sondażu Pew Research Center.