Pszczoły kontra „Polityka”

Tygodnik „Polityka” wyśmiał alarm wszczęty w „Gazecie Wyborczej” przez aktywistkę Greenpeace.  Tylko że zarzucając „Gazecie” kłamstwo, sam wprowadza w błąd.

 

W wielkim skrócie: ekolodzy załamali ręce nad pozwoleniem, które wydał świeżo wybrany minister rolnictwa na używanie przez 3 najbliższe miesiące toksycznych pestycydów do obsiewania pól rzepaku. Chodzi o neonikotynoidy – upośledzające układ nerwowy pszczół, wnikające do gleby i wód, szkodliwe tak, że już nawet Komisja Europejska po raz drugi podjęła się zakazu ich używania poza uprawami szklarniowymi. Jan Krzysztof Ardanowski wycwanił się: zarządzenie KE wejdzie w życie dopiero na jesieni, do tego czasu – hulaj dusza! Ekolodzy uderzyli na alarm: przez najbliższe miesiące Ministerstwo Rolnictwa będzie patrzyło na bezkarne trucie ludzi i owadów.
Marcin Rotkiewicz z „Polityki” w swoim tekście „Pszczelego armagedonu nie będzie” przekonuje w sześciu punktach, że media panikują, „Gazeta Wyborcza” dała się nabrać, a Greenpeace to świry, które niepotrzebnie straszą ludzi. Wywodzi m.in., że w Unii stosuje się o wiele bardziej toksyczne środki, a światowa populacja pszczół wciąż rośnie. Zarzuca ekoaktywistom nierzetelność, sam jednak nie przedstawia kontrtez obalających tezy pierwotne, krąży w istocie wokół tematu.
„Ciekawi mnie też bardzo, dlaczego aktywistki Greenpeace nie niepokoją np. ŚOR stosowane również w tzw. rolnictwie ekologicznym, którą to metodę upraw Greenpeace ogromnie wspiera i propaguje. Na liście substancji dopuszczonych do używania przez rolników ekologicznych znajduje się bowiem m.in. miedzian (substancja czynna: tlenochlorek miedzi)” – pisze na przykład. „ Część wyników eksperymentów wskazywało na negatywny wpływ, ale były one wykonywane w warunkach laboratoryjnych, gdzie pszczoły poddawano działaniu bardzo wysokich dawek pestycydów nieodzwierciedlających rzeczywistych warunków”.
Generalnie istnieją również badania, podważające skuteczność szczepionek. Istnieją, bo musiały powstać, by ich przeciwnicy mogli machać nimi przed nosem ludzkości. Również nie stanowią one dziś żadnego dowodu – no chyba że chodzi o udowodnienie, że wszystkiego można dziś dowieść za pomocą odpowiedniej motywacji, odpowiedniego sprzętu, w odpowiednim oświetleniu.
Ciekawym smaczkiem wydaje się fakt, że „Polityka” zilustrowała swój demaskatorski tekst zdjęciem osy zamiast pszczoły.
Nie wiem, jakie wykształcenie kierunkowe posiada red. Rotkiewicz. Wiem jedno: ze mnie żaden biolog. Ale potrafię czytać ze zrozumieniem. I tak sobie czytam i czytam rzesze merytorycznych komentarzy pod tekstem „Polityki”:
„A opinia europejskiej agencji EFSA czy zespołu naukowców zajmujących się owadami, którzy pisali Strategie ochrony Zapylaczy to już nie jest naukowe podejście?”;
„Skoro jest tak dobrze i pestycydy nie szkodzą owadom zapylającym, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego ubywa owadów w Europie? I nie, nie chodzi mi tylko o pszczoły miodne, bo te hoduje człowiek i łatwo może wyhodować więcej rojów. Chodzi o dzikie owady, których ubywa w strasznym tempie. Ale nie, trujmy dalej, bo musimy… W tym artykule widzę, że dokładnie ta sama argumentacja dotyczy GMO, pestycydów, oleju palmowego… Jako oczywiste przyjmuje się założenie, że obecny poziom produkcji rolnej jest konieczny. I że w związku z tym nadal musimy mieć wielkie monokultury, sztucznie nawożone i opryskiwane pestycydami, musimy wycinać lasy deszczowe… A wystarczyłoby zmniejszyć liczbę hodowanych zwierząt, żeby można było obyć się bez wielu pól uprawnych i bez tylu pestycydów w rolnictwie”;
„Sama badałam neonikotynoidy – p. Rotkiewicz nawet się nie zająknął o możliwych interakcjach z innymi pestycydami, czy też czynnikami środowiskowymi jak np. temperatura (której wzrost może dramatycznie wzmagać ich toksyczność).
Zapomniał też napisać, że są bezpieczne pestycydy – te oparte o metody biologiczne, czyli bio-pestycydy, takie jak owadobójcze grzyby, nicienie, wirusy, drapieżne roztocza, cała gama mikroorganizmów.
Polecam chociażby pobieżne przeglądnięcie NSOOZ – łącznie ze składem Rady Naukowej (której jestem dumną członkinią) oraz Rady Społecznej”.
Można by tu oczywiście przywołać kilka polskich nazwisk i znaleźć opinie roznoszące artykuł „Polityki”, obawiam się jednak, że reakcja może być podobna jak w przypadku innych teorii spiskowych (lekarz X mówi, że szczepionki pomagają, bo chodzi na pasku koncernu; profesor Y mówi, że Obama nie jest Raptilinaninem bo zależy mu na utrzymaniu wpływów Jaszczurów pochodzenia żydowskiego). Opinie polskich badaczy nie stanowią tu żadnej wyroczni.
Specjaliści, opiniujący zarządzenie dla KE wypowiedzieli się w temacie jednoznacznie. A należy przypomnieć, że Unia jest niezwykle pobłażliwa w stosunku do chemicznego lobby (przykładem choćby historia z glifosatem i Bayerem). Jeśli więc mielibyśmy zarzucać Europie stronniczość, to raczej w drugą stronę. Jeżeli neonikotynoidów zakazuje, to z pewnością musiała wyczerpać już argumenty.
Odnoszę jednak wrażenie, że w rzeczonym tekście bardziej niż o pszczoły, chodzi o dokopanie konkurencyjnej redakcji. „Polityka” od kilku lat zalicza merytoryczny zjazd w dół bez trzymanki do poziomu tabloidowego „Daily Mail”.

Ikonowicz we własnych sidłach

Jesienią odbędą się w Polsce wybory samorządowe, które staną się testem widoczności polskiej lewicy. Tak, widoczności – bo trudno racjonalnie oczekiwać wymiernych sukcesów poza pojedynczymi przypadkami zaistnienia w samorządach.

 

Jeśli takowe wystąpią, zostaną rozdmuchane do rangi epokowego sukcesu. Nie będzie w tym jednak nic gorszącego: za każdy przypadek skuteczności politycznej będą należeć się lewicy brawa – będzie to w końcu krzepiąca odmiana na tle smutnej codzienności. Obecnie bowiem lewica targana jest ciągle zwyczajowymi, wręcz już rytualnymi, rozterkami: iść razem czy osobno? A dokładnie: czy iść z SLD? Czy wypada? Razem, Zieloni i Inicjatywa Polska wystawiły w końcu Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na urząd prezydenta Warszawy, ale po długim wahaniu – bo liberałowie oczerniają go jako „kukizowca”? Niestety utknięcie w takich debatach świadczy o politycznym rozmyciu całej lewicy i skoncentrowaniu się na marketingu wizerunkowym, który niestety zamyka ją w matni poprawnościowego mainstreamu.
Ideowo na tym tle wypada Piotr Ikonowicz. Na weterana lewicy zawsze można pod tym względem liczyć. Nigdy nie brakowało mu wyrazistości i odwagi. W rozmowie z Maciejem Wiśniowskim deklaruje się jako socjalista we właściwym tego słowa znaczeniu, czyli przeciwnik kapitalizmu. Niestety, nie czarujmy się – właśnie dlatego tym razem również pozostanie na marginesie walki politycznej. Jest to rzecz jasna kwestia niemożliwości przebicia się w głównym nurcie, który ma wszelkie powody, by Ikonowicza traktować wrogo. Dlatego Piotr podejmuje bitwę o Warszawę jako straceniec-romantyk, a kampanię potraktuje głównie jako sposób na dotarcie do ludzi ze swoją misją. Mówi: „Przegrani są wszyscy ci, którzy nie podejmują walki z systemem”.
To słowa ważne i prawdziwe. Lewica – zarówno polska, jak i europejska, która tylko pozornie trzyma się lepiej niż jej nadwiślańskie wydanie – znajduje się dziś w stanie opłakanym i trwa wyłącznie siłą bezwładu, ponieważ od lat stara się udawać, że to nie kapitalizm jest głównym problemem. Ikonowiczowi nigdy nie sprawiało kłopotu mówienie tego wprost. Można całkiem rozsądnie uznać, że jest to jeden z głównych powodów, dla którego szef RSS skazany jest na los „etatowego przegranego”, jak punktuje go Wiśniowski. Jednocześnie fakty są takie, że dopiero z biegiem lat Ikonowicz pogodził się z tą etykietką. Był przecież czas, gdy działalności politycznej nie traktował jako sztuki dla sztuki i honorowej misji samobójczej. W brzmieniu jego wiecowych haseł dało się kiedyś wyczuć rzeczywistą wiarę w możliwość sięgnięcia po władzę. Zadziwiające jest, że przez te wszystkie lata u Ikonowicza nie zmieniło się jedno: stosuje dokładnie tę samą metodę, mimo że jej błędny charakter stał się dostrzegalny jak na dłoni dla kilku już pokoleń działaczy radykalnej lewicy. Lgnęli do niego jak do mesjasza i zawsze odchodzili zawiedzeni. Co zatem poszło nie tak?
Ikonowicz deklaruje: „Buduję partię ludzi pracy”. Buduje ją niemal od zawsze. Kilka lat temu przybrała ona postać Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Ma to być organizacja działająca oddolnie, zrzeszająca ludzi prostych zawodów, ubogich, bezrobotnych, lokatorów pokrzywdzonych przez reprywatyzację. Sam Ikonowicz wielokrotnie podkreślał, że jej siłą ma być klasowy autentyzm: jest jedyną partią, która faktycznie reprezentuje interesy proletariatu i grup wykluczonych. Odmiennie niż w przypadku dominujących ugrupowań, predysponuje ją do tego właśnie sam jej skład klasowy i baza społeczna. To słuszna koncepcja – tak w końcu powstawały partie socjalistyczne, które na początku XX wieku zaczęły w krajach europejskich ocierać się o władzę. Poza tym badania socjologiczne i sondaże opinii nieustannie pokazują, że Polacy nie uznają żadnej z obecnych w Sejmie partii za adekwatnie reprezentującą ich interesy. Wyakcentowanie klasowego charakteru organizacji może dać w tych warunkach oczekiwane rezultaty – stąd przecież wziął się niegdysiejszy sukces Samoobrony. W przypadku Leppera było to co prawda oszustwo, ponieważ faktycznie stworzył on partię „kułacką”, jednak RSS wypada w tej mierze bardziej wiarygodnie. Teoretycznie powinien więc to być polityczny „samograj” z reprezentacją parlamentarną obecną w Sejmie od co najmniej ostatnich wyborów w 2015 r.
Mijają jednak lata, a partia Ikonowicza sytuuje się na kompletnym marginesie i jeżeli pozostanie w obecnym kształcie, perspektywy rysują się przed nią coraz marniej. Jest tak, mimo że Piotr poświęca na działalność cały swój czas i jest stale obecny wśród ludzi stanowiących bazę społeczną jego partii. Można oczywiście założyć, że powodem jest hegemonia PiS na scenie politycznej, która z powodu swej socjalnej retoryki i powodzenia programu 500+ pełni w polskich warunkach rolę quasi-socjaldemokracji. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego RSS początkowo się rozrastał, prezentując się jednocześnie nieporównanie bardziej radykalnie niż socjal-prawica Kaczyńskiego, a po 2015 r. jego struktury zaczęły się kurczyć. Obecnie oprócz warszawskiego RSS działa praktycznie tylko gdański. Jest tak z jednego kluczowego powodu: lider utracił zaufanie wielu ideowych działeczek i działaczy socjalistycznych motywowanych ideologicznie, którzy skupili się wokół niego po powołaniu do życia RSS.
Tylko pozornie chodzi o incydent wyborczy podczas kampanii w 2015 r. kiedy Ikonowicz deklarował współpracę z ze Sławomirem Izdebskiem, politykiem o obrzydliwie nacjonalistycznych ciągotach. Owszem, wielu aktywistów, dla których lewicowość z konieczności oznacza bezwarunkowe odrzucenie nacjonalizmu, poczuło się wtedy zdradzonych i odeszło. W istocie jednak ta kropla przelała czarę goryczy, która zbierała się od dawna. Ikonowicz bowiem, panując nad partią żelazną ręką – co już przeczyło deklarowanej zasadzie demokracji i oddolności – obrał jednocześnie całkowicie błędną taktykę całkowitej koncentracji na wyborach. Tak samo było w okresie Nowej Lewicy.
Jeżeli zgodzimy się, że RSS jest ciałem obcym w mainstreamie, to jasne staje się również to, że skuteczna budowa takiej oddolnej alternatywy możliwa jest tylko z pominięciem cyklu wyborczego. Nie ma też co liczyć na to, że start w wyborach będzie sposobem na „dotarcie do ludzi”. Nie będzie, kolejne próby tego dowiodły. Każda kampania wyborcza oznacza dla RSS zawieszenie całej regularnej działalności i podporządkowanie jej priorytetowi, jakim nagle się staje promocja osoby Piotr Ikonowicza w mediach. Dodajmy do tego antagonizowanie własnych kadr, żeby przyklepać sprawę wspólnych list z jakimś cynikiem – wbrew ideowemu i antysystemowemu charakterowi partii. Rezultat może być tylko jeden: przeciwskuteczność.
Kontakt ze zwykłymi ludźmi, ideowi działacze i oddanie sprawie przemiany społecznej jest wszystkim, czym dysponuje RSS. Gdy organizacja znajduje się w niekończącej się fazie embrionalnej, każda próba odnalezienia się w mainstreamie ad hoc i działanie jego metodą – a tym właśnie są wybory – będzie oznaczała zaburzenie procesu, który musi zachodzić płynnie i stabilnie przez lata, by po długim okresie móc dać rezultat. Dopiero gdy partia okrzepnie i kadry się rozrosną, start w wyborach ma jakikolwiek sens. W przeciwnym razie oznacza to roztrwonienie skromnych aktywów posiadanych w punkcie wyjścia. Tak było kilka lat temu, tak też będzie i tym razem.
Jeżeli na pytanie, jak będzie wyglądała jego kampania wyborcza, Piotr odpowiada, że „pojedzie do pani, która chce wrócić do swojego spalonego mieszkania” to jest to niepoważne potraktowanie albo kampanii, albo tej pani. Taki pomysł może przekonać kogoś, kto jest na lewicy od pół roku, a nie doświadczonych aktywistów, których RSS potrzebuje, by się rozwijać, bo zawsze stanowią oni krwiobieg organizacji. Samą ideą partii się nie zbuduje. To przejaw bezradności i rezygnacja z jakiejkolwiek koncepcji taktycznej. A wieczna improwizacja nie jest wyłącznie „metodą” Ikonowicza – to los całej lewicy. To bardzo istotny symptom. Należy go wreszcie w pełni naświetlić i zacząć o nim mówić. Bo skoro organizacje lewicowe nie mają żadnego pomysłu, jak zyskać jakąkolwiek siłę polityczną, to po co w ogóle istnieją? Celem replikacji własnego etosu? Sorry, to mało.
Ikonowiczowi i RSS wybory na dobrą sprawę tylko przeszkadzają, stanowią szkodliwą obsesję. Paradoksalnie, gdyby za każdym razem, kiedy idą wybory, Piotr tak się na nich nie koncentrował, to już dawno ponownie zawitałby do Sejmu i zagroziłby PoPiSowi: po prostu stworzyłby ten wymarzony ruch zamiast nieustannie podcinać jego korzenie. Myślenie długoterminowe zwyciężyłoby nad określaniem się od wyborów parlamentarnych do samorządowych. Chodzenie na skróty, przeskakiwanie etapów – to nie działa.
Kluczowe jest to, czego w RSS teraz najbardziej brakuje, czyli kadry. Zadziałać może tylko organizacja kadrowa, która rozpocznie długi marsz, nastawiając się początkowo nie tylko na „ludzi pracy” (chociaż ciągła aktywność wśród nich jest konieczna), lecz i na możliwość przyciągania i kształcenia politycznego młodych radykałów o marksistowskich czy antykapitalistycznych zapatrywaniach, chcących angażować się społecznie, wykształconych, pochodzących z inteligencji, czy nawet z szeroko rozumianej „klasy średniej”. Oni stworzą zaplecze ideologiczne, teoretyczne, organizacyjne, programowe i medialne, które pozwolą partii rozwijać się przez jakieś 7 – 10 lat, by mogła ona następnie osiągać cele polityczne z prawdziwego zdarzenia. Ten „awangardyzm” nie wynika bynajmniej z niedoceniania klasy robotniczej, nie chodzi też o „wnoszenie świadomości klasowej z zewnątrz”.
Zwykli ludzie są zbyt zaaferowani życiem niepolitycznym, by w tworzeniu sprawnej organizacji – nawet takiej, z którą się utożsamiają – mogli polegać tylko na sobie. Dlatego dzisiaj pojedyncze sukcesy aktywności związkowej i lokatorskiej nie przekładają się na trwałe zaangażowanie „zwykłych ludzi”, którzy uzyskali realną pomoc od socjalistów, w ruch, jaki marzy się Ikonowiczowi. Potrzebują kadr, którym mogą zaufać i które wezmą na siebie dużą część pracy i ryzyka związanego z aktywnością polityczną. Oparcie takie muszą dać im socjaliści działający sprawnie i na skalę odpowiednio dużą, by zdolni byli wywierać choćby minimalny wpływ polityczny. W przeciwnym razie ubożsi ludzie będą nieustannie woleli partie takie jak PiS – organizacje biznesu z socjalnym listkiem figowym.
Wiadomo już, że nie zadziałała jedyna przemyślana taktyka zastosowana po 2015 r. – ożywienie lewicy poprzez przesunięcie jej w prawo. Partia Razem właśnie się sypie, odchodzą działacze i działaczki, w tym osoby należące do „wierchuszki”. Nie jest też tajemnicą, że mimo oportunistycznej polityki, ugrzecznionego wizerunku i przeestetyzowania przekazu od początku były w tej partii elementy zarówno radykalne, nie wstydzące się słowa socjalizm, jak i autentycznie zaangażowane na rzecz ubogich. Rozczarowanie Partią Razem może doprowadzić do konsolidacji sił na lewo od nich. Piotr Ikonowicz i RSS mogą skorzystać na tej tendencji, by przeistoczyć swoją organizację w kuźnię kadr na przyszłość.

Panie Jarosławie Kaczyński!

Zobaczyłem Pana w telewizji i bardzo się ucieszyłem, że przez parę sekund mógł Pan przemawiać. Widać, jest Pan w dobrej formie i najwyższy czas sprawdzić, czy jeszcze parafianie słuchają Pańskich nauk i wiernie realizują wszystkie treści jego dekretów i wytycznych.
Pańskie mądre słowa przypadły mi do gustu: „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, a potem dodał Pan coś o tych, którzy zarabiają miliony dzięki Pana rekomendacji i za Pańskim przyzwoleniem, że nie będą na listach wyborczych do samorządu…
Słusznie!
Zarabiają przecież miesięcznie takie sumy, jakich przeciętny Polak nie widział na oczy, dostają jeszcze premie i nagrody liczone w setkach i dziesiątkach tysięcy złotych.
Bardzo mi się podoba, że to w imię reform i „dobrej zmiany”. Ludzie jednak mówią, że to dlatego, że Wasi przeciwnicy robili tak przez 8 lat, a Wy musicie być lepsi…
Powiem Panu, że też bym podjął decyzję, żeby nie kandydować do samorządu za marne grosze, zwłaszcza że wszyscy chcą znać prawdę na temat dochodów takiego samorządowca. Nie może tak być, że nam, dumnym Polakom i katolikom, ktoś będzie zaglądał do kieszeni. Albo jakiś tam dyktator zarządzi obniżenie 20 proc. uposażenia samorządowców bez powodu. Lepiej pracować w spółkach państwowych i rozdawać kasę „wszystkim naszym”, a jeszcze jakiś milionik tu czy tam wpadnie.
Panie Jarosławie Kaczyński,
jestem pod wrażeniem Pańskiego sprytu: parę sekund przemówienia i od razu parafianie wiedzą, jaki jest Pan uczciwy, a do polityki trafił Pan, by służyć społeczeństwu, a nie dla jakichś drobnych pieniędzy!
Wystarczyło parę sekund i już mnie Pan prawie przekonał, do tej pory sądziłem, że do polityki idzie się wyłącznie dla władzy, sławy i pieniędzy.
Mam jednak teraz pewien problem – nie umiem uzasadnić niektórych Pańskich zachowań w tej służbie narodowi. Jeśli Pan nie szedł do polityki dla pieniędzy, to po co założył Pan spółkę „Srebrna”?
Dlaczego zwalnia ludzi z pracy? Po to, by po podniesieniu pensji na danym stanowisku zatrudnić członków Pańskiej partii i ich rodziny?
Panie Jarosławie Kaczyński,
jeśli przerabia Pan historię, zmienia nazwy ulic, w każdym mieście stawia (często przy społecznym sprzeciwie) pomniki Lechowi Kaczyńskiemu – to dla społeczeństwa?

Rozstrzygnięcie na ulicach

„Sekwencja działań PiS-u jest bardzo przemyślana. Najpierw program 500 Plus, potem przejęcie TK i wielka kampania oszczerstw przeciwko sędziom, zapowiedź kolejnych pieniędzy dla wszystkich, tym razem na wyprawkę szkolną, a dopiero potem zamach na SN”. Z dr Anną Materską-Sosnowską z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Prof. Maciej Gutowski w ostatniej rozmowie z nami przywołał książkę Stevena Levitsky’ego i Daniela Ziblatta „Jak umierają demokracje” i wskazał, że jesteśmy na tej właśnie drodze. Jesteśmy?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: Rzeczywiście tak umierają demokracje, ale zawsze jest nadzieja na odrodzenie. Gdy argumenty polityki przegrywają z argumentami prawa, to mamy zachwiane to, co jest podstawą państwa demokratycznego, czyli trójpodział władzy. W samym trójpodziale władzy najważniejsza jest niezależność i niezawisłość sędziów. Jeżeli jest ona podporządkowywana w sposób polityczny, siłowy, to nie ma miejsca na demokrację, bo jak prawa obywatela będą chronione? W tym miejscu jesteśmy i widzimy ten proces od ponad roku na własne oczy.

 

Jakie to może mieć konsekwencje?

Myślę, że nikt dzisiaj nie jest w stanie dokładnie przewidzieć, jak to się skończy, ale konsekwencje będą raczej bolesne.
Na razie opozycja, nie tylko ta parlamentarna, mam na myśli całe środowisko opozycyjne, wygrywa pojedyncze bitwy, ale do wygrania wojny jest jeszcze daleko. Czekamy też na to, co powie Trybunał Sprawiedliwości UE.
Jak to się może skończyć? Proponuję spojrzeć na Węgry lub na inne państwa, gdzie demokracja została bardzo silnie ograniczana. Warto pamiętać, jak powstają autorytaryzmy, co się wtedy dzieje i jaka jest sekwencja zdarzeń. Nie trzeba sięgać pamięcią daleko, wystarczy popatrzeć na dzisiejszą Turcję, gdzie dochodzi do aresztowań sędziów, przedstawicieli mediów czy środowiska akademickiego.

 

Najnowszy sondaż CBOS daje 40 proc. Zjednoczonej Prawicy, 16 proc. Platformie Obywatelskiej, później Kukiz, SLD i Nowoczesna. Czy PiS rzeczywiście ma takie poparcie?

Moim zdaniem nie. Warto też ten sondaż zderzyć z badaniem z zeszłego tygodnia o tym, czyja jest wina w sporze z UE o sądy. Większość wyraźnie wskazuje, że rządu. Niemniej prawdą jest, że PiS ma stałe poparcie ponad 30 proc. Warto jednak podkreślić, że mówimy PiS, a tak naprawdę to jest wynik trzech partii, tymczasem opozycja jest rozproszona. Proszę też zwrócić uwagę, że na protestach przed sądami byli politycy, ale w tłumie, z mównicy nie przemawiali. Tu widać wyraźnie, że aktywizują się ruchy społeczne. Dlatego też tak się zawahałam przy odpowiedzi na pani pierwsze pytanie, czy umiera właśnie na naszych oczach demokracja.
Pytanie oczywiście, jak ta siła społeczna zostanie spożytkowana i jak to się przełoży na dalsze działania, a także czy dojdzie do porozumienia ruchów opozycyjnych, ale niewątpliwie obserwujemy tu poruszenie.

 

Czy to społeczne poruszenie nakręca się wraz z widocznym oporem sędziów? Te środowiska działają na siebie? Przy przejęciu Trybunału Konstytucyjnego nie było tak masowych protestów.

To jest bardziej skomplikowane, dlatego że przy TK mniej osób zdawało sobie sprawę z konsekwencji działania władzy, dodatkowo w przestrzeni publicznej głośna była narracja, że PO też tak robiła. W przypadku SN mamy do czynienia z absolutnym działaniem władzy wbrew konstytucji, z podważaniem fundamentów państwa prawa. Środowiska sędziowskie ostrzegały przed tym już rok temu, kiedy trwały protesty. Teraz nie tylko sędziowie, ale adwokaci, radcy prawni, sądy i organizacje zagraniczne ostrzegają przed niebezpieczeństwem działań większości rządzącej. Obraz stojących przed SN prawników z przewieszonymi togami był symboliczny i wstrząsający.

 

Czy sędziowie mogą wygrać, czy to tylko kwestia czasu?

Pytanie, co oznacza zwycięstwo sędziów. Jak można wygrać jakikolwiek spór z władzą, która nie przestrzega reguł. Gdyby te reguły były przestrzegane, to oczywiście, że prawo jest po ich stronie, ale jeżeli nie gramy według tych samych zasad, to co oznacza wygrana? Nie zapominajmy, że władza ma wszystkie instrumenty, włącznie z siłowymi.
A co mogą sędziowie? Wygraną sędziów jest opór, który teraz stawiają, zjednoczenie środowiska, to, jak orzekają i w jaki sposób przestrzegają litery prawa. To nie jest spektakularna wygrana, gdzie rząd się cofnął i ustąpił. Jeszcze nie, chociaż nie twierdzę, że tak nie będzie.
Oczywiście, że na razie brną dalej i nie chcą się wycofać z podjętych działań, ale poczekajmy na orzeczenie TSUE.

 

Wiemy, że opozycja powinna się jak najbardziej jednoczyć, aby konkurować z PiS. Czy to jest możliwe?

Opozycji jest się bardzo trudno zjednoczyć, dlatego że ma różne interesy i różne programy. Dodatkowo takie momenty sprzyjają powstawaniu nowych sił, które też muszą zawalczyć o swoją identyfikację. To, co dzieje się teraz w Polsce, może okazać się w tym kontekście demokracjotwórcze; wystarczy spojrzeć na aktywność nowych ruchów społecznych. Pytanie, które się nasuwa, to czy „nowi” dogadają się ze „starymi”, bo idee to jedno, a pragmatyka polityczna to drugie.
Jeżeli teraz się nie zjednoczą, to czy za następne 4 lata będą jeszcze demokratyczne wybory?
Moim zdaniem wybory jako takie będą. Bardziej upatrywałabym tutaj modelu węgierskiego, poza tym nawet w państwach autorytarnych czy totalitarnych są wybory. Pytanie, na jakich zasadach i jak będzie wyglądał pluralizm w Polsce.
Przypomnę, że na Białorusi i w Rosji również są wybory, ale co z tego? W sytuacji, gdy władza potrafi zmieniać fundamentalne przepisy w kilka godzin, opozycja jest, co tu ukrywać, w trudnej sytuacji.

 

Czyli już po wszystkim? Demokracja jednak umiera na naszych oczach?

Chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Odnoszę wrażenie, że ostatnio władza pozwala sobie jednak na zbyt wiele, nawet zważywszy na pobłażliwość wyborców w stosunku do rządzących. Wydaje mi się, że następuje daleko posunięta eskalacja nastrojów, że może nastąpić przełamanie.
PiS-owi nie wszystko wyszło jak planował. Po pierwsze, z premiera Morawieckiego nie udało się zrobić wielkiego europejskiego polityka, a jego ostatnie wystąpienie w PE było czymś nieprawdopodobnym. Takie wystąpienia, zawierające półprawdy i niedopowiedzenia, są niestety standardem w polskim Sejmie, gdy marszałek blokuje wypowiedzi opozycji. W Europie nie takich autokratów już widziano, a europejscy politycy doskonale wiedzą, jakim kodem posługują się tego typu ludzie. Premier został bardzo boleśnie wypunktowany i nie obronił tych reform w Europie. Konsekwencje łamania prawa są nieuchronne.
Po drugie, ważny jest też opór sędziów, gdy minister Ziobro zaczął wymieniać prezesów sądów.
Moim zdaniem władza nie spodziewała się oporu. Tak samo jak tego, że środowiska prawnicze, adwokaci, radcy prawni, sędziowie zjednoczeni staną murem za Pierwszą Prezes SN, panią Małgorzatą Gersdorf. Oczywiście, od każdej zasady znajdą się wyjątki, ale generalnie postawa środowiska jest bardzo budująca.
Czy półtora roku temu powiedziałybyśmy, że te środowiska będą miały taką niezłomna postawę? Ja osobiście jestem pełna podziwu dla prokuratorów, którzy głośno protestowali i występowali przed SN. Oni ryzykują najwięcej.

 

Czy może dojść do rozstrzygnięcia na ulicach?

Patrząc na to, jak eskaluje sytuacja, jest to jeden z możliwych scenariuszy. Z drugiej jednak strony protesty przed sądami będą się wypalać, wiele zależy teraz od sędziów i opozycji. Oni muszą mieć pomysł na następny krok. Nie wierzą bowiem, by PiS się cofnął. No, chyba że pod wpływem zdecydowanych decyzji ze strony UE.

 

Kto powinien ten plan wymyślić, przedstawić? Lider największej partii opozycyjnej?

Grzegorz Schetyna jest liderem opozycji parlamentarnej, której zadaniem jest przede wszystkim walczyć w Sejmie. Oczywiście instrumenty mają dziś bardzo ograniczone. Odbiera się im kolejne prawa i możliwości działania, nakłada kary i utrudnia funkcjonowanie. Inne zadania stoją przed opozycją pozaparlamentarną. Ważne jest, aby te siły zostały połączone, bo potrzebne jest długofalowe, konsekwentne działanie.
Sekwencja działań PiS-u jest bardzo przemyślana. Najpierw program 500 Plus, potem przejęcie TK i wielka kampania oszczerstw przeciwko sędziom, zapowiedź kolejnych pieniędzy dla wszystkich, tym razem na wyprawkę szkolną, a dopiero potem zamach na SN.
Dlatego po drugiej stronie potrzebne jest spokojne, długofalowe, zaplanowane działanie. Opozycja musi znaleźć pozytywny przekaz i budować jak najszerszą wspólnotę, bo czeka ją trudny czas naprawy.

Kocioł i garnek

PiS zamachnął się na Sąd Najwyższy, a precyzyjniej na sędziów tegoż sądu, obniżając wiek ich przejścia w stan spoczynku. Wróble ćwierkają, że sędziowie 65+ stali się tylko wiórami w rąbaniu drew, a wszystko po to, by zdjąć togę z I. prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która PiS-u za bardzo nie kocha i – co gorsza – z mocy Konstytucji jest szefową Trybunału Stanu. A Trybunał Stanu może być nie tematem do żartów dla wielu pisowskich prominentnych postaci, tylko zbliżającym się realnym przeżyciem.
W burzy jaka się rozpętała jedni grzmią, że obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku jest bezprawne, drudzy, że właśnie prawne, bo wiek ten określa ustawa. Jedni, że łamie to Konstytucję RP, drudzy, że wprost przeciwnie. Argumenty mijają się w locie jak strzały i trafiają raz w sedno, raz w płot. Jednak nikt jakoś nie dostrzega dość istotnej sprawy – że tak naprawdę, to jest to klasyczny bój w imię kretynizmu, tyle że raz większego a innym mniejszego.
Stan spoczynku, to dla niektórych zawodów (między innymi sędziów) forma emerytury. I nikt temu nie przeczy. I tak jak dla „cywilów” emerytura jest PRAWEM, nie obowiązkiem, tak samo powinno być dla tych, którzy objęci są PRAWEM do skorzystania z przejścia w stan spoczynku. Osiągnięcie granicy wieku, gdy nabiera się prawa nie oznacza i nie powinno oznaczać, że „paszoł won” z posady jak tylko w urodzinowy tort trzeba wsadzić 65 świeczek.
Sędzia to zawód specyficzny. Drżę, gdy widzę, że sprawę prowadzi jurysta w wieku tak trochę po trzydziestce. Wolę, gdy nad łańcuchem z orłem jest głowa solidnie przyprószona siwizną. Doświadczenie życiowe jest nie do zdobycia z książek i Internetu, dają je tylko lata spędzone na tym łez padole w sądowych salach, zmagania się z codziennością wymiaru sprawiedliwości i setki, jeśli nie tysiące wysłuchanych stron, świadków, biegłych, adwokatów i prokuratorów.
Z sędziami jest tak samo jak w przypadku lekarzy – wiedza i przede wszystkim doświadczenie są bezcenne. Czy ktokolwiek zdrów na umyśle wpadłby na pomysł, by odsunąć od uprawiania zawodu profesora medycyny z wieloletnim doświadczeniem klinicznym i dydaktycznym, gdy tylko skończy 65 lat? Chyba nie.
Jedną gębą rząd przekonuje i wzywa do aktywności zawodowej po osiągnięciu wieku emerytalnego, co ma być z korzyścią dla wszystkich, drugą zaś w tym samym czasie stwierdza, że sędzia 65+ to stetryczały dementywny staruch, którego strach wpuścić na sądową salę.
Moim zdaniem zarówno poprzedni wiek obligatoryjnie odsuwający od zawodu sędziów, jak i ten wprowadzony przez PiS to marnotrawstwo najlepszych prawników, kompletna głupota i to w dodatku niezgodna z Konstytucją. Wszak dyskryminacja z racji wieku jak nic łamie artykuł 32 punkt 2 naszej ustawy zasadniczej. Tak więc cała awantura pomiędzy PiS a resztą świata to klasyczny przykład na porzekadło – Przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli. Bo czy przymusowo wyślemy do niańczenia wnuków sędziego w takim (70), czy innym (65) wieku jest kompletnie bez różnicy, każda taka granica jest sprzeczna z rozumem i Konstytucją. Żądanie, by sędzia przedstawiał jakieś nadzwyczajne zaświadczenia o stanie ciała i umysłu też jakoś do mnie nie przemawia – przecież istnieją okresowe badania pracownicze sprawdzające możliwość świadczenia pracy na określonym stanowisku.
Jak chce sędzia pracować, to niech pracuje (przebadany przez lekarza czy może), jak chce skorzystać ze spoczynku, to niech korzysta (jeśli osiągnął odpowiedni, zapisany w ustawie wiek), ale niech nikt, żaden polityk, żaden urzędnik nie pokazuje mu drzwi i nie wywala z roboty nazajutrz po urodzinach.
Gdyby zgodzić się na tok rozumowania „mędrców” od ustalania wieku, po którym należy zająć się li tylko ogródkiem i wnukami i wprowadzić tę myśl powszechnie, to należałoby pogodzić się z nieobecnością wielu postaci. I tak nie byłoby w polityce (w nawiasie wiek, w którym objęli stanowiska):
Konrada Adenauera (73) – kanclerza RFN przez 14 lat, czyli do 87 roku życia
Ronalda Reagana (70 i 74) – prezydenta USA
Winstona Churchilla (66 i 77) – premiera Wielkiej Brytanii w czasie wojny i powtórnie od 1951 r.
François Mitterranda (65 i 72) – prezydenta Republiki Francuskiej.
Donalda Trump’a (71) – aktualnego prezydenta USA
Czy ktokolwiek stwierdzi z pełnym przekonaniem, że ci faceci zostali wybrani przez idiotów nie rozumiejących, że w pewnym wieku już niczego się nie zdziała i nie wymyśli a jeśli już, to z pewnością będą to dyrdymały podyktowane demencją?
A my spieramy się kto ustali głupszą granicę, po której sędzia ma spocząć.

Prywatne jest polityczne

Minął miesiąc od wybuchu afery wokół romansu posła Pięty. I co? I nic.

 

Zawieszono go, żeby media dały spokój. Jarosław Kaczyński odgrażał się, odgrażał – ale po 30 dniach Pięta nadal zasiada w czwartym rzędzie sejmowych ław, niedaleko prezesa zresztą. Nadal też jest (sic!) wiceprzewodniczącym sejmowych komisji odpowiedzialności konstytucyjnej oraz ustawodawczej. Pamiętajmy, że PiS ostatecznie nie wyrzucił też ze swoich szeregów „seksposła” Łukasza Zbonikowskiego (tego, który zdradzał żonę z asystentką, dzieląc się ze światem przemyśleniami na temat tego, że idealna małżonka powinna „wiedzieć gdzie jej miejsce” i mieć płaską głowę „żeby można było na niej postawić piwo”).
Konserwatyści nieustannie machają przed oczami flagą z tradycyjnymi wartościami i obroną rodziny, z drugiej strony nienawiść i pogarda dla kobiet wylewa im się ze wszystkich otworów ciała z tak wielką siłą, że są w stanie poświęcić nawet swoją polityczną wiarygodność, by trzymać dalej w partii osobników piętopodobnych. Choć ci realnie stają się dla formacji wizerunkowym ciężarem – to prywatnie nikt ich nie potępia. Prawicowi, głęboko wierzący politycy kierują się logiką, wedle której zbrodnią na rodzinie jest in vitro i nauczenie chłopca, jak się sprząta, ale nie jest nią przemoc domowa ani małżeńska zdrada. Bo to przecież „tylko” dramat kobiety, taka tam przejściowa niedogodność, towarzyski smrodek, obyczajóweczka. Można poklepać kolegę po plecach i powiedzieć: „Stary, sam rozumiesz, że musisz beknąć, ale jesteśmy z tobą – te baby to potrafią dać w kość”.
Zawodowych obrońców życia i rodziny nie bulwersują teksty o płaskiej głowie kobiety i piwie same przez się. Zadeklarowani moraliści nie wyrażają oburzenia, że niegodziwiec zwodzi miesiącami zakochaną w nim kobietę, obiecując jej wspólne życie, jednocześnie oszukując też matkę swoich dzieci, która jest wobec niego wierna i lojalna. Nikt się o nie głośno nie upomina. Co więcej, na nielojalność posła i przedmiotowe traktowanie bliskich mu ludzi nie reagują też jego polityczni oponenci i liberalni komentatorzy. Dla nich istnieje tylko problem nepotyzmu – to, że obiecywał Izabeli Pek intratne posady w państwowych spółkach. Nikogo nie zastanawia, że facet, który bez żenady obnosi się ze swoją niewiernością po komunikatorach internetowych, przyjmuje otwarcie kochankę w sejmowym hotelu – jest po prostu kiepskim materiałem na męża stanu reprezentującego kogokolwiek. Skoro nie jest dla niego oczywiste, że powinien stosować w codziennym życiu wartości, którymi tak ochoczo wyciera sobie gębę służbowo – nie nadaje się na współtwórcę prawa, którego przestrzegać mają wszyscy Polacy. Po prostu.
Obłudnicy, którzy podle traktują kobiety, molestują, znęcają się, zwodzą i zdradzają, powinni być piętnowani, choć nie linczowani. Ale na pewno nie ma mojej zgody na to, aby reprezentowali kobiety w parlamencie, aby decydowali o ustawach zmieniających ich los, wreszcie – aby zachowywali funkcje, stawiające ich w roli autorytetu w sprawach rodziny czy moralności. Tu doktryna „prywatne jest polityczne” powinna zostać wdrożona i działać bezlitośnie. Tymczasem w zawodzie największego społecznego zaufania panuje pełne przyzwolenie na łamanie zasad przyzwoitości – kolesie hipokryci spokojnie poklepują kolesia hipokrytę po plecach, życzliwie radząc, aby schował się na chwilę do szafy. Nie wspominając już o tym, że to Izabela Pek została ochrzczona hieną, dziwką i karierowiczką. Ale to już zupełnie inna historia.

Modlitwa o deszcz

Zdesperowana pani wójt gminy na ścianie wschodniej powiedziała w tv, że w gminie dali na mszę, a deszczu jak nie było tak nie ma.

 

Sprawa jest poważna, bo susza przełoży się na dochody rolników, a potem na ceny żywności w sklepach. Nowy minister rolnictwa zapowiada finansową pomoc dla rolników. Zdesperowany rolnik, też w tv, wątpi w te zapewnienia, bo rząd nie wypłacił jeszcze podobnych zapomóg za ubiegły rok. Związek pomiędzy modłami o deszcz, a deszczem jest dość przypadkowy. Kościół, gdyby był pewien skuteczności mszy o deszcz, zarządził by je w całym kraju. Nie robi tego, bo obserwuje prognozy w Internecie, a tam jak byk stoi, że deszczu nie będzie, więc msze dowodziłyby tylko, że Pan Bóg naszych księży nie słucha. Dlatego też chytry kościół woli poprzez akty ziemskie wymuszać posłuszeństwo wśród swoich wiernych, do czego potrzebne mu jest PiS w naszym parlamencie. Zapisywanie kanonów wiary w prawie ziemskim jest o wiele bardziej skuteczne niż modlenie się o deszcz. Na deszcz kościół wpływu nie ma. Na deszcz nie ma także wpływu budowanie olbrzymich krzyży, czy figur Jezusa Chrystusa.
Można to rozpatrywać następująco. Pan Bóg nie interesuje się pogodą w katolickiej Polsce. Inny punkt widzenia: Boga nie ma, ale to kwestia wiary.
Ale skoro Pan Bóg jest i nasza ściana wschodnia gremialnie jest bardzo prokościelna i propisowska to dlaczego tam panuje taka susza. Może to, dla wierzących jakiś znak z góry? Takie rozważania nie mają większego sensu, bo wierzący będą nadal wierzyć, a niewierzący wierzą w coraz dokładniejsze prognozy pogody. Jednak dla wszystkich obywateli susza da się we znaki i najlepiej zrzucić to na kaprysy pogody.
Ta wersja jest najbezpieczniejsza. Co prawda premier Morawiecki, buńczucznie powiedział, że swego czasu pewien premier, podczas powodzi, powiedział, że obywatele powinni się ubezpieczać, a ten rząd jest lepszy, ale wiadomo, że rolnikom nic nie da, bo jak budżet nie jest z gumy.

Pojęciowe wytrychy

Generalnie prawica wszelkiej maści lewicę wszelkiej maści określa mianem „komunistów”. Bezczelnie robią tak nawet wobec ludzi, których prawdziwi komuniści z NKWD (czy w Polsce UB) natychmiast by rozstrzelali.

Natomiast wszelkiej maści lewica ma głupi zwyczaj określania całej prawicy mianem – przynajmniej – „faszystów” (choć trzeba przyznać, że w tych sportach najłagodniejsze jest SLD). I tak do jednego worka lądują bogu ducha winni chrześcijańscy demokraci (a i socjalni chrześcijańscy demokraci), „starzy” narodowi demokraci (w rozumieniu II RP), jak i faszyści z ONR (w rozumieniu i II i III RP).

Tu trzeba przyznać, że trochę obok głównego pola walki są liberałowie (PO), bo trudno ich określić jako „bolszewików” czy „faszystów”. Prościej przecież o nich powiedzieć „złodzieje”. Ale i w tej sprawie prawicowe dziennikarstwo i politologia znalazły wyjście tworząc obóz „lewicowo-liberalny”, czy też „liberalno-lewicowy”. To epitet którym prawica określa i bije w TVN i pokrewne, Polsat i pokrewne, Gazetę Wyborczą, Trybunę, Politykę i kilka innych jak im wygodnie.

Takie użycie ocen politologicznych jako epitetów daje ogłupiające skutki – pokazując to na przykładzie – ja jako socjalista, dla prawicy jestem „komunistą”, natomiast jako niepodległościowy socjalista dla części lewicy jestem „pieprzonym pisowcem”. Generalnie rzecz biorąc – podsumowując głosy z lewej i prawej – jestem „komunistą-pisowcem”. Można się zabić tępym nożem.

Zresztą – partia „Razem” to dla prawicy „komuniści” a dla części lewicy „proNATOwscy odszczepieńcy lewicy”.

Generalnie jest to politologicznie i psychicznie chore gdyby nie fakt, że postkomuniści i liberałowie wyzywają PiS-owców od „komunistów” lub „bolszewików”. A i od „faszystów” też im się dostaje.

Wszelkie pojęcia polityczne, definicje kierunków politycznych straciły swoje właściwe znaczenia, można ich używać jak się chce podkładając pod konkretne pojęcia zupełnie inne znaczenia i to jest bezkarne.

Widzę gołym okiem, że mamy coraz głupszych polityków, którzy wobec coraz gorzej wykształconego społeczeństwa stosują coraz głupsze i bardziej haniebne chwyty, bo mają świadomość, że wobec braku wiedzy i wykształcenia w III RP można mówić wszystko, kłamać i czuć się bezkarnym.

A najgorsze, że „głupi lud w to wierzy”.

Polski oksymoron

Prawica obrzucając się politycznym gnojem zarazem wzajemnie obarcza się winą, że to prawicowe chamstwo ma swój rodowód w PRL i wtedy było właśnie powszechnie stosowane.

 

Jest to nieprawda, ale prawicowe nieloty aż tak głęboko nie wnikają w historię. Samo umieszczenie skandalicznego zachowania w epoce PRL, albo w Rosji jest już ubliżeniem na prawicy, choć nie ma to nic wspólnego z tamtymi czasami. Oto poseł Kierwiński, jeden z inteligentniejszych w PO (podobno), stwierdził, że ostatnio Sejm jest tak zabarykadowany jak w czasie zjazdów Układu Warszawskiego ?! Niczego takiego w tamtych czasach nie było.

 

Chamskie fanaberie

Przede wszystkim nie było takich barierek dzielących na sektory ulice czy chodniki. Wtedy takich rzeczy nie produkowano. W gospodarce niedoboru byłaby to zbędna fanaberia. Oddziały ZOMO, przy dzisiejszych oddziałach policji, wyglądały ze swoimi pałkami i tarczami jak dzisiejsze grupy rekonstrukcyjne. Ochrona państwowych dygnitarzy były symboliczna. Teraz za premierem czy prezydentem podąża kolumna aut, a on sam siedzi w pancernej limuzynie za kilka milionów złotych. Jakoś nikt tego zadęcia nie porównuje do czasów PRL, a podobno wtedy miliony obywateli dybały na życie znienawidzonych aparatczyków i podlegali oni szczególnej ochronie. Albo nie była to prawda, albo owi aparatczycy byli wielkimi ryzykantami.

 

Zarażanie chamstwem

Wszelkie niegodziwości w obecnej polityce – przekleństwa, ubliżanie, kłamstwa, pazerność mają prawicowo-kościelny rodowód. Wspominam Kościół dlatego, bo popiera on prawicę i pewnie dlatego nie wypomni jej (prawicy) chamstwa jakimi zaraziła ona politykę i w sumie cały kraj. Owe chamstwo przenika do naszego życia codziennego, bo jak premier czy inny polityk prawicy zachowuje się po chamsku to i obywatel, lubiący prawicę, też chce być podobny. Wystarczy rzucić okiem na drogi, gdzie chamstwo eksploduje. Bardzo katolickie społeczeństwo zachowuje się na drogach jakby było diabłem podszyte, co skutkuje olbrzymią śmiertelnością na drogach. Medaliki i krzyżyki masowo wożone w samochodach i symbole przyklejane na klapach bagażników i święcenie nowych pojazdów są profanacją religii i jej symboli.

 

Chamy w kościołach

Podobnie jest w polityce. Prawica klęczy w kościołach, a potem wyzywa się od idiotów w Sejmie i mediach zarazem obwiniając się wzajemnie, że to są metody rodem z PRL. Potem spowiada się, dostaje odpuszczenie grzechów, idzie do komunii i zaczyna plucie chamstwem i nienawiścią od nowa. Polski oksymoron.