Na kłopoty – Biedroń?

Czy lewica ma szansę zjednoczyć się pod sztandarem prezydenta Słupska? Tu potrzeba dwóch rzeczy: charyzmy i struktur.

 

Na spotkanie z Robertem Biedroniem we Wrocławiu organizatorzy przygotowali 520 krzeseł.

 

Wszystkie były zajęte

Przyszli byli i aktualni członkowie SLD, Ruchu Palikota i innych środowisk lewicy. Największą grupę stanowili ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi. Bohater spotkania nie wygłosił żadnego credo politycznego.

 

Ograniczył się do roli moderatora

Z takich debat chce stworzyć potem program swojego ruchu. Zabierający głos w dyskusji chcieli, by w Polsce przestali rządzić księża i aby w kraju było normalnie.
Młodzi podnosili przede wszystkim sprawę edukacji politycznej i obywatelskiej w szkole. Ten temat przewijał się ciągle w dyskusji. Było wiele o tolerancji, dobru wspólnym i wzajemnej życzliwości. Czy z tego uda się stworzyć program nowego ruchu? Pewnie nie będzie w nim nic nowego czego nie zapisano w programach lewicowych partii.
Ale skoro będzie firmować go sam Biedroń projekt może się udać.

 

Napisałem „może”

Bo do powstania sprawnej partii potrzebni są dobrzy organizatorzy jej struktur, świadomość u członków, że muszą się podporządkować zasadom życia wewnątrzpartyjnego i mieć świadomość, że partia jest przede wszystkim zgranym zespołem. Wtedy osiąga sukcesy na arenie politycznej. Jeżeli tego Biedroń nie zorganizuje to podzieli los Leppera, Palikota czy Petru. Czego mu nie życzę. Jest jeszcze inna opcja. Może już istniejące partie lewicy zdecydują się na jakieś wspólne projekty z udziałem Roberta Biedronia. Czy jest to możliwe? Osobiście chciałbym, bo tak pokawałkowana, jak dzisiaj, lewica zaczyna mnie osobiście bardzo martwić.

Burnyje apłodismienty…

…pieriechodiaszczije w owaciju czyli burzliwe oklaski przechodzące w owację, towarzyszyły wystąpieniom na niedzielnym przedwyborczym wiecu (konwencji) PiS. Sprawozdanie poniżej.

 

Ta, z języka rosyjskiego zapożyczona, fraza przyszła mi do głowy jako człowiekowi doświadczonemu latami, który miał okazję podobne wydarzenia nie raz słuchać i oglądać. Wszystkie były bardzo do siebie podobne, poza czasem, miejscem i przemawiającymi. No i, trzeba przyznać, że wystrój był też inny.

 

Przed rozpoczęciem

takich zjazdów/konwencji/kongresów i podobnych politycznych okoliczności, obowiązkowo i z wielką serdecznością witano ukochanych przywódców (tu można sobie wpisać odpowiednie nazwisko).

⇒ Przed wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego zgromadzeni na konwencji odśpiewali prezesowi PiS „sto lat” oraz przywitali go okrzykami „Jarosław”.

 

Dominowały zawsze podczas tych posiedzeń:

 

* przekonanie o słuszności

idei i poglądów, (np. leninizm-stalinizm, neoliberalizm, Polska solidarna) które wytyczają jedynie słuszną drogę do upragnionego celu;

⇒ Idziemy pod górę, nie w dół, nawet nie płasko, tylko pod górę, ku lepszej Polsce, ku lepszemu losowi Polaków, lepszemu to znaczy bardziej dostatniemu, to znaczy, i to jest bardzo ważne, godniejszemu, bardziej równemu – podkreślił prezes. Zrobił także standardowe streszczenie ideologii PiS i bronił niemal 3 lat swych rządów, odrzucając zarzuty naruszania demokratycznych standardów. Dotrzymujemy słowa, czyli nie uchybiamy temu co jest istotą demokracji. Jeżeli ktoś coś zapowiada, a potem tego nie realizuje to wtedy akt demokratyczny zmienia się w pustą procedurę. My nasze zapowiedzi realizujemy. Nie uchybiliśmy demokracji, realizujemy to co jest jej istotą – powiedział Jarosław Kaczyński.

 

** prezentacja celów

i podejmowanych wysiłków, którymi jest dobro (np. pokój wszystkich miłujących go narodów, klasy robotniczej i pracującego chłopstwa, naszego wybranego narodu, jedności wszystkich Polaków);

⇒ Jarosław Kaczyński podkreślił, że Polacy chcą być w Europie i chcą być w Unii Europejskiej. Zaznaczył jednocześnie, że dla Polski powinno oznaczać to równość na arenie międzynarodowej. Polacy rozumieją, że jako państwo musimy dźwigać różne ciężary. Ale to nie oznacza, że mamy powtarzać błędy Zachodu.

 

*** hasło walki i zwycięstwa,

bowiem zawsze organizatorzy takich imprez musieli – tak się dziwnie składało – z kimś się bić i ścierać (np. z kontrrewolucją, wrogami klasowymi, obskurantyzmem, wrogami naszej wiary), a nie współpracować. Jeżeli już tak, to tylko do ostatecznej wiktorii;

⇒ Mówiłem od początku, że nasza droga będzie drogą ostro pod górę i że jeszcze będą lecieć na nas kamienie i tak jest – podkreślił prezes PiS. Przypomniał jednocześnie, że ostrzegał przed atakami na „dobrą zmianę”. Nie powinniśmy się przejmować, musimy iść ostro do góry – zaapelował. To będzie wielkie osiągnięcie w skali 1050 lat historii naszej ojczyzny, bo nigdy dotąd tak nie było – dodał. Prezes PiS wyraził przekonanie, że Zjednoczona Prawica jest w stanie do tego doprowadzić. Musimy, powtarzam, być razem, pracować, być uczciwi, być, jeśli trzeba, pokorni i tego wszystkiego państwu i sobie samemu życzę. Zwyciężymy – zaznaczył.

 

**** wskazanie konkretnego wroga,

najlepiej z podkreśleniem jego wszelakich błędów i niegodziwości (kapitalizm, komunizm, wybrane partie), inni różni), który nadal podnosi głowę i przeszkadza;

⇒ Od długiego czasu, od początku trwa kampania przeciw dobrej zmianie, kampania, która daleko przekracza to, co jest w demokracji normalne, to jest zwykłą dyskusję między tymi, którzy są przy władzy i tymi, którzy do władzy aspirują – mówił Kaczyński. – Tutaj mamy atak od wewnątrz i z zewnątrz, atak, który tworzy coś na kształt alternatywnej rzeczywistości, coś, co nie liczy się zupełnie z faktami, coś, co ma poniżyć, zdefamować już nie tylko dobrą zmianę, tylko po prostu Polskę.

 

***** nawoływanie do jedności

i zwarcia szeregów, bo tylko w naszej jedności nasza siła, stanowi zawołanie na wszystkich tego rodzaju konwentyklach;

⇒ My wiemy, że można. Polska prawica wyciągnęła wnioski z historii. Polska prawica chce, chce chcieć. Polska prawica wie, że sukces wyborczy przychodzi wtedy gdy jest wytężona praca, konsolidacja, jedność, kiedy odrzucamy spory, kiedy jesteśmy razem – mówi Kaczyński. I podkreślił istotę jedności obozu prawicy.

 

****** liczne przykłady

wielu już osiągnięć i dokonań (np. stworzyliśmy, zbudowaliśmy, rozwinęliśmy, zatrzymaliśmy), oraz zapewnienie, że wytyczony cel zostanie osiągnięty;

⇒ Pokazujemy skuteczność w rozwiązywaniu problemów; przekazujemy coraz to nowe środki na wielkie programy solidarnościowe – powiedział Mateusz Morawiecki i dodał, że jest to możliwe, ponieważ Zjednoczona Prawica jest „dobrym gospodarzem tej ziemi”.

⇒ Czy ktoś pomyślałby cztery lata temu, że równocześnie będziemy mieli tak wielką politykę społeczną, wielkie wydatki na politykę obronną o 10 mld zł wyższe niż w czasach PO-PSL, równocześnie najniższe bezrobocie, najwyżej podniesioną płacę minimalną, stawki godzinowe, niską inflację, a równocześnie repolonizujemy polską gospodarkę? – wymieniał premier. Pokazaliśmy, że, wygrywając z mafiami VAT-owskimi, jesteśmy w stanie zdobyć środki i na politykę społeczną, i na politykę rozwojową jednocześnie – dodał Morawiecki.

⇒ Idziemy razem ku Polsce dużo lepszej. Będziemy mogli za 15-20 lat powiedzieć: W Polsce jest tak, jak za zachodnią granicą. Pod każdym względem. Polska prawica może do tego doprowadzić – powiedział Kaczyński.

 

******* najważniejsze aktualne zadanie,

różne (np. walka z kułactwem, rewizjonistami, o dumę narodową), w zależności kto i kiedy organizował takie wydarzenie.

⇒ Premier zaprezentował pięć propozycji programowych PiS na wybory samorządowe. Podkreślił jednak, że do ich realizacji konieczna jest współpraca samorządów z rządem, którą miałaby zagwarantować wygrana kandydatów Zjednoczonej Prawicy 21 października 2018 r.

⇒ Przed nami 21 szczególnych miesięcy, w trakcie których będziemy mieli cztery kampanie wyborcze – powiedział Jarosław Kaczyński. Nakłaniał też do głosowania na PiS w wyborach samorządowych, sugerując, że województwa, powiaty i gminy kontrolowane przez jego ludzi będą życzliwej traktowane przez rząd PiS. Czy nie można skorzystać z synergii, która powstaje ze współpracy między samorządami a rządem? – pytał szef PiS – Czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały z rządem, warczały na rząd? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru?

 

Wartość merytoryczna

wszystkich takich zgromadzeń, jak i tego opisanego z wykorzystaniem tekstów Onetu, jest znikoma, ale i nie o nią tu idzie. Miting polityczny PiS z minionej niedzieli był zabiegiem czysto PR-owskim, obliczonym nie na głębszą ocenę i poważne rozważania, a na grę wyborczą, w której liczą się emocje wywołane demagogicznymi przemówieniami, pełnymi także licznych oskarżeń i niesprawdzalnych obietnic, ale potwierdzonych licznymi owacjami. I jeszcze tym wielkim ciepłem płynącym z ust osób najbliższych kandydatom – żony, siostry i wyraźnie nudzącego się synka Patryka Jakiego.

Konwencja samorządowa PiS była – jak to ocenił jeden nieopozycyjny poseł – hollywoodzka, a przemówienia liderów mało prawdziwe.

Raczej kłamliwe, pełne – jak to w PiS-ie bywa – marchewki kolejnych pięciu obietnic dla samorządów (ale tylko dla swoich) i kija na samorządy, które przecież „są polskie i mają obowiązki polskie”. I dalej „Z Polską się nie walczy, Polskę się kocha”, bo widocznie w mniemaniu Morawieckiego, wygłaszającego te słowa, Polska jest tożsama z PiS.
Premier w tym przemówieniu przebił wszystkie swoje wcześniejsze mowy oświadczając, że: PiS jest partią republikańską, „Przez ostatnie 30 lat nie było w Polsce tyle wolności, ile jest teraz.”, „my mamy piękny program dla Europy, jesteśmy z Europą związani”, przestrzegamy Konstytucji i chcemy państwa prawa, sklejamy Polskę za pomocą mostów, dróg i infrastruktury, ocieplamy Polskę poprzez ocieplenie polskich domów.

To wszystko potwierdzają słowa rozmawiającego w swoim czasie z premierem górala, który powiedział, że: „wyście są dobrymi gazdami”. Należy więc, à propos, przytoczyć koniecznie znaną maksymę ks. Józefa Tischnera z „Historii filozofii po góralsku”: „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”.

Prezes prezesa Kaczyńskiego

Premier Wiktor Orbán za granicą największym przyjacielem pana prezes Jarosława Kaczyńskiego jest. I pewnie wzorem skutecznego polityka, bo Orbán i jego partia kolejny raz wygrali parlamentarne wybory, dzięki czemu mają u naszych bratanków konstytucyjną większość. Może Orbán i jego Fidesz uchwalić wszystko, co mu w głowach zaświta.
Najnowszy sojusz polsko – węgierski zawarto w 2016 roku podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. W trakcie panelu dyskusyjnego Jarosława Kaczyńskiego, gospodarza Forum, i Viktora Orbán, najważniejszego z gości, padła historyczna deklaracja.
Orbán stwierdził, że choć Polska i Węgry nie zawsze mają wspólne interesy, to zawsze nawzajem sobie ufają. „Mówiłem prezesowi, że jak się komuś ufa, to na Węgrzech jest przysłowie, że można razem konie kraść”, powiedział Orbán, by pokazać wyjątkowość polsko-węgierskiej przyjaźni. Wtedy Jarosław Kaczyński nieoczekiwanie pociągnął wątek: „Z Węgrami możemy konie kraść./…/ Jest parę stajni, a na pewno jedna z wielkim napisem Unia Europejska…”, dodał ubawiony swoim żartem. Kiedy zorientował się, że spontanicznie odkrył sekrety swej strategii wobec Unii Europejskiej, próbował wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Dokończył o stajni UE: „Można i trzeba kraść…Oczywiście pro publico bono”.

 

My Europa Środkowa

Dwa lata później, 28 lipca 2018 roku, premier Orbán ogłosił na Wolnym Uniwersytecie w Baile Tusnad swój plan dla Węgier i Europy Środkowej. Orbán, cwany lis polityczny, uczynił to nie podczas parlamentarnej debaty, gdzie obowiązują rygory poprawności politycznej, lecz na forum dyskusyjnym węgierskiego uniwersytetu w rumuńskim miasteczku zamieszkałym przez mniejszość węgierską. Formalnie był to głos inicjujący dyskusję, ale szybko został powielony przez wszystkie media i instytucje propagujące politykę węgierską. Uznany za jej wykładnię.
I tam dowiedzieliśmy się, że celem ekipy Orbána jest rozwój Europy Środkowej. Silnego i bezpiecznego regionu gospodarczego i politycznego. Zadeklarował, że Europa Środkowa jest inną kulturowo od Europy Zachodniej. Odrębna kulturowo. I aby zachować swą tożsamość, Europa Środkowa musi zacząć respektować Pięć Zasad Wiktora Orbána.
Po pierwsze, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do obrony swej chrześcijańskiej kultury i odrzucenia ideologii „multikulturalizmu”. Ten „multikulturalizm” służy Orbánowi jako wyjątkowo skuteczny straszak na marzących o spokojnym życiu Węgrów.
Po drugie, każdy kraj ma prawo chronić konserwatywny model rodziny. Czyli wykluczyć na przykład samotne matki i samotnych ojców wychowujących dzieci. Także konkubinaty damsko-męskie i homoseksualne. No i zakazać wszelkim konkubinatom posiadania własnych dzieci i adopcji ich.
Po trzecie, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do „ochrony swych kluczowych gałęzi gospodarczych i swoich rynków”. Czyli ma prawo do ograniczania obowiązującej w Unii Europejskiej zasady swobodnego przepływu towarów, usług i ludzi. Do protekcjonistycznej polityki gospodarczej.
Po czwarte, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do ochrony swych granic i odrzucenia napływu imigrantów. Czyli Węgry tylko dla Węgrów, Czechy tylko dla Czech, Bułgaria tylko dla Bułgarów.
Po piąte, każdy kraj środkowoeuropejski musi wprowadzać w Unii europejskiej zasadę „jeden naród – jeden głos”. Co oznacza, że przyszła Unia Europejska będzie luźną konfederacją państw narodowych. Przedkładająca interesy małych narodów nad interesem wspólnoty europejskiej.
Orbána nie interesuje polityka globalna na poziomie UE – USA – Chiny – Rosja. Nie interesuje go zintegrowana Unia Europejska. Interesuje go przede wszystkim dobro narodu węgierskiego. Dziesięciu milionów żyjących na Węgrzech oraz pięciu milionów Węgrów żyjących za granicą, przede wszystkim na Słowacji i w Rumunii.
Autorytarnie deklaruje, że interesy średniego, w europejskiej skali, narodu węgierskiego są tożsame z interesami podobnej wielkości narodów państw Europy Środkowej. Dlatego kreuje się na lidera polityczno – ideologicznego całego regionu Europy Środkowej.

 

Rewolucja narodowo-chrześcijańska

Europa skręca na prawo, ogłasza Orbán. Posiłkując się przykładami ostatnich wyborów parlamentarnych w Europie, i na świecie też, wieszczy nadejście ery zwycięstw partii narodowo – chrześcijańskich.
Orbán celowo używa terminu „chrześcijańskich”, nie „katolickich”, bo na Węgrzech obok kościoła katolickiego istnieje też silny kościół ewangelicki. Oferta Orbána skierowana jest również do państw bałkańskich, gdzie dominują kościoły prawosławne, też chrześcijańskie.
Orbán zachęca do sojuszu środkowoeuropejskich partii antyliberalnych, negujących zachodnie wzorce demokracji parlamentarno-gabinetowej. Partii zwących się „prawicowymi”, ale głoszących konserwatyzm obyczajowy, prymat religii chrześcijańskich i nacjonalizm w sferze polityczno-obyczajowej. Ale też państwowy socjalizm w sferze gospodarczej.
W takim narodowo-chrześcijańskim państwie narodowa warstwa biurokratyczna będzie kontrolowała sferę obyczajowo-kulturalną, po marksistowsko zwaną ”nadbudową”. Oraz gospodarkę, czyli „bazę”. I aby osłodzić społeczeństwu ten religijno-obyczajowy zamordyzm, rządzące elity wprowadzą szeroki program pomocy socjalnej. Dowartościują warstwy najuboższe programami pomocowymi typu „500+”, „Mieszkanie+”, „Wyprawka szkolna+”.

 

Demokracja nieliberalna

Aby zbudować skuteczne państwa narodowo – chrześcijańskie społeczeństwa Europy Środkowej muszą odrzucić zachodnioeuropejskie wzorce demokracji liberalnej. Czyli państwa prawa, trójpodziału władz, poszanowania praw opozycji i wszelkich mniejszości.
Wzorując się na modelu rosyjskiej „demokracji suwerennej”, wylansowanej przez prezydenta Putina, premier Orbán proponuje państwom Europy Środkowej swój model autorytarnej „demokracji”.
Zwanej handlowo „demokracją nieliberalną”, bo w biednych warstwach europy Środkowej termin „liberalizm” to obelga, bo oznacza on dziki, niekontrolowany, kapitalistyczny wyzysk.

 

Witaj rosyjska jutrzenko

Aby wzmocnić swą, i ewentualnych sojuszników z Europu Środkowej, pozycję polityczną wobec zachodniej, liberalnej, i nadal najbogatszej Europy Zachodniej, Orbán zaprasza do sojuszów gospodarczo-politycznych wszystkich globalnych graczy. Bez rasowego, ideologicznego wybrzydzania. Zaprasza przede wszystkim Chiny, USA i Rosję. Państwa różne, ale też przeciwne dalszej integracji gospodarczej i politycznej Unii Europejskiej.
Do Rosji kieruje szczególną ofertę. Deklaruje, że Węgry, podobnie jak Słowacja i Czechy, oraz państwa Europie Zachodniej „nie czują rosyjskiego zagrożenia”. Dodatkowo orbánowskie Węgry nie widzą szans Ukrainy dla wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Bo Orbán uważa, że Ukraina powinna być w rosyjskiej „strefie buforowej”. To oznacza, ze trzeba jak najszybciej znieść europejskie sankcje gospodarcze wobec Rosji.

 

Polsce dziękujemy

Tworząc program dla zintegrowanej Europy Środkowej, premier Orbán nie znalazł tam miejsca dla Polski i republik bałtyckich. Ze względu na ich antyrosyjskie fobie i „poczucie niebezpieczeństwa” ze strony Rosji.
Aby zamknąć buzie tym państwom, zaproponował, aby „Polska i kraje bałtyckie otrzymały od NATO i od Unii Europejskiej dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa, natomiast reszta Europy powinna podjąć z Rosją relacje handlowe”.
Czyli premier Orbán dokonał nowego podziału Europy. Na liberalny Zachód, nieliberalną Europę Środkową pod przewodem Węgier, i antyrosyjską Europę Wschodnią. Czyli Polskę i republiki bałtyckie.
W takim układzie pan prezes Kaczyński będzie sojusznikiem Europy Środkowej jedynie kiedy zechce z brukselskiej stajni konie kraść. I odprowadzać je do stajni pana premiera Orbána. Nowego prezesa nowej Europy Środkowej.

Amnestia na 100-lecie RP

Polska Partia Socjalistyczna zgłosiła inicjatywę legislacyjną – ogłoszenie powszechnej amnestii z okazji stulecia niepodległości Polski. Wniosek w tej sprawie został skierowany w dniu 28 marca br. do prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Od złożenia listu minęło trochę czasu, zbliża się kulminacja obchodów stulecia, a reakcji Prezydenta RP brak. Temat, także nie został zauważony przez innych polityków, nawet media podchodzą do sprawy jak „pies do jeża”.
Czemu tak się dzieje? Amnestia nie jest przecież ewenementem w historii II RP i w powojennej Polski. W II RP, w tym amnestie wydawane dekretem Prezydenta RP na uchodźctwie, miały miejsce 13 razy. W 1919 roku – trzykrotnie: pierwsza dotyczyła przekroczeń podatkowych, skarbowych itp., druga to Dekret w przedmiocie amnestii z okazji otwarcia Sejmu Ustawodawczego, trzecia dotyczyła przekroczeń przepisów o państwowych podatkach i opłatach stemplowych, obowiązujących na terenie b. Dzielnicy Pruskiej
W 1920 roku: Ustawa z dnia 14 maja 1920 r. o udzieleniu amnestii w b. dzielnicy pruskiej i Rozporządzenie Rady Obrony Państwa z dnia 17 września 1920 r. w przedmiocie przedłużenia terminu amnestii podatkowej na obszarze b. dzielnicy pruskiej
W 1921 roku – dwukrotnie: pierwsza to Ustawa z dnia 10 marca 1921 r. w przedmiocie amnestii, druga to Ustawa z dnia 24 maja 1921 r. w przedmiocie amnestii z powodu uchwalenia Ustawy Konstytucyjnej Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 17 marca 1921 r.
W 1922 roku Ustawa z dnia 27 lipca 1922 r. w przedmiocie ratyfikacji polsko-niemieckiego układu o amnestii na górnośląskim obszarze plebiscytowym wraz z protokołem końcowym, podpisanego w Opolu dnia 21 czerwca 1922 r.
W 1923 roku Ustawa z dnia 6 lipca 1923 r. w przedmiocie amnestii z powodu uznania granic Rzeczypospolitej. W 1928 roku Ustawa z dnia 22 czerwca 1928 r. o amnestii z powodu dziesięciolecia odzyskania niepodległości przez Państwo Polskie. W 1932 roku Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 21 października 1932 r. o amnestii z powodu wprowadzenia z dniem 1 września 1932 r. jednolitego polskiego kodeksu karnego i prawa o wykroczeniach.
2 stycznia 1936 roku dla upamiętnienia wprowadzenia w życie ustawy konstytucyjnej z dnia 23 kwietnia 1935 r. Ustawa z dnia 2 stycznia 1936 r. o amnestii. 2 września 1939 roku w związku z wybuchem II wojny światowej↑ Dekret Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 2 września 1939 r. o amnestii 31 października 1939 roku „celem zatarcia rozterek przeszłości oraz dokonania pełnego zjednoczenia obywatelskiego” Dekret Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 31 października 1939 r. o amnestii dla byłych więźniów brzeskich 25 czerwca 1945 roku Prezydent RP na uchodźstwie wydał dekret o amnestii, która dotyczyła przestępstw należących do właściwości sądów wojskowych oraz sądów morskich, a popełnionych przed dniem wejścia w życie dekretu, czyli 29 czerwca 1945 roku Jak widać amnestie II RP dotyczyły regulacja skutków orzeczeń sądowych państw zaborczych, wydarzeń szczególnej wagi dla naszego państwa a w przypadku dwóch ostatnich, powodem były tragiczne wydarzenia II Wojny Światowej? Szczególnie amnestia z 1938r (dziesięciolecie Państwa Polskiego) Nasuwa analogię do chwili obecnej. Pierwszą powojenną amnestię ogłoszono 2 sierpnia 1945, a jej celem była likwidacja podziemia antykomunistycznego. Powodem przyjęcia drugiej ustawy amnestyjnej 22 lutego 1947 był początek obrad Sejmu Ustawodawczego, wybór Bolesława Bieruta na urząd prezydenta Polski. Trzecią przyjęto 22 listopada 1952, powodem było przyjęcie przez Sejm Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Szczególną wagę miała następna, którą przyjęto 27 kwietnia 1956. Osoby, które zostały skazane na kary pozbawienia wolności do lat 5 opuściły więzienia, a skazanym na śmierć oraz dożywotnie pozbawienie wolność wyroki zamieniono na 15 lat pozbawienia wolności.
Kolejne ustawy z lat 1964, 1969 i 1974 ogłaszano w kolejne rocznice Polski Ludowej. Amnestia, którą ogłoszono 19 lipca 1977 dotyczyła przede wszystkim osób skazanych za udział w tzw. wydarzeniach radomskich z czerwca 1976. Po roku 1980 amnestię ogłaszano jeszcze sześć razy. Pierwszą z nich uchwalono 22 lipca 1983, wraz ze zniesieniem na obszarze całego kraju stanu wojennego.. Drugą amnestię wydano rok później, a dokładnie 21 lipca 1984. Powodem było czterdziesta rocznica powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.. Następną ustawę amnestyjną przyjęto 17 lipca 1986. Wszystkie ww. akty amnestyjne dotyczyły osób skazanych za przestępstwa polityczne. W wypadku ostatniej zakres jej stosowania zwiększono po interwencji gen. Kiszczaka. W roku 1989 przyjęto dwie amnestie. Pierwszą po podpisaniu 5 kwietnia 1989 porozumień Okrągłego Stołu. Dotyczyła ona tzw. przestępstw politycznych. 7 grudnia 1989 Sejm PRL ogłosił amnestię, która skazanym na karę śmierci zamieniała wyroki na 25 lat pozbawienia wolności. To wszystkie akty łaski w naszej 100-letniej historii. Po 89 roku żaden prezydent czy parlament nie znalazł powodu do takiej inicjatywy. Przeciwnicy tego pomysłu straszą przestępcami na ulicach, twierdzą, że nie ma już więźniów politycznych, więc zakładach karnych są tylko słusznie skazani przestępcy amnestia, więc nie leży w interesie społecznym. W mojej opinii to rozumowanie błędne. Zapoznajmy się, więc z argumentami PPS zawartymi w liście do Prezydenta RP: 100 lecie niepodległości jest znakomitą okazją do podkreślenia dobrej woli w relacjach państwo – obywatel. Aktualnie, zgodnie z zamierzeniami rządzącej koalicji, przeprowadzana reforma systemu prawnego w Polsce napotyka na wiele trudności. Wielu filozofów prawa ocenia istniejący system wymiaru sprawiedliwości, jako nienowoczesny, restrykcyjny i daleki od ideału, który w filozofii prawa określa się, jako sprawiedliwość niekarząca. Z opinii nagłaśnianych w mediach, również ze strony czynnych uczestników wymiaru sprawiedliwości wynika, że mamy do czynienia w ostatnich latach z wieloma pomyłkami sądowymi, a także z zachwianym układem relacji wina – orzeczona kara – wykonanie kary. Wydaje się, że ogłoszenie amnestii poza ewidentnym aktem łaski dla określonych kategorii czynów karalnych i osób skazanych, mogłoby być też otwarciem drogi do mniej konfliktowego reformowania.
Wnosimy też pod uwagę aspekt ekonomiczny funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, stale pogarszające się warunki życia osadzonych, zmniejszanie się rangi wychowawczej odosobnienia, ze względu m.in. na istniejące warunki życia w zakładach karnych.
Zastanówmy się nad argumentami PPS.

Antoni wiecznie żywy

Przewodniczący Mao, aby dowieść swojej żywotności pływał publicznie w Jangcy, królowej chińskich rzek. Pana wiecznego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza też ciągnie do wody. Pomimo siedemdziesiątki na karku dalej dziarsko i stylowo skacze do wody. Na głowę nawet.
Objawienie skutecznie wypływającego na powierzchnię pana ministra Antoniego nie było przypadkowe. Uroczystą celebrę siedemdziesięciolecia wielce popularnego w PiS polityka zaszczycili nie tylko jego młodzi entuzjaści, „Misiewiczami” zwani. Sam pan prezes Kaczyński zaszczycił Wielkiego Jubilata. Zaprzeczył rozsiewanym przez wrogie ośrodki plotkom o „trafieniu i zatopieniu” pana Antoniego. W krótkich słowach zapowiedział, że pan Antoni ostatniego słowa jeszcze nie powiedział.
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pan minister otrzymał nowe zadanie. Będzie dowodził desantem PiS na Brukselę. Będzie liderem PiS kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. A potem postrachem eurodeputowanych i unijnych eurokratów.
Pan prezes Kaczyński tak skroił ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, że pozbawił szans na posiadanie eurodeputowanych radykalną prawicę, kukizowców i radykalną lewicę. Pięćdziesiąt jeden przypadających Polsce mandatów podzielą między siebie PiS i ewentualna koalicja PO – Nowoczesna – PSL. Kilka mandatów może wywalczyć jeszcze SLD – Lewica Razem.
Uchwalona przez PiS ordynacja jest sprzeczna z prawem i ideami Unii europejskiej. Dlatego może zostać oprotestowana przez największe frakcje polityczne Parlamentu Europejskiego. Chadeków-ludowców, gdzie należy już PO i PSL, socjaldemokratów, gdzie należą SLD i UP, oraz liberałów i zielonych. Do grona tych pierwszych aspiruje Nowoczesna, do grona drugich tworzona wokół Roberta Biedronia nowa partia lewicowa.
Aby spacyfikować ewentualny protest Parlamentu Europejskiego, pan prezes Kaczyński ogłosił, że w następnej kadencji Parlamentu jego PiS wstąpi do chadecko-ludowej frakcji. Skoro kolega Viktor Orbán już tam jest, to czemu pan minister Antoni Macierewicz nie mógłby się znaleźć tam?
Perspektywa posiadania prawie pięćdziesięciu eurodeputowanych z Polski, tych starych z PO-PSL i tych nowych z PiS, może skłonić kierownictwo największej frakcji politycznej europarlamentu do uznania nowej, uchwalonej przez PiS ordynacji wyborczej. Duża frakcja w PE może wiele, bardzo duża może już wszystko.
Zatem okazać się może, że latem 2019 roku grupa polska we frakcji chadecko-ludowej Parlamentu Europejskiego składać będzie się z parlamentarzystów PO, PSL i PiS.
Ponieważ PiS-owców może być więcej niż tych z PO i PSL, bo taką ordynację pan prezes Kaczyński kazał skroić, to przyszłe kierownictwo polskiej grupy w chadecko-ludowej frakcji wpadnie w ręce euro deputowanych z PiS.
Wtedy pan minister Antoni Macierewicz zostanie rzecznikiem dyscypliny w tej grupie.
I kto mu wtedy podskoczy?

Nowi barbarzyńcy Recenzja

O USA-barbarzyńcach, Midasie PiS i „śpiochu” Karnowskim.

 

Podziękowania składane przez autorów różnym osobom (n.p. żonom) i instytucjom, które albo pomagały im w pracy nad książką albo przynajmniej im jej nie utrudniały należą zazwyczaj do najsłabszych punktów dzieła, ale nie tym razem. Jakub Dymek (niegdyś „Krytyka Polityczna”) swoje, umieszczone na końcu, za właściwym tekstem, podziękowanie kończy tak: „Podczas pisania książki słuchałem ostatniej płyty Kaz Balagane. Dziękuję również browarowi Kormoran, serwisowi PizzaPortal.pl i obsłudze sklepu z piwem przy ulicy Anielewicza w Warszawie”.

Nie mam pojęcia co to jest „Kaz Balagane”, nie słyszałem o browarze „Kormoran” ani o PizzaPortalu.pl. Jednak dzięki zdolności do wyobrażenia sobie obsługi sklepu z piwem także przy ulicy Anielewicza mogę docenić wagę autorskiej deklaracji. Nie mogłem więc nie potraktować tych słów jako dodatkowej, wybitnej zachęty do lektury, choć i bez tego tematyka tej książki jest fascynująca. Dymek, w końcu lewicowiec, jednak nie w trybie pamfletu, lecz zasadniczo obiektywnego wywodu opowiada o kilku postaciach i zjawiskach, które składają się na fenomen prawicowego neopopulizmu, owego „nowego barbarzyństwa”, którego falę obserwujemy w Europie, a także w USA (m.in. Donald Trump) i które stanowią dziś jedną z dominant praktyki oraz klimatu obecnego życia politycznego, społecznego i kulturowego. Dymek portretuje swoje postacie na szerokim tle. Pokazuje, że populistyczna kontrrewolucja nie pojawiła się nagle, bez znaków poprzedzających, bez prefiguracji. Bohater pierwszego szkicu książki, Aleksander Dugin, mistyczno-ezoteryczny faszysta, herold Europy „euroazjatyckiej”, wróg „atlantyckiej zarazy” (w Rosji ekscentryzmy polityczne przyjmują się nieporównywalnie łatwiej niż n.p. w Polsce), który dziś jest, jak mówi tytuł, „mózgiem Kremla”, objawił swoje poglądy już wtedy, gdy Władimir Putin uchodził jeszcze za umiarkowanego prozachodniego liberała. Podobnie jak nieżyjący już twórca „gadanego radia” Andrew Breitbart, który wykreował m.in. fenomen Sarah Palin, kandydatki amerykańskich „neobarbarzyńców” spod znaku Tea Party i „pasa biblijnego”, niedoszła prezydent USA, „populistka niesiona wizją konserwatywnej rewolucji”(która jest bohaterką odrębnego szkicu). Czy, w końcu, Stephen Bannon, współtwórca zwycięstwa wyborczego Trumpa jako wódz populistycznej, superagresywnej bandy trolli, jeden z ojców fali populizmu w internecie. Co do Władimira Putina, to napisano o nim tak wiele, że Dymek nie wnosi niczego nowego do ogólnej wiedzy, ale warto przywołać to, co cytuje on z wypowiedzi obecnego władcy z Kremla z 2013 roku na posiedzeniu Klubu Wałdajskiego, gdy krytykował on państwa euroatlantyckie za „odrzucanie wartości chrześcijańskich, które tworzą podstawę cywilizacji zachodniej, negują zasady moralne i tradycyjne tożsamości: narodowe, religijne, kulturowe, a nawet seksualne” i gdy gromił na Zachodzie „legalizację pedofilii, wstyd przed przyznawaniem się do religii i uleganie politycznej poprawności, co prowadzi do zapaści demograficznej i moralnej degradacji”. Te fragmenty wypowiedzi Putina powinni poznać ci zwolennicy lewicy, dla których sowiecka, czerwona przeszłość Rosji i radziecko-kagiebowska przeszłość jej obecnego przywódcy stanowi asumpt do dziwnych pseudolewicowych sympatii, iluzji czerpanych z opacznie rozumianej przeszłości i czasem nawet asumpt do jakichś akcentów sympatii dla niego. Tymczasem Putina od reszty „nowych barbarzyńców” amerykańskich różni tylko to, że nie ulega on emocjom i swoją grę toczy z zimną twarzą doświadczonego pokerzysty.

W książce Dymka jest także pasmo polskie. W zjawisko ujęte jej tytułem wpisuje działalność braci Karnowskich, najwierniejszych heroldów obecnej władzy w mediach, prywatnych i publicznych, ich patrona finansowego, senatora Grzegorza Biereckiego, multimilionera nad którym wiszą mroczne znaki zapytania, a także o historii środowiska niegdysiejszego tygodnika „Uważam rze”, który wyewoluował w obecne „Do Rzeczy”. Co prawda zestawienie amerykańskiego Goliata z polską skalą jest mocno na wyrost, ale w aspekcie poglądów ta analogia jest uzasadniona.
Lektura książki Dymka nie napawa optymizmem, nawet wtedy, jeżeli uzna się, choćby na przykładzie prywatnych losów rodziny Bannona, która padła ofiarą kryzysu 2008 roku, że owo „nowe barbarzyństwo” nie narodziło się w pustce i abstrakcji, lecz wyrosło z realnych i bolesnych społecznie zjawisk, które wytworzyły m.in. liberalne elity odsunięte dziś o części wpływów. Bo nie akceptowanie „nowego barbarzyństwa” nie musi a nawet nie może oznaczać automatycznie lekceważenia zjawisk i niesprawiedliwości, które je zrodziły. Jako się rzekło, książka Dymka napawa niepokojem, ale przynosi jeden akcent humorystyczny, gdy opowiada o Michale Karnowskim jako o „śpiochu”….

Ale nie zamierzam odebrać czytelnikom przyjemności opowiadaniem tej historii. „Nowi barbarzyńcy” to książka, której tym, co się polityką nie interesują, nie polecam. Jeśli odwracają oczy od telewizyjnych wiadomości i programów publicystycznych, i nie czytają politycznych gazet czy portali, to tym bardziej rozdrażni ich ta książka bez reszty poświęcona polityce. Natomiast jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy pasjonują się polityką, tych z prawa, z lewa i ze środka.

 

Jakub Dymek – „Nowi barbarzyńcy”, wyd. Arbitror, Warszawa 2018, str. 319, ISBN 978-83-948331-7-6.

Flaczki tygodnia

Trwa dorzynanie „watahy”. Ale nie wedle planu politycznego, o jakim usłyszeliśmy od Radosława Sikorskiego jesienią 2007 roku, pod koniec kampanii wyborczej do polskiego parlamentu.
Jeszcze na początku tamtego roku Sikorski był ministrem obrony narodowej w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zaczął swe ministrowanie w rządzie PiS już w 2005 roku, rządzie firmowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Ale w lutym 2007 roku Sikorski podał się do dymisji. Powodem był jego konflikt z ówczesnym szefem Służby Kontrwywiadu wojskowego Antonim Macierewiczem. Politykiem konfliktogennym.
Ponieważ pan premier Jarosław Kaczyński nie złajał pana Antoniego odpowiednio, urażony Radek przeszedł do konkurencyjnej Platformy Obywatelskiej. I już 12 września 2007 roku ogłosił, że będzie kandydował do Sejmu RP z list tej partii. Wzmocnił wtedy jej prawe skrzydło.

***

Intuicja polityczna nie zawiodła go. Platforma wygrała wybory i rządziła wraz z PSL do końca 2015 roku. Sikorski został w 2007 roku ministrem spraw zagranicznych w pierwszym rządzie Donalda Tuska i członkiem Platformy Obywatelskiej. W roku 2010 był już jednym z wiceprzewodniczących tej partii. W tym samym roku konkurował z Bronisławem Komorowskim o nominację na kandydata PO w wyborach prezydenckich. Przegrał wtedy, ale potem, w latach 2014-15, zdążył być marszałkiem Sejmu RP.

***

Musiał zrezygnować z tej funkcji po aferze podsłuchowej. Jego wystawne biesiady, na koszt podatników rzecz jasna, okraszane szczerymi i krytycznymi ocenami polskiej klasy politycznej, nagrane przez spec służby, musiały wzbudzić gniew ludu polskiego. Ciągle egalitarnego, ale pełnego też hipokryzji i odporności na realne polityczne myślenie. Przez to łatwego do manipulawania przez służby specjalne i poddane im media głównego nurtu.

***

Zamawiane w knajpie „Sowa i przyjaciele” danie „ośmiorniczki” stały się wśród wyborców PiS i licznego ludu polskiego synonimem rozpusty zdegenerowanych elit rządzących. Przeszły do słownika politycznego jako danie elit ostentacyjnie gardzących polskim ludem pracującym polskich miast i wsi.

***

Zabawne, że owe „ośmiorniczki” nie były w tamtej knajpie daniem najdroższym, ani najbardziej wykwintnym. Cenowo plasowały się w dolnych stanach średnich całego menu. W Azji, czyli miejscu ich urodzenia, ośmiorniczki należą do najtańszych dań. Tam w knajpach droższa jest wołowina i świnina, nawet drób. Zresztą w „Sowie i przyjaciele” to nie one nabijały wysokie rachunki, tylko zamawiane do nich przez biesiadników drogie – bo markowe – wina.
Ale wina, nawet te drogie, nie robią na wyborcach, zwłaszcza na „ciemnym ludzie”, takiego wrażenia jak obce polskiej ziemi i polskiej kuchni ośmiorniczki. Gdyby Sikorski żarł tam naraz po trzy schabowe z kostkami smarowanymi świńskim smalcem, do tego goloneczki w piwie, na drugie zrazy zawijane z kapustą modrą i kopę pierogów ruskich słoniną okraszonych, a na deser gicz cielęcą i szpik wołowy do ssania, i popijał wszystko wódką „Młody ziemniak” z Podlasia, rocznik 2007, czyli suche i upalne lato, to nadal byłby uważany za polskiego patriotę. A tak wynarodowił się od razu. Bo Polak, zwłaszcza katolik, ośmiorniczek i innego robactwa do ust nie brać nie może.

***

Zanim dorżnęły go te ośmiorniczki, to jesienią 2007 roku podczas kampanii wyborczej, zwracając się do ówczesnego wicemarszałka Sejmu RP i lidera PO Donalda Tuska zadeklarował dosadnie: „Jeszcze jedna bitwa, panie marszałku, dorżniemy watahę”. Zapowiadał surową rozprawę z prawicowym braćmi z PiS po wygranych przez PO wyborach.

***

Powstał wówczas spór semantyczno-polityczny. Czy Radek Sikorski mówiąc o dożynaniu mówił przez „ż” czy przez „rz”. Bo bezokolicznik „dożynać” wywodzi się od ”żąć”, czyli ścinać, kosić. Trawę albo zboże. Dożynki kojarzą się z czynnością powtarzaną, bo trawa po ścięciu odrasta. I znów trzeba żniwować.
Za to „dorzynać”, pochodzące od czasownika „rżnąć”, to czynności zakończona finałowym unicestwieniem. Raz na zawsze. Zatem Sikorski wzywał wtedy do dorzynania „watahy”, czyli elit PiS.

***

Platforma Obywatelska władzę zdobyła, ale składanej przez Sikorskiego obietnicy wyborczej nie dotrzymała. Dożynała PiS trochę, ale strzygła partię Kaczyńskiego niczym żywopłot. Elity PO szybko bowiem dostrzegły, że istnienie duopolu politycznego: elegancka, europejska, umiarkowana PO i ten buraczany, prowincjonalny, ciemny PiS znakomicie konserwuje władzę PO. I pacyfikuje pozostałą konkurencję polityczną. Zwłaszcza kiedy PO przejmowała do swych szeregów popularnych polityków centrolewicowych i centrowych, a PiS wchłaniał radykalną prawicę.
O tym że Platforma nie chce dorzynać „watahy” PiS świadczyło sejmowe głosowanie z 2015 roku, kiedy pomimo posiadanej większości sejmowej, nie postawiono Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Bo wielu parlamentarzystów PO nie chciało krzywdzić braci z PiS.

***

Teraz PiS takich błędów nie popełnia. Dorzyna „watahę PO i PSL” konsekwentnie, systematycznie, bezlitośnie.

***

Łatwo dzisiaj elitom PiS dorzynać swych niedawnych braci politycznych. Bo to przecież parlamentarzyści PO i PSL pomagali PiS w wykuwaniu politycznych brzytew i siekier. Obie formacje zgodnie dbały o rozwój Instytutu Pamięci Narodowe, powołanego jeszcze w 1998 roku, bo uważały go za oręż przydatny w dorzynaniu polskiej lewicy. Podobną funkcję miało spełniać Centralne Biuro Antykorupcyjne powołane w 2006 roku. Wtedy kluby parlamentarne PiS i PO zgodnie głosowały za powołaniem CBA i jego szefem panem ministrem Mariuszem Kamińskim. Bo uchodził on za szczerego antykomunistę. Bat na „komunę”. Czas pokazał, że minister Kamiński wobec braku żywych i atrakcyjnych „komunistów” swoją niespożytą energię skierował przeciwko „postkomunistom”, czyli obecnej PO, Nowoczesnej i PSL.

***

Warto też przypomnieć, że na sukces wyborczy PiS silnie zapracowały media związane z PO. Tak skutecznie obrzydzały SLD, że lewica nie przekroczyła progu wyborczego. I dało to parlamentarną większość PiS.

***

PiS konsekwentnie dorzyna „watahę” PO. Niestety rżnie siekierami, jak nacjonaliści ukraińscy w Wołyniu, dorzynając przy okazji demokrację parlamentarną w naszym kraju.

Ale o tym w następnych Flaczkach.

Ekskomunika SLD

Zbliżają się wybory. Którą z partii poprze Kościół? Wszak politycy zawsze walczyli o względy biskupów.

 

W Polsce jest ponad 11 tysięcy parafii. Co niedziela na nabożeństwach spotyka się w kościołach 13 milionów wiernych. W diecezji tarnowskiej – ponad 70 proc. wszystkich mieszkańców. W diecezji łódzkiej – 24,8 proc. Żadna partia nie jest w stanie sprostać sile politycznego oddziaływania Kościoła. Agitacji 30 tysięcy księży – stających co niedziela na ambonach. Jeśli ci księża – oprócz religijnego – poczują również polityczne powołanie.

 

Grzeszny SLD

Ta zadziwiająca historia wydarzyła się parę dni temu. I natychmiast stała się hitem mediów społecznościowych. Jej bohaterem jest Błażej Makarewicz. Członek Sojuszu Lewicy Demokratycznej. I przewodniczący Federacji Młodych Socjaldemokratów – młodzieżówki SLD.
Błażej zdecydował się zostać ojcem chrzestnym. Zgodnie z regułami biurokracji watykańskiej, udał się do proboszcza rodzinnej parafii. By uzyskać zaświadczenie o bierzmowaniu. I takowe dostał. Jednak proboszcz parafii rzymskokatolickiej pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Pułtusku-Popławach czuł się w obowiązku donieść o swoich wątpliwościach co do chrzestnego ojcowania Makarewicza.
„Należy do SLD i często wypowiadał się przeciwko Kościołowi i księżom” – napisał w zaświadczeniu proboszcz z Pułtuska. Nie wiem, co złego mówił Makarewicz o Kościele i księżach? I nie moja to sprawa. Ale jako wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej muszę zapytać. Czy w świetle nauki Kościoła rzymskokatolickiego przynależność do SLD jest grzechem?
Cała sprawa byłaby śmieszna i nadawałaby się jedynie na newsa sezonu ogórkowego. Gdyby nie fakt, że zbliża się seria wyborów. Będąc obywatelami i obywatelkami świeckiego państwa nie możemy pozwolić, by w 11 tysiącach polskich parafii księża prowadzili kampanie wyborcze. Instruując 13 milionów wyborców. Którym partiom Bóg błogosławi. A z przynależności do których trzeba się spowiadać.

 

Jezus socjalista

Osobiście jestem zwolennikiem zostawiania sacrum religijności zdala od polityki. Religia to prywatna sprawa każdego z nas. Skoro jednak Krzysztof Gawkowski, wiceprzewodniczący SLD, już kilka lat temu zrobił religijny comming-out – zacytuję go. „Jestem Polakiem, katolikiem i socjaldemokratą. I jestem z tego dumny” – powiedział w wywiadzie dla Rzeczpospolitej w 2013 roku.
Gawkowski twierdzi, że nie ma sprzeczności pomiędzy zapisami biblijnymi i tym, o co walczą socjaliści. „Mam w głębi duszy przekonanie, że Chrystus był pierwszym socjalistą” – stawia dość odważną tezę. I dodaje: „Ewangelię zawsze odczytywałem jako wezwanie do likwidowania nierówności, dążenie do pokoju i braterstwa”. Z tym ostatnim zdaniem trudno się nie zgodzić. „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt. 19,24) – mówił dwa tysiące lat temu „pierwszy socjalista”. Doradzając bogaczowi podzielenie się swoim majątkiem z ubogimi.
Ale zostawmy na boku biblijne dysputy. Bo problemem katolickiej Polski nie są słowa Jezusa. Ani papieża Franciszka. Problemem jest arogancja funkcjonariuszy Kościoła. Żądza władzy. I pieniędzy.

 

Najwyższa kasta

Źle się stało, że politycy III RP zgodzili się na podpisanie konkordatu z Watykanem. Sam konkordat to zaledwie 29 artykułów – niewiele w zestawieniu z 243 artykułami polskiej Konstytucji. Zresztą zdecydowana większość zapisów konkordatu jest oczywista i niekontrowersyjna. Nudna – powiedziałbym.
Groźniejszy jest sam fakt istnienia umowy, która jakiś zakres kompetencji państwa polskiego oddaje państwu watykańskiemu. I stawia Kościół rzymskokatolicki ponad polskim prawem i Konstytucją. Pierwszy przykład z brzegu. Jeśli którejś władzy udałoby się zebrać większość konstytucyjną w Sejmie, może przewrócić zapisany w Konstytucji porządek prawny do góry nogami. Ale żeby dzień 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, na powrót stał się w Polsce dniem roboczym – na to musi wyrazić zgodę Watykan.
Szkoda, że budując zręby III RP nie wykorzystano modelu francuskiego. Tam kościoły i związki wyznaniowe funkcjonują w oparciu o zapisy ustaw o stowarzyszeniach i fundacjach. Mając równe prawa i obowiązki z innymi organizacjami pozarządowymi. Wówczas taka sama transparentność działań i finansów dotyczyłaby zarówno Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka jak i Archidiecezji Warszawskiej kardynała Nycza.

 

Nycz Tower

Kościół nie płaci podatku od nieruchomości. Ba, żaden z polskich urzędów nie ma pojęcia, ile ziemi jest w rękach Kościoła. Będąc w Sejmie, pytałem o to w jednej z interpelacji. Szacuje się, że zmieściłoby się u nas 2000 Watykanów.
Kościół nie prowadzi ewidencji zbiórek publicznych. Nie zapisuje w księgach rachunkowych tego, co trafia co niedziela na tace w 11 tysiącach parafii. Bo ksiąg rachunkowych prowadzić nie musi. A rocznie to kwota sięgająca 8 miliardów złotych. Tymczasem księżowski podatek dochodowy stanowi ułamek tego, co musi płacić fiskusowi Kowalski bez sutanny.
Zawieszeni między Warszawą i Watykanem, biskupi na serio zabierają się za biznes. W samym centrum Warszawy Archidiecezja Warszawska zamierza zbudować 180-metrowy… Nie, nie kolejny kościół. Nowoczesny wieżowiec. Z biurami do wynajęcia. Ma się nazywać Roma Tower, ale warszawiacy już ochrzcili go mianem Nycz Tower. Jeśli po zbudowaniu okaże się, że czynsz z wynajmu wieżowca przeznaczony zostanie na potrzeby Kościoła, fiskus nie zobaczy ani złotówki. Istne kościelne eldorado.
Jeśli już mowa o kościelnych „drapaczach chmur”, wolę Chrystusa ze Świebodzina. Jadąc nad morze parę dni temu, podziwiałem to 36-metrowe „arcydzieło sztuki sakralnej”. Miejscowi twierdzą, że po jego wybudowaniu, wzrosły obroty pobliskiego Tesco. Chrystus stojący naprzeciwko, gestem rozłożonych rąk, zaprasza do robienia zakupów w supermarkecie.

 

Ślub Tuska

Dysponując licznymi przywilejami, biskupi muszą dbać o ich zachowanie. A w czasach rządów takich jak dziś – o poszerzanie wpływu Kościoła. Podobno na ostatniej prostej są przygotowania pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego do wydania werdyktu w sprawie aborcji. Trudno mieć złudzenia, że okaże się korzystny dla kobiet. A potem Jarosław Kaczyński bezradnie rozłoży ręce. To nie on zadecydował, by nakazać kobietom rodzenie niepełnosprawnych dzieci. Częstokroć skazanych na cierpienia i rychłą śmierć. To Trybunał. Ale pisowski Sejm jak najszybciej wykona wyrok Trybunału Konstytucyjnego i przegłosuje zakaz aborcji. By zdążyć przed wyborami.
Bo politycy, nie tylko ci z Prawa i Sprawiedliwości, przed wyborami stają się jakby bardziej religijni. Tak jest od lat. Donald Tusk po 27 latach małżeństwa, w 2005 roku doszedł do wniosku, że brak mu ślubu kościelnego. I klęknął przed ołtarzem. Dziwnym trafem, tuż przed wyborami parlamentarnymi i prezydenckimi. Choć niejednokrotnie zapewniał wyborców, że przez biskupami klęczeć nie zamierza.

 

Świeckie państwo

Dzisiejszy Sojusz Lewicy Demokratycznej musi konsekwentnie bronić świeckiego państwa. Naprawiając również błędy poprzedników. Bo nie zawsze stali oni naprzeciwko biskupów w pozycji wyprostowanej. Przecież to za czasów rządów lewicy zaczęto wypłacać pensje katechetom z kieszeni podatników.
Wypowiedzenie lub renegocjacja konkordatu. Religia w salkach przykościelnych. Decyzja o aborcji w rękach kobiet, a nie księży. In-vitro dla młodych rodziców. Związki partnerskie – dla partnerów i partnerek. I koniec z rozdawnictwem publicznych pieniędzy. Miliardów dla katechetów. Milionów na wody termalne Rydzyka. I świątynie. Niech politycy lewicy głośno zapewniają o tych atrybutach świeckiej Polski. Również przed wyborami.
To za to oberwał Makarewicz od prowincjonalnego księżunia. Za świeckie państwo, o które zabiega jego partia. Mówi się: trudno. Nawet jak ojcem chrzestnym nie zostanie.

 

Zbliżają się wybory

Zbliżają się wybory. Którą z partii poprze Kościół? Dla obywatela świeckiego państwa odpowiedź może być tylko jedna. Żadną! Ale nie w Polsce.
Wszyscy widzieliśmy w telewizji Jarosława Kaczyńskiego. Beatę Szydło. Mateusza Morawieckiego. Przemawiających sprzed ołtarza na Jasnej Górze w Częstochowie. Pamiętamy posłanki i posłów Platformy Obywatelskiej. Gremialnie uczestniczących w corocznych rekolekcjach. W Łagiewnikach. W klasztorze w Tyńcu. I na Świętej Górze w Gostyniu. Wraz z innymi modlił się Grzegorz Schetyna – donosiły o tym media. „Zostaliśmy duchowo nakarmieni” – mówił po jednym z takich spotkań Rafał Grupiński, do niedawna szef klubu parlamentarnego PO.
To się kiedyś nazywało unią tronu i ołtarza. Gdy pojęcie świeckiego państwa nie istniało. A dzisiaj? To nic innego jak korupcja polityczna. Świeckich polityków. I tych w sutannach. My o was dobre słowo z ambony. I delikatna sugestia, przy którym nazwisku postawić wyborczy krzyżyk. A wy nam odkroicie plasterek ze świeckiego państwa. Zrezygnujecie z in vitro. Nie zlikwidujecie funduszu kościelnego. Wprowadzicie zakaz aborcji. A poza tym: dacie więcej pieniędzy na wody termalne. I zgodę na wieżowiec w centrum Warszawy. Istne pomieszanie sacrum i profanum!
„A Jezus wszedł do świątyni i wyrzucił wszystkich sprzedających i kupujących w świątyni. (…) I rzekł do nich: «Napisane jest: Mój dom ma być domem modlitwy, a wy czynicie z niego jaskinię zbójców»” (Mt 21:11-13).

 

***

W poprzedniej kadencji Sejmu, Sojusz Lewicy Demokratycznej złożył projekt ustawy zakazującej prowadzenia agitacji wyborczej w kościołach. Oczywiście, głosami POPiS-u i PSL-u projekt przepadł. Ale za rok, po powrocie posłanek i posłów SLD do parlamentu, do tego tematu z pewnością wrócimy.

Wstajemy z kolan, ale bez portek

„Z jednej strony czujemy się gorsi niż Zachód, z drugiej strony Polska jest Chrystusem narodów, jak napisał Mickiewicz. Ukrzyżowani, nieszczęśliwi, ale szlachetni. Kaczyński to wszystko wyczuł i mamy teraz wstawanie z kolan. Okazało się jednak, że jesteśmy bez portek” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Tomasz Jastrun, poeta, prozaik, eseista, w okresie PRL działacz opozycji demokratycznej.

 

JUSTYNA KOĆ: Ten wiersz napisał pan w 1989 roku. Czy dzisiejszą rzeczywistość opisałby pan podobnie?

TOMASZ JASTRUN: Wszystko w historii się powtarza, czasem w formie karykatury. Na razie w Polsce mamy na szczęście karykaturę dyktatury, tak da się od biedy żyć. Pamiętam, jak siedziałem w Białołęce, byłem internowany – mam o tym opowiadanie w mojej najnowszej książce „Splot słoneczny” – było to już pod koniec roku mojego internowania, mieliśmy się przenieść do nowej celi. Nagle okazało się, że wszyscy się tłoczą, żeby jako pierwsi móc wybrać sobie najlepsze prycze, nie było w tym żadnego porządku, ani sprawiedliwości. Ja oczywiście, fujara, byłem na samym końcu, ale pamiętam, że poczułem zgorszenie i pomyślałem, że być może kiedyś tak się będziemy ścigać do władzy.
Złe cechy niestety wychodzą w sytuacjach, gdzie jest w zasięgu władza, gdzie jest walka o profity, wtedy przestajemy być szlachetni.

 

Obserwujemy to dzisiaj?

Były więc wcześniej różne znaki, że to może przerodzić się w coś takiego. W końcu komuniści też byli kiedyś szlachetni. Zawsze byłem pesymistą, jestem depresyjny, mam w sobie czarną norwidowską nić i we wszystkich tekstach, które pisałem od wielu lat, przynajmniej od czasu stanu wojennego, było to widać. Zawsze miałem wrażenie, że w naszym społeczeństwie drzemią potwory, w tym archaicznym katolicko-narodowym myśleniu, gdzie kompleksy mieszają się z urojeniami wielkościowymi. Przez lata to śledziłem i pisałem o tym. Paradoksem jest, że to rozkwitło, kiedy postanowiłem zmienić się w optymistę.
Nawiasem mówiąc, za to czarnowidztwo byłem krytykowany i przez Miłosza, i przez Szymborską, która uważała, że generalnie mam rację, ale trzeba walczyć o optymizm. Miłosz nie lubił polskiego malkontenctwa. Ale kiedyś, po powrocie ze Śląska, gdzie miał spotkania autorskie, powiedział mi: coś mi się zdaje, ze niestety może mieć pan rację.
Kiedy próbowałem skończyć z własnym pesymizmem, w końcu przecież zrobiliśmy wielki skok cywilizacyjny, mamy nagle zapaść, okres smuty. A już się wydawało, że jesteśmy bezpieczni. Najwięksi pesymiści nie mogli przewidzieć, że to przybierze taki obrót. Chociaż teraz przypominam sobie, że w pierwszych dniach po przejęciu władzy przez PiS w jakimś programie telewizyjnym powiedziałem, że oni wyprowadzą Polskę z Unii.

 

PiS obudził te demony przekupstwem?

Na to wpłynął szereg czynników, zresztą wiele już na ten temat powiedziano. W historii zawsze musi nastąpić splot kilku czynników, żeby coś istotnego zaistniało. Pilot musiał wstać lewą nogą, a nie prawą, i mieliśmy katastrofę, a potem religię smoleńską, ktoś wpadł na pomysł, żeby podsłuchiwać polityków Platformy, ale prawdą jest też, że program 500 Plus odegrał ważną rolę (jedyna sensowna rzecz, jaką zrobił PiS).
Nie bez znaczenia jest też to, o czym wielokrotnie pisałem, że polskie społeczeństwo przez pokolenia było upokarzane – przez historię, klęski i dramaty. Upokorzeniem była klęska wrześniowa i okupacja, wielka trauma narodowa, potem upokorzenie czasami stalinowskimi, PRL, wcześniej zabory… Także upokarzanie polskiego chłopa pańszczyźnianego, który był traktowany niezwykle okrutnie i trwało to znacznie dłużej niż na Zachodzie.
Słynny niemiecki poeta Heinrich Heine, gdy podróżował po Polsce w XIX wieku, był wstrząśnięty kondycją polskiego chłopa. Swoje też dołożyła szlachta, ze swoim monstrualnym poczuciem wyższości, a ta wyższość musiała wejść pod szafę w czasie zaborów. W Polsce, a też w Stanach, w wielu krajach, uwyraźnił się podział na zbuntowany lud, na obojętnych, na inteligencję i średnią klasę. Lud nie godzi się nas to, by mu było gorzej.
Polska, zdaje mi się, w wyjątkowym stopniu jest krajem rozdartym pomiędzy poczuciem wyższości i niższości. Z jednej strony czujemy się gorsi niż Zachód, z drugiej strony Polska jest Chrystusem narodów, jak napisał Mickiewicz. Ukrzyżowani, nieszczęśliwi, ale szlachetni. Kaczyński to wszystko wyczuł i mamy teraz wstawanie z kolan. Okazało się jednak, że jesteśmy bez portek.

 

Jeden ze znanych historyków powiedział mi ostatnio, że PiS wprowadza stalinowskie metody; wyższość partii nad prawem, czystki w sądach, za chwilę będą próby ograniczenia wolnych mediów, potem zapewne uniwersytety. Wszystko po to, aby stworzyć nowego Polaka, ulepić nowe społeczeństwo.

Ten mechanizm na pewno zmierza w tę stronę, ale nie jestem pewny, czy im się to uda, nie jestem aż takim pesymistą. Dziś ciężko przejąć media, bo mamy Internet, część mediów jest w rękach Amerykanów, a to na nich, a nie na Europę stawia Kaczyński. Natomiast niewątpliwie w tle jest plan stworzenia nowego kodu genetycznego Polaka, nowego człowieka. I to jest bolszewickie. Parę dni temu mówiła o tym Jadzia Staniszkis, która po okresie swoistego szaleństwa popierania PiS-u przejrzała na oczy. Ona też nazywa to bolszewickim sposobem myślenia. To dotyczy każdej dyktatury, która chce przerobić społeczeństwo.
Proszę zwrócić też uwagę na argument woli ludu, który pojawia się niezwykle często. To ważny element każdego faszyzmu, mamy bezosobowy twór zwany wolą ludu, który jest nad demokracją, nad konstytucją, nad prawem, on o wszystkim decyduje. To ojciec premiera, Kornel Morawiecki, powiedział przecież, że wola ludu jest najważniejsza, ważniejsza niż Sejm i konstytucja. Skoro się tak myśli, to jest to prosta droga do dyktatury.

 

Droga, czy już dyktatura?

Dyktatura jeszcze nie, gorzej byśmy się wtedy wszyscy czuli. Jednak ciągle mamy jeszcze wolne media, w których możemy rozmawiać, nie ma jeszcze wielkiego lęku, być może on się zaczął w niektórych instytucjach, ale ludzie na ulicach się nie boją. Nie sądzę, żeby to zaszło aż tak daleko. Myślę, że w końcu zaplączą się we własne nogi, co już powoli widzimy, i jakoś się to zmieni.
Nawet wtedy jednak pozostanie twardy elektorat PiS-u i będą zatruwać nasz kraj, to konserwatywne, zatęchłe, ksenofobiczne myślenie. Ciekawe, ile nam zajmie czasu, by się po tym domyć.

 

Unia może nam pomóc przez to przejść?

Nie wiem. Tego myślenia, które reprezentuje PiS, nie da się pogodzić z ideami Unii, liberalnymi, otwartymi.
Przedstawiciele rządzącej większości mówią, że dobro i zło to słowa, które trzeba dopiero wypełnić treścią. Brzmi złowrogo?
To jest tworzenie nowych pojęć i zatruwanie dawnych. Mówi się o szacunku dla demokracji, niszcząc ja, premier ostatnio mówił, że sędziowie nigdy nie byli tak niezależni, podczas gdy jest odwrotnie. Tak samo było w czasach PRL.
Doskonale pamiętam tamte czasy i tę orwellowską nowomowę, którą teraz uprawia PiS. Zatruwanie słów i tworzenie nowych znaczeń w dawnej skorupie. Mówią: wolność, a to oznacza brak wolności, mówią: demokracja, co oznacza dyktaturę.

 

Wspomniał pan o Orwellu, w jednym z końcowych fragmentów „Folwarku zwierzęcego” zwierzęta odkrywają, że zdanie „wszystkie zwierzęta są równie” zamieniono na „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Przypomina mi to sytuację z pakietem demokratycznym, czyli prawami dla opozycji, które zapowiadał Kaczyński, a kilka miesięcy później marszałek Terlecki stwierdził, że z tą opozycją nie ma mowy o pakiecie demokratycznym. Czysty Orwell?

Dobrze, że jeszcze uznają, że jakaś opozycja ma prawo istnieć, najlepiej jako atrapa. Kaczyński będzie grał na marginalizację opozycji, bo nie może sobie pozwolić na całkowite jej zniszczenie. On chce ją przerobić po swojemu, żeby była martwa, i w ramach tej nowej struktury uszczęśliwiać Polaków. Nawet na siłę, bo pamiętajmy, że ponad połowa nie chodzi do wyborów, bo uważa, że wszystko jest brudne i okropne i nie chcą w tym brać udziału.
Jak ktoś nie interesuje się polityką, zawsze mówię: to polityka kiedyś przyjdzie do ciebie.

 

Jak dotrzeć do nich?

Rozmawiać, pisać, publikować. Nie gardzić.

Pszczoły kontra „Polityka”

Tygodnik „Polityka” wyśmiał alarm wszczęty w „Gazecie Wyborczej” przez aktywistkę Greenpeace.  Tylko że zarzucając „Gazecie” kłamstwo, sam wprowadza w błąd.

 

W wielkim skrócie: ekolodzy załamali ręce nad pozwoleniem, które wydał świeżo wybrany minister rolnictwa na używanie przez 3 najbliższe miesiące toksycznych pestycydów do obsiewania pól rzepaku. Chodzi o neonikotynoidy – upośledzające układ nerwowy pszczół, wnikające do gleby i wód, szkodliwe tak, że już nawet Komisja Europejska po raz drugi podjęła się zakazu ich używania poza uprawami szklarniowymi. Jan Krzysztof Ardanowski wycwanił się: zarządzenie KE wejdzie w życie dopiero na jesieni, do tego czasu – hulaj dusza! Ekolodzy uderzyli na alarm: przez najbliższe miesiące Ministerstwo Rolnictwa będzie patrzyło na bezkarne trucie ludzi i owadów.
Marcin Rotkiewicz z „Polityki” w swoim tekście „Pszczelego armagedonu nie będzie” przekonuje w sześciu punktach, że media panikują, „Gazeta Wyborcza” dała się nabrać, a Greenpeace to świry, które niepotrzebnie straszą ludzi. Wywodzi m.in., że w Unii stosuje się o wiele bardziej toksyczne środki, a światowa populacja pszczół wciąż rośnie. Zarzuca ekoaktywistom nierzetelność, sam jednak nie przedstawia kontrtez obalających tezy pierwotne, krąży w istocie wokół tematu.
„Ciekawi mnie też bardzo, dlaczego aktywistki Greenpeace nie niepokoją np. ŚOR stosowane również w tzw. rolnictwie ekologicznym, którą to metodę upraw Greenpeace ogromnie wspiera i propaguje. Na liście substancji dopuszczonych do używania przez rolników ekologicznych znajduje się bowiem m.in. miedzian (substancja czynna: tlenochlorek miedzi)” – pisze na przykład. „ Część wyników eksperymentów wskazywało na negatywny wpływ, ale były one wykonywane w warunkach laboratoryjnych, gdzie pszczoły poddawano działaniu bardzo wysokich dawek pestycydów nieodzwierciedlających rzeczywistych warunków”.
Generalnie istnieją również badania, podważające skuteczność szczepionek. Istnieją, bo musiały powstać, by ich przeciwnicy mogli machać nimi przed nosem ludzkości. Również nie stanowią one dziś żadnego dowodu – no chyba że chodzi o udowodnienie, że wszystkiego można dziś dowieść za pomocą odpowiedniej motywacji, odpowiedniego sprzętu, w odpowiednim oświetleniu.
Ciekawym smaczkiem wydaje się fakt, że „Polityka” zilustrowała swój demaskatorski tekst zdjęciem osy zamiast pszczoły.
Nie wiem, jakie wykształcenie kierunkowe posiada red. Rotkiewicz. Wiem jedno: ze mnie żaden biolog. Ale potrafię czytać ze zrozumieniem. I tak sobie czytam i czytam rzesze merytorycznych komentarzy pod tekstem „Polityki”:
„A opinia europejskiej agencji EFSA czy zespołu naukowców zajmujących się owadami, którzy pisali Strategie ochrony Zapylaczy to już nie jest naukowe podejście?”;
„Skoro jest tak dobrze i pestycydy nie szkodzą owadom zapylającym, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego ubywa owadów w Europie? I nie, nie chodzi mi tylko o pszczoły miodne, bo te hoduje człowiek i łatwo może wyhodować więcej rojów. Chodzi o dzikie owady, których ubywa w strasznym tempie. Ale nie, trujmy dalej, bo musimy… W tym artykule widzę, że dokładnie ta sama argumentacja dotyczy GMO, pestycydów, oleju palmowego… Jako oczywiste przyjmuje się założenie, że obecny poziom produkcji rolnej jest konieczny. I że w związku z tym nadal musimy mieć wielkie monokultury, sztucznie nawożone i opryskiwane pestycydami, musimy wycinać lasy deszczowe… A wystarczyłoby zmniejszyć liczbę hodowanych zwierząt, żeby można było obyć się bez wielu pól uprawnych i bez tylu pestycydów w rolnictwie”;
„Sama badałam neonikotynoidy – p. Rotkiewicz nawet się nie zająknął o możliwych interakcjach z innymi pestycydami, czy też czynnikami środowiskowymi jak np. temperatura (której wzrost może dramatycznie wzmagać ich toksyczność).
Zapomniał też napisać, że są bezpieczne pestycydy – te oparte o metody biologiczne, czyli bio-pestycydy, takie jak owadobójcze grzyby, nicienie, wirusy, drapieżne roztocza, cała gama mikroorganizmów.
Polecam chociażby pobieżne przeglądnięcie NSOOZ – łącznie ze składem Rady Naukowej (której jestem dumną członkinią) oraz Rady Społecznej”.
Można by tu oczywiście przywołać kilka polskich nazwisk i znaleźć opinie roznoszące artykuł „Polityki”, obawiam się jednak, że reakcja może być podobna jak w przypadku innych teorii spiskowych (lekarz X mówi, że szczepionki pomagają, bo chodzi na pasku koncernu; profesor Y mówi, że Obama nie jest Raptilinaninem bo zależy mu na utrzymaniu wpływów Jaszczurów pochodzenia żydowskiego). Opinie polskich badaczy nie stanowią tu żadnej wyroczni.
Specjaliści, opiniujący zarządzenie dla KE wypowiedzieli się w temacie jednoznacznie. A należy przypomnieć, że Unia jest niezwykle pobłażliwa w stosunku do chemicznego lobby (przykładem choćby historia z glifosatem i Bayerem). Jeśli więc mielibyśmy zarzucać Europie stronniczość, to raczej w drugą stronę. Jeżeli neonikotynoidów zakazuje, to z pewnością musiała wyczerpać już argumenty.
Odnoszę jednak wrażenie, że w rzeczonym tekście bardziej niż o pszczoły, chodzi o dokopanie konkurencyjnej redakcji. „Polityka” od kilku lat zalicza merytoryczny zjazd w dół bez trzymanki do poziomu tabloidowego „Daily Mail”.