Reprezentacja Polski: Koniec rankingowego oszustwa

Po klęsce na mundialu w Rosji pojawiły się głosy, że to koniec tłustych lat w polskim futbolu i teraz czeka nas okres posuchy. To możliwe, bo drużyna Adama Nawałki tak naprawdę nawet w szczytowym okresie nie była zespołem na poziomie czołowej „10” rankingu FIFA. Na mundialu w Rosji to rankingowe oszustwo zostało po prostu obnażone.

 

Po klęsce z Kolumbią z kadrowiczów Nawałki zeszło całkowicie powietrze, niech wybaczą to wyświechtane porównanie – jak z pękniętego balonika. Niestety, przy okazji wypłynęło na zewnątrz trochę skrywanych brudów, bo trzymani od lat w głębokim ukłonie przez propagandowy aparat PZPN dziennikarze głównych mediów musieli zmienić ton i dostosować swoje opinie do oczekiwań swoich odbiorców oraz przełożonych. Stąd ta lawina agresywnej krytyki, której nie byli w stanie powstrzymać ani skuteczny zazwyczaj w takich akcjach prezes PZPN Zbigniew Boniek, ani trener Nawałka, ani nawet Robert Lewandowski.

 

Może i pili, ale co z tego?

Ociekający dotąd lukrem wizerunek reprezentacji jako ekipy złożonej wyłącznie z oddanych swojej pracy stuprocentowych profesjonalistów też legł w gruzach po publikacjach prasowych wywlekających na światło dzienne opowieści o balangach na zgrupowaniach kadry. Kamil Glik nazwał te rewelacje „ohydnym kłamstwem”, ale Boniek mimowolnie jej potwierdził, próbując w swoim stylu zbagatelizować sprawę. „Piłkarze dostali wolne, wypili po trzy piwa, trochę pośpiewali, no i co takiego się złego stało?” – stwierdził. Gdyby nie 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią pewnie przyznano by mu rację i nikogo by te rewelacje nie obeszły, teraz jednak nawet rozsądne argumenty tylko podsycają ogień, zamiast go gasić. Zwycięzców nikt nie sądzi, pokonani nie mają racji. Na zgrupowaniach kadry alkohol był zawsze, o czym prezes Boniek jako były zawodnik i trener doskonale wie. Wiedzę o imprezowych wyskokach kadrowiczów mają też dziennikarze, którym opowiadają o nich na ucho agenci piłkarzy, zaprzyjaźnieni trenerzy albo czasem nawet sami uczestnicy balang.
To są oczywiście opowieści zawsze opatrzone klauzulą „nie do publikacji”, ale gdy takiemu dopuszczonemu do tajemnicy żurnaliście wejdzie się na odcisk, albo gdy jego szef tego zażąda, wtedy chcąc nie chcąc „puszczają farbę”. Z taką sytuacja mamy do czynienia właśnie teraz i niewykluczone, że po meczu z Japonią zapotrzebowanie na wywlekanie ukrywanych dotąd skrzętnie przez PZPN brudów znacznie wzrośnie. I to będzie dopiero prawdziwy koniec wielkiego oszustwa, którego efektem był fałszywy jak sie teraz okazało wizerunek reprezentacji Polski tworzonej przez ambitnych zawodników stale doskonalących swój piłkarski warsztat.

 

Na plecach Lewandowskiego

Chociaż od strony sportowej kadra Nawałki nie osiągnęła żadnego znaczącego sukcesu, bo trudno za taki uznać awans do ćwierćfinału Euro 2016, to dzięki sprytnemu wykorzystaniu niedoskonałości w naliczaniu punktów rankingowych reprezentacja za jego selekcjonerskiej kadencji poszybowała w rankingu FIFA z siódmej dziesiątki do pierwszej. Nie ulega dyskusji, że największe zasługi w tym niesamowitym awansie miał Robert Lewandowski, którego talent eksplodował akurat w tym czasie i którego gole zapewniły naszej drużynie najpierw awans do Euro 2016, a potem do finałów mistrzostw świata w Rosji.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przez ostatnie cztery lata z żelaznego składu kadrowiczów tak naprawdę tylko on piłkarsko szedł w górę, czerpiąc przy tym finansowe korzyści, o jakich inni nasi reprezentacyjni piłkarze mogli tylko pomarzyć i jakich chyba zaczęli mu szczerze zazdrościć. Na ten problem także uwagę opinii publicznej zwrócił Boniek, który w rozmowie z byłym już kadrowiczem, a obecnie próbującym sił w roli dziennikarza TVP Sebastianem Milą powiedział: „Kadra zmieniła się przez ostatnie cztery lata. To są fajni chłopacy, ale wcześniej inny był poziom adrenaliny i myślenia o samym sobie. Sukcesy zmieniły reprezentację. Kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, bo to była wartość dodana. Dzisiaj, muszę to powiedzieć ze smutkiem, niektórym to przeszkadza. Musimy to sobie jednak sami wyjaśnić w grupie”.

 

Uderz w stół, a nożyce…

Nazwisk sternik polskiego futbolu nie podał, ale jakoś tak wyszło, że dzień później, na konferencji prasowej przed meczem z Japonią, do jego zarzutów odniósł się nie kto inny, jak Jakub Błaszczykowski, którego relacje z Lewandowskim są od dawna nie najlepsze i z tego względu mógł stać się „pierwszym podejrzanym”. Błaszczykowski powiedział: „Wiem, że jak nie ma wyników, to wtedy się zaczynają różne problemy, zaczynają się ukazywać nieprawdziwe informacje. A my dzisiaj nie mamy za dużo argumentów, żeby na to odpowiadać. Jestem w kadrze długo i mogę powiedzieć, że w ostatnim czasie atmosfera w niej się nie zmieniła. Jedyne co się ostatnio zmieniło, to wyniki, bo kibice liczyli na nasze zwycięstwa. Nie osiągnęliśmy celów, przyjmujemy krytykę. Nie jest nam z tym łatwo, bo to także nasze marzenia zostały zaprzepaszczone. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że nie podołaliśmy zadaniu, ale każdy z nas też wie, ile poświęcił dla tych marzeń. Takie jest jednak życie. Mecz z Japonią jest bardzo ważny psychologicznie. Musimy w nim pokazać że jesteśmy drużyną, która się nie poddaje. W ostatnich czterech latach dostarczyliśmy kibicom wielu pozytywnych doznań. I ten mecz ma pokazać, że jesteśmy grupą facetów, którzy się nie poddają” – zapewniał Błaszczykowski, który mecz z Japonią zaczął jednak na ławce rezerwowych. Podobnie jak krytykujący wcześniej taktyczne pomysły Nawałki Maciej Rybus czy słabo spisujący się Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Glik i Łukasz Piszczek.

W bramce stanął Łukasz Fabiański, w obronie zagrali Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek i Artur Jędrzejczyk, w pomocy Grzegorz Krychowiak, Jacek Góralski, Kamil Grosicki, Piotr Zieliński i Rafał Kurzawa, a w ataku Robert Lewandowski. W takim ustawieniu nasza reprezentacja zagrała po raz pierwszy. Na żenujących w podejściu do meczu z Polakami Japończyków, którzy w rankingu FIFA są na 55. miejscu, nawet taki eksperymentalny skład okazał się wystarczający. Na 13. w zestawieniu Kolumbię i 33. Senegal biało-czerwoni okazali się za słabi, co oznacza, że ich realna siła plasuje ich dzisiaj w gronie zespołów na poziomie 35-40. miejsca w rankingu. Pod wodzą Nawałki wyżej już raczej nie podskoczą.

 

 

MŚ Rosja 2018: Afrykański test biało-czerwonych

Piłkarze polskiej reprezentacji ponoć nie mogli już się doczekać meczu z Senegalem, pierwszego występu na rosyjskim mundialu. Ale po przylocie do Moskwy, widząc na trybunach stadionu Spartaka morze biało-czerwonych flag, dotarło do nich, że nie mogą tu przegrać.

 

Na tę chwilę z niecierpliwością czekali nie tylko kadrowicze Nawałki, lecz przede wszystkim polscy kibice. Mecz z Senegalem miał dać nam wszystkim odpowiedź, czy wracająca do światowej elity po dwunastu latach przerwy reprezentacja Polski jest w stanie odegrać na rosyjskich boiskach większą rolę niż odegrała w dwóch poprzednich startach w XXI wieku. Jak pamiętamy w 2002 roku w Korei i Japonii oraz cztery lata później w Niemczech biało-czerwoni odpadli z rywalizacji juz w fazie grupowej. W Rosji miało być inaczej, co najmniej tak dobrze jak w Euro 2016 we Francji, gdzie ekipa Nawałki dotarła do ćwierćfinału. Ale tu i ówdzie pojawiały się entuzjastyczne opinie, że Roberta Lewandowskiego i spółkę stać na nawiązanie do osiągnięć legendarnych drużyn Kazimierza Górskiego z 1974 roku i Antoniego Piechniczka z 1982 roku.

Co prawda sami piłkarze, a także ich przełożeni próbowali studzić nastroje, lecz mimo ich starć biało-czerwony balonik nieustannie się powiększał, przynosząc przy tym wyraźne korzyści najważniejszym postaciom w obozie biało-czerwonych. Sądząc po ilości zamieszczanych w polskich mediach reklam, beneficjentami tej niebywałej wcześniej hossy byli w pierwszej kolejności Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Zbigniew Boniek, Kamil Glik, Jakub Błaszczykowski i Kamil Grosicki. Nic dziwnego, że dla tych kilku mężczyzn mecz z Senegalem był mocno stresującym przeżyciem. Ewentualna porażka niosła bowiem ryzyko odwrócenia nastrojów z entuzjastycznych na wrogie, bo jak wiadomo łaska kibica na pstrym koniu jeździ. A tu jeszcze do szatni naszej drużyny docierały wieści, że uważana za najgroźniejszego rywala w naszej grupie Kolumbia przegrała 1:2 z uważaną za najsłabszą Japonią.

Z zespołem Senegalu nasza reprezentacja jeszcze na mundialu nie grała. Jego najbardziej znanym graczem jest napastnik FC Liverpool Saido Mane, którego piłkarską klasę wielu ekspertów stawia wyżej nawet niż Lewandowskiego. Trener Nawałka zapewniał jednak solennie, że nie czuje stresu przed pierwszym meczem turnieju. „Po to zbierałem doświadczenia jako piłkarz, a potem trener, żeby stawka meczu mnie motywowała, a nie stresowała. Od samego początku uważaliśmy, że nasza grupa jest wyrównana, bo są w niej czołowe drużyny ze swoich kontynentów. Senegalczycy potrafią szybko przechodzić z obrony do ataku. Pod wieloma względami nasze zespoły mają zbliżone walory. Ja jednak wierzę, że to my okażemy się lepsi o tę przysłowiową jedną bramkę. Ale to będzie trudny mecz” – przestrzegał selekcjoner biało-czerwonych. Składem jednak nikogo nie zaskoczył i do walki z Senegalem wyznaczył: Szczęsnego – Piszczka, Thiago Cionka, Pazdana, Rybusa – Błaszczykowskiego (setny występ), Krychowiaka, Zielińskiego, Grosika – Milika i Lewandowskiego.

Mecz Polska – Senegal zakończył się wynikiem 1:2.

Reprezentacja Polski: W nerwach na Senegal

Nawaf Shukralla z Bahrajnu będzie sędzią głównym wtorkowego meczu Polska – Senegal. Przed pierwszym występem na rosyjskim mundialu w obozie biało-czerwonych wszyscy mają nerwy napięte jak postronki.

 

We wtorek o 17:00 na stadionie Spartaka w Moskwie nasza wymuskana i perfekcyjnie przygotowana do mistrzostw świata reprezentacja pokaże światu na co ją stać w meczu z Senegalem. Biało-czerwoni zagrają na mundialu po dwunastoletniej przerwie, ale po raz ósmy w historii. FIFA do sędziowania tego spotkania wyznaczyła 41-letniego arbitra z Bahrajnu Nawafa Shukralla, mającego już w dorobku mundialowe występy cztery lata temu w Brazylii. Sędziował w tym turnieju mecze Australii z Hiszpanią oraz Portugalii z Ghaną. Pokazał w nich siedem żółtych kartek. W 2012 i 2016 sędziował trzy mecze w klubowych mistrzostwach świata, ma też na koncie 44 spotkania eliminacji MŚ i azjatyckiej Ligi Mistrzów. Jego asystentami będą Yaser Tulefat (Bahrajn) oraz Taleb Al-Marri (Katar), zaś sędzią technicznym Abdulrahman Al-Jassim (Katar). Shukrall siedem lat temu sędziował Polakom mecz towarzyski z Koreą Południową w Seulu, zakończony remisem 2:2.Im dłużej nasza kadra przebywa w Soczi, tym większe gromadzi się w niej napięcie.

Podejrzliwy przesądny czasem aż do granicy śmieszności trener Adam Nawałka tak odciął kadrowiczów od świata zewnętrznego, że nawet w spolegliwych wobec niego dziennikarzach wywołało pierwsze oznaki buntu. Tu i ówdzie w mediach pojawiły się więc niezbyt pochlebne teksty o kadrze i jej sztabie trenerskim, które wyćwiczona w pacyfikowaniu takich wybryków machina propagandowa PZPN na razie zbagatelizowała. Podobnie jak zaczepki celebrytów, choćby Kingi Rusin, której nie spodobała się wycieczka kadry do delfinarium. Dla kibiców ważniejszy jednak od losu delfinów, nad którym użaliła się gwiazda TVN, była stan zdrowia Arkadiusza Milika, który podczas tej eskapady niemal wywinął orła na śliskiej posadzce.

Nie ulega jednak wątpliwości, że oczekiwanie na pierwszy mecz doprowadził atmosferę w kadrze do nieznośnego stanu permanentnego napięcia. Przyczyna tej rosnącej nerwowości jest oczywista i dość precyzyjnie zdefiniował ją w jednej z ostatnich wypowiedzi medialnych wiceprezes PZPN Marek Koźmiński. „Senegal to trudny przeciwnik, bo prezentuje całkowicie inny futbol niż ten, z którym na co dzień się spotykamy. W tej reprezentacji jest kilku wybitnych piłkarzy, dlatego nasz zespół czeka trudne spotkanie. I ważne, bo jego wynik prawdopodobnie ustawi sytuację w grupie H. Nie mamy dużego marginesy błędu. Doświadczenia z poprzednich mundiali czy turniejów Euro wskazują jasno – jak nam nie poszło na początku, to później było źle” – nie owija w bawełnę Koźmiński. No więc, oby biało-czerwonym poszło dobrze!