Woda na młyn i inne płyny ustrojowe

Redaktor Lisicki nie odpuszcza. Wzywa: „Stańmy się homofobami”. Szczucie ma chyba we krwi.

 

Zajrzałem jak co dzień na strony internetowe pism politycznych. Na stronie „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego, pod tekstem o tym, że Skiba żąda od TVP miliona złotych na WOŚP za bezprawne wykorzystanie jego utworu w pisowskim sz-czujniku „W tylewizji” znalazłem wpis, w którym „internauta” grozi artyście ucięciem głowy i „nasraniem” na nią.
Zadzwoniłem do tejże redakcji i zażądałem usunięcia wpisu. Usunęli, trochę jak komórki rakowe, z dużym zapasem kilkudniowym wstecz. Jednak redaktor Lisicki i tak nie odpuszcza. Wzywa: „Stańmy się homofobami”. Szczucie ma chyba we krwi.
Na redaktora Lisiewicza z „Gazety Polskiej” doniosłem do prokuratury za wzywanie do bicia działaczy antyalkoholowych kijem. Nic mu nie zrobią, ale jeśli choć wezwą raz na przesłuchanie, tak jak uporczywie nękają demonstrantów spod Sejmu i ubierających pomniki w koszulki z napisem „konstytucja”, to dobre i to.

 

Opary myśli narodowej

Po stronie pisowsko-prawolskiej takich agresywnych fantazji i wzywania do fizycznej przemocy jest coraz więcej. Celują w tym internetowi trolle. Trzeba uczciwie przyznać, że po stronie antypisowskiej wezwań do agresji fizycznej nie napotkałem, co nie znaczy, że nie mogą się zdarzać. Ja jednak napotykam ją tylko po tamtej stronie. Jeśli zatem pojawi się kandydat na następcę Ryszarda Cyby, który przed laty zabił pracownika biura PiS w Łodzi, to tym razem raczej pojawi się on po przeciwnej stronie. Narodzi się on raczej w oparach myśli snutych przez redaktorów Lisickiego i Lisiewicza oraz ich zwolenników niż po stronie antypisowskiej. Sam nie jestem bez winy i bywa, że nie przebieram w słowach, ale głowy niczyjej – w sensie fizycznym – dotąd nie żądałem. Nigdy też nie żądaliśmy jej w „Dzienniku Trybuna”. Redaktorzy pism pisowsko-prawolskich! Nie igrajcie z ogniem!

 

Biedny policjant patrzy na naziola

Nie porównujcie szturchania policjantów pod Sejmem (nie popieram), bo oni potrafią się obronić w razie czego, do sytuacji bezbronnego Skiby czy działaczy antyalkoholowych a także „lewaków” czy „koderastów”, którym prawolsko-pisowsko-nazistowskie trolle grożą śmiercią na porządku dziennym. Do tego dzieła dołącza się policja. Biedna – nie potrafiła zidentyfikować zamaskowanych bandytów z Wrocławia z zeszłorocznej zadymy, więc sprawę umorzyła. Nie może też dać rady z identyfikacją osobników z tzw. „Marszu Niepodległości” z 11.11.2017. Powiada, że ci niezamaskowani byli albo odwróceni tyłem do kamer, albo czekali w kolejce do sklepu. Wykonujących napisy na pisowskich biurach policjanci identyfikowali w trymiga.

 

Drugi Duda poczuł pismo nosem

Jak było do przewidzenia, związek „Solidarność” poczuł pismo nosem i chce uprzedzić falę protestów pracowniczych. Duda Piotr i jego ludzie spotkali się więc z premierem Mati. Po spotkaniu Mati tokował wesoło, a Duda Piotr stał obok niego z ponurą miną nie wróżącą Matiemu wiele dobrego. Duda Piotr to szczery robociarz, choć pobożny i wątpię by miał naturalna sympatię do „Bankiera” rodem ze stajni Tuska. Szczery i porywczy Duda nie potrafi ukryć emocji, dyplomatą nie jest, więc potwierdza to pogłoski, że przez te pięć godzin rozmów nie było miło. Tym bardziej, że „S” żąda dymisji ministerki edukacji Anny Zalewskiej. Jest to PiS-owi bardzo nie na rękę, bo podważa wersję że „dobra zmiana” w edukacji była dobrą zmianą, a nie deformą i blamażem. Gdyby to mówił tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, to można by rzecz zwekslować na wrednych „komuchów” Broniarza, ale w tej sytuacji się nie da. Gdyby związek Dudy Piotra podtrzymał swoje stanowisko i współfirmował wotum nieufności dla Zalewskiej, mogłoby to przynieść PiS stratę.

 

Pyton w Polskim Radiu

Na propisowskich portalach pojawiła się pogłoska, że zawieszenie w czynnościach prezesa Polskiego Radia S.A. Jacka Sobali, to próba „puczu” w Radzie Nadzorczej. Ktoś napisał: „nie udało się w grudnia 2016 w Sejmie, próbują puczu w Polskim Radiu”. Jakikolwiek jest mechanizm sytuacji zaistniałej w gmachu przy ulicy Malczewskiego w Warszawie, stanowi to sygnał, że mają tam miejsce ruchy odśrodkowe wewnątrzpisowskie czyli tarcia w „łonie obozu”. Gdyby jacyś przedstawiciele opozycji zewnętrznej mogli zadziałać wcześniej, zrobiliby to. Zawieszenie Sobali nie mogło się dokonać bez przyzwolenia z pisowskiej góry, to logiczne. Sobala kojarzony jest z „sakiewiczowszczyzną” (Tomasz Sakiewicz), z frakcją „Klubów Gazety Polskiej” czyli nurtu silnie promacierewiczowskiego, a więc bliskiego pisowskim ultrasom i najtwardszemu elektoratowi. Nie przepadają za nim jako za polityczną konkurencją bracia Karnowscy, zblatowani z Jackiem Kurskim i TVP. Do tego stopnia, że ci pobożni katolicy pojawili się na bezbożnym cywilnym – pożal się Boże – ślubie rozwodnika Kurskiego w Sulejówku. Jedna z możliwych wersji zdarzeń może więc być taka, że ludzie „kurszczyzny” chcą odbić radio z rąk wewnętrznej konkurencji – „sakiewiczowszczyzny”. Ta ma do TVP słaby dostęp, choć niektórzy uważają za jej eksponenta Michała Rachonia, który ma z żoną dwie kolumny i Sakiewicza. No, ale jak wiadomo, Kurski ostatnio próbuje trochę rozpychającego się Rachonia przykrócić. Teraz „sakiewszczyzna” może stracić i radio. I niech nikogo nie zwiedzie, że adwokat Andrzej Rogoyski, specjalista od prawa kanonicznego (sic!), który pełni teraz honory gospodarza Polskiego Radia, nie jest jakimś sztandarowym pisowcem. Trolle „sakiewiczowszczyzny” już atakują szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego („PZPR”), że sprzyja „puczowi”.
Tak czy inaczej, każda rozróba wewnętrzna w obozie Zjednoczonej Prawicy jest wodą na nasz antypisowski i lewicowy młyn. W każdym razie pyton ma godnych następców tego upalnego lata.

 

Z sądami jak po grudzie

Wokół Sądu Najwyższego. Ku zaskoczeniu niejednego, środowisko prawnicze, na ogół nie kojarzone z wojowniczymi skłonnościami, nie daje PiS za wygraną. Przedstawiciele Sądu Najwyższego i adwokatury twardo zapowiadają kary dyscyplinarne dla zgłaszających się na fotele po pierwszej fali czystki. Rzecznik SN Michał Laskowski podkreśla konstytucyjną odpowiedzialność Dudy Andrzeja. Dobrze, że w tej kwestii i zdecydowana większość środowiska prawniczego i opozycja, parlamentarna, a także pozaparlamentarna (ostatnio szczególnie dobitnie przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty) mówią jednym głosem: nie dla łamania konstytucji. Nawet któraś z prokuratur umorzyła, nie pomyśli PiS, jakieś postępowanie przeciw protestującym. Problem w tym, by i środowiska prawnicze i opozycja na tym nie poprzestały i zaczęły poważnie pracować nad planem wyjścia sądów z zapaści. Za rządów Ziobry średni czas trwania postępowań wydłużył się z ponad czterech miesięcy do pana pięciu. Tylko, że to pociecha marna, bo pod tym względem reforma sądownictwa, nie pisowska czystka, jest naprawdę potrzebna. Opozycja, która zdobędzie władzę, stanie z tym problemem oko w oko może w sytuacji, gdy średnia wyniesie np. pół roku albo i więcej. I co wtedy? Póki jednak co, rzeczony Ziobro ma problem. Ministerstwu Sprawiedliwości, które po blamażu i bałaganie z dostarczaniem (a raczej niedostarczaniem przez prywatną firmę wezwań sądowych, które były do odbioru w osiedlowych warzywniakach) przeprosiło się z Pocztą Polską. Problem w tym, że brak mu pieniędzy na kontrakt opiewający na kwotę, który mu ta firma zaproponowała. Będzie więc musiał „Zbig” pójść po prośbie do premiera Matiego, którego szczerze nienawidzi z wzajemnością, między innymi jako rywala do schedy po Prezesie. Będzie to dla „Zbiga” prawdziwe upokorzenie, więc miło będzie skonstatować, jak to zniesie. Jak powiadał narrator niezapomnianej „Konopielki” Edwarda Redlińskiego: „Smoktawszy, patrzym co będzie”.

 

„Lewacka szmato” – tak trzymać!

Z satysfakcją skonstatowałem, że w odpowiedzi na zalew „odzieży patriotycznej” pojawiła się w internecie kontroferta pod nazwą „lewacka szmata”. Można tam znaleźć ofertę koszulek i gadżetów o treściach najogólniej rzecz ujmując lewicowych i wolnościowych. Bardzo mnie to cieszy, bo daje nadzieję, że tylko część młodzieży w Polsce dała się nabrać na zmurszałe, agresywne ideologie i sentymenty, których anachroniczna recydywa nie przyniesie Polsce nic dobrego. I że jest nie tylko taka młodzież, która nie tylko „wyznaje wartości” i „oddaje hołd” wątpliwym często bohaterom, ale i taka, która potrafi myśleć pod prąd. Literacki wieszcz PiS Jarosław marek Rymkiewicz ( „Do Jarosława Kaczyńskiego”) powiedział kiedyś, że „Jarosław Kaczyński ugryzł ospałego polskiego żubra w dupę”. Jeśli spojrzeć na to po marksistowsku, czyli dialektycznie, to można uznać, że jest w tym powiedzeniu coś na rzeczy. Kaczyński obudził demony polskiego nacjonalizmu i sentymentalnego, anachronicznego patriotyzmu. Ale jak uczy zasada dialektyczna, teza rodzi antytezę, bodziec – reakcję. Kto wie, czy gdyby nie „Kaczor”, polska lewica nie drzemała by nadal, przepraszając że żyje i będąc wielce patriotyczną, biało-czerwoną i jak ognia bojącą się, aby nie skojarzono jej broń Panie Boże, z Marksem, Engelsem, Gramscim, a co najwyżej ze szlachetnym i poczciwym „Ignacem” Daszyńskim z Galicji, w tużurku rocznik 1900 i sumiastym wąsem. A trochę, choć trochę czystej czerwieni nie łaska, Drodzy Towarzysze? Choć odrobinę. Dlatego „Lewacka szmato” – tak trzymać.

Incydent gruziński

Szef MSZ Jacek Czaputowicz udał się do Tbilisi w towarzystwie ministrów z Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Wystosował też apel do Federacji Rosyjskiej o „porzucenie agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego”.

 

W 2008 roku Federacja Rosyjska podjęła decyzję o interwencji militarnej poza swoim terytorium, co wprawiło w zaskoczenie zarówno Europę, jak i Stany Zjednoczone. Konflikt o Abchazję i Osetię Południową był to krok, który pokazał brak jednomyślnej polityki UE wobec wydarzeń ma terenach spornych, gdzie zamieszkujące je mniejszości domagają się redefinicji granic.

Jak podaje geopolityka.org, „wstępne walki pięciodniowej wojny rosyjsko-gruzińskiej rozpoczęły się w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku. Był to gruziński ostrzał artyleryjski paramilitarnych oddziałów Osetii Południowej w Cchinwali i rejonie Dżawy”.

To tę rocznicę obchodził szef polskiej dyplomacji w Tbilisi. Z tej okazji ministerstwo opublikowało oficjalny komunikat:

„Sprzeciwiamy się wszelkim działaniom, które mają na celu ingerencję w suwerenne prawo władz w Tbilisi do wykonywania zwierzchnictwa nad terytorium Gruzji w jego granicach uznanych przez społeczność międzynarodową”.

Sęk w tym, że gdyby zbadać sytuację z sierpnia 2008 naprawdę wnikliwie, to wyjdzie na to, że obie strony konfliktu podczas tych kilku dni wojny nie respektowały trzeciej konwencji haskiej (Konwencja dotycząca rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich, Haga, 18 października 1907 r.).

W oświadczeniu znalazł się jednak ten płomienny apel do Rosji: „Władze RP po raz kolejny wzywają Federację Rosyjską do porzucenia agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego oraz realizacji zobowiązań, wynikających z porozumień Sarkozy-Miedwiediew”.

Przed wylotem do Gruzji na specjalnie powołanej konferencji prasowej Jacek Czaputowicz przemówił mało dyplomatycznym tonem:

– Wspólnie z gruzińskimi władzami pragniemy przypomnieć światu o tym, co wydarzyło się w sierpniu 2008 r., o pogwałceniu niepodległości Gruzji, tragedii tysięcy rodzin wypędzonych z miejsc zamieszkania, setkach zabitych i rannych.

Przypomniał też słowa Lecha Kaczyńskiego, który wówczas po raz pierwszy poczuł się w obowiązku udzielić „pomocy” potrzebującym Gruzinom i wmieszał się w konflikt.
„Wiemy świetnie – dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj – Polskę”. Słowa te, jak pokazały późniejsze wydarzenia, niestety w części okazały się prorocze i wydaje się, że są ciągle aktualne – stwierdził szef polskiego MSZ.

Polska najwyraźniej nadal czuje się w tym sporze już nawet nie tyle rozjemcą, co jedną ze stron. Nikt jednak nie widział, aby polski prezydent w te pędy biegł do Kosowa, aby pomóc im wyzwalać się spod serbskiego „jarzma”, albo zasłaniał własną piersią Katalończyków. Polska zwykle angażuje się tam, gdzie po drugiej stronie barykady stoi Rosja, czyli na Ukrainie i w Gruzji.
Powszechnie znaną zaś anegdotą, opowiadaną sobie głównie w kontekście katastrofy w Smoleńsku jest opowieść o naciskach, jakie wówczas, podczas lotu do Tbilisi, miał wywierać zmarły prezydent na pilota, kapitana Arkadiusza Protasiuka, którego powtórnie spotkał za sterami w 2010 roku. Lech Kaczyński miał powiedzieć do pilota, który odmówił lądowania ze względu na złe warunki, że to on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i nakazuje mu mimo wszystko wykonać polecenie. Sprawa zyskała miano „incydentu gruzińskiego”.

Nie dla rewizjonizmu

Francuska Partia Komunistyczna (PCF) zabrała głos przeciwko prowadzonej przez polski rząd polityce historycznego rewizjonizmu.

 

„Polski rząd reakcyjnej i ksenofobicznej partii PiS prowadzi politykę zmierzającą ku przebudowie polskiego społeczeństwa w duchu klerykalnym i etnocentrycznym nie zważając na protest Unii Europejskiej. Częścią tej polityki jest wymazywanie z historii Polski komunistów” – czytamy w komunikacie ogłoszonym przez PCF. Francuscy komuniści podkreślają w nim, że władze polskie z pełną determinacją pod hasłem dekomunizacji starają się zatrzeć w ogóle wszelkie ślady polskiego ruchu robotniczego. „PCF potępia stanowczo ten rewizjonizm historyczny” – napisali, dodając że działania polskich władz stanowią obrazę nie tylko dla tradycji robotniczych na ziemiach polskich, ale w całej Europie – również we Francji.

To nie pierwszy raz, kiedy Francuska Partia Komunistyczna zabiera głos wobec tego, co dzieje się w Polsce. Wcześniej PCF – podobnie jak i partie komunistyczne z innych krajów Europy i nie tylko Europy – aktywnie solidaryzowała się z Komunistyczną Partią Polski będącą obiektem szykan ze strony władz. KPP – tylko z racji iż w jej nazwie znajduje się skazane na ostracyzm słowo „komunizm” przypisuje się „propagowanie totalitaryzmu”.

Wobec działaczy KPP prowadzone są postępowania sądowe grożące w konsekwencji delegalizacją tej organizacji. Byłby to nie tylko cios w całą polską lewicę, ale też niebezpieczny precedens. Tym bardziej niebezpieczny, że organizacje skrajnej prawicy, które – w odróżnieniu od KPP – totalitaryzm jawnie propagują, podżegają do aktów nienawiści rasowej i obnoszą się z faszystowską symboliką nie ponoszą za to żadnych konsekwencji, a wręcz wydaje się, że korzystają z ochronnego parasola trzymanego nad nimi przez kontrolowaną przez PiS administrację państwową.

Polska na zakręcie

W ciągu bez mała ostatnich trzech lat Polska stała się na naszych oczach krajem nieustannej, brudnej walki politycznej o wszystko: o władzę, o wartości, o prawo do dzielenia społeczeństwa na lepszych i gorszych.

 

O prawo do egoistycznego i nieskrępowanego pożytkowania publicznych pieniędzy, o prawo do manipulowania Konstytucją, lub cynicznego łamania jej przepisów, o prawo do poniżania autorytetów i odbierania im poczucia godności człowieczej i obywatelskiej z tytułu wypracowanego dorobku zawodowego, o prawo do narzucania społeczeństwu jednej politycznej racji, jednego światopoglądu, jednego (katolickiego) modelu moralnego…. długo by jeszcze wyliczać…
Walka ta prowadzona jest między partiami postsolidarnościowymi – PO a PiS, czyli z jednej strony prawicą, stojącą raczej na gruncie wartości liberalnych (demokracji pluralistycznej, trójpodziału władz, wolności i praw obywatelskich), a z drugiej – też prawicą, tyle, że nacjonalistyczną, odwołującą się do populistycznie nastawionych grup społecznych (propagandowy pisowski „suweren”, w tym m.in. dzisiejszy związek zawodowy „Solidarność”), wspieranych przez kościół hierarchiczny (w praktyce też suweren, ale uzasadniany inaczej), który przykładnie odgrywa rolę strażnika wszystkiego, co utrzymuje społeczeństwo w strachu przed nieuchronnymi procesami modernizacyjnymi (niemoralny Zachód, „szarganie świętości” itp.). Obie formacje przypisują sobie niepodzielne prawo do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, chociaż charakter prowadzonej walki politycznej jest żywym zaprzeczeniem celów buntu robotniczego sprzed kilkudziesięciu lat. A tak na marginesie: nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność” ! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego.
Stawką w tej politycznej bijatyce jest ustrój konstytucyjny Rzeczypospolitej i płynące stąd zagrożenia, i to zarówno dla sytuacji wewnętrznej (niezwykle głębokie podziały społeczne, woluntarystyczne szastanie przez rząd groszem publicznym, enigmatyczne perspektywy gospodarcze, notoryczne sięganie przez władze do metod państwa policyjnego), jak i dla polskiej racji stanu, ponieważ towarzysząca tym procesom kłamliwa propaganda z rozmysłem odsuwa w szarą strefę sygnały ważnych zmian, dokonujących się obecnie w globalnym układzie sił, co nie może być obojętne dla szans i pozycji międzynarodowej Polski. Wszak niedawna wizyta w Europie prezydenta USA Donalda Trumpa, jego antyeuropejskie wypowiedzi, a zwłaszcza przebieg spotkania z prezydentem Rosji – Władimirem Putinem poruszyły światową opinię publiczną do tego stopnia, że w najważniejszych stolicach państw europejskich analizowane są możliwości nowych koncepcji, uwzględniających skutki przesunięcia się polityki USA ze spraw militarnych na gospodarcze, a w tym skupienia uwagi na Chinach i Rosji. Dzwonki alarmowe rozległy się w Europie, gdy na szczycie w Brukseli D. Trump podważył obowiązywanie żelaznej dotychczas zasady kolektywnej obrony przez NATO terytoriów państw członkowskich. Swoim poglądom na ten temat dał później wyraz w wywiadzie z 18 lipca dla telewizji Fox News, w którym przyznał, że nie jest pewien, czy NATO powinno dawać gwarancje bezpieczeństwa np. maleńkiej Czarnogórze (najmłodszy członek NATO), bo – jego zdaniem – mogłoby to kosztować wybuchem III wojny światowej!! Trudno w tym miejscu nie zadać pytania: a Polsce może udzielić takich gwarancji, np. po ostatniej, tajnej rozmowie z W. Putinem…? W naszej zbiorowej pamięci tkwi przecież bolesny kolec w postaci „sojuszniczej gotowości” umierania w 1939r za Gdańsk. Czym to się dla nas skończyło – wiemy. I nie tylko dla nas…
Zamieszanie wokół ostatnich wypowiedzi Trumpa narasta. Nie oszczędzała go w połowie lipca w Niemczech, w czasie promocji swej najnowszej książki („Faszyzm. Ostrzeżenie”), Madeleine Albright, była sekretarz stanu w administracji Billa Clintona (1997-2001), określając go najbardziej antydemokratycznym prezydentem w całej historii USA. W podobnym duchu wypowiedział się w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” były ambasador USA w Warszawie – Christopher Hill, bez osłonek stwierdzając, że prezydent Trump „na własne życzenie staje się postacią bez znaczenia w stosunkach transatlantyckich”, a jego postępowanie nazwał „nieodpowiedzialnym, groźnym i chaotycznym” . Jednocześnie nawiązał do sytuacji w Polsce stwierdzając, że – niezależnie od tego, co dzieje się na polu aktywności zagranicznej prezydenta USA, przychylne dotychczas Warszawie amerykańskie kręgi opiniotwórcze mają powody do obaw z tytułu zachodzących u nas zmian w systemie politycznym RP. Wysłał więc wyraźny sygnał, że na dotychczasowym kształcie przyjaźni polsko-amerykańskiej rysują się cienie i znaki zapytania, umiejętnie przypomniał, że w układach sojuszniczych obowiązuje respektowanie zasad, które legły u podstaw utworzenia NATO, czyli sojuszu militarnego państw demokratycznych.
Nie ulega wątpliwości, że Polska, destabilizowana ustrojowo i politycznie, unurzana w niegodne, żenujące awantury wewnętrzne, staje się dziś dla partnerów zagranicznych nieobliczalna, a przez to w stosunkach międzynarodowych – bezużyteczna. Gołym okiem zresztą widać, jak zmalała aktywność międzynarodowa Polski, bo kto dziś potraktuje poważnie premiera („bajarza”) M. Morawieckiego…? W tym zmieniającym się jakościowo świecie kreatorzy polskiej polityki zagranicznej niewiele mają przecież do zaoferowania. Minister Spraw Zagranicznych przeważnie milczy, być może wygodniej mu tkwić w roli „eksperymentu”, usytuowanego w oparach blaknącej fantasmagorii o „międzymorzu”. Obecny prezydent RP z różnych względów ( w tym przez swój ideologiczny anachronizm) nie udźwignie walki o pozycję Polski w Europie i świecie; złośliwie zauważam, że nawet Watykan wyciszył z nami kontakty.
W tej sytuacji, każdy kolejny miesiąc zatargów polityków PiS z Unią Europejską i jej instytucjami odsuwa nasze szanse na korzystne włączenie się Polski we wspólną politykę zagraniczną i obronną. Niestety, polityków PiS nie cechuje wyższy od przeciętnego stopień zaawansowania w politycznym myśleniu, a na dodatek to, co może na całej linii podważać do nich zaufanie – to notoryczne posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem uprawiania polityki na wszystkich możliwych polach. Najważniejszym wydaje się jednakże zarzut, że z tych m.in. powodów cała ta „elita” PiS mentalnie nie jest w stanie wypracować atrakcyjnego dla większości społeczeństwa strategicznego podejścia do istoty polskiego interesu narodowego w zmieniającym się na świecie układzie sił . W naszej historii najnowszej ma to miejsce po raz pierwszy od ponad 70 lat i możemy srodze za to zapłacić!
Przed kilkoma tygodniami na łamach „Res Humana”, jeden z współtwórców SLD w przeszłości –Włodzimierz Cimoszewicz – zdefiniował polską rację stanu jako zespół najważniejszych, fundamentalnych interesów państwa, które – jego zdaniem współcześnie układają się w dwa bloki. Jeden to zapewnienie krajowi bezpieczeństwa zewnętrznego, drugi – zapewnienie obywatelom dobrobytu, dobrostanu. W dużej mierze podzielam ten pogląd, aczkolwiek wiem, że nie wszystko i nie zawsze jest takie proste, jak w podanej definicji.
W kontekście tym przypomnijmy, że po II wojnie światowej to wielkie mocarstwa określiły nasze miejsce w Europie, przystając również na to, aby Rzeczpospolita Polska została poddana politycznej kurateli ZSRR, co odbiło się na nas szczególnie boleśnie w okresie stalinowskim. Po podzieleniu stref wpływów, na politykach demokratycznego Zachodu nie robiły specjalnego wrażenia doniesienia, iż do końca lat 40. w naszych nowych granicach toczyła się wojna polsko-polska, która po obu stronach konfliktu już po zakończeniu działań wojennych pochłonęła ponad 100 tys. ofiar!
Warto zadać w tym miejscu pytanie, czy w tych skomplikowanych okolicznościach rządzący wówczas naszym krajem zachowywali się tylko bezwolnie i oportunistycznie, czy też potrafili racjonalnie określić – zwłaszcza po październiku 56. – polski interes narodowy, lub inaczej – polską rację stanu..?
Niewątpliwie, przesunięcie polskich granic na zachód nie było do końca akceptowane przez wszystkich przedstawicieli wielkich mocarstw, ustalających powojenny porządek Europy i świata. W tych okolicznościach dla władz Polski wyzwaniem najwyższej rangi stała się kwestia nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, która na Konferencji Poczdamskiej nie została jednoznacznie potwierdzona. Dramatyzm wystosowanego przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w lipcu 1945r memorandum do Konferencji w tej sprawie porusza swą wymową jeszcze i dziś; aż dziw bierze, że prawica nigdzie się na ten temat nawet nie zająknie, a przecież miało to swoje konsekwencje chociażby w postaci stałego utrzymywania pod bronią kilkuset tysięcznego Ludowego Wojska Polskiego i odbudowę własnego przemysłu obronnego, o którym obecna „elita” PiS mogła by tylko marzyć.
Towarzyszyła temu realizacja tak wielkiego wyzwania, jak konieczność przemieszczenia milionów Polaków ze Wschodu na Ziemie Zachodnie i Północne, zagospodarowanie tych ziem poprzez włączenie ich w spójny krwiobieg życia społecznego i gospodarczego.
Dodajmy do tego dokonanie masowego awansu społecznego z udziałem milionów, poprzez powszechny dostęp do państwowej służby zdrowia likwidacja licznych chorób społecznych (błonica, płonica, polio, gruźlica), dzięki bezpłatnemu dostępowi do oświaty i nauki na każdym poziomie – odbudowa wyniszczonej w czasie wojny inteligencji polskiej, odbudowa ze zniszczeń wojennych miast polskich, a w szczególności Warszawy. Długo by jeszcze wyliczać, co tym podłym „komunistom” udało się zrealizować bez zagranicznego wsparcia finansowego, bez pożyczek i zadłużenia. To nie była „prześniona rewolucja”, tym realnym zmianom nikt, kto nie kłamie, nie jest w stanie zaprzeczyć. Co prawda, realizacja szeroko zakrojonych, kosztownych przecież przedsięwzięć odbijała się na poziomie życia świata pracy. Z tych czasów pochodzi przecież określenie „siermiężny socjalizm” i jego następstwa w postaci cyklicznych robotniczych buntów o podłożu ekonomicznym.
W wymiarze zewnętrznym polska racja stanu rozumiana była przez konsekwentne prowadzenie polityki pokojowej, której celem w czasach zimnej wojny było uchronienie terytorium Polski od kolejnej wojny, tym razem z dużym prawdopodobieństwem – nuklearnej. Fachowcy przecież pamiętają, że ówczesna strategia NATO przewidywała 107 uderzeń głowic nuklearnych na linii Wisły! W interesie narodowym Polaków było więc zgłaszanie propozycji rozbrojeniowych, które pozwoliłyby uniknąć kolejnych działań wojennych na terytorium Polski. Temu m.in. służył Plan Rapackiego – polskiego ministra spraw zagranicznych w latach 1956-1968. Przyjęta w nim koncepcja strefy bezatomowej uważana jest do dziś za najbardziej znaną, uniwersalną inicjatywę rozbrojeniową polskiej dyplomacji.
Skutkiem polityki pokojowej i konsekwencji władz PRL był bez wątpienia układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji i ich wzajemnych stosunkach, który podpisany został w Warszawie 7 grudnia 1970 r. przez Józefa Cyrankiewicza i Willego Brandta. Głównym kreatorem tego wydarzenia był I sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, który – jak głoszą źródła – nie ufał do końca gwarancjom ZSRR, odnoszącym się do polskiej granicy zachodniej. Nie chciał, aby Polska stała się przedmiotem przetargu międzynarodowego na wzór tajnych rozmów Chruszczowa, prowadzonych z RFN w sprawie ewentualnego wycofania poparcia Związku Radzieckiego dla NRD. Stąd, 17 maja 1969 r., niespodziewanie dla przywódców ZSRR, Gomułka wygłosił w Warszawie przemówienie, w którym wystąpił z inicjatywą podpisania umowy z RFN. Wykorzystał przy tym sygnały, że w RFN nastąpi wkrótce zmiana układu rządzącego. Na jesieni 1969r odbyły się nad Renem wybory, które przyniosły sukces socjaldemokratom: kanclerzem RFN został Willy Brandt, ministrem spraw zagranicznych – koalicjant z FDP – Walter Scheell. W podpisanym układzie obie strony potwierdziły nienaruszalność „istniejących granic, teraz i w przyszłości”
W kontekście tym paradoksem historii stało się , że sukces ten nie uchronił jego głównego kreatora – W. Gomułki – od politycznego upadku, spowodowanego konfliktem z wielkoprzemysłową klasą robotniczą na tle podwyżek cen żywności. Gomułka nie rozumiał narastania sprzeczności między budzącymi się aspiracjami ludzi pracy, których podstawą był ich zawodowy rozwój, wkład wiedzy i pracy w budowę polskiej gospodarki, rodzącą się godność obywatelską, a skromnym poziomem wynagrodzeń i ograniczania indywidualnych możliwości, rażąco odbiegających od poziomu życia ludzi pracy najemnej w państwach zachodnioeuropejskich. System gospodarki nakazowo-rozdzielczej blokował możliwości zaspokajania wielu istotnych potrzeb społecznych.
Materialny i wolnościowy oddech złapało społeczeństwo dopiero w dekadzie Edwarda Gierka Zdając sobie sprawę z ograniczonej suwerenności, politycy ówczesnej lewicy ( „komuniści”) różnymi metodami starali się maksymalnie poszerzać margines zbiorowej i indywidualnej wolności, co na tle doświadczeń innych państw socjalistycznych pozwoliło nam czynić naszą kulturę i sztukę ciekawszą, bardziej otwartą na świat, naukę bardziej autonomiczną, a ówczesna polska publicystyka dziwnym trafem stawała się intelektualną i polityczną inspiracją również dla czytelników spoza granic naszego kraju.
W każdym razie, nie trudno przychodzi mi na podstawie faktów historycznych i wydarzeń zrekonstruować zawartość haseł wyższego rzędu, jakimi są „ polski interes narodowy”, czy „polska racja stanu” z okresu Polski Ludowej. Poświęciłam tej problematyce sporo miejsca z uwagi na rozmiar kłamstwa, jaki znajduję w opisach powojennych 45 lat. Uczestniczą w tym kłamstwie ludzie wielcy i mali, z przyczyn tylko im znanych kombinują na potęgę, jak zaprzeczyć temu, że na socjalizmie skorzystali. Zakłamują życiorysy swoich dziadów, ojców i własne. Nie wiem, czy są świadomi tego, że są w tym wszystkim śmieszni, a swą historyczno-polityczną mitomanią robią Polsce krzywdę.
Trzeciej RP towarzyszyłam z zaangażowaniem od początku, podobnie jak czyniła to zdecydowana większość polityków SLD. I w tym przypadku potrafię z grubsza opisać wszystko to, co wypełniało hasło „interesu narodowego”, czy polskiej „racji stanu”. W latach 90. lewica socjaldemokratyczna przyłożyła rękę do budowy nowego ustroju państwowego (demokracji pluralistycznej) i do uwolnienia procesów gospodarczych, czyli do akceptacji wolnej gospodarki rynkowej.
Byliśmy i jesteśmy dumni z u chwalonej w 1997 r. Konstytucji, ponieważ bardziej demokratycznej Polacy w swojej historii nie mieli. Głosi ona pochwałę kompromisu, pluralizmu, poszanowanie zróżnicowanych wartości i tradycji, praworządności i trójpodziału władz. Zawiera prawie kompletny katalog wolności i praw obywatelskich, a preambułę do Konstytucji uważam za arcydzieło polskiej myśli demokratycznej. W kategoriach kompetencji cywilizacyjnych, niezbędnych do przeprowadzenia udanej modernizacji życia społecznego i państwowego, lewica socjaldemokratyczna sprawdziła się jako siła polityczna, która w systemie demokracji liberalnej odpowiedzialnie współuczestniczyła w procesie urzeczywistniania konstytucyjnych zasad ustrojowych, wzorowanych na państwa Europy Zachodniej. W każdym razie należy stwierdzić, że z wprowadzeniem i respektowaniem nowych reguł instytucjonalnych poszło nam nad wyraz łatwo, choć niektórzy wypominali nam peryferyjność cywilizacyjną, czyli mentalnościowe niedostatki , charakterystyczne dla wschodu Europy.
Po uchwaleniu Konstytucji my wszyscy – „postkomuniści” – poparliśmy nasze strategiczne członkostwo w nowych sojuszach; najpierw w militarnym – NATO, a kilka lat później w gospodarczo –politycznym, czyli w Unii Europejskiej. Oba sojusze wymagają tego, aby zrzec się dla realizacji wspólnych celów części naszej suwerenności. W przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej rząd SLD/UP oddał tę decyzję narodowi, który w referendum 7 i 8 czerwca 2003 r. miał odpowiedzieć na proste pytanie „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie do Unii Europejskiej?” Przypomnę, że w referendum tym wzięło udział 17 576 714 obywateli; za przystąpieniem opowiedziało się 13 514 872 głosujących (77,45 proc.), przeciw – 3 935 655 (22, 55 proc.). Frekwencja wyniosła 58 proc.. Najwyższe poparcie dla przystąpienia wyrazili w tym referendum mieszkańcy województw opolskiego, zachodniopomorskiego, śląskiego, lubuskiego, warmińsko-mazurskiego i pomorskiego (wszędzie ponad 80 proc.). Najmniej zwolenników przystąpienia było w lubelskim (63,23 proc.), podlaskim (68,63 proc.), podkarpackim (70,08 proc.) i łódzkim (71,34 proc.). W Warszawie 84 proc. mieszkańców było „za”. Sąd Najwyższy uznał referendum za ważne.
Z zapewnieniem społeczeństwu dobrostanu szło w III RP znacznie gorzej. Szczególne „zasługi” na tym polu odniósł rząd Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) i Unii Wolności (UW), kierowany przez Jerzego Buzka, który „wypracował” kolosalną dziurę budżetową. Znów powiało gospodarczą grozą. Mało kto dziś wspomina, że wiecznie rozmodlony ówczesny przywódca „Solidarności” – Marian Krzaklewski z pozycji porównywalnej z tą, którą dziś zajmuje J. Kaczyński, pomógł skutecznie rozregulować gospodarkę. Po przegranych w roku 2000 wyborach prezydenckich ten przeciwnik obecności Polski w UE przeniósł się do Komitetu Ekonomiczno-Społecznego …..Unii Europejskiej, gdzie reprezentuje NSZZ „Solidarność”. Nie słyszałam, aby w tym gremium, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, skutecznie chrystianizował Europę. Niedawno pojawił się w Senacie, aby poprzeć narodowo-radykalną linię polityki PiS.
W latach 90. i później problemem dla większości polityków lewicy był sposób traktowania w domenie publicznej wartości egalitarnych, czyli równości, sprawiedliwości i bezpieczeństwa socjalnego. Przy odwoływaniu się do nich przez lewicę w debatach sejmowych natychmiast odzywali się urzędowi genetyczni demokraci, którzy w dyskusjach, odnoszących się do polityki społecznej ochoczo straszyli powrotem „komuny”, tak – jakby ludzie pracy najemnej w nowej rzeczywistości ustrojowej nie mieli prawa oczekiwać od państwa racjonalnego opiekuństwa socjalnego. W kontekście tym pojawiło się w charakterze straszaka pojęcie homo sovieticus, opisujące mentalność ludzi opornych na zmiany i nieprzystosowanych do życiodajnych procesów modernizacyjnych. Pomocną dłoń w tych wywodach podawali liberalnym ekonomistom czołowi polscy socjolodzy , wspomagając wszechobecne tezy propagandowe o zachowawczości i nieprzystosowaniu większości polskiego społeczeństwa do radzenia sobie w kapitalizmie według recept Sachsa/Balcerowicza.
Filozof Stanisław Rainko (znów na łamach „Res Humana”) słusznie zwraca uwagę na równoległe funkcjonowanie we współczesnych społeczeństwach wartości egalitarnych (patrz wyżej) i wartości liberalnych, czyli wolności, demokracji parlamentarnej, efektywnego rozwoju i praworządności, praw człowieka i obywatela. Autor ten jednak wątpi w to, czy oba typy wartości dadzą się łącznie urzeczywistniać, choć – dodałabym – w społeczeństwach pluralistycznych i demokratycznych oba są prawomocne. Myślę, że właśnie dlatego potrzebne są kompromisy, inaczej musi pojawić się groźba konfliktu społecznego na szeroką skalę. I jestem przekonana, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać ciągotami populistycznymi, samowolą większości sejmowej, programem 500+, łamaniem Konstytucji, promowaniem jedności etnicznej i religijnej, atakiem na elity ( choć one są potrzebne każdemu ambitnemu społeczeństwu), wrogiego traktowania partnerów politycznych w kraju i zagranicą.
Mamy rok 2018 i za sobą bez mała trzyletnie rządy „Prawa i Sprawiedliwości” – partii, która po wygranych wyborach prowadzi nas na polityczne manowce, burząc z rozmysłem cały dotychczasowy dorobek już dwóch pokoleń Polek i Polaków. W stosunkach wewnętrznych drążą Polskę konflikty polityczne, w stosunkach zewnętrznych jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, licząc już chyba tylko na jednego „kolegę”, ale on jest daleko i na dodatek interesują go głównie Chiny i Rosja. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tej konstelacji przewidywał miejsce dla nas.
Wkrótce przyjdzie nam się dowiedzieć, czy celem strategicznym klanu Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej i osadzenie nas na samotnej „wyspie wolności” w pisowskim tego pojęcia rozumieniu. Powstaje więc pytanie, czy Polki i Polacy godzą się na takie rozumienie interesu narodowego i polskiej racji stanu i co w tym kontekście ważne – jak oceniają te procesy politycy lewicy?

Z kamerą wśród próżniaków

Pierwsze wydanie książki Elżbiety Koweckiej miało miejsce jeszcze grubo przed moimi narodzinami, w 1984 roku. Od tego czasu pozycja ta była systematycznie wznawiana, a w ostatnim czasie wpisała się w modny trend sięgania przez historyków do pomijanych wcześniej zagadnień z historii społecznej – takich jak codzienność użytkowa, historia chorób, higieny, przesądów, dziwnych mód.

 

Kowecka, powojenna historyk kultury materialnej, pisząc swoją książkę w latach 80., podkreślała, że jej dziedzina – badanie dziejów materialnego bytu ludzi, jest jeszcze stosunkowo młoda i mało spopularyzowana. Autorka stara się jak może, aby wyzbyć się wszelkich kontekstów polityczno-socjologicznych, choć czasem widać jej momentami pobłażliwy, a momentami otwarcie niepochlebny stosunek do opisywanych dylematów klasy próżniaczej – na przykład w kwestii pretensjonalności rozrywek bądź strojów. Swoją energię badacza Kowecka poświęca jednak głównie tworzeniu w umyśle czytającego przewodnika po wirtualnym muzeum.

 

Przedwiośnie rewolucji

Z książką w ręku przemierzamy kolejne pomieszczenia XIX-wiecznego dworku lub pałacu, a przy okazji poznajemy siatkę zawikłanych stosunków pomiędzy żyjącymi w tym „przedsiębiorstwie” (to słowa samej autorki) „kastami” (także) – gdzie kamerdynerzy pielęgnują swoją wyższość nad lokajami, a w centrum nieodmiennie pozostają „państwo”. Autorka zresztą (co również doskonale oddaje jej stosunek do dworskiej hierarchii) kilkukrotnie w swoim 300-stronicowym opracowaniu używa ironicznego podziału na „państwa i ludzi”.

Publikacja ta stanowi monumentalny, rzetelny, przerażający swoją skalą obraz utracjuszostwa, bezmyślności, zatracenia się w chocholim tańcu całych pokoleń ludzi, którzy podobnie jak armia otaczających ich usługiwaczy i żywych zabawek, mieli dwie ręce i dwie nogi, oraz wbrew powszechnemu przekonaniu – również hemoglobinę transportującą tlen do tkanek. Jednak mimo to przez stulecia żyli napędzani porządkiem, który kazał im myśleć o sobie jak o stworzeniach szlachetniejszych od reszty.

Książkę Kaweckiej powinno się czytać jako lekturę przygotowującą do odbioru „Przedwiośnia”, na recepcję którego uczniowie szkół średnich nie są przygotowywani. Z perypetii głównego bohatera powieści Żeromskiego rozumieją tylko fabularny ciąg żołnierskich przygód i romansów, tymczasem zupełnie nie poświęca się czasu, aby wniknąć w to, dlaczego rewolucja w Baku, a później w Petersburgu i Warszawie musiała w końcu nadejść. Książka Koweckiej stanowi odpowiedź na to pytanie. Żeromski miał to na bieżąco, my w XXI wieku musimy wciąż sobie o tym przypominać (zwłaszcza w kontekście toczącej się właśnie na lewicy dyskusji o nowym podziale na elity i sprekaryzowany lud).

 

Małgorzata Rozenek wieku XIX

Autorka przytacza powalającą ilość źródeł, między innymi pamiętników, poradników i „skarbniczków dla ziemiaństwa i mieszczaństwa”, coś w rodzaju XIX-wiecznych porad Perfekcyjnej Pani Domu. Szczególnie często powołuje się na poradnik Karoliny Nakwaskiej („Dwór wiejski, dzieło poświęcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w mieście mieszkającym” – swoją drogą była to publikacja „zerżnięta” z francuskiego pierwowzoru) – który w porównaniu z innymi zapiskami, z życia m.in. rodziny Czartoryskich czy Potockich, wydaje się i tak oazą rozsądku, skromności i gospodarności. „Znajdujemy tam zalecenia, jak urządzić dom od strychu do piwnic, a także wiele groźnych napomnień, jakich grzechów nie należy popełniać w dziedzinie higieny, utrzymywania porządku i tym podobnych sprawach” (z czego wynika, że takie grzechy musiały być nagminne).

Klasa próżniacza prowadziła żywot, w którym czas wyznaczał przymus ciągłego

 

potwierdzania własnego statusu.

Już wtedy funkcjonował podział na tradycję i specyficznie pojmowaną nowoczesność. „Dom staropolski” przeciwstawiano „domowi modnemu”, na który szał zapanował zwłaszcza w połowie stulecia. „Magnat wystawił pałac, otóż i sąsiad jego musi mieć taki sam, magnat ma meble zagraniczne, już kupuje szlachcic meble w Berlinie czy gdzie indziej, aby tylko za granicą, magnat ma dobrego kucharza, już za nic u szlachcica barszcz, zrazy i bigos, sprowadza Francuza, kupuje trufle, ostrygi i soje indyjskie”. Później, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, szlachta musiała spuścić nieco z tonu. „Przemiany gustów i obyczajów (…) niosły rozwijająca się cywilizacja techniczna, konieczność nowego gospodarowania, gdy niemożliwe już się stało, tak częste jeszcze na początku XIX wieku przejadanie niemal wszystkich płodów rolnych uzyskiwanych z majątków ziemskich”.
Mimo to utrzymywano stada mamek („do rzadkości należało, by kobieta zamożna i z towarzystwa karmiła sama”), które traktowano jako solidne firmy polecane krewnym i znajomym, ale również element ozdobny, prezentowany ciekawskim gościom razem z dzieckiem („wówczas mamka występowała często w paradnym stroju chłopskim. Najlepiej na takie okazje pasował ubiór krakowski lub łowicki”).

 

Szary koniec

„Obsługa” jaśnie państwa tworzyła społeczność kastową. Rozróżnienie widać było szczególnie podczas posiłków, gdzie funkcjonowały lepsze i gorsze „stoły” – tzw. pierwszy stół miał prawo do zasiadania w jadalni z państwem domu (guwernantki, rezydenci, panny wyprawne, metrowie, ochmistrzynie, marszałkowie dworu, kamerdynerzy, a nawet kapelani). Co ciekawe właśnie z tego sposobu biesiadowania ukuło się popularne wyrażenie „szary koniec” – na początku bowiem stołu przed państwem kładziono białe obrusy i najlepszą zastawę, a dalej, wraz z malejącą hierarchią biesiadników, przykrywano go szarym płótnem, a i jedzenie było gorszej jakości.

„Tak zwany drugi i trzeci stół obejmował służbę dworską, która dzieliła się na liczne kasty”.

Autorka przytacza tutaj galicyjski pamiętnik z lat 40. XIX w.: „Garderoba była wyższa od pralni. Panny garderobiane nie wdawały się z pannami z pralni. Taki sam stosunek między lokalami i furmanami. Dzieliły się tam jeszcze dziewki z pralni i piekarni i dziewczęta z garderoby i mnóstwo było tak zwanych kółek stopniowanych. Ogrodniczek żył z kuchcikiem, broń Boże ze stróżem bądź parobkiem, choć byli z jednej wsi i z jednej matki, każdy bronił swego honoru i stanowiska w hierarchii dworskiej i majątkowej”.
Z czasem, kiedy zabrakło środków na to, by dzielić służbę na fizyczne stoły, wykreowano podział umowny: „istniały więc stoły marszałkowskie, lokajskie, kucharskie itp. Określenie ‘stół’ było zresztą tylko przenośnią i oznaczało, iż dana osoba miała prawo do pewnej kategorii pożywienia, nieraz bowiem zwłaszcza najniższa służba jadała gdzie popadło”.

 

Zaskocz mnie

Nawet wieszcz Mickiewicz sygnalizował priorytety kulinarne gospodarzy: zaskoczyć gości finezją – służką z dalekiego kraju, nową specjalną funkcją, której nie mieli sąsiedzi na stanie („W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju; jest do robienia kawy osobna niewiasta”) albo osobliwą praktyką (okrutne opiekanie żywych indyków).
Ale największym hitem swoich czasów były karzełki i błazny. „Z innych zgoła powodów trzymano na dworze karzełka. Nie był on traktowany jak kaleka, raczej jak osobliwość, jak ktoś, kim można się było pochwalić, kto wywoływał ciekawość i podziw gości. Ulubioną rozrywką było ukrycie karzełka w olbrzymim pasztecie, torcie czy wazie do zupy usytuowanej na biesiadnym stole, by w stosownym momencie ukazać go zaskoczonym gościom. (…) Karzełek nie był sługą, jego status społeczny raczej już można było porównać ze statusem dworskiego błazna. Często zabierał głos w dysputach, wolno mu też było wypowiadać się śmielej niż niejednemu domownikowi”.

Kowecka przytacza tu wzmianki o znanych z pamiętników karzełkach – Jakubciu („należącym” do księcia Eustachego Sanguszki) oraz Krzysztofie (należącym do Marii Alfredowej Potockiej z Łańcuta – wnuczki księcia Eustachego). Karzełek Krzysztof zresztą zasłynął tym, że złośliwie skrytykował w 1892 portret swojej pani namalowany przez Matejkę. Natomiast „słynna z oryginalnych pomysłów wielka posesjonatka prezesowa Trypolska z Polesia miała w swym pałacu rodzaj bufona, trefnisia, jowialistę”.

 

Opieka moralna

Jaśnie państwo zobowiązani byli, o czym mało kto wie – do roztaczania nad swoją służbą opieki nie tylko materialnej, ale i moralnej! „Opieka moralna zasadzała się przede wszystkim na tym, by dbać o stałe zatrudnienie ludzi, z próżniactwa bowiem lęgły się nieobyczajność, złe myśli, nieuczciwość, pijaństwo i tym podobne przywary. Toteż pomysłowość pań domu pod tym względem była nieograniczona: a to przesuwały wskazówki zegara, byle dłużej w noc zatrzymać służące przy haftowaniu, a to znów wtykały w ręce nieszczęsnym chłopcom kredensowym czy lokajczykom druty, by dziali pończochy”.

 

Zabawa w podludzi

Zabawy, bale, fety i zjazdy na kilkaset osób stanowiły pierwszy obowiązek klasy próżniaczej. Jak podaje autorka, nawet zubożałe rody musiały gremialnie uczestniczyć w kilkudziesięciu zabawach rocznie, sen z powiek zaś spędzał im fakt, że nie na każdej fecie będą w stanie wystąpić w nowym szykownym stroju. Kowecka zdradza, że mężatki miały prawo do noszenia się bardziej ekskluzywnie niż panny: przysługiwały im błyskotki i żywsze kolory, a także bufki, treny i woale. Autorka przytacza wspomnienia kobiet, które, zdeterminowane, by wreszcie uzyskać upragnioną kreację, w tym wyłącznie celu czym prędzej wydawały się za mąż.

I w zabawach ważny był element zaskoczenia. Jedna z przyjaciółek rozrywkowego księcia Józefa Poniatowskiego przodowała w wymyślaniu wciąż nowych egzotycznych rozrywek dla łatwo nudzącego się kochanka. Egzotyczne ogrody i zwierzyńce szybko spowszedniały. Zastąpiono je odgrywaniem teatralnych sztuk bądź inscenizowaniem żywych obrazów (szczególnie tych ze scenami zbiorowymi, by móc zaangażować wszystkich gości). Szczególnie cenni byli statyści sprowadzani z dalekich krajów (na przykład autentyczni Arabowie!).

Rodzajów rozrywek szlachty i magnaterii nie sposób wyliczyć – jednak nic nie dawało takiej radości, jak „zabawa w podludzi”:

„Ulubionym urozmaiceniem balu było tzw. chłopskie wesele. Panna uznawana w danym towarzystwie za najpiękniejszą i najprzystojniejszy kawaler składali młodą parę, pozostali zaś goście formowali orszak weselny i mniej lub bardziej udatnie imitowali chłopski ceremoniał ślubny z jakiegoś regionu kraju”.

Jeszcze większą inwencją wykazała się wspomniana już prezesowa Trypolska z Polesia: na zabawę w plenerze, stylizowaną na starożytną Grecję, zabrakło jej posągów. „Kazała przeto stawić się przed sobą młodym pańszczyźnianym chłopkom. Wybrała 12 najpiękniejszych i najlepiej zbudowanych dziewcząt, udrapowała je w dość skąpo pomyślane antyczne szaty, uczesała na sposób grecki, a przed samym balem… posmarowała wapnem i kredą i upozowała na niskich postumentach. Ktoś bardziej ciekawy przyjrzał się dokładniej, ktoś wyciągnął rękę i dotknął statuty, wykrzyknął, a wtedy wszystkie dziewczęta zeskoczyły z piedestałów i uciekły z sali. Historia milczy, czy były zadowolone z roli, którą przyszło im odegrać (wiadomo tylko, że wapno za nic nie dawało się zmyć z włosów)”.

 

W kufę, względnie w mordę

Rozdział poświęcony rachunkom stanowi przerażający obraz nieliczenia się z pieniądzem. Z jednej strony sporządzano „etaty” – szczegółowe spisy wydatków wraz z gramaturami kupowanych produktów, z drugiej wyziera z nich marnotrawstwo, podział na zakupy przeznaczane „dla państwa i ludzi”, drogą i nieefektywną, pozorowaną w istocie dobroczynność.

Czasem klasa próżniacza wykazywała się krytycznym spojrzeniem na siebie i problemy swojej codzienności. Niestety, nie w szerszym ujęciu społecznym. Piętnowano pretensjonalność i egzaltację – ale jedynie u kobiet, które „dnie przepędzały na czytaniu romansów”.

W połowie XIX wieku krążyła po salonach złośliwa opowiastka: „Oto dwóch panów widzi zapłakaną kobietę. Bez wątpienia dotknęło ją ciężkie jakieś nieszczęście. Może straciła dziecię? Nie. Może opłakuje oddalonego małżonka? Nie. Może była niegdyś majętną, a teraz w potrzebie? Nie. Cóż się jej tezy stało? Czytała. Co takiego? Romans”.

Czytając 300-stronicową cegłę Koweckiej, miałam w myślach jeden szczególny cytat z „Przedwiośnia”, który nadaje takim opracowaniom zupełnie nowego sensu.
„Myśl gorzka i cierpka, owoc wszystkiego, co w swym życiu widział, nasunęła wewnętrzne, zjadliwe pytanie: Kiedyż w końcu nadejdzie podły dzień, iż tenże Jędrek posiądzie odwagę i zdobędzie się na siłę, żeby jaśnie pana chwycić za gardło i bić w kufę, względnie w mordę? Czy też Maciejunio da radę, czy potrafi wypchnąć jaśnie dziedziczkę za drzwi główne, właśnie w pazury motłochu? Czy potrafi wpuścić biedę okolicznych wsi, ażeby nareszcie zobaczyła, co to tam jest, co się mieści w salonie, w środku tego starego dworu, bardziej niedostępnym i bardziej tajemniczym dla tłumu niż święty kościół w Nawłoci?”.

Czytajcie o dworkach i pałacykach, rodacy. Czytajcie i płaczcie nad sobą.

 

Elżbieta Kowecka – „W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX wieku”, wyd. Zysk i S-ka, str. 340, Poznań 2016, ISBN 978-8-37-785944-5.

Prawo Newtona a sprawa polska

„Dzisiaj w zasadzie można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać – mówi nam prof. Klaus Bachmann, historyk, politolog, publicysta, profesor nauk społecznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Sędziowie Sądu Najwyższego wysłali zapytanie do Trybunału Sprawiedliwości UE i do czasu odpowiedzi wstrzymali niektóre przepisy ustawy, czym zablokowali czystki. Rządząca większość już określiła to mianem rokoszu i bezprawnego działania. Co to oznacza?

PROF. KLAUS BACHMANN: To jest kolejna eskalacja sporu prawnego. Na szczęście niemal cała eskalacja konfliktu w Polsce odbywa się na płaszczyźnie prawnej, a nie na ulicy. Z punktu widzenia sędziów SN ma to jednak też taką wadę, że staje się coraz bardziej niezrozumiałe dla publiczności (a, sądząc po zamieszaniu wokół pani prezes Gersdorf, nawet dla obozu władzy) i przez to demobilizuje obywateli. Im bardziej zawiły staje się ten spór, tym łatwiej jest machać ręką na to i mówić „ach, tam na górze się tylko kłócą” zamiast postrzegać to jako spór o zachowanie demokracji w Polsce. Ta eskalacja skupia też cały spór na osobie pani prezes Gersdorf, tak jak widzieliśmy to już 2 lata temu na przykładzie prezesa TK, Andrzeja Rzeplińskiego. To działa trochę jak samospełniająca się przepowiednia: PiS atakuje sędziów jako politycznie stronniczą, skorumpowaną elitę, sędziowie, jeśli się bronią, potwierdzają tę narrację, stając się stroną w politycznym konflikcie (choć ich naturalną pozycją jest być neutralnym arbitrem takich sporów). Jeśli się nie bronią, to się poddają i zostaną usunięci.Tak czy owak, jako sędziowie przegrywają.

 

Według Pawła Muchy, wiceszefa Kancelarii Prezydenta, w polskim systemie prawnym nie występuje zawieszenie stosowania przepisów ustawy. Możemy zatem się spodziewać, że prezydent będzie dalej prowadził działania mające zmieniać sędziów SN. Jak to zostanie odebrane w Brukseli?

Cały obecny obóz rządzący ma olbrzymi problem ze zrozumieniem prawa europejskiego, co wynika z prostego faktu, że praktycznie wszyscy, którzy się na tym znają, albo już dawno opuścili PiS, albo zostali usunięci z partii, rządu, Pałacu Prezydenckiego. Tym sobie tłumaczę, że raz po raz przedstawiciele rządu, prezydenta i większości sejmowej w swoich wypowiedziach w Polsce zaprzeczają temu, co twierdzą w raportach słanych do Komisji Europejskiej i do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jak można tam napisać, że reforma odpowiada standardom UE, że nic nie zagraża praworządności w Polsce, że nie ma nacisków na sędziów i że sądownictwo w Polsce jest niezawisłe, jeśli w tym samym czasie przedstawiciele prezydenta i KRS odrzucają decyzję SN, grożą sędziom SN postępowaniem dyscyplinarnym, a organizacje finansowane przez rząd prowadzą kampanię propagandową przeciwko sędziom?

 

Pojawiają się głosy, że KE na takie lekceważenie prawa może zareagować ostrzej niż zazwyczaj. Pytanie, co może zrobić oprócz prowadzenia „dialogu” z rządem.

KE niewiele może, a to, co mogła zrobić, zrobiła – pozwała Polskę przed TSUE za ustawy sądownicze. To pierwszy taki przypadek, że TSUE ma ocenić system polityczny kraju członkowskiego. TSUE sam prosił o taki pozew w odpowiedzi na zapytanie prejudycjalne dotyczące Portugalii na początku roku. Można się dziwić, że KE robiła to tak późno, ale trzeba sobie zdać sprawę, że nie wszystkie instytucje na tym świecie pracują na tak wysokich obrotach jak posłowie PiS. Za to ich decyzje potem mają ręce i nogi, czego nie można powiedzieć o parlamencie, który nieustannie poprawia swoje błędy w kolejnych nowelizacjach.

 

Mówi się, że jak rząd PiS nie zaakceptuje decyzji TSUE i będzie podważać prawo europejskie, to będzie to oznaczać wyjście z UE. Czy Polexit ocenia pan jako realny scenariusz?

TSUE ma narzędzia, które pozwalają na to, aby skłonić kraj członkowski do respektowania jego decyzji. Inna sprawa, czy respektowanie lub nierespektowanie decyzji TSUE cokolwiek zmienia w Polsce – bo sędziów raz wysłanych na emeryturę przecież nie sposób ściągnąć z powrotem. Nie mówiąc o podważeniu wstecz wyroków wydanych przez nieprawidłowo wybranych lub mianowanych sędziów. Tego żaden zagraniczny trybunał dla nas nie załatwi, mogę sobie jedynie wyobrazić, że np. nakazuje Polsce spełnienie pewnych zasad, nakłada np. kary za każdy dzień niespełnienia tych zasad i czeka, aż polski rząd naprawi swoją reformę tak, aby odpowiadała tym standardom, natomiast zostawia to polskim instytucjom, jak te standardy spełnić. To byłby duży kłopot dla PiS, bo rząd, prezydent i posłowie musieliby się dogadać z opozycją na zmiany konstytucji i uregulowanie kwestii TK, SN, KRS w taki sposób, aby reforma była zgodna z konstytucją i z prawem UE. Natomiast nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać „nierespektowanie prawa UE” w tym zakresie. Wiem, że w obozie rządzącym toczą się dyskusje o tym, jak zmienić porządek prawny w Polsce tak, aby konstytucja i polskie ustawy były nadrzędne nad prawem UE i prawem międzynarodowym, ale nawet jak to się uda zapisać np. w wyroku TK, to i tak obowiązuje to tylko w Polsce i Polskę – wobec innych krajów, wobec UE jest to kompletnie nieskuteczne ani nie działa to wstecz. Równie dobrze można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać.

 

Unia ma dużo więcej własnych problemów niż tylko łamiącą wartości unijne Polskę. Czy Bruksela będzie mieć determinację, aby walczyć z rządem polskim o wartości, a może czeka nas los kraju na marginesie Europy, czarnej owcy?

Czarną owcą już jesteśmy.
Cała debata o UE w zachodniej Europie wróciła do stanu sprzed rozszerzenia, kiedy jego przeciwnicy argumentowali, że kraje, które chcą przystąpić, są na to niegotowe, nieobliczalne, zablokują procesy decyzyjne na szczeblu europejskim, będą wszystko blokować. Teraz faktycznie tak jest, wystarczy spojrzeć na olbrzymią listę naruszeń prawa europejskiego, którą wobec Polski nagromadziła KE, albo na te, które już przekazała do TSUE. Wiele z nich pochodzi jeszcze z kadencji PO-PSL, ale PiS potrzebował tylko 2,5 roku, aby je dramatycznie zwiększyć i dodać wiele politycznie bardzo kontrowersyjnych i dla funkcjonowania państwa i UE istotnych kwestii. Państwa członkowskie zostawiają to KE i TSUE i liczą na to, że one sobie z tym radzą, ale prędzej czy później to do nich wróci. Podam przykład: jeśli jeden sąd po drugim w UE odmówi ekstradycji podejrzanych do Polski i – o czym przedstawiciele obozu rządzącego też mówią już publicznie – lojalne wobec polskiego rządu polskie sądy przestaną przekazywać przestępców do innych krajów UE – to każdy rząd UE stanie przed decyzją, czy nie wprowadzić ponownie (jak w latach 90.) kontroli osobowych na granicach z Polską, aby złapać tych przestępców, którzy chcą uciec do Polski, i tych, którzy chcą przyjechać do innych krajów, aby tam popełnić przestępstwa licząc na to, że sądy nie przekażą ich z powrotem do Polski. Na wprowadzeniu kontroli granicznych traciliby spedytorzy w Niemczech, ale jednocześnie też kilkaset tysięcy Polaków, którzy codziennie muszą przekraczać granicę, aby dotrzeć do pracy w Niemczech. Warto o tym pamiętać, jak się dyskutuje o dalszej eskalacji.

 

Jak w tym kontekście traktować zgodę kanclerz Merkel na plan Macrona, aby zacieśniać kraje strefy euro pozostawiając resztę członków na obrzeżach?

Nie było jeszcze takiej decyzji UE, która arbitralnie wykluczyłaby jeden albo kilka krajów z jakiegoś kręgu integracji. Zawsze zasada jest taka, że kto chce i spełnia wymogi, może uczestniczyć. W Unii Walutowej jest tak samo i plan Macrona tego nie zmienia. Na mocy traktatu akcesyjnego Polska ma obowiązek, a nie tylko prawo, aby przystąpić do Unii Walutowej i przyjąć euro, więc choćby z tego powodu nie można powiedzieć, że to ją skazuje na obrzeża. Jeśli jest coś, co skazuje jakiś kraj na peryferie, to są to decyzje jego własnego rządu, jeśli ten prowadzi taką politykę, która uniemożliwia spełnienia wymogów – na przykład nabiera nadmiernie dużo długów i winduje deficyt budżetowy, jak na przykład rząd Węgier. Ale to jest decyzja Węgier. Polska mogłaby przystąpić do strefy euro, ale rząd tego nie chce. Mógłby wtedy też wpłacać do budżetu strefy euro (i pewnie, jako jeden z biedniejszych członków, korzystałby nawet z transferów z tego budżetu), ale wszyscy wiemy, że z tym rządem Polska tam nie będzie. Bo przy negocjacjach o przystąpieniu z KE i Radą raz po raz rząd słyszałby pytanie, co rząd polski zamierza zrobić, aby gwarantować konieczną do funkcjonowania strefy euro praworządność, niezawisłość sądów, prawa obywatelskie i niezależność instytucji kontrolujących rząd, jak na przykład TK i SN.

 

Panie profesorze, nie tylko Polska ma do czynienia z populistycznym rządem, a kryzys demokracji liberalnej widać także w krajach Europy Zachodniej. Czym to grozi?

Obawiam się, że to grozi zastąpieniem demokracji przedstawicielskiej, w której elity polityczne za pomocą odpowiednich instytucji kontrolują się wzajemnie, dbając o to, aby żadna instytucja, żaden rząd, prezydent, parlament nie zdobywały za dużo władzy, którą może wykorzystać, aby prześladować przeciwników, poszczególnych obywateli albo nadużywać swoich praw, aby się wzbogacić kosztem innych. Zastąpi to demokracja bezpośrednia, w którym rząd albo prezydent mają taką przewagę nad innymi instytucjami, że nikt nie może ich kontrolować. Formalnie zrobi to wtedy „naród” poprzez referenda, ale de facto to referenda i wybory służą rządowi albo prezydentowi tylko do tego, aby manipulować ludźmi tak, aby przedłużyć kadencję i unieszkodliwić instytucje powołane do jego kontroli.
To taka wodzowska demokracja, w której ludziom będzie się wydawać, że mają wpływ na politykę, głosując w referendum albo w wyborach, kiedy de facto o terminie, brzmieniu pytań, organizacji i liczeniu głosów decydować będzie wąska grupa ludzi.

 

Czy wobec postawy Trumpa, który widzi w Europie raczej konkurenta niż sojusznika, polska polityka zagraniczna powinna podjąć jakieś kroki? Zakładając, że jest w stanie prowadzić politykę zagraniczną zgodną z racją stanu.

W tej chwili polityka wewnętrzna tak dominuje nad polityką zagraniczną, że jest to chyba niemożliwe.

 

Zatem dlaczego liberalna demokracja, po ponad 70 latach pokoju w Europie, przestaje już być tak atrakcyjna?

Myślę, że wpływa na to kilka czynników: emocjonalizacja polityki dzięki masowym, elektronicznym mediom i Internetowi, coraz wyższe oczekiwania (zwłaszcza w bogatych społeczeństwach) wobec polityki w ogóle, w czasie, kiedy polityka może mniej niż kiedyś, ale politycy się do tego nie przyznają. To rozczarowuje dużo ludzi. No i paradoksalny fakt, żenie żyje już prawie nikt z tych, którzy doświadczyli wojny, i coraz mniej ludzi jest wśród nas, którzy pamiętają życie w systemach totalitarnych. I tu mam na myśli nazizm, faszyzm i stalinizm, nie późny PRL, który dla wielu starszych ludzi i moich rówieśników w Polsce tak często jest punktem odniesienia. Ale to nie był porządek totalitarny, to był taki absurdalny system, z którego dziś możemy się śmiać, nic, co szczególnie odstrasza, tym bardziej, że przecież to upadło bez rozlewu krwi. Dla wielu młodszych demokracja sama w sobie nie jest wartością wartą obrony, bo oni pamiętają tylko Polskę demokratyczną i brak prześladowań, nie mają tej świadomości, że może być inaczej, albo że to, co dotąd mieli, może być zagrożone tylko dlatego, że pani Gersdorf kłóci się z panem prezydentem…

Flaczki tygodnia

Czy polska historia jest dla Polaków bogactwem czy przekleństwem? Takie pytanie słyszę co chwila w przeróżnych mediach. I zaraz potem rozpoczynają się narodowe gorzkie. Litania nieszczęść jakie to spadły na bogu ducha winnych Polaków.
Bo przecież w 1795 roku ostatecznie straciliśmy niepodległość. Popadliśmy w niewolę zaborów. Potem nasz kraj był terenem dwóch wielkich wojen światowych i kilku lokalnych. Byliśmy też przez 45 lat w „sowieckiej niewoli”, w radzieckim „obozie pracy socjalistycznej”. Ale pomimo tego zachowaliśmy swą polskość i wywalczyliśmy sobie niepodległość.

***

I dlatego za to już należy nam się wielki szacunek i respekt całego świata.

***

Problem w tym, że Polacy zwykle lubią te piosenki i te historie, które znają. A historii naszych sąsiadów i innych państw Polacy nie znają. Nie wiedzą, że utrata niepodległości, utrata własnego państwa to normalka w historii narodów. Ruś kijowska została podbita przez Mongołów w XIII wieku. Potem była podbita przez państwo litewskie, potem dostała ją polska Korona od Litwy w wianie po zaślubinach Unii Polsko-Litewskiej. Potem przeszła do imperium rosyjskiego i do ZSRR. Dopiero w 1991 roku Kijów znowu stał się stolicą niepodległego państwa ukraińskiego odwołującego się do ruskiej tradycji. Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy, Albańczycy przez pięćset lat byli w tureckiej niewoli. I też odrodzili się w swoich narodowych państwach. Każde z tych państw też było w swoim czasie regionalnym mocarstwem. Też uciskało i było uciskane.

***

Ukochane przez PiS Węgry, regionalne mocarstwo w XIII – XV wieku, też podało w turecką niewolę. I tylko dzięki „odsieczy wiedeńskiej” Jana III Sobieskiego zmieniono Węgrom niewolę turecką na austriacką. Dzięki temu potem Węgry, jako część monarchii habsburskiej brały udział w rozbiorach Polski, a w czasie II wojny światowej walczyły po stronie Hitlera. Słowacy od X wieku byli pod okupacją węgierską, potem częściowo i czasowo polską, a swą państwowość zyskali dopiero w 1918 roku. Własne niepodległe, nowoczesne państwo zyskali dopiero po podziale Czechosłowacji w 1993 roku.

***

Czechy, skąd przyszło do Polski chrześcijaństwo, czyli cywilizacja europejska, przez wieki były państwem lepiej rozwiniętym od Polski. W XIV i XV wieku stały się centrum cywilizacji europejskiej. W 1620 roku w bitwie pod Białą Góra wojska habsburskie wyrżnęły czeską szlachtę skuteczniej niż późniejsi bolszewicy szlachtę rosyjską. Od początku XIX wieku Czechy stały się częścią, naszej wspólnej, monarchii habsburskiej. Pozbawione próżniaczej szlachty społeczeństwo czeskie zmieszczaniało i dzięki temu szybko znowocześniało. Stało się najbogatsze w słowiańskiej rodzinie.

***

Nasi skandynawscy sąsiedzi też nie mieli lekko. Finowie do XX wieku byli częścią szwedzkiego lub rosyjskiego państwa. Norwegia przez czterysta lat tkwiła w „duńskiej niewoli”. Szwecja stała się bogatą i dobrze zorganizowaną od kiedy porzuciła marzenia o lokalnym mocarstwie. I zamiast wojować zaczęła pracować. Na jej szczęście nieźle się wcześniej w czasie polskiego „Potopu” obłowiła wywożąc z terenów I Rzeczpospolitej wszystko co się dało. A szlachta polska, ta ponoć tak patriotyczna, pozwoliła im na to, oddając początkowo kraj bez walki.

***

Również porównując los Polaków w zaborach austriackim, pruskim i rosyjskim z losem Słowian w imperium tureckim czy Ukraińców w imperium rosyjskim i I Rzeczpospolitej, bez wątpienia Polakom żyło się tam lepiej. Zdecydowanie lepiej żyło się wówczas Polakom niż Irlandczykom pod brytyjskim zaborem. Nasi zaborcy nie wymordowali Polaków, tak jak Polacy wymordowali plemiona bałtyckich Prusów i Jaćwingów zabierając ich ziemie.
Austria i niemieckie Prusy budowały od XIX wieku państwa prawa. Los chłopów w tych państwach był zdecydowanie lepszy niż w I Rzeczpospolitej. W zaborze rosyjskim do czasów powstania listopadowego, czyli 1831 roku, część Polaków żyła w niesuwerennych organizacjach państwowych. Księstwie Warszawskim, Królestwie kongresowym. To w zaborach zlikwidowano feudalne struktury społeczeństwa polskiego. O czym w „szlacheckiej” historii Polski rzadko się wspomina.

***

Setna rocznica odzyskania państwa polskiego zbiegła się z rządami elit PiS. Głoszą one, wszem i wobec, przede wszystkim martyrologiczną wizję polskiej historii. Wizję wspaniałego, dzielnego, szlachetnego, prawego i sprawiedliwego narodu, który na nikogo nie napadał, nikogo nie uciskał nigdy nie przegrał z własnej winy.
Chociaż przegrywał zawsze. Ale zawsze przegrana związana była ze zmowami wrogich Polsce sił. Narodów, ideologii, no i wiarołomnych sojuszników.

***

Polacy w pisowskiej wizji historii zawsze byli zdradzani, najczęściej o świcie, chociaż Polacy zawsze wierni byli złożonej przysięgi i danemu słowu. I tylko przez te zdrady i wiarołomstwa sojuszników nie jesteśmy bogaci jak Szwajcarzy, innowacyjni technicznie jak Niemcy, potężni militarnie jak Amerykanie, liczni jak Chińczycy, przystojni jak Włosi, rozśpiewani jak Rosjanie.

***

Dlatego za te zdrady, za tamte wiarołomstwa obecne elity PiS wyciągają rękę po odszkodowania. Po reparacje wojenne. Za spaloną w efekcie Powstania Warszawskiego Warszawę. Za oddanie Polski do radzieckiej strefy wpływów przez przywódców Wielkiej Brytanii i USA. Nie żądają reparacji od Wielkiej Brytanii i USA. Nie grzmią w kierunku Rosji. Żądają reparacji od Niemiec. Pokonanych przez ZSRR, USA, Wielką Brytanię. I wiele innych państw. Ale czy Polskę?

***

Polskie wojska walczyły po stronie aliantów. Na wschodzie i na zachodzie. Ale rządzące elity PiS strącają z pomników żołnierzy LWP, którzy zdobywali niemieckie miasta, nawet Berlin. Spychają na bok żołnierzy Andersa, którzy wyzwalali Włochy, Francję, Holandię. Stawiają w pierwszym szeregu niemieckich sojuszników z NSZ i grupy „wyklętych”, którzy zdobywali głównie gorzelnie, GS – y i posterunki MO. Czy oni wygrali tamtą wojnę?

***

Reparacje wojenne zwycięskie państwa wyciskały z pokonanych okupując ich terytoria. Elity PiS okłamują Polaków miodem reparacji. O które żebrzą u Niemców. Robią z Polaków mazgajów wiecznie opłakujących swe historyczne klęski i jeszcze żebrzących o grosz dla historycznych kalek. Wrócimy jeszcze do tych tematów.

***

Teraz na postawione na wstępie pytanie o bogactwie i przekleństwie polskiej historii, odpowiadamy. Nie pierwszy raz w historii okazuje się, że bezmyślnie, źle wykorzystywane bogactwo może stać się przekleństwem.

Bez żadnego trybu

– czyli sztos przedwakacyjny

 

Już się wydawało, że PiS zakończy sezon polityczny niezmąconym zwycięstwem w postaci ostatecznego zmajoryzowania Sądu najwyższego, co zdawał się potwierdzać ekspresowy po nią podpis złożony przez PAD.
Już posłowie rozjechali się na wakacje, gdy jak grom jasnego nieba popsuło ten stan przyjemności orzeczenie Sądu Najwyższego, zawieszające działanie owych ustaw i skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu.
I choć powstało wrażenie, że – jak mawiał Franc Fiszer – „cały pogrzeb na nic”, to rozglądałem się niespokojnie, czy Prezes Polski nie wścieknie się „do imentu” i bez żadnego trybu nie odwoła parlamentarzystów z wakacji, zarządzi na Nowogrodzkiej jeszcze jedno posiedzenie Sejmu z powodu zaistnienia okoliczności nadzwyczajnych, „pożarowych”. By wprowadzić kolejną zmianę w ustawach o SN. Mało to jest prawdopodobne, bo oznaczałoby ciężką, kosztowną i nerwową operację logistyczną a przy tym aferę polityczną na cztery fajerki, ale na podobieństwo pobitego kiedyś na jakiejś ulicy neurotyka, który po wielu latach nie może przejść nią bez bicia serca, ciągle wydaje mi się, że prezes byłby w stanie to zarządzić. Chyba jednak uznał, że nie będzie robił zamieszania.

 

Kopniak przed odjazdem

Natomiast co do SN, to ktoś dobrze pomyślał, żeby zrobić coś, co przypomina sytuację, w której jegomość dostaje kopa w tyłek, gdy wchodzi do pociągu lub samolotu, z bagażem i zarezerwowanym miejscem pobytu. Nijak wtedy się wycofać, by kopa oddać, by się odwinąć, bo wtedy wszystkie plany na nic – pociąg odjedzie, samolot odleci, forsa stracona. „Jenot” Tarczyński pewnie by jeszcze wyskoczył na dany znak z luksusowej pływalni, odłożywszy etolę i odstawiwszy kieliszek szampana, ale co miałby zrobić biedny parlamentarzysta plażujący już na Majorce? Trzeba więc upokorzenie znieść i lecieć lub jechać, choć tyłek boli, a lekki kociokwik dokucza. Ktoś, kto tak szachowo przemyślał ten ruch w SN, bo nie chce mi się wierzyć, że było to przypadkowe, ma mój szacun za łebskość i przemyślność. I nie jestem pewien, czy chodzi tu o molierowską „przemyślność kobiety niewiernej”. Rzecz jasna, wypoczęte i nabuzowane wolą zemsty PiS po wakacjach zechce się zrewanżować, ale półtoramiesięczna zwłoka nie będzie bez znaczenia. Rzecz się nieco „jak figa ucukruje, jak tytuń uleży”, i to nie tylko w Warszawie, ale i w Luksemburgu. Orzeczenie SN pożyje trochę własnym życiem, z lekka okrzepnie. Okoliczność ta znaczenia rozstrzygającego mieć nie będzie, ale pewien potencjał dla SN i opozycji w tym jest. Teraz odkręcanie czegoś, co znalazło się już Luksemburgu będzie znacznie trudniejsze logistycznie, taktycznie i strategicznie. W tej sytuacji cały ciężar dania odporu spadł na propagandę PiS (Ziemkiewicz, Karnowscy, Adrian – nomen omen – Stanowski i inni) oraz na jednoosobowe głosy PAD oraz „agenta Muszyńskiego” i „magister Przyłębskiej”, jak zwykł określać te figury profesor Wojciech Sadurski. PAD wydał dychawiczny komunikat chyba już z Helu, „agent Muszyński” popisał się komentarzem knajackim, a „magister Przyłębska”, choć ma do dyspozycji tzw. Trybunał Konstytucyjny, wypowiedziała się jednoosobowo, co może jest wskazówką, że można by się obejść bez pozostałych sędziów i na przyszłość. Byłoby sprawniej i przede wszystkim taniej. Piękny pałacyk Trybunału przy Alei Szucha można by przeznaczyć na rzecz jakiejś organizacji pożytku publicznego albo n.p. na teatr, a „magister Przyłębskiej” przydzielić jakiś pokój na mieście. Reasumując: ten wyraźnie zaskakujący dla władzy i jej propagandy przedwakacyjny sztos ze strony SN, nie był dla niej przyjemny, jak to czasem ze sztosem bywa. Nie był to też życzliwy kopniak przedegzaminacyjny „na szczęście”.

 

Forsa wszystko wprawia w ruch

Sytuacja ta nie jest dla obozu władzy tragiczna, ale – nie da się ukryć – kłopotliwa, tym bardziej, że gdy przystąpi do dzieła „odkręcania”, w połowie września, może się właśnie zacząć fala protestów branżowych. Nie kto inny, jak Maria Ochman, szefowa „Solidarności” służby zdrowia, niemal wieszczy ( a nawet zachęca) kolejne grupy zawodów medycznych do pójścia w ślady pielęgniarek. Już są zapowiedziane protesty nauczycielskie, a i w szeregach policji też coś fermentuje, nie mówiąc już o zapowiedzianych procesach rolników. Nie na darmo zabłysła gwiazdka Michała Kołodziejczaka i jego Unii Wrzywno-Ziemniaczanej. „Solidarność” Dudy Piotra jest bowiem niby stronnikiem rządu, ale jako – trudno i darmo – ruch związkowy, nie może zupełnie nie brać pod uwagę nastrojów i aspiracji płacowych świecie pracy. Tym bardziej, że propaganda władzy z TVPiS na czele, po ochłonięciu z protestów osób niepełnosprawnych, znów dmie w trąbkę znakomitej sytuacji w finansach państwa, znów pokazują w „Wiadomościach” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca przewalające się paczki banknotów, jak w dawnych filmach kryminalnych. A skoro pokazują stosy forsy, to ktoś się o nią znów upomni, tym bardziej, że rozpocznie się ostatni rok przed wyborami 2019. W tej sytuacji niechybna pisowska operacja zacierania skutków orzeczenia SN, utrudniona z wyżej wyłożonych przyczyn, może odbywać się przy akompaniamencie protestów lub przygotowań do nich.

 

Ścibor-Rylski bez gwizdów

A było już tak całkiem przyjemnie, mimo zatrzymanego przez Ratusz warszawski pochodu „narodowców”, który jest nie tylko bezczelną uzurpacją neofaszystowską, ale i fałszem historycznym. Można różnie komentować powstanie warszawskie 1944, ale jego koloryt ideowy, społeczny i psychologiczny był o sto lat świetlnych odległy od ducha ONR-owsiego czy NSZ-owskiego. Była to klasyczna tyrtejsko- straceńcza, nieco nawet łobuzerska w duchu i z akcentami delikatnego anarchizmu ludowego operacja polska i z antypatycznym ordnungiem oraz ponurą, agresywną energią podgolonych karków nie miała nic wspólnego. Natomiast pisowska, nałogowa skłonność do kłamstwa, przemilczenia i manipulacji wyraziła się m.in. w komunikatach po śmierci prezesa Związku Powstańców Warszawskich generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego. Wspomniano o różnych jego zasługach, ale nie padło ani słówko o tym, jak przez kilka lat, pisowsko-prawolska tłuszcza wygwizdywała go, gdy przemawiał 1 sierpnia na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. W tym samym czasie narodziła się nowa świecka tradycja ubierania w koszulki z napisem „konstytucja” rozmaitych pisowskich pomników, w tym pomników Lecha Kaczyńskiego. I o ile gorliwe ściganie za malunki na ścianach biur pisowskich parlamentarzystów da się jakoś – słabo – uzasadnić z paragrafu o dewastację mienia, to już w przypadku przebieranek tekstylnych z niewinnym słowem „konstytucja”, gorliwość szefa MSW Brudzińskiego jest godna lepszej sprawy. Tego nie da się nie obronić w żadnym sądzie, może nawet w Suwałkach. Ale PiS pod tym względem rzeczywiście nieco przypomina szkolny segment władzy ludowej z czasów „Wiesława”, gdy z niezrozumiałą gorliwością ścigano uczniów za noszenie długich włosów. Za Edwarda Gierka najsłuszniej odpuszczono ten idiotyzm i na niejednym zdjęciu z jego spotkań z aktywem ZSMP widać mniej czy bardziej długowłosych działaczy, z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele.

 

Oto słowo biskupa z Gliwic

Do tego pewien zamęt w szeregach pisowskich wywołały sprzeczne interpretacje co do ewentualnych skutków zmiany ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Przyjęta jako sposób na przyrost mandatów dla PiS może zmusić opozycję do wspólnych list i działań scalających i spodziewane pożytki mogą obrócić się się pyrrusowe zwycięstwo. Przychylny PiS-owi poseł Kukiz ’15 Tomasz Rzymkowski stwierdził wręcz, że „PiS strzelił sobie w stopę”. Uratować rzecz może teraz tylko PAD, ale ten wróciwszy do przedsionka Adriana już się chyba na to nie zdobędzie, acz na elektoracie Kukiza ’15 mu zależy. Chyba, że poszedłszy po rozum do głowy, Prezes Polski sam mu tego nie zaleci. W tej sytuacji mnożących się kłopotów hierarchia Kościoła kat. zaczyna tu i ówdzie cieniować zachowania. Po prymasie Polaku, po arcybiskupie Gądeckim, po emerycie Pieronku i po którymś tam jeszcze, odezwał się ostatnio biskup Jan Kopiec z Gliwic, który dość ostro „pojechał” (bez nazw i nazwisk) po władzy. Nie wierzę w operacyjne rozpisywanie w hierarchii episkopalnej ról „dobrego” i „złego” policjanta, dzielenia się z rozmysłem na „demokratów” i „zamordystów”, „progresywistów” i „konserwatystów”, ale wierzę, że taki podział ról w instytucji tak doświadczonej jak Kościół kat. dokonuje się bez dyrektyw, bez słów i zawoalowanych sugestii – dokonuje się niejako instynktownie, zgodnie z duchem odwiecznej strategii służącej „nadrzędnemu dobru – dobru Kościoła”.

 

Czy nowy polityczny pyton jest tuż za rogiem?

Zaczął się sierpień. W Polsce Ludowej, z wyjątkiem lat 1980 i 1981 był to czas totalnej kanikuły, łącznie z lipcem. Polityka oddalała się za horyzont uwagi. Polityczne programy publicystyczne były zawieszane na długie tygodnie. W latach 1989-2015 aż tak totalnej kanikuły w polityce już nie było, ale dopiero od przedwyborczych wakacji 2015 mamy obecny, nieprzerwany paroksyzm. Większość programów publicystycznych grzeje się w najlepsze, walka trwa. Dlatego nie gwarantuję, że mimo wakacji parlamentarnych, nie wychyli się za chwilę zza rogu chwilę jakiś polityczny pyton, który rozpali temperaturę i tak już tęgo rozpaloną nad naszą Ojczyzną i Europą przez Boga Febusa czyli Słońce.

Nieodrobiona lekcja z historii

Policja państwowa zignorowała decyzję urzędu miasta Warszawy o rozwiązaniu marszu ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Zwołanego w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Złamała tym obowiązujące prawo.

 

Dzięki biernej postawie policji faszyzujące organizacje mogły demonstrować w centrum Warszawy swoją nienawiść do innych narodów i Polaków „gorszego sorta”.
Wsparcia w sporze z urzędem miasta Warszawy udzielił faszyzującym demonstrantom pan minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński. Podziękował jego uczestnikom, że „nie dali się sprowokować”.
Dał też sygnał policji państwowej żeby nie blokowała narodowców. Nawet jeśli eksponują hasła zabronione przez prawo. To jeszcze przez PiS nie zmienione.
Politycy PiS nie pierwszy raz kokietują radykalną, faszyzująca prawicę. Bo to przecież ich sojusznicy w walce z liberalno-demokratyczną opozycją parlamentarną z PO i Nowoczesnej. Wierni sojusznicy w walce z „lewactwem” i postkomuną.
Aktywiści „Młodzieży Wszechpolskiej” i ONR-u często krzyczą hasła z jakimi elity PiS identyfikują się, tylko jeszcze wstydzą się tego publicznie powiedzieć. Kalkulacja polityczna PiS-owkich elit nie jest wyrafinowana. Otworzymy parasol ochronny nad radykałami. Niech sobie demonstrują, a zwłaszcza niechaj kontrdemonstrują.
Niech rozbijają demonstracje KOD-u. Marsze i parady równości. Niech pogonią te feministki ze Strajku Kobiet. Władza i jej policja państwowa będzie arbitrem podczas tych politycznych meczów. W razie ewidentnych fauli usunie najbardziej zapalczywych z boiska. W razie politycznej potrzeby tych najbardziej aktywnych, choć granic demonstracyjnego fair play jeszcze nie przekraczających.
Postawa elit PiS przypomina nadzieje niemieckiego i włoskiego mieszczaństwa wobec rodzącego się tam faszyzmu. Nowy ruch przełamujący wszelkie niemożności i ospałość liberalnej demokracji miał też być batem na komunistów i skłóconych z nimi socjaldemokratów. Miał przetrzepać stare społeczne struktury i spacyfikować aktywną lewicę.
A po wykonaniu brudnej roboty miał być odesłany do rekwizytorni politycznego teatru. Rzeczywistość pokazała, że zachęcone szybkimi sukcesami panów Mussoliniego i Hitlera społeczeństwa włoskie i niemieckie skutecznie zbrązowiały. I im udzieliły politycznego poparcia. Chłopcy do bicia Żydów, lewaków i liberałów stali się warstwą panującą. Przywódcami globalnej wojny. Wiara pana ministra Brudzińskiego, że on i jego policja zawsze będą kontrolować radykalnych narodowców oparta jest na niewiedzy i wybujałej pysze rządzących obecnie Polską polityków.
Może zdarzyć się, że kiedy zechcą już zamknąć ów parasol ochronny, to okaże się, że dawno wypadł im z rąk.

Co z tą demokracją?

Próby szukania przyczyn jej upadku bądź zagrożenia są równie liczne, jak i często nieprzekonujące.

 

Ostatnio podjęli to wyzwanie w „Newsweeku” Agata Bielik-Robson – filozof wykładająca na Uniwersytecie Nottingham i z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN („ Mordowanie ojców”) oraz Cezary Michalski – publicysta („Liberałowie kontra populiści”).

 

Konflikt pokoleń

„Młodzi ludzie…określają się w kontrze do inteligenckiego pokolenia ojców założycieli III RP. To jest jak wojna generacyjna w dysfunkcyjnej rodzinie przeniesiona na poziom całego społeczeństwa… Orężem jest antyliberalizm. To wspólny mianownik młodego pokolenia. W prawicowym wydaniu objawia się skłonnościami do tradycjonalizmu. W lewkowym [brak tego słowa w słowniku języka polskiego, chodzi zapewne o lewaków, a przy okazji pani wykładowca uprawia najzwyklejszą propagandę deprecjonując lewicę – Z.T.] – oskarżaniem inteligencji budującej III RP o bezkrytyczne zachłyśnięcie się kapitalizmem.” Autorka szukając przyczyn takich właśnie postaw stwierdza: „młode pokolenie jest przekonane, że liberalizm się skompromitował i odpowiada za to inteligencja. Budując nowy ustrój, skupiła się na nadbudowie, a zapomniała o bazie, która przecież jest najważniejsza. W globalnym sensie rzeczywiście jest najważniejsza, bo ubożenie klasy średniej, jej prekaryzacja jest przyczyną erozji demokracji, co może doprowadzić do całkowitego unicestwienia tego ustroju. Naturalnym nośnikiem wartości liberalnych jest klasa średnia – gdy ona ma się dobrze, dobrze ma się i demokracja.”
Obserwujemy tu albo pomieszanie pojęć i przyczyn konfliktu, albo jego swoistą interpretację.
Konflikt pokoleń znany jest od tysiącleci – w odnalezionym papirusie datowanym na 4 tys. lat p.n.e. egipski autor żalił się na młodzież i czarno widział przyszłość. Jakoś te setki lat minęły i ludzkość, lepiej lub gorzej, ale przetrwała. Naturalną cechą młodości jest pewien bunt przeciw zastanym ideom i stosunkom, ale na ogół dokonywał się on w niejako ewolucyjny sposób. Przerwana, z przyczyn politycznych, więź pokoleniowa w Polsce po 1989 roku, zaprzeczanie oczywistym faktom i wszelkim byłym wartościom oraz bajkowa narracja o nowym szczęśliwym świecie musiały wywołać takie właśnie zachowania młodych.
Skupienie się na całej inteligencji, jako twórcy dzisiejszego polskiego świata jest niecelne, gdyż tylko jej stosunkowo wąska grupa, wykorzystując robotniczy protest, nie pod ideami, a tylko pod hasłem Solidarności, meblowała ten kraj przez dwadzieścia lat, a nieprzerwanie przez ostatnie trzynaście mamy rządy postsolidarnościowe.
Krytyce młodych nie podlega liberalizm, a neoliberalizm ze skutkami jego ekonomicznej doktryny oraz praktyka łamania zasad demokracji od samego początku powstania III RP. Nastąpiło bowiem zaprzeczenie pięknie brzmiących słów i zobowiązań tzw. ojców założycieli, w imię interesu wybranych grup.
Nie zrozumiale jest stwierdzenie autorki, że w „globalnym sensie baza jest rzeczywiście najważniejsza” – a w nieglobalnym, czyli w jakim, to jest nieważna? Czyżby to zastrzeżenie miało chronić ją przed nazwaniem marksistką?
Nie jest również prawdą, utożsamianie klasy średniej z demokracją, bowiem tą drugą w równej mierze zainteresowane są inne, liczne grupy społeczne.

 

O ubożeniu,

nie tylko klasy średniej najlepiej wypowiadają się młodzi Polacy.
Jak wynika z sondażu przeprowadzonego wśród młodych Europejczyków, przez instytut YouGov, dla Polaków najważniejszą wartością jest bezpieczeństwo, dobrobyt i sukces ekonomiczny oraz stabilność i wiarygodność. Młodzi nie wiążą tych wartości z zagrożeniem zewnętrznym, gdyż w odróżnieniu od rówieśników z innych krajów, pokój znajduje się na dalszym miejscu w ich preferencjach. Oznacza to absolutną dominację problemów ekonomicznych w młodym pokoleniu. Dodać wypada, że spośród siedmiu wartości demokracja znalazła się na ostatnim miejscu, co dowodzi małego jej znaczenia, czyli krytykę, w życiu publicznym, wystawiając negatywną ocenę ekipom postsolidarnościowym rządzącym Polską.
Dopełnia ten obraz wypowiedź Adriana Zandberga: „ To pokolenie, które doświadczyło śmieciówek, prekaryzacji, państwa z tektury. Które ma do wyboru albo wynajmować za ciężkie pieniądze mieszkanie z rynku, albo wziąć kredyt na 40 lat i drżeć całe życie, czy mieszkania nie zabierze bank. To są realne problemy w roku 2018 – bezpieczeństwo mieszkaniowe, jakość pracy, brak wolnego czasu, kiepskie usługi publiczne”
I jeszcze: „Chcemy Polski otwartej, świeckiej…Polski sprawiedliwej społecznie…chcę żyć w państwie demokratycznym, w państwie prawa, które jest otwarte.

 

Dalsze rozważania

pani filozof, o roli inteligencji są dosyć zawiłe – kiedyś była ważna, obecnie nie jest ważna, ale jednak jest ważna jako nowa klasa inteligencka. Sugestia, że PO, jako reprezentant klasy średniej z opozycyjną inteligencją „będzie w stanie przeciwstawić się fali antyliberalnego populizmu, tego z prawa, ale i tego z lewa” po prostu nie przystają do rzeczywistości i nie są żadną receptą na obronę demokracji.
„Prawica i lewica to już trupy.
Witajcie na nowej wojnie, która dzieli cały Zachód” – wieszczy Cezary Michalski. Abstrahując od tej wyroczni, bardziej interesującymi będą opinie autora na temat Polski.
Na samym początku uporządkować jednak wypada pewne pojęcia: różnicę między partyjnymi strukturami, a określonymi ideami i wartościami oraz zwrócić uwagę na konieczne umiarkowanie w szafowaniu pojęciem populizm.
„W naszym kraju po roku 1989…zarówno postkomunistyczna centrolewica, jak i postsolidarnościowa centroprawica zaakceptowały całą agendę transformacji. Nawróceni na liberalizm Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller stali się takimi samymi zwolennikami NATO, Unii Europejskiej, gospodarki wolnorynkowej jak liderzy UW, KLD, AWS czy PO.” Do tego miejsca prawie zgoda, bowiem co innego znaczy liberalizm, a coś zupełnie innego wymienione instytucje międzynarodowe.
Dalej jest gorzej: „Na czele… klienteli politycznej, przez większą część III RP mniejszościowej, Kaczyński czekał na kryzys, który poda mu władzę na tacy. Takiej okazji dostarczyła mu najpierw katastrofa smoleńska, a później afera kelnerskich podsłuchów, kiedy to jednocześnie Unia Europejska i cały Zachód zostały zaatakowane przez rosyjską agenturę wpływu. Uderzenie Putina w Europę – poprzez wypuszczenie z Syrii milionów imigrantów…” Związek sukcesu Kaczyńskiego z tragedią smoleńską jest oczywisty, kelnerska afera miała tu wpływ drugorzędny, a wszystko co dalej, łącznie z rosyjską, jak by nie była, agenturą, to już tylko imaginacja. Podobnie, jak to wypuszczenie z Syrii uchodźców.

 

A co z tym liberalizmem?

I w podsumowaniu: „Liberalna Polska, żeby przeżyć atak populistów, potrzebuje zarówno PO oraz Nowoczesnej, jak i konserwatystów w rodzaju Ujazdowskiego, liberalnej lewicy w rodzaju Biedronia i Nowackiej, a także tej części SLD, która przyznaje się do III RP.”
Jak się okazuje rzeczywistych powodów i przyczyn sukcesu PiS Michalski ani nie dostrzega, ani tym bardziej nie rozumie, gdy w Platformie i konserwatystach – liczących się sprawcach aktualnego stanu rzeczy w Polsce – widzi antidotum na tę naszą współczesną chorobę. Nie wystarczy bowiem posługiwać się antynomią liberalizm-populizm aby zdiagnozować dwie Polski jakie obecnie nastały, gdyż za tymi pojęciami kryje się dużo więcej problemów, uzasadnionych oczekiwań i dążeń niż proste równanie dobry – zły.
A jeżeli idzie o SLD to nigdy nie słyszałem aby jakaś jej część podważać miała obecne podstawy ustrojowe, a lewicowa krytyka jest przez Michalskiego chyba akceptowana.

 

Roi się od alarmistycznych,

słusznych zresztą, wypowiedzi na temat zagrożenia dla polskiej demokracji. Z niedowierzaniem, ale także z nadzieją przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” słowa Marka Beylina: „Dawny system demokracji solidarnościowej przekształcił się w demokrację uprzywilejowującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowane polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych.” Pisałem o tym nie raz, acz mocniejszymi słowami.
I jeszcze dalej: „Oznacza to porzucenie fatalnego symetryzmu, zgodnie z którym część nowej lewicy uważa PO, Nowoczesną czy SLD za zło równe PiS – owi, a część liberałów, także w PO, widzi w Razem komunistów nie mniej groźnych niż PiS. Te stygmatyzacje biorą się z partyjnej taktyki zwalczania konkurencji oraz z zacietrzewienia które każe traktować własne poglądy jako jedynie słuszne i zupełne. Czas porzucić i tę marną taktykę, i niszczycielski narcyzm własnych przekonań.”
Zapewne tędy także wiedzie jedna z dróg ku naprawie i odrodzeniu naszej wspólnej III Rzeczpospolitej.