Małe firmy – wielki wyzysk

Politycy wszystkich opcji od lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa to nasze największe bogactwo, o które państwo powinno się troszczyć.

 

Kolejne rządy ogłaszają programy wsparcia dla małych firm, proponują im ulgi, zwolnienia i dopłaty. Rząd Prawa i Sprawiedliwości ze wsparcia dla mikroprzedsiębiorstw uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla małych, polskich firm i osłabienia dużych przedsiębiorstw zagranicznych.
Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że sytuacja w małych firmach jest znacznie gorsza niż w tych większych. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne.
W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych.
Z perspektywy pracowników kluczowe jest to, że w ubiegłym roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Rok wcześniej średnia płaca w najmniejszych firmach wynosiła 2577 zł. W ciągu roku nastąpił wzrost wynagrodzeń o 8,7 proc., co wiązało się przede wszystkim ze wzrostem płacy minimalnej. Mimo to wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w ubiegłym roku wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej!
Jednocześnie GUS zwraca uwagę, że do branż o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach należą zakwaterowanie i gastronomia – 2393 zł, transport i gospodarka magazynowa – 2524 zł, budownictwo – 2548 zł, handel i naprawa pojazdów samochodowych – 2709 zł. We wszystkich tych sektorach istnieje przepaść między poziomem wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach.
Warto w tym kontekście zbadać sytuację w handlu i w sektorze napraw pojazdów samochodowych, ponieważ na tym obszarze władza szczególnie mocno podkreśla potrzebę umacniania małych, polskich firm. Tymczasem w placówkach tego rodzaju zatrudniających ponad 9 osób średnie płace w ubiegłym roku wynosiły średnio 4206 zł, czyli o 1497 zł więcej niż w mikroprzedsiębiorstwach. Przesuwanie siły roboczej z dużych sklepów do mniejszych jest więc dla pracowników niekorzystnym rozwiązaniem. Dotyczy to też planowanego w ustawie o handlu w niedzielę zwiększenia zatrudnienia w placówkach gastronomicznych. W tych ostatnich płace należą do najniższych na rynku. Trudno więc tu mówić o dobrej zmianie.
Umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach ma tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Praktycznie nie istnieją tam związki zawodowe, a łamanie prawa pracy jest codziennością. Na dodatek do większości z nich nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji Pracy – pracodawca zazwyczaj jest w nich samowolnym panem, który bez żadnych konsultacji narzuca warunki pracy pracownikom. Stąd gigantyczna skala bezprawia i nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny. Dotyczy to też handlu, w tym handlu w niedzielę. W 2016 roku PIP zbadała przestrzeganie zakazu pracy w placówkach handlowych w święta. Okazało się, że największe placówki handlowe znacznie rzadziej łamią przepisy niż te małe. Już wtedy małe sklepy omijały przepisy, nie pozwalając pracownikom odpoczywać w święta. Od niedawna rząd dał im premię za eksploatację pracowników i postanowił umocnić ich pozycję na rynku.
Duża rola mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz o jej słabości. W Unii Europejskiej najbardziej rozdrobnione gospodarki mają kraje śródziemnomorskie, które od lat borykają się z kryzysem. Najwięcej firm na świecie mają zaś najbiedniejsze kraje afrykańskie, w których odsetek przedsiębiorców wśród dorosłych mieszkańców jest najwyższy.

Zapomniane ofiary

…polskich wygnańców.

 

Niepokój budzi narastanie wpływu skrajnej prawicy w Niemczech. Od niedawna jej przedstawiciele mają silną reprezentację w parlamencie.. Niedawne burzliwe wydarzenia w Chemnitz wykazały narastanie postaw antycudzoziemskich. Te ostatnie w Niemczech oznaczają zazwyczaj wrogość m.in. wobec Polaków. Od wielu lat w niemieckich mediach prawicowych występuje tendencja do pomniejszania zbrodni III Rzeszy i wyolbrzymiania niemieckich krzywd. Również od wielu lat w Polsce niewiele zainteresowania budzą dramaty wygnańców z Wielkopolski do t.zw. Generalnej Guberni. Sądzę, że zasługują one na przypomnienie.

W czasie okupacji niemieckiej nastąpił podział zagrabionych terenów na ziemie wcielone do III Rzeszy nazwane „Krajem Warty” i na tak zwaną Generalną Gubernię, swego rodzaju „rezerwat dla Polaków”, całkowicie podporządkowany władzy okupantów. „Kraj Warty” stanowił teren przyspieszonej germanizacji, w ramach której wywłaszczano Polaków i wysiedlano ich do Generalnej Guberni. Wysiedlani byli ludzie zamożni i gospodarni, posiadający domy, przedsiębiorstwa, warsztaty, dobrze prosperujące gospodarstwa rolne, członkowie organizacji patriotycznych i inni uznawani za nieprzydatnych do zgermanizowania. Zagrabione mienie przekazywane było za darmo osadnikom niemieckim.

Miało to być rozwiązanie czasowe Władze okupacyjne przewidywały, że po zwycięskim zakończeniu wojny mienie Polaków zostanie przekazane zasłużonym żołnierzom i oficerom. Podstawę „prawną” wysiedleń stanowił dekret kanclerza III Rzeszy Adolfa Hitlera z 7 października 1939 roku o umacnieniu niemieckości. Realizację tego dekretu Hitler powierzył Reichsführerowi SS Heinrichowi Himmlerowi, nowo mianowanemu Komisarzowi do Umacniania Niemieckości.

Zgodnie z memoriałem pracowników Głównego Urzędu NSDAP do Spraw Polityki Rasowej E. Wetzla i G. Hechta z 25 listopada 1939 roku: „Polakom nie wolno być właścicielami przedsiębiorstw. Z ich dotychczasowej własności gruntowej i ziemskiej, a także rolnej zostaną wywłaszczeni. Polakom nie wolno wykonywać samodzielnie jakiegokolwiek rzemiosła i nie wolno być majstrami, a wszelkie istniejące umowy o pracę zostaną rozwiązane”. Autorzy tego memoriału w następujący sposób scharakteryzowali sylwetkę Polaka: „W zakresie duchowym można Polaka określić jako człowieka nietwórczego zarówno pod względem kulturalnym, jak i narodowo-politycznym, a pod względem psychicznym… jako człowieka stadnego pełnego głębokiej nieufności do tych, którzy wyrastają ponad poziom gromady”.

W latach okupacji władze niemieckie wywłaszczyły i wypędziły około półtora miliona Polaków. W pierwszym okresie wysiedleń, jeszcze w 1939 roku, dziesiątki tysięcy wygnańców przewożono tzw. wagonami bydlęcymi. Niektórzy z nich spędzali w wagonach po kilka dni Część z nich zamarzła na śmierć.

 

Studium przypadku-rodzina Lewickich

Witowo to wieś znajdująca się w gminie Osiek Mały w powiecie kolskim. Przed rokiem 1939 jednym z najzamożniejszych we wsi było gospodarstwo rodziny Lewickich. Rodzinę stanowili-Adam i Regina oraz ich dorosłe dzieci: synowie Jan i Stanisław oraz córki – Anna, Teresa i Janina z półtorarocznym Jędrkiem. Wojna podzieliła rodzinę. Jan Lewicki – żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza został internowany na Litwie. Po wcieleniu Litwy do Związku Radzieckiego stał się więźniem radzieckich obozów. Później był żołnierzem armii gen. Andersa. Jego udział w bitwie pod Monte Cassino został trzykrotnie odnotowany przez Melchiora Wańkowicza. Po wojnie z Włoch wyjechał do Anglii, gdzie pozostał do końca życia. Teresę Lewicką-Piekarską wraz z mężem Władysławem wywieziono na roboty do Francji w okolice Nancy, gdzie doczekała się wyzwolenia przez armię amerykańską. Powróciła do Witowa. Anna Lewicka została wywieziona na roboty w głąb Niemiec. Po wojnie powróciła do rodzinnej wsi.

W lipcu 1940 r. ojca rodziny Adama Lewickiego wraz z żoną, Stanisławem, Janiną i Jędrkiem władze okupacyjne wysiedliły do wsi Zwiartówek w Generalnej Guberni. Gospodarstwo Lewickich przejął niemiecki kolonista Firscht. Piątka wygnańców znalazła się w zatłoczonej chacie rodziny Wysockich. Gospodarze traktowali przybyszów przyjaźnie mimo kłopotów, jakie im sprawiali.
Lewiccy w Zwiartówku, tak jak przedtem w Witowie wykazywali się zaradnością i pracowitością. Adam Lewicki znalazł pracę w młynie Bodanki. Wynagrodzenie stanowiła mąka. Bodanko miał syna partyzanta. Młyn był ogniwem w łańcuchu zaopatrującym w chleb uzbrojoną młodzież w lesie. Bodanko i Lewicki – starsi gospodarze i ojcowie rodzin – wykazywali wzajemną sympatię i zaufanie. Janina znalazła pracę w cukrowni w Wożuczynie oddalonym 5 kilometrów od Zwiartówka. Regina Lewicka i Stanisław zajmowali się wyplataniem powrozów, które były wymieniane na produkty żywnościowe. Mały Jędrek pozostawał zazwyczaj pod opieką dziadków. Bawił się z dziećmi Wysockich. Kiedy ukończył 6 lat poszedł do miejscowej szkoły dwuklasowej. Poruszanie się w otwartej przestrzeni było niebezpieczne. Od strony lasu codziennie słychać było strzały. Bywało,że zabłąkane kule trafiały kogoś powodując rany lub śmierć. Ta sytuacja znalazła wyraz w złorzeczeniach, w trakcie ostrych kłótni sąsiedzkich („bodaj cię pierwsza kula nie minęła, jak wyjdziesz z chałupy”).

Pewnego razu na podwórku Wysockich zjawili się dwaj niemieccy żołnierze. Wysocki kiedy ich zobaczył wpadł w panikę. Zaczął uciekać przez zaśnieżone pole. Żołnierz krzyknął „halt”, a następnie wystrzelił. Ranny Wysocki biegł dalej. Drugi strzał był śmiertelny. Stało się to na oczach dzieci Wysockich i Jędrka. Mężczyźni z sąsiedztwa przynieśli martwe ciało i położyli na drewnianej ławie. Zapłakana Wysocka umieściła pod ławą balię do której ściekała krew. W jakiś czas po tej tragedii przez Zwiartówek przechodził uzbrojony żołnierz niemiecki. Zagadnął Adama Lewickiego, który mówił trochę po niemiecku. Żołnierz usiadł na przyzbie domu Wysockich i wziął wystraszonego Jędrka na kolana. Wywiązała się krótka rozmowa o okropnościach wojny. Okazało się, że żołnierz pozostawił w głębi III Rzeszy syna w wieku Jędrka. Przez pewien czas po tym wydarzeniu mieszkańcy Zwiartówka rozmawiali o nietypowym Niemcu. Do Zwiartówka nadchodziły wieści o krwawych bitwach o Charków, Witebsk i Bobrujsk. Front powoli zbliżał się do ziem polskich.

Niemiecki dyrektor cukrowni w Wożuczynie przestał straszyć polskich pracowników. Zaczął okazywać im wyrozumiałość. Planując powrót rodzina Lewickich za zaoszczędzone pieniądze kupiła konia i wóz.

Mieszkańcy Zwiartówka nie czuli się bezpiecznie. Dochodziły wiadomości o pożarach i egzekucjach dokonywanych przez cofające się wojska niemieckie i wspierających je Ukraińców. Pewnego wieczora Adam Lewicki i jego wnuk patrzyli przez okno na oddaloną o kilka kilometrów płonącą wieś. „Jak jutro rano Ruski nie przyjdą, to nas też spalą” – powiedział dziadek do wnuka. Obydwaj poszli spać. Następny dzień przyniósł ocalenie. Czerwonoarmiści przepędzili Niemców.

Kiedy nadeszła wiadomość, że linia frontu jest poza Kołem, wygnańcy wyruszyli w stronę Witowa. Był koniec mroźnego stycznia 1945 roku. Podróż trwała dziesięć dni. Wędrowcy dwa razy nocowali w mieszkaniach dobrych ludzi. Inni dobrzy ludzie pozwalali na nocleg w stodole. W ubraniach, na sianie.

Na zaśnieżonych polach leżały martwe ciała. Gdzieś w drodze samozwańczy uzbrojeni policjanci – ojciec i dwóch nastoletnich synów – zatrzymali wóz i usiłowali wszystko „zarekwirować”.Stanisław Lewicki zszedł z wozu i przebiegł kilka metrów demonstrując swoje kalectwo – zwichnięcie stawów biodrowych. Ostatecznie wóz ruszył w dalszą drogę bez strat. Po przybyciu do Witowa Lewiccy dowiedzieli się, że w grudniu 1944 roku Firscht uciekł do Niemiec zabierając dobytek polskich gospodarzy. W sumie jednak Lewickim dopisało szczęście. Prawie w ostatniej chwili uniknęli śmierci. Wielu innych wygnańców nie powróciło w ojczyste strony. Wielu wracało piechotą z tobołkami. Na dachach wagonów kolejowych, bez względu na pogodę, było pełno pasażerów.

 

Wysiedlenia na Zamojszczyźnie

Ziemie, które w pierwszej fazie okupacji były „przeznaczone” dla Polaków zostały poddane germanizacji. Na Zamojszczyźnie hitlerowcy „odkryli” grupę kolonistów niemieckich, których przodkowie osiedlili się tutaj jeszcze na mocy dekretu cesarza Józefa II z 14 marca 1784 roku. Przybyli oni z Palatynatu, Alzacji i Lotaryngii. Ci koloniści – w pełni spolonizowani – podlegając regermanizacji powracali do „narodu panów”. Do potomków osadników józefińskich dołączani byli Luksemburczycy, Alzatczycy, Lotaryńczycy i Słoweńcy, którym przyznano niemiecką przynależność państwową, ale traktowano ich jako politycznie niepewnych i wymagających nadzoru ze strony SS. Ze wsi przeznaczonych dla niemieckich osadników ludność polska była wysiedlana.

Wysiedlonych Polaków kierowano do esesowskich obozów pracy, do pracy w III Rzeszy oraz do tzw. wsi scalonych znajdujących się między osiedlami niemieckimi, gdzie stanowili siłę roboczą przeznaczoną do pracy u Niemców. Jak pisał prof. Czesław Madajczyk, „ogółem z Zamojszczyzny deportowano do obozów kilkadziesiąt tysięcy polskich chłopów, w tym 16 tys. do Majdanka, 2 tys. do Oświęcimia; dziesiątki tysięcy, w tym część z obozów, skierowano na roboty do Rzeszy. Wywieziono też do Niemiec w celu w celu germanizacji 4,5 tys. dzieci. Osoby, które nie były w stanie udać się na punkty zborne najczęściej zabijano. A dla sterroryzowania lub w odwet za opór dokonano pokazowych egzekucji publicznych lub pacyfikacji całych wsi. Kilkanaście wsi spotkał los czeskich Lidic i gorszy, bo wymordowano w nich wszystkich mieszkańców, a osiedla spalono”.

 

Wyolbrzymianie i pomijanie

Przez wiele lat niemieckie media i prawicowi politycy nadawali rozgłos działalności tzw.. „ziomkostw” i „Związku Wypędzonych”. Do „wypędzonych” – jak wiadomo – zaliczana była Erika Steinbach urodzona w Rumii, która przed rokiem 1939 nie należała do Niemiec. Jak mówił prof. Władysław Bartoszewski – gdyby Erika Steinbach – córka podoficera niemieckich wojsk okupacyjnych urodziła się w okupowanym Paryżu, nie twierdziłaby, że została wypędzona. Na zlotach Niemców sudeckich w latach 1980-tych przemawiali prezydent Karl Carstens i kanclerz Helmut Kohl. Mało znany jest fakt powiększania się z biegiem czasu ilości „wypędzonych”.

„Według oficjalnych statystyk w 1949 r. było ich 7,7 mln, w 1970 r. – 13 mln, a obecnie-blisko – 15 mln”. To cudowne rozmnożenie się niemieccy przesiedleńcy zawdzięczają artykułowi 7 ustawy federalnej z 19 maja 1953 roku (Bundesvertriebenen-und-Flü chtling-Gesetz). Przyznaje się w nim możliwość nadania statusu „wypędzonych” dzieciom urodzonym na terenie RFN, jeżeli jedno z rodziców miało tak zwany dowód wypędzonego. Zasada dziedziczenia statusu „wypędzonego” potwierdzona została 2 grudnia 1986 roku orzeczeniem Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. W ten sposób „wypędzonymi” zostały osoby, które w rzeczywistości nigdy nie były w miejscowościach, z których je „wypędzono”.

Warto dodać, że w roku 2014 funkcję przewodniczącego „Związku Wypędzonych” objął Bernd-Bernhard Fabritius urodzony w Rumunii 14 maja 1965 roku.

Losy polskich wygnańców są mało znane. Było ich około 1,5 miliona. Trudno powiedzieć ilu pozostało przy życiu. W Poznaniu od 2004 roku istnieje i działa Stowarzyszenie Związek Wysiedlonych „Gniazdo”. Stowarzyszenie działa między innymi na rzecz zadośćuczynienia licznej rzeszy polskich wygnańców. Ale zainteresowanie działalnością Stowarzyszenia zarówno ze strony polityków, jak i naukowców należy uznać za bardzo skromne.

Również w Poznaniu działa społeczny komitet budowy pomnika upamiętniającego wygnanych do Generalnej Guberni. Przewodniczący komitetu Henryk Józef Walendowski podejmuje starania, aby odsłonięcie pomnika nastąpiło w ciągu roku 2018. Pomnik zostanie wzniesiony w Poznaniu w miejscu, gdzie zbiegają się trzy ulice – Towarowa, Powstańców Wielkopolskich i Matyi. Członek komitetu mgr inż. Leonard Frąckowiak zwraca uwagę na różnice pomiędzy polską inicjatywą upamiętnienia wygnańców, a berlińskim pomnikiem „wypędzonych” znajdującym się nieopodal pomnika ofiar Holokaustu. Berliński pomnik – będący w opinii wielu Polaków swego rodzaju bluźnierstwem – został sfinansowany przez rząd federalny. Polski pomnik powstaje dzięki składkom społecznym. Nie jest zlokalizowany w stolicy. Powstaje przy zgodnym poparciu wszystkich orientacji politycznych.

Donald Trump a Polska

Stosunki polsko-amerykańskie od kilku lat są w dołku. Krytycznie o sytuacji w Polsce wyraził się Barack Obama. Jego następca Donald Trump wprawdzie nie krytykuje Polski, ale nie czyni wiele by poprawić relacje na linii Warszawa-Waszyngton.

 

Po raz pierwszy od 1989 r. prezydent Polski dopiero po trzech latach sprawowania urzędu doprosił się zaproszenia do złożenia wizyty w Waszyngtonie. Powstała szansa poprawienia stosunków Polski z USA, ale została zmarnowana. Prezydent Duda wprawdzie uśmiechał się w rozmowie z prezydentem Trumpem nawet, gdy ten krytycznie wypowiadał się o Polsce czy o Unii Europejskiej. Prezydent Duda nie miał odwagi podjąć polemiki z amerykańskim prezydentem, ponieważ PiS zachowuje się ulegle wobec Ameryki. Ku zadowoleniu Trumpa, Duda zaproponował 2 mld dol. na zainstalowanie bazy amerykańskiej w Polsce. Amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że oczekuje większej sumy. Polski prezydent nie podjął żadnej polemiki z Trumpem, kiedy ten ostro zaatakował Unie Europejską, której jesteśmy członkiem.

Na zakończenie wizyty obaj prezydenci podpisali deklarację zatytułowaną pompatycznie „Obrona Wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Potrzebę partnerstwa strategicznego uznano za ważne „w obliczu wyzwań wobec, których stoi porządek międzynarodowy”. Deklaracja jest pełna ogólników. Konkretna jest zapowiedź zwiększenia współpracy polsko-amerykańskiej w zakresie obronności oraz energetyki. Poprzednia deklaracja polsko-amerykańska z 2008 r. zawierała więcej konkretów.

Prezydent Trump w swoim wystąpieniu na Placu Krasińskich w Warszawie mało uwagi poświęcał stosunkom bilateralnym polsko-amerykańskim i problemom współczesnego świata. O Rosji napomknął tylko w kontekście Ukrainy i Bliskiego Wschodu: „Zachęcamy Rosję, aby wstrzymała swoja działalność na rzecz destabilizacji Ukrainy i innych krajów i jej wsparcie dla wrogich reżimów, w tym Syrii i Iranu oraz by zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty narodów odpowiedzialnych, walczących przeciwko wspólnym wrogom, a w Syrii broniących cywilizacji jako takiej. (…)

Musimy pracować razem, aby stawić czoła siłom niezależnie od tego, czy wewnętrznym czy zewnętrznym, z południa czy z północy, czy ze wschodu, które chcą podkopać nasze wartości i zniszczyć więzi kultury, wiary i tradycji, które czynią nas tymi, którymi jesteśmy”.

Wspomniał o artykule 5 układu waszyngtońskiego o NATO i zażądał, aby wszyscy członkowie NATO wywiązali się z zobowiązań na rzecz obrony. Pochwalił Polskę za jej wkład w obronność „Dlatego – powiedział – właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie. (…) Dziękuję Wam, dziękuję ci Polsko. Muszę powiedzieć, że przykład, który pokazaliście jest naprawdę wspaniały. Dziękuję ci Polsko”.

W końcowej części przemówienia Trump mówił o zagrożeniach dla współczesnej cywilizacji i o potrzebie obrony jej „w obliczy tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć” I pytał: czy Zachód ma wolę przetrwania? W końcowej części wystąpienia prezydent Trump powiedział: „Nasza wolność, nasza cywilizacja i nasze przeżycia zależą od naszych więzi, historii, kultury i pamięci. Dziś, tak samo jak kiedykolwiek, Polska jest w naszym sercu. Dokładnie tak, jak Polski nie udało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać.

Więc razem walczymy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

Przemówienie Trumpa było wielokrotnie przerywane sterowanymi oklaskami zgromadzonych tłumów co wyraźnie sprawiło zadowolenie mówcy. Były też okrzyki zgromadzonych, atakujące Lecha Wałęsę i obecnych na spotkaniu polityków opozycji. Trump wyraźnie był skonfundowany tymi okrzykami. Wyraźnie nie rozumiał, dlaczego on chwalił Wałęsę, a tłum PiS-owski na placu głośno protestował przy jego nazwisku. Trzeba przyznać, że inicjatorzy protestu zachowując się tak, na takiej imprezie dali przykład braku kultury politycznej.

Klakierskie przyjęcie jakie władze Prawa i Sprawiedliwości zorganizowały prezydentowi Trumpowi z pewnością zadowoliło wyolbrzymione ego amerykańskiego prezydenta. Takiego przyjęcia z jakim spotkał się w Polsce, nie spotkał się dotąd ani w Stanach Zjednoczonych ani w żadnym państwie, w którym składał wizyty.

Komplementy jakie Trump skierował pod adresem Polski rządząca partia Prawa i Sprawiedliwości interpretowała jako poparcie dla jej polityki również wewnętrznej. Nic więc dziwnego, że parę tygodni po wyjeździe Trumpa rząd przedłożył w Sejmie projekty ustaw, które ograniczały niezależność władzy sądowniczej i poddawały ją zwieszonej kontroli partii rządzącej.

Nie trzeba było długo czekać na reakcje rządu Stanów Zjednoczonych. Departament Stanu w deklaracji 21 lipca uznał, że „działania polskiego, rządu podważają niezależność sądownictwa i osłabiają rządy prawa w Polsce”, a także zaapelowali, aby „reforma sądownictwa nie pogwałciła polskiej konstytucji, międzynarodowych zobowiązań kraju oraz przestrzegała zasady oddzielania organów władzy”.

Rząd PiS był zaskoczony stanowiskiem amerykańskim. Potwierdziło to oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie prezydentury Trumpa Departament Stanu wyraził „obawy o praworządność i rozwój sytuacji w Polsce” i podkreślał potrzebę poszanowania władzy sądowniczej, jako jedna z trzech gałęzi obok władzy ustawodawczej i wykonawczej będących fundamentem demokracji. Departament Stanu wyraził również 12 grudnia zaniepokojenie kierunkiem rozwoju sytuacji w Polsce i krytykował uchwałę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nałożeniu kary finansowej na TVN.

Strona polska oczekiwała wówczas i nadal oczekuje dziś deklaracji rządu USA, że wojska amerykańskie będą bezterminowo stacjonowały w Polsce i na wschodniej flance NATO. Oczekujemy również przyspieszenia budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej w Radzikowie. Rząd polski oczekuje od Waszyngtonu ostrzejszej krytyki polityki rosyjskiej i zagrożenia jakie Rosja stanowi nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd PiS nalegał, aby administracja Trumpa uniemożliwiła Rosji budowę po dnie Bałtyku drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2.

Polska w rozmowach z administracją Trumpa wykazywała zainteresowanie dostawami amerykańskiego gazu skroplonego po to, aby uniezależnić się od gazu rosyjskiego mimo, że gaz amerykański jest droższy od rosyjskiego. Amerykanie z zadowoleniem podjęli rozmowy na ten temat ponieważ mają nadwyżki w produkcji tego surowca. Rząd Polski zabiegał o stała bazę wojskową w Polsce, w miejsce rotacyjnej obecności wojska amerykańskich w Polsce. Trump jednak obiecał, że o sprawie tej rozstrzygnie Kongres w przyszłym roku. Obecnie w Polsce stacjonuje ok. 4 tysiące żołnierzy amerykańskich na zasadzie rotacji.

Prezydent Trump jako biznesmen był otwarty na rozmowy na temat współpracy gospodarczej i w dziedzinie obronności. Osobiście Trump oraz jego współpracownicy podkreślali, że zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego powinien odbywać się wyłącznie na zasadach rynkowych.

W końcu 2017 r., kiedy Donald Trump zasiadał w Białym Domu wybuchła kłopotliwa dla Trumpa sprawa zatrudnienia przez jego firmę w budownictwie, w latach 1980-tych na czarno polskich robotników. Kiedy robotnicy chcieli podać Trumpa do sądu za skandaliczne warunki pracy, on zagroził im, jako nielegalnie przebywającym w USA deportacją do Polski.

Andrzej Duda przelotnie spotkał się z Donaldem Trumpem wcześniej. Były to bardzo krótkie rozmowy, chociaż kancelaria polskiego prezydenta starała się nadać tym dość przypadkowym spotkaniom merytoryczny charakter. M.in. po takim spotkaniu na forum ekonomicznym w Davos, w styczniu 2018 r. kancelaria prezydenta Dudy informowała samochwalczo, ż obaj prezydenci rozmawiali o współpracy gospodarczej polsko-amerykańskiej „szczególnie w obszarze energetyki oraz inwestycji amerykańskich firm w Polsce”. Prezydenci potwierdzili bardzo dobry stan relacji politycznych obu krajów oraz osobistą wzajemną sympatię.

Do przelotnego przypadkowego spotkania prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem doszło w czasie szczytu NATO w Brukseli, w lipcu 2018 r. Kancelaria polskiego prezydenta uczyniła z tego zdarzenia ważne merytorycznie wydarzenie informując, że obaj prezydenci omawiali sprawę wzmocnienia polsko-amerykańskiej współpracy militarnej m.in. w zakresie sprzętu wojskowego oraz o współpracy jednostek wojskowych obu krajów.

Należy jednak pamiętać, że prezydent Donald Trump jest nieprzewidywalny i zmienny w swoich poglądach. W odstępie kilku dni potrafi wygłosić różne poglądy na ten sam temat. Jest podatny na różne sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jak i zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

 

Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Upadek wizerunku

Za prezydentury Donalda Trumpa wizerunek Stanów Zjednoczonych na całym świecie sięgnął historycznego dna. To wnioski płynące z wyników sondażu, jaki przeprowadzono w 25 krajach. Takie są skutki polityki wojny, arogancji i izolacji.

 

Sondażownia Paw Research Center przeprowadziła badanie, z którego jasno wynika, że USA są postrzegane na świecie coraz gorzej. Największe spadki zaufania do Stanów Zjednoczonych – w porównaniu z kadencją Baracka Obamy – dokonały się w krajach z nimi sąsiadujących. Meksykanie dobrze wiedzą, że prezydent Trump skłonny jest o upadek USA obarczać ich rodaków jadących tam za chlebem. Znają jego zapowiedź wybudowania muru na granicy z Meksykiem, by powstrzymać napływ imigrantów. Nic zatem dziwnego, że w kraju tym poziom zaufania do USA spadł o ponad połowę: z 66 proc. do 32 proc. W Kanadzie spadek okazał się podobny. Ufność wobec Stanów deklaruje 39 proc. Kanadyjczyków, co oznacza wynik znacznie gorszy niż 65 proc. z okresu pod koniec prezydentury Obamy. Nazwanie premiera Justina Trudeau “słabeuszem” przez Trumpa miało w tym zapewne jakiś udział.

Mimo wielkich demonstracji przeciwko Trumpowi, jakie odbyły się w Londynie, Brytyjczycy nadal są Stanom Zjednoczonym względnie przychylni, bo pozytywnie je ocenia aż 50 proc. mieszkańców UK. Tak czy inaczej, tam też nastąpił spadek – o 11 pkt. Państwa Europy Zachodniej są generalnie nieprzychylne Ameryce. Pozytywnie ocenia USA 38 proc. Francuzów, 30 proc. Niemców i 42 proc. Hiszpanów. Z krajów skandynawskich najlepiej Amerykanów postrzega Szwecja (44 proc.). Niekwestionowanym liderem uwielbienia dla USA w Europie jest oczywiście Polska z 70 proc. głosów na “tak”.

Światowymi rekordzistami pozytywnego stosunku do Stanów są niezmiennie Izrael (83 proc.) i Korea Południowa (80 proc.). Są jedynie trzy państwa, gdzie nastąpił wzrost zaufania do USA od czasu, gdy w Białym Domu zamieszkał Trump: Izrael, Rosja i Kenia. W przypadku Rosji jednak dokonał się poważny spadek w ciągu ostatniego roku. W 2017 r. USA zyskało pochlebne oceny aż 41 proc. Rosjan. Dzisiaj jest to już tylko 26 proc.

Jeszcze gorsze oceny niż Stany Zjednoczone zbiera na świecie sam prezydent USA. Wizerunek Donalda Trumpa ma się najgorzej w krajach Europy Zachodniej. To wręcz dramat: UK – 28 proc. ocen pozytywnych, Niemcy – 10 proc., Francja – 9 proc., Hiszpania 7 proc. Ogólnoświatowa ocena prezydenta USA (27 proc.) sytuuje go na gorszej pozycji od Władimira Putina (30 proc.), ale lepszej niż prezydenta Chin Xi Jin Pinga (24 proc.)

Globalna ocena USA przedstawia się źle na wielu wymiarach. Np. obecnie jedynie 51 proc. respondentów z 25 państw uważa, że w Stanach respektuje się wolności obywatelskie. Oznacza to spadek. Co jednak ciekawe, w wielu krajach, zwłaszcza europejskich wiara w to zaczęła się poważnie załamywać jeszcze za kadencji Obamy, po 2013 r. Tendencja ta wystąpiła nawet w Polsce.

Aż 70 proc. pytanych odpowiedziało, że Ameryka nie bierze w swej polityce pod uwagę interesu innych państw. Co znamienne, jednym z nielicznych państw gdzie nastąpił w ciągu ostatniego roku wzrost wiary w to jest Polska (38 proc., +4 pkt). Badanie wykonano oczywiście jeszcze przed niedawną kompromitującą wizytą prezydenta Dudy u Trumpa. Największy wzrost wiary w to, że USA respektują dobro innych krajów nastąpił w Izraelu (86 proc., +17 pkt).

Granice godności cudzoziemca

Państwo polskie nie potraktowało Ludmiły Kozłowskiej dobrze, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale tak samo potraktowało również innych wydalonych cudzoziemców. Dziś o ich prawa nikt się nie upomina, nawet Kozłowska, która, jak się okazuje, swobodnie krąży po Unii Europejskiej i opowiada o tym, co ją spotkało.

 

Trudno jej się dziwić – robi dokładnie to, co zrobiłby każdy w jej sytuacji: nagłośniłby sprawę gdzie się da. Co razi, to fakt, iż nie mamy do czynienia z jednym partykularnym przypadkiem. Z Polski bez ostrzeżenia wyleciała nie tylko ona, ale również Rosjanin Leonid Swiridow – dziennikarz, czy Irakijczyk Ameer Alkhawlany – doktorant Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prócz tego w ostatnim czasie odbyło się jeszcze kilka głośnych deportacji np. Anny Zacharian i dwóch innych Rosjanek. Ostatnio do tego grona dołączył Czeczen Azamat Bajdujew podejrzany o terroryzm. Nie wiemy, jak z nim było. Miał walczyć w szeregach Państwa Islamskiego. To oskarżenie o wiele poważniejsze niż „branie udziału w wojnie hybrydowej”. Ale Rosja, w której przebywał legalnie przez jakiś czas, nie miała do niego większych zastrzeżeń.

Oczywiście, sposób, a jaki przebiegała procedura opuszczenia granic Polski przebiegał z naruszeniem ich godności: cudzoziemcy zostali rozdzieleni z bliskimi, z dnia na dzień przemeblowano im życie, nie mieli też poczucia, że postępowanie skutkujące ostatecznie deportacją, prowadzone było w sposób przejrzysty.

Ale tylko jedna osoba dostała szansę, by do zakazu się nie zastosować. Bruksela wydała wizę dla Ludmiły Kozłowskiej, która dla unijnych urzędników i polskich gwiazd europolityki jest po prostu miłą i sympatyczną panią z Ukrainy, która prowadzi fundację pomagającą ludziom. Przy okazji w całą sprawę wkrada się karta bieżącej polityki, bo wydalenie Kozłowskiej, żony Bartosza Kramka, autora zrywnego tekstu „Wyłączmy rząd” – jest wodą na młyn przeciwników Prawa i Sprawiedliwości. Należy więc oczekiwać, że kartą Kozłowskiej będą oni grać aż do kompletnego wyczerpania się tego paliwa.

Zastanawia natomiast na jakiej zasadzie Zieloni i frakcja liberałów w PE dokonały oceny zasadności decyzji podjętej przez polskie władze. Bo niestety na razie wygląda na to, że były to przysłowiowe „ładne oczy” – w tym wypadku chwytliwa historia, wpisująca się narracyjnie z zatargi, jakie ma Polska z unijnymi instytucjami, odkąd w Warszawie rządzą tandemy Kaczyński-Szydło i Kaczyński-Morawiecki. Guy Verhofstadt nie miał wglądu w żadne dokumenty sprawy Kozłowskiej, w które nie miały wglądu polskie służby. Prawdopodobnie nie miał wglądu w żadne dokumenty, nie mówiąc już o tym, że nie miał wglądu w akta pozostałych cudzoziemców wydalonych z Polski. Czy można zatem mówić o dyskryminacji?

Faktem jest, że cała Europa od 2014 traktuje Ukrainę jak młodszego, biedniejszego brata, którego należy za uszy ciągnąć, by zdał na dwójach do następnej klasy. Do tego dochodzi współczucie spowodowane przekonaniem, iż Ukraińcy są wyłącznymi ofiarami konfliktu zbrojnego w Donbasie.

Jak inaczej wyjaśnić wybiórczy euroentuzjazm dla udzielenia pomocy szefowej Otwartego Dialogu – jej i tylko jej?

„Prawo międzynarodowe co do zasady uprawnia państwo w wyjątkowych sytuacjach do decyzji o wydaleniu cudzoziemca ze swojego terytorium. Źródłem tego uprawnienia jest suwerenność wewnętrzna, a celem – ochrona szeroko rozumianych interesów państwa. W polskim systemie prawnym interesy państwa nie zostały normatywnie zdefiniowane, co w konsekwencji umożliwia państwu dokonywanie szerokiej interpretacji przesłanek uzasadniających wydalenie” – pisze Vita Zahurovska w „Polskim Roczniku Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego” w tekście pt. „Naruszenie prawa cudzoziemca do życia rodzinnego na skutek jego wydalenia z terytorium Polski”.

– W sądzie zapytałem sędziego, dlaczego zostałem zatrzymany i usłyszałem, że jest to objęte tajemnicą. Wciąż nie wiem, dlaczego aresztowano mnie – mówił w 2016 roku Irakijczyk Ameer Alkhawlany po tym, jak nagle ABW uznała go za człowieka zagrażającego bezpieczeństwu Polski. –Jestem naukowcem, prowadzę projekt badawczy. Zawsze starałem się trzymać z dala od problemów. Nigdy nie zrobiłem niczego, przez co można byłoby uznać, że mogę zagrażać bezpieczeństwu Polski. Dla mnie to jest wszystko absurdalne.
Nie zajmował się nawet polityką międzynarodową. Był adiunktem w Instytucie Nauk o Środowisku.

Dziennikarz Leonid Swiridow przeszedł podobną drogę, tylko z polskim systemem walczył dłużej. Polskie służby podawały lakoniczne komunikaty o tym, że organizował konferencje i imprezy dla dziennikarzy, na których promował rosyjskie inicjatywy gospodarcze. Najwyraźniej uznano to za działalność podobną do szpiegowskiej, mimo iż nie usłyszał zarzutów przed sądem.
– Oddałem temu krajowi w sumie 18 lat mojego życia i uważam, że taka decyzja wobec mnie jest absolutnie niesprawiedliwa zarówno z prawnego, jak i ludzkiego punktu widzenia – mówił opuszczając granice Polski.

Im wszystkim ABW utajniło dokumenty, wytwarzając poczucie zagrożenia i zagęszczając wokół nich atmosferę. Ludmiła Kozłowska dostała w Brukseli szansę, aby przemówić w ich imieniu, nie tylko swoim własnym. Miejmy nadzieję, że jeszcze ją wykorzysta. Ponoć jeszcze chwilę tam zabawi.

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.

Amerykańska zamiast irańskiej

Polska, w ramach dywersyfikacji dostaw ropy, powinna zawrzeć długoterminową umowę z Iranem, ale jest to niemożliwe, gdyż na zawarcie takiej umowy nie zgodzą się Stany Zjednoczone. USA, w ramach sankcji wprowadzanych na Iran w interesie Izraela, chcą bowiem irańską ropę zastąpić własną. Rząd PiS nie będzie się zaś oczywiście sprzeciwiać zaleceniom rządu amerykańskiego (zwłaszcza po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu).
Nie pójdziemy więc w ślady Chin, które informują, że utrzymują normalne, niezmienione kontakty handlowe z Iranem. Wszystko wskazuje na to, że import irańskiej ropy przez Polskę zakończy się na tankowcu, który w kwietniu 2018 r. przypłynął do Gdańska i przywiózł 130 tys. ton ropy z Iranu. Już ta transakcja nie spotkała się z dobrym przyjęciem przez ambasadę amerykańską, a późniejsze pogłoski o możliwości ewentualnego zawarcia długoterminowego kontraktu na dostawy irańskiej ropy wywołały niezadowolenie ambasady USA.
Polskie władze na pewno więc nie podpiszą umowy z Iranem, a w zamian za to będą kupować ropę od Stanów Zjednoczonych i zaprzyjaźnionej z nimi Arabii Saudyjskiej.

Orzeł z tryzubem

To nieprawda, że rządzące obecnie Polską elity PiS nie akceptują ukraińskich nacjonalistów. Zwłaszcza tych pielęgnujących bojowe tradycje Ukraińskiej Powstańczej Armii i patriotyzm Stefana Bandery.
To tylko takie wrażenie wywołane znaną wypowiedzią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego skierowaną do prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki.
Przestrogą, że Ukraina pod sztandarem Stefana Bandery nigdy do Europy, czyli Unii Europejskiej nie wejdzie. Bo w takim przypadku mocarstwowa Polska skutecznie zablokuje akcesję Ukrainy do Unii.

 

I do NATO też.

Ale słowa pana prezesa okazują się być tylko pustymi słowami. Ot starszy pan coś tam sobie powiedział, czymś tam publicznie zagroził. Bo w życiu realnym IV Rzeczpospolita nie tylko współczesnych banderowców nie blokuje, ale nawet już zaprasza ich na europejskie salony.
European Security Academy, czyli Europejska Akademia Bezpieczeństwa to prestiżowa wrocławska uczelnia szkoląca specjalistyczne kadry. Dla wojskowych jednostek specjalnych i dla przeróżnych elitarnych agencji ochrony. Aby tam się kształcić trzeba mieć szczególne kwalifikacje i referencje. To nie jest uczelnia dla osób, które w tej chwili nie mają pomysłu na życie i chcą gdzieś się przechować.
Dwa tygodnie temu uczelnia stała się sławną z innego powodu. Dziennikarz Ołeksiej Kuzmienko ustalił, że w ciągu ostatnich trzech lat Europejska Akademia Bezpieczeństwa przynajmniej kilkakrotnie szkoliła aktywistów ukraińskich organizacji neonazistowskich.
Wśród nich byli ochotnicy pułku „Azow” znanego z walk z separatystami na wschodzie Ukrainy.
Różni eksperci różnie oceniali walory bojowe „Azowa”. Za to często „Azowowcy” byli oskarżani o neonazistowskie sympatie. O wyznawanie rasistowskiej ideologii „białej siły”.
Europejskie, antyfaszystowskie stowarzyszenia nieraz odnajdywały w Internecie zdjęcia, na których „Azowcy” prezentują swoje tatuaże ze swastykami. Wykonują gesty znane jako „hajlowanie”. Maszerują z czarnymi flagami z celtyckimi krzyżami, czyli symbolami neofaszyzmu.
Wśród kursantów Europejskiej Akademii dziennikarze odnaleźli Iwana Pilipczuka, działacza skrajnie prawicowej organizacji „Tradycja i Porządek”. Wsławionej na Ukrainie atakami na Romów, środowiska LGBT i pro europejskich działaczy na rzecz praw człowieka. Odnotowali też udział w szkoleniach reprezentacji faszyzującego Korpusu Narodowego i bojówkarzy „Narodowej Milicji”.
Wszyscy oni znani są z żarliwego kultu Stefana Bandery i konsekwentnego negowania ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu w czasie drugiej wojny światowej. Pomimo tych, nieskrywanych przez nich sympatii, ci aktywni mężczyźni mogli w skupieniu zdobywać europejską wiedzę. Potwierdzaną potem przez odpowiednie, szanowane w całej Europie, certyfikaty.
Dwa tygodnie minęły od ujawnienia informacji o tych skandalicznych wydarzeniach.

 

I nic.

Prezes European Security Academy, dr Andrzej Bryl poproszony przez dziennikarzy o skomentowanie tych bulwersujących informacji, zasłonił się tajemnicą handlową.
„Proszę przyjąć, że informacje podawane przez portale internetowe mogą być nieprecyzyjne” powiedział też dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”.
I na tym reakcja polskich, wolnych, europejskich mediów skończyła się. Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało.
Nie tak dawno pan minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński obiecywał powołanie specjalnego zespołu ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu i innych ustrojów totalitarnych.
Czy taki zespół powstał czy znowu skończyło się na PiS-owskich obiecankach dla przysłowiowego „ciemnego ludu”?
Wygląda na to, że zespół pracy nie podjął. Bo wygląda na to, że elitom PiS nie przeszkadzają nie tylko polscy „Niziole”, ale też nie wadzą im bardzo aktywni i nie ukrywający się po lasach ukraińscy neofaszyści. Przeciwnie, za swą antylewicową retorykę mogą liczyć w IV Rzeczpospolitej na premie w postaci studiów na europejskich akademiach.
„Biała siła” ukraińska może liczyć na wsparcie i bratnią pomoc „patriotów” z białym orłem na piersiach.

Głos lewicy

Módlmy się..?

Publicysta Łukasz Moll wypowiedział się na temat tego, jaki stosunek do kościoła katolickiego i jego funkcjonariuszy powinna mieć lewica:
Lewica może być niewierząca, ale musi być katolicka i antyklerykalna jednocześnie
Powiem szczerze, że nie odnajduję się zupełnie w zwyczajowych podziałach wyznaczający na lewicy stosunek do religii katolickiej. Jestem przekonanym ateistą, ale ten fakt nie bardzo mobilizuje mnie do walki z kościołem, a już na pewno nie nastraja mnie negatywnie do osób autentycznie religijnych, które nie są przy tym bigotami. Z drugiej strony, doceniam i interesuję się inicjatywami katolewicowymi i ogólnie lubię rozmawiać z ludźmi głęboko uduchowionymi, o ile nie są dewocyjnymi natrętami. Zażenowany jestem za to mało błyskotliwym antyklerykalizmem i filmy w rodzaju „Kleru” Smarzowskiego uważam raczej za mało wyrafinowane. Ale – dla równowagi – lubię sobie czasem dla zabicia czasu pooglądać internetowe cenzopapy i co lepsze momenty w wykonaniu Jerzego Urbana. To są jednak kwestie estetyczne. Mam zrozumienie dla tych, którzy jarają się „Klerem”, bo wiem, że ten mój stosunek wpływa z inteligenckiego i w gruncie rzeczy elitarnego skrzywienia. Lewica, jeśli ma być populistyczna, nie powinna się od tego ludowego antyklerykalizmu odcinać, powinna za to umieć się nim posługiwać.
Na pewno nie przekonywały mnie nigdy rzekomo „pragmatyczne” podejścia, typu „społeczeństwo jest katolickie, tradycjonalistyczne, nie można mówić o kościele źle, trzeba tematu unikać, a może nawet czasem sklepać pacierz na kolanach w blasku fleszy”. To jakaś ordynarna, elitarna projekcja rzutowana na polskie społeczeństwo z góry. Występuje ona też w wersji oświeceniowej, w której chodzi o jak najszybsze wyleczenie Polaków z religii. Tak czy owak, w obu wersjach społeczeństwo widziane jest w przesadnie konserwatywnych odcieniach.
Ale przyznam też, że za jeszcze bardziej elitarne uznaję te wszystkie stylizowane na ludowość, na wyrastanie z polskiej tradycji inteligenckie projekty katolewicowe. O ile odcinanie się od katolicyzmu jest mniejszościowe i jakoś elitarne, o tyle uczona rozmowa o teologii, duchowości i związkach chrześcijaństwa z socjalizmem jest już elitarna do sześcianu. To jest ciekawa perspektywa dla wrażliwej wielkomiejskiej młodzieży, tak wierzącej, jak i niewierzącej, ale nic poza tym. Twierdzę – na co nie mam dowodu, ale ufam tu swojej intuicji – że polska religijność jest zasadniczo rytualna, bezmyślna i ma znaczenie głównie na poziomie reprodukcji wspólnotowych form bycia razem, przeżywania ważnych momentów życiowych czy wyposażania w zestaw całkiem przyziemnych norm, potwierdzanych na pokaz. Chcieć z polskim katolikiem rozmawiać o Bogu, o wierze, zachęcać do lektury Pisma, do zaangażowania w sprawy parafii, do podążania za papieskimi encyklikami to postawa, która będzie odbierana jako bardziej dziwaczna i inwazyjna niż olewanie kościoła albo atakowanie go. Statystyczny polski katolik nic o tych sprawach wiedzieć nie chce. Przykro mi, katolewicowcy, lubię Was, współczuję Wam, ale nic nie zdziałacie.
Jednak w związku z tym, że na poziomie rytuałów, nawyków, symboli, kalendarza itd. katolicyzm odgrywa w Polsce bardzo istotną rolę, lewica nie może sobie pozwolić na to, żeby go ignorować. Sądzę tylko, że całe to gadanie o świeckim państwie, o Konstytucji, o konkordacie, o religii poza szkołą,o klauzuli sumienia jest zupełnie oderwane od tego poziomu rytualnego, a skupia się za to na sprawach, które nie wyzwalają większego zainteresowania. To, co mogłoby zadziałać to antyklerykalizm skoncentrowany na przywilejach kleru, przede wszystkim tych związanych z majątkiem i władzą. Antyklerykalizm, który może nawet w większej mierze pociągać katolików niż nie-katolików. I w tym sensie lewica musi być katolicka – poprzez pomaganie wiernym w organizacji gniewu na „czarnych” – chociaż może być sobie niewierząca. Dlatego pójdę na „Kler”, bo doceniam to, że Smarzowski postanowił w księży przywalić – artystycznie nie musi mi się ten projekt podobać, bo to nie ja jestem jego adresatem. Ogólnie sądzę, że skala afer pedofilskich i pazerności kleru stwarza podglebie dla antyklerykalizmu. Ewidentnie dostrzegła to jakiś czas temu Partia Razem, która szybko od autocenzury („nie drażnijmy kościoła”) przeszła na pozycje antyklerykalne, choć bez takiej ludowej rubaszności raczej w pełni tej szansy nie wykorzysta.

Prawo i skuteczność

Nowy impuls dla przyśpieszenia polsko-chińskiej współpracy gospodarczej.

 

„Zgodnie z prawem i skutecznie” – tak działać będzie powołana 22 września w Warszawie „Chińsko-Polska Izba Gospodarcza”. Powiedział o tym jej prezes Han Bao Hua, który zapewnił , że promowanie solidnych, wiarygodnych chińskich firm będzie jednym z podstawowych zadań Izby.
Polska dzięki swemu położeniu geograficznemu jest bramą do Europy wielkiego chińskiego globalnego projektu geopolitycznego, znanego jako „Nowy Jedwabny Szlak. Morski i lądowy”. Warszawa jest nieformalną stolicą chińsko – europejskiej grupy współpracy gospodarczej , zwanej „Formatem 16 + 1”. Nic dziwnego, że chińskie zainteresowanie Polską w ostatnich latach wzrasta. Widać to nie tylko dzięki wzmożonej aktywności delegacji chińskiego biznesu, ale też turystów z Chin – mówił podczas inauguracji Izby ambasador Chińskiej Republiki Ludowej Liu Guangyuan.
W zeszłym roku Polskę odwiedziło 140 tysięcy Chińczyków, w tym roku prognozy sięgają 200 tysięcy. W Polsce mieszka już ponad 15 tysięcy Chińczyków, reprezentujących liczne chińskie firmy.
Ambasador Liu Guangyuan oświadczył, że władze chińskie przyjęły politykę popierania chińskich społeczności żyjących poza granicami Państwa Środka, zwłaszcza wspierania aktywności ich firm.
Do dotychczasowej działalności biznesowej mieszkających w Polsce Chińczyków nawiązał w swym wystąpieniu były wicepremier i minister gospodarki, prezes Izby Przemysłowo Handlowej Polska – Azja Janusz Piechociński. Przypomniał wzorcową współpracę gminy Lesznowola z chińskim biznesem, której efektem jest największe w Europie Środkowo – Wschodniej azjatyckie centrum handlowe w Wólce Kosowskiej, Zarządzane przez firmę GD Poland.
Teraz to Chińskie Centrum Handlowe powinno przekształcić się z polskiego w centrum środkowo europejskie, przekonywał Janus Piechociński. Zaproponował też, aby każda chińska firma wchodząca na rynek polski i europejski przeszła szkolenie z obowiązującego w Unii Europejskiej prawa. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją i polskimi partnerami.
Symbolem takiej dbałości o poszanowanie prawa przez nowopowstała Izbę był wykład profesora Hieronima Kulczyckiego z Naczelnego Sadu Administracyjnego. Prezentujący polski , czyli europejski system rozstrzygania sporów gospodarczych chińskim partnerom.
„Dbałość o przestrzeganie prawa jest warunkiem koniecznym dla funkcjonowania chińskich firm w Polsce”, podkreśliła przewodnicząca Rady Nadzorczej Izby, znana ekspertka gospodarcza Zange Czeng Jaworska. „Jednak niezwykle ważne jest też poznanie polskiej kultury biznesowej przez chińskich biznesmenów i chińskiej kultury biznesowej przez biznes polski.
Także kultury i historii obu narodów.
I w Polsce i w Chinach popularne jest przysłowie „ Przez żołądek do serca”. Nasza Izba Gospodarcza chce promować i uczyć nie tylko kulturę biznesową obu narodów. Biznes powinien wpierać promocję chińskiej i polskiej kultury, upowszechnianie i zrozumieniu historii obu naszych narodów”.