Flaczki tygodnia

Zmarł senator John McCain. W 1967 roku bombardował elektrownię w Hanoi i został zestrzelony przez wietnamską obronę. W niewoli wykazał się charakterem. Nie ujawnił wojskowych tajemnic pomimo tortur. Odmówił też złożonej mu propozycji indywidualnego zwolnienia, kiedy Wietnamczycy dowiedzieli się, że pojmany jest synem admirała. I taki gest mógłby poprawić wizerunek Wietnamu Północnego w światowej opinii publicznej.
McCain doczekał końca wojny w 1973 roku w ciężkich warunkach w wiezieniu Hoa Lo, zwanym, ponuro i szyderczo, przez amerykańskich jeńców „Hanoi Hilton”. Do USA wrócił w glorii bohatera wojennego i zrobił karierę polityczną w Senacie.

***

Pomimo niezłego wycisku jakiego dostał w wietnamskiej niewoli, McCain szybko stał się rzecznikiem porozumienia amerykańsko-wietnamskiego. Pierwszy raz wrócił tam w 1985 roku i był przyjmowany nie tylko z należnymi senatorowi honorami. Stał się autentycznym bohaterem wietnamskiej ulicy, bo choć to były wróg, to jednak gość z charakterem. A takich Wietnamczycy cenią. W ostatnich latach McCain uważany był za jednego z najaktywniejszych prowietnamskich lobbystów w Senacie USA i jednego z najbardziej popularnych Amerykanów w Wietnamie. Mógł też spokojnie i wygodnie przespać się w Hanoi Hilton Opera, bo po zwycięstwie wietnamskiego komunizmu także ta sieć hotelowa pojawiła się w najważniejszych miastach Wietnamu.

***

Postać senatora Johna McCaina dedykuję polskim politykom. Zajmujących się głównie pogłębianiem historycznych konfliktów i różnic oraz tworzeniem nowych podziałów. Wzniecaniem konfliktów i sporów międzynarodowych, rozpalaniem walk plemiennych.
Gdyby polscy politycy zostali gdzieś zestrzeleni, to do końca swego życia żalili by się wszem i wobec na taką „dziejową niesprawiedliwość”. I do końca życia rościliby sobie pretensje do sutego, pieniężnego odszkodowania. Ani słowem nie wspominając, że trafieni zostali w czasie zbrodniczego nalotu, bombardowania ludności cywilnej. A przed swą śmiercią całą swoją nienawiść do dawnych wrogów i wszystkie swoje roszczenia do reparacji za swe krzywdy, prawdziwe i rzekome, zapisaliby w testamencie dzieciom, wnukom i prawnukom.

***

W Polsce, zwłaszcza obecnej, widzimy takie dziedziczenie nienawiści i wrogów, nawet tych ubiegłowiecznych. Dziedziczenie strachu przed podstępnym, wykreowanym wrogiem. Szczególnie pielęgnują takie dziedzictwo narodowe elity PiS. W pisowskim postrzeganiu świata wszędzie czyhają na Polskę wraży antypoloniści. Nawet współczesne Niemcy, największy obecny polski partner gospodarczy i współtwórca wzrostu polskiego PKB, to tylko „resortowe dzieci” wrogich nazistów.

***

Oczywiście nikt nie wyprzedzi putinowskiej Rosji w rankingu pisowskich wrogów Polski. Nawet banderowska Ukraina z trudem walczy o prestiżowe miejsce na tym podium z podłym Izraelem, chytrą RFN i zmurzyniałą Francją. Rosja, jak od lat słyszę, jest po prostu genetycznie antypolska. Stale marzy o ataku na Polskę i zajęciu Warszawy. Na razie podstępnie pompuje w Polskę swój gaz, aby uzależnić od niego Polaków, jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.
Dlatego rządzące obecnie elity PiS obiecują przysłowiowemu, polskiemu „ciemnemu ludowi” dumnie brzmiącą „suwerenność energetyczną”. Że po 2020 roku nie będziemy już kupować gazu od Rosji, jak cała Europa, tylko przejdziemy na gaz skroplony przesyłany nam z bratniego Kataru, USA, a może nawet i z Australii. Właśnie prezydenccy ministrowie ogłosili, że podczas wizyty pana prezydenta Dudy na antypodach rozmawiano tam nie tylko o zakupie wysłużonych fregat, ale i o australijskich gazowych kontraktach.

***

Co prawda gaz z USA, z Australii, i nawet z Kataru, droższy może być niż ten rosyjski. Ale PiS-owska „suwerenność energetyczna” nie ma ceny. Jest bezcenna, jak honor pułkownika Józefa Becka zademonstrowany w 1939 roku.

***

Kiedy cała PiS-owska propaganda trąbi o dumnej, antyrosyjskiej „suwerenności energetycznej”, stale czytam w legalnych gazetach, że rośnie nam lawinowo import węgla z Rosji. W tym roku będzie to aż 16 milionów ton. W zeszłym było poniżej 12 milionów. Węgla w Polsce potrzeba, bo Polska energetyka oparta jest na węglu, jeszcze z czasów, kiedy Polska na węglu stała. Teraz krajowe wydobycie leży, bo pokłady węgla wyczerpują się, a pozostałe są drogie w eksploatacji. Kupujemy nawet antracyt z złóż w ukraińskim Donbasie, władanym przez prorosyjskich separatystów.

***

Aktualny rząd polski nie uznaje zajęcia Krymu i Donbasu przez Rosję i separatystów. Ale rosyjski węgiel kupuje, nawet ten z Donbasu, czyli ukradziony ukraińskim właścicielom kopalń. To tak jakby rząd PiS nie uznawał prawa Niemców do holocaustu, czyli mordowania Żydów, ale kupował od nich zrabowane Żydom złote zęby. Bo złota w Polsce potrzeba, no i cena też atrakcyjna.

***

Skoro z roku na rok rośnie nam import węgla z Rosji, to mamy czy nie mamy do czynienia z utratą „suwerenności energetycznej”? Uzależniania polskiej energetyki od rosyjskich dostaw?

***

Jeśli nie ma tu mowy o „utracie suwerenności”, to po co te gadki o uniezależnieniu się od rosyjskiego gazu? Żeby uzasadnić wyższe wydatki na gaz amerykański i katarski? Żeby ubrać w patriotyczne mundury amerykańskich dilerów gazu skroplonego?

***

Teraz coś optymistycznego. Katolicka Agencja Informacyjna podała, że papież Franciszek na najbliższym Światowym Spotkaniu Rodzin będzie nosił szaty liturgiczne zaprojektowane i wykonane przez jeden ze start-upów z Polski. Rodzinną firmę Haftina z Piotrkowa Trybunalskiego. Podobne szaty, zwłaszcza kolorowe, haftowane w celtyckie wzory ornaty, założą też biskupi koncelebrujący z Franciszkiem mszę świętą w dublińskim Phoenix Park w dniu 26 sierpnia. Dzięki temu polskie firmy mogą stać się wiodące na światowym rynku ornatowym. Wręcz uzależnić globalny kler katolicki od dostaw polskich ornatów. Jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.

***

Poświęcony ornatowej problematyce, najnowszy film Wojciecha Samrzowskiego „Kler”, jeszcze przed wejściem na ekrany, został skrycie oprotestowany przez hierarchów polskiego kościoła kat.
Teraz czekają nas już protesty jawne. No i szturm katolickich widzów na sale kinowe. Bo polski katolik chce odreagować powszechne kościelne zakłamanie. Pośmiać się z „nich”. Czyli z siebie.

Głos lewicy

Żeby ludzie byli szczęśliwi

– W Warszawie od wielu lat mamy postęp, dużo się buduje, powstały wiadukty, rozbudowano metro, ale na cóż nam wiadukty i metro kiedy ludzie nie są szczęśliwi? Mówię tak, ponieważ fundamentem ideologicznym naszej kampanii będzie książka „Szczęśliwe miasto” autorstwa Charlesa Montgomery, po prostu pragniemy, aby warszawianki i warszawiacy byli szczęśliwi – podsumował kandydat na prezydenta stolicy i nakreślił wizję miasta, w którym „każdy ma coś do powiedzenia i decyduje o tym, co się wokół niego dzieje. – Aby żyć w szczęśliwym mieście, to miasto to musi być społeczne, należeć do jego mieszkańców, musi być zarządzane przez warszawianki i warszawiaków – podkreślił. Hasło to jest lewicowe, ja jestem kandydatem lewicy i mam zamiar prezentować program społeczny – obwieścił Rozenek.
Drugim punktem spotkania z dziennikarzami była prezentacja szefa sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Warszawy Andrzeja Rozenka, a którym został Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie i wiceprzewodniczący partii w kraju. – Sebastian Wierzbicki jest osobą znaną w Warszawie, to samorządowiec z krwi i kości. Bez jego pomocy nie wyobrażam sobie robienia kampanii, ponieważ jego znajomość realiów miasta, budżetu Warszawy, problemów mieszkańców jest tu nieodzowna – zaznaczył Andrzej Rozenek. – Sebastian Wierzbicki będzie mógł mi doradzić sprawach, które w Warszawie można lub nie można zrobić. Podkreślam – nie można zrobić. Ponieważ jak słyszę to o czym opowiadają pozostali kandydaci, to najwyraźniej nie mają oni pojęcia o budżecie Warszawy, ani o możliwościach tego pięknego miasta, ani nawet o planach, które stolica już przecież posiada i są one w trakcie realizacji – oświadczył polityk lewicy. – Do moich kontrkandydatów zdaje się to nie dociera – dodał.
– Ruszamy! Dziś Andrzej Rozenek przedstawił hasło z jakim idziemy do tych wyborów. Pragniemy być każdego dnia wśród ludzi, zamiast licytować się na linie metra, ponieważ te obietnice naszych konkurentów są absurdalne – rozpoczął swoje wystąpienie Sebastian Wierzbicki. – Ich wykonanie nie będzie możliwe przez najbliższe trzy lata, a jednak te obietnice padają – dodał. – Pragniemy przedstawić program, który będzie odpowiedzią na rzeczywiste bolączki warszawianek i warszawiaków, zarówno na te małe, jak i na te duże. W najbliższych dniach zaprezentujemy szczegóły tego programu. Jeszcze wcześniej zaprezentujemy państwu ekipę, która pod przywództwem Andrzeja Rozenka zmieni to miasto, przedstawimy liderów list do rady miasta oraz liderów do mazowieckiego sejmiku. Już dziś mogę zapowiedzieć, że będą to najmocniejsze listy jaki wystawi jakikolwiek komitet, który wystartuje w wyborach samorządowych – zachęcał polityk Sojuszu. – Tworzymy ekipę, która zna miasto i wie co trzeba w nim zmienić – dodał.
– Mamy kandydata na prezydenta, o czym jestem przekonany, w drugiej turze zmierzy się z Patrykiem Jakim i docelowo sprawi, iż miasto nie będzie we władaniu Prawa i Sprawiedliwości – zapowiedział Wierzbicki.

 

Nie będzie koalicji

– Do tego, aby obronić przed PiS samorządy, wystarczy spełnić trzy punkty. Punkt pierwszy. Doprowadzić do kontroli wyborów, aby zostały przeprowadzone uczciwie i głosy zostały policzone uczciwie. I tu jest potrzebna ogromna praca wszystkich partii, wszystkich organizacji społecznych, które są zaangażowane w obronę demokracji. Punkt drugi. Tam gdzie będzie druga tura w wyborach, należy się zobowiązać, że nie głosujemy na kandydata z PiS. I to wszystkie partie oraz organizacje opozycyjne powinny podpisać własną krwią. Punkt trzeci. Po wyborach nigdzie nie wchodzimy w żadne koalicje z PiS, kordon sanitarny wokół PiS – oświadczył Andrzej Rozenek w programie „Crash Test”.
– Na te warunki mogłyby się zgodzić wszystkie partie i organizacje społeczne, jeżeli tak się stanie PiS nigdzie nie przejmie władzy, w żadnym samorządzie – podkreślił kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy. – Spełniając te trzy punkty możemy ze sobą współpracować, ale i pięknie różnić nie rezygnując ze swoich szyldów i programów. Narracja Grzegorza Schetyny, że albo idziemy razem albo PiS wygrywa jest po prostu nieprawdziwa – podsumował Rozenek.

Solidarité

pisane po francusku bowiem wszystko co to pojęcie zawierało w Polsce, zniszczyła skutecznie Solidarność i postsolidarnościowe partie.

 

Z socjologicznych badań, przeprowadzonych w 1973 roku wśród robotników wielkich zakładów przemysłowych, wynikało, że przez solidarność rozumieją oni działania, zjawiska i kontakty społeczne związane z organizacją i wykonywaniem pracy zawodowej oraz jedność, wspólnotę poglądów i poczynań robotniczych. Co prawda opinię o jej istnieniu podzieliło tylko dwie trzecie badanych, ale jednocześnie uznawali ją za rzecz nie tylko dobrą, ale i budującą.

 

Siedem lat wcześniej,

nim nastał Sierpień 1980 roku, wspomniane badania sygnalizowały wiele krytycznych opinii, o różnych sferach życia społecznego. Wyrażali je robotnicy już w co najmniej drugim pokoleniu (50%) oraz pozostali o pochodzeniu chłopskim bądź chłopsko-robotniczym, prawie wszyscy pierwszą pracę zawodową zaczynający w Polsce Ludowej. Większość z nich uważała, że nie zarabia więcej ten, kto lepiej i więcej pracuje oraz, że pracownik nie ma realnego wpływu na życie zakładu. Uznali też za niecelowe krytykowanie nieprawidłowości mających miejsce w pracy, bowiem może to być niebezpieczne. Niesprawiedliwość i nierówność społeczna objawia się w podziale społeczeństwa na biednych – bogatych, tych co u władzy – i reszta, bezpartyjni – członkowie PZPR – arystokracja PZPR, a zaledwie 40 proc. badanych miało przekonanie o przodującej roli klasy robotniczej. Największa grupa wyrażała ograniczony optymizm dotyczący oceny sytuacji w kraju i polityki PZPR. Było jeszcze sporo innych krytycznych ocen.
Badania, obejmujące 2,5 tys. osób miały charakter reprezentatywny dla ponad 100 tys. zatrudnionych w trzynastu zakładach przemysłowych i dawały podstawę do uogólnień na całą ówczesną część klasy robotniczej, zatrudnionej w wielkich przedsiębiorstwach na terenie całego kraju.
Wyniki badań skrytykował dobrze notowany w tamtym czasie literat twierdząc, że „jak na mój nos to jest to czarnowidztwo”, nieświadomy faktu, że ta część ludzkiego ciała nie była nigdy narzędziem badawczym w socjologii. Na odmianę równie znany partyjny, prominentny socjolog zaproponował poprawienie wyników i wniosków z badań. Oczywiście nikt z najważniejszych decydentów przedstawionym raportem z badań się nie przejął – był przecież dopiero początek dekady Gierka i panował powszechny, urzędowy optymizm.

 

Solidarność

wg słownika języka polskiego to poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów i dążeń, a także odpowiedzialność zbiorowa i indywidualna określonej grupy osób za całość wspólnego zobowiązania.
I taką właśnie wydawała się tamta, wykreowana w latach 1980-1981, solidarność, nie tylko wśród robotniczych załóg i członków Niezależnego Związku Zawodowego, ale także w licznych częściach polskiego społeczeństwa.
Zgłoszone 17 sierpnia 1980 roku przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy 21 postulatów dotyczyło kwestii związkowych (cztery), ogółu obywateli (czternaście)), spraw politycznych (trzy), a aż dziesięć z nich miało charakter ekonomiczny.
Ale obok znalazło się, dziś celowo zapomniane, a wówczas powszechnie akceptowane hasło: SOCJALIZAM – TAK, WYPACZENIA NIE. I to ono właśnie konstytuowało ówczesne postawy zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa dążącej do naprawy ówczesnej, ludowej Rzeczpospolitej.
Kształt tamtej, wyidealizowanej niekiedy, solidarności Polaków odnaleźć można w wartościach Polskiego Sierpnia, na które, za prof. Marianem Stępniem („Zdanie”, nr 6, 1982) warto zwrócić szczególną uwagę, bowiem wiele z nich, acz w innym wymiarze, odnajduje się nadal jako wielkie, niespełnione oczekiwanie:
„… nie można bezkarnie dokonywać gwałtu na imponderabiliach bliskich społeczeństwu i narodowi, z którymi łączy on poczucie godności własnej i swej tożsamości…
…trzeba rozumieć, na czym polega godność polskiego społeczeństwa, jego dążenia i aspiracje, i że trzeba się z nimi liczyć. W przeciwnym wypadku nabrzmiewać będzie gniew społeczny, który nie pozwoli się stłumić. Prędzej czy później wyeliminuje tych, którzy nie dorośli do sprawowania władzy lub są tego niegodni…
….Prawda mówiąca, że człowiek, społeczeństwo jest miarą rzeczy, a władza polityczna ze społeczeństwa wyłoniona została po to, by mu służyć…
…granice wolności człowieka zależą w niemałym stopniu również od niego samego, od tego, czy nie braknie mu odwagi i rozwagi, by ich strzec skutecznie, a nawet je poszerzać…
…odrzucenie kłamstwa, fałszu, koniecznych rzekomo przemilczeń; zdecydowany protest przeciwko półprawdom, aluzjom, niedopowiedzeniom….”
Wreszcie „idea sprawiedliwości społecznej, podstawowa wartość”.
Znane powszechnie wydarzenia i uwarunkowania doprowadziły do tego, że to był ostatni czas, w którym solidarność po raz ostatni jednoczyła większość Polaków.

 

W latach późniejszych

stanu wojennego i w dalszych czasach, w związku z głębokim podziałem społeczeństwa, zanikły warunki dla ogólnonarodowej solidarności. Próbowano jednak w całym okresie PRL-u jakoś ją odbudowywać – początkowo jako Front Jedności Narodu, dużo później poprzez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego i Radę Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa. A gdy po Okrągłym Stole odradzała się, wraz z reaktywowanym związkiem zawodowym Solidarność, to mimo wyborczego sukcesu z 4 czerwca 1989 roku, już nigdy ani nie zyskała tak wielu orędowników, ani też nie stała się, w jakimkolwiek wymiarze, powszechnie akceptowaną wartością.
Przyczyn prowadzących ku zmierzchowi było kilka, a zaistniałe wspólnie, acz w odmiennym czasie, przyniosły jej deprecjację.
Nowa rzeczywistość społeczno-polityczna po 1989 roku, dokonująca się w warunkach reaktywowanego ustroju kapitalistycznego, nie mogła, z racji jego cech podstawowych, utrwalać, bądź budować nową narodową solidarność. Wręcz przeciwnie – przywoływała stare podziały przedwojennej Polski czego pierwszymi dowodami były skutki reform Balcerowicza, owocujących zamykaniem zakładach przemysłowych i wyrzucaniem na bruk pracowników, likwidacją PGR-ów i degradacją wsi, ekonomicznym wykluczeniem licznych grup obywateli i głodującymi dziećmi.
Później sprawiedliwość społeczna w solidarnościowym wydaniu zaowocowała rosnącymi różnicami dochodów i podziałem na tych, którzy budowali wille-pałace na przykład w Szwajcarii, innymi skazanymi na kilkudziesięcioletnie spłacanie jednosalonowego mieszkania, a także tymi, mieszkającymi pod przysłowiowym mostem.
Zwycięski obóz polityczny Solidarności, wraz z sekundującą mu prawicą, dokonując powszechnych czystek kadrowych, zapewne w imię wcześniej deklarowanej demokracji i równości obywateli, doprowadził do kolejnego podziału na komuchów i solidaruchów, na tych, którym więcej i którym mniej wolno. Następnie doszukał się zdrajców we własnych szeregach, „tych co stali tam, gdzie ZOMO stało”, wreszcie stworzył własną wizję najnowszej polskiej historii, także głęboko spolaryzowaną.

 

Dobijanie idei narodowej solidarności

przejęło Prawo i Sprawiedliwość, jako swój naczelny cel polityczny, i nadzwyczaj skutecznie go zrealizowało. Zaczęło się od podziałów na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, później dotyczyło przyczyn tragicznie zakończonego lotu, co zaowocowało narodzinami religii i solidarności, ale tylko ludu smoleńskiego.
Dziś – wg Roberta Biedronia –„ Polska nie musi być podzielona na plemiona, które nieustannie się zwalczają. Nie musimy żyć w duopolu – kto za PiS, kto za Platformą, kto patriota, kto zdrajca… PiS przywraca godność ludziom, ale tylko „swoim”, nie swoich zalicza do „gorszego sortu”, bo najłatwiej rządzi się społeczeństwem podzielonym. Dlatego potrzebna jest prawdziwa solidarność, przez małe „s”.”
„PiS mówi: [budując swoją PiS-owską solidarność i jedność narodową – Z.T.] macie głosować na jedną partię, kierowaną przez jednego wodza, chodzić do jednego kościoła i do szkoły gdzie jest jedna, jedynie słuszna wersja historii oraz jeden pomnik jednego słusznego bohatera na głównej ulicy.”

 

Podziały w każdym społeczeństwie

nie są niczym nadzwyczajnym i od wieków postrzegane były tak przez rozlicznych badaczy, jak też doświadczane przez członków danej społeczności. Narodowa solidarność objawia się na ogół, i we zmożonej postaci, w momentach szczególnych, ważnych, wyjątkowych dla danej nacji. Są nimi np. nawarstwienie określonych problemów społeczno-ekonomiczno-politycznych, kwestii religijnych, obrona wspólnych narodowych interesów, bądź walka o uzyskanie niepodległości.
Ale nawet i w tej, przywołanej jako ostatnia, skrajnej sytuacji poczucie solidarności narodowej nie obejmuje, z bardzo wielu powodów, wszystkich członków danej zbiorowości. W roku 100-lecia naszej niepodległości warto przypomnieć, że mieszkający w Oblęgorku Henryk Sienkiewicz z wielkim dystansem powitał w 1914 roku odwiedzających go ułanów Beliny-Prażmowskiego, a owi legioniści, po nieudanym wywołaniu powstania w Kongresówce, śpiewali: „ Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies.”

 

Kto, jak i kiedy wreszcie

zakołata skutecznie do rozumu i serc współczesnych Polaków, pozostaje dziś wielką niewiadomą, zagubioną między bardzo wieloma najróżniejszymi beneficjentami polityki PiS, grupą obojętnych na sprawy publiczne, politykami grającymi o swoje i wreszcie wielką częścią tych, którzy próbują odbudować narodową solidarność, opartą na rzeczywistych wartościach demokratycznych i sprawiedliwości społecznej oraz na stałej, europejskiej przynależności naszego kraju.
Narodowa solidarność stała się obecnie wyświechtanym, nic nie znaczącym pojęciem, którego już nawet nie odważą się przywoływać postsolidarnościowi działacze i ich partie w czasie zbliżającej się rocznicy sierpniowych porozumień.
Ale niewątpliwie, jak to nie raz w Polsce bywało, odrodzi się. Z taką nadzieją i przekonaniem kończę ten tekst.

Sezon na klątwy i pytony

W Słupsku PiS rzuciło klątwę na „Klątwę”, która w tamtejszym teatrze ma być gościnnie pokazana pod koniec września. Żądają odwołania przedstawienia i podobno zebrali już tysiąc podpisów pod petycją.

 

Zakładam, że jeśli warszawski Teatr Powszechny w Warszawie powędruje z „Klątwą” Oliviera Frljicia – a powinien – po województwach, to będziemy świadkami 16 pisowskich klątw na „Klątwę”. Że też mnie nie przyszło nigdy dotąd do mózgownicy, żeby zebrać podpisy pod petycją z żądaniem odwołania ulicznych procesji Bożego Ciała. One cholernie obrażają moje uczucia niereligijne i drażnią mnie jak jasna cholera. Może odpowiedzieć PiS-owi pięknym za nadobne i podobnie potraktować ich uroszczenia?

 

PiS w teatrze czyli lis w kurniku

Tym razem – dokładnie mówiąc – w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Wicepremier Gliński przymierza się do rozpisania konkursu na stanowisko dyrektora, choć kierująca obecnie IT Dorota Buchwald cieszy się uznaniem środowisk teatralnych, nikt jej niczego nie zarzuca ani nie kończy się żadna kadencja. List protestacyjny podpisało ponad tysiąc ludzi teatru, ale tak naprawdę po raz ostatni listem protestacyjnym artystów, konkretnie pisarzy, przejął się w 1964 roku Władysław Gomułka. Może profesor Gliński ukłuje obecną dyrektorkę szpilką? A poza tym, PiS nie powinno pchać swoich brudnych łap do teatru.

 

„Jaka to melodia?” „Żeby Polska była Polską”

„Dobra zmiana” dotarła do studia Roberta Janowskiego. Szła powoli, ale doszła. Ktoś musiał rzucić na niego klątwę, bo wróciła sprawą zmiany formuły programu „Jaka to melodia?”. Nie gustuję w tej audycji, bo jest moim zdaniem jest badziewiasta, ale pomysł by do popowych tematów muzycznych eksploatowanych przez prowadzącego dodać piosenki patriotyczne, w tym „wyklętych”, był jak żywcem wzięty z Barei. Janowski poprzednio obstał przy swoim, formuła pozostała po staremu, ale ktoś wyraźnie napiera na przeforsowanie „dobrej zmiany”. Wygląda to na samego Kurskiego, bo w sprawie ostatecznie nie tak w końcu strategicznej raczej mu się nikt do menu nie wtrąca, a na pewno nie Prezes. Jeśli się i tym razem Janowski nie ugnie, to tym razem ryzyko odebrania mu audycji jest większe. Podobno miałby ja przejąć po nim Jan Pietrzak. Wtedy w każdej audycji odgadywany będzie jakiś fragment „Żeby Polska była Polską”, a do tego dojdą brodate antykomunistyczne dowcipy pana Jana o partyjnych kacykach powiatowych z lat 50-tych.

 

Czy wojsko polskie obroni Westerplatte?

Tym razem „dobra zmiana” sama została zaskoczona dobrą zmianą. Na ogół wilk niesie, ale zdarza się, że czasem poniosą i wilka, gdy refleks zawodzi. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, pomny tego, jak rok temu, 1 września na Westerplatte PiS ukradł mu imprezę, tym razem postanowił uprzedzić wydarzenie i zrezygnował, jako organizator, z reprezentacji Wojska Polskiego. Błaszczak z oburzenia aż zaskowyczał i zażądał zmiany decyzji. Tak jakby Adamowicz ukłuł jego figurkę szpilką. W odpowiedzi, Adamowicz oświadczył, że on, owszem, wojsko polskie zaprasza, ale tylko w roli gości na widowni. Honory domu będą więc pełnić harcerze, rok temu wykolegowani przez wojskowych na cacy, a właściwie przez pewną panią bodaj od Macierewicza, mistrzynię tej ceremonii rozpoczynanej o nieludzkiej porze 4.45. Tak czy inaczej, na półwyspie Westerplatte najwyraźniej ciąży klątwa od 1 września 1939. To tam sanacyjne wojsko Rydza po raz pierwszy wzięło manto od Niemiachów. Czy warto więc aż tak drzeć koty o ten pechowy skrawek ziemi?

 

Czarownice, wiedźmy i czarochy

Niedawno pisiorkowie oburzali się na Marię Nurowską, że przekłuwała szpilkami, w czarnoksięskim czy czarowniczym akcie, woskową figurkę Stanisława Piotrowicza, żeby go szlag trafił. Bez szpilek, ale jak czarownica postępuje Jadwiga Staniszkis w stosunku do Kaczora i jego Adriana. Po tym pierwszym, którego „Matka „Solidarności” rani regularnie, z wprawą sadystycznej pielęgniarki z horroru, zajęła się tym drugim. Dla niej Duda Andrzej, to jegomość „o błyszczących policzkach, bardzo z siebie zadowolony”. Duda to dla niej „karykatura prezydenta, aktor który gra prezydenta”. „Duda jest irytujący dla ludzi ceniących mocne kręgosłupy, nawet dla tych łamiących kręgosłupy innym” – dodaje Staniszkis. Przy Czarownicy Jadwidze, czarownica Maria ze swoimi szpilkami i woskową figurką, to prowincjonalna czaroszka, jak świętokrzyski Boruta przy Belzebubie, Władcy Wczechciemności. I z „Niezłomnego” została kupka nieszczęścia.

 

Koncert życzeń

W „New York Times” ukazał się artykuł, którego treścią były czarne spekulacje co do stanu zdrowia Najwyższego Prezesa. Jest tam między innymi wypowiedź politologa z Warszawy, dr Olgierda Anusewicza, który twierdzi, że ów stan jest bardzo zły i że „partia rządząca ukrywa prawdę bardziej niż ZSRR prawdę o stanie zdrowia Breżniewa”. Artykuł przywołał portal „Do Rzeczy”, na co ochoczo zareagowali jego czytelnicy. To co poniżej, to nie są bynajmniej wyłuskane wypowiedzi mniejszości. Podobny ton ma zdecydowana większość wypowiedzi. A oto niektóre z nich:
„PiS skończy na dnie bez Kaczyńskiego, tak jak wszystkie wodzowskie partie kończą. Przykład macie z PO, bez Tuska nie są w stanie zrobić niczego, ciągle przepychają się między sobą. A w PiS jest więcej chętnych do przejęcia władzy. To jedyne pocieszenie, że ta socjalistyczna rewolucja zaraz się skończy”.
„Dlaczego Jarosław Kaczyński trzyma w szafie truchło zdechłego w zeszłym roku kota?”
„Bez Kaczyńskiego to się rozsypie jak domek z kart. Żaden z wymienionych nie ma charyzmy. Imperium Hunów nie ma racji bytu bez Attyli”.
„Stasiek Bareja”: „O, oczko mu się odkleiło, temu pisiu”.
Gosposia: „Prezes umiera na naszych oczach. Nie pozostawił po sobie dzieci, żony, brata czy matki. Nigdy nie poznał ojca. Jego bratanica okazała się naiwną lafiryndą obracaną przez pechowych agentów obcych służb i płodzącą kolejne bękarty. Prezesowi trudno utrzymać koncentrację, logikę wypowiedzi czy jasność myśli. Przebąkuje tylko coś czasem do swojego kota: „To moja wina, moja. Nie musiałem go zabijać”. Życzę mu jak najszybszego spotkania z braciszkiem”.

 

„Alleluja”

„Ćwir, ćwir”: „My tu gadu gadu, a tam Błaszczak z Dudą rozmowy prowadzą, pociski w magazynach liczą”.
„Oby Jarosław K. doczekał procesu za zniszczenie Polski”
„PO-Bożny”: „Największy drań i szkodnik w dziejach Polski od upadku komuny od 1989 roku. Od 1989 roku pcha kij w szprychy, intryguję, mąci, uwstecznia, skłóca, szkodzi, niszczy. Niech zatem Pan dokończy dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym”.
„Kleryk”: „Prezes umiera na naszych oczach, jest coraz słabszy, ledwo może mówić. Każda najprostsza decyzja wymaga od niego niezwykłego wysiłku, do czego nie jest przyzwyczajony, wszystko zawsze otrzymywał od mamy na talerzu. Męczą go też koszmary. Nie rozstaje się ze swoim pistoletem, który dostał od SB w 1987 roku. Zalała go jego własna żółć”
„Godbye Coordoopel”: „Nie jest ważne, czy umrze za dzień, miesiąc czy kwartał. Kiedykolwiek to nastąpi, na drugi dzień PiS nie będzie. Rozerwą go wojny pretendentów. Tak sobie to zbudował, że wszystko wisi na nim i od tego padnie. Zatem, oby jak najszybciej. Modlę się o to każdego dnia”
„Niecierpliwy”: Oby jak najszybciej”.
„Im szybciej go nie będzie, tym lepiej dla Polski. Skończy się ten polski cyrk i może Polski nie wyrzucą z UE. Cały świat ma dosyć polskiego chamstwa”.
„Świadek historii”: „Znaczy się, tow. Jarosław jak Lonia Breżniew. Nadal przewodniczy obradom KCPiS, nie odzyskując przytomności. A co będzie jak USA wstrzymają dostawę części zamiennych?”
„Zniesmaczony”: „Wkrótce będzie się działo!!! Jasnowidz Jackowski przewidział gorący wrzesień. Oj, będzie się działo”
„Vox populi”: „To nie jest ścisła informacja, że z ch… na kaczych nogach nie jest dobrze. Z nim jest bardzo niedobrze. Oby jak najgorzej”.
„Horacy”: „Amerykanie wiedzą co piszą, maja dobry wywiad. Czołowi działacze PiS, pazerni na władzę i pieniądze niedługo skoczą sobie do gardeł”.
„Domowa pomoc” (treść usunięta)
Przypomina mi się oglądany w młodości francuski film kryminalny pod tytułem „Niech bestia zdycha” Claude Chabrola.
Niedawno pochowano na Powązkach powstańca warszawskiego, generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, ps. „Motyl”. Pisowska tłuszcza tym razem nie wyła, bo „Motyl” nie przemawiał, lecz milczał sproszkowany w urnie. Z tego samego powodu „Wiadomości” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca nie lustrowały go i jakby nigdy nic unosiły się nad jego cnotami, choć pogrzebu nie zaszczycili ani Duda ani Morawiecki, ani nawet szef MON, choć generała chowali.

 

Powrót starego pytona?

Potwierdza się sygnalizowany przeze mnie charakter afery wokół odsunięcia prezesa Polskiego Radia Jacka Sobali. To wojna „sakiewiczowszczyny” (Kluby „Gazety Polskiej”) z „kurszczyzną”, która reprezentuje jakoby bardziej „liberalną” część elektoratu PiS, zblatowaną z cyniczną „karnowszczyzną”. Coś jest na rzeczy, bo te orgie libertyńskiej swobody obyczajowej, jakie odbywają się w „Pytaniu na śniadanie” (Dwójka TVP), z tym gadaniem jak gdyby nigdy nic o „partnerach życiowych” (niesakramentalnych!!!), z tym iście francuskim hedonizmem kulinarnym, z tym brakiem odwołań do Boga i patriotyzmu, muszą „sakiewiczowszczyznę” drażnić, choć przede wszystkim drażni ją brak jawnego, formalnego dostępu do TVP. No i ten ten niesakramentalny ślub cywilny rozwodnika Kurskiego (Jacka) pobłogosławiony obecnością przez Karnowskich (biznes is biznes) oraz wicemarszałków Sejmu, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego, (podobno kolejną niesakramentalną parę w PiS, jak donosi jeden z tabloidów). Jaki „Kura” daje przykład? „Sakiewszczyzna” by to zniosła, bo i sam Sakiewicz nie jest bez grzechu, gdyby ją dopuszczono do telewizyjnego tortu na stole. A tu nie dość że nie, to jeszcze jej wyrywają państwowe radio. Sakiewicz otwartym tekstem i publicznie zadeklarował, że nie daruje ludziom, którzy „wkradli się w szeregi dobrej zmiany”, żeby szkodzić jemu i jego Klubom „Gazety Polskiej”. Zagroził, że będzie ich ścigał. W tej sytuacji bardziej czytelny staje się sens dwóch faktów. Po pierwsze, MSZ popiera projekt Ordo Iuris mający zastąpić wrażą, „genderową” konwencję antyprzemocową. Po drugie, zasygnalizowano możliwość powrotu do gry „starego pytona”, idola „Klubów „Gazety Polskiej” czyli Antoniego Macierewicza. Ma on podobno robić jakiś audyt w MON czyli grzebać tam Błaszczakowi po szufladach. Oba te fakty wyglądają na próbę udobruchania radykalnych, wpływowych klubów „sakiewiczowszczyzny”, na której utratę nie może sobie przecież Prezes pozwolić.

 

„Kler” zbliża się czyli worek, korek i rozporek

Z braku parlamentarzystów po Warszawie i po kraju snują się pytony. Jednak niedługo już tego dobrego. Parlamentarzyści wrócą na Wiejską, a inauguracja nowego, wyborczego sezonu politycznego zbiegnie się z premierą filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, w którym polskie duchowieństwo katolickie, od skromnego księżula na wsi do biskupa-flaszki w wykonaniu dawnego Janka Kosa, jawi się jako ruja, poróbstwo, chciwość, sodoma, gomora i ścierwo ostatnie. Słowem, worek, korek i rozporek. Jak powiedział pewien uczeń referując treść „Monachomachii” biskupa Ignacego Krasickiego: „Obżarstwo duchowieństwo opanowało”. Oj, będzie się działo.

KE o Polsce

Komisarze wydali stanowisko, w którym poinformowali, że wobec Polski został wszczęty kolejny etap procedury w związku z naruszeniem praworządności. Była to odpowiedź na złożone przez Warszawę wyjaśnienia w sprawie nowego prawa, które w zamyśle rządu Morawieckiego miały uspokoić napięte stosunki z Brukselą. Tak się jednak nie stało.

 

„Komisja Europejska podtrzymuje stanowisko, że polska ustawa o Sądzie Najwyższym jest niezgodna z prawem UE, ponieważ podważa zasadę niezawisłości sędziowskiej, w tym nieusuwalność sędziów, a tym samym Polska nie wypełnia swoich zobowiązań wynikających z art. 19 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej w związku z artykułem 47 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej” – informuje Komisja.

Członkowie KE zaznaczyli, że stanowisko Polski zostało poddane „głębokiej analizie”. Chodzi o odpowiedź Warszawy na wcześniejsze zastrzeżenia formalne komisarzy. Rząd Morawieckiego argumentował, że przepisy, do których zgłosiła uwagi KE, dotyczą jedynie zasad nabywania uprawnienia do zajmowania urzędu sędziego po przekroczeniu wieku emerytalnego (dokładnie wieku przejścia w stan spoczynku). Warszawa twierdziła, że nie ma uzasadnienia dla twierdzeń, że nowe regulacje mogą podważać niezależność sądów.

Komisja Europejska jest jednak innego zdania. „Odpowiedź polskich władz nie zmniejsza wątpliwości prawnych Komisji” – czytamy w komunikacie. Oznacza to, że ustawa jest niezgodna z prawem unijnym. Co teraz? Warszawa ma miesiąc na dokonanie zmian w dokumencie, w przeciwnym wypadku sprawa najpewniej trafi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Stanowisko Brukseli pokazuje, że Unia Europejska poważnie traktuje działania PiS w kwestii zmian ustrojowych i nie zamierza pozwolić na łamanie obowiązujących standardów praworządności. Trybunał Sprawiedliwości zajmuje się również pięcioma pytaniami prejudycjalnymi, które na początku sierpnia zgłosił zadał polski Sąd Najwyższy. Pytania te dotyczą zasady niezależności sądów i niezawisłości sądów jako zasad prawa unijnego oraz unijnego zakazu dyskryminacji ze względu na wiek. SN postanowił też zawiesić stosowanie przepisów trzech artykułów ustawy o SN dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów SN, którzy ukończyli 65. rok życia. Luksemburg ma wydać w tej sprawie stanowisko do października. Sąd Najwyższy prewencyjnie zawiesił kontrowersyjne zapisy ustawy, gdyż zachodzi wątpliwość, że są one niezgodne z prawem wspólnotowym, które, jak wiadomo, ma prymat nad prawem krajowym.

Woda na młyn i inne płyny ustrojowe

Redaktor Lisicki nie odpuszcza. Wzywa: „Stańmy się homofobami”. Szczucie ma chyba we krwi.

 

Zajrzałem jak co dzień na strony internetowe pism politycznych. Na stronie „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego, pod tekstem o tym, że Skiba żąda od TVP miliona złotych na WOŚP za bezprawne wykorzystanie jego utworu w pisowskim sz-czujniku „W tylewizji” znalazłem wpis, w którym „internauta” grozi artyście ucięciem głowy i „nasraniem” na nią.
Zadzwoniłem do tejże redakcji i zażądałem usunięcia wpisu. Usunęli, trochę jak komórki rakowe, z dużym zapasem kilkudniowym wstecz. Jednak redaktor Lisicki i tak nie odpuszcza. Wzywa: „Stańmy się homofobami”. Szczucie ma chyba we krwi.
Na redaktora Lisiewicza z „Gazety Polskiej” doniosłem do prokuratury za wzywanie do bicia działaczy antyalkoholowych kijem. Nic mu nie zrobią, ale jeśli choć wezwą raz na przesłuchanie, tak jak uporczywie nękają demonstrantów spod Sejmu i ubierających pomniki w koszulki z napisem „konstytucja”, to dobre i to.

 

Opary myśli narodowej

Po stronie pisowsko-prawolskiej takich agresywnych fantazji i wzywania do fizycznej przemocy jest coraz więcej. Celują w tym internetowi trolle. Trzeba uczciwie przyznać, że po stronie antypisowskiej wezwań do agresji fizycznej nie napotkałem, co nie znaczy, że nie mogą się zdarzać. Ja jednak napotykam ją tylko po tamtej stronie. Jeśli zatem pojawi się kandydat na następcę Ryszarda Cyby, który przed laty zabił pracownika biura PiS w Łodzi, to tym razem raczej pojawi się on po przeciwnej stronie. Narodzi się on raczej w oparach myśli snutych przez redaktorów Lisickiego i Lisiewicza oraz ich zwolenników niż po stronie antypisowskiej. Sam nie jestem bez winy i bywa, że nie przebieram w słowach, ale głowy niczyjej – w sensie fizycznym – dotąd nie żądałem. Nigdy też nie żądaliśmy jej w „Dzienniku Trybuna”. Redaktorzy pism pisowsko-prawolskich! Nie igrajcie z ogniem!

 

Biedny policjant patrzy na naziola

Nie porównujcie szturchania policjantów pod Sejmem (nie popieram), bo oni potrafią się obronić w razie czego, do sytuacji bezbronnego Skiby czy działaczy antyalkoholowych a także „lewaków” czy „koderastów”, którym prawolsko-pisowsko-nazistowskie trolle grożą śmiercią na porządku dziennym. Do tego dzieła dołącza się policja. Biedna – nie potrafiła zidentyfikować zamaskowanych bandytów z Wrocławia z zeszłorocznej zadymy, więc sprawę umorzyła. Nie może też dać rady z identyfikacją osobników z tzw. „Marszu Niepodległości” z 11.11.2017. Powiada, że ci niezamaskowani byli albo odwróceni tyłem do kamer, albo czekali w kolejce do sklepu. Wykonujących napisy na pisowskich biurach policjanci identyfikowali w trymiga.

 

Drugi Duda poczuł pismo nosem

Jak było do przewidzenia, związek „Solidarność” poczuł pismo nosem i chce uprzedzić falę protestów pracowniczych. Duda Piotr i jego ludzie spotkali się więc z premierem Mati. Po spotkaniu Mati tokował wesoło, a Duda Piotr stał obok niego z ponurą miną nie wróżącą Matiemu wiele dobrego. Duda Piotr to szczery robociarz, choć pobożny i wątpię by miał naturalna sympatię do „Bankiera” rodem ze stajni Tuska. Szczery i porywczy Duda nie potrafi ukryć emocji, dyplomatą nie jest, więc potwierdza to pogłoski, że przez te pięć godzin rozmów nie było miło. Tym bardziej, że „S” żąda dymisji ministerki edukacji Anny Zalewskiej. Jest to PiS-owi bardzo nie na rękę, bo podważa wersję że „dobra zmiana” w edukacji była dobrą zmianą, a nie deformą i blamażem. Gdyby to mówił tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, to można by rzecz zwekslować na wrednych „komuchów” Broniarza, ale w tej sytuacji się nie da. Gdyby związek Dudy Piotra podtrzymał swoje stanowisko i współfirmował wotum nieufności dla Zalewskiej, mogłoby to przynieść PiS stratę.

 

Pyton w Polskim Radiu

Na propisowskich portalach pojawiła się pogłoska, że zawieszenie w czynnościach prezesa Polskiego Radia S.A. Jacka Sobali, to próba „puczu” w Radzie Nadzorczej. Ktoś napisał: „nie udało się w grudnia 2016 w Sejmie, próbują puczu w Polskim Radiu”. Jakikolwiek jest mechanizm sytuacji zaistniałej w gmachu przy ulicy Malczewskiego w Warszawie, stanowi to sygnał, że mają tam miejsce ruchy odśrodkowe wewnątrzpisowskie czyli tarcia w „łonie obozu”. Gdyby jacyś przedstawiciele opozycji zewnętrznej mogli zadziałać wcześniej, zrobiliby to. Zawieszenie Sobali nie mogło się dokonać bez przyzwolenia z pisowskiej góry, to logiczne. Sobala kojarzony jest z „sakiewiczowszczyzną” (Tomasz Sakiewicz), z frakcją „Klubów Gazety Polskiej” czyli nurtu silnie promacierewiczowskiego, a więc bliskiego pisowskim ultrasom i najtwardszemu elektoratowi. Nie przepadają za nim jako za polityczną konkurencją bracia Karnowscy, zblatowani z Jackiem Kurskim i TVP. Do tego stopnia, że ci pobożni katolicy pojawili się na bezbożnym cywilnym – pożal się Boże – ślubie rozwodnika Kurskiego w Sulejówku. Jedna z możliwych wersji zdarzeń może więc być taka, że ludzie „kurszczyzny” chcą odbić radio z rąk wewnętrznej konkurencji – „sakiewiczowszczyzny”. Ta ma do TVP słaby dostęp, choć niektórzy uważają za jej eksponenta Michała Rachonia, który ma z żoną dwie kolumny i Sakiewicza. No, ale jak wiadomo, Kurski ostatnio próbuje trochę rozpychającego się Rachonia przykrócić. Teraz „sakiewszczyzna” może stracić i radio. I niech nikogo nie zwiedzie, że adwokat Andrzej Rogoyski, specjalista od prawa kanonicznego (sic!), który pełni teraz honory gospodarza Polskiego Radia, nie jest jakimś sztandarowym pisowcem. Trolle „sakiewiczowszczyzny” już atakują szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego („PZPR”), że sprzyja „puczowi”.
Tak czy inaczej, każda rozróba wewnętrzna w obozie Zjednoczonej Prawicy jest wodą na nasz antypisowski i lewicowy młyn. W każdym razie pyton ma godnych następców tego upalnego lata.

 

Z sądami jak po grudzie

Wokół Sądu Najwyższego. Ku zaskoczeniu niejednego, środowisko prawnicze, na ogół nie kojarzone z wojowniczymi skłonnościami, nie daje PiS za wygraną. Przedstawiciele Sądu Najwyższego i adwokatury twardo zapowiadają kary dyscyplinarne dla zgłaszających się na fotele po pierwszej fali czystki. Rzecznik SN Michał Laskowski podkreśla konstytucyjną odpowiedzialność Dudy Andrzeja. Dobrze, że w tej kwestii i zdecydowana większość środowiska prawniczego i opozycja, parlamentarna, a także pozaparlamentarna (ostatnio szczególnie dobitnie przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty) mówią jednym głosem: nie dla łamania konstytucji. Nawet któraś z prokuratur umorzyła, nie pomyśli PiS, jakieś postępowanie przeciw protestującym. Problem w tym, by i środowiska prawnicze i opozycja na tym nie poprzestały i zaczęły poważnie pracować nad planem wyjścia sądów z zapaści. Za rządów Ziobry średni czas trwania postępowań wydłużył się z ponad czterech miesięcy do pana pięciu. Tylko, że to pociecha marna, bo pod tym względem reforma sądownictwa, nie pisowska czystka, jest naprawdę potrzebna. Opozycja, która zdobędzie władzę, stanie z tym problemem oko w oko może w sytuacji, gdy średnia wyniesie np. pół roku albo i więcej. I co wtedy? Póki jednak co, rzeczony Ziobro ma problem. Ministerstwu Sprawiedliwości, które po blamażu i bałaganie z dostarczaniem (a raczej niedostarczaniem przez prywatną firmę wezwań sądowych, które były do odbioru w osiedlowych warzywniakach) przeprosiło się z Pocztą Polską. Problem w tym, że brak mu pieniędzy na kontrakt opiewający na kwotę, który mu ta firma zaproponowała. Będzie więc musiał „Zbig” pójść po prośbie do premiera Matiego, którego szczerze nienawidzi z wzajemnością, między innymi jako rywala do schedy po Prezesie. Będzie to dla „Zbiga” prawdziwe upokorzenie, więc miło będzie skonstatować, jak to zniesie. Jak powiadał narrator niezapomnianej „Konopielki” Edwarda Redlińskiego: „Smoktawszy, patrzym co będzie”.

 

„Lewacka szmato” – tak trzymać!

Z satysfakcją skonstatowałem, że w odpowiedzi na zalew „odzieży patriotycznej” pojawiła się w internecie kontroferta pod nazwą „lewacka szmata”. Można tam znaleźć ofertę koszulek i gadżetów o treściach najogólniej rzecz ujmując lewicowych i wolnościowych. Bardzo mnie to cieszy, bo daje nadzieję, że tylko część młodzieży w Polsce dała się nabrać na zmurszałe, agresywne ideologie i sentymenty, których anachroniczna recydywa nie przyniesie Polsce nic dobrego. I że jest nie tylko taka młodzież, która nie tylko „wyznaje wartości” i „oddaje hołd” wątpliwym często bohaterom, ale i taka, która potrafi myśleć pod prąd. Literacki wieszcz PiS Jarosław marek Rymkiewicz ( „Do Jarosława Kaczyńskiego”) powiedział kiedyś, że „Jarosław Kaczyński ugryzł ospałego polskiego żubra w dupę”. Jeśli spojrzeć na to po marksistowsku, czyli dialektycznie, to można uznać, że jest w tym powiedzeniu coś na rzeczy. Kaczyński obudził demony polskiego nacjonalizmu i sentymentalnego, anachronicznego patriotyzmu. Ale jak uczy zasada dialektyczna, teza rodzi antytezę, bodziec – reakcję. Kto wie, czy gdyby nie „Kaczor”, polska lewica nie drzemała by nadal, przepraszając że żyje i będąc wielce patriotyczną, biało-czerwoną i jak ognia bojącą się, aby nie skojarzono jej broń Panie Boże, z Marksem, Engelsem, Gramscim, a co najwyżej ze szlachetnym i poczciwym „Ignacem” Daszyńskim z Galicji, w tużurku rocznik 1900 i sumiastym wąsem. A trochę, choć trochę czystej czerwieni nie łaska, Drodzy Towarzysze? Choć odrobinę. Dlatego „Lewacka szmato” – tak trzymać.

Incydent gruziński

Szef MSZ Jacek Czaputowicz udał się do Tbilisi w towarzystwie ministrów z Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Wystosował też apel do Federacji Rosyjskiej o „porzucenie agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego”.

 

W 2008 roku Federacja Rosyjska podjęła decyzję o interwencji militarnej poza swoim terytorium, co wprawiło w zaskoczenie zarówno Europę, jak i Stany Zjednoczone. Konflikt o Abchazję i Osetię Południową był to krok, który pokazał brak jednomyślnej polityki UE wobec wydarzeń ma terenach spornych, gdzie zamieszkujące je mniejszości domagają się redefinicji granic.

Jak podaje geopolityka.org, „wstępne walki pięciodniowej wojny rosyjsko-gruzińskiej rozpoczęły się w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku. Był to gruziński ostrzał artyleryjski paramilitarnych oddziałów Osetii Południowej w Cchinwali i rejonie Dżawy”.

To tę rocznicę obchodził szef polskiej dyplomacji w Tbilisi. Z tej okazji ministerstwo opublikowało oficjalny komunikat:

„Sprzeciwiamy się wszelkim działaniom, które mają na celu ingerencję w suwerenne prawo władz w Tbilisi do wykonywania zwierzchnictwa nad terytorium Gruzji w jego granicach uznanych przez społeczność międzynarodową”.

Sęk w tym, że gdyby zbadać sytuację z sierpnia 2008 naprawdę wnikliwie, to wyjdzie na to, że obie strony konfliktu podczas tych kilku dni wojny nie respektowały trzeciej konwencji haskiej (Konwencja dotycząca rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich, Haga, 18 października 1907 r.).

W oświadczeniu znalazł się jednak ten płomienny apel do Rosji: „Władze RP po raz kolejny wzywają Federację Rosyjską do porzucenia agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego oraz realizacji zobowiązań, wynikających z porozumień Sarkozy-Miedwiediew”.

Przed wylotem do Gruzji na specjalnie powołanej konferencji prasowej Jacek Czaputowicz przemówił mało dyplomatycznym tonem:

– Wspólnie z gruzińskimi władzami pragniemy przypomnieć światu o tym, co wydarzyło się w sierpniu 2008 r., o pogwałceniu niepodległości Gruzji, tragedii tysięcy rodzin wypędzonych z miejsc zamieszkania, setkach zabitych i rannych.

Przypomniał też słowa Lecha Kaczyńskiego, który wówczas po raz pierwszy poczuł się w obowiązku udzielić „pomocy” potrzebującym Gruzinom i wmieszał się w konflikt.
„Wiemy świetnie – dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj – Polskę”. Słowa te, jak pokazały późniejsze wydarzenia, niestety w części okazały się prorocze i wydaje się, że są ciągle aktualne – stwierdził szef polskiego MSZ.

Polska najwyraźniej nadal czuje się w tym sporze już nawet nie tyle rozjemcą, co jedną ze stron. Nikt jednak nie widział, aby polski prezydent w te pędy biegł do Kosowa, aby pomóc im wyzwalać się spod serbskiego „jarzma”, albo zasłaniał własną piersią Katalończyków. Polska zwykle angażuje się tam, gdzie po drugiej stronie barykady stoi Rosja, czyli na Ukrainie i w Gruzji.
Powszechnie znaną zaś anegdotą, opowiadaną sobie głównie w kontekście katastrofy w Smoleńsku jest opowieść o naciskach, jakie wówczas, podczas lotu do Tbilisi, miał wywierać zmarły prezydent na pilota, kapitana Arkadiusza Protasiuka, którego powtórnie spotkał za sterami w 2010 roku. Lech Kaczyński miał powiedzieć do pilota, który odmówił lądowania ze względu na złe warunki, że to on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i nakazuje mu mimo wszystko wykonać polecenie. Sprawa zyskała miano „incydentu gruzińskiego”.

Nie dla rewizjonizmu

Francuska Partia Komunistyczna (PCF) zabrała głos przeciwko prowadzonej przez polski rząd polityce historycznego rewizjonizmu.

 

„Polski rząd reakcyjnej i ksenofobicznej partii PiS prowadzi politykę zmierzającą ku przebudowie polskiego społeczeństwa w duchu klerykalnym i etnocentrycznym nie zważając na protest Unii Europejskiej. Częścią tej polityki jest wymazywanie z historii Polski komunistów” – czytamy w komunikacie ogłoszonym przez PCF. Francuscy komuniści podkreślają w nim, że władze polskie z pełną determinacją pod hasłem dekomunizacji starają się zatrzeć w ogóle wszelkie ślady polskiego ruchu robotniczego. „PCF potępia stanowczo ten rewizjonizm historyczny” – napisali, dodając że działania polskich władz stanowią obrazę nie tylko dla tradycji robotniczych na ziemiach polskich, ale w całej Europie – również we Francji.

To nie pierwszy raz, kiedy Francuska Partia Komunistyczna zabiera głos wobec tego, co dzieje się w Polsce. Wcześniej PCF – podobnie jak i partie komunistyczne z innych krajów Europy i nie tylko Europy – aktywnie solidaryzowała się z Komunistyczną Partią Polski będącą obiektem szykan ze strony władz. KPP – tylko z racji iż w jej nazwie znajduje się skazane na ostracyzm słowo „komunizm” przypisuje się „propagowanie totalitaryzmu”.

Wobec działaczy KPP prowadzone są postępowania sądowe grożące w konsekwencji delegalizacją tej organizacji. Byłby to nie tylko cios w całą polską lewicę, ale też niebezpieczny precedens. Tym bardziej niebezpieczny, że organizacje skrajnej prawicy, które – w odróżnieniu od KPP – totalitaryzm jawnie propagują, podżegają do aktów nienawiści rasowej i obnoszą się z faszystowską symboliką nie ponoszą za to żadnych konsekwencji, a wręcz wydaje się, że korzystają z ochronnego parasola trzymanego nad nimi przez kontrolowaną przez PiS administrację państwową.

Polska na zakręcie

W ciągu bez mała ostatnich trzech lat Polska stała się na naszych oczach krajem nieustannej, brudnej walki politycznej o wszystko: o władzę, o wartości, o prawo do dzielenia społeczeństwa na lepszych i gorszych.

 

O prawo do egoistycznego i nieskrępowanego pożytkowania publicznych pieniędzy, o prawo do manipulowania Konstytucją, lub cynicznego łamania jej przepisów, o prawo do poniżania autorytetów i odbierania im poczucia godności człowieczej i obywatelskiej z tytułu wypracowanego dorobku zawodowego, o prawo do narzucania społeczeństwu jednej politycznej racji, jednego światopoglądu, jednego (katolickiego) modelu moralnego…. długo by jeszcze wyliczać…
Walka ta prowadzona jest między partiami postsolidarnościowymi – PO a PiS, czyli z jednej strony prawicą, stojącą raczej na gruncie wartości liberalnych (demokracji pluralistycznej, trójpodziału władz, wolności i praw obywatelskich), a z drugiej – też prawicą, tyle, że nacjonalistyczną, odwołującą się do populistycznie nastawionych grup społecznych (propagandowy pisowski „suweren”, w tym m.in. dzisiejszy związek zawodowy „Solidarność”), wspieranych przez kościół hierarchiczny (w praktyce też suweren, ale uzasadniany inaczej), który przykładnie odgrywa rolę strażnika wszystkiego, co utrzymuje społeczeństwo w strachu przed nieuchronnymi procesami modernizacyjnymi (niemoralny Zachód, „szarganie świętości” itp.). Obie formacje przypisują sobie niepodzielne prawo do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, chociaż charakter prowadzonej walki politycznej jest żywym zaprzeczeniem celów buntu robotniczego sprzed kilkudziesięciu lat. A tak na marginesie: nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność” ! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego.
Stawką w tej politycznej bijatyce jest ustrój konstytucyjny Rzeczypospolitej i płynące stąd zagrożenia, i to zarówno dla sytuacji wewnętrznej (niezwykle głębokie podziały społeczne, woluntarystyczne szastanie przez rząd groszem publicznym, enigmatyczne perspektywy gospodarcze, notoryczne sięganie przez władze do metod państwa policyjnego), jak i dla polskiej racji stanu, ponieważ towarzysząca tym procesom kłamliwa propaganda z rozmysłem odsuwa w szarą strefę sygnały ważnych zmian, dokonujących się obecnie w globalnym układzie sił, co nie może być obojętne dla szans i pozycji międzynarodowej Polski. Wszak niedawna wizyta w Europie prezydenta USA Donalda Trumpa, jego antyeuropejskie wypowiedzi, a zwłaszcza przebieg spotkania z prezydentem Rosji – Władimirem Putinem poruszyły światową opinię publiczną do tego stopnia, że w najważniejszych stolicach państw europejskich analizowane są możliwości nowych koncepcji, uwzględniających skutki przesunięcia się polityki USA ze spraw militarnych na gospodarcze, a w tym skupienia uwagi na Chinach i Rosji. Dzwonki alarmowe rozległy się w Europie, gdy na szczycie w Brukseli D. Trump podważył obowiązywanie żelaznej dotychczas zasady kolektywnej obrony przez NATO terytoriów państw członkowskich. Swoim poglądom na ten temat dał później wyraz w wywiadzie z 18 lipca dla telewizji Fox News, w którym przyznał, że nie jest pewien, czy NATO powinno dawać gwarancje bezpieczeństwa np. maleńkiej Czarnogórze (najmłodszy członek NATO), bo – jego zdaniem – mogłoby to kosztować wybuchem III wojny światowej!! Trudno w tym miejscu nie zadać pytania: a Polsce może udzielić takich gwarancji, np. po ostatniej, tajnej rozmowie z W. Putinem…? W naszej zbiorowej pamięci tkwi przecież bolesny kolec w postaci „sojuszniczej gotowości” umierania w 1939r za Gdańsk. Czym to się dla nas skończyło – wiemy. I nie tylko dla nas…
Zamieszanie wokół ostatnich wypowiedzi Trumpa narasta. Nie oszczędzała go w połowie lipca w Niemczech, w czasie promocji swej najnowszej książki („Faszyzm. Ostrzeżenie”), Madeleine Albright, była sekretarz stanu w administracji Billa Clintona (1997-2001), określając go najbardziej antydemokratycznym prezydentem w całej historii USA. W podobnym duchu wypowiedział się w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” były ambasador USA w Warszawie – Christopher Hill, bez osłonek stwierdzając, że prezydent Trump „na własne życzenie staje się postacią bez znaczenia w stosunkach transatlantyckich”, a jego postępowanie nazwał „nieodpowiedzialnym, groźnym i chaotycznym” . Jednocześnie nawiązał do sytuacji w Polsce stwierdzając, że – niezależnie od tego, co dzieje się na polu aktywności zagranicznej prezydenta USA, przychylne dotychczas Warszawie amerykańskie kręgi opiniotwórcze mają powody do obaw z tytułu zachodzących u nas zmian w systemie politycznym RP. Wysłał więc wyraźny sygnał, że na dotychczasowym kształcie przyjaźni polsko-amerykańskiej rysują się cienie i znaki zapytania, umiejętnie przypomniał, że w układach sojuszniczych obowiązuje respektowanie zasad, które legły u podstaw utworzenia NATO, czyli sojuszu militarnego państw demokratycznych.
Nie ulega wątpliwości, że Polska, destabilizowana ustrojowo i politycznie, unurzana w niegodne, żenujące awantury wewnętrzne, staje się dziś dla partnerów zagranicznych nieobliczalna, a przez to w stosunkach międzynarodowych – bezużyteczna. Gołym okiem zresztą widać, jak zmalała aktywność międzynarodowa Polski, bo kto dziś potraktuje poważnie premiera („bajarza”) M. Morawieckiego…? W tym zmieniającym się jakościowo świecie kreatorzy polskiej polityki zagranicznej niewiele mają przecież do zaoferowania. Minister Spraw Zagranicznych przeważnie milczy, być może wygodniej mu tkwić w roli „eksperymentu”, usytuowanego w oparach blaknącej fantasmagorii o „międzymorzu”. Obecny prezydent RP z różnych względów ( w tym przez swój ideologiczny anachronizm) nie udźwignie walki o pozycję Polski w Europie i świecie; złośliwie zauważam, że nawet Watykan wyciszył z nami kontakty.
W tej sytuacji, każdy kolejny miesiąc zatargów polityków PiS z Unią Europejską i jej instytucjami odsuwa nasze szanse na korzystne włączenie się Polski we wspólną politykę zagraniczną i obronną. Niestety, polityków PiS nie cechuje wyższy od przeciętnego stopień zaawansowania w politycznym myśleniu, a na dodatek to, co może na całej linii podważać do nich zaufanie – to notoryczne posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem uprawiania polityki na wszystkich możliwych polach. Najważniejszym wydaje się jednakże zarzut, że z tych m.in. powodów cała ta „elita” PiS mentalnie nie jest w stanie wypracować atrakcyjnego dla większości społeczeństwa strategicznego podejścia do istoty polskiego interesu narodowego w zmieniającym się na świecie układzie sił . W naszej historii najnowszej ma to miejsce po raz pierwszy od ponad 70 lat i możemy srodze za to zapłacić!
Przed kilkoma tygodniami na łamach „Res Humana”, jeden z współtwórców SLD w przeszłości –Włodzimierz Cimoszewicz – zdefiniował polską rację stanu jako zespół najważniejszych, fundamentalnych interesów państwa, które – jego zdaniem współcześnie układają się w dwa bloki. Jeden to zapewnienie krajowi bezpieczeństwa zewnętrznego, drugi – zapewnienie obywatelom dobrobytu, dobrostanu. W dużej mierze podzielam ten pogląd, aczkolwiek wiem, że nie wszystko i nie zawsze jest takie proste, jak w podanej definicji.
W kontekście tym przypomnijmy, że po II wojnie światowej to wielkie mocarstwa określiły nasze miejsce w Europie, przystając również na to, aby Rzeczpospolita Polska została poddana politycznej kurateli ZSRR, co odbiło się na nas szczególnie boleśnie w okresie stalinowskim. Po podzieleniu stref wpływów, na politykach demokratycznego Zachodu nie robiły specjalnego wrażenia doniesienia, iż do końca lat 40. w naszych nowych granicach toczyła się wojna polsko-polska, która po obu stronach konfliktu już po zakończeniu działań wojennych pochłonęła ponad 100 tys. ofiar!
Warto zadać w tym miejscu pytanie, czy w tych skomplikowanych okolicznościach rządzący wówczas naszym krajem zachowywali się tylko bezwolnie i oportunistycznie, czy też potrafili racjonalnie określić – zwłaszcza po październiku 56. – polski interes narodowy, lub inaczej – polską rację stanu..?
Niewątpliwie, przesunięcie polskich granic na zachód nie było do końca akceptowane przez wszystkich przedstawicieli wielkich mocarstw, ustalających powojenny porządek Europy i świata. W tych okolicznościach dla władz Polski wyzwaniem najwyższej rangi stała się kwestia nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, która na Konferencji Poczdamskiej nie została jednoznacznie potwierdzona. Dramatyzm wystosowanego przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w lipcu 1945r memorandum do Konferencji w tej sprawie porusza swą wymową jeszcze i dziś; aż dziw bierze, że prawica nigdzie się na ten temat nawet nie zająknie, a przecież miało to swoje konsekwencje chociażby w postaci stałego utrzymywania pod bronią kilkuset tysięcznego Ludowego Wojska Polskiego i odbudowę własnego przemysłu obronnego, o którym obecna „elita” PiS mogła by tylko marzyć.
Towarzyszyła temu realizacja tak wielkiego wyzwania, jak konieczność przemieszczenia milionów Polaków ze Wschodu na Ziemie Zachodnie i Północne, zagospodarowanie tych ziem poprzez włączenie ich w spójny krwiobieg życia społecznego i gospodarczego.
Dodajmy do tego dokonanie masowego awansu społecznego z udziałem milionów, poprzez powszechny dostęp do państwowej służby zdrowia likwidacja licznych chorób społecznych (błonica, płonica, polio, gruźlica), dzięki bezpłatnemu dostępowi do oświaty i nauki na każdym poziomie – odbudowa wyniszczonej w czasie wojny inteligencji polskiej, odbudowa ze zniszczeń wojennych miast polskich, a w szczególności Warszawy. Długo by jeszcze wyliczać, co tym podłym „komunistom” udało się zrealizować bez zagranicznego wsparcia finansowego, bez pożyczek i zadłużenia. To nie była „prześniona rewolucja”, tym realnym zmianom nikt, kto nie kłamie, nie jest w stanie zaprzeczyć. Co prawda, realizacja szeroko zakrojonych, kosztownych przecież przedsięwzięć odbijała się na poziomie życia świata pracy. Z tych czasów pochodzi przecież określenie „siermiężny socjalizm” i jego następstwa w postaci cyklicznych robotniczych buntów o podłożu ekonomicznym.
W wymiarze zewnętrznym polska racja stanu rozumiana była przez konsekwentne prowadzenie polityki pokojowej, której celem w czasach zimnej wojny było uchronienie terytorium Polski od kolejnej wojny, tym razem z dużym prawdopodobieństwem – nuklearnej. Fachowcy przecież pamiętają, że ówczesna strategia NATO przewidywała 107 uderzeń głowic nuklearnych na linii Wisły! W interesie narodowym Polaków było więc zgłaszanie propozycji rozbrojeniowych, które pozwoliłyby uniknąć kolejnych działań wojennych na terytorium Polski. Temu m.in. służył Plan Rapackiego – polskiego ministra spraw zagranicznych w latach 1956-1968. Przyjęta w nim koncepcja strefy bezatomowej uważana jest do dziś za najbardziej znaną, uniwersalną inicjatywę rozbrojeniową polskiej dyplomacji.
Skutkiem polityki pokojowej i konsekwencji władz PRL był bez wątpienia układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji i ich wzajemnych stosunkach, który podpisany został w Warszawie 7 grudnia 1970 r. przez Józefa Cyrankiewicza i Willego Brandta. Głównym kreatorem tego wydarzenia był I sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, który – jak głoszą źródła – nie ufał do końca gwarancjom ZSRR, odnoszącym się do polskiej granicy zachodniej. Nie chciał, aby Polska stała się przedmiotem przetargu międzynarodowego na wzór tajnych rozmów Chruszczowa, prowadzonych z RFN w sprawie ewentualnego wycofania poparcia Związku Radzieckiego dla NRD. Stąd, 17 maja 1969 r., niespodziewanie dla przywódców ZSRR, Gomułka wygłosił w Warszawie przemówienie, w którym wystąpił z inicjatywą podpisania umowy z RFN. Wykorzystał przy tym sygnały, że w RFN nastąpi wkrótce zmiana układu rządzącego. Na jesieni 1969r odbyły się nad Renem wybory, które przyniosły sukces socjaldemokratom: kanclerzem RFN został Willy Brandt, ministrem spraw zagranicznych – koalicjant z FDP – Walter Scheell. W podpisanym układzie obie strony potwierdziły nienaruszalność „istniejących granic, teraz i w przyszłości”
W kontekście tym paradoksem historii stało się , że sukces ten nie uchronił jego głównego kreatora – W. Gomułki – od politycznego upadku, spowodowanego konfliktem z wielkoprzemysłową klasą robotniczą na tle podwyżek cen żywności. Gomułka nie rozumiał narastania sprzeczności między budzącymi się aspiracjami ludzi pracy, których podstawą był ich zawodowy rozwój, wkład wiedzy i pracy w budowę polskiej gospodarki, rodzącą się godność obywatelską, a skromnym poziomem wynagrodzeń i ograniczania indywidualnych możliwości, rażąco odbiegających od poziomu życia ludzi pracy najemnej w państwach zachodnioeuropejskich. System gospodarki nakazowo-rozdzielczej blokował możliwości zaspokajania wielu istotnych potrzeb społecznych.
Materialny i wolnościowy oddech złapało społeczeństwo dopiero w dekadzie Edwarda Gierka Zdając sobie sprawę z ograniczonej suwerenności, politycy ówczesnej lewicy ( „komuniści”) różnymi metodami starali się maksymalnie poszerzać margines zbiorowej i indywidualnej wolności, co na tle doświadczeń innych państw socjalistycznych pozwoliło nam czynić naszą kulturę i sztukę ciekawszą, bardziej otwartą na świat, naukę bardziej autonomiczną, a ówczesna polska publicystyka dziwnym trafem stawała się intelektualną i polityczną inspiracją również dla czytelników spoza granic naszego kraju.
W każdym razie, nie trudno przychodzi mi na podstawie faktów historycznych i wydarzeń zrekonstruować zawartość haseł wyższego rzędu, jakimi są „ polski interes narodowy”, czy „polska racja stanu” z okresu Polski Ludowej. Poświęciłam tej problematyce sporo miejsca z uwagi na rozmiar kłamstwa, jaki znajduję w opisach powojennych 45 lat. Uczestniczą w tym kłamstwie ludzie wielcy i mali, z przyczyn tylko im znanych kombinują na potęgę, jak zaprzeczyć temu, że na socjalizmie skorzystali. Zakłamują życiorysy swoich dziadów, ojców i własne. Nie wiem, czy są świadomi tego, że są w tym wszystkim śmieszni, a swą historyczno-polityczną mitomanią robią Polsce krzywdę.
Trzeciej RP towarzyszyłam z zaangażowaniem od początku, podobnie jak czyniła to zdecydowana większość polityków SLD. I w tym przypadku potrafię z grubsza opisać wszystko to, co wypełniało hasło „interesu narodowego”, czy polskiej „racji stanu”. W latach 90. lewica socjaldemokratyczna przyłożyła rękę do budowy nowego ustroju państwowego (demokracji pluralistycznej) i do uwolnienia procesów gospodarczych, czyli do akceptacji wolnej gospodarki rynkowej.
Byliśmy i jesteśmy dumni z u chwalonej w 1997 r. Konstytucji, ponieważ bardziej demokratycznej Polacy w swojej historii nie mieli. Głosi ona pochwałę kompromisu, pluralizmu, poszanowanie zróżnicowanych wartości i tradycji, praworządności i trójpodziału władz. Zawiera prawie kompletny katalog wolności i praw obywatelskich, a preambułę do Konstytucji uważam za arcydzieło polskiej myśli demokratycznej. W kategoriach kompetencji cywilizacyjnych, niezbędnych do przeprowadzenia udanej modernizacji życia społecznego i państwowego, lewica socjaldemokratyczna sprawdziła się jako siła polityczna, która w systemie demokracji liberalnej odpowiedzialnie współuczestniczyła w procesie urzeczywistniania konstytucyjnych zasad ustrojowych, wzorowanych na państwa Europy Zachodniej. W każdym razie należy stwierdzić, że z wprowadzeniem i respektowaniem nowych reguł instytucjonalnych poszło nam nad wyraz łatwo, choć niektórzy wypominali nam peryferyjność cywilizacyjną, czyli mentalnościowe niedostatki , charakterystyczne dla wschodu Europy.
Po uchwaleniu Konstytucji my wszyscy – „postkomuniści” – poparliśmy nasze strategiczne członkostwo w nowych sojuszach; najpierw w militarnym – NATO, a kilka lat później w gospodarczo –politycznym, czyli w Unii Europejskiej. Oba sojusze wymagają tego, aby zrzec się dla realizacji wspólnych celów części naszej suwerenności. W przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej rząd SLD/UP oddał tę decyzję narodowi, który w referendum 7 i 8 czerwca 2003 r. miał odpowiedzieć na proste pytanie „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie do Unii Europejskiej?” Przypomnę, że w referendum tym wzięło udział 17 576 714 obywateli; za przystąpieniem opowiedziało się 13 514 872 głosujących (77,45 proc.), przeciw – 3 935 655 (22, 55 proc.). Frekwencja wyniosła 58 proc.. Najwyższe poparcie dla przystąpienia wyrazili w tym referendum mieszkańcy województw opolskiego, zachodniopomorskiego, śląskiego, lubuskiego, warmińsko-mazurskiego i pomorskiego (wszędzie ponad 80 proc.). Najmniej zwolenników przystąpienia było w lubelskim (63,23 proc.), podlaskim (68,63 proc.), podkarpackim (70,08 proc.) i łódzkim (71,34 proc.). W Warszawie 84 proc. mieszkańców było „za”. Sąd Najwyższy uznał referendum za ważne.
Z zapewnieniem społeczeństwu dobrostanu szło w III RP znacznie gorzej. Szczególne „zasługi” na tym polu odniósł rząd Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) i Unii Wolności (UW), kierowany przez Jerzego Buzka, który „wypracował” kolosalną dziurę budżetową. Znów powiało gospodarczą grozą. Mało kto dziś wspomina, że wiecznie rozmodlony ówczesny przywódca „Solidarności” – Marian Krzaklewski z pozycji porównywalnej z tą, którą dziś zajmuje J. Kaczyński, pomógł skutecznie rozregulować gospodarkę. Po przegranych w roku 2000 wyborach prezydenckich ten przeciwnik obecności Polski w UE przeniósł się do Komitetu Ekonomiczno-Społecznego …..Unii Europejskiej, gdzie reprezentuje NSZZ „Solidarność”. Nie słyszałam, aby w tym gremium, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, skutecznie chrystianizował Europę. Niedawno pojawił się w Senacie, aby poprzeć narodowo-radykalną linię polityki PiS.
W latach 90. i później problemem dla większości polityków lewicy był sposób traktowania w domenie publicznej wartości egalitarnych, czyli równości, sprawiedliwości i bezpieczeństwa socjalnego. Przy odwoływaniu się do nich przez lewicę w debatach sejmowych natychmiast odzywali się urzędowi genetyczni demokraci, którzy w dyskusjach, odnoszących się do polityki społecznej ochoczo straszyli powrotem „komuny”, tak – jakby ludzie pracy najemnej w nowej rzeczywistości ustrojowej nie mieli prawa oczekiwać od państwa racjonalnego opiekuństwa socjalnego. W kontekście tym pojawiło się w charakterze straszaka pojęcie homo sovieticus, opisujące mentalność ludzi opornych na zmiany i nieprzystosowanych do życiodajnych procesów modernizacyjnych. Pomocną dłoń w tych wywodach podawali liberalnym ekonomistom czołowi polscy socjolodzy , wspomagając wszechobecne tezy propagandowe o zachowawczości i nieprzystosowaniu większości polskiego społeczeństwa do radzenia sobie w kapitalizmie według recept Sachsa/Balcerowicza.
Filozof Stanisław Rainko (znów na łamach „Res Humana”) słusznie zwraca uwagę na równoległe funkcjonowanie we współczesnych społeczeństwach wartości egalitarnych (patrz wyżej) i wartości liberalnych, czyli wolności, demokracji parlamentarnej, efektywnego rozwoju i praworządności, praw człowieka i obywatela. Autor ten jednak wątpi w to, czy oba typy wartości dadzą się łącznie urzeczywistniać, choć – dodałabym – w społeczeństwach pluralistycznych i demokratycznych oba są prawomocne. Myślę, że właśnie dlatego potrzebne są kompromisy, inaczej musi pojawić się groźba konfliktu społecznego na szeroką skalę. I jestem przekonana, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać ciągotami populistycznymi, samowolą większości sejmowej, programem 500+, łamaniem Konstytucji, promowaniem jedności etnicznej i religijnej, atakiem na elity ( choć one są potrzebne każdemu ambitnemu społeczeństwu), wrogiego traktowania partnerów politycznych w kraju i zagranicą.
Mamy rok 2018 i za sobą bez mała trzyletnie rządy „Prawa i Sprawiedliwości” – partii, która po wygranych wyborach prowadzi nas na polityczne manowce, burząc z rozmysłem cały dotychczasowy dorobek już dwóch pokoleń Polek i Polaków. W stosunkach wewnętrznych drążą Polskę konflikty polityczne, w stosunkach zewnętrznych jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, licząc już chyba tylko na jednego „kolegę”, ale on jest daleko i na dodatek interesują go głównie Chiny i Rosja. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tej konstelacji przewidywał miejsce dla nas.
Wkrótce przyjdzie nam się dowiedzieć, czy celem strategicznym klanu Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej i osadzenie nas na samotnej „wyspie wolności” w pisowskim tego pojęcia rozumieniu. Powstaje więc pytanie, czy Polki i Polacy godzą się na takie rozumienie interesu narodowego i polskiej racji stanu i co w tym kontekście ważne – jak oceniają te procesy politycy lewicy?

Z kamerą wśród próżniaków

Pierwsze wydanie książki Elżbiety Koweckiej miało miejsce jeszcze grubo przed moimi narodzinami, w 1984 roku. Od tego czasu pozycja ta była systematycznie wznawiana, a w ostatnim czasie wpisała się w modny trend sięgania przez historyków do pomijanych wcześniej zagadnień z historii społecznej – takich jak codzienność użytkowa, historia chorób, higieny, przesądów, dziwnych mód.

 

Kowecka, powojenna historyk kultury materialnej, pisząc swoją książkę w latach 80., podkreślała, że jej dziedzina – badanie dziejów materialnego bytu ludzi, jest jeszcze stosunkowo młoda i mało spopularyzowana. Autorka stara się jak może, aby wyzbyć się wszelkich kontekstów polityczno-socjologicznych, choć czasem widać jej momentami pobłażliwy, a momentami otwarcie niepochlebny stosunek do opisywanych dylematów klasy próżniaczej – na przykład w kwestii pretensjonalności rozrywek bądź strojów. Swoją energię badacza Kowecka poświęca jednak głównie tworzeniu w umyśle czytającego przewodnika po wirtualnym muzeum.

 

Przedwiośnie rewolucji

Z książką w ręku przemierzamy kolejne pomieszczenia XIX-wiecznego dworku lub pałacu, a przy okazji poznajemy siatkę zawikłanych stosunków pomiędzy żyjącymi w tym „przedsiębiorstwie” (to słowa samej autorki) „kastami” (także) – gdzie kamerdynerzy pielęgnują swoją wyższość nad lokajami, a w centrum nieodmiennie pozostają „państwo”. Autorka zresztą (co również doskonale oddaje jej stosunek do dworskiej hierarchii) kilkukrotnie w swoim 300-stronicowym opracowaniu używa ironicznego podziału na „państwa i ludzi”.

Publikacja ta stanowi monumentalny, rzetelny, przerażający swoją skalą obraz utracjuszostwa, bezmyślności, zatracenia się w chocholim tańcu całych pokoleń ludzi, którzy podobnie jak armia otaczających ich usługiwaczy i żywych zabawek, mieli dwie ręce i dwie nogi, oraz wbrew powszechnemu przekonaniu – również hemoglobinę transportującą tlen do tkanek. Jednak mimo to przez stulecia żyli napędzani porządkiem, który kazał im myśleć o sobie jak o stworzeniach szlachetniejszych od reszty.

Książkę Kaweckiej powinno się czytać jako lekturę przygotowującą do odbioru „Przedwiośnia”, na recepcję którego uczniowie szkół średnich nie są przygotowywani. Z perypetii głównego bohatera powieści Żeromskiego rozumieją tylko fabularny ciąg żołnierskich przygód i romansów, tymczasem zupełnie nie poświęca się czasu, aby wniknąć w to, dlaczego rewolucja w Baku, a później w Petersburgu i Warszawie musiała w końcu nadejść. Książka Koweckiej stanowi odpowiedź na to pytanie. Żeromski miał to na bieżąco, my w XXI wieku musimy wciąż sobie o tym przypominać (zwłaszcza w kontekście toczącej się właśnie na lewicy dyskusji o nowym podziale na elity i sprekaryzowany lud).

 

Małgorzata Rozenek wieku XIX

Autorka przytacza powalającą ilość źródeł, między innymi pamiętników, poradników i „skarbniczków dla ziemiaństwa i mieszczaństwa”, coś w rodzaju XIX-wiecznych porad Perfekcyjnej Pani Domu. Szczególnie często powołuje się na poradnik Karoliny Nakwaskiej („Dwór wiejski, dzieło poświęcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w mieście mieszkającym” – swoją drogą była to publikacja „zerżnięta” z francuskiego pierwowzoru) – który w porównaniu z innymi zapiskami, z życia m.in. rodziny Czartoryskich czy Potockich, wydaje się i tak oazą rozsądku, skromności i gospodarności. „Znajdujemy tam zalecenia, jak urządzić dom od strychu do piwnic, a także wiele groźnych napomnień, jakich grzechów nie należy popełniać w dziedzinie higieny, utrzymywania porządku i tym podobnych sprawach” (z czego wynika, że takie grzechy musiały być nagminne).

Klasa próżniacza prowadziła żywot, w którym czas wyznaczał przymus ciągłego

 

potwierdzania własnego statusu.

Już wtedy funkcjonował podział na tradycję i specyficznie pojmowaną nowoczesność. „Dom staropolski” przeciwstawiano „domowi modnemu”, na który szał zapanował zwłaszcza w połowie stulecia. „Magnat wystawił pałac, otóż i sąsiad jego musi mieć taki sam, magnat ma meble zagraniczne, już kupuje szlachcic meble w Berlinie czy gdzie indziej, aby tylko za granicą, magnat ma dobrego kucharza, już za nic u szlachcica barszcz, zrazy i bigos, sprowadza Francuza, kupuje trufle, ostrygi i soje indyjskie”. Później, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, szlachta musiała spuścić nieco z tonu. „Przemiany gustów i obyczajów (…) niosły rozwijająca się cywilizacja techniczna, konieczność nowego gospodarowania, gdy niemożliwe już się stało, tak częste jeszcze na początku XIX wieku przejadanie niemal wszystkich płodów rolnych uzyskiwanych z majątków ziemskich”.
Mimo to utrzymywano stada mamek („do rzadkości należało, by kobieta zamożna i z towarzystwa karmiła sama”), które traktowano jako solidne firmy polecane krewnym i znajomym, ale również element ozdobny, prezentowany ciekawskim gościom razem z dzieckiem („wówczas mamka występowała często w paradnym stroju chłopskim. Najlepiej na takie okazje pasował ubiór krakowski lub łowicki”).

 

Szary koniec

„Obsługa” jaśnie państwa tworzyła społeczność kastową. Rozróżnienie widać było szczególnie podczas posiłków, gdzie funkcjonowały lepsze i gorsze „stoły” – tzw. pierwszy stół miał prawo do zasiadania w jadalni z państwem domu (guwernantki, rezydenci, panny wyprawne, metrowie, ochmistrzynie, marszałkowie dworu, kamerdynerzy, a nawet kapelani). Co ciekawe właśnie z tego sposobu biesiadowania ukuło się popularne wyrażenie „szary koniec” – na początku bowiem stołu przed państwem kładziono białe obrusy i najlepszą zastawę, a dalej, wraz z malejącą hierarchią biesiadników, przykrywano go szarym płótnem, a i jedzenie było gorszej jakości.

„Tak zwany drugi i trzeci stół obejmował służbę dworską, która dzieliła się na liczne kasty”.

Autorka przytacza tutaj galicyjski pamiętnik z lat 40. XIX w.: „Garderoba była wyższa od pralni. Panny garderobiane nie wdawały się z pannami z pralni. Taki sam stosunek między lokalami i furmanami. Dzieliły się tam jeszcze dziewki z pralni i piekarni i dziewczęta z garderoby i mnóstwo było tak zwanych kółek stopniowanych. Ogrodniczek żył z kuchcikiem, broń Boże ze stróżem bądź parobkiem, choć byli z jednej wsi i z jednej matki, każdy bronił swego honoru i stanowiska w hierarchii dworskiej i majątkowej”.
Z czasem, kiedy zabrakło środków na to, by dzielić służbę na fizyczne stoły, wykreowano podział umowny: „istniały więc stoły marszałkowskie, lokajskie, kucharskie itp. Określenie ‘stół’ było zresztą tylko przenośnią i oznaczało, iż dana osoba miała prawo do pewnej kategorii pożywienia, nieraz bowiem zwłaszcza najniższa służba jadała gdzie popadło”.

 

Zaskocz mnie

Nawet wieszcz Mickiewicz sygnalizował priorytety kulinarne gospodarzy: zaskoczyć gości finezją – służką z dalekiego kraju, nową specjalną funkcją, której nie mieli sąsiedzi na stanie („W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju; jest do robienia kawy osobna niewiasta”) albo osobliwą praktyką (okrutne opiekanie żywych indyków).
Ale największym hitem swoich czasów były karzełki i błazny. „Z innych zgoła powodów trzymano na dworze karzełka. Nie był on traktowany jak kaleka, raczej jak osobliwość, jak ktoś, kim można się było pochwalić, kto wywoływał ciekawość i podziw gości. Ulubioną rozrywką było ukrycie karzełka w olbrzymim pasztecie, torcie czy wazie do zupy usytuowanej na biesiadnym stole, by w stosownym momencie ukazać go zaskoczonym gościom. (…) Karzełek nie był sługą, jego status społeczny raczej już można było porównać ze statusem dworskiego błazna. Często zabierał głos w dysputach, wolno mu też było wypowiadać się śmielej niż niejednemu domownikowi”.

Kowecka przytacza tu wzmianki o znanych z pamiętników karzełkach – Jakubciu („należącym” do księcia Eustachego Sanguszki) oraz Krzysztofie (należącym do Marii Alfredowej Potockiej z Łańcuta – wnuczki księcia Eustachego). Karzełek Krzysztof zresztą zasłynął tym, że złośliwie skrytykował w 1892 portret swojej pani namalowany przez Matejkę. Natomiast „słynna z oryginalnych pomysłów wielka posesjonatka prezesowa Trypolska z Polesia miała w swym pałacu rodzaj bufona, trefnisia, jowialistę”.

 

Opieka moralna

Jaśnie państwo zobowiązani byli, o czym mało kto wie – do roztaczania nad swoją służbą opieki nie tylko materialnej, ale i moralnej! „Opieka moralna zasadzała się przede wszystkim na tym, by dbać o stałe zatrudnienie ludzi, z próżniactwa bowiem lęgły się nieobyczajność, złe myśli, nieuczciwość, pijaństwo i tym podobne przywary. Toteż pomysłowość pań domu pod tym względem była nieograniczona: a to przesuwały wskazówki zegara, byle dłużej w noc zatrzymać służące przy haftowaniu, a to znów wtykały w ręce nieszczęsnym chłopcom kredensowym czy lokajczykom druty, by dziali pończochy”.

 

Zabawa w podludzi

Zabawy, bale, fety i zjazdy na kilkaset osób stanowiły pierwszy obowiązek klasy próżniaczej. Jak podaje autorka, nawet zubożałe rody musiały gremialnie uczestniczyć w kilkudziesięciu zabawach rocznie, sen z powiek zaś spędzał im fakt, że nie na każdej fecie będą w stanie wystąpić w nowym szykownym stroju. Kowecka zdradza, że mężatki miały prawo do noszenia się bardziej ekskluzywnie niż panny: przysługiwały im błyskotki i żywsze kolory, a także bufki, treny i woale. Autorka przytacza wspomnienia kobiet, które, zdeterminowane, by wreszcie uzyskać upragnioną kreację, w tym wyłącznie celu czym prędzej wydawały się za mąż.

I w zabawach ważny był element zaskoczenia. Jedna z przyjaciółek rozrywkowego księcia Józefa Poniatowskiego przodowała w wymyślaniu wciąż nowych egzotycznych rozrywek dla łatwo nudzącego się kochanka. Egzotyczne ogrody i zwierzyńce szybko spowszedniały. Zastąpiono je odgrywaniem teatralnych sztuk bądź inscenizowaniem żywych obrazów (szczególnie tych ze scenami zbiorowymi, by móc zaangażować wszystkich gości). Szczególnie cenni byli statyści sprowadzani z dalekich krajów (na przykład autentyczni Arabowie!).

Rodzajów rozrywek szlachty i magnaterii nie sposób wyliczyć – jednak nic nie dawało takiej radości, jak „zabawa w podludzi”:

„Ulubionym urozmaiceniem balu było tzw. chłopskie wesele. Panna uznawana w danym towarzystwie za najpiękniejszą i najprzystojniejszy kawaler składali młodą parę, pozostali zaś goście formowali orszak weselny i mniej lub bardziej udatnie imitowali chłopski ceremoniał ślubny z jakiegoś regionu kraju”.

Jeszcze większą inwencją wykazała się wspomniana już prezesowa Trypolska z Polesia: na zabawę w plenerze, stylizowaną na starożytną Grecję, zabrakło jej posągów. „Kazała przeto stawić się przed sobą młodym pańszczyźnianym chłopkom. Wybrała 12 najpiękniejszych i najlepiej zbudowanych dziewcząt, udrapowała je w dość skąpo pomyślane antyczne szaty, uczesała na sposób grecki, a przed samym balem… posmarowała wapnem i kredą i upozowała na niskich postumentach. Ktoś bardziej ciekawy przyjrzał się dokładniej, ktoś wyciągnął rękę i dotknął statuty, wykrzyknął, a wtedy wszystkie dziewczęta zeskoczyły z piedestałów i uciekły z sali. Historia milczy, czy były zadowolone z roli, którą przyszło im odegrać (wiadomo tylko, że wapno za nic nie dawało się zmyć z włosów)”.

 

W kufę, względnie w mordę

Rozdział poświęcony rachunkom stanowi przerażający obraz nieliczenia się z pieniądzem. Z jednej strony sporządzano „etaty” – szczegółowe spisy wydatków wraz z gramaturami kupowanych produktów, z drugiej wyziera z nich marnotrawstwo, podział na zakupy przeznaczane „dla państwa i ludzi”, drogą i nieefektywną, pozorowaną w istocie dobroczynność.

Czasem klasa próżniacza wykazywała się krytycznym spojrzeniem na siebie i problemy swojej codzienności. Niestety, nie w szerszym ujęciu społecznym. Piętnowano pretensjonalność i egzaltację – ale jedynie u kobiet, które „dnie przepędzały na czytaniu romansów”.

W połowie XIX wieku krążyła po salonach złośliwa opowiastka: „Oto dwóch panów widzi zapłakaną kobietę. Bez wątpienia dotknęło ją ciężkie jakieś nieszczęście. Może straciła dziecię? Nie. Może opłakuje oddalonego małżonka? Nie. Może była niegdyś majętną, a teraz w potrzebie? Nie. Cóż się jej tezy stało? Czytała. Co takiego? Romans”.

Czytając 300-stronicową cegłę Koweckiej, miałam w myślach jeden szczególny cytat z „Przedwiośnia”, który nadaje takim opracowaniom zupełnie nowego sensu.
„Myśl gorzka i cierpka, owoc wszystkiego, co w swym życiu widział, nasunęła wewnętrzne, zjadliwe pytanie: Kiedyż w końcu nadejdzie podły dzień, iż tenże Jędrek posiądzie odwagę i zdobędzie się na siłę, żeby jaśnie pana chwycić za gardło i bić w kufę, względnie w mordę? Czy też Maciejunio da radę, czy potrafi wypchnąć jaśnie dziedziczkę za drzwi główne, właśnie w pazury motłochu? Czy potrafi wpuścić biedę okolicznych wsi, ażeby nareszcie zobaczyła, co to tam jest, co się mieści w salonie, w środku tego starego dworu, bardziej niedostępnym i bardziej tajemniczym dla tłumu niż święty kościół w Nawłoci?”.

Czytajcie o dworkach i pałacykach, rodacy. Czytajcie i płaczcie nad sobą.

 

Elżbieta Kowecka – „W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX wieku”, wyd. Zysk i S-ka, str. 340, Poznań 2016, ISBN 978-8-37-785944-5.