W niewoli banków

Gazeta Wyborcza korupcyjną propozycję złożoną przez szefa KNF-u Leszkowi Czarneckiemu sprowadziła do „afery PiS-u”. Tymczasem problem jest o wiele poważniejszy. Komisja Nadzoru Finansowego nie od dziś jest elementem wszechwładzy sektora finansowego nad Polską, a nie kontroli obywateli czy państwa nad bankami. Sektor bankowy zajmuje u nas niezwykle uprzywilejowaną pozycję i stoi niejako ponad prawem. Tak jak Watykan jest państwem kościelnym, Polska jest państwem bankowym.

 

Kiedy Leszek Czarnecki w marcu br. odwiedził KNF, jego imperium chyliło się już ku upadkowi. Szedł prosić by KNF krył jego wpadki i nie ostrzegał klientów przed lokowaniem pieniędzy w jego placówkach. Miał więc prosić o coś co jest całkowicie sprzeczne z zadaniami tej instytucji. Dlaczego? Ano dlatego, że KNF nieraz już „szedł na rękę” bankowcom, czy jak kto woli ich nazywać „banksterom”. Tylko dlatego możliwe były te wszystkie afery: frankowa, polisolokat, Amber Gold czy choćby masowo stosowane niedozwolone klauzule w umowach kredytowych.

Nikt jakoś nie pokusił się jeszcze o zbadanie jak wielu urzędników KNF podjęło później pracę na lukratywnych stanowiskach w sektorze bankowym, ale wystarczy powołać emblematyczny przykład zatrudnienia w mBanku byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka, po niespełna trzech miesiącach od czasu, kiedy instytucja ta była przez niego nadzorowana. Prawo wprawdzie nie zakazuje takich praktyk, ale konflikt interesów i korupcyjny charakter tego typu przepływu kadr jest oczywisty. Cezary Mech, twórca ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym i tym samym KNF, zapytany o ewentualność ograniczenia teg procederu, oświadczył, że nie wierzy w skuteczność ewentualnych zapisów prawnych, które uniemożliwiałyby tego tupu praktyki. Ta niewiara w skuteczność regulacji mających zapobiegać działaniom nieuczciwym i aspołecznym jest wśród ludzi związanych ze sferą finansów dość powszechna. Innego zdania jest profesor Witold Modzelewski, który nie tylko wypowiada się za zakazem podejmowania zatrudnienia w instytucjach finansowych przez byłych funkcjonariuszy KNF przez kilka lat, ale postuluje by warunkiem sprawowania odpowiedzialnych funkcji w Komisji Nadzoru Finansowego było ukończenie 55-60 lat, tak aby było to uwieńczeniem kariery, a nie punktem wyjścia do „wicia sobie gniazdka w sektorze bankowym lub ubezpieczeniowym”.

Autor z portalu Wirtualna Polska, chcąc podsumować aferę korupcyjną w KNF, sprowadza charakterystykę jednego z bohaterów dramatu, Leszka Czarneckiego, do jednego określenia : „prężny biznesmen”. Wielu ekspertów jednak uważa, że ten „prężny biznesmen” od dawna prowadzi raczej podejrzane interesy.

Kogoś kto wątpi wystarczy odesłać do licznych forów klientów prowadzonych przez niego instytucji finansowych, aby się przekonać jak złe i to od wielu lat są opinie o ich usługach. Oto wpis na stronie „oszukani przez Getin Bank” z 9 sierpnia 2012 r.: „Na stronie www.wrobieni.org dowiedziałem się, że jest mnóstwo osób poszkodowanych przez Getin Bank, który obciął ich lokaty o ponad 35 %. Tym niemniej produkt Getin Banku o nazwie Plan Systematycznego Oszczędzania Zabezpiecz Przyszłość jest jeszcze większym przekrętem Getin Banku. Okazuje się, że po roku od założenia tej lokaty/produktu i ulokowaniu w nim 5500 zł, mogę zgodnie z pokazaną mi tabelą bankową- której wcześniej nikt mi na oczy nie pokazywał- wypłacić 700 zł ! Czyli niecałe 15 % wpłaconych środków. Takie coś jest możliwe w Polsce? W banku? I Komisja Nadzoru Finansowego nie może nić z tym zrobić?”

Takich wpisów są setki na rozmaitych forach i przewija się pytanie: co na to KNF? A KNF na to nic. Jak Leszek Czarnecki nakłaniał nadzór finansowy do milczenia ws. swoich szwindli tego nie wiemy, ale jego ostatnia wizyta u szefa KNF dowodzi, że jakoś dotychczas się z nim „dogadywał”.

Banki i bankierzy stanowili dotąd sanktuarium niedostępne nie tylko dla mediów, ale i dla prokuratury. Pokrzywdzeni przez instytucje finansowe na ogół nie mogą liczyć na pomoc powołanych do tego celu publicznych instytucji. Pozostaje im poszukiwać pomocy w różnych stowarzyszeniach i obywatelskich instytucjach pomocowych. Dobrą ilustrację tezy, iż nieuczciwe banki na ogół są nietykalne stanowi historia pary starszych ludzi, którzy poszukiwali pomocy w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Żyli z rent w wysokości 600 zł. Chcąc polepszyć swoją sytuację bytową sprzedali jedyną swą własność, działkę, za którą uzyskali 170 000 zł. Żeby nabywca mógł dokonać przelewu otworzyli konto w Getin Banku. Ktoś jednak w banku skopiował karty płatnicze zanim oni wyjęli je ze skrzynki pocztowej. Kiedy poszli do baku na skargę zostali zrugani i przepędzeni. W trakcie krótkiego śledztwa prokurator nie odważył się przekroczyć drzwi banku, nie przesłuchano żadnego z jego pracowników, po czym śledztwo umorzono.

Trafiło też do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej młode małżeństwo. Ludzie ci zaciągnęli w Getin Banku kredyt na budowę domu. Kredyt żyrowali również rodzice jednego z małżonków. Kiedy nie dali rady z ratami, bank przejął dopiero co postawiony dom, więc cała rodzina z dwójką dzieci przeprowadziła się do małego domku o powierzchni 60 metrów kwadratowych zajmowanego przez rodziców. Kiedy Getin Bank wszczął procedurę by również i ten domek zlicytować, podjęto próbę dotarcia do osoby, która jest bliską znajomą Leszka Czarneckiego. Owa znajoma właściciela banku, z pełnym przekonaniem oświadczyła, że nie podejmie tak naiwnych rozmów, ponieważ pan Leszek tak właśnie dorobił się swoich milionów i nie będzie z dłużnikami negocjował.

Oczywiście nikt by Leszkowi Czarneckiemu nie zaglądał w papiery i nie ścigał jego machinacji, gdyby nie zaglądające mu w oczy widmo bankructwa. Teraz kiedy zaczął tonąć cena za ochronę wzrosła, a ponieważ nie było go stać to nagrał całą rozmowę i ujawnił. Ujawnił z wielomiesięcznym opóźnieniem, bo wiedział, że jego imperium i tak upadnie. Postanowił więc upaść z hukiem. Uznał najwidoczniej, że skoro źle mu poszło w biznesie, to spróbuje się wykaraskać z kłopotów dołączając do obozu Koalicji Obywatelskiej. Jeżeli plan obalenia rządu na tej samej zasadzie na jakiej taśmy Rywina obaliły rząd SLD powiedzie się, to może rząd PO pozwoli Czarneckiemu powrócić do finansowej potęgi. Nie byłby to pierwszy raz kiedy za pieniądze podatnika ratuje się prywatne banki.

Komisja Nadzoru Finansowego powstała by kontrolować sektor bankowy i ubezpieczeniowy w imieniu państwa, ale też w imieniu milionów klientów, obywateli. Tymczasem dotychczasowa praktyka jego funkcjonowania od lipca 2006 roku wskazuje, że chronił on wyłącznie interesy banków, firm ubezpieczeniowych, a nie państwa czyli interesu publicznego czy obywateli.

Przykładem jest sprawa polisolokat. Ten dziwny instrument finansowy polegał na nakłanianiu klientów banku do niekorzystnego rozporządzenia swoim majątkiem poprzez wprowadzenie ich w błąd, co wyczerpuje znamiona przestępstwa zwanego oszustwem.

W sprawie polisolokat oferowanych przez Getin Bank zapadł nawet wyrok w procesie cywilnym, ale bardzo łagodny.

Getin Bank nie obronił swoich racji przed sądem, który utrzymał w mocy 5 mln zł kary za sprzedawane klientom polisolokaty. W podobne produkty w innych bankach weszło kilka milionów Polaków. Zdaniem Rzecznika Finansowego praktycznie nie dawały klientom szans na obiecywany zarobek. Te kilka milionów klientów nigdy nie odzyskało swoich pieniędzy a w grę wchodzi suma ok. 60 miliardów złotych.

Sąd uznał, że bank należący do Leszka Czarneckiego wprowadzał klientów w błąd, proponując im grupowe ubezpieczenia na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym (UFK), co powszechnie nazywa się polisolokatami.

Najwięcej kontrowersji wzbudzały opłaty likwidacyjne. Okazało się, że chcąc przed wygaśnięciem produktu zerwać polisolokatę i wycofać swój kapitał, klient w różnych firmach tracił nawet 90 proc. środków z tytułu opłaty likwidacyjnej. Jeszcze większy problem polegał na tym, że często myślał, że zawiera umowę o lokatę, a nie polisolokatę, nie wiedział zatem, że nie może zerwać umowy przed czasem, bo wtedy straci niemal wszystkie swoje pieniądze. A umowy zawierane były często na 10, 15, a nawet 30 lat.

I w tej sprawie w latach 2008-2009 Urząd Rzecznika Ubezpieczonych wspólnie z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów wystąpiły z pismem do KNF wskazując na nienormalnie wysoką opłatę likwidacyjną jako na niedopuszczalną. Jednak KNF odpowiedział pismem, w którym uspokajał, że tego rodzaju praktyki to norma, i że podobnie jest w krajach Zachodniej Europy. Było to wierutne kłamstwo, gdyż w krajach starej Unii opłata likwidacyjna przy podobnych instrumentach finansowych to najwyżej kilka a nie 90%. Wystarczyło to jednak, by na jakiś czas uspokoić instytucje, które zajmują się ochroną obywateli przed nadużyciami.

Najgorsze jest to, że mimo nacisku Urzędu Rzecznika Finansowego i UOKiK-u nikt nie zwraca klientom wyłudzonych w ramach polisolokat pieniędzy, a instytucją, która broni interesów banków jest wciąż ten sam KNF. Podobnie zresztą jest w sprawie domniemanych kredytów frankowych, które przecież nigdy „frankowe” nie były i stanowiły kolejny masowy szwindel bankowców przeciw obywatelom. I tu KNF dawał pełną ochronę bankom, a władza, która ustami Andrzeja Dudy obiecywała, że zmusi banki do częściowego podzielenia się z klientami zyskami z tego przekrętu, odsyła ich teraz do sądów. Tych samych sądów, na których na co dzień nie zostawia suchej nitki.

Komisja Nadzoru Finansowego teoretycznie miała za zadanie stać na straży interesu publicznego. Niestety ten interes utożsamia się u nas z interesami banków, a nie państwa czy jego obywateli. Niewątpliwie propozycja zatrudnienia protegowanego szefa KNF w banku Czarneckiego była skandaliczna i miała charakter korupcyjny. Nie odbiegała jednak od dotychczasowych praktyk tej instytucji. Różnica jest taka, że poprzednich rozmów o podobnych „transferach” nikt nie nagrał, albo jeszcze nie ujawnił nagrania. O tym, że tych rozmów było więcej świadczy fakt, że w siedzibie KNF funkcjonują zagłuszarki. Może tylko tym zagłuszarkom zawdzięczamy, że nie dysponujemy nagraniem z rozmowy, w której pan Jakubiak, były szef KNF, załatwiał sobie robotę w mBanku. W sytuacji, w której urzędnicy KNF od razu po skończonej kadencji mogą zatrudniać się w instytucjach finansowych powoduje, że takich korupcyjnych propozycji nie trzeba nawet formułować wprost, ponieważ przypuszczenie, że potężna i bogata firma może w przyszłości odwdzięczyć się życzliwemu ekspertowi narzuca się samo.

Afera KNF, podobnie jak poprzednio reprywatyzacyjna, to tylko przydatne narzędzia w międzypartyjnej wojnie PiS-PO. I tak jak nikt nigdy nie zamierzał powstrzymać oddawania kamienic z lokatorami, tak też nikt nie wynagrodzi oszukanym klientom banków ich strat, ani nie zapobiegnie dalszym oszustwom banksterów. PiS musi ponieść polityczną odpowiedzialność za swego urzędnika, ale byłoby źle, gdyby przy okazji nie wyszło na jaw, że my, społeczeństwo, my, opinia publiczna, my, klienci banków i konsumenci, nie mamy żadnej kontroli nad bankami. Organ kontrolny od początku swego istnienia kryje oszustów, którzy krzywdzą, oszukują i naciągają obywateli. I to niezależnie, kto aktualnie sprawuje władzę.

Media podają, że Leszek Czarnecki nie jest już miliarderem. Są gorsze nieszczęścia. Wciąż jednak Leszek Czarnecki nie wynagrodził choćby ułamka strat na które naraził swych klientów za sprawą nieuczciwych praktyk. Jeżeli plan zadziała i nowi protektorzy Czarneckiego, czyli PO dojdzie do władzy, Czarnecki nie będzie musiał niczego już nikomu zwracać. A interesy będą dalej kwitły wśród płaczu i zgrzytania zębów dla nikogo nieważnych, zwykłych ludzi.

Polski neoliberalizm na śmietniku historii? MY, SOCJALIŚCI

Polityka kolejnych rządów po 1990 roku przyczyniała się do umacniania w Polsce doktryny neoliberalnej przyjętej w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego pod koniec lat 80. XX wieku. Twarzą polskiej wersji neoliberalizmu jest Leszek Balcerowicz blisko związany z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 

Obydwie te instytucje służą od blisko 40 lat do upowszechniania i wdrażania idei neoliberalnych w świecie. W sferze ekonomicznej sprowadzają się one do powszechnej prywatyzacji, w sferze politycznej do deregulacji ograniczającej rolę państwa. W sferze stosunków międzyludzkich sankcjonują chciwość i brutalną konkurencję na wszystkich polach.

Polska Partia Socjalistyczna przeciwstawiała się polityce gospodarczej i społecznej, która była realizowana w Polsce od początku lat 90.. Polityka ta była i jest sprzeczna z interesem mas pracujących i jak się po kilku latach okazało, również z interesem Polski. Wielokrotnie podczas demonstracji socjaliści wołali: „Balcerowicz musi odejść”, wskazując na błędną strategię gospodarczą i społeczną.

Mimo jednak, że ten w końcu odszedł, polityka nasycona neoliberalizmem była realizowana w najlepsze. Polska, jako jeden z pierwszych krajów w ramach transformacji poddana została tzw. terapii szokowej, z której zrodziło się postępujące rozwarstwienie społeczne, upadek powstającej w latach 70. zaczątków klasy średniej, transfer ogromnych kapitałów za granicę. Narodziła się, mimo ograniczeń, klasa wielkiego kapitału, z drugiej strony rzesza bezrobotnych i bezdomnych. Urosło wiele setek instytucji charytatywnych, których istnienia i działalności jako społeczeństwo kierujące się zasadą sprawiedliwości społecznej, powinniśmy się wstydzić.

Neoliberalizm, jako idea konstruktywistyczna, wdraża w życie społeczne zasady sprzeczne z demokracją liberalną. Uznaje on, że cała sfera decyzji gospodarczych państwa wyłączona jest z procesu negocjacji politycznych, a jedynym kryterium ich podejmowania jest zysk lub strata i powszechne prawa rynku. Kwalifikacja ta przenosi się niestety w praktyce na sferę społeczną, politykę państwa, łamie podstawowe zasady demokracji. Mamy w związku z tym dziś do czynienia w skali naszej strefy cywilizacyjnej z poważnym kryzysem demokracji. M.in. w Polsce upada demokracja przedstawicielska, którą kolejne ekipy rządzące próbują pudrować pyłem populizmu walcząc brutalnie o władzę w państwie. Widać to było także w walce o samorządy w 2018 roku.

Ostatnio w „Spieglu” Romain Leick, niemiecki dziennikarz pisze, że „narody Zachodu rozpadają się na dwa światy. Naprzeciw siebie stoją dwa obozy, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Po jednej stronie znajdują się metropolie, błyszczące wystawy globalizacji i jej brata bliźniaka – wielokulturowości, gdzie obok siebie mieszkają: nowa burżuazja i kolorowa różnorodność migrantów.

Po drugiej stronie są peryferie małych i średnich miast, dawnych obszarów przemysłowych i dalekich regionów wiejskich. Tam koncentrują się środowiska, które dawniej niewiele łączyło: robotnicy, zwykli urzędnicy, zatrudnieni na śmieciowych umowach, rolnicy, drobni przedsiębiorcy i emeryci; wszyscy złączeni wspólnym poczuciem podwójnej niepewności – finansowej i kulturowej”.

Powodem tego przypomnienia są narastające problemy społeczne i trwające ostatnio w Polsce przepychanki na temat cen prądu elektrycznego. Metoda zastosowana przez państwo (ekipę rządzącą) odbiega w tym wypadku wyraźnie od dotychczasowego, wolnorynkowego standardu, lansowanego przez neoliberałów. Łamie zasady nadrzędności ekonomi nad polityką, przywraca władcze funkcje państwa wygaszane od lat. Jeśli nie jest ona wyłącznie napędzana interesem politycznym lub też strachem przed „polskim Majdanem”, to stanowi przełom, czego wydaje się, nikt nie zauważył.

Mamy bowiem do czynienia z przełamaniem w praktyce państwa polskiego doktryny, która uznawana była dotychczas za „świętą”. Jakie to rodzi skutki na przyszłość? Bardzo poważne – powstaje akceptowana przez praktykę państwa możliwość przeciwstawienia się nadrzędnej roli rynków, co było niemożliwe dotychczas z powodów doktrynalnych.

Nie należy oczywiście fascynować się tym zdarzeniem, które miało miejsce w naszym Sejmie w przededniu Nowego Roku 2019, podczas dyskusji nad ustawą dotyczącą cen energii elektrycznej. Dopiero następne wydarzenia tej rangi mogą wskazać nam skrywane dotychczas plany ekipy premiera Mateusza Morawieckiego.

Przed kilkoma laty w jednym z esejów dotyczących tego tematu pytałem „dokąd od neoliberalizmu?”. Uważam, że pytanie jest nadal zasadne, szczególnie w skali Polski. Świat bowiem, jak widać po wielu przykładach, odsyła neoliberalizm na śmietnik historii i szuka nowych, sprawiedliwych systemów społecznych. U nas są nadal i tacy, którzy z werwą pokrzykują za Balcerowiczem: więcej prywatyzacji, więcej deregulacji! Jest to jednak już tylko śmieszne i tragiczne.

Nie ulega wątpliwości, że Polska po okresie nieudanej transformacji lat 90. powinna zmierzać do zmiany systemu społeczno-ekonomicznego na taki, który przywróci sprawiedliwość społeczną do rangi obowiązującej doktryny i pozwoli na stworzenie na nowo strategii rozwojowej opartej o szerokie porozumienie wszystkich sił społecznych i politycznych w kraju. Elity muszą ponownie nauczyć się współżyć ze społeczeństwem.

Politycznym wyzwanie na przyszłość jest to, czy polska lewica jest zdolna wyjść ze stanu alienacji i zbudować sobie właściwe miejsce na scenie politycznej.

Bigos tygodniowy

Powiedzieć, że Adrian Niezłomny podpisał ustawę cofającą deformę Sądu Najwyższego, ale się nie cieszył, to nic nie powiedzieć. Z wściekłości i mściwości przetrzymał do ostatniej minuty moment złożenia podpisu czyli de facto moment wypicia piwa, które sam nawarzył. Jednak po podpisaniu nie zdzierżył i dostał ataku histerycznej, infantylnej agresji. Wykipiała z niego złość i upokorzenie. Krzyczał o „bezkarnej kaście” i „anarchii” sędziów. Wydzierał się, pretensjonalnie modulował głos, robił miny, przewracał oczami. Zachował się, jak to on, jak infantylny, histeryczny, katolicki maminsynek. Na koniec wydał dyspozycję, by najdłużej jak to możliwe zwlekać z publikacją ustawy. Zuch, mołodiec!

 

***

Strzeż się księdza, bo może być przyczyną wielu groźnych chorób. Do niezliczonych szkodliwych i niebezpiecznych przedmiotów, substancji itp. dołączyli księża. Wszyscy pamiętamy rozmaite ostrzeżenia, a to, że „zapałki w ręku dziecka to pożar”, a to tabliczki z trupią główką i napisem „baczność, urządzenie elektryczne”, a to że należy myć ręce przed posiłkiem i po wyjściu z toalety, a to, że należy chronić się przed ogniskami chorobotwórczych bakterii, starannie myć owoce i warzywa przed spożyciem, strzec się przed chorobami wenerycznymi i a to, że nie wolno przewozić środkami komunikacji publicznej substancji żrących, toksycznych, śmierdzących oraz przedmiotów odrażających. Okazuje się, że także kontakt z księdzem „może być przyczyną wielu groźnych chorób”, a osobie ukąszonej przez księdza może grozić „seria bolesnych zastrzyków”. Jeśli kto ma życzenie, można by to porównać do nazistowskich afiszy antysemickich o „wszach i tyfusie plamistym”. Do listy niebezpieczeństw dołączą księża diecezji płockiej, bo wszedł w życie specjalny kodeks biskupa Piotra Libery dotyczący pracy z nieletnimi. Zapracowali Wielebni na ten godny status. Gratulacje i powinszowania! Ale, ale, te przepisy sanitarne powinny wejść w życie w całej Polsce, bo kapłani przecież są równi wobec prawa.

 

***

Aliści, jeszcze nie ostygł film „Kler” i instrukcja Libery, a tu już klechy bezczelnie otworzyli mordy, zamiast skorzystać z okazji i trzymać je zamknięte szczelnie na kłódkę. I tak Głódź gdański wziął w obronę doszczętnie zdemoralizowanego prałata Jankowskiego, a Nycz warszawski obrażał się z powodu braku całkowitego zakazu aborcji. Im naprawdę się wydaje, że są jeszcze moralnymi autorytetami. „Kleru” na nich nie ma – obłudników. Natomiast w błazeńskim wywiadzie dla Polsat News, abp poznański Gądecki objawił dobre samopoczucie i po porównaniu filmu „Kler” do nazistowskiego „Żyda Süssa” stwierdził, że „film ten nie będzie miał wpływu na praktyki religijne Polaków, bo przywiązanie do nich jest oczywiste”. Biedny błazen chyba niczego nie czyta w tej swojej wieży z kości słoniowej. Nie wie, że polskie młode pokolenie jest światowym czempionem w tempie laicyzacji, czyli jego przywiązanie do religii gwałtownie topnieje, a poparcie dla prawa do wolnej aborcji do 12 tygodnia zwiększyło się z 18 procent na początku 2016 roku, po „czarnym proteście” wzrosło do 42 procent, a teraz zwiększyło się do 69 procent. Niech Gądecki podziękuje za to swoim sojusznikom, Kai Godek i Ordo Iuris.

 

***

Szef MSZ Czaputowicz pozazdrościł poprzednikowi Waszczykowskiemu głupawych wybryków i nazwał Francję „chorym człowiekiem Europy ciągnącym ją w dół”, przeciwstawiając jej pisowską Polskę jako „jasny punkt na mapie Europy ciągnący ją w górę”. To prawda, że Francja nie jest dziś jako kraj w zbyt dobrej formie, ale chciałbym, żebyśmy tu nad Wisłą byli już tak chorzy jak Francja. To – mimo wszystkich kłopotów – cywilizacja ciągle z innej niż Polska półki. Konie kują, a megalomańska żaba podstawia nogę.

 

***

Bracia Karnowscy to prawdziwi ekscentrycy. Widać też, że to i owo przeczytali z klasycznej literatury. Wyraźnie z „Folwarku zwierzęcego” Orwella zaczerpnęli ideę, która przyświeca formule ich nagrody dla „Człowieka wolności”. Tak jak u Orwella aparat represji nazywał się Ministerstwem Miłości, a aparat kłamliwej propagandy – Ministerstwem Prawdy, tak w roku 2016 tytułem „Człowieka Wolności” uhonorowali nagrodą „Sieci” prezesa PiS, w 2017 – Przyłębską, a w 2018 – ministra kultury Glińskiego. Jednak nie tylko ekscentryzm powoduje Karnowskimi. Oni wiedzą za Karolem Marksem, że „wolność jest uświadomioną koniecznością”.

 

***

Cokolwiek dziwny wyrok w sprawie niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” wydał krakowski sąd. Emocjonalną konfuzję i gorycz bogu ducha winnego, bardzo sędziwego kombatanta AK, który podał do sądu twórców serialu, można zrozumieć. Pokazano tam bowiem akowców jako antysemitów, a on antysemitą się nie czuje i pewnie nie jest. Jednak istnieją udokumentowane świadectwa, że postawy antysemickie w polskim podziemiu niepodległościowym w okresie okupacji, w tym tak licznej organizacji, jaką była AK, występowały. Świadczy o tym choćby sprawa mordu na ludziach akowskiego Biura Informacji Prasowej, Makowieckiego i Widerszala w czerwcu 1944 roku. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z fabularnym serialem, z fikcyjną, zmyśloną akcją, w której uprawnione są rozmaite ujęcia, uogólnienia czy uszczegółowienia zgodne z ideą artystyczną utworu. Równie dobrze można by bowiem podawać do sądu twórców „Stawki większej niż życie” za to, że postać hauptsturmführera Hermanna Brunnera stawia gestapo w świetle bardziej negatywnym niż na to zasługiwało, względnie że jest jako esesman pokazany zbyt sympatycznie, a autorów „Czterech pancernych i psa” oskarżać o pokazywanie sowieckich wrogów jako ciepłych sojuszników.

 

***

Nie po raz pierwszy ujawniają się tzw. „murzyńskie” cechy części narodu polskiego, przy czym „murzyńskość” należy tu rozumieć w aspekcie mentalnym, a nie koloru skóry. To archaiczna mentalność, która nakazywała kiedyś oszukiwanym plemionom afrykańskim przyjmowanie w dobrej wierze paciorków od białych kolonizatorów. Ten sam mechanizm powodował tymi, którzy przed laty, za rządu PO-PSL, uwierzyli złoty deszcz od arabskiego inwestora. Jeszcze wcześniej katolicki naród porzucił katolickich nudziarzy politycznych, Wałęsę i Mazowieckiego i uwierzył w syreni śpiew cudotwórcy z Peru, Stanisława Tymińskiego. Potem wierzył w rozmaitych stadionowych uzdrowicieli. Teraz ta naiwna „murzyńskość” (przepraszam wszystkich inteligentnych czarnoskórych) kazała poważnym, jak można by przypuszczać, działaczom i funkcjonariuszom z KS Wisła Kraków uwierzyć, jak w dobroczynną wartość ofiarowanych paciorków, w uczciwe intencje jakiegoś azjatyckiego kombinatora na milę cuchnącego szachrajem i kryjącego wizerunek jak przestępca w sądzie. Również niedawny pisowski ekspres z prądem w Sejmie i Senacie, to już przewidywalna i nudna nowa świecka tradycja.

 

***

I tak miałem nie wpuścić do mieszkania klechy łażącego po tzw. kolędzie, czyli za świeżą kasą na nowy rok, ale gdy zobaczyłem na klatce schodowej dwóch małoletnich (góra lat dziesięć) ministrantów-niewolników, pozostawionych przez niego bez opieki i wyczekujących na swojego pryncypała, właśnie obchodzącego lokale za kasą, nie wpuściłem go tym bardziej. Zastanawiam się od lat, czy w dobie czyhających na młodych ludzi(także tych ubranych w bielutkie komże) niebezpieczeństwa jest jakiś sens w ich narażania na niewłaściwe zachowania ze strony niektórych przedstawicieli naszego ultrakatolickiego społeczeństwa? Czy w ogóle jest jakiś sens aby klesze towarzyszyła (przed domem wiernego-wiernej) taka obstawa?

 

***

A już na koniec… Wszystkim PT Czytelnikom Bigosu tygodniowego życzę wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i do zobaczenia na łamach naszej gazety.

Uwaga, ksiądz!

Z wyżyn kapłaństwa do toalety.

 

„Osoby małoletnie nie powinny przebywać w mieszkaniach osób w mieszkaniach osób duchownych i zakonnych, zwłaszcza w pojedynkę. Jeżeli ich dobro wymaga indywidualnego spotkania, nie może ono odbywać się w warunkach odizolowanych, a osoba przeprowadzająca taki spotkanie powinna zatroszczyć się o jego transparentność. Indywidualnych spotkań z osobami małoletnimi nie wolno w nieroztropny sposób mnożyć ani przedłużać * Zachęca się, by w spotkaniach organizowanych dla małoletnich (spotkania ministrantów, scholi, dziecięcych grup modlitewnych itp.) uczestniczyli także przedstawiciele rodziców lub inne osoby dorosłe. * Zabrania się indywidualnych wyjazdów duchownego z osobą małoletnią. * Zabrania się przewożenia osób małoletnich poniżej 15 roku życia bez opiekuna (…) * Niedozwolone są wszelkie zachowania, które stanowią przekraczanie granic intymności osób małoletnich. Zasada ta powinna obowiązywać szczególnie w takich miejscach jak przebieralnie, pływalnie, toalety itp.” – fragmenty historycznego dokumentu o nazwie „Zasady prewencji i postępowania w pracy duszpasterskiej z osobami małoletnimi diecezji płockiej” zatwierdzonej specjalnym dekretem przez biskupa Piotra Liberę.

„Ideał sięgnął bruku” (?) – jak napisał Cyprian Kamil Norwid? A może raczej to kapłaństwo katolickie w Polsce z wyżyn swej godności stoczyło się do poziomu toalety? Dziejowa sprawiedliwość? Bo: „Niech prawo zawsze prawo znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość” (Julian Tuwim, „Kwiaty polskie”).

Noworoczny ból głowy

Zaglądam rano do skrzynki, a tu spółdzielnia informuje mnie, że w nowym roku wzrosną koszty energii elektrycznej ogólnego użytku. Koszty windy też. Nie zaczyna się dobrze.

 

To jednak można przeżyć. Jak lewica przeżyje przyszły rok? Oto jest pytanie. Na pewno można powiedzieć, lekko nie będzie. SLD ma notowania na poziomie 6-8 procent. Partię Razem ledwie można zauważyć. Zieloni obecni są tylko w niektórych miejscach, głównie w dużych miastach. Bierdoń jeszcze nie wie czy będzie lewicą, czy partią progresywną, cokolwiek by to znaczyło. Chce działać w polityce samodzielnie i pewnie może liczyć na 6-7 procent poparcia. Więcej nie zyska. Za organizację jego partii biorą się osoby, które już z niejednego pieca (partii) chleb jadły, ale znaczących sukcesów nie odnotowały. Organizacyjnie będzie więc średnio.

Mimo kłopotów lewica musi tworzyć własny blok. Blokowanie się z Koalicją Obywatelską może zrobi dobrze Koalicji, ale pogrzebie na wieki wieków lewicę. Tak jak pogrzebała się Barbara Nowacka, wcześniej Arłukowicz i paru innych. Mieli być lewą nogą w PO, a zostali sprowadzeni do roli nóg stołowych.

Co wybrać? Ewentualne zwycięstwo antypisowskiej koalicji czy polityczną, lewicową tożsamość. Przed takim wyborem lewica w tym roku stanie. Ale to nie tylko chęć dogadania się na lewicy jest wielkim problemem. Lewicy coraz bardziej brakuje nowych kadr. Zresztą nie tylko lewicy. Politycy wychowani w czasach PRL-u, ci z opozycji i PZPR byli klasą samą w sobie. Oni wykruszają się, a ich następcy, chowani w klimacie cieplej wody to najwyżej druga liga. Dlatego polityka tak spsiała. Politycy zmieniają poglądy i partie jak rękawiczki, popisują się brakiem elementarnej wiedzy i wychowania. Zresztą, po co ekspercka wiedza kiedy liczy się aktualna linia partii wypracowana przez specjalistów od marketingu. Dlatego, w samym Wrocławiu, dawniej, wśród parlamentarzystów aż roiło się od profesorów, a dzisiaj brylują specjaliści od marketingu.

Liczyłem, że partia Razem, w której jest, lub już raczej było wielu młodych i wykształconych ludzi wprowadzi na lewicy ożywcze prądy. Okazuje się że w wiedza to jednak nie wszystko. Znajomość realiów w polityce jest nie mniej ważna. Liczyłem, że waleczne i progresywne środowiska kobiece wreszcie zafunkcjonują w polityce. Po raz kolejny nic z tego nie wyszło, a wszystkiemu winni są mężczyźni. Tak tam się sądzi, a ja z tym się nie zgadzam.

Z powyższego, bardzo uproszczonego, wywodu wynika, że ten przyszły rok lekki nie będzie. Można oczywiście liczyć na przypadki nadzwyczajne. Jak np. rozpad w PiS, ale tam jest paru specjalistów od marketingu i społecznych manipulacji wysokich lotów i nadal opozycja będzie pod ścianą.

Nie wiem więc czego życzyć w tym Nowym Roku. Zawsze wypijałem jednego szampana, teraz wypiję dwa. Jakiś progres będzie, ale po takim czymś będzie mnie bolała głowa. Jednak od dłuższego czasu od sytuacji na lewicy boli mnie głowa więc już się przyzwyczaiłem.

Wszystkiego najlepszego! Cokolwiek na lewicy by to miało znaczyć.

Ze śmieciówy do związku

Polskie władze w końcu wykonały wyrok Trybunału Konstytucyjnego nakazujący przyznanie możliwości zrzeszania się w związkach zawodowych pracownikom zatrudnionym na podstawie umów cywilnoprawnych, samozatrudnionym, a także wolontariuszom i stażystom. Kapitalistom się to bardzo nie podoba. Najbardziej ich martwi fakt, że związkowców będzie więcej.

 

Kto od Nowego Roku będzie mógł zostać związkowcem? Praktycznie każdy, kto wykonuje pracę zarobkową. Tysiące, a może nawet miliony pracowników, którzy byli dotąd skazani na bliski kontakt z wyzyskiwaczami bez zabezpieczenia, teraz zyskają możliwość zrzeszania się i wspólnego upominania się o swoje prawa.

Nowe przepisy stanowią, że wszyscy pracownicy otrzymają uprawnienia niezbędne do wykonywania działalności związkowej, m.in. możliwość zwolnienia od pracy zawodowej na czas niezbędny do wykonania doraźnej czynności czy szczególną ochronę działaczy związkowych przed rozwiązaniem lub niekorzystną zmianą umowy. Dzięki temu pracownik zatrudniony na umowie śmieciowej będzie mógł walczyć o swoje z lepszej pozycji przetargowej.

Projekt V RP

PiS w końcu kiedyś odda władzę. Jednak ustrój państwa będzie trzeba budować na nowo w oparciu o nowe struktury i nową umowę społeczna. Podstawą takiej umowy może być Konstytucja z 1997 roku ale nie tylko w jej treści ale również zgodnie z intencją jej autorów oraz społecznym konsensusie wyrażonym w referendum konstytucyjnym.

 

Konieczne będzie jednak stworzenie na nowo wielu instytucji publicznych a także opisanie zasad systemu społeczno-ekonomicznego. Nie może być ani powrotu to rzeczywistości tworzonej przez Platformę Obywatelską ani też kontynuacji „aksamitnej” dyktatury PiS.

V Rzeczypospolita trzeba budować od nowa choć może warto przypomnieć rozwiązania które funkcjonowały w Polsce po roku 1989 ale kolejne większości parlamentarne dążąc do jak najwyższej efektywności sprawowania władzy wprowadzały poprawki i coraz lepsze rozwiązania maja coraz lepszą efektywność a w konsekwencji ograniczające demokracje i wpływ obywateli na realne sprawowanie władzy politycznej.

Być może konieczna jest zmiana konstytucji tak by zakotwiczyć w niej instytucje państwowe na tyle silnie, by kolejne ulotne większości parlamentarne miały problem ze swobodnym w nich majstrowaniu. Może trzeba w konstytucji dokładniej opisać kompetencje i zasady działania Trybunału Konstytucyjnego, Prezydenta, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji , Rzecznika Praw Obywatelskich NBP i Rady Polityki Pieniężnej.

Na pewno trzeba przygotować ustawy regulujące system ekonomiczny prawny i społeczny , przynajmniej w duchu opisanym w konstytucji. Powinny one określać sposoby realizacji zapisanych w praw obywatelskich, ekonomicznych i z społecznych. Trzeba będzie na nowo określić ustrój polityczny. Najważniejsze będzie jednak odbudowanie społecznego dialogu w którym różnice zdań będą wartością większą o pozornej zgody. Zamiast więc tak jak PiS , wcielać w życie pomysł PO na mieszaną ordynację, która ma utrwalić dominację dwóch bloków osadzonych głęboko w dwudziestowiecznych koncepcjach, nie przystających zupełnie ani do dzisiejszych ani do jutrzejszych problemów lepiej wrócić do proporcjonalnej ordynacji, która obowiązywała 1991 roku.

Odnowienie debaty politycznej jest niezbędne tak jak zdefiniowanie problemów.

Nikt nie interesuje się ani zapisami konstytucji w kwestii społecznej gospodarki rynkowej ani propozycjami ekonomistów, którzy wyraźnie wskazują, że neoliberalizm jest źródłem problemów gospodarczych a nie ich rozwiązaniem.

Nie wystarczą korekty systemu ani przypominanie rozwiązań z początku wieku.

Jeżeli nie wprowadzimy bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego nie będzie możliwy ani szybki ani nawet jakikolwiek rozwój. Żadne z obietnic, którymi PiS epatował w kampanii wyborczej nie zostanie zrealizowana jeśli nie zostanie zmieniony system podatkowy. Dziś opiera się na obywatelach o najniższych dochodach. Jest degresywny, obciążenia podatkowe maleją ze wzrostem przychodów. Państwo nie osiąga przychodów pozwalających na realizację swoich zadań więc zawiesza ich realizację lub obniża ich poziom. To pogarsza sytuację obywateli w szczególności tych o dochodach poniżej średniej. Spada ich zaufanie do instytucji państwa i do samej demokracji. To samonapędzający mechanizm prowadzący do powstania flanelowej dyktatury.

Propozycje Nowoczesnej, PO czy KOD nie budują takiej alternatywy. Nie zagrożą ani rządom PiS ani nie zbudują nowego ładu. Brak demokratycznej alternatywy utrwala przekonanie, że nawet mało demokratyczny PiS może być lepszy niż oligarchiczne rządy neoliberałów. Tym bardziej, w kwestii ograniczani demokracji i budowy struktur inwigilujących obywateli obie grupy są zgodne Różnią ich trochę grupy obywateli, których prawa należy ograniczać w pierwszej kolejności…

O ile podstawą kompromisu grup opozycyjnych wobec Pis może i powinien być program przywrócenia litera a zwłaszcza ducha konstytucji to na naprawę państwa po PO-PiS-ie to nie wystarczy.
Potrzebny będzie program głębokiej zmiany politycznej społecznej i gospodarczej.

Politycznej w zakresie bardziej skutecznych gwarancji demokratycznych państwa , poszerzenia gwarancji praw obywatelskich, decentralizacji struktur zarządzania państwa i ich demokratyzacja.

W zakresie praw społecznych i ekonomicznych, poszerzenie ich katalogu oraz poszerzenie katalogu narzędzi ich realizacji oraz obowiązków wobec instytucji państwowych.

W zakresie systemu politycznego i partyjnego wprowadzenie w pełni proporcjonalnego systemu glosowania , odchodzenie od bezpośrednich wyborów jednoosobowych organów władzy, obniżenie lub nawet likwidacja progów wyborczych.

Nowej organizacji samorządu terytorialnego o znacznie większej autonomii budżetowej i decyzyjnej w ramach jego konstytucyjnych zadań.

A także co nie mniej istotne sformułowanie postulatów przebudowy europejskiego ładu w kierunku większej integracji z jednej strony, większej demokracji i skutecznej realizacji praw człowieka i obywatela zapisanych w europejskiej karcie społecznej.

Tylko blok odsunie PiS Wywiad

Z prof. dr. hab. JERZYM J. WIATREM, socjologiem polityki z Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Warszawie rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Panie Profesorze, co – po trzech latach rządów PiS – z zadeklarowanym kiedyś przez Jarosława Kaczyńskiego marszem „Warszawy” do „Budapesztu”? Postępuje, przyspiesza, a może uległ zahamowaniu, względnie zatrzymał się?

Na pewnym odczycie na temat polskiego autorytaryzmu, który miałem w Sankt Petersburgu na krótko przed pierwszą turą wyborów samorządowych w Polsce powiedziałem, że tak jak Polska była pierwszym krajem, w którym dokonało się przejście od dyktatury partii komunistycznej do demokracji, tak możemy okazać się pierwszym krajem, który zahamuje przekształcanie się demokracji w system nowego totalitaryzmu. Ponad dwa miesiące później jestem utwierdzony w przekonaniu, że moja ostrożna prognoza się sprawdza, że w Polsce proces tworzenia się nowego autorytaryzmu zaczął boksować. Podstawową cechą tego systemu, który można też nazwać delegowaną demokracją różni się tym od autorytaryzmów dawnych, klasycznych, że władzę zdobywa się demokratycznych wyborach i następnie potwierdza się ją w kolejnych elekcjach. Tak jest w Turcji Erdoğana, Rosji Putina czy na Węgrzech Orbána. Czy tak będzie w Polsce Kaczyńskiego? Otóż wbrew temu, co twierdzą politycy PiS, wybory samorządowe zostały przez tę partię przegrane, mimo że uzyskała największą liczbę głosów i mandatów. Wyobraźmy sobie, że zaprosilibyśmy do jednej sali wszystkich radnych sejmików wojewódzkich w kraju, co jest fizycznie możliwe, bo chodzi o zaledwie ponad pięćset osób, to większość stanowiliby radni opozycyjni. Wprawdzie największym klubem byłby klub radnych PiS, ale w sumie stanowiliby mniejszość. Gdyby tak samo wypadły wybory do parlamentu w październiku 2019 roku, to PiS straciłby władzę.

 

Czyli „Budapeszt” się oddala?

Próba zrobienia z Polski „Budapesztu” nie udaje się z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze, w odróżnieniu od partii Orbána, Putina czy Erdoğana, PiS zdobyło władzę fuksem. Gdyby opozycja, w tym szczególnie SLD, postępowała mądrzej, to PiS nie zdobyłby władzy, nawet uzyskując te swoje 37 procent głosów i byłby najsilniejszą partią opozycyjną. Po drugie, paradoks Polski polega na tym, że przywódca rządzącej partii nie jest jej atutem, ale obciążeniem. Poparcie dla Putina, Erdoğana czy Orbána jest dużo większe niż poparcie dla ich partii. To oni ciągną do góry partie a nie partie stojące za nimi – ich. W Polsce, o ile PiS ciągle jest w sondażach najpopularniejszą partią, to jej przywódca jest jednym z najbardziej niepopularnych polityków…

 

Czyli na przykład w odróżnieniu od tamtych, ma niewielkie szanse jako kandydat prezydencki…

Także i to. Po trzecie, tamte systemy opierają się na sukcesie, który może być różnie definiowany. Na przykład w Rosji jako podniesienie jej prestiżu na forum międzynarodowym, powrót do roli liczącego się mocarstwa, w kontraście do Rosji czasów Borysa Jelcyna. PiS nie odnotowało żadnego znaczącego sukcesu, ponieważ główne sukcesy Polski są na koncie poprzedników i przeciwników sił obecnie rządzących. Przezwyciężenie recesji gospodarczej, wprowadzenie Polski do NATO i Unii Europejskiej, to sukcesy poprzedników i tego nie da się zagadać propagandą. Sukcesem PiS miało być wyrównanie różnic społecznych, w tym program 500 plus. Za tym jednak nie poszła ambitniejsza polityka socjalna. Rząd PiS nie ruszył na przykład systemu podatkowego, od dochodów osobistych, który jest jaskrawo niesprawiedliwy. Przecież to już za poprzednich rządów PiS zniesiono trzecią grupę podatkową od najlepiej zarabiających, co było aktem niesprawiedliwości społecznej. PiS nie wrócił do tej sprawy i stracił szanse mocniejszego pokazania się jako partia sprawiedliwości społecznej. To stąd silna obecnie fala uzasadnionych rewindykacji płacowych różnych grup zawodowych, które poprzednio nie występowały z żądaniami, bo nie miały do czynienia z rządem, który od rana do wieczora deklaruje swoją gotowość realizowania polityki solidarności społecznej i chwali się sukcesami gospodarczymi oraz świetnym stanem finansów państwa. Działa też czynnik czasu, czyli w warunkach koniunktury rośnie niecierpliwość społeczna grup, które czują się pominięte. Platforma Obywatelska, obejmując władzę w okresie kryzysu gospodarczego miała pewne alibi dla swojej oszczędnej polityki płacowej i socjalnej. Nie uważam jej za słuszną, ale tłumaczę dlaczego ich polityka nie wywoływała takiego sprzeciwu społecznego jak polityka PiS. Kolejnym czynnikiem wywołującym sprzeciw, jest upartyjnienie państwa, w tym sądów. Takiego upartyjnienia państwa nie było nawet za końcowych lat PRL, gdzie sfera ograniczonej, ale realnej samodzielności organów państwa była całkiem spora. Do tego PiS ma słabe i skąpe kadry, co prowadzi do nasilenia zjawisk patologicznych. Gdyby PiS miało liczną, dobrą, wykwalifikowaną i ideową kadrę, to nie musiałoby posługiwać się takimi osobnikami jak aresztowany szef KNF Marek Chrzanowski, człowiek przecież spoza PiS, personalny protegowany szefa NBP Adama Glapińskiego. Takich Chrzanowskich, podatnych na pokusy korupcyjne jest w otoczeniu PiS więcej, więc to wszystko słabo funkcjonuje. Dopóki jednak spór toczył się głównie wokół wymiaru sprawiedliwości, baza społeczna protestu była ograniczona, jednak żądanie 40 milionów złotych łapówki ją poszerzyło, bo do społecznej wyobraźni to bardziej przemawia niż posunięcia kadrowe w sądownictwie. Do tego doszedł nacisk Unii Europejskiej. Nie wiem kto prezesowi PiS doradził lekceważenie stosunków z Unią, ale dla kierownictwa partii rządzącej to, co się stało na linii jej relacji z UE było zaskoczeniem. Sądzili, że to się wszystko „rozejdzie po kościach”. Nie przewidzieli, że będą musieli się cofnąć, a cofnięcie się i wycofanie pod naciskiem Unii z ustawy o Sądzie Najwyższym jest szczególnie dotkliwe dla partii, która tyle mówiła o dumie narodowej i „wstawaniu z kolan”.

 

Stoimy więc przed fiaskiem próby uczynienia z Polski „Budapesztu”?

Tak, i bardzo dobrze.

 

Może jest to trudne także z powodu anarchicznych elementów w naturze polskiego społeczeństwa, co jest jego złą, ale i czasem dobrą stroną, a także z powodu bogatszych w Polsce tradycji demokratycznych niż w Rosji, Turcji czy na Węgrzech, gdzie są silne tradycje silnej władzy i kultu przywódców?

Co do Rosji i Turcji wypada się z taką konstatacją zgodzić, ale Węgry mają znaczące tradycje demokratyczne. Orbán rządzi jednak zręczniej niż Kaczyński i zręczniej układa sobie relacje z Europą. W socjologii polityki często kładzie się nacisk na procesy masowe i niedostatecznie uwzględnia się czynnik przywództwa, niezwykle doniosły. Między Orbánem a Kaczyńskim jest wiele różnic. Odniosę się tylko do jednej – Orbán jest młodszy, ma przed sobą prawdopodobnie dłuższą perspektywę, w związku z tym się nie śpieszy. W pierwszej kadencji prowadził w miarę spokojną politykę, co ułatwiło mu po latach reelekcję. Kaczyński swoją ostrą, gwałtowną polityką spowodował, że dla PiS reelekcja będzie bardzo trudna, niewykluczone że niemożliwa. Tu właśnie pojawił się personalny czynnik przywództwa – Kaczyńskiemu się spieszy, bo jest starszy. Do tego powstała sytuacja dla PiS niekorzystna, że co prawda Platforma została w wyborach pokonana, ale nie zdruzgotana, bo jej wynik nie był klęską. Na Węgrzech socjaliści pogrążyli się w takim bagnie korupcyjnym, że zostali zmieceni i każdy kto przyszedł po nich, miał łatwą drogę do skonsolidowania poparcia. Do tego dochodzi narastająca niespójność obozu rządzącego. Otóż PiS wchłonął z prawej strony ludzi o dość zróżnicowanych poglądach, w tym radykałów religijnych, którzy dążą do zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Badania wskazują, że ok. 40 procent respondentów w Polsce jest za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej, niewiele więcej za zachowaniem obecnego, tzw. „kompromisu”, a tylko kilkanaście za zaostrzeniem, więc PiS ma kłopot. Mają przecież w pamięci ogromną skalę „czarnego protestu” z 2016 roku. Jeśli pójdą za głosem swoich fundamentalistów, to jest stuprocentowo pewne, że wybory przegrają. Jeśli nie pójdą, to ryzykują bunt po prawej stronie. Już powstaje jakaś partia podobno pod auspicjami Tadeusza Rydzyka, o nazwie Prawdziwa Europa. Ta partia nie ma szans na zdobycie władzy, ale może osłabić PiS. Z partiami politycznymi jest tak, że póki są silne, to są zwarte. Tak było choćby z SLD. Gdy partia zaczyna słabnąć, zaczynają się procesy odśrodkowe. W reakcji na rysującą się na horyzoncie przegraną pojawiają się różne pomysły na uratowanie partii, a to siłą sprzężenia zwrotnego przyspiesza dekompozycję. Marek Borowski wychodząc w 2004 roku z SLD nie chciał osłabić lewicy, lecz ją ratować, ale to się nie udało. To wszystko zaczynamy obserwować dziś w PiS. Narasta tam walka o władzę. Posunięcia Zbigniewa Ziobry uderzają nie w opozycję, ale we względnie umiarkowany kurs kierownictwa PiS i rządu Morawieckiego.

 

O ile lata 2016 i 2017 były okresem dobrej koniunktury i ofensywy PiS, o tyle rok 2018 przyniósł całą serię porażek, od sprawy ustawy o IPN z początku roku, po aferę KNF u jego schyłku. Była to seria może nie klęsk, ale porażek, które układają się w bardzo niepokojącą dla PiS całość, w taką serię mikrowylewów. Pomiędzy tymi biegunami mieliśmy m.in. „aferę nagrodową” rządu Beaty Szydło, niemożność spacyfikowania wolności w sferze kultury, rezygnację z próby ograniczenia wolności mediów czy wycofanie się – pod presją UE – z ustawy o Sądzie Najwyższym…

Tak, żadne z tych zdarzeń z osobna nie było końcem świata, ale razem ułożyły się w obraz dla PiS dramatyczny. W przypadku ustawy o IPN, PiS strzeliło sobie samobójczego gola. Wprowadzając wspomniane rozwiązania chcieli wyjść naprzeciw antysemitom, kręgom które stanowią jakieś 30 procent elektoratu PiS. Jednak efekt wycofania się z tej ustawy zrobił na tym elektoracie wrażenie gorsze, niż gdyby tego zupełnie nie podejmowano. Bo oto ich rząd, „pierwszy prawdziwy polski rząd” musiał wycofać się pod naciskiem nie to że USA, ale Izraela i Mossadu, co zostało odebrane jako odebranie brutalnego policzka.

Efekty tego upokorzenia, a także inne sprawy, w tym brak inicjatywy kierownictwa PiS na rzecz zakazu aborcji, może spowodować, że ta radykalna część elektoratu oderwie się i stworzy swoją własną formację. Jest to tym bardziej prawdopodobne, im gorszy dla PiS będzie wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego.

 

Sformułowałem sobie metaforę obrazującą sytuację władzy PiS. Objęli mieszkanie, ale z dużą liczbą lokatorów. Początkowo myśleli, że podporządkują sobie pozostałych lokatorów, narzucą im swoje reguły. Jednak ci okazali się krnąbrni, nie chcą zaakceptować reguł głównego lokatora, chodzą gdzie chcą, robią co chcą, a próby ich spacyfikowania nie osiągają celu. Część lokatorów im sprzyja, ale niemożność opanowania całości oznacza niemożność opanowania niczego w stopniu zadowalającym.

Metafora z tymi lokatorami prowadzi nas do kwestii stanu opozycji. Jej sytuacja jest obiektywnie trudna. Bierze się to z dwóch okoliczności. Po pierwsze, okres ćwierćwiecza od zmiany systemu po zdobycie władzy przez PiS jest obiektywnie biorąc jednym z najlepszych okresów w historii Polski, co najmniej od początku XVII stulecia, co nie znaczy, że nie ma w tym okresie ciemniejszych stron. Wszystkie ugrupowania obecnej opozycji już rządziły, łącznie z częścią działaczy „Nowoczesnej”, którzy wywodzą się z Unii Wolności. Nie mogą więc powiedzieć „a nas przy tym nigdy nie było” i próby – zdarzające się także po stronie SLD – odcinania się od tamtego okresu, nie mają sensu. To dotyczy także młodych działaczy, bo choć osobiście nie uczestniczyli w tamtych rządach, to wchodząc do określonej formacji, bierze się odpowiedzialność także za jej przeszłość. Po drugie, opozycja, w odróżnieniu od PiS, jest bardzo zróżnicowana i rozciąga się od umiarkowanie konserwatywnego skrzydła w typie poglądów Kazimierza Ujazdowskiego po radykalną lewicę typu „Razem” Adriana Zandberga. A to bardzo utrudnia jej konsolidację. Opozycja cierpi także na słabą jakość przywództwa, słabszą niż przed laty. Grzegorz Schetyna to nie jest kaliber Bronisława Geremka czy Donalda Tuska, Włodzimierz Czarzasty to nie kaliber Aleksandra Kwaśniewskiego, acz jest to problem nie tylko polski. Teresa May to nie kaliber Margaret Thatcher, a Macron to nie de Gaulle i tak dalej. I wcale nie jest proste dokonanie zamiany, bo przywódcy wielkiego formatu pojawiają się w czasach wielkiego przełomu. W II Rzeczypospolitej był Piłsudski, a po nim Rydz-Śmigły. Weźmy przykład Aleksandra Kwaśniewskiego – z jego wielkimi talentami politycznymi na pewno zaszedłby wysoko, ale nie tak wysoko, jak to się stało wskutek wielkiego przełomu politycznego w Polsce. Po wielkim przełomie następuje okres dla dobrych rzemieślników polityki, ale nie wielkich przywódców. Jednak znów mamy na horyzoncie wydarzenia epokowe, które wymagają nieprzeciętnych przywódców. Wybory roku rok 2019 pod względem znaczenia będą chyba jeszcze ważniejsze niż wybory czerwcowe 1989 roku, bo od nich będzie zależał kierunek, jakim Polska pójdzie być może na pokolenia.

 

Co powinno charakteryzować dobrego przywódcę?

Zdolność wzniesienia się ponad perspektywę partyjną oraz ponad indywidualne ambicje, bo chodzi o zatrzymanie marszu kraju w stronę autorytaryzmu. Na sformułowanie szczegółowych programów dla społeczeństwa przyjdzie czas po zwycięstwie. Obserwuję szczególnie uważnie moją formację czyli SLD. Widzę w niej wielu ludzi, którzy wzdragają się przed pójściem do wyborów w wielkim bloku prodemokratycznym i proeuropejskim, no bo „jak mamy razem pójść z Platformą” etc. Także po drugiej stronie pojawiają się głosy: „mamy razem iść z postkomuchami, tymi co nas kiedyś jeśli nie wsadzali do więzień, to temu przyklaskiwali?”. Jeśli jednak przywódcy obu stron nie wzniosą się ponad owe uprzedzenia, to opozycja może stracić szanse na odsunięcie PiS od władzy. Mam nadzieję, że dojrzeją do tego, bo spoczywa na nich ogromna odpowiedzialność. Jeśli bowiem zatrzymają PiS, to nie tylko spowodują zwrot sytuacji w Polsce, ale mogą też wpłynąć na odwrócenie populistycznego trendu w Europie. Jest szansa, że Polska okaże się pierwszym krajem w Europie, który odbierze władzę zwolennikom silnych rządów autorytarnych. A to da impuls innym krajom, znamy podobne mechanizmy z przeszłości. Da to szansę na odzyskanie przez Polskę utraconej pozycji w Europie. Wierzę, że taki obrót spraw jest możliwy.

 

Jeden z sondaży pokazał, że skonsolidowana opozycja może wygrać z PiS w stosunku 50 do 38 procent. Czy jeśli jednak przyjmiemy wariant mniej optymistyczny i jednolity blok prodemokratyczny i proeuropejski z uwagi na niepohamowane ambicje przywódców nie powstanie, to czy alternatywnym rozwiązaniem nie mógłby być start dwóch bloków: jednego centrowego, liberalno-demokratycznego pod egidą Koalicji Obywatelskiej oraz drugiego, lewicowego?

Jednak tu też grają rolę ambicje liderów, choćby Roberta Biedronia, którego skądinąd bardzo cenię, więc niełatwo będzie o jednolity blok lewicowy. Ma on jednak szanse najwyżej na 10-12 procent, co przy najlepszym wariancie daje około trzydziestu mandatów, a to nie gwarantuje zwycięstwa nad PiS. Natomiast wspólny blok całej opozycji może dać jej nie tylko zwycięstwo, ale może nawet większość konstytucyjną, a przynajmniej pozwalającą na odrzucanie weta prezydenta. Bo przecież czekają nas jeszcze wybory prezydenckie, a przed nimi ewentualny okres kohabitacji z Andrzejem Dudą. Poza tym ordynacja wyborcza jest korzystna dla wielkich bloków. Sojuszowi Lewicy Demokratycznej przypominam jako memento fakt, że do Rady Warszawy, mimo znanej marki i rozbudowanych struktur, uzyskał jeden mandat, a efemeryczna i pozbawiona struktur Inicjatywa Polska – dwa. A to dlatego że IP weszła w koalicję, a Sojusz grał sam. Wniosek jest prosty. Gdybyśmy weszli w koalicję, mielibyśmy kilkoro radnych, a w Sejmiku Województwa Mazowieckiego, nie mielibyśmy przewagi jednomandatowej, ale większą, bezpieczniejszą. Tak było też gdzie indziej. Wszędzie, gdzie Sojusz wszedł w koalicje, uzyskał lepsze wyniki niż startując samodzielnie. To są wnioski i wyzwania przed którymi stoi przywództwo SLD. Jeśli im nie sprosta, to będzie to ostateczny kres tego ugrupowania, bo wyborcy odwrócą się od formacji, która chronicznie nie staje na wysokości zadania. Już teraz w SLD, w Warszawie i Poznaniu pojawiły się głosy, aby wyjść tym wyzwaniom naprzeciw, przy czym nie idzie o to, by się rozliczać za wszelką cenę, ale by wreszcie wyciągnąć właściwe wnioski. Dodatkowy argument za wspólnym blokiem widzę w fakcie, że dwie trzecie wyborców SLD w wyborach na prezydenta Warszawy nie zagłosowało na kandydata Sojuszu na prezydenta stolicy. Czy tylko dlatego, że to był niewłaściwy kandydat? Po części zapewne tak, ale przede wszystkim dlatego, że uznali zatrzymanie marszu PiS na Warszawę za cel nadrzędny, więc zagłosowali na Rafała Trzaskowskiego. To się może powtórzyć podczas konfrontacji wyborczej w październiku 2019 i wielu wyborców lewicy zagłosuje, zachowując swoje lewicowe poglądy, na najsilniejszą listę opozycyjną, a nie na samodzielną listę SLD, bo będą uważali, że głosy oddane na sam Sojusz, względnie na Sojusz w koalicji z rachitycznymi partnerami typu „Razem”, będą głosami zmarnowanymi. Dlatego upieranie się przy samodzielnym starcie, to droga do katastrofy, której SLD nie przeżyje. Przeżył różne kryzysy, ale tego nie przeżyje. Ten uporczywy kurs na samodzielność za wszelką cenę obiektywnie pomaga PiS-owi

 

O ile w przypadku wyborów parlamentarnych wiemy przynajmniej, kto w nich wystartuje, o tyle w przypadku wyborów prezydenckich tego nie wiemy. Czy wystartuje Tusk, czy PiS ponownie wystawi Dudę, czy wystartuje Biedroń, kogo wystawią pozostałe formacje?

Najmniejsza niewiadoma dotyczy kandydata PiS. Mimo, że Andrzej Duda rozczarował, także PiS, to tak naprawdę nie mają dla niego alternatywy.

 

A Mateusz Morawiecki, ulubieniec prezesa PiS?

Moim zadaniem nie, a poza tym niewystawienie Dudy oznacza ryzyko, że wystartuje on ze swojego własnego komitetu, co bardzo osłabi szanse obu prawicowych kandydatów. Po stronie opozycji Donald Tusk realnie wchodzi w grę, ale z jego życiorysem nie zaryzykuje on przegranej. Sytuacja z 2005 roku jest nieporównywalna, bo wtedy Tusk nie miał jeszcze za sobą ani dwukrotnego premierostwa, ani przewodnictwa Rady Europejskiej. Wtedy mógł zaryzykować i pozwolić sobie na przegraną, teraz nie. Wystartuje, jeśli będzie miał pewność wygranej. Dla opozycji wybory prezydenckie są łatwiejsze niż parlamentarne, bo nic nie stoi na przeszkodzie, by w pierwszej turze elektorat lewicy zagłosował na swojego kandydata, a dopiero w drugiej turze poparł kandydata opozycji. Tyle tylko, że od początku trzeba powiedzieć, jak zachowamy się w drugiej turze. Po dobrym wyniku Grzegorza Napieralskiego w I turze wyborów prezydenckich 2010 roku doradzałem mu, by w drugiej turze poparł Bronisława Komorowskiego. To nie tylko wzmocniłoby Komorowskiego, ale przysporzyłoby też poparcia lewicy. Niestety, nie zostałem wysłuchany. Rok później, w wyborach parlamentarnych, z 14 procent Napieralskiego, Sojusz spadł do 8 procent. Otóż jestem przekonany gdyby SLD inaczej zachował się w wyborach prezydenckich, to zyskałby większe zaufanie, zamiast wzbudzić wątpliwości co do swoich intencji powyborczych, co do tego, czy w przypadku równowagi sił poprze PO czy PiS. W konsekwencji spora część wyborców SLD poparła Platformę rok później, w 2011 roku. Uczciwa klarowność bardziej popłaca niż opinia partnera nieprzewidywalnego. Moim zdaniem SLD nigdy do końca nie przemyślał tego, co stało się w 2011 roku. To w konsekwencji przyniosło mu klęskę w 2015 roku i wypadnięcie z parlamentu. Mówię o tym dlatego, że przed podobną, prawie identyczną sytuacją staniemy w wyborach prezydenckich 2020 roku. SLD, wystawiwszy swojego kandydata, powinien już przed pierwszą turą zadeklarować, że w drugiej turze poprze tego kandydata antypisowskiego, który do niej wejdzie. Liczę na mądre wnioski ze strony naszych przywódców, ale z przykrością muszę przyznać, że nie do końca jestem pewien czy są już do tego zdolni.

 

Dokonał Pan analizy polskiej sceny politycznej, ale proponuję uzupełnienie tego obrazu przez odniesienie się do czynnika formalnie niepolitycznego, ale w rzeczywistości bardzo politycznego, a do tego bardzo znaczącego: do roli Kościoła katolickiego. Z jednej strony mamy otwarty „sojusz tronu i ołtarza”, liczne koncesje władzy PiS na rzecz Kościoła, z drugiej – falę demaskacji pedofilii i ekscesów seksualnych w jego szeregach, wyraźne postępy laicyzacji zwłaszcza w młodym pokoleniu oraz wielomilionową widownię na filmie „Kler”, która moim zdaniem jest zastępczą formą wyrazu społecznej dezaprobaty dla przewinień tej instytucji. Czy wszystko to, co prawica nazywa „atakiem na Kościół”, zaowocuje wreszcie tym, co określiłbym jako „Dublin w Warszawie”, czyli realnym oddzieleniem Kościoła od państwa oraz otwarciem drogi do pełnej sekularyzacji Polski?

W Polsce dokonuje się sekularyzacja obyczajów. Jednym z jej przejawów jest to, że już ponad dwadzieścia procent dzieci rodzi się w związkach nieformalnych, podczas gdy trzydzieści lat temu było to pięć procent. I nie jest to wynik przypadkowych ciąż, lecz świadomego wyborów w trwałych, ale nie zalegalizowanych związkach. W polityce pod rządami PiS nastąpiło wzmocnienie wpływów Kościoła. Co prawda, działo się to już wcześniej, nawet pod rządami SLD. Przy czym chciałbym dokonać pewnego rozróżnienia. Podczas swoich rządów w latach 1993-1997 SLD zachowywał się pod tym względem bez zarzutu. Do upadłego walczyliśmy przeciw ustawie antyaborcyjnej, blokowaliśmy ratyfikację konkordatu z Watykanem. Dwukrotnie próbowaliśmy zliberalizować ustawę antyaborcyjną, ale za pierwszym razem zawetował ją prezydent Wałęsa, a za drugim Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem profesora Andrzeja Zolla. Po dojściu do władzy w 2001 roku, Sojusz radykalnie zmienił stosunek do Kościoła kat. Mój stosunek do tego zwrotu, do tego flirtu jest bardzo krytyczny. Wtedy m.in. doszło do żenującej wizyty premiera Millera u księdza Henryka Jankowskiego. Jednak obecna sytuacja odbije się niekorzystnie na dalekosiężnych celach politycznych Kościoła, bo ten silny związek z władzą PiS oznacza, że gdy ona upadnie, Kościół też bardzo straci jako jej otwarty sojusznik. Tylko nieliczni członkowie Episkopatu wydają się to zauważać. Nie wiem czy sekularyzacja w Polsce będzie miała przebieg gwałtowny, jak w Irlandii, czy ewolucyjny, ale nie ulega wątpliwości, że będzie postępowała.

 

Zauważyłem, że w prawicowych mediach, wyłączając propagandowy front TVP, dotychczasowy ton triumfalistyczny został zastąpiony przez ton minorowy, wyrażający się w obawach, że „dobra zmiana” może przegrać. Opierają to na przeczuciach i lękach czy na realnych przesłankach?

To koresponduje z tonem przemówienia prezesa PiS na niedawnej konwencji PiS w podwarszawskich Szeligach. Mnie nie tyle zdziwił jego defensywny i minorowy ton, ale fakt że to przemówienie upubliczniono. Bo przecież prezes powiedział w sposób słabo tylko zawoalowany, że „grozi nam klęska”. Moim zdaniem upubliczniono to przemówienie, żeby zasygnalizować, że sytuacja jest jeszcze gorsza niż powiedział to prezes. To sygnał do elektoratu, że jest tak źle, iż trzeba się maksymalnie mobilizować, sygnał, że utrzymanie władzy nie jest przesądzone. A pamiętajmy, że prezes dysponuje informacjami, do których ani pan ani ja nie mamy dostępu . Sondaże opinii publicznej są notorycznie niewiarygodne, a najbardziej niewiarygodny jest CBOS, bo tylko ten ośrodek prowadzi badania twarzą w twarz z respondentem, a to prowokuje zachowania konformistyczne, wywołane lękiem. Partia rządząca ma bardzo ważne, ważniejsze źródło informacji niż sondaże – tym źródłem są służby specjalne. Pamiętam, że pod koniec PRL były z jednej strony optymistyczne dla władzy sondaże CBOS Stanisława Kwiatkowskiego, a z drugiej dużo bardziej chłodne i ostrzegawcze raporty MSW. I racje mieli ci drudzy. Służby specjalne mają znacznie bardziej wiarygodne sposoby badania nastrojów społecznych niż ośrodki sondażowe. To tam ma prawdopodobnie źródło alarmistyczny, minorowy i defensywny ton przemówienia Jarosława Kaczyńskiego w Szeligach.

 

Planowałem poświęcić w naszej rozmowie więcej miejsca sprawom Europy i świata nie tylko kontekście polskim, ale sprawy krajowe tak bardzo nas absorbują, że nie udało się zachować tu tematycznej równowagi. Otwórzmy jednak na koniec okno polskie i spójrzmy na Europę i na świat. W 1989 roku Francis Fukuyama gruntownie się pomylił ogłaszając „koniec historii” wraz ze zwycięstwem porządku liberalno-demokratycznego, ale do 2014 roku, mimo kryzysu ekonomicznego 2008 roku, sytuacja wydawała się relatywnie stabilna. Od kiedy jednak doszło do militarnego uaktywnienia się Rosji, potężnej fali imigracji, nowej fali islamskiego terroryzmu czy zwycięstw sił populistycznych w USA i Europie środkowo – wschodniej, kryzysu Unii Europejskiej, kryzysu ekologicznego, itd. – historia objawiła się w całej grozie, została ponownie „spuszczona z łańcucha”. Jak Pan widzi ten wymiar?

To temat na odrębną rozmowę. Rzeczywiście, w XXI stuleciu nastąpiły zjawiska nieoczekiwane, a do tego w niespodziewanej skali. Są cztery główne czynniki tej sytuacji. Po pierwsze, kryzys gospodarczy, powiązany z kryzysem ekologicznym i presja demograficzna wyrażająca się falą imigracji z Afryki i Azji. Po drugie, załamanie hegemonii USA, wywołane głównie przez niefortunną interwencję w Iraku w 2003 roku, z wszystkimi tego konsekwencjami. USA pozostały mocarstwem, ale przestały być hegemonem, bo hegemon to ten, który decyduje o wszystkim. To nie wynika tylko z faktu posiadania nieudanego prezydenta. Donald Trump prawdopodobnie odejdzie po jednej kadencji, ale odbudowanie hegemonii nie będzie możliwe. USA mają dziś dwóch rywali – na polu gospodarczym Chiny, a na polu militarnym Rosję. A przecież jeszcze nie tak dawno CIA przewidywała rozpad Federacji Rosyjskiej na sześć części. Po trzecie, kryzys Unii Europejskiej, w tym zwycięstwa populistów w Warszawie i Budapeszcie, brexit, a także kryzysy gospodarcze w Grecji czy podobne niebezpieczeństwo narastające ze strony Włoch. Polska jako kraj w UE o średnim potencjale, a w skali światowej o potencjale mniejszym, musi zapewnić sobie realne i należne miejsce w układzie międzynarodowym. Moglibyśmy na przykład odegrać rolę w kształtowaniu relacji między UE a Federacją Rosyjską i nie jest to kwestia działania w interesie Rosji, lecz Polski. Bo to w naszym interesie leży zmniejszenie skali konfliktu, o czym napisałem w książce poświęconej relacjom polsko-rosyjskim. Polska potrzebuje otwartej polityki zagranicznej, czyli takiej, jaką prowadziliśmy do 2015 roku. To jednak wymaga zmiany rządów w Polsce, bo nie wierzę, by obecna formacja rządząca była w stanie wyjść z kręgu polityki opartej na kompleksach i nacjonalistycznych resentymentach.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rok wysokiego napięcia

Prąd kopnie i porazi w przyszłym roku wielu polskich polityków.

 

***

To prąd, a ściślej reakcja wyborców na odroczone podwyżki cen energii oraz kolejne wpadki obozu rządzącego, zadecyduje o fundamentalnej dla PiS decyzji. O przyspieszonych wyborach parlamentarnych.

 

***

Kierownictwo PiS przygotowane jest na taki manewr. Wie, że marcowe wybory mogą zapewnić zwycięstwo tej formacji, choć nie muszą dać jej większości w Sejmie. Ale jesienny termin wyborów też takiej większości nie gwarantuje. Za to wtedy wynik wyborów może być już słabszy niż w marcu.

 

***

Wszystko zależy od decyzji pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ zawsze powtarzał, że w polityce „lubi zagrać ostro”, to dziś prognozuję przyśpieszenie wyborów parlamentarnych w roku 2019.

 

***

Decyzję o przyśpieszeniu wyborów z wielką radością przyjmą szeregowi parlamentarzyści PiS. I opozycji też.
Ci wszyscy, którzy nie pełnią funkcji partyjnych i parlamentarnych, nie mają z tego tytułu dodatków pieniężnych. I muszą żyć jedynie z gołego, obniżonego im wolą pana prezesa Kaczyńskiego, uposażenia poselskiego. Teraz wielu z nich, po odliczeniu spłat rat pozaciąganych na początku kadencji kredytów, pozostaje na życie 3-4 tysiące złotych miesięcznie. Bida z nędzą.
Co gorsza, nie mogą oni liczyć na przyszły wypas w Parlamencie Europejskim, bo tam trafią jedynie partyjne elity. Za to mogą sobie już pomarzyć, że w nowej kadencji Sejmu uposażenia poselskie zostaną podniesione. Przynajmniej do poziomu z roku 2015.

 

***

Zmieni się też forma uprawiania polityki w roku 2019. Trendy politycznej mody dyktować będzie Robert Biedroń. On już, jak zgodnie odnotowują dziennikarze, „śmiga z mikrofonem podczas spotkań z wyborcami”. Czym elektryzuje tłumy.
Śmigającego pana prezesa Kaczyńskiego pewnie na konwencjach i wiecach nie zobaczymy, ale pan premier Morawiecki i premier Szydło na pewno pościgają się w śmiganiu z mikrofonami z Schetyną i Lubnauer.

 

***

Treść nadawana przez śmigających wiele się nie zmieni.

 

***

Krajowy kościół katolicki w 2019 roku zasklepi się w obronie przed „wrogami kościoła”, czyli swoimi dotychczasowymi wiernymi.
Wybierze strategię przeczekania licząc, że pedofilskie i finansowe afery rozejdą się po kościach. I przeliczą się. Będzie jeszcze mniej owieczek na mszach, mniej zaproszeń na kolędy, czyli jeszcze mniej pieniędzy. Czyli tego, co tygrysy w polskim kościele kat. najbardziej lubią.

 

***

Niechęć do polskiego kościoła kat. coraz głośniej wyrażają także politycy PiS. Uważają hierarchów kościelnych za niewdzięczników, którzy tyle państwowej kasy już wzięli, a dalej upierają się aby zaostrzyć warunki legalnej aborcji. I jeszcze wspierają prawicowych rozłamowców.

 

***

Temat społecznej debaty o aborcji straszy kierownictwo PiS prawie jak widmo niekontrolowanych podwyżek cen prądu.

 

***

Będzie to też rok Pawła Kukiza. Jego trumf w przyśpieszonych wyborach parlamentarnych i przyszła koalicja z PiS, albo rozpad jeszcze przed wyborami i polityczny zgon.
Już w 2019. Bo ewentualna kolacja z PiS to też zgon, tylko odłożony w czasie. Pan prezes Kaczyński zwykł zjadać swych koalicjantów i pewnie zostanie wierny swym przekonaniom.

 

***

Donald Tusk w 2019 roku też nieraz śmignie z mikrofonem. Wszystko po to aby zdołować psychicznie pana prezesa Kaczyńskiego. A to przewodniczący Rady Europejskiej zwyczajnie lubi.
Ale porzućcie nadzieję na powrót Tuska. Pośmiga sobie, pośmiga w tym roku, a w 2020 przedłuży sobie emigrację zarobkową. Po co ma pilnować polskiego żyrandola politycznego skoro po 2020 roku świat ma wpaść w recesję gospodarczą?

 

***

SLD dokona niebywałej sztuki i wróci do Sejmu po czteroletniej nieobecności. Dostanie czteroletnie stypendium na stworzenie nowoczesnej partii lewicowej.
Zobaczymy czy odrobi tym razem zadaną lekcję, czy popłynie z prądem? Pójdzie drogą Unii Wolności.

Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.