Jemioła, czosnek, dziurawiec – zamiast

1.
Kiepsko się poczułam, zatem pierwszy raz od kilkunastu lat zdecydowałam się zasięgnąć porady lekarza zwanego „rodzinnym”. W Wieleniu, jak już pisałam, na 12,5 tys. mieszkańców, rozsianych po odległych o 5,10,15 km wioskach, jest trzech pełnoetatowych lekarzy rodzinnych, jedna siostra-doktor, która sprawuje opiekę głównie nad podopiecznymi miejscowego domu pomocy społecznej i na tym koniec. Dla blisko 3-4 tysięcy mieszkańców brakuje lekarza na miejscu. Na dodatek – wszyscy lekarze rodzinni zgromadzeni są w tej samej, południowej części miasteczka. A transportu zbiorowego nie ma. I pewnie nie będzie, bo miejscowy „establishment” – zmotoryzowany, że hej!
Zapisałam się zatem do lekarza w Trzciance, odległej o ponad 40 km (7 motorowerem, reszta szynobusem, zachęcam seniorów do jazdy, bo bilet bardzo, bardzo tani).
Na miejscu – miło, czysto, ładnie – doktor przyjemny w obejściu. Popatrzył na adres i delkatnie nadmienił, że na wizyty domowe – z racji odległości – liczyć nie mogę.
– E, do stwierdzenia zgonu to wystarczy i pogotowie..- mruknęłam
Ale głośno nic nie rzekłam, z wiadomych powodów.
Potem zbadane zostało ciśnienie (ho, ho, wysokie jak diabli), nastąpiło osłuchanie i wywiad i skierowanie na badania. Klopot z tymi badaniami – bo na czczo trzeba będzie się przejechać tym motorowerkiem i szynobusem tam i z powrotem, i to ze dwa razy. Koszt – 30 zł. Niby nic.
Lekarstw żadnych doktor nie przepisał, a tu łepetyna boli jak diabli, ciśnieniomierz wariuje, zatem przeszłam się do miejscowej apteki z zapytaniem, co by tu zażyć z leków bez recepty. Albo z ziół. Ale w aptece sami absolwenci technikum farmaceutycznego, nawet o jemiole nic a nic nie słyszeli.
Po nieprzespanej nocy, z widmami udaru albo zawału oraz tego, komu w testamencie mam przepisać kota Benia -Trampka, Franusia, Felusia, Stefcię oraz Remika, i po godzinie spędzonej nad stronami: „Nadciśnienie, przyczyny, objawy, leczenie” kupiłam kropelki z jemioły, owoce głogu i dziurawiec, czosnek i takie tam, oraz potroiłam czas spędzony z pieskami na ostrochodzonym spacerze.
I jest dobrze. Głowa nie boli, ciśnienie lekko tylko podwyższone z tendencją spadkową.
Jak zachce mi się znów do doktora, to raczej tak towarzysko.

2.
Tak po drodze doktor zadał mi kilka pytań: Dlaczego zamieszkaliśmy z Mężem tak daleko (czy w Trzciance nie było nic do wynajęcia) i takie tam różne. No właśnie, dlaczego – jak ten krasnoludek, który budził się co rano, przeciągał i mamrotał: K…a, jak ja daleko mieszkam, nie dałam rady odpowiedzieć. Bo jak rozmawiać ma dziś senioralny pacjent z „końca wsi”, ofiara uwolnienia miejskich czynszów z przedstawicielem zamożnej middle-class, bo do takiej lekarzy rodzinnych (3 tysiące zapisanych pacjentów razy comiesięczna składka kapitacyjna od każdego z nich) należy dziś zaliczyć.

3.
Gdyby ktoś pragnął naprawdę dokonać reformy służby zdrowia, musiałby zacząć od „przyszpilenia” lekarzy rodzinnych do określonych obszarów (gabinet w centrum okręgu z równie odległym dojazdem i podobną ilością potencjalnych pacjentów). Czyli – należałoby wrócić do dawnej rejonizacji, a to oznaczałoby zdjęcie z lekarzy rodzinnych dumnego tytułu „wolnego przedsiębiorcy”, który umiejscawia swój gabinet tam, gdzie jemu, a nie pacjentom wygodnie.
Ale dziś się już nikt nie odważy tego uczynić.
Podobnie jak nie będzie wśród polityków takiego śmiałka, który przypomni absolwentom polskich uczelni medycznych, skąd im nogi wyrastają, czyli – kto zapłacił za ich studia, które posłużą niemieckim, angielskim, holenderskim pacjentom.

4.
Na koniec opowieść… Są lata 90-te, rodzi się pomysł zastąpienia lekarzy rejonowych – rodzinnymi. W salach hotelu „Poznań” odbywa się konferencja, na której niemiecki lekarz rodzinny mówi o swojej pracy, jego słuchaczami jest poznańska profesura medyczna.
Gość jest wyjęty jakby z serialu o doktorach z alpejskiej wioski – miły, kulturalny, doskonale ułożony. Opowiada o swoim dniu pracy: Wstaje o 6-ej, pije kawę, je śniadanie, idzie do gabinetu, gdzie jego pielęgniarko-rejestratorko-księgowa porobiła już podstawowe badania (RTG, pobranie krwi i inne) – teraz następuje czas wizyt, 30 minut na pacjenta. W południe – obiad, drzemka i wyjazdy do chorych. W soboty i niedziele – zastępuje go kolega, specjalnie do obsługi weekendów – wynajęty.
Na sali – śmieszek.
Niespeszony prelegent brnie dalej – opowiada o swoich dochodach, wydatkach, posiadanym domku z ogródkiem i 8-letnim samochodzie.
Na sali – śmiech.
Na końcu drżącym głosem gość nieśmiało prawi o swym hobby – majsterkuje. Na ekranie pojawia się zdjęcie skromnego, schludnie utrzymanego warsztaciku – półeczki, blaty, w specjalnych skrzyneczkach narzędzia.
Na sali – ryk z gatunku „rubaszny”.
I wtedy nasz skromny i dobrze ułożony doktor z alpejskiej wioski pyta zdenerwowany, czym sobie zasłużył na taką reakcję. I oczami omiata salę pełną tłuściutkiej, poznańskiej profesury.
I wtedy wstaje jakiś śmiałek, ucisza salę i grzecznie tłumaczy:
– Panie doktorze, nie z pana się śmiejemy. Po prostu zachęca pan nas do dokonania wielkiej reformy w wyniku której będziemy mieli wszystko to, co ma pan. Klopot w tym, że my już to wszystko mamy… Po co zatem nam reforma?

5.
Jak się Państwo z pewnością domyślają, pytanie nadal czeka na odpowiedź.
A póki co – jemioła, dziurawiec, czosnek i spacery z małym schroniskiem dla psów.
Zamiast.

Chciał tylko pomóc

W sobotę papieski jałmużnik – kard. Konrad Krajewski podłączył prąd w zajmowanym nielegalnie budynku przy via Santa Croce. Mieszkało tam blisko 500 osób – w ponad 100 dzieci. Jedna trzecia z nich to Włosi. W budynku odcięto elektryczność i wodę 6 maja, gdyż od lat nie płacono za światło. Dług urósł do 300 tys. euro. A zgodnie z nową polityką ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego – lokale zajmowane nielegalnie przez rodziny i osoby bezdomne, powinny zostać wreszcie opróżnione. Eksmisje z nielegalnie zajmowanych budynków to jeden z ważnych punktów dekretu bezpieczeństwa, który wszedł w życie pod koniec ubiegłego roku.
Polski duchowny – który podobno w przeszłości był elektrykiem, więc znał się na rzeczy – pojawił się na ulicy Świętego Krzyża wraz z pomocnikami, złamał policyjne pieczęcie, wszedł do studzienki i podłączył prąd. Przez chwilę szukano winnego, gdyż minister Salvini się zdenerwował. Kardynał Krajewski przyznał się publicznie: „Zrobiłem to ja. Nie mogłem zostawić dłużej dzieci bez światła i wody. Próbowaliśmy dzwonić do elektrowni. W Rzymie w weekend nic nie działa z wyjątkiem barów i restauracji. Sytuacja była rozpaczliwa. Biorę na siebie całą odpowiedzialność i nie muszę się tłumaczyć, bo nie ma nic do powiedzenia.”.
Oprócz komentarza przytaczanego przez wszystkie zagraniczne media „Obrona nielegalnych działań nigdy nie jest dobrym znakiem. Zwykli ludzie płacą za prąd. Jako minister spraw wewnętrznych muszę gwarantować przestrzeganie prawa.”, Salvini powiedział również: „To niech kardynał teraz zapłaci rachunki”. „Od tego momentu ja będę płacił za światło w tym budynku. Zapłacę również za światło Salviniego.” – odpowiedział mu Krajewski.
Włochy pogrążone w przedwyborczej gorączce podzieliły się. Prawicowe media zaczęły bić w Krajewskiego. Tygodnik „Panorama” w artykule pt.: „Jeśli Kościół płaci ci rachunki” wymienił wszystkie przestępstwa papieskiego jałmużnika i skomentował: „Włochy są krajem, w którym wszyscy interpretują i szanują prawa zgodnie z własnymi potrzebami. W świetle prawa, jeśli ktoś nielegalnie zajmuje budynek, musi zostać eksmitowany dlatego, że dokonuje czynu zabronionego. Jeśli później nie płaci nawet za światło, wykroczenie jest podwójne. Pomaganie, uzasadnianie, usprawiedliwianie – jeśli z jednej strony „pomaga” tym ludziom – z drugiej strony obraża (nie wspominając o gorszym) tych, którzy ustanawiają prawo i szanują je każdego dnia. Teraz we Włoszech obowiązuje zasada: jeśli szanujesz prawo, jesteś głupcem. Jeśli robisz coś, żeby wszyscy je szanowali, jesteś faszystą”. Pod artykułem „Panoramy” włoski internet się „rozhejtał” przeciwko Krajewskiemu, Kościołowi i papieżowi. Aż strach przytoczyć te antyklerykalne wpisy, w obawie przed art. 196.
Zbyt dobry papież
Papież Franciszek jest pierwszym Ojcem Świętym, który musiał zmierzyć się z mediami społecznościowymi – i jak dowiedzieliśmy się z watykańskich źródeł – sprawa antypapieskiego hejtu to nie mały problem. „Niech papież przestanie wreszcie mówić o migrantach i zajmie się doktryną” to łagodne apele kierowane do Bergoglia. Antypapieski hejt przeraziłby chyba niejednego antyklerykała – zwłaszcza, że często ci, którzy go uprawiają deklarują się jako prawdziwi katolicy, dla których najważniejszy jest Bóg, Rodzina i Ojczyzna.
To, że papieża i włoskiego ministra spraw wewnętrznych nie łączy sympatia nie jest już tajemnicą. Bergoglio odmówił mu audiencji, dotąd aż będzie odpierał migrantów. Ministrowi nie wypada atakować papieża, ale Krajewskiego może.
Jak tłumaczy Watykan – papież zajmuje się Rzymem jako swoją diecezją – jest w końcu spadkobiercą kluczy Piotrowych i biskupem Romy.
Za pontyfikatu Bergoglia, Watykan przeznacza olbrzymie sumy na pomoc potrzebującym w rzymskiej diecezji. W zeszłym roku na ten cel poszło 3,5 mln euro. Kościół płaci rachunki za światło, wodę i wynajem – tym, którzy tego naprawdę potrzebują i robi to przez doskonale zorganizowane parafie, w których wie się wszystko o najbiedniejszych i potrzebujących. Papieski „Robi Hood” jeździ nocą w zwykłym ubraniu białym vanem po Rzymie i rozdaje bezdomnym koce i jedzenie. Dba też o „Ambulatoria solidarne”, gdzie najbiedniejsi mogą leczyć się bezpłatnie. Prawie połowa osób, którym pomaga Watykan to Włosi, którzy na skutek kryzysu gospodarczego znajdują się w trudnej sytuacji.
Kardynał Krajewski, który chciał tylko pomóc, nieopatrznie wpadł w młyn kampanii przedwyborczej, która wszystko mieli i wykorzystuje.
Są też inni dłużnicy
Sprawa papieskiego jałmużnika zajmuje we Włoszech zdominowała media i politykę przez kilka dni. Dziennik telewizyjny La7, w kontekście gestu Krajewskiego przypomniał, że od 15 lat również inny budynek w Rzymie jest zajmowany nielegalnie i nie płaci za światło mając dług 300 tys. euro. Chodzi o siedzibę włoskiego ruchu narodowo-rewolucyjnego i neofaszystowskiego zwanego CasaPound, znajdującą się obok Termini. Również im dostawca energii odciął światło jakiś czas temu, ale 27 rodzin nie żyje w ciemności. Skąd czerpią prąd nie wiadomo – bo do wewnątrz siedziby nikt nie może wejść. CasaPound, której sympatycy sami definiują się jako „neofaszyści trzeciego tysiącleci”, nie znajduje się jednak na liście budynków, które zostaną poddane eksmisji. To od dawna problem sporów pomiędzy prezydent Rzymu – Virginią Raggi z Ruchu Pięciu Gwiazd i ministrem Salvinim. Raggi żąda by Salvini umieścił budynek zajmowany przez CasaPound na liście – on odpowiada, że najpierw struktury niebezpieczne, później te które stanowią zagrożenie publiczne, a później przyjdzie kolej na innych.

USA dalej dociskają Palestynę

Amerykański Departament Stanu poinformował w niedzielę 9 sierpnia o wycofaniu dotacji na sumę 25 milionów dolarów przeznaczonej na dofinansowanie sieci szpitali w zamieszkałej przez ludność palestyńską wschodniej części Jerozolimy.

 

Prezydent Donald Trump oświadczył, że przesłanką podjęcia tej decyzji jest zmuszenie Palestyńczyków do negocjacji.

– Dostaniecie pieniądze, lecz nie będziemy płacić dopóki nie osiągniemy porozumienia – w swoisty dla siebie sposób komentuje sprawę Trump.

Tego typu poczynania amerykańskiej administracji wywołały ostrą reakcję ze strony palestyńskiej. Jeden z czołowych polityków Organizacji Wyzwolenia Palestyny Hanan Aszraui mówił o politycznym szantażu będącym w sprzeczności z „normami ludzkiej przyzwoitości i moralności”. Zdaniem palestyńskiego MSZ, przekroczona tu została czerwona linia, co można uznać za bezpośrednią agresję przeciwko narodowi palestyńskiemu. Również rzecznik OWP Ahmad Szami określił amerykańskie działania jako „kompletnie niehumanitarne i niemoralne” zmierzające do wymuszenia na Palestyńczykach ustępstw w kwestii prawa do niezawisłości. – To nie jest formuła pokojowych negocjacji – oświadczył rzecznik.

Głos zabrała również Światowa Organizacja Zdrowia WHO wskazując na to, że w pozbawionych amerykańskich dotacjach jerozolimskich szpitalach wykonywane są specjalistyczne zabiegi medyczne takie, jak operacje kardiologiczne, radioterapia czy dializy pediatryczne. WHO zwraca też uwagę, że tego rodzaju świadczenia medyczne są niedostępne dla mieszkańców Zachodniego Brzegu i Gazy z czego wynika, że sieć szpitali w Jerozolimie to jedyne miejsce, gdzie ludność palestyńska może być poddawana tego rodzaju świadczeniom medycznym. Jak stwierdził zarządzający szpitalem Augusta Victoria Hospital, Ualid Nammur, pacjenci nie powinni być wykorzystywani do celów politycznych.

Decyzja o cofnięciu dotacji dla palestyńskich szpitali to już drugie typu posunięcie USA w ostatnim okresie. W sierpniu Stany zjednoczone zredukowały o 250 mln dolarów kwotę przekazywaną na pomoc dla Palestyny w ramach programu UNWRA. Ubytek ten postanowiły częściowo zrekompensować Niemcy. Minister spraw zagranicznych Heiko Maas zapowiedział zwiększenie wkładu do budżetu UNWRA nie podając jednak konkretnej kwoty. Stwierdził jedynie, że nie będzie ona wystarczająca do pokrycia niedoboru na sumę 217 mln USD. Do tej pory wkład RFN nie przekraczał poziomu 100 mln dolarów.

Fundusze europejskie – blaski i cienie

Ostatnie budżetowe propozycje Unii – przewidywane cięcia – to niewątpliwa satysfakcja dla opozycji, ponieważ rząd wreszcie ponosi konsekwencje za uporczywe „gryzienie karmiącej unijnej ręki”.

 

Pomoc finansowa Unii  dla Polski słabnie.

Jednak pierwsze poczucie złośliwej satysfakcji, że harda władza oberwała, z czasem powinno ustąpić i przerodzić się u obywateli w głębszą refleksję na temat tego, co z tą pomocą jest w porządku, a co niekoniecznie. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu nie każda pomoc czy subsydia mają zbawienne działanie, a to, co na krótką metę wydaje się zdrowe, na dłuższą może zaszkodzić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że można usprawiedliwić błędy rządu w stosunkach z Unią. Nie twierdzę też, że część subsydiów można sobie odpuścić. Po prostu chciałbym skłonić nas wszystkich do zastanowienia się, jakie są długoterminowe skutki pobierania unijnej kasy.
Wkrótce fundusze zabrane z polskiej puli środków powędrują do krajów południa, które już dawno podlegały podobnym do naszych przemianom cywilizacyjnym przy wsparciu UE.
Pytanie, czy po mocnym zastrzyku europejskiej gotówki te kraje poradzą sobie same, czy też potrzebna jest dalsza pomoc? Niestety wygląda na to, że Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja wymagają dalszego wsparcia – bezrobocie, zwłaszcza młodych, jest tam zatrważające.
Coś z tym trzeba robić – a trudno cokolwiek skutecznie przedsięwziąć bez zewnętrznego darmowego finansowania.
Kolejne pytanie: czy Polska po dokonaniu wielkich europejskich innowacji może znaleźć się w podobnej sytuacji? W moim przekonaniu jak najbardziej. Idziemy, podobną drogą, co kraje południa i strukturalne problemy wystąpią jak u nich.
Analiza wcześniejszych unijnych działań na południu dowodzi, iż właśnie ta „pomoc” spowodowała katastrofalne problemy strukturalne, które Unia musi teraz sama naprawiać. Problem w tym, że Bruksela albo wstydzi się przyznać do błędu albo autentycznie nie odróżnia przyczyn od skutków. Zasadniczo Unia chce dobrych zmian, ale przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Istnieje prawdopodobieństwo, że Eurokraci z Brukseli rozumują po prostu na zasadzie „Unia dała za mało, dlatego na te kraje nadal trzeba łożyć”. A być może istnieje też głęboko skrywana motywacja podszyta rasizmem – przekonanie, że na południu żyją lenie i lekkoduchy. A to tam powstawały wielkie imperia
W moim mniemaniu istnieje jeden pierworodny błąd zrozumienia całości kryzysowej sytuacji na południu, a bez całościowego zrozumienia nie można określić działań zaradczych. Jak powiedział Hipokrates: dobre leczenie to dobra diagnoza. AD REM: Gdy nowe, biedniejsze kraje, czy to z południa, czy ze wschodu Europy były przyłączane do bogatej Unii – dążyły do tego, aby się do niej upodobnić. Pierwsza konstatacja po podpisaniu traktatu akcesyjnego? Brak nowoczesnych narzędzi pracy, nowoczesnej infrastruktury, przestarzałe szkolnictwo, prymitywne rolnictwo i przetwórstwo, braki prawnej infrastruktury, brak korpusu funkcjonariuszy państwa, itd. Do krajów tych przybywały tabuny europejskich doradców ds. transformacji (nierzadko będący tylko bogatymi ignorantami, którzy nigdy przecież nie budowali zrębów swoich państw. I kiedy mówili nam – zniszczcie PGR-y i komunistyczne fabryki, kupowaliśmy to w ciemno. Tymczasem Czechy i byłe NRD niczego pospiesznie nie burzyły, przekształciły dawne PGR w indywidualne spółdzielnie lub prywatne firmy i dobrze to funkcjonuje. Chiny przeprowadziły transformację na swoją własną modłę – wprowadziły pełną wolność gospodarczą przy zachowaniu sprawnego aparatu byłego komunistycznego państwa. Rezultat można tylko podziwiać. One niczego pośpiesznie nie burzyły. A u nas kwitła niekompetencja tych, którzy zawładnęli państwem po 1989 roku i być może niedługo nawet doczekamy się pomnika działacza związkowego Wrzodaka, który z pianą na ustach zniszczył URSUS. Długo nam zajęło zrozumienie, że wielka „Solidarność” niekoniecznie przyniosła nam samo dobro, do władzy doszły duże grupy populistycznych związkowców. (Choć akurat Lech Wałęsa zachował wiele chłopskiego zdrowego rozsądku, a jego skróty myślowe są genialne – vide „bieda prowadzi do rewolucji, rewolucja prowadzi do nędzy”). Co było nasze – w dużej mierze sami zniszczyliśmy, jeszcze zanim nadeszła UE.

 

Co właściwie jest nie tak  z unijną pomocą?

Cały paradoks opiera się na tym, że Unia chcę dobrze. Ale pamiętajmy, że przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że wielkie subsydia nie tylko usprawnią państwa Unii, ale też w pewnych aspektach trwale je zdeformują.
Dlaczego więc wszyscy chcą brać więcej i więcej? Przez wiele lat procesu modernizacji ujemne skutki po prostu nie zdążyły się pojawić. Objawiają się wtedy, gdy nikt ich się nie będzie spodziewał. Oto scenariusz:
Gdy po dziesiątkach lat pomocy wszystko już zostanie zbudowane, autostrady będą błyszczeć, nowoczesne fabryki pracować, instytutu naukowe będą już zbudowane, czas na samodzielne życie na własny rachunek, nawet wypadałoby im zostać płatnikiem dla Unii. Wtedy zgrzyt: firmy masowo upadają, miliony idą na bezrobocie i wychodzą na ulice Lizbony, Aten, Barcelony wybijać szyby oraz walczyć z policją. A do polityki wkraczają faszyzujący nacjonaliści z hasłami opuszczenia UE. Brzmi znajomo?
Wytłumaczenie tego zjawiska jest proste. Wielkie modernizacyjne inwestycje kasie są kosztowne w utrzymaniu, a wiele tych inwestycji jest przewymiarowana. Oczywiście wspaniałe autostrady to nie fikcja, piękne lotniska też. A jednak za cudze i półdarmowe pieniądze buduje się na wyrost i ze zbędnymi luksusami, nie patrząc na wysokie koszty utrzymania.
Lotnisko w Radomiu nie odprawiło żadnego dużego samolotu, Jezioro Jamno wysycha – bo zrobiono niepotrzebne wrota przeciw zalewowe za kilkaset milionów.
Gdy 2 lata temu jechałem autostradą Porto-Lizbona – widziałem pustki, wszyscy pojechali ichnią Gierkówką, która była bezpłatna. Lwia część projektów innowacyjnych, na oko jakieś 80 %. już w swoim założeniu to horrendalne bzdury. Wiele przedsięwzięć to innowacje pozorne, inwestycje w kapitał ludzki z początku sprawiają wrażenie cudu gospodarczego. Najpierw pieniądze płyną szeroką strugą, jednak państwa-beneficjenci muszą dołożyć swój wkład, więc się zadłużają. Przykładowo każdy zafakturowany kawałek drogi za unijne fundusze wzbogaca budżetowy VAT. Wszyscy w kraju się kłócą, bo jest, co dzielić. Oto przykład innowacji:
Dwa lata temu mój młodszy brat z podwarszawskiej Kobyłki (rencista z rakiem) został zaproszony przez Urząd Pracy na kurs komputerowy. Odmówił – nie ma komputera i jest wykluczony z rynku pracy. Zagrożono mu, że nie dostanie węgla na koniec roku, przysłano busik, zapewniono obiady i wycieczkę nad Bałtyk. Taka grupa wiejskich pijaczków z Kobyłki i podobnych miejscowości Mazowsza: Nadarzyna, Kobylaka, Ossowa, Turowa, Stefanówki – to nasza dolina krzemowa.
Czy taka forma inwestycji w kapitał ludzki ma ekonomiczny sens? Oczywiście – przecież zarobił organizator, restauracja, sprzedawca komputerów, właściciel wynajętej sali, firma transportowa, hotel nad Bałtykiem… Skorzystał też niewątpliwie brat, bo na koniec roku dostał nie pół tony, a tonę. Takich gmin i jednostek jest tysiące, cała Polska, aż błyszczy od krzemu. Podobnie było z lotniskiem w Radomiu – też zarobiło mnóstwo krewnych i znajomych królika.
Wiele inwestycji unijnych to tylko mnożenie długu, budowanie złudzeń, że ta pomoc działa, bo budżet w okresie tych inwestycji ma dochody, a ludzie – pracę. W okresie inwestycji szybko postępuje koncentracja produkcji, a firmy i usługi stają się coraz większe i nowocześniejsze. Rolnictwo przekształca się w system wielkich farm a handel – wielkich galerii. Wszyscy mają pieniądze, rząd dobrych panisków daje nawet kasę za darmo.
Jednak w tych nowoczesnych firmach pracuje coraz mniej ludzi. Momentami nawet, gdy są realizowane wielkie modernizacje bywa, że brakuje ludzi do pracy, bo proces przebudowy potrzebuje masy pracowników. Ale gdy kończy się modernizacja, objawia się wielkie strukturalne bezrobocie. Ludzie tracą pracę, bo przestają być potrzebni w, spada obrót i wpływy budżetowe.
Państwa południa udowodniły, że lata pomocy zbudowały tylko blichtr – a pozbawiły ludzi trwałego umocowania socjalnego. W bogatych domach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii częstokroć żyją ludzie za emeryturę babci lub dziadka. Grecja już dawno zbankrutowała, bo od lat ktoś inny spłaca za nią długi.
Proces modernizacji państw południa przy wsparciu UE przebiegał sprawnie. Na skutek gigantycznej pomoc ekonomicznej szybko został unowocześniony i skoncentrowany przemysł, – ale też przetwórstwo, infrastruktura. Po zakończeniu modernizacji ludzie, którzy to wszystko budowali, tracą masowo pracę, a nie ma powrotu do małych gospodarstw, bo przestały istnieć.
Grek nie wróci na swój mały kuter, bo za 100000 euro go zezłomował, zaś otwarta za te pieniądze smażalnia przestaje przynosić zyski, bo reszta ludności też ubożeje.
Gdy cztery lata temu jechałem autobusem z Szanghaju do Pekinu, widziałem po drodze jak malutkie gospodarstwa rolne twardo pracowały, na wąskich polach jeździły małe kombajny i traktorki. A u nas? Nawet na małych zagonach widać olbrzymie unijne traktory, – choć w przyszłości ich obsługa to dla gospodarstwa finansowa katastrofa. Tam ktoś myśli o ludzkim bycie i pracy, a my nadal powielamy niebolszewickie marzenia o wielkiej mechanizacji i wielkich farmach. Czy nie czas na refleksję, jaką mamy mieć docelowo strukturę gospodarstw rolnych i jaką rolę ma grać w tym wszystkim drobna wytwórczość? Tu właśnie jest rola odpowiedzialnych partii ludowo lewicowych jednak bez populizmu.

 

Największą pomoc unijną przechwytują giganty gospodarki i sitwy.

Gospodarka Grecji, działając w warunkach sztucznej czasowej prosperity, przywykła już do stałego dopływu subsydiów inwestycyjnych, my już też. Gdy nadszedł krach – na scenie politycznej natychmiast pojawił się populizm, faszyzm, ultra nacjonalizm, z perspektywą rządów bezprawia i niesprawiedliwości.
By cały ten proces sztucznej modernizacji nie skończył się u nas nadejściem faszyzmu – czas, by odpowiedzialne prospołeczne ugrupowania weszły znowu do codzienności polityczno-gospodarczej, ponieważ tanie populizmy wspierające się pospolitym kłamstwem prowadzą nas na skróty do katastrofy. Olbrzymie pieniądze bez realnej kontroli, bo Unia daleko, to potężne narzędzie korupcji politycznej. Za te fundusze samorządowcy czy administracja kupuje sobie wpływy lub bogaci siebie i swoje kliki. Wokół funduszy powstały całe złodziejskie sitwy. Bez zawodowej służby cywilnej niemożliwe jest uczciwa modernizacja, kto do końca zniszczył ten korpus chyba wiemy. Nie wystarczy obsadzenie wszystkich stanowisk Misiewiczami, tu musi być struktura jak we Francji, Niemczech czy Anglii. Gdy skończą się fundusze ultra bogaci na pokolenia pojadą na zasłużone wakacje a długi zapłacą ci, co na nich nic nie skorzystali. Czas najwyższy byśmy przekierowali pomoc na projekty infrastrukturalne, służbę zdrowia inne działania prospołeczne. Przetaniony sprzęt unijny niech będzie dostępny dla ogółu przedsiębiorców a nie dobrze zorganizowanych klik. Czas na pełną transparentność procesu tej pomocy. Pomoc nie może służyć powstawaniu magnackich majątków na 3 pokolenia naprzód. W tej chwili można zbudować całkowicie prywatny hotel za fundusze pomocowe, zajazd nawet z czasem dom publiczny, wystarczy dobry biznes plan. Tworzenie nowych firm za fundusze wykańcza firmy bez dotacji, na wolnym rynku nie może być inaczej.
Mój tekst powinien skłonić też do refleksji, iż czas na powrót do realnego życia politycznego i społecznego dojrzałych ugrupowań politycznych – działających nieprzerwanie, a niefunkcjonujących tylko od jednych wyborów do drugich. Wielkie grupy średniego pokolenia zostały wykluczone, bo to, komuna,. Inni są poza nawiasem, bo nie chodzą w procesji. Wspinanie się do polityki po plecach kościoła to polityczne złodziejstwo i nieuczciwość. Tylko niewielu hierarchów to rozumie. Franko umarł i puste kościoły. Jest tak wiele spraw społeczno-gospodarczych, które wymagają ciągłego nadzoru niezależnych ugrupowań politycznych!
Proste recepty kłamliwego populizmu prowadzą nas do otchłani. Czas już włączyć zdrowy rozsądek. Cała sztuka to wykorzystać olbrzymią szansę modernizacji europejskiej i nie popaść w kłopoty.
To właśnie czynnik społeczno-polityczny musi zostać uruchomiony na nowo. Kościoły powinny skupić się na życiu w zaświatach, a doczesne sprawy powierzyć dojrzałym, dojrzałym działaczom społeczno politycznym.. Na marginesie – „komunizm” w Polsce to de facto okres stalinizmu – do 1953. Jego ofiarami padali też ideowi komuniści. Znielubiony Gomułka cudem uniknął śmierci.
Nie ma idealnych partii ani ustrojów, ale nadszedł czas na poważne debaty bez etykiet i uprzedzeń. My, światli Polacy – walczmy na argumenty, a nie na prymitywne obelgi. Oprócz połajanek i epitetów włączmy społeczno-polityczny nadzór kierunku rozwoju państwa, starajmy się, choć uczyć na błędach innych, a to zaprocentuje.