Niechciane delegacje

W tych dniach rząd Prawa i Sprawiedliwości, podążając śladem rządu węgierskiego, złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. dyrektywy o pracownikach delegowanych. Powód? Zdaniem MSZ – jej protekcjonistyczny charakter, który utrudnia realizację traktatowej zasady wolności przepływu siły roboczej i usług.

 

Przypomnę, że ministrowie państw UE odpowiedzialni za sprawy społeczne, zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych 21 czerwca br. To są proste reguły – po 12 miesiącach pracy za granicą pensja zatrudnionego będzie musiała zostać zrównana z płacą oferowaną na terenie danego kraju. Obecnie jedynym wymogiem jest wypłacanie przynajmniej płacy minimalnej obowiązującej w kraju delegowania. Zmiana wejdzie w życie w 2020 r., ale jej pierwsze efekty już odczuwa polski rynek agencji pracy.
Według raportu przytaczanego przez portal Money.pl (02.10.2018), a sporządzonego przez Polskie Forum HR –organizację pracodawców reprezentującą polski rynek agencji zatrudnienia, ich liczba spadła po raz pierwszy od 2009 r. Obroty osiągnęły w ub. roku 4 mld. zł. Wysyłanie pracowników za granicę stanowi jedynie 2 proc. tej kwoty, ale – zdaniem Money.pl – i tak mówimy o ok. 80 mln zł, które wypadają z puli do opodatkowania przez polskiego fiskusa.
W przeliczeniu na jedną z ok. 8 tys. agencji pośrednictwa pracy (bo tyle jest zarejestrowanych) nie jest to co prawda dużo, ale rzeczywiście może to być sygnał potwierdzający, że coś zaczyna się dziać.
Drugim z problemów, o którym zaczyna być głośno, to „nakłanianie” przez francuskich czy niemieckich urzędników (poprzez dokuczliwe kontrole) polskich pośredników, żeby zakładali swe firmy na terenie ich krajów.
Money.pl: „51 proc. pracowników, którzy za pośrednictwem agencji podjęli pracę poza Polską, zdecydowało się jedynie na krótkie sezonowe 3-miesięczne kontrakty. Teoretycznie więc dyrektywa nie powinna w nich uderzać. Opisane podejście urzędników już tak. To bowiem najczęściej osoby zajmujące stanowiska niewymagające wysokich kwalifikacji – magazynierów, pracowników branż ogrodniczej czy sadowniczej lub tzw. »pakowacze ręczni«. Co dla nich będzie oznaczało przenoszenie polskich firm do państw zachodnich? Przede wszystkim droższe usługi i mniejsze zyski, które reperowały domowe budżety.”
Firmy pośredniczące piszą więc ponure scenariusze – że na skutek dyrektywy o pracownikach delegowanych ceny ich pośrednictwa wzrosną o 25 proc., że wielu Polaków nie będzie na to stać, więc będą zdani na pracę „na czarno”, co zwykle wiąże się z trudnymi warunkami bytowania i wystawieniem na oszustwa…
Owszem, tak może być, ale wcale nie musi. W czerwcu br., gdy PE przyjmował dyrektywę w sprawie pracowników delegowanych, pisałem w tym miejscu:
„Polska ma 400 tys. osób będących na kontraktach, czyli takich, którzy są pracownikami delegowanymi. (Wszystkich, a nie tylko wysłanych przez agencje pracy – BL). Oni są „posted”. Po angielsku rozróżniamy bowiem – „delegated” i „posted”. „Delegated”, to jest ktoś, kto wyjechał za granicę w delegacji służbowej – coś załatwia i wraca. Nikt z tej kategorii pracowników nie jest „posted”, czyli nie pracuje na stałe przez jakiś okres. To jest bardzo ważne, trzeba to bardzo wyraźnie rozróżniać. Nowe, przyjęte przez UE rozwiązanie oznacza, że pracownik delegowany („posted”) powinien zarabiać co najmniej (!) na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?
Po pierwsze – pracownicy delegowani mogą być opłacani znacznie godniej; po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą; po trzecie – na rynku europejskim mamy konkurentów, na przykład Bułgarów, czy Rumunów, którzy akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.
Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, opowiadają się za tym, by pracownicy delegowani zarabiali podobnie jak miejscowi. Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii. Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.”
Reasumując – przytoczona publikacja portalu Money.pl dowodzi, że moje przewidywania były słuszne, i że w grze na europejskim rynku pracy zaczęła się nowa runda wedle nowych zasad – wszyscy mamy takie same prawa. Polscy pracownicy też.
Piłka jest po stronie pracodawców i firm pośredniczących. Myślę, że ani jedni ani drudzy nie mają innego wyjścia, jak spojrzeć na nowo na swoje kalkulacje. Pracodawcy muszą zacząć lepiej płacić, a pośrednicy muszą zrewidować podejście do swoich marż. W każdym przypadku zyska pracownik, który nota bene wcale nie musi wyjeżdżać na saksy. Wystarczy stworzyć mu w Polsce europejskie warunki pracy. Braki w zatrudnieniu stanowią już problem dla naszej gospodarki. Pamiętamy przecież dramatyczne relacje sprzed kilku tygodni z sadów zaścielonych owocami, których nie było komu zbierać, tysiące kartek „zatrudnię pracowników”, które pokryły drzwi, witryny i tablice ogłoszeniowe przetwórni owocowych, chłodni, zakładów budowlanych, firm drogowych, magazynów, hoteli, kawiarni, restauracji, a nawet wieżyczki ratowników wodnych.
Podwyżka płac w Polsce jest nieunikniona, pracodawcy nie uciekną od tego. Władze zresztą też, co chyba już zauważają, bo, jak wynika ze statystyk, płace rosną. Częściowo na skutek decyzji własnych rządu, częściowo w efekcie coraz głośniejszych żądań (patrz ostatnie demonstracje pracowników służb mundurowych, nauczycieli, akcje protestacyjne pielęgniarek, rolników i sadowników), ale już widać, że ten proces jest nieodwracalny. Tym bardziej, że choć jeszcze formalnie nie weszła w życie, to dyrektywa unijna o pracownikach delegowanych też już działa. Myślę, że odwoływanie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele tu pomoże.

Czyja jest Polska?

Głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Te fundamentalne pytania musi sobie zadać każdy obywatel/obywatelka Polski po głosowaniu w Parlamencie Europejskim dyrektywy UE w sprawie pracowników delegowanych. Według większości mediów głosowanie za tą ustawą było antyrządowe i generalnie rzecz biorąc antypolskie,

 

Więc gdzie ta antypolskość?!

Idąc na skróty chodzi o to, że pracownik jednego kraju UE pracujący w innym kraju UE ma zarabiać tyle, co pracownik tego kraju. Czyli – Polak pracujący np. w Danii ma zarabiać tyle co Duńczyk. Gdzie tu antypolskość? Ale – zostańmy przy duńskim przykładzie.
W Danii zostaje ogłoszony przetarg na zbudowanie czegoś tam. Do przetargu stają firmy np. duńskie, francuskie, brytyjskie, greckie itd., ale również polska.
I problem polega na tym, że polska firma wykonująca prace budowlane w Danii zatrudnia polskich pracowników i płaci im tak jak za pracę w Polsce – czyli nędznie. Stająca w przetargu np. firma francuska zakłada płacenie pracownikom według stawek francuskich, tak samo firma brytyjska, hiszpańska itd.

 

Gdzie ta walka z Polską, o której tak krzyczą media?

Problem polega na tym, że wykonanie zlecenia wymaga ileś tysięcy tzw. roboczogodzin. I godzina pracy polskiego pracownika w Polsce jest znacznie niższa niż godzina pracy francuskiego pracownika we Francji.
Czyli oferta polskiej firmy jest znacznie bardziej atrakcyjna, bo Polacy pracują za polskie stawki, co powoduje, że polska oferta jest znacznie tańsza. Czasem jest tak, że żadna firma nie dostaje wykonania całości  inwestycji – pracuje kilka firm. Obok siebie pracują np. Francuzi i Polacy – tyle tylko, że Francuzi zarabiają w euro kilka razy więcej niż Polacy ze stawkami z okolic Rzeszowa czy Lublina.
W dyrektywie UE chodzi o to, żeby ci przykładowi Francuzi i Polacy zarabiali tyle samo. No i to podobno według polskich komercyjnych mediów jest antypolskość!!
No tak.
Mogą być straty. Bo teraz polskie firmy nie będą w Europie zachodniej dawać niższych, de facto dumpingowych stawek kosztów wykonania zlecenia w wyniku niskich kosztów pracy.
Polscy pracownicy pracujący na zachodzie za pośrednictwem polskich firm będą więcej zarabiać.
Tylko pytanie – na ile to obniży konkurencyjność polskich firm za europejskich rynkach? Czyli głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Gdzie tu Polska, gdzie patriotyzm?

Myślę, że do tej pory polskie firmy pracujące na Zachodzie pracowały tak, że zarządy firm i kadra menadżerska zarabiała jak na Zachodzie, a pracownicy tak jak w Polsce.
I ci ludzie, okradający swoich pracowników, teraz płaczą i wrzeszczą o „niszczących Polskę decyzjach UE”.
A będzie tak: prawdopodobnie część polskich firm stosujących do tej pory maksymalnie niskie stawki płac już nie będzie mogła funkcjonować na rynkach starej UE. W pozostałych trzeba będzie urealnić zarobki – pracownicy będą zarabiać według stawek UE, a zarządy i menadżering według zdrowego rozsądku, a nie jak dziś według własnych wyobrażeń.

 

No i czyja jest Polska?

Pracowników czy pracodawców? Dzięki decyzjom UE polscy pracownicy w UE będą zarabiać więcej, mniejsze będą zyski polskich pracodawców. I to podobno jest antypolskie.
Oczywiście nieprawda. Prawda jest taka, że polskie media są antypracownicze i reprezentują interes polskiego kapitału.

Po stronie pracowników

Głośno zrobiło się po głosowaniu w PE nad nowymi regulacjami dotyczącymi pracowników oddelegowanych.

 

Europosłowie PO, którzy opowiedzieli się za proponowanymi zmianami, teraz zarzekają się, że głosowali przez pomyłkę, że w rozgardiaszu poparli rozwiązanie niekorzystne dla polskich przedsiębiorców. Oczekują powtórzenia głosowania. Natomiast wszyscy europosłowie SLD głosowali za proponowanymi zmianami. Skąd ta różnica, za czym tak naprawdę opowiada się PO i jej ekipa w PE, a za czym SLD i my – europosłowie z ramienia tej partii?

Nowe rozwiązanie oznacza, że pracownik oddelegowany powinien zarabiać co najmniej na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Może oczywiście zarabiać więcej – na poziomie płacy pracowników miejscowych, ale minimalną płacę obowiązującą w danym kraju ma zagwarantowaną. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?

Po pierwsze – pracownicy oddelegowani mogą być opłacani znacznie godniej;

Po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – pamiętajmy, że na rynku europejskim mamy konkurentów, czyli pracowników oddelegowanych z innych państw naszego regionu, jak na przykład Bułgaria, czy Rumunia. Oni akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.

Pamiętajmy, że ponad 400 tys. osób w Polsce to są pracownicy oddelegowani. W Polsce też ich przecież potrzebujemy, braki są niekiedy bardzo poważne i stanowią problem dla gospodarki. Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, też opowiadają się za tym, by pracownicy oddelegowani zarabiali podobnie jak miejscowi.

Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w przedsiębiorców żyjących z pośrednictwa pracy, w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii.

Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.

Natomiast tłumaczenie kolegów – europosłów PO, nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Trudno uwierzyć bowiem, że byli zaskoczeni, że głosowali przez pomyłkę, skoro temat był omawiany w różnych unijnych ciałach przez 20 miesięcy, zaś poseł sprawozdawca, który go „pilotował”, pochodzi z frakcji politycznej, do której PO należy.

Warto przy okazji zaznaczyć, że decyzja o pracownikach oddelegowanych nie obejmuje kierowców ciężarówek. W tej sprawie, czeka nas jeszcze batalia na forum Komisji Transportu i głosowanie – 4 czerwca. W tym przypadku będziemy bronić interesów naszych przewoźników, ponieważ kierowca ciężarówki czy autobusu wykonujący międzynarodowe przewozy, nie jest pracownikiem oddelegowanym zgodnie z charakterem jego pracy.

Prawo i Sprawiedliwość występuje przeciw Polsce, przy wsparciu PO

Europosłowie PiS świadomie zagłosowali przeciwko polskim pracownikom. W tym antypolskim dziele poparła ich większość europosłów PO. Na szczęście honor europarlamentarzystów z naszego kraju ratowali posłowie z SLD.

 

Parlament Europejski podjął decyzję, zgodną z dobrem polskich pracowników. Europosłowie zmienili bowiem przepisy dotyczące delegowania zatrudnionych do czasowej pracy w innych państwach UE.
Stało się tak mimo antypolskiego głosowania wszystkich europosłów Prawa i Sprawiedliwości oraz części posłów PO, którzy opowiedzieli się za tym, aby pracownicy z Polski dostawali niższe płace od zatrudnionych z innych krajów członkowskich.
Jeszcze gorzej zachowali się ci posłowie PO, którzy wprawdzie głosowali za zmianą przepisów o delegowaniu pracowników, ale potem z niewiadomych powodów przestraszyli się swych decyzji i obłudnie tłumaczyli to pomyłką.

 

Gdzie PiS i PO mają pracowników?

Sprawa nie ma wprawdzie większego znaczenia, bo zagraniczni europosłowie przegłosowali bezpieczną większością głosów zmiany korzystne dla pracowników z Polski. Dobrze jednak pokazuje, gdzie polscy europosłowie z PiS i PO mają interes polskiego pracownika.
Honor polskiej klasy politycznej ratują jedynie europosłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy świadomie oddali swe głosy za dobrem polskich pracowników.
Przykładem uczciwej postawy może być wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki, który dobrze wie, że nowa dyrektywa unijna jest korzystna dla zatrudnionych z Polski. Jak powiedział, nie ma powodów by w państwach wyżej rozwiniętych robić z Polaków Chińczyków lub Koreańczyków.
Słowa uznania za oddanie głosu dla dobra Polaków należą się także Adamowi Gierkowi, Krystynie Łybackiej i Januszowi Zemke.
W nowej dyrektywie dotyczącej delegowania pracowników chodzi o to, że możliwość delegowania pracowników zostanie ograniczona najwyżej do 18 miesięcy – co w praktyce oznacza, że po upływie tego czasu pracownik delegowany z jednego kraju (np. z Polski) do drugiego (np. do Niemiec) będzie musiał otrzymywać wynagrodzenie na takich samych zasadach, jak w przypadku pracownika z tego drugiego kraju.
Będzie to oznaczać nieco wyższe koszty dla tych przedsiębiorców z Polski, którzy budują swoją konkurencyjną pozycję na zagranicznych rynkach, drogą obcinania wynagrodzeń swych załogom. W przyszłości będą musieli płacić pracownikom wysłanym za granicę tyle samo, ile zarabiają tamtejsi zatrudnieni, łącznie z wszelkimi dodatkami.

 

Nie wolno podnosić im płac!!!

Polscy pracodawcy niczego bardziej nie cierpią niż lepszego wynagradzania swych pracowników – toteż prowadzili intensywny lobbying wśród europosłów, pragnąć skłonić ich różnymi sposobami do głosowania przeciw interesowi pracowników z Polski. Jak widać, udało im się to w przypadku w przypadku wszystkich europosłów PiS oraz większości europosłów PO, do których skutecznie dotarli.
Nowe prawo, które ma wejść w życie nieprędko bo dopiero pod koniec 2020 r, i pod warunkiem, że zgodzą się na nie wszystkie rządy państw UE, dotyczy przede wszystkim polskich kierowców ciężarówek – gdyż to oni stanowią największą grupę pracowników delegowanych z naszego kraju.
Nie ma oczywiście żadnego powodu, aby polscy kierowcy zarabiali mniej niż pracownicy z innych krajów UE. Jednak obecna ekipa rządząca uważa, że Polacy powinni otrzymywać niskie wynagrodzenia – i chce to przeforsować w Parlamencie Europejskim.

 

PiS uderzyło w Polaków

PiS nie umie skierować polskiej gospodarki na tory modernizacji i wysokiej jakości – niedawnym przykładem może być to, że pod rządami ludzi z PiS niemożliwy jest choćby tak prosty zabieg, jak położenie na drodze asfaltu, który nie roztopiłby się w wiosennym słońcu.
W związku z tym rząd uważa, że polskie firmy powinny konkurować z zagraniczną konkurencją niskimi kosztami płac – bo pod rządami PiS niczym innym nie są w stanie konkurować. A to oznacza, że pracownicy polskich firm powinni, zdaniem rządu, zarabiać możliwie mało.
Dlatego właśnie PiS-owskie media publiczne, a zwłaszcza rządowa TVP, rozpoczęły kampanię wymierzoną w polskich pracowników, negatywnie oceniając przyjęcie przez Parlament Europejski rozwiązania o pracownikach delegowanych – oraz krytykując tych kilku uczciwych europosłów z Polski którzy zagłosowali za tą dyrektywą.

 

W nieuczciwym interesie

Skoro przyjęcie nowych przepisów wymagać będzie zgody wszystkich rządów państw UE, to wiadomo, że rząd PiS wystąpi przeciwko polskim pracownikom – i nie zgodzi się na to, aby mogli oni zarabiać tyle, co zatrudnieni z innych krajów; chyba że ustąpi pod skoordynowanym naciskiem całej Unii i ze strachu, że okryje się niesławą nie tylko w Polsce ale i na świecie.
Niesława jest zaś gwarantowana, bo ta antyspołeczna kampania rządu PiS wymierzona w dobro pracowników z własnego kraju jest czymś niezwykłym. Trudno znaleźć inne przykłady na to, aby rząd jakiegoś państwa tak otwarcie atakował na światowym forum pracowników z własnego kraju, domagając się, aby zarabiali oni mniej niż pracownicy zagraniczni. Wypada mieć nadzieję, że zostanie to zapamiętane PiS-owi.
Wiadomo natomiast w czyim interesie działa rząd PiS oraz jego europosłowie. To interes niewielkiej grupy przedsiębiorców transportowych, którzy nawet w przyszłości, za co najmniej dwa lata, nie chcieliby lepiej płacić swoim ludziom.
Przedstawiane są fałszywe argumenty, że przyjęcie rozwiązania o pracownikach delegowanych doprowadzi polskie firmy przewozowe do bankructwa.
To oczywiście lipa, bo od tego, że polscy kierowcy będą zarabiać więcej, nasza branża transportowa się nie zawali. Najwyżej spadną nieco zyski właścicieli firm transportowych – ale za to wzrosną zarobki kierowców ciężarówek. I należy się z tego tylko cieszyć, bo dziś są to często ludzie jeżdżący z przekroczeniem wszelkich norm czasu pracy.
Jeśli zaś niektórzy przedsiębiorcy nie wytrzymają konkurencji przez to, że podniosą płace swym pracownikom, to niechaj zbankrutują.
Nikomu niepotrzebni są tacy pracodawcy, którzy nie są w stanie poprawić swej jakości i innowacyjności, a jedyną szansę skutecznego konkurowania z zagranicą widzą w zaniżaniu płac swych pracowników.
Niestety, za konkurowaniem niskimi płacami opowiada się także ekipa rządząca z PiS, prowadząca swą antypracowniczą krucjatę w obronie niskich płac dla Polaków.

 

Ile wam obiecano?

Ewentualne bankructwo niektórych właścicieli firm transportowych nie będzie oznaczać bynajmniej bezrobocia kierowców TIR-ów. Oni z powodzeniem znajdą pracę w tych firmach zagranicznych, które wejdą na miejsce polskich upadających właścicieli i przejmą ich kierowców – oraz oczywiście zapłacą im lepiej.
Nie jest to oczywiście korzystne, gdy polskie firmy tracą rynek. Jeśli jednak wybór jest taki: albo polskie firmy, które nie umieją ulepszyć swej oferty i jedyną szansę egzystencji widzą w utrzymywaniu płac pracowników na niskim poziomie – albo firmy zagraniczne, które bez problemu będą płacić im lepiej, to sprawa wydaje się oczywista.
Powiedzmy to jasno: lepiej, jeśli firmy będą należeć do tych przedsiębiorców, którzy potrafią zapewnić swym załogom wyższe płace. PiS wprawdzie nie chce, żeby polscy pracownicy zarabiali więcej – ale to nie znaczy, że trzeba się z tym godzić.
Na koniec wypada zapytać ekipę rządzącą, używając słów pana Zagłoby: Jakie korupcje wzięliście? Ile wam wyliczono? Co wam jeszcze obiecano? – że tak ochoczo występujecie przeciw polskim pracownikom?

 

W tym tygodniu w PE

W najbliższych dniach Parlament Europejski zajmie się szeregiem istotnych tematów.

Oto niektóre z nich:

Pracownicy delegowani

We wtorek odbędzie się debata plenarna i głosowanie ws. nowych przepisów mających na celu zapewnienie równych płac i warunków pracy dla pracowników wysłanych czasowo do innego kraju UE oraz zagwarantowanie uczciwej konkurencji przedsiębiorstw. Nieformalne porozumienie w tej sprawie Parlament Europejski i państwa członkowskie osiągnęły w marcu.
Aktualnie prawo UE przewiduje zestaw obowiązkowych przepisów dotyczących warunków pracy, które stosuje się w odniesieniu do pracowników delegowanych (m. in. minimalne wynagrodzenie, maksymalny czas oddelegowania, minimalny wymiar płatnego urlopu corocznego). Przepisy te zawarte są w dyrektywie z 1996 r.
W porównaniu z 1996 r. sytuacja gospodarcza i rynek pracy w Unii Europejskiej uległa wielkim zmianom. W ciągu ostatnich 20 lat jednolity rynek się powiększył, a różnice płac wzrosły, a delegowanie pracowników może być sposobem na ich wykorzystywanie. Ramy prawne z 1996 r. nie odpowiadają już w pełni aktualnej sytuacji.
Ponadto luki w obowiązującym prawodawstwie doprowadziły również do wzrostu „kreatywnych” nadużyć i oszustw (takich jak przedsiębiorstwa skrzynkowe lub fikcyjne podwykonawstwo), które prowadzą do wyzysku pracowników delegowanych.
Najważniejsza zmiana dotyczy stawki płacy, do jakiej uprawniony jest pracownik delegowany. Zgodnie z aktualnie obowiązującą dyrektywą pracownicy delegowani mają prawo do stawki minimalnej. Zgodnie z nową propozycją w kraju, w którym wykonywana jest praca powinny być stosowane takie same przepisy w sprawie wynagrodzeń, jak w przepisach krajowych lub powszechnie stosowanych układach zbiorowych. Pracownicy delegowani mieliby zatem podlegać takim samym przepisom, jeśli chodzi o wynagrodzenie – zgodnie z zasadą „równa płaca za jednakową pracę w tym samym miejscu”.
Zasada traktowania na równi z lokalnymi pracownikami z agencji pracy tymczasowej zostanie również zastosowana do pracowników oddelegowanych przez agencje pracy tymczasowej.
Poza tym pracownicy oddelegowani na okres dłuższy niż dwa lata (oddelegowanie długoterminowe) mają być objęci co najmniej obowiązkowymi przepisami prawa pracy kraju przyjmującego.
W 2016 roku w UE było 2,3 mln pracowników delegowanych. Zgodnie z danymi zgromadzonymi przez UE liczba pracowników delegowanych w UE w latach 2010–2016 wzrosła o 69 proc. Ogółem pracownicy oddelegowani stanowią zaledwie 0,4 proc. siły roboczej w UE, jednak w zależności od sektora i kraju liczba pracowników wysyłanych za granicę może być większa.
82,3 proc. pracowników delegowanych jest wysyłanych do państw UE-15. Niemcy, Francja i Belgia to kraje, w których pracuje najwięcej pracowników oddelegowanych. W tych trzech krajach łącznie usługi świadczy około 50 proc. wszystkich pracowników delegowanych. Z kolei Polska, Niemcy i Słowenia to trzy kraje, z których wysyła się najwięcej pracowników za granicę. Przeważnie delegowanie odbywa się między sąsiadującymi państwami.

Środki antydumpingowe

We wtorek odbędzie się debata, a w środę głosowanie plenarne nad projektem przepisów, które mają na celu skuteczniejsze przeciwdziałanie dumpingowi środowiskowemu i społecznemu. Po zatwierdzeniu przepisów UE będzie mogła nakładać wyższe cła na przywóz towarów po cenach dumpingowych lub subsydiowanych z krajów trzecich. Nieformalne porozumienie w tej sprawie Parlament Europejski i państwa członkowskie osiągnęły w grudniu 2017 r.

Przyszłość Europy

W środę rano odbędzie się debata plenarna o przyszłości Europy z udziałem premiera Luksemburga Xaviera Bettela. To już szósta z kolei debata z udziałem przywódcy jednego z państw członkowskich. W dyskusji weźmie udział również przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Inne tematy

Wśród pozostałych tematów m. in. zapobieganie nielegalnemu ingerowaniu w odczyty stanu licznika kilometrów używanych samochodów na terenie UE, przyszłość unijnej polityki rolnej i przywrócenie zaufania do strefy Schengen.