Kolejna dobra zmiana dla PiS

Powstaje coś w rodzaju OFE-bis. Na „dobrowolnych” Pracowniczych Planach Kapitałowych najlepiej wyjdą działacze i bliscy sympatycy obecnego obozu władzy – zwłaszcza ci, których firmy uzyskają sute kontrakty na zarządzanie PPK.

 

Od połowy 2019 r. pierwsze grupy pracowników będą mogły rozpocząć gromadzenie oszczędności w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Jest to program dodatkowego i dobrowolnego (nie do końca) oszczędzania, przeznaczony dla ok. 11,5 mln osób zatrudnionych.

 

Najwięcej zarobią zarządzający

Jak przewiduje projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych, przyjęty już przez Radę Ministrów, środki zgromadzone w PPK będą stanowić prywatną własność uczestników.
Zostaną mu one wypłacone, ale bynajmniej nie od razu, po osiągnięciu przez niego 60 roku życia (ten sam wiek dla kobiet i mężczyzn, zgodnie z zasadami równego traktowania w dodatkowych systemach zabezpieczenia emerytalnego pracowników).
Do uruchomienia całego systemu posłużą dwa typy umów: umowa o zarządzanie PPK (stronami będą podmiot zatrudniający pracownika i firma zarządzająca PPK), oraz umowa o prowadzenie PPK (zawarta między pracownikiem i firmą zarządzającą).
Jak widać, do złudzenia przypomina to mechanizm prawny otwartych funduszy emerytalnych. Tam również zawierało się umowy z firmami zarządzającymi OFE. Były to powszechne towarzystwa emerytalne, prywatne przedsiębiorstwa, które zarabiały grube kokosy na tym zarządzaniu. PTE bez wątpienia są największymi wygranymi naszej nieszczęsnej reformy emerytalnej z 1999 r.
Teraz również tak będzie – i z pewnością najlepiej na Pracowniczych Planach Kapitałowych wyjdą prywatne firmy, które będą nimi zarządzać.

 

W objęciach nomenklatury partii

Dziś jednak w Polsce nomenklatura partyjna obejmuje znacznie szerszy zakres stanowisk, niż na przełomie XX i XXI wieku – albowiem Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło taki system obsadzania funkcji publicznych, jaki istniał za czasów Władysława Gomułki.
Intratne kontrakty na zarządzanie PPK uzyskają więc zapewne wyłącznie firmy należące do krewnych i znajomych królika – czyli do działaczy i bliskich sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Tym samym więc, wprowadzenie PPK w największym stopniu posłuży PiS-owi – i można się spodziewać, że firmy, wdzięczne za uzyskanie kontraktów na zarządzanie PPK, będą chętnie uczestniczyć w finansowaniu rozmaitych pomysłów obecnej ekipy.
Projekt ustawy o PPK świadomie zresztą nawiązuje do systemu OFE i stanowi, że firmami zarządzającymi PPK mogą być właśnie powszechne towarzystwa emerytalne, a także towarzystwa ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne czy pracownicze towarzystwa emerytalne.

 

Dobrowolność a’la PiS

„Powszechność systemu PPK nakłada na pracodawców obowiązek zawierania z instytucją finansową umowy o zarządzanie PPK, jeżeli zatrudniają co najmniej jedną osobę (w imieniu tej osoby pracodawca będzie musiał zawrzeć umowę z instytucją finansową o prowadzenie PPK). Pracodawcy będą tworzyć PPK dla wszystkich osób zatrudnionych (na etacie i na umowie-zleceniu). Obowiązek zawierania umów o zarządzanie PPK będzie wprowadzany stopniowo od 1 lipca 2019 r.” – stwierdza Rada Ministrów. Użycie słów „obowiązek” oraz „będzie musiał” niekoniecznie pasuje do dobrowolności całego systemu, deklarowanej przez rząd, no ale to jest taka szczególna dobrowolność a’la PiS.
Bardziej dobrowolne mają być PPK dla pracowników – ale też nie całkiem, bo najpierw wszyscy zostaną z urzędu zapisani do PPK, a dopiero potem, jeśli zechcą, będą się mogli z nich wypisać, co jednak wcale nie będzie takie proste.

 

Każdy będzie musiał płacić

Do wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych zostaną najpierw zmuszone firmy większe, zatrudniające co najmniej 250 osób. Od 1 stycznia 2021 r. tym obowiązkiem mają być już objęte wszystkie przedsiębiorstwa i instytucje w Polsce. Żeby się nie migały od wpłat na PPK, za niewywiązanie się z obowiązku dokonywania wpłat będzie wymierzana grzywna w wysokości do 1 mln zł. Będzie to kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy. W pierwotnym projekcie były także kary dla pracodawców za zniechęcanie pracowników do uczestniczenia w PPK, ale uznano, że byłaby to „dobrowolność” już zbyt grubymi nićmi szyta.
Każdy zatrudniony zostanie zapisany do programu automatycznie, ale będzie mógł się z niego wycofać – i na tym właśnie ma polegać owa dobrowolność oszczędzania w PPK. Oznacza to, że uczestnik PPK będzie mógł zrezygnować z dokonywania wpłat do PPK na podstawie swojej pisemnej deklaracji złożonej pracodawcy. „Założono jednak możliwość ponownego powrotu do programu” – enigmatycznie stwierdza rząd.

 

Raz na cztery lata

Ta „możliwość ponownego powrotu do programu” polega to na tym, że co cztery lata pracodawca będzie znowu wpłacał część pensji swych pracowników do PPK. Potem zaś poinformuje swojego zatrudnionego – uczestnika PPK, który złożył deklarację o rezygnacji z dokonywania wpłat do PPK – o tym, że część jego pensji ponownie trafia do PPK.
Oznacza to, że jeśli uczestnik Pracowniczych Planów Kapitałowych będzie chciał zrezygnować z przeznaczania części swych zarobków na PPK, to co 4 lata będzie musiał składać stosowną deklarację. Rząd liczy, że za którymś razem zapomni, albo nie będzie mu się chciało i machnie ręką.
Jednocześnie, uczestnik PPK, który zrezygnował z udziału w programie, w każdym momencie będzie mógł ponownie do niego przystąpić. Tu już nie będzie trzeba czekać na „okienko” przypadające raz na cztery lata.

 

Pracownik zapłaci więcej

Wpłaty do PPK będą jak wiadomo dokonywane zarówno przez podmiot zatrudniający (przedsiębiorstwo) , jak i uczestnika programu, czyli pracownika. Z tym, że pracownik zapłaci więcej niż firma – no bo skoro PPK mają być dla niego dobrodziejstwem, to powinien to należycie doceniać.
Tak więc wpłata do PPK wyniesie 2 proc. wynagrodzenia (a dokładniej, podstawy składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe ) uczestnika programu oraz 1,5 proc. jego podstawy składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe ze strony podmiotu zatrudniającego.
Uczestnik PPK, którego miesięczne wynagrodzenie będzie równe lub niższe niż 120 proc. minimalnego wynagrodzenia w danym roku w Polsce, będzie mógł wpłacać mniej niż 2 proc., ale nie mniej niż 0,5 proc. To propozycja dla osób najmniej zarabiających.
Zarówno podmiot zatrudniający, jak i pracownik, będzie mógł dokonywać wyższych wpłat, w sumie do 4 proc. W efekcie, na konto pracownika w PPK będzie mogła wpływać łączna wpłata od 3,5 do nawet 8 proc. wynagrodzenia.
Zachętą do rozpoczęcia i kontynuowania oszczędzania ma być jednorazowa „wpłata powitalna” w wysokości 250 zł dla każdego uczestnika PPK, finansowana z Funduszu Pracy.
Zachętą będą także obietnice corocznych dopłat do rachunku uczestnika, mogących wynieść do 240 zł (ale wypłacanych po spełnieniu rozlicznych warunków określonych w ustawie).

 

Wszystko może przepaść

Jest jeszcze jedno podobieństwo między systemem OFE oraz PPK. Otóż, zarówno pieniądze pracownika gromadzone w OFE jak i w PPK mogą w majestacie prawa stopnieć do zera. Nie ma bowiem żadnej ustawowej gwarancji, zapewniającej, że pracownik otrzyma z PPK przynajmniej tyle samo, ile tam zostało wpłacone.
Ustawa reguluje jedynie to, że firma zarządzająca PPK będzie musiała zadbać, aby zarządzane przez nią środki były lokowane w funduszach stosujących odmienne zasady polityki inwestycyjnej, czyli nie tylko tych ryzykownych, ale i bardziej bezpiecznych. Co oczywiście, jak przekonaliśmy się w praktyce na przykładzie OFE, nie oznacza żadnego bezpieczeństwa finansowego dla pracownika. Tym bardziej, że fundusze inwestycyjne, w których będą gromadzone środki PPK mogą inwestować do 30 proc. w różne aktywa zagraniczne.
Wynagrodzenie za zarządzanie PPK będzie wynosić 0,5 proc. wartości aktywów netto w skali roku, niezależnie od rezultatów tego zarządzania. Ponadto, dodatkowo tylko 0,1 proc. może stanowić opłata za osiągnięcie dobrego wyniku inwestycyjnego. Czyli, podobnie jak w przypadku powszechnych towarzystw emerytalnych zarządzających OFE, również i firmy zarządzające PPK będą brać potężną dolę, niezależnie od tego, co zrobią z pieniędzmi uczestnika i ile ich zmarnują w nietrafionych inwestycjach.
Być może pracownicy-potencjalni uczestnicy PPK, liczą na to, że gdy dożyją sześćdziesiątki, dostaną to wszystko, co zostało z ich pieniędzy, wpłacanych przez lata do PPK? Otóż, nic z tych rzeczy!.
Jeśli uczestnik PPK, po osiągnięciu 60 roku życia zdecyduje o wypłacie zgromadzonych środków, to 25 proc. zostanie mu wypłaconych jednorazowo, a pozostałe 75 proc. w co najmniej 120 miesięcznych ratach (czyli przez 10 lat). Musi zatem dociągnąć co najmniej do siedemdziesiątki, żeby odzyskać wszystko. Tak więc, wszystkim wypada życzyć szczęśliwego i długiego oszczędzania – oraz życia.
To wszystko czeka nas już niedługo. Ustawa o PPK ma bowiem wejść w życie 1 stycznia 2019 r. Finanse państwa są napięte, więc rząd potrzebuje, by jak najszybciej zostało rzucone jakieś koło ratunkowe, mogące odciążyć Zakład Ubezpieczeń Społecznych.