Przepaść

Sobota spędzona w Lublinie na Marszu Równości była nad wyraz pouczającym dniem. Udało się na żywo zobaczyć argumenty, które obalają tezę, że Polacy potrafią się porozumieć i dogadać. Nie potrafią. Rzadko się zdarza widzieć tak absolutnie przeciwstawne w nastrojach grupy ludzi. Marsz Równości, kolorowy i roztańczony, w żadnym momencie nie przejawiał choćby cienia agresji wobec otaczających ich narodowców. Z drugiej zaś strony agresja była istotą i wszelkim uzasadnieniem kontrdemonstracji prawicowych ekstremistów. Ciekawe było obserwować, jak nakręcali się narodowcy tym bardziej, im łagodniej odpowiadano im na wulgarne wyzwiska lub nie odpowiadano wcale. W trakcie całego pochodu zobaczyłem tylko trzy punkty, w których przejawiały się inne niż agresywne emocje: staruszkę na ul. Lubartowskiej, która dosłownie płakała, przejmując się faktem, że policjanci robią złą rzecz ochraniając nie-ludzi, za jakich miała uczestników Marszu, przez co ściągają na siebie grzech, uczestników różańca modlących się do Matki Boskiej z pewnością w intencji nawrócenia tęczowych zboczeńców i stosunkowo młodego człowieka na pl. Litewskim, który z polską flagą w ręku, podniesionym, ale w miarę jeszcze spokojnym głosem tłumaczył policjantom obezwładniającym agresywnego troglodytę, żeby tego nie robili, bo oni, narodowcy, chronią przed zboczeniami naród polski i polskie dzieci, w tym również dzieci policjantów. Nie, przepraszam, był również przedstawiciel organizatorów (przepraszam, nie zapisałem nazwiska), który kulturalnie, ładną polszczyzną, powołując się na demokrację wyjaśniał dziennikarzom, że ci, co za nim stoją rycząc „Wypierdalać!”, to jedynie ludzie korzystający do prawa do demonstrowania swoich poglądów, podobnie jak strona przeciwna. No to razem cztery. W ogóle ciekawe, że część tej agresji w przestrzeni publicznej skierowana była nie tylko przeciwko Marszowi Równości, ale przeciwko policjantom go ochraniającym. Nakręcali się faktem, że nie mogą bez przeszkód podejść i zmasakrować ludzi, którzy są inni. A zwrócę uwagę, że na tym Marszu Równości naprawdę nie było radykalnego prezentowania swoich preferencji seksualnych, jak w miastach Zachodniej Europy. Po prostu szli, wołając o tolerancję. Co gorsze, ten nacjonalistyczny szał był powszechny. To nie tylko młodzi, napakowani testosteronem młodzi mężczyźni. Nie, obok nich stały zacne, dobrze ubrane panie, starannie intonujące okrzyk: „pe-da-ły!”, miłe staruszki wygrażające trzęsącymi się dłońmi tęczowym sztandarom, urodziwe dziewczyny, z których ust równie łatwo spływał uśmiech, jak też i obietnica „zajebię cię, ty zboku pierdolony!” oraz 10-12 letnie dzieciaki imitujący ruchy frykcyjne i bluzgający tak, że się flaki wywracały. Przekrój społeczny pełen. To wszystko razem wziąwszy do kupki oświadczam: nie ma i nie będzie żadnego porozumienia ponad podziałami, zrozumienia dla inności, tolerancji czy jakie tam jeszcze ładne słowa chcecie międlić przy takich okazjach. Nie. Tęczowi mogą się uśmiechać, przesyłać całusy, próbować dyskutować powołując się na najnowsze badania światowych autorytetów. Nic to nie da. Zawsze dla środowisk narodowych będą podludźmi, których zabicie, deklarowane choćby werbalnie, będzie cnotą określającą minimum przyzwoitego człowieka. Można się przed nimi bronić samodzielnie, przy pomocy policji czy po prostu unikać. Może kiedyś, jeżeli teraz zaczniemy w szkołach pomału wprowadzać właśnie pojęcie tolerancji. Nie przekonywania, że miłość homoseksualna jest w porządku i rysowania w powiększeniu sposobów wzajemnego dostarczania sobie rozkoszy, lecz zwykłej podstawowej tolerancji dla inności. Wszelkiej. Dopiero na tej bazie można będzie iść dalej. To robota na pokolenie.

Czy lewica wróci na wieś? Wywiad

Z dr. Bolesławem Borysiukiem, posłem na Sejm V Kadencji, przewodniczącym Związku Zawodowego Rolnictwa i Obszarów Wiejskich „Regiony” rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Panie Przewodniczący, czy aktualny model rolnictwa w Polsce jest wynikiem świadomej polityki rolnej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, czy też jest to efekt wielu przypadków i wynik układu sił politycznych? Czy poza świadomie przeprowadzoną w 1945 roku przez rządy PPS i PPR reformą rolną da się wyróżnić jakieś charakterystyczne okresy i zjawiska w tej dziedzinie?

Rolnictwo stanowią człowiek i ziemia, a ta ostatnia ma swoje prawa, nie znosi zmian i nowinek. Poddaje się tylko długotrwałym procesom i je na bieżącą weryfikuje. Dlatego chłopi uprzedzająco przestrzegali i przestrzegają rządzących, że „ziemi nie da się oszukać”. Co nie oznacza, że nie chcą zmian na lepsze! Współczesny model polskiego rolnictwa jest swoistym produktem historii, której dominantą była walka chłopa o ziemię i należne mu prawa i szacunek, a z drugiej strony walka aparatu władzy ze wsią o świadczenia na rzecz państwa, traktowane jako główne źródło jego trwania i rozwoju.
Polska wieś i po 1918 roku, i po 1944-45 roku, stała się dominującą siłą odbudowy kraju, kosztem wyrzeczeń własnych aspiracji i nadziei. Reforma rolna lat 1944-1945, zrealizowana zgodnie z programem PPS z 1937 roku, otworzyła także milionom chłopów i ich rodzin drogę do oświaty i awansu cywilizacyjnego. Z drugiej strony potrzeby odbudowy kraju po tragicznej wojnie i okupacji niemieckiej i szybkiej industrializacji wymagały ogromnych nakładów materialnych i ludzkich, które mogła spełnić tylko wieś. Na tym tle doszło do ostrej konfrontacji władzy ludowej z mikołajczykowskim PSL, która z nastaniem zimnej wojny – przerodziła się w tragiczną wojnę domową. Doszło do najgorszego – chłopski syn po stronie władzy ludowej strzelał do chłopskiego syna po stronie leśnych ludzi. Potem przyszła kolektywizacja realizowana z pobudek ideologicznych, na siłę, przemocą. Powrót do władzy w roku 1956 więzionego Władysława Gomułki i jego masowe poparcie wieś przyjęła z nadzieją na normalizację i rozwój. Rolnictwo stało się wreszcie, obok górnictwa głównym działem gospodarki narodowej. Poszły ogromne wydatki państwa na inwestycje w rolnictwie. Zakłady Azotowe w Puławach, melioracje, Kanał Wieprz-Krzna, Zakłady „Ursus” i inne, to przykłady decyzji i działań tego okresu. Dekada Edwarda Gierka przyniosła dalszą poprawę warunków życia na wsi. Około 1 mln chłopów znalazło zatrudnienie w nowopowstałych zakładach pracy, dzięki czemu „chłoporobotnicy” zarobione pieniądze mogli wreszcie zainwestować w rozwój swojego gospodarstwa. A historyczna decyzja władz Polski Ludowej (Gierek-Jaroszewicz) o powszechnym ubezpieczeniu rolników, pod względem jej znaczenia dla wiejskiej społeczności – może być porównywana tylko z dobrodziejstwem zniesienia pańszczyzny.
Kilka słów o Państwowych Gospodarstwach Rolnych, których likwidacja przez nową władzę po 1989 roku, musi skłaniać do gorzkich refleksji, i nie tylko. PGR-y były formą państwowej własności w rolnictwie i były organizowane nie kosztem areału prywatnych gospodarstw rolniczych. Obok mojej rodzinnej wsi Uhnin pow. Parczew na Lubelszczyźnie pod koniec lat 50. również zawiązano takie gospodarstwo na nieużytkach. Z dziećmi ówczesnych pracowników PGR-u chodziłem do jednej szkoły, znałem ich rodziców. Kim oni byli? To były ofiary tej strasznej wojny i okupacji, uczestnicy repatriacji ze Wschodu ale i Zachodu, którym tylko państwo mogło pomóc w znalezieniu swojej szansy na życie. Początki epopei PGR-ów były dramatycznie trudne, i z wydajnością, i kulturą pracy, i z akceptacją przez wieś.
Przełom nastąpił w latach 70. wraz ze wzrostem konsumpcji żywności w kraju i eksportu jej za granicę. Okazało się, że 1700 Państwowych Gospodarstw Rolnych zaczęło wytwarzać aż 20-22 proc. krajowej produkcji żywności. Nowoczesna technika, nawożenie pól i upraw, warunki pracy i życia w PGR-ach stały się dla mieszkańców wsi interesującym odniesieniem i porównaniem. Oczywiście budżet wspomagał rozwój tych gospodarstw, szczególnie na wstępnym etapie ich funkcjonowania. Ale zważywszy na 500 tysięcy zatrudnionych w PGR-ach i 1,5 miliona członków ich rodzin, ta pomoc państwa była zasadna i skutkowała wzrostem wydajności pracy dwukrotnie przewyższającą wydajność pracy w gospodarstwach indywidualnych.
Także spółdzielczość rolna przeszła swoisty szlak rozwoju. Po „Polskim Październiku 1956” władze wycofały się z polityki masowej kolektywizacji. Rozwiązano większość utworzonych spółdzielni produkcyjnych, nie mających szans rozwoju. Pozostały jednostki popierane przez ich członków i założycieli, które na trwałe wpisały się w realia polskiej wsi.

 

Jak sytuacja w polskim rolnictwie sytuuje się na tle procesów, które zachodziły w tym czasie na wschodzie i na zachodzie Europy, czy Skandynawii? Jakie znaczenie miała forma własności ziemi?

Obie części Europy, podzielone po 1945 roku politycznie, ekonomicznie i militarnie, szły odmiennymi drogami rozwoju. Kraje demokracji ludowej preferowały w rolnictwie państwową i spółdzielczą własność, które to przetrwały we wzbogaconej formie do dzisiaj. Nawet na Węgrzech, po tragicznych wydarzeniach 1956 roku, nie wycofano się z tej formy własności w rolnictwie. Polska poszła inną drogą – koegzystencji prywatnej, państwowej i spółdzielczej formy własności w rolnictwie, co było wyrazem uznania tzw. polskiej specyfiki.
Bogaty zachód Europy nie musiał po 1945 roku poszukiwać w rolnictwie źródeł swego rozwoju. Dlatego rolnicy europejscy mogli skupić się na koncentracji i specjalizacji produkcji, jako gwaranta jej opłacalności. A z drugiej strony docenili znaczenie zrzeszania się w różne formy zespołowego użytkowania sprzętu rolniczego, organizacji handlu i zbytu produktów rolnych. Rolnictwo skandynawskie to oddzielny, pozytywny rozdział troski i konsekwentnej polityki rządów tych państw na rzecz umacniania gospodarstw rodzinnych.

 

Czy może Pan przybliżyć nam bardziej szczegółowo zjawiska, jakie miały miejsce w rolnictwie polskim po 1989 roku? Jak wielkie jest rozwarstwienie na wsi? Jakie to rodzi skutki ekonomiczne i społeczne w państwie?

Polska wieś po 1989 roku stała się synonimem biedy i masowego bezrobocia. Stało się tak pod rządami tzw. elit owładniętych triumfującą wtedy ideologią neoliberalizmu, gotowych do przerzucenia na wieś kosztów polskiej transformacji. Dostali oni wsparcie z kręgów prawicy społecznej, dążących do likwidacji wszelkich form własności państwowej i spółdzielczej na wsi i w rolnictwie. Likwidacja „Igloopolu” jest tego smutnym i zawstydzającym dowodem. Zaczęło się wprawdzie od rządu Rakowskiego, który uwalniając ceny na żywność, uruchomił zielone światło dla „wolnej amerykanki” w całym sektorze rolnictwa. W ślad za tym, państwo odstąpiło od kontraktacji produkcji rolnej, pozbawiając rolnika bezpiecznego mechanizmu zbytu wyprodukowanego surowca. Potem na scenie politycznej pojawił się „przyjaciel” rolnika – Balcerowicz, który z dnia na dzień podniósł do granicy masowych upadłości i samobójstw, oprocentowanie zaciągniętych przez rolników kredytów. No i przyszła nieludzka likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych, ujęta w pakiecie Balcerowicza, którą następnie zaakceptował prezydent Jaruzelski. Pytacie państwo o przyczynę likwidacji PGR-ów? Przyczyna jest jedna – skok na ziemię popegeerowską!
I oto mamy taką polską wieś w połowie lat 90-ych: 2 miliony bezrobotnych b. pracowników PGR i ich członków rodzin, kolejne 1,5 miliona bezrobotnych chłoporobotników zwolnionych z rujnowanych zakładów pracy, handlu i usług, i żadnej pomocy ze strony państwa. Według danych GUS, w 2001 roku 12,6 proc. wiejskich rodzin żyło poniżej poziomu egzystencji, a w 2004 roku już 19,5 proc.. I jeszcze jeden ważny wskaźnik – w 1988 roku z pracy w swoim gospodarstwie rolnym utrzymywało się 33,3 proc. gospodarstw domowych. W 2002 roku ten wskaźnik spadł do 14,3 proc.. Nastąpiło powszechne załamanie produkcji rolnej w całym kraju.
Dla przykładu kilka porównań: w 1988 roku było 384 tys. plantatorów buraka cukrowego by w 2004 roku spaść do 84 tys., produkcja ziemniaka zmniejszyła się 2,5-krotnie, tytoniu 5-krotnie. Liczba dostawców mleka do 2000 roku zmniejszyła się o 500 tysięcy, a bezpośrednia sprzedaż mleka zmalała z około 3 mld litrów rocznie do około 300 mln litrów. W tym samym czasie pogłowie bydła i krów zmniejszyło się i połowę, owiec ponad 15-krotnie, koni ponad 3-krotnie.
Kto najbardziej stracił i ucierpiał na transformacji? Geograficznie – wschodnia Polska. Społecznie – 5 mln mieszkańców wsi gospodarujących na powierzchni od 1 do 7 ha! To z tych gospodarstw i wschodniej Polski wywodzi się 3 milionowa armia wygnanych w poszukiwaniu pracy na Zachodzie, nieszczęśliwców. To jest polityczna i moralna odpowiedzialność i brzemię wszystkich dotychczasowych rządów RP. Czyż to nie absurd, że powojenna Polska repatriowała do kraju około 3 milionów Rodaków rozsianych po całym świecie, a Polska 45 lat po tej wojnie nie zdołała zatrzymać przed migracją zarobkową takiej samej liczby Polaków?

 

Czy można dziś opisać bardziej szczegółowo efekty transformacji w rolnictwie i na wsi po wejściu do Unii Europejskiej i zderzeniu się z jednolitą polityką rolną Unii? Jak wygląda bilans dotacji Unii do polskiego rolnictwa?

Sytuacja na polskiej wsi po latach wymuszonych przemian i obecności w Unii Europejskiej jest paradoksalna. Polski rolnik gospodarujący na polskiej ziemi znalazł się w sytuacji niemal chłopa pańszczyźnianego. Ma wyprodukować surowiec i aby go sprzedać, musi zaakceptować dyktat przetwórcy lub handlu. Bowiem ziemia i produkcja rolna jest na szczęście w polskich rękach, natomiast przetwórstwo i handel żywnością znalazł się w rękach obcego kapitału. I polski rolnik szantażowany importem surowca lub żywności zza granicy, decyduje się sprzedawać swoją produkcję poniżej kosztów produkcji.
Ten stan rzeczy jest gorzkim owocem transformacji w polskim rolnictwie, która doprowadziła do:
– Odrzucenia drobnotowarowej chłopskiej produkcji ekstensywnej, jako przestarzałej formy gospodarowania;
– Koncentracji produkcji w wielkich i dużych gospodarstwach rolnych;
– Sprzedaży państwowych i spółdzielczych zakładów przetwórstwa żywności kapitałowi zachodniemu;
– Likwidacji około 4 tysięcy mniejszych zakładów mięsnych i mleczarskich w okresie kierowania resortem rolnictwa przez Wojciecha Olejniczaka (pod pretekstem niespełniania wymogów sanitarnych), które stanowiły realną konkurencję dla powstających zagranicznych koncernów rolno-spożywczych;
– Uprzemysłowienie oraz koncentracja uboju zwierząt rzeźnych, co oznaczało przekazanie rynku żywca i polityki jego cen w ręce dużych, zagranicznych zakładów mięsnych.
Jak widać rolnik przeszedł trudną drogę transformacji, zderzając się z brakiem zrozumienia ze strony autorów wielkiej polityki aż po negowanie potrzeby jego pracy na roli. Wieś okazała się słaba i politycznie niezdolna do bronienia swoich interesów. Zawsze była łupem politycznym, adorowana przed wyborami i zdradzana natychmiast po ogłoszeniu wyników. Wyjątek stanowił fenomen Andrzeja Leppera i jego ruchu Samoobrony, powstałym na krzywdzie chłopskiego losu w początkach transformacji. Historyczną zasługą potępianego wtedy przez liberalne elity ale i PSL – A. Leppera są dopłaty bezpośrednie dla rolników, wywalczone na setkach protestach i blokadach chłopskich. Andrzej Lepper, krytykował i podważał warunki polskiej akcesji do Unii Europejskiej, szczególnie występując przeciwko kwotom produkcyjnym narzuconym polskim rolnikom i domagając się zrównania dopłat bezpośrednich. Dał temu wyraz także w liście do Lecha Kaczyńskiego, kandydata na Prezydenta RP z 12 października 2005 r, żądając za poparcie jego kandydatury, zgody na renegocjacje traktatu akcesyjnego Polski do UE w powyższych zagadnieniach. Pozytywna odpowiedź Lecha Kaczyńskiego, udzielona 15 października 2005 roku na warunki A. Leppera, legła u podstaw przeniesienia 15 proc. głosów poparcia udzielonego A. Lepperowi w pierwszej turze wyborów prezydenckich, na rzecz Lecha Kaczyńskiego. To miało zasadniczy wpływ na zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich i następnie dobre relacje pomiędzy nimi.
Problem dopłat pozostał do dzisiaj nie rozwiązany. System obszarowy naliczania dopłat nie jest ani sprawiedliwy, ani proprodukcyjny. Największe gospodarstwa uzyskują bardzo wysokie dopłaty niezależnie od wyników produkcji. A przecież korzyści ekonomiczne powinna im zapewnić skala produkcji.
Dlatego wieś oczekuje, by w zgodzie z konstytucyjnym zapisem, gdzie podstawą naszego ustroju rolnego jest gospodarstwo rodzinne, wprowadzenia nowego kryterium naliczania dopłat unijnych: ograniczenia dopłat tylko dla gospodarstw o powierzchni do 30 ha i nadanie dopłatom także funkcji socjalnej i naliczanie ich do liczby członków rodziny użytkownika gospodarstwa rolnego, pozbawionych innych dochodów. Przykład Finlandii, gdzie państwo stoi na straży interesów rodzinnych gospodarstw chłopskich, zachęca do takich rozwiązań.
Na dokonywanie bilansu udziału polskiej wsi w Unii Europejskiej jest stanowczo za wcześnie. Nierówne dopłaty, preferujące niemieckiego, francuskiego czy duńskiego rolnika – stawiają polskiego rolnika w sytuacji potrzeby ciągłej walki o przetrwanie.

 

Jak skutkuje w obszarze rolnictwa brak lub niejasność polskiej polityki wschodniej, szczególnie zamknięcie dla polskich produktów rolnych rynku rosyjskiego? Czy Polska ma w tej dziedzinie jakąś swobodę decyzji, czy też jest to efekt decyzji od nas niezależnych? Czego należy oczekiwać?

Polityka wschodnia naszego kraju wyraża interesy i priorytety NATO i po części Unii Europejskiej a w żadnym stopniu nie uwzględnia ekonomicznych korzyści, jakie polska gospodarka i szczególnie rolnictwo mogą uzyskać we współpracy z rynkiem Federacji Rosyjskiej. Europejskie koncerny energetyczne, maszynowe, budowlane i inne z Niemiec, Francji, Włoch, Austrii – realizują na terenie Rosji ogromne, wieloletnie projekty inwestycyjne. Także nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej – Czesi, Słowacy i Węgrzy nie pozostają w tyle i znajdują z partnerami rosyjskimi atrakcyjne projekty biznesowe.
Inni mogą i umieją handlować z Rosją, a my Polacy nie możemy? Takie pytania padają na spotkaniach z rolnikami, wspominających czasy masowej sprzedaży płodów rolnych ze swych pól i sadów rosyjskim odbiorcom. – My, rolnicy zawsze znajdujemy wspólny język z ruskimi. To dlaczego nasza władza w Warszawie nie może tak samo? – Co Polska zyskała nie zgadzając się za Buzka na budowę gazociągu do Niemiec przez Polskę? – to kolejne pytania stawiane przez młodszą generację rolników, które zmuszają do refleksji. Podobnie polska wieś nie zaakceptowała antyrosyjskich sankcji UE z 2014 roku, które doprowadziły do rosyjskich kontrsankcji na eksport żywności na rynek Rosji. Oczekiwano, iż skoro UE takie sankcje narzuciła także Polsce, to UE powinna wypłacać polskim rolnikom rekompensaty za utracone dochody, o czym osobiście mówiłem na posiedzeniu Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w 2015 roku.
Dzisiaj rolnicy coraz bardziej zaniepokojeni są rosnącą konkurencją rolnictwa rosyjskiego i ukraińskiego na rynkach Europy i świata. Już miały miejsce pierwsze protesty na Lubelszczyźnie przeciwko przemytowi do Polski z Ukrainy nie tylko zboża, ale też genetycznie modyfikowanej paszy. Rolnicy z podlaskiego, lubelskiego, Mazowsza – podkreślają przyjazną współpracę z rynkiem Białorusi, który w czasach embarga rosyjskiego, spełnia rolę koła ratunkowego. Pomaga, ale nie ratuje sytuacji, podkreślają rolnicy.
Jak rolnicy postrzegają przyszłość naszych relacji ze wschodnimi Słowianami? Mówią „Czas pokaże. Skoro Unia zepsuła to może i naprawi te stosunki” i „No chyba, że nowy Lepper się pojawi i wzorem Orbana zatroszczy się, jak należy, o Polskę i rolników”. Nic dodać, nic ująć.

 

Jak daleko ma jeszcze społeczność polskiej wsi do społeczeństwa obywatelskiego?

Na polskiej wsi procesy społeczne zawsze zachodziły dużo wolniej niż w miastach. Chociaż są wyjątki. Po 1989 roku wieś doświadczyła najintensywniejszych, zdecydowanie negatywnych przemian ekonomicznych i społecznych. Wiązało się to, jak wcześniej już mówiłem – z wycofaniem wsparcia państwa dla rolnictwa, które aplikowało do Wspólnej Polityki Rolnej UE, gdzie poziom wsparcia dla rolnictwa był na poziomie 45-47 proc. PSE, a w Polsce wynosił 6-8 proc.. Także proces demontażu PGR-ów i spółdzielni, pociągnął za sobą upadek wiejskiej infrastruktury życia społecznego (żłobki i przedszkola, świetlice, domy kultury, biblioteki, boiska, kluby sportowe, transport, kioski spożywcze, punkty medyczne), dostępne wcześniej także dla ogółu społeczności wiejskiej. Na przemiany polskiej wsi i obszarów wiejskich, silny wpływ wywiera migracja zarobkowa do miast i poza granice kraju. A także masowy dostęp do wyższych uczelni.
Czynniki te razem wzięte stanowią istotny impuls innowacyjny, tym bardziej iż za nim stoi młode pokolenie wsi. Obserwujemy rekompozycję struktury klasowej wsi. Gospodarowanie stanowi główne źródło dochodów jedynie dla 18 proc. mieszkańców wsi, a wyłącznie w rolnictwie indywidualnym pracuje ich już tylko 10-11 proc.. Zdaje się, iż dobiega końca agrocentryczny model życia na wsi (dom-pole-kościół), bo wieś jako taka zwyczajnie zaczęła konsekwentnie poszukiwać nowych form swojej aktywności. Wzrosła rola tzw. ptoków, nowych osiedleńców z miast, zainteresowanych ożywieniem struktur Kół Gospodyń Wiejskich, stowarzyszeń lokalnych. Sołectwo i gmina stają się kluczową instytucją mieszkańców wsi. Autorytetem dla wsi jest już nie ksiądz i nauczyciel a wójt gminy, przedsiębiorca i sołtys, którym coraz częściej wbrew tradycjom zostaje – kobieta. Związek Zawodowy, którym kieruję organizuje przy owocnej współpracy z KRUS i Funduszem Składkowym Ubezpieczenia Społecznego Rolników turnusy wypoczynkowe dla dzieci rolników i z tego tytułu mamy szeroki kontakt głównie z matkami tych dzieci. Są to rezolutne, otwarte na współpracę, troskliwe o swoje pociechy mamy.
Mieszkańcy wsi aktywniej niż miast angażują się w wybory samorządowe. Listy kandydatów do rad gmin i na wójtów są pełne. Sama kampania wyborcza na wsi jest na argumenty i każda wieś je realnie definiuje. Zatem społeczność wiejska, skutecznie organizuje się w rozwiązywania realnych problemów wsi, swojego życia i przyszłości swoich rodzin. Nastał najwyższy czas, by państwo z powagą wsparło jej aspiracje.

 

Czy wieś, jak i inne obszary polskiej rzeczywistości jest aktualnie areną walki politycznej? Czy wyniki wyborów samorządowych na wsi mogą dać nam wskazania co do preferencji rolników i środowisk zamieszkujących obszary wiejskie?

Wieś stała się wyjątkową areną walki politycznej PiS i PSL. Platforma Obywatelska wciąż poszukuje swojego klucza wiejskiego, a SLD pomimo zachęt jej koalicjantów, wydaje się wciąż być daleko od problemów trudu rolnika. Prawo i Sprawiedliwość jest w lepszej sytuacji niż pozostali polityczni konkurenci, którzy już rządzili. Bowiem rządząc w kraju i w praktyce wdrażając w rolnictwie ważne elementy „Programu społeczno-gospodarczego Samoobrony” – jako koalicjanta PiS i LPR z lat 2005-2007, Prawo i Sprawiedliwość wciąż wywołuje zainteresowanie mieszkańców wsi swoimi ocenami przebiegu transformacji w rolnictwie i obiecywanym zrównaniem dopłat bezpośrednich. PSL ma i przedstawia swoje atuty. Ale wieś chce gwarancji poprawy swojego losu. Ponad 700 tysięcy małych gospodarstw rolnych (do 7 ha), czeka na swoją szansę i perspektywę rozwoju.
Wieś domaga się i oczekuje innej formy dialogu z władzą. Wzorem dialogu w przemyśle, chce współdecydować o kształcie budżetu kraju, nakładach na inwestycje w rolnictwie, wiejską służbę zdrowia, oświatę, kulturę.
Które z politycznych ugrupowań zrozumie i poprze te oczekiwania? Może lewica? I z pewnością wieś pragnie, by już nie tylko redaktor Elżbieta Jaworowicz i jej program „Sprawa dla reportera” miała czas i odwagę poruszać niełatwy los ludzi polskiej wsi.

Lewica, liberalizm, prawica

…czyli o sensowności pewnych działań.

 

Środowiska liberalno-lewicowe

Ulubioną obelgą (bądź też stwierdzeniem faktu) jest epitet czy jak kto woli pojęcie: „liberalno-lewicowy”, szeroko stosowane przez prawicowe media, Tak jest określana duża grupa ludzi, ale również mediów i dziennikarzy, których w jakiś sposób można identyfikować z sympatykami SLD, UP, PO i Nowoczesnej, ale też wiele osób, które nie identyfikują się z tymi partiami, ale mają pewien zbliżony system wartości. Choć czasem bardzo różny, ale który wyraźnie odbiega od wartości drugiej strony sceny politycznej. Generalnie wyróżnikiem tego bloku jest jego wręcz atawistyczna antyPiSowość. Jak czasem czytam i słucham ludzi tej formacji myślowej to zastanawiam się skąd to im się bierze? W najbardziej agresywnej postaci to jest oczywiście KOD i Obywatele RP – brak dyskusji merytorycznej, tylko krzyk „zniszczyć PiS!” Do tego bardzo silnie jest deklarowane przywiązanie do klasycznych zasad demokracji – trójpodziału władz, parlamentaryzmu, decentralizacji państwa i samorządności lokalnej, autonomii sądownictwa i prokuratury.Wyraźnie w całej tej formacji intelektualnej, oprócz wspomnianej nienawiści do PiS, na pewno jest inne, bardziej zdystansowane podejście do religii i Kościoła – począwszy od radykalnych postaw ateistycznych, na spokojnych katolikach deklarujących dążenie do państwa neutralnego światopoglądowego. Z tym związany jest znacznie większy „luz” w sprawach obyczajowych, poparcie dla środowisk kobiecych i feministycznych, środowisk LGTB.
W tej formacji również podejście do gospodarki i polityki społecznej jest liberalne (w znaczeniu ekonomicznym), choć ma różne odcienie. Własność prywatna, reprywatyzacja i minimalny udział państwa w gospodarce to dominujący pogląd. Zróżnicowany jest stosunek do związków zawodowych – od werbalnego poparcia ze strony SLD, po bardziej czy mniej wrogi ze strony PO i Nowoczesnej. Zdaniem tej formacji ingerencja państwa w politykę społeczną nie powinna być zbyt duża. Nie interwencje w życie społeczne, ale raczej tylko ograniczona pomoc społeczna dla szczególnie poszkodowanych w obecnym systemie. Ta formacja jest ideową, intelektualną i w dużym stopniu kadrową kontynuacją obu stron okrągłego stołu, stąd w polityce historycznej jest pochwała reform i dorobku Polski po 1989 roku. Występuje niechęć do zbytniego odwoływania się i celebrowania tradycji narodowych i jednocześnie obawa i niechęć do ruchów nacjonalistycznych.

 

Socjalna prawica

Po drugiej stronie sceny politycznej – Zjednoczonej Prawicy, czyli praktycznie PiS, na dobrą sprawę, wszystko jest na odwrót.
Czyli bardzo silne przywiązanie do Kościoła, wprowadzanie Kościoła do wszelkich przejawów życia publicznego – partyjnego, państwowego czy samorządowego. W ślad za tym idzie propagowanie wartości rodzinnych, krytyka organizacji kobiecych i feministycznych oraz całkowity brak tolerancji dla postaw LGBT.
Eksponowanie w życiu społeczno-politycznym w Polsce bardzo silnie tradycji narodowej – celebracja różnego typu rocznic historycznych, codzienna pielęgnacja „mitu założycielskiego” PiS czyli tragedii smoleńskiej, przygotowywane zmiany w programach edukacyjnych i szkolnictwie. Konsekwentne niszczenie i wymazywanie ze świadomości społecznej tradycji i działalności komunistycznej w Polsce. W skrajnych przypadkach przybiera to postać walki z wszelkimi przejawami lewicowości, lewicy niepodległościowej czy nawet piłsudczyków. To celebrowanie tradycji narodowych przekłada się chyba również na politykę dozbrojenia Polski, zwiększenia ilościowego i jakościowego armii. Zdecydowana jest w tym środowisku negacja porozumienia przy okrągłym stole, jako utrzymującego w uprzywilejowanej pozycji ludzi zarządzających w PRL i dających im szansę na uwłaszczenie się na majątku państwowym. W ślad za tym szły m.in. ograniczenie praw emerytalnych dla byłych funkcjonariuszy MO i SB. Prawica ma znacznie większe przywiązanie do etatyzmu w gospodarce, ingerencji państwa w gospodarkę czego przykładem mogą być plany rozwoju energetyki, przemysłu stoczniowego czy infrastrukturę kolejowej i drogowej. Prywatyzacja nie jest mile widziana, wielokrotnie przedstawiana jest jako szkodliwa wyprzedaż majątku narodowego. Mówi się wręcz o konieczności odwrócenia niektórych procesów prywatyzacyjnych czy reprywatyzacyjnych – co widać choćby na przykładzie walki Patryka Jakiego z dziką reprywatyzacj paaą w Warszawie (co w gruncie rzeczy jest rekomunalizacją), czy wykupienia w lipcu tego roku akcji Stoczni Gdańskiej od ukraińskiego inwestora przez Agencję Rozwoju Przemysłu.
Prawica jest raczej zwolennikiem scentralizowanej, silnej władzy państwowej, choć nie zawsze rozumie, że to nie jest równoznaczne ze sprawnością.
Stosunek do związków zawodowych jest zróżnicowany, ale prawica ma swojego sojusznika politycznego – NSZZ „Solidarność” i traktuje go niewątpliwie lepiej niż w okresie swoich rządów SLD traktowało OPZZ.
A w sprawach polityki społecznej to już zupełne przeciwieństwo „lewicowo-liberalnych”. Choć zapewne można by tu mówić nie tyle o polityce społecznej co o polityce pronatalistycznej. Prawica uważa, że Polsce grozi kryzys demograficzny, co oprócz religijnego stanowi kolejny powód do prowadzenia aktywnej polityki prorodzinnej. Stąd programy 500+, 300+, Mieszkanie+ itp. Jednak te programy pomocowe kierowane są do wszystkich uprawnionych niezależnie od poziomu dochodów dlatego właśnie trzeba mówić o polityce pronatalistycznej. Z drugiej zaś strony, obiektywnie rzecz biorąc, te działania prawicy są jednak formą redystrybucji dochodu narodowego i to na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych, a nie najbogatszych, jak to miało miejsce w okresie rządów koalicji PO-PSL. Niewątpliwie te programy, niezależnie od skutków demograficznych, prowadzą do wyrównywania nierówności społecznych w Polsce, do bardziej sprawiedliwej struktury społecznej. Dlatego można mówić o „socjalnej prawicy” czy też „konserwatystach społecznych”.

 

Tragedia lewicy, klęska SLD

Tak więc socjalna prawica w zakresie polityki gospodarczej i polityki społecznej realizuje cele, które znajdują się w programach wielu ugrupowań lewicy. To powoduje, że ugrupowania lewicowe są w jakimś stopniu bezbronne wobec PiS, bo trudno krytykować coś, o co się wiele lat walczyło. W zasadzie nie mają recepty, nie mają programowej odpowiedzi na działania PiS. Na dodatek w wypadku ugrupowań lewicowych, które uczestniczyły w sprawowaniu władzy po 1989 roku, czyli SLD i UP, można wręcz mówić o grzechu zaniechania czyli de facto kontynuowaniu liberalnej polityki w sferze gospodarczej i społecznej, a nawet nie wypracowaniu przynajmniej propozycji takich rozwiązań, jakie dziś proponuje PiS. To chyba powoduje, że znakomita większość lewicy bezkrytycznie znalazła się wśród radykałów antypisowskiego bloku liberalno-lewicowego.
Czyli logika myślenia jest taka: jak już nie możemy ich krytykować za gospodarkę i sprawy społeczne, to przynajmniej krzyczmy o obronie demokracji, Sądu Najwyższego, neutralności światopoglądowej państwa, praw kobiet.
Czyli to jest tak, jakby lewica z całej bogatej oferty programowej połowę oddała bez walki prawicy. A zatem w wieloletnim sporze o to – czy lewica ma być socjalna czy obyczajowa, zdecydowanie wygrała lewica obyczajowa.
Ale wepchnięcie lewicy do bloku liberalno-lewicowego może się skończyć tak, że lewica zostanie tylko przybudówką do liberałów, albo w ogóle przestanie istnieć, co zresztą od pewnego czasu prorokuje kilku publicystów.
Jest co prawda kilku polityków lewicy, którzy mówią żeby się nie obrażać na PiS i widzieć w równym stopniu wady i zalety zarówno PiS, jak i PO. Ale takie postawy chyba nie mają poparcia na lewicy, a tacy politycy nie są mile widziani.

 

* * *

Tak więc lewica, jeśli jeszcze chce istnieć i odgrywać jakąś rolę w Polsce, powinna przemyśleć swoje miejsce na scenie politycznej i przygotować własny program atrakcyjny dla ludzi.

Głos prawicy

Straszą imigrantami

Twitterowa wymiana na prawicy:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu Prawa i Sprawiedliwości dotyczącego masowego ściągania imigrantów” – napisał na Twitterze europoseł Tomasz Poręba. Tym samym odniósł się do pytania, który zadał mu jeden z wyborców.
Polskie firmy muszą mierzyć się z wielkim problemem niedoboru kadr. Lekarstwem na to ma być ściąganie pracowników z obcych krajów. Dotychczas najwięcej osób przybyło do nas z Ukrainy. Wkrótce popularne mogą być także inne rejony świata gdzie polskie firmy będą rekrutować kadry.
Sytuacja z napływem osób do pracy z obcych nam kulturowo krajów zaniepokoiła jednego z wyborców Prawa i Sprawiedliwości o pseudonimie „Iniak”. Skierował on więc tweeta do europosła Tomasza Poręby.
„Dostał Pan 8 głosów z mojej rodziny w wyborach do Europarlamentu, jest Pan jednym z wyróżniających się in+ europosłów. Jednakże wobec projektu #PiS masowego ściągania imigrantów oddam głos na każdego kto zagwarantuje mi program #StopImigracji Pan mi tego nie gwarantuje!
Do wpisu odniósł się sam zainteresowany:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu @pisorgpl dotyczącego masowego ściągania imigrantów. Bezpieczeństwo Polaków przede wszystkim. To mogę Panu @iniak zagwarantować :-)”
Do dyskusji włączył się także wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński.
„Jak mawia klasyk: „to oczywista oczywistość”!”

 

Straszą też kobietami

– Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski – mówi portalowi DoRzeczy.pl Marek Jurek, eurodeputowany Prawicy Rzeczypospolitej, były marszałek Sejmu. – Sytuacja przypominać zaczyna lata 30., gdy komuniści zaczęli swój program przystrajać w szaty „antyfaszyzmu”. To były czasy, gdy w Polsce komuniści nagle odkryli, że PPS jest partią socjalfaszystowską. Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski. To również powinno dać do myślenia władzy, która nie myśli o tym, że najbardziej twórcze i budujące tożsamość naszego porządku prawnego instytucje, czy prawa – prawo ochrony życia, Instytut Pamięci Narodowej, terminy ochronne na sprzedaż ziemi.

Z liścia

Ja w każdym razie fakt, że śląska pisowska szlampa „potraktowała z liścia” działaczkę Obywateli RP,  traktuję jako moralne przyzwolenie na to, by podobnie traktować wybranych, napotkanych na ulicy pisiorów i pisowskich pachołków.

 

Tym chętniej, że na rozmaitych forach pisowska hołota bije szlampie brawo i prosi o jeszcze, a Pawłowiczówna wezwała wojewodę dolnośląskiego by nie przyjmował dymisji szlampy, która biła „uniesieniu i rozpaczy”. No to co, oni mogą, a ja nie mogę? Przecież żyjemy w wolnym kraju. Jerzy Urban pisał w 1981 roku, że bije po mordzie żonę za noszenie znaczka „Solidarności” i z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać, że czynił słusznie, bo nie ma formacji współczesnej bardziej z ducha tamtej organizacji niż PiS.
I jak dziś widać jak na dłoni, nie Frasyniuk był klasycznym „solidaruchem”, ale takie paniusie jak ta bitna Arendt-Wittchen. PiS nie poczęło się – jak mawiają niektórzy – kilkanaście lat temu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Lecha Kaczyńskiego, lecz w łonie NSZZ „Solidarność”. Ja takich szlamp jak ta Arendt-Wittchen widziałem wtedy na pęczki.

 

Konie Kaliguli i inne aberracje

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, że każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie, można już dostrzec w praktykach władzy pisowskiej krańcowe przejawy tak sformułowanej zasady. Obecnie jeszcze nie wszędzie, ale w resorcie Ziobra już tak. Esemesowe polecenie, z wieczoru na poranek, skierowane do prokuratur rejonowych w Gdańsku, by pilnie sporządzić listę sędziów „ostrych” i „łagodnych” w stosowaniu tymczasowego aresztowania, to jest przejaw aberracji i poczucia braku jakichkolwiek hamulców. To zachowanie w swojej ostentacyjności przypisać można do kategorii zbliżonej do mianowania konia senatorem przez cesarza Kaligulę. Wywnioskować z tego, w jakiej fazie siły jest pisowska władza, nie jest łatwo, bo tego typu zachowania zatrącające o ekstrawagancję bywają w fazach różnych. Bywa, że władza w upojeniu nowością robi takie rzeczy na początku, bywa, że kretynieje u schyłku i przypadek konia-senatora Incitatusa dotyczy Rzymu w takim właśnie okresie. A co do euforii i skretynienia, to warta odnotowania jest kolejna lewitacja Młodego Morawieckiego (MM). Znów unosił się on, tym razem na forum gospodarczym w Krynicy, nad kolosalnymi sukcesami polskiej gospodarki, wrzeszczał, że jesteśmy wzorem do naśladowania dla innych krajów Unii Europejskiej. W tym samym jednak czasie przedstawiciele pisowskiego aparatu muszą tłumaczyć się w Genewie z karygodnego sposobu traktowania niepełnosprawnych, a w wielu polskich szkołach uczniowie rozpoczynają zajęcia w warunkach, które – zdawało by się – przynależą już dość dawno do przeszłości. Są też jednak twórcze pisowskie rozwinięcia, jak choćby lekcje w hotelu czy rozpoczynające się po godzinie szesnastej i trwające do późnego wieczora. W tym też samym czasie minister edukacji Zalewska „Zębatka” serwuje publiczności, w odpowiedzi na najbardziej nawet niewygodne pytania dziennikarzy, iście budyniowy uśmiech, w którym prezentuje okazałość swojego uzębienia. W tej sytuacji taki boom gospodarczy można „o dupę potłuc”. Niezależnie od tego, trzeba odnotować, że przedwyborcze obietnice MM (Młodego Morawieckiego): Ciepły Dom, Domy Starców, Chodniki na Wsi, Szerokopasmowy Internet oraz Dworce Kolejowe i Lokalne Połączenia Autobusowe mogą świadczyć o tym, że obawia się on, że nawet jego Dumny i Wielki Budżet mógłby nie wytrzymać kolejnych Datków Dutków w postaci kolejnych Kwot Plus. Nic tak jednak nie przemawia do wszelakich beneficjentów jak konkretne „piniędze” do kieszeni, zwłaszcza że drożyzna zaczyna galopować, poseł Marek Jakubiak nabył kostkę masła za 10 złotych, a „pińcet plus” to już tylko najwyżej jakieś 450 plus. Wszystko inne, to wróbel na dachu, może być a może nie być, może być tu, a może być tam, kto to wie. Jakieś tam nowe dworce do niczyjej wyobraźni nie przemówią, a Domy Starców starców pozytywnie nie podniecą. Albo więc MM (Młodemu Morawieckiemu) kończy się kasa, albo chomikuje ją na czas najbardziej newralgiczny czyli na wybory parlamentarne jesienią 2019.

 

Przemyśl zaczął

Jak było do przewidzenia rozkręca się fala protestów grup zawodowych. Z samym początkiem września protest rozpoczęły pielęgniarki w Przemyślu i należy się spodziewać raczej rozszerzenia protestu na inne ośrodki niż jego ograniczenia. Przy okazji wyszło szydło z worka czyli kolejne pisowskiego kłamstwo. Oto odezwali się lekarze rezydencji, których głośny protest, zakończony porozumieniem Ministrem Zdrowia a raczej Ministrem Zawierzenia Łukaszem Szumowskim wydawał się być już wspomnieniem zamierzchłej przeszłości. Okazuje się, że obiecane im od lipca podwyżki wynagrodzeń nadal pozostają sennym marzeniem. Pisowskie kłamczuchy dość często stosują metodę obiecywania, by spacyfikować protesty, a potem tego nie realizują, zyskując przy tym kilka miesięcy czasu. Nie nowa to metoda władzy jako takiej, ale przecież żaden z rządów po 1989 roku nie chwalił się tak hałaśliwie sukcesami, cudem gospodarczym i wspaniałym stanem budżetu. Nawiasem mówiąc, dziwny jest ten brak prób połączenia protestów różnych grup zawodów medycznych. Fakt, że mają one inne postulaty, w tym formułują oczekiwania płacowe o różnej skali, nie jest przeciwwskazaniem dla wspólnego działania. Można działać razem w generalnie wspólnym celu, zachowując odrębność postulatów szczegółowych. Protest policjantów przejawia się na razie jedynie wysoką gorączką w postaci „strajku włoskiego” oraz poprzez policyjną pobłażliwość. Na razie dotyczy ona jedynie łagodnego traktowania kierowców przez „drogówkę” (patrz: film Wojciecha Smarzowskiego), ale to za mało. Związki zawodowe policjantów powinny też zrobić coś, aby tę łagodność okazali policjanci spod Sejmu, którzy już niebawem znów pojawią się w tym miejscu w liczbie prawdziwie imponującej, niczym jakaś ławica. Można się też niebawem spodziewać protestów nauczycieli zrzeszonych w ZNP. Biorąc zaś pod uwagę, że nastroje protestacyjne zawiązują się w kręgach profesji ważnych, w ten czy inny sposób, dla milionów obywateli (służba zdrowia, edukacja, policja), ich potencjał także polityczny jest bardzo duży. Władza PiS będzie to próbowała spacyfikować „groszowymi” podwyżkami w przyszłym, wyborczym roku, więc ich zaakceptowanie ze strony tych grup zawodowych byłoby z ich strony poważnym błędem.

 

Co nowego u ekstowarzyszy

Odezwała się ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra, okazjonalna co prawda, ale jednak komentatorka najbardziej czarnosecinnych mediów prawolskich. Tym razem w obronie Jakiego Patryka. Ekstowarzysz Kik Kaźmierz dawno już przestał być „zewnętrznym” komentatorem politycznym w pisowskich mediach, kimś w rodzaju pisowskiego „naszego czerwonego” (jak mawiają Jankesi: „To skurwysyn, ale to nasz skurwysyn”). Jest już gorliwym pisowskim propagandystą pełną gębą i bez osłonek. Ja bym powiedział tak: większość ludzi pezetpeerowskiej lewicy wydobyła się z totalizujących miazmatów tradycji realnego socjalizmu i wybrała w końcu wolność i demokrację, jak myślę, na ogół zupełnie szczerze. Są jednak i tacy, którzy jak Kik czy Jakubowska trwają przy tęsknotach do tych gorszych, niedemokratycznych, antywolnościowych tradycji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (bo są i demokratyczno-wolnościowe) i stąd ich niepohamowana mięta do PiS.

 

Test intencji dopiero się odbędzie

Na koniec postulat pod adresem naszych Wiernych i Uważnych Czytelników z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Skoro tak skrupulatnie wymogli na „Dzienniku Trybunie” sprostowanie dotyczące kwestii konkursu na stanowisko dyrektora Instytutu Teatralnego imienia Zbigniewa Raszewskiego, to wypada mieć nadzieję, że ceniona przez środowisko teatralne obecna dyrektorka Dorota Buchwald pozostanie na swoim stanowisku w nowej kadencji. Fakt nieorganizowania konkursu na kilka miesięcy przed końcem kadencji obecnej to jeszcze nie wszystko.

Burnyje apłodismienty…

…pieriechodiaszczije w owaciju czyli burzliwe oklaski przechodzące w owację, towarzyszyły wystąpieniom na niedzielnym przedwyborczym wiecu (konwencji) PiS. Sprawozdanie poniżej.

 

Ta, z języka rosyjskiego zapożyczona, fraza przyszła mi do głowy jako człowiekowi doświadczonemu latami, który miał okazję podobne wydarzenia nie raz słuchać i oglądać. Wszystkie były bardzo do siebie podobne, poza czasem, miejscem i przemawiającymi. No i, trzeba przyznać, że wystrój był też inny.

 

Przed rozpoczęciem

takich zjazdów/konwencji/kongresów i podobnych politycznych okoliczności, obowiązkowo i z wielką serdecznością witano ukochanych przywódców (tu można sobie wpisać odpowiednie nazwisko).

⇒ Przed wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego zgromadzeni na konwencji odśpiewali prezesowi PiS „sto lat” oraz przywitali go okrzykami „Jarosław”.

 

Dominowały zawsze podczas tych posiedzeń:

 

* przekonanie o słuszności

idei i poglądów, (np. leninizm-stalinizm, neoliberalizm, Polska solidarna) które wytyczają jedynie słuszną drogę do upragnionego celu;

⇒ Idziemy pod górę, nie w dół, nawet nie płasko, tylko pod górę, ku lepszej Polsce, ku lepszemu losowi Polaków, lepszemu to znaczy bardziej dostatniemu, to znaczy, i to jest bardzo ważne, godniejszemu, bardziej równemu – podkreślił prezes. Zrobił także standardowe streszczenie ideologii PiS i bronił niemal 3 lat swych rządów, odrzucając zarzuty naruszania demokratycznych standardów. Dotrzymujemy słowa, czyli nie uchybiamy temu co jest istotą demokracji. Jeżeli ktoś coś zapowiada, a potem tego nie realizuje to wtedy akt demokratyczny zmienia się w pustą procedurę. My nasze zapowiedzi realizujemy. Nie uchybiliśmy demokracji, realizujemy to co jest jej istotą – powiedział Jarosław Kaczyński.

 

** prezentacja celów

i podejmowanych wysiłków, którymi jest dobro (np. pokój wszystkich miłujących go narodów, klasy robotniczej i pracującego chłopstwa, naszego wybranego narodu, jedności wszystkich Polaków);

⇒ Jarosław Kaczyński podkreślił, że Polacy chcą być w Europie i chcą być w Unii Europejskiej. Zaznaczył jednocześnie, że dla Polski powinno oznaczać to równość na arenie międzynarodowej. Polacy rozumieją, że jako państwo musimy dźwigać różne ciężary. Ale to nie oznacza, że mamy powtarzać błędy Zachodu.

 

*** hasło walki i zwycięstwa,

bowiem zawsze organizatorzy takich imprez musieli – tak się dziwnie składało – z kimś się bić i ścierać (np. z kontrrewolucją, wrogami klasowymi, obskurantyzmem, wrogami naszej wiary), a nie współpracować. Jeżeli już tak, to tylko do ostatecznej wiktorii;

⇒ Mówiłem od początku, że nasza droga będzie drogą ostro pod górę i że jeszcze będą lecieć na nas kamienie i tak jest – podkreślił prezes PiS. Przypomniał jednocześnie, że ostrzegał przed atakami na „dobrą zmianę”. Nie powinniśmy się przejmować, musimy iść ostro do góry – zaapelował. To będzie wielkie osiągnięcie w skali 1050 lat historii naszej ojczyzny, bo nigdy dotąd tak nie było – dodał. Prezes PiS wyraził przekonanie, że Zjednoczona Prawica jest w stanie do tego doprowadzić. Musimy, powtarzam, być razem, pracować, być uczciwi, być, jeśli trzeba, pokorni i tego wszystkiego państwu i sobie samemu życzę. Zwyciężymy – zaznaczył.

 

**** wskazanie konkretnego wroga,

najlepiej z podkreśleniem jego wszelakich błędów i niegodziwości (kapitalizm, komunizm, wybrane partie), inni różni), który nadal podnosi głowę i przeszkadza;

⇒ Od długiego czasu, od początku trwa kampania przeciw dobrej zmianie, kampania, która daleko przekracza to, co jest w demokracji normalne, to jest zwykłą dyskusję między tymi, którzy są przy władzy i tymi, którzy do władzy aspirują – mówił Kaczyński. – Tutaj mamy atak od wewnątrz i z zewnątrz, atak, który tworzy coś na kształt alternatywnej rzeczywistości, coś, co nie liczy się zupełnie z faktami, coś, co ma poniżyć, zdefamować już nie tylko dobrą zmianę, tylko po prostu Polskę.

 

***** nawoływanie do jedności

i zwarcia szeregów, bo tylko w naszej jedności nasza siła, stanowi zawołanie na wszystkich tego rodzaju konwentyklach;

⇒ My wiemy, że można. Polska prawica wyciągnęła wnioski z historii. Polska prawica chce, chce chcieć. Polska prawica wie, że sukces wyborczy przychodzi wtedy gdy jest wytężona praca, konsolidacja, jedność, kiedy odrzucamy spory, kiedy jesteśmy razem – mówi Kaczyński. I podkreślił istotę jedności obozu prawicy.

 

****** liczne przykłady

wielu już osiągnięć i dokonań (np. stworzyliśmy, zbudowaliśmy, rozwinęliśmy, zatrzymaliśmy), oraz zapewnienie, że wytyczony cel zostanie osiągnięty;

⇒ Pokazujemy skuteczność w rozwiązywaniu problemów; przekazujemy coraz to nowe środki na wielkie programy solidarnościowe – powiedział Mateusz Morawiecki i dodał, że jest to możliwe, ponieważ Zjednoczona Prawica jest „dobrym gospodarzem tej ziemi”.

⇒ Czy ktoś pomyślałby cztery lata temu, że równocześnie będziemy mieli tak wielką politykę społeczną, wielkie wydatki na politykę obronną o 10 mld zł wyższe niż w czasach PO-PSL, równocześnie najniższe bezrobocie, najwyżej podniesioną płacę minimalną, stawki godzinowe, niską inflację, a równocześnie repolonizujemy polską gospodarkę? – wymieniał premier. Pokazaliśmy, że, wygrywając z mafiami VAT-owskimi, jesteśmy w stanie zdobyć środki i na politykę społeczną, i na politykę rozwojową jednocześnie – dodał Morawiecki.

⇒ Idziemy razem ku Polsce dużo lepszej. Będziemy mogli za 15-20 lat powiedzieć: W Polsce jest tak, jak za zachodnią granicą. Pod każdym względem. Polska prawica może do tego doprowadzić – powiedział Kaczyński.

 

******* najważniejsze aktualne zadanie,

różne (np. walka z kułactwem, rewizjonistami, o dumę narodową), w zależności kto i kiedy organizował takie wydarzenie.

⇒ Premier zaprezentował pięć propozycji programowych PiS na wybory samorządowe. Podkreślił jednak, że do ich realizacji konieczna jest współpraca samorządów z rządem, którą miałaby zagwarantować wygrana kandydatów Zjednoczonej Prawicy 21 października 2018 r.

⇒ Przed nami 21 szczególnych miesięcy, w trakcie których będziemy mieli cztery kampanie wyborcze – powiedział Jarosław Kaczyński. Nakłaniał też do głosowania na PiS w wyborach samorządowych, sugerując, że województwa, powiaty i gminy kontrolowane przez jego ludzi będą życzliwej traktowane przez rząd PiS. Czy nie można skorzystać z synergii, która powstaje ze współpracy między samorządami a rządem? – pytał szef PiS – Czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały z rządem, warczały na rząd? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru?

 

Wartość merytoryczna

wszystkich takich zgromadzeń, jak i tego opisanego z wykorzystaniem tekstów Onetu, jest znikoma, ale i nie o nią tu idzie. Miting polityczny PiS z minionej niedzieli był zabiegiem czysto PR-owskim, obliczonym nie na głębszą ocenę i poważne rozważania, a na grę wyborczą, w której liczą się emocje wywołane demagogicznymi przemówieniami, pełnymi także licznych oskarżeń i niesprawdzalnych obietnic, ale potwierdzonych licznymi owacjami. I jeszcze tym wielkim ciepłem płynącym z ust osób najbliższych kandydatom – żony, siostry i wyraźnie nudzącego się synka Patryka Jakiego.

Konwencja samorządowa PiS była – jak to ocenił jeden nieopozycyjny poseł – hollywoodzka, a przemówienia liderów mało prawdziwe.

Raczej kłamliwe, pełne – jak to w PiS-ie bywa – marchewki kolejnych pięciu obietnic dla samorządów (ale tylko dla swoich) i kija na samorządy, które przecież „są polskie i mają obowiązki polskie”. I dalej „Z Polską się nie walczy, Polskę się kocha”, bo widocznie w mniemaniu Morawieckiego, wygłaszającego te słowa, Polska jest tożsama z PiS.
Premier w tym przemówieniu przebił wszystkie swoje wcześniejsze mowy oświadczając, że: PiS jest partią republikańską, „Przez ostatnie 30 lat nie było w Polsce tyle wolności, ile jest teraz.”, „my mamy piękny program dla Europy, jesteśmy z Europą związani”, przestrzegamy Konstytucji i chcemy państwa prawa, sklejamy Polskę za pomocą mostów, dróg i infrastruktury, ocieplamy Polskę poprzez ocieplenie polskich domów.

To wszystko potwierdzają słowa rozmawiającego w swoim czasie z premierem górala, który powiedział, że: „wyście są dobrymi gazdami”. Należy więc, à propos, przytoczyć koniecznie znaną maksymę ks. Józefa Tischnera z „Historii filozofii po góralsku”: „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”.

Elita z arbuza

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych  – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity.

 

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział. Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii wcale nie ucieszył.

 

Skromność, czyli gigantyczne zarobki

Kaczyński zapowiedział nadejście ery skromności, ale na tym się skończyło. Skromniej nie jest. Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy ministrowie i inni wysocy urzędnicy państwowi, hojnie obdarowywani przez Szydło i Morawieckiego, rzeczywiście zwrócili pieniądze. Z enuncjacji Caritasu, który miał być beneficjentem decyzji Kaczyńskiego, wcale to nie wynika. Co zaskakujące, również rząd ani władze Prawa i Sprawiedliwości nie wydały żadnego oficjalnego komunikatu potwierdzającego zwrot dodatkowych, wypłaconych pod stołem pensji – bo w myśl prawa pracy nie były to premie. Później, dzięki akcji Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz publikacjom „Pulsu Biznesu” i „Gazety Wyborczej” z początku czerwca, poznaliśmy dochody lokalnych działaczy samorządowych należących do PiS. I to niemałe dochody, sięgające rocznie nawet 300 tysięcy zł i wypłacane przede wszystkim przez spółki Skarbu Państwa. Albo więc Jarosław Kaczyński kłamał mówiąc, że będzie „dużo, dużo skromniej”, albo już nie kontroluje swojego środowiska politycznego. Trudno ocenić, który z tych wariantów byłby gorszy. Polska prawica ma wielką umiejętność nadawania słowom nowego znaczenia. Podporządkowanie prezesów sądów ministrowi sprawiedliwości, a sędziów Sądu Najwyższego prezydentowi nazywa się teraz „zwiększeniem niezależności sędziowskiej”. Wszystko to, a na dodatek jeszcze postawienie na czele Prokuratury Generalnej szefa jednej z rządzących partii – czy raczej pisowskich przystawek – to dziś „zwiększenie niezależności wymiaru sprawiedliwości”. Wypadnięcie Polski z głównego nurtu polityki europejskiej to obecnie „budowanie podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej”. Nie jest więc wykluczone, że gigantyczne zarobki polityków PiS i wybranych menedżerów oznaczać będą teraz „skromność”.

 

Trzeba nam elit chrześcijańskich i konserwatywnych

Chyba jednak nie o skromność tu idzie. Jarosław Kaczyński od wielu lat, konsekwentnie, mówi o konieczności stworzenia w Polsce nowych elit. Te obecne są, jego zdaniem, zbyt proeuropejskie, za mało konserwatywne, zbyt oddalone od wartości chrześcijańskich i nazbyt krytyczne wobec Kościoła katolickiego. Zdaniem prezesa Prawa i Sprawiedliwości, obecne elity obciążone są również grzechem postkomunizmu. Przez długie lata stworzenie nowych elit wydawało się fantasmagorią głównego lokatora Nowogrodzkiej, ale teraz, gdy PiS ma w rękach wszystkie instrumenty państwa, zapowiedź budowania „własnej” elity stała się znacznie bardziej realna. Choć chyba raczej należałoby powiedzieć, że dzisiaj realizacja tej zapowiedzi przyspieszyła. Już wcześniej bowiem podejmowano takie próby, zresztą, z punktu widzenia PiS, całkiem udane. Najważniejszą jest oczywiście budowa mitu Lecha Kaczyńskiego jako wybitnego działacza antykomunistycznego podziemia i „Solidarności”. Cała walka o pomniki „najwybitniejszego polskiego prezydenta Kaczyńskiego”, nieustanne podtrzymywanie mitu o zamachu w Smoleńsku, służy właśnie temu celowi. Temu służy również, zresztą już przez prawicę wygrana, wojna o pamięć historyczną. Zwycięstwo w tej wojnie powoduje, że większość Polaków ma już wrażenie, że spadkobiercami tradycji niepodległościowej są wyłącznie politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to, mówiąc najdelikatniej, całkiem zgodne z prawdą. Ale nie prawda jest tu najważniejsza. Od 27 lat prawica podtrzymuje przecież mit Jana Olszewskiego jako „najlepszego premiera” i „wybitnego polityka”, podczas gdy w istocie jego rząd był najsłabszym gabinetem okresu transformacji. I prezes PiS doskonale o tym wie, co udowodniły opublikowane niedawno przez Wojciecha Maziarskiego tzw. taśmy Kaczyńskiego.
Trwałego sukcesu nie sposób jednak budować tylko na przeszłości. Trzeba sięgać w przyszłość. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia społecznej elity rządy prawicy nie potrwają długo. Dwie, a może trzy kadencje – jak jeszcze niedawno roili sobie politycy PiS – to czas, ich zdaniem, pozwalający przynajmniej częściowo wykonać to zadanie. Dzisiaj marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do 2027 roku, wydają się już nieaktualne, także ze względu na stan zdrowia „naczelnika”, ale proces budowy „nowej elity” idzie pełną parą. Na razie jest to proces budowy elity finansowej. Ale to tylko pierwszy krok.

 

Własny kościół, własne media

To bardzo pragmatyczne podejście, ale – wbrew powszechnemu przekonaniu o skrajnej ideologizacji prawicy, co to tylko Boga ma w sercu i brzydzi się dobrami doczesnymi – pragmatyzm w tym środowisku jest obecny od dawna, a bardzo widoczny przynajmniej od czasów powołania koalicji PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Chwilę później, gdy Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w opozycji, ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego wykonali tytaniczną pracę. Zaczęli budować w całej Polsce struktury partii oraz afiliowanych organizacji w rodzaju Klubów „Gazety Polskiej”, przyciągając do siebie ludzi, którzy czują się przez III Rzeczpospolitą pokrzywdzeni i zepchnięci na margines. PiS umiejętnie to poczucie podsycał, co zaowocowało podwójnym zwycięstwem w 2015 roku. W tym czasie partia zbudowała też silne media, zupełnie zmieniając polityczny krajobraz rynku medialnego. Ma już również „swój” kościół w postaci „rodziny ojca Rydzyka”, a także sympatię wielu księży i hierarchów oficjalnego Kościoła katolickiego. Te nogi sukcesu PiS są teraz wzmacniane poprzez transfery finansowe, co widać choćby w dotacjach dla różnych przedsięwzięć ojca Rydzyka, a w „niepokornych” mediach – w kampaniach reklamowych instytucji publicznych i spółek Skarbu Państwa. Te „nogi”, na których dzisiaj opiera się Prawo i Sprawiedliwość, mają jednak dwie słabości – krótką ławkę wykształconych, dobrze przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych kadr oraz kiepskie fundamenty biznesowe. Dlatego PiS konsekwentnie stara się te słabości wyeliminować. I to jak najszybciej. Czas odgrywa tu kluczową rolę, ale pośpiech bywa niebezpieczny i grozi dachowaniem. Dotyczy to zwłaszcza budowy fundamentów finansowych, bo prawica wspięła się do władzy pod sztandarami skromności i krytyki „rozpasania” rządów Platformy Obywatelskiej, której symbolem stały się słynne ośmiorniczki. PiS wie, że akcja opozycji pod nazwą „Konwój wstydu” jest dla niej śmiertelnie niebezpieczna, ale nie ma wyboru. Musi szybko zbudować korpus bezwzględnie lojalnych terenowych działaczy, którzy będą zdolni kierować różnymi instytucjami zależnymi od państwa. Aby dobrze przygotować ich do tej roli, trzeba im pozwolić zdobywać doświadczenie na kierowniczych stanowiskach. Nawet kosztem niechęci części elektoratu, najbardziej wyczulonego na hasło o równych żołądkach.
Tak wysokie poparcie – 69 przeciwko 25 procentom – dla decyzji o obcięciu pensji parlamentarzystom i samorządowcom jest dla PiS niebezpieczne. W partii mają jednak nadzieję, że do wyborów parlamentarnych i prezydenckich jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby sprawę podwójnych pensji jakoś „przykryć”. Choćby nawet kolejnymi prezentami dla elektoratu, w rodzaju 300 złotych dla każdego dziecka na wyprawkę szkolną.

 

Kadry są wszystkim

Leninowska prawda głosząca, że „kadry są najważniejsze” znajduje na prawicy posłuch. W przeprowadzonej w połowie 1994 roku rozmowie z Tomaszem Grabowskim, politologiem z amerykańskiego Uniwersytetu w Berkeley, Jarosław Kaczyński z dużą szczerością mówi nie tylko o swojej i brata pozycji w solidarnościowej opozycji lat osiemdziesiątych, ale również o własnym środowisku politycznym. To specyficzny moment, wybory wygrała postkomunistyczna lewica, w kraju rządzi koalicja SLD i PSL, Kaczyński jest poza parlamentem. Właśnie wtedy przyznaje: Uczciwie mówiąc, całe to ówczesne PC [Porozumienie Centrum, pierwsza partia braci Kaczyńskich – PG] to był straszny zoolog, w sensie: ogród zoologiczny. To było dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było różnych takich środowisk niesłychanie skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle. O dzisiejszym podejściu władz Prawa i Sprawiedliwości do kadr, czyli członków partii, wiele mówią też słowa Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS. Tłumacząc wypowiedzi Kaczyńskiego dla Grabowskiego powiedział, że na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy na scenie politycznej dominował nurt lewicowo-liberalny powstał pomysł powołania partii politycznej o proweniencji bardziej prawicowej. W statucie wpisaliśmy, że Porozumienie jest partią chrześcijańsko-demokratyczną z równoprawnym nurtem konserwatywnym oraz ludowym. I zaczęli się do niego zapisywać wszyscy, którzy nie zgadzali się z nurtem lewicowo-liberalnym. Lipiński dodał, że dzisiaj weryfikacja osób chcących zapisać się do PiS jest znacznie ostrzejsza. Nawiasem mówiąc, jeśli rzeczywiście dzisiaj weryfikacja chętnych jest tak staranna, to oznacza, że kariera w PiS byłego prokuratora stanu wojennego czy oficera Ludowego Wojska Polskiego wcale nie jest przypadkiem.

 

Krótka ławka

Kadrowa słabość Prawa i Sprawiedliwości jest widoczna gołym okiem. Nie chodzi wyłącznie o ministrów, z których spora część nigdy nie powinna objąć tak eksponowanych stanowisk. Widać to przede wszystkim w rozprawie z wymiarem sprawiedliwości. Mimo ogromnych wysiłków, prawicy nie w pełni udał się skok na polskie sądy. Zbigniew Ziobro nie zdołał obsadzić swoimi ludźmi nawet wszystkich Sądów Okręgowych, nie mówiąc już o niższych szczeblach. Na znaczną część stanowisk awansowano przypadkowe osoby, bez odpowiednich wyników i doświadczenia, a przede wszystkim niecieszące się w swoim środowisku autorytetem.
Dobrym tego przykładem jest Julia Przyłębska, mianowana prezesem Trybunału Konstytucyjnego, której prawnicze dokonania, zwłaszcza na tle poprzedników, są co najmniej mizerne. Gdy w 2001 roku, po kilkuletniej pracy w dyplomacji, Julia Przyłębska starała się wrócić do poznańskiego sądu, kolegium sędziów wydało druzgocącą opinię na temat jej pracy. Podkreślano jej „brak stabilności orzecznictwa”, częstą absencję, „przeterminowanie uzasadnień”. W konkluzji napisano, że Kolegium Sądu Okręgowego w Poznaniu przedstawia z opinią negatywną kandydaturę pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego Sądu Okręgowego i dodano, że powrót pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego nie będzie korzystny dla wymiaru sprawiedliwości. Tę opinię potwierdzają liczby – w 1995 roku w sądzie wyższej instancji uchylono ponad 38 procent wyroków wydanych przez Przyłębską, a w 1996 roku do ponownego rozpatrzenia zostało skierowanych 32 procent spraw, w których orzekała. W latach 1995-1996 w wydanych przez nią orzeczeniach znaleziono aż 43 błędy. Nic więc dziwnego, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów Okręgu Poznańskiego podtrzymało decyzję Kolegium poznańskiego Sądu Okręgowego. Kadrowa słabość prawicy ujawniła się również w najważniejszej dla niej sprawie po zdobyciu władzy – znalezienia dowodów potwierdzających, że w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na samolot prezydencki. Po pierwsze, Antoni Macierewicz, mimo rozlicznych prób, nie zdołał powołać nowego składu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i musiał się ograniczyć do stworzenia podkomisji. Jej wywody zaś okazały się wręcz kabaretowe i doprowadziły do całkowitej kompromitacji tezy, która legła u podstaw zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych i Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. W efekcie sprawa katastrofy w Smoleńsku, która przez siedem lat rozpalała Polaków i do dziś stanowi oś podziałów, nagle zniknęła. Dosłownie wyparowała.

 

Teraz ma by mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy

Szczególnie mocno brak odpowiednich kadr na prawicy rzuca się w oczy w gospodarce. Z badań wynika, że większość właścicieli polskich firm ma raczej liberalne poglądy, więc z ich strony PiS nie może liczyć na zbyt duże wsparcie. Choć w Polsce, biorąc pod uwagę możliwości aparatu skarbowego oraz podporządkowanie sobie przez PiS sądów, nietrudno przewidzieć, że wielu właścicieli firm, odpowiednio naciskanych, zmieni przekonania, aby ratować swoje przedsiębiorstwa. Tu chodzi o wielkie pieniądze, a w tych sprawach pragmatyzm niemal zawsze wygrywa z ideałami. Wzorce skutecznego działania na tym polu PiS łatwo znajduje w putinowskiej Rosji albo na Węgrzech, gdzie Viktor Orbán stworzył własną ekonomiczną oligarchię, która opanowała gospodarkę. Bezpośrednim następstwem była niemal kompletna marginalizacja mediów opozycyjnych wobec prawicy. Właśnie w dużej mierze dzięki temu Orbán tak łatwo i tak znacząco wygrywa kolejne wybory nad Dunajem. Jaskółki tego samego mechanizmu pojawiają się i u nas. Przykładem zmiana frontu w polityce informacyjnej Polsatu. Zygmunt Solorz, który jeszcze niedawno twierdził, że fundamenty jego biznesu są tak mocne, że nie musi się obawiać żadnej władzy, nagle oddał nadzór nad wszystkimi newsami słynącej z dobrych kontaktów z prawicą Dorocie Gawryluk. Teraz to ona ma największy wpływ na polsatowskie serwisy i to ona decyduje, co w programach informacyjnych tej stacji zobaczą widzowie. Zmiana tonu jest już widoczna, a jeszcze bardziej widoczna jest ona w wewnętrznych decyzjach. „Teraz ma być mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy” – wyjaśniał mi niedawno znajomy dziennikarz Polsat News, który twierdzi, że okręt zmienia kurs. Ta zmiana z pewnością nie nastąpi od razu, ale ma być konsekwentnie realizowana. Niebawem może się okazać, że spośród liczących się stacji telewizyjnych krytyczna wobec władzy jest wyłącznie TVN24. Temu samemu celowi służyć będzie planowane przejęcie gazet regionalnych przez polskie podmioty. Sprawa nie będzie łatwa, bo jej rozpoczęcie oznacza wypowiedzenie wojny nie tylko zagranicznym właścicielom, ale również Brukseli. Dlatego na razie jest odłożona i czeka na bardziej dogodny moment. Jarosław Kaczyński może na przykład uznać, że tym momentem będą zbliżające się wybory parlamentarne, gdy partii będzie zależało na skonsolidowaniu twardego elektoratu. A ten elektorat wszelkie działania mające „utrzeć nosa” zagranicy zawsze przyjmuje z entuzjazmem, jako dowód „wstawania z kolan”. Sprawa przejęcia, czyli repolonizacji mediów, jest cały czas w PiS obecna, o czym świadczą wypowiedzi parlamentarzystów tej partii na spotkaniach z wyborcami.

 

Mieć własnego Kulczyka

Nie jest wykluczone, że przygotowania do tej operacji już się rozpoczęły. Polska gospodarka, przede wszystkim dzięki znakomitej globalnej koniunkturze, notuje bardzo dobre wyniki, dzięki czemu dobrze zarabiają również spółki Skarbu Państwa. W takiej sytuacji powinny one wypłacać swoim akcjonariuszom sowite dywidendy, tym bardziej że warszawski parkiet w ostatnich latach notuje bardzo kiepskie wyniki, co grozi wycofaniem się kolejnych inwestorów. Dywidenda mogłaby poprawić ich nastroje. Tymczasem spółki Skarbu Państwa nie tylko nie zamierzają zwiększać dywidendy, a niektóre postanowiły nie wypłacać jej wcale. Należy do nich na przykład KGHM. Inny gigant, PGNiG, zapowiedział 2,5-procentową dywidendę, choć powszechne oczekiwanie analityków było – wobec dobrych wyników ekonomicznych – znacznie bardziej optymistyczne. Żeby nie nudzić czytelnika wymienianiem wszystkich spółek napiszę, że stopa dywidendy dla spółek z indeksu WIG20 – to właśnie w nim ujęta jest większość spółek Skarbu Państwa – wyniesie w tym roku 2,3 proc.. To najniższy poziom od trzynastu lat. Jeszcze w 2013 roku stopa dywidendy była z górą dwukrotnie wyższa i oscylowała wokół 5 proc. Wniosek – państwowe spółki kiszą pieniądze. W jakim celu? Wypłata dywidendy oznacza, że również Skarb Państwa sporo by zarobił, co wobec stale zwiększających się wydatków socjalnych powinno być dla rządzących kuszące. Jeśli rząd tych pieniędzy nie chce, to na pewno ma jakiś powód. A kto może odkupić media z rąk zagranicznych właścicieli? Chętni być może by się znaleźli, ale byłoby naiwnością wierzyć, że jeśli nawet taka operacja się uda, to gazety będą sprzedawane na wolnym rynku. To będzie specyficzny casting, którego triumfatorem będą podmioty związane z rządzącą partią. Dzisiaj przede wszystkim spółki Skarbu Państwa. To rozwiązanie nie bardzo satysfakcjonujące, ale obecnie, jak się wydaje, z punktu widzenia PiS jedyne możliwe. Ta partia gwałtownie jednak potrzebuje „swojego Kulczyka”. Biznesmena, którego imperium będzie wystarczająco zasobne, a sympatie będą leżały po prawej stronie. Jarosław Kaczyński od dziesięcioleci narzeka, że polscy przedsiębiorcy mają „komunistyczne korzenie”, inni – ostatnio wicepremier Piotr Gliński – wprost mówią o „esbeckich korzeniach” polskich przedsiębiorców. Aby więc zrównoważyć wpływy tego biznesu, trzeba stworzyć własny, gotowy do stałej współpracy z prawicą i do finansowego zasilania jej inicjatyw. PiS, lepiej niż ktokolwiek inny, zdaje sobie sprawę, że to niezbędne. Dowodem mechanizm Polskiej Fundacji Narodowej, na rzecz której łożą spółki Skarbu Państwa, czy też regularne wspieranie przez państwowych gigantów imprez organizowanych przez prawicowe media.

 

Szwadrony Obajtków

Stworzenie prywatnego biznesu, który byłby wydatnie wspierany z państwowej kasy, nie jest jednak łatwe. Ale nie jest niemożliwe. Pierwszym krokiem jest przygotowanie odpowiedniej liczby menadżerów. I to się dzieje. W swojej „stajni” prawica nie dysponuje zbyt wieloma gwiazdami w rodzaju Michała Krupińskiego, obecnie prezesa Pekao SA, który już w 2008 roku, mając zaledwie 27 lat, został zastępcą dyrektora wykonawczego Banku Światowego. Później był jeszcze dyrektorem zarządzającym w Bank of America Merrill Lynch, przewodniczył Radzie Nadzorczej Alior Banku i kierował PZU, a dodatkowo pracował w Ministerstwie Skarbu Państwa oraz Parlamencie Europejskim. Więcej w tej „stajni” ludzi pokroju Daniela Obajtka, prezesa Orlenu, największej polskiej spółki. Przed wygraniem wyborów parlamentarnych przez PiS Obajtek był wójtem gminy Pcim. Nie największej i nie najlepszej polskiej gminy. Nie ulega najmniejszych wątpliwości, że Daniel Obajtek swój awans zawdzięcza wyłącznie zaangażowaniu w kampanię wyborczą PiS-u. Opłaciło się – najpierw szefował Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa, a następnie gdańskiej Energii, jednej z największych firm energetycznych w kraju. Stąd przeskoczył do Orlenu, najbardziej strategicznemu ze wszystkich strategicznych polskich przedsiębiorstw. Ale nowe kadry już się wykuwają. Po 2015 roku do spółek Skarbu Państwa powołano wielu lokalnych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy niespodziewanie chyba również dla siebie objęli eksponowane stanowiska dyrektorskie, weszli do zarządów lub zasiadają w radach nadzorczych. Odbywają przyspieszony kurs menedżerski, zdobywają wiedzę i doświadczenie. To na nich w przyszłości mają się oprzeć pisowskie kadry gospodarcze. Przynajmniej na pewien czas, bo partia od dawna wysyła, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, młodych działaczy PiS, by tam budowali swoją karierę i zdobywali doświadczenie. Z czasem to oni mają zastąpić „szwadrony Obajtków”. A na razie członkowie „szwadronów” zarabiają gigantyczne pieniądze. Sytuacja jest rewolucyjna. Trwa głęboka zmiana w Polsce i w trakcie rewolucji mają miejsce działania także nie do końca sprawiedliwe – tłumaczył tę sytuację Stefan Pastuszewski, bydgoski radny PiS. Trudno powiedzieć, czy nieustannie przekupywane społeczeństwo przełknie homary zjadane przez nową elitę. Ośmiorniczek nie przełknęło.

 

Lech Kaczyński I Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski

Stworzenie elity gospodarczej nie spowoduje jednak, że prawica obejmie w Polsce rząd dusz. To dopiero pierwszy krok. W dodatku najłatwiejszy. Kolejny będzie już znacznie trudniejszy. Ale i on się już dzieje. Uczniom z Podkarpacia władze zafundowały udział w konkursie Warto być Polakiem. Działalność społeczna i polityczna oraz rola prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski. Tematy w konkursie zostały tak sformułowane, że z góry narzucają narrację: Prezydent Lech Kaczyński jako lider państw Europy Środkowej i Wschodniej. NSZZ Solidarność, Lech Kaczyński, święty Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski po 1989 roku. Jednym z organizatorów konkursu był asystent Marka Kuchcińskiego, marszałka Sejmu, a całe przedsięwzięcie wspierali posłowie i europosłowie PiS. Konkurs nie cieszył się jednak zbyt wielką popularnością – nadesłano 150 prac, wśród nich orła wyrzeźbionego z arbuza. Takich działań będzie więcej. PiS, realizując swój cel, będzie bez skrupułów korzystał z instrumentów przypisanych państwu i jego agendom. Również, a może nawet przede wszystkim, w dziedzinie kultury, co widać choćby w inicjatywach Instytutu Książki, który po 2015 roku „wygumkował” ze swojej oferty wielu dotychczasowych pisarzy zamieniając ich na Bronisława Wildsteina, Piotra Semkę czy Rafała Ziemkiewicza. Widać to także w nagrodach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla twórców i w dotacjach dla imprez kulturalnych. Organizatorzy poznańskiego Festiwalu Malta, jednej z najciekawszych imprez kulturalnych w Polsce, właśnie zdecydowali się podać zarządzany przez Piotra Glińskiego resort do sądu o wypłatę dotacji w wysokości 300 tysięcy złotych. Dotacja, objęta umową, została w ubiegłym roku cofnięta przez Glińskiego, bo jednym z kuratorów festiwalu był Oliver Frljić, reżyser wstawionej w Teatrze Powszechnym w Warszawie Klątwy. Festiwale mają być patriotyczne, sławić prawicowych bohaterów, a nie krytykować kościół i epatować seksem.

 

Karp a sprawa polska

Odgórnie zaprogramowane rewolucje są z reguły nieudane. Przećwiczyliśmy to w latach czterdziestych i pięćdziesiątych za sprawą Bieruta, Bermana i Minca. Temu ostatniemu, Żydowi i ortodoksyjnemu komuniście, zawdzięczamy przynajmniej karpia na wigilijnym stole. Hilary Minc znał go z rodzinnego domu, a gdy po wojnie władze próbowały znaleźć jakąś bezmięsną potrawę – bo mięsa w Peerelu brakowało zawsze – karp nadawał się do tego idealnie. Jego hodowla była tania, nie wymagała wielkich umiejętności i zniszczonej podczas wojny floty rybackiej.
Nie ma wielu przesłanek pozwalających sądzić, żeby po obecnej rewolucji zostało aż tak wiele.

Nowi barbarzyńcy Recenzja

O USA-barbarzyńcach, Midasie PiS i „śpiochu” Karnowskim.

 

Podziękowania składane przez autorów różnym osobom (n.p. żonom) i instytucjom, które albo pomagały im w pracy nad książką albo przynajmniej im jej nie utrudniały należą zazwyczaj do najsłabszych punktów dzieła, ale nie tym razem. Jakub Dymek (niegdyś „Krytyka Polityczna”) swoje, umieszczone na końcu, za właściwym tekstem, podziękowanie kończy tak: „Podczas pisania książki słuchałem ostatniej płyty Kaz Balagane. Dziękuję również browarowi Kormoran, serwisowi PizzaPortal.pl i obsłudze sklepu z piwem przy ulicy Anielewicza w Warszawie”.

Nie mam pojęcia co to jest „Kaz Balagane”, nie słyszałem o browarze „Kormoran” ani o PizzaPortalu.pl. Jednak dzięki zdolności do wyobrażenia sobie obsługi sklepu z piwem także przy ulicy Anielewicza mogę docenić wagę autorskiej deklaracji. Nie mogłem więc nie potraktować tych słów jako dodatkowej, wybitnej zachęty do lektury, choć i bez tego tematyka tej książki jest fascynująca. Dymek, w końcu lewicowiec, jednak nie w trybie pamfletu, lecz zasadniczo obiektywnego wywodu opowiada o kilku postaciach i zjawiskach, które składają się na fenomen prawicowego neopopulizmu, owego „nowego barbarzyństwa”, którego falę obserwujemy w Europie, a także w USA (m.in. Donald Trump) i które stanowią dziś jedną z dominant praktyki oraz klimatu obecnego życia politycznego, społecznego i kulturowego. Dymek portretuje swoje postacie na szerokim tle. Pokazuje, że populistyczna kontrrewolucja nie pojawiła się nagle, bez znaków poprzedzających, bez prefiguracji. Bohater pierwszego szkicu książki, Aleksander Dugin, mistyczno-ezoteryczny faszysta, herold Europy „euroazjatyckiej”, wróg „atlantyckiej zarazy” (w Rosji ekscentryzmy polityczne przyjmują się nieporównywalnie łatwiej niż n.p. w Polsce), który dziś jest, jak mówi tytuł, „mózgiem Kremla”, objawił swoje poglądy już wtedy, gdy Władimir Putin uchodził jeszcze za umiarkowanego prozachodniego liberała. Podobnie jak nieżyjący już twórca „gadanego radia” Andrew Breitbart, który wykreował m.in. fenomen Sarah Palin, kandydatki amerykańskich „neobarbarzyńców” spod znaku Tea Party i „pasa biblijnego”, niedoszła prezydent USA, „populistka niesiona wizją konserwatywnej rewolucji”(która jest bohaterką odrębnego szkicu). Czy, w końcu, Stephen Bannon, współtwórca zwycięstwa wyborczego Trumpa jako wódz populistycznej, superagresywnej bandy trolli, jeden z ojców fali populizmu w internecie. Co do Władimira Putina, to napisano o nim tak wiele, że Dymek nie wnosi niczego nowego do ogólnej wiedzy, ale warto przywołać to, co cytuje on z wypowiedzi obecnego władcy z Kremla z 2013 roku na posiedzeniu Klubu Wałdajskiego, gdy krytykował on państwa euroatlantyckie za „odrzucanie wartości chrześcijańskich, które tworzą podstawę cywilizacji zachodniej, negują zasady moralne i tradycyjne tożsamości: narodowe, religijne, kulturowe, a nawet seksualne” i gdy gromił na Zachodzie „legalizację pedofilii, wstyd przed przyznawaniem się do religii i uleganie politycznej poprawności, co prowadzi do zapaści demograficznej i moralnej degradacji”. Te fragmenty wypowiedzi Putina powinni poznać ci zwolennicy lewicy, dla których sowiecka, czerwona przeszłość Rosji i radziecko-kagiebowska przeszłość jej obecnego przywódcy stanowi asumpt do dziwnych pseudolewicowych sympatii, iluzji czerpanych z opacznie rozumianej przeszłości i czasem nawet asumpt do jakichś akcentów sympatii dla niego. Tymczasem Putina od reszty „nowych barbarzyńców” amerykańskich różni tylko to, że nie ulega on emocjom i swoją grę toczy z zimną twarzą doświadczonego pokerzysty.

W książce Dymka jest także pasmo polskie. W zjawisko ujęte jej tytułem wpisuje działalność braci Karnowskich, najwierniejszych heroldów obecnej władzy w mediach, prywatnych i publicznych, ich patrona finansowego, senatora Grzegorza Biereckiego, multimilionera nad którym wiszą mroczne znaki zapytania, a także o historii środowiska niegdysiejszego tygodnika „Uważam rze”, który wyewoluował w obecne „Do Rzeczy”. Co prawda zestawienie amerykańskiego Goliata z polską skalą jest mocno na wyrost, ale w aspekcie poglądów ta analogia jest uzasadniona.
Lektura książki Dymka nie napawa optymizmem, nawet wtedy, jeżeli uzna się, choćby na przykładzie prywatnych losów rodziny Bannona, która padła ofiarą kryzysu 2008 roku, że owo „nowe barbarzyństwo” nie narodziło się w pustce i abstrakcji, lecz wyrosło z realnych i bolesnych społecznie zjawisk, które wytworzyły m.in. liberalne elity odsunięte dziś o części wpływów. Bo nie akceptowanie „nowego barbarzyństwa” nie musi a nawet nie może oznaczać automatycznie lekceważenia zjawisk i niesprawiedliwości, które je zrodziły. Jako się rzekło, książka Dymka napawa niepokojem, ale przynosi jeden akcent humorystyczny, gdy opowiada o Michale Karnowskim jako o „śpiochu”….

Ale nie zamierzam odebrać czytelnikom przyjemności opowiadaniem tej historii. „Nowi barbarzyńcy” to książka, której tym, co się polityką nie interesują, nie polecam. Jeśli odwracają oczy od telewizyjnych wiadomości i programów publicystycznych, i nie czytają politycznych gazet czy portali, to tym bardziej rozdrażni ich ta książka bez reszty poświęcona polityce. Natomiast jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy pasjonują się polityką, tych z prawa, z lewa i ze środka.

 

Jakub Dymek – „Nowi barbarzyńcy”, wyd. Arbitror, Warszawa 2018, str. 319, ISBN 978-83-948331-7-6.

Głos prawicy

Dobra zmiana!

Piotr Skwieciński komentuje nowelizację ustawy o IPN na łamach wPolityce.pl::
Decyzja rządu, aby rozstać się z nieprzemyślanymi i szkodzącymi interesom naszego kraju zapisami ustawy antydefamacyjnej jest moim zdaniem w oczywisty sposób słuszna. Rozumiem też, co stoi za decyzją, by uczynić to w tak ekstraordynaryjnym trybie. W intencji pomysłodawców miałoby to służyć zminimalizowaniu nieuniknionych w tych okolicznościach piarowskich strat. Chodziło o to, żeby jak najkrócej trwało przypominanie błędu, jakim było przyjęcie kompletnie nieprzemyślanego prawnego bubla. Żeby przełknąć tę żabę jak najszybciej, nie rozgryzając, jednym kęsem.
Ale straty, powodowane tym trybem zmiany ustawy, przewyższają moim zdaniem wynikające z przyjęcia tego trybu zyski. Idzie mi o to, że ta szturmowa metoda działania nie sprzyja interpretowaniu zmiany jako działania suwerennego. Sprzyja niestety natomiast przedstawianiu jej jako panicznej, wymuszonej kapitulacji. To nie jest, mówiąc oględnie, dobry efekt, zarówno jeśli chodzi o reakcje polskiego społeczeństwa, jak i o prestiż Polski na zewnątrz. Może też posłużyć do oskarżenia rządu, że w ten sposób tworzy precedens, który w przyszłości posłuży mu do przepychania w podobnym trybie innych, już bardziej kontrowersyjnych politycznie, ustaw.
Niemniej to oczywiście dobrze, że ustawę zmieniono. Nawet w takim, nieszczęśliwym moim zdaniem, trybie.

Absurd, nie żadna dobra zmiana!

Rafał Ziemkiewicz w „Do Rzeczy” na ten sam temat:
Nie wiem co było większą masakrą: przyjęcie tej ustawy czy wycofanie się z niej teraz. Chyba jednak najgorszy był styl, w jakim się to wszystko działo.
Sejm przyjął zmiany w noweli ustawy o IPN, zakładające odejście od przepisów karnych. Zmiany uchylają m.in. art. 55a, który grozi m.in. więzieniem za przypisywanie Polakom odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej. Prace nad przyjęciem nowelizacji odbywały się w trybie pilnym na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego na specjalnie zwołanym posiedzeniu Sejmu.
– To, że się przyjmie ewidentnie złą ustawę, przed którą my zresztą ostrzegaliśmy, to się zdarza. To, że ze złej ustawy trzeba się wycofać – też. Ale najgorszy był styl, w jakim to się wszystko wydarzyło – podkreśla Rafał Ziemkiewicz.

Hipokryzja pływa w toi-toiu

Pamiętacie, jak nagłówki prawicowych mediów krzyczały o tym, że ktoś oblał drzwi biura Beaty Kempy łatwopalną substancją? Sprawca usłyszał zresztą zarzuty o charakterze terrorystycznym. Grozi mu 20 lat paki. A podpalenie przed kamienicą posła Brejzy? Prawica podaje sobie tę anegdotkę jak pyszny żart.

 

„Kolejny atak na PiS!”, „zamach na władzę”, „tajemnicze napisy”, „chciał zabić posłankę?” – w połowie grudnia wszystkim wPolityce i innym DoRzeczom nie było do śmiechu. Politycy PiS podbijali bębenek, sugerując, że opozycja przygotowuje systemowe ataki na rządzących.

Kiedy ujęto sprawcę , 40-letniego Sebastiana K., który przyznał, że reformy wymiaru sprawiedliwości wdrażane przez państwa Kempe i Ziobrę rzeczywiście średnio mu się podobają – śledczy czuli presję, aby przykładnie go ukarać. Usłyszał zarzuty o terroryzm. A za to można oglądać świat w kratkę nawet przez 20 lat.

W toku śledztwa wzięto pod uwagę, że na piętrze budynku, gdzie znajdowało się biuro poselskie – były również lokale mieszkalne, zatem mężczyzna naraził zdrowie i życie wszystkich lokatorów. W wyniku rozprzestrzenienia się pożaru mogli ucierpieć. A jeszcze jakby tego było mało, u Sebastiana K. w mieszkaniu znaleziono marihuanę – mężczyzna powędrował więc z miejsca do aresztu.

Kilka dni temu rozniosła się wieść, że ktoś podpalił toi-toia na podwórku kamienicy, w której mieszka z rodziną poseł Krzysztof Brejza. To postać, której PiS ma powody nie lubić. To on wywlekł na światło dzienne m.in. sprawę ministerialnych nagród, on też dociekał, kto dokładnie wywiązał się z obowiązku ich oddania na Caritas.

Żona posła przestraszyła się nie na żarty kiedy w nocy zobaczyła języki płomieni na ścianie budynku od tej strony, od której swoje pokoje mają dzieci. Słusznie zauważyła, że gdyby ogniem zajęłaby się instalacja, doszłoby do wybuchu, w którym prawdopodobnie rodzina straciłaby życie. Brejza złożył w prokuraturze doniesienie o usiłowaniu zabójstwa.

Ale najwyraźniej dla prawicy to żart że boki zrywać. „Toi toi, głowa konia i poseł Brejza. Totalny obciach totalnej opozycji. Naprawdę myślałem, że to fejk” – nie może podnieść się z podłogi felietonista wPolityce Łukasz Adamski, nazywając poszkodowanego „posłem Brednią”. „Męczennik niedoszły. Miał być biczem na rozpasanie państwowymi pieniędzmi przez PiS. Kreował się na ostatniego sprawiedliwego „taniego państwa”, który rozniesie rewolucję Kaczyńskiego jej własna bronią. Obrońca ludu potknął się jednak o własne nogi, niczym alimenciarz z kucykiem i Rysiek wykoleżankowany przez nowoczesne niewiasty” – kontynuuje intelektualny onanizm redaktor, przemyślnie łącząc w jednym akapicie wydarzenia odległe od siebie niczym głód na świecie i hodowla kangurów w Australii.

Blogownia Salon24 również przeżywa drugi Prima Aprilis. „Wiele już napisano na temat beznadziejności totalnej opozycji, Gazety Wyborczej i TVN. Moim zdaniem ta sprawa jednak bije wszystkie dotychczasowe komizmem” – głoszą komentarze poważnych publicystów prawicowej alternatywy dla „naTemat”.

Tymczasem Brejza zupełnie przytomnie zauważył, że „nie można mówić, że materiały z włókna szklanego same się zapalają. Naprawdę trzeba dużo złej woli i dużo energii włożyć, żeby wywołać taki ogień, który obejmie instalację gazową. Ta instalacja została opalona w wysokiej temperaturze”.

Wcześniej ktoś wyłamał mu skrzynkę pocztową. Szczerze? W takiej sytuacji obleciałby mnie strach jak cholera. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie czekałby, aż udusi się dymem któreś z jego dzieci, żeby powziąć uzasadnione obawy o swoje życie. Ale według prawicowych blogerów znamiona zamachu wypełniała dewastacja pustego biura Beaty Kempy w Sycowie.

Tylko że my – opozycja, ci straszni lewacy – wtedy nie żartowaliśmy. Przekazywaliśmy dalej wasze komunikaty pełne oburzenia i wyrażaliśmy pełne zrozumienie. Nie próbowaliśmy wmawiać posłance Kempie, że ma zwidy. Mimo tego, że naprawdę nie da się was lubić – nie dostrzegliśmy w tamtym wydarzeniu niczego komicznego. Szkoda, że wasza hipokryzja wypływa w takich chwilach na wierzch i dryfuje w odmętach nieszczęsnego toi-toia.