Sługo narodu, do dzieła!

Tydzień minął od ukraińskich wyborów prezydenckich. Niezwykle ważnych też dla Polski.

Bo Ukraina to nasz sąsiad aspirujący do NATO i Unii Europejskiej. Bo w Polsce pracuje i studiuje już ponad 1,5 miliona przybyłych stamtąd Ukraińców. I jeśli doliczyć do nich ponad półmilionową społeczność ukraińską od lat mieszkającą w Polsce, posiadająca polskie obywatelstwa, to nietrudno zauważyć jak wielu tutaj czeka na deklaracje nowo wybranego tam prezydenta.
W trakcie kampanii wyborczej Wołodymyr Żełenski zapowiadał nowy styl uprawiania polityki. Wymianę pokoleniową ukraińskich politycznych elit. Miał ułatwione zadanie, bo jego najpoważniejszym rywalem okazał się urzędujący prezydent Petro Poroszenko. Prowadzący kampanię pod patriotycznymi, pobożnymi, nacjonalistycznie pobrzmiewającymi hasłami: „Język, armia, religia”.
Hasłami jeszcze niedawno ekscytującymi, wzbudzającymi poparcie. Dziś już niepopularnymi, brzmiącymi wczorajszymi problemami i emocjami.
Prezydent Petro Poroszenko pomimo swych zasług, politycznego doświadczenia i licznych osobistych przymiotów, przegrał z młodszym debiutantem. Jego klęskę radośnie komentowano w Rosji, bo Poroszenko swą politykę oparł na konflikcie z Kremlem i na religijno-kulturowym rozwodem z Rosją.
Nie opłakiwano go też w stolicach państw Unii Europejskiej. Paryż zdążył już, nieoficjalnie, przyjąć ukraińskiego następcę na tronie, oswoić się z nim. Trochę łez uronił Berlin, bo Poroszenko Z Niemcami próbował budować długoletnie strategiczne partnerstwo. Ale od razu też popłynęło z Berlina gorące zaproszenie dla oczekiwanego tam Żełeńskiego.
Władze w Warszawie odejście Poroszenki przyjęły z ulgą. Kanceliści pana prezydenta Dudy od dawna narzekali zaprzyjaźnionym dziennikarzom na brak dobrej współpracy z administracją Poroszenki.
Centrum rządzenia Polską zlokalizowane przy Nowogrodzkiej też polityki prezydenta Poroszenki nie akceptowało. Miało mu za złe, że zlekceważył zalecenie pana prezesa Kaczyńskiego. Przekazane do wiadomości wszystkim aktualnym i przyszłym przywódcom Ukrainy.
Zalecenie przestrzegające, że „Z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Dodatkowo prominentom PiS bardzo nie podobało się zatrudnianie przez ekipę Poroszenki byłych polskich polityków związanych z Platformą Obywatelska. Czemu naszych nie zatrudnia? – narzekali nieoficjalnie mediom.
Tydzień minął, a następca na prezydenckim, kijowskim tronie nie zaprezentował głównych kierunków swej polityki. Można dalej na takie wystąpienie cierpliwie czekać. A nuż wreszcie uchyli rąbka tajemnicy.
Można też, o czym coraz częściej i głośniej polscy parlamentarzyści rozmawiają, publicznie o to zapytać nowo wybranego prezydenta. A pytań jest wiele. Po stronie ław rządzących i opozycji też.
Opozycyjni polscy parlamentarzyści chcieliby usłyszeć, czy pan prezydent Żełenski będzie nadal kroczył w kierunku integracji z Unią Europejską? Nawet jeśli będzie miał „pod górkę”?
Czy może wybierze „wariant turecki”, czyli będzie dążył do integracji z gospodarką Unii Europejskiej, nie przyjmując wszystkich jej demokratycznych wartości i rozwiązań?
Zintegruje obie gospodarki przy zachowaniu niezgodnego z unijnymi standardami i wartościami ustroju ukraińskiego państwa, systemu sądowniczego, samorządowego.
I tu trzeba zadać nowemu prezydentowi Ukrainy powszechne wśród parlamentarzystów „Nowoczesnej” pytanie: czy podpisze i wprowadzi w życie kartę praw LGBT?
Bo na Ukrainie prawa mniejszości seksualnych nadal nie są przestrzegane. Osoby o homoseksualnej orientacji nadal są często prześladowane.
Skoro w czasie kampanii prezydenckiej pan Wołodymyr Żełenski zapowiadał nową politykę, inną od obecnej, to czy jej zmiana nastąpi też wobec środowisk LGBT?
Następnie warto zapytać nowego prezydenta, nadzorującego armię ukraińską, o politykę wobec Donbasu i Ługańska. Dwóch zbuntowanych wobec władzy w Kijowie regionów państwa ukraińskiego.
Czy pan prezydent Żełenski uzna buntowników za „partyzantów”, jak już raz powiedział, i zacznie z nimi negocjować warunki rozejmu i pokoju?
Czy utrzyma politykę swego poprzednika deklarującego, że z najemnikami Kremla nie rozmawia się, tylko walczy się z nimi?
Bardziej zainteresowani polityką międzynarodową parlamentarzyści chcieliby widzieć, czy pan prezydent Żełenski akceptuje „wariant normandzki” przy rozwiązywaniu konfliktu w zbuntowanych regionach? Nawet jeśli jest on niekorzystny dla władzy w Kijowie, bo może prowadzić do dużej autonomii zbuntowanych obecnie prowincji.
Trzeba też zapytać nowego prezydenta Ukrainy, co zamierza zrobić z zabranym Ukrainie Krymem. Żaden poważny polityk z UE nie neguje praw Ukrainy do tego terytorium.
Ale żaden z poważnych polityków nie wierzy, że Ukraina szybko Krym odzyska. Prędzej już wejdzie do NATO i Unii Europejskiej.
Ale aby państwo ukraińskie przystąpiło do NATO i UE, to wpierw musi mieć uregulowane swe państwowe granice.
Czyli za cenę wejścia do NATO i UE Ukraina będzie musiała zrzec się Krymu, albo kwestię jego odzyskania odłożyć w nieokreśloną przyszłość.
Co o tym myśli pan prezydent Żełenski? Czy gotowy jest taką cenę zapłacić?
Czy pomimo utraty Krymu jest gotowy do poprawy stosunków z Rosją?
Relacje Ukraina – Rosja bardzo interesują parlamentarzystów z PSL i wszystkich innych pochodzących ze wsi. Bo ewentualna poprawa relacji Moskwa – Kijów to zniesienie sankcji gospodarczych Unii Europejskiej. To ponowne otwarcie rynku rosyjskiego dla polskich produktów żywnościowych. To dla polskiego rolnictwa kwestia niezwykle ważna.
I problem ważny nie tylko dla parlamentarzystów PiS. Także tych z Kukiz’15 i PSL.
Czy nowy pan prezydent zerwie z kultywowaniem tradycji OUN-UPA, z gloryfikowaniem Stefana Bandery?
Czy potępi organizacje gloryfikujące ukraiński faszyzm?
Czy przeprosi za ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w latach 1943-1944?
Przeprosi nie tylko w czasie wizyty w Polsce, ale także w czasie wizyty na Wołyniu?
I na koniec pytanie, które powinno być pierwsze. Kiedy pan prezydent Wołodymyr Żełenski odwiedzi Warszawę?
Kancelaria pana prezydenta Dudy poinformowała o wysłaniu oficjalnego zaproszenia.
Wówczas zapewne parlamentarzyści polscy, którzy podzielili się ze mną intrygującymi ich pytaniami, będą mieli okazję zadać je sami.

Wszędzie kupimy zwykłe żarówki

Fot. Każdy, z wyjątkiem Prezydenta RP, jego doradców i grupy komentatorów, wie, że tradycyjne, nie energooszczędne żarówki można kupić bez najmniejszych kłopotów.

 

 

Andrzej Duda i jego doradcy nie robią zakupów, więc ich wiedza o tym, czego Unia nie pozwala sprzedawać, jest delikatnie mówiąc, umiarkowana.

 

Wszyscy już wiemy, jaki jest najbardziej drastyczny przejaw opresyjności dyktatury Unii Europejskiej.
Jak zawsze w niezrównany sposób, ujął to prezydent Andrzej Duda.

 

Obrońca żarówkowej demokracji

Przypomnijmy więc Jego natchnione słowa w obronie demokracji (której jak wiadomo prezydent Duda jest gorliwym obrońcą), wypowiedziane na ważnym Niemiecko-Polskim Forum w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmeiera: „Mam poczucie, że my w ramach Unii Europejskiej mamy niedosyt demokracji. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego UE zabrania tego, zabrania tamtego. Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki, można kupić tylko żarówkę energooszczędną? Nie wolno kupić, bo UE zakazała. To są problemy, nad którymi zastanawiają się ludzie” – oświadczył nasz prezydent.
Tak jest, Panie Prezydencie! Ujął Pan to najtrafniej jak tylko można!. Rzeczywiście, właśnie nad tym zastanawiają się ludzie w Polsce i w całej Unii.
Tyle, że im bardziej się zastanawiają, tym bardziej się dziwią słowom Pana Prezydenta – bo rzecz w tym, że te zwykłe, nie energooszczędne żarówki można wszędzie kupić bez żadnych problemów, co też i uczynił autor niniejszego tekstu. Przykładem niech będzie zamieszczone zdjęcie.

 

Żarówka jaka jest, każdy widzi

Jest to, jak każdy widzi, najzwyklejsza żarówka, znana od dziesięcioleci – a w zasadzie znacznie dłużej, bo pierwsze modele nadające się do dłuższego użytkowania zaczęto sprzedawać pod koniec dziewiętnastego wieku.
I takie właśnie żarówki sprzedaje się bez problemów do dziś, leżą w sklepach zaraz przy żarówkach energooszczędnych, a Unia Europejska nic do tego nie ma.
Jest tylko jeden drobiazg – te żarówki już nie są w Polsce sprzedawane jako „żarówki” lecz pod nazwą „lampy sygnalizacyjne” (a za granicą „signal bulb”).
W ten oto prosty sposób wilk jest syty i owca cała: normalne żarówki są nadal w sprzedaży i każdy bez problemu może je kupić, zaś prawo Unii Europejskiej nie zostało złamane. Wymóg energooszczędności dotyczy bowiem żarówek, a nie „lamp sygnalizacyjnych”.
Nikt też nie może zaprzeczyć, że za pomocą takich wyrobów, jak na zdjęciu, można jak najbardziej wysyłać sygnały. Nazwa jest więc całkowicie zgodna z rzeczywistością.

 

Tajemna wiedza

Nie można oczywiście wymagać, by o tym wszystkim wiedział prezydent Andrzej Duda. Wiadomo przecież, że nie chodzi on do sklepów i nie kupuje żarówek ani zwykłych, ani energooszczędnych – i nie czynił tego także przed objęciem swego zaszczytnego urzędu (bo gdyby kupował, to miałby świadomość, że te tradycyjne żarówki są powszechnie dostępne).
Ciekawe jednak, że o tym, iż najzwyklejsze, nie energooszczędne żarówki są w ciągłej sprzedaży, nie mieli też pojęcia doradcy Pana Prezydenta, którzy podsunęli mu ten błyskotliwy bon mot z żarówkami.
Nie wiedzieli o tym także i wszyscy ci, którzy komentowali „żarówkową” wypowiedź Pana Prezydenta – i mozolnie wyjaśniali, dlaczego Unia, dla naszego wspólnego dobra, wyeliminowała ze sprzedaży zwykłe żarówki, zużywające więcej prądu.
Cóż, po prostu są to przedstawiciele naszych, pożal się Boże elit, którzy nie zniżają się do tak poziomych czynności jak robienie zakupów. Nie mogą więc oni wiedzieć, że Unia Europejska bynajmniej nie wyeliminowała zwykłych żarówek ze sprzedaży.

Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55 proc. głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie.

 

Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą. Nie wierzy w globalne ocieplenie; finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.
Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja. Fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

 

Tropikalny faszyzm

Na pierwszy rzut oka, przeszkodę dla najbardziej ekstremalnych pomysłów Bolsonaro powinno stanowić to, że na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii (liczba partii politycznych w Kongresie Narodowym sięga trzydziestki) każde posunięcie legislacyjne wymaga długotrwałego budowania koalicji ugrupowań gotowych je poprzeć. Nie musi to być przeszkoda wystarczająca. Bolsonaro otwarcie mówił, że Kongres „nic nie robi” i dlatego natychmiast rozwiązałby go albo zawiesił. Trzon elity wojskowej, której pozycji i przywilejów (w tym wolności od odpowiedzialności karnej za zbrodnie w latach dyktatury) nikt nie ważył się przez trzydzieści lat ruszyć, jest mu przychylny i zapewne gotów na jego wezwanie. Jego wiceprezydentem będzie emerytowany generał Hamilton Mourão. Jego administrację zaludnią najpewniej liczni wojskowi, żeby skompensować kadrową słabość jego własnej partii politycznej. Przewodzona przez niego Partia Socjalno-Liberalna (PSL; nazwy większości brazylijskich partii politycznych nie mają nic wspólnego z ich realnym programem i profilem politycznym) przed tymi wyborami była zupełnie marginalnym ugrupowaniem i nie dysponuje doświadczonymi kadrami zdolnymi administrować dwustumilionowym krajem.
Od lutego bieżącego roku przejmowanie kontroli wojsko testuje już w Rio de Janeiro, za sprawą zaprowadzonego tam decyzją prezydenta Michela Temera de facto stanu wyjątkowego. W noc powyborczą na ulice leżącego nieopodal Rio de Janeiro miasta Niteroi wyjechało wojsko, by głośno świętować zwycięstwo swojego faworyta. Dzienniki “Estadão” i “Folha de São” podały, że w dniach bezpośrednio poprzedzających drugą turę wyborów 20 uniwersytetów zostało „najechanych” przez oddziały policji wojskowej, bo odbywały się tam spotkania i debaty na temat faszyzmu.
Bolsonaro jest zwolennikiem wolnego dostępu do broni i nieograniczonego prawa policji do jej użycia – w kraju o już najwyższych na świecie statystykach mordów policyjnych. Jest otwartym rasistą, mizoginem i „dumnym homofobem”. Indiańskie ruchy społeczne chce ogłosić organizacjami terrorystycznymi. Skandalicznych komentarzy o gwałcie używa jak najzwyklejszej figury retorycznej, by upokorzyć swoje polityczne oponentki. Kiedy głosował za impeachmentem pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Brazylii, swój głos zadedykował w kabotyńskim geście Carlosowi Brilhante Ustrze, który nadzorował tortury więźniów politycznych w okresie wojskowej dyktatury i był odpowiedzialny także za tortury młodej marksistki, córki bułgarskiego imigranta, Dilmy Rousseff. Jest otwartym zwolennikiem i jawnym obrońcą reżimu wojskowego z lat 1964-1985 – jeżeli ma mu coś za złe, to to, że zbyt wiele jego ofiar wychodziło z tortur żywych, że nie wymordował dość komuchów, lewaków i bandytów, co on by chętnie zrobił. Dlatego, jak dojdzie do władzy, to „przeprowadzi taką czystkę, jakiej jeszcze w Brazylii nie było”.
Czy naprawdę ponad połowa brazylijskiego społeczeństwa tak szybko skręciła tak mocno w prawo, że podziela te poglądy? W Brazylii jest obowiązek wyborczy, ale miliony ludzi i tak nie głosowały lub oddały głosy nieważne, zwiększając szanse na zwycięstwo Bolsonaro. Nie mam jeszcze dowodów statystycznych, ale na podstawie lektury politycznych deklaracji licznych znajomych paulistanos i cariocas obstawiam, że decydującą rolę w tym gronie odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką „estetyczną” postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne „rynki światowe”, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię.
Za wcześnie na definitywne konstatacje na temat składu i motywacji elektoratu Bolsonaro, ale różne badania już prowadzono i na razie wynika z nich, że twardy rdzeń jego wyborców to faktycznie konserwatywna, rasistowska i religijna prawica. Niemniej w kraju, którego ponad połowa mieszkańców deklaruje swoje afrykańskie pochodzenie, to za mało, żeby samo dało mu aż taką przewagę nad namaszczonym przez uwięzionego byłego prezydenta Lulę, najpopularniejszego polityka w historii kraju, kandydatem PT Fernando Haddadem. Wygląda na to, że był to wyjątkowo eklektyczny miszmasz wyborców, z których wielu głosowało na niego pomimo jego ekstremalnych poglądów. Tłumaczyli sobie, że „przecież on tylko tak mówi”, że to takie ekscentryczne poczucie humoru, albo że inne sprawy (walka z korupcją i przestępczością) są ważniejsze.
W zalewie przedwyborczych informacji, w tym także fałszywych informacji rozpowszechnianych przez kampanię Bolsonaro na przemysłową skalę za pośrednictwem WhatsApp, wielu reagowało ograniczaniem się do rejestrowania tylko tych, które im pasowały do już podjętego postanowienia, i ignorowaniem reszty. W przypadku tego polityka było to tym łatwiejsze, że Bolsonaro przypomina Donalda Trumpa. Jak? Mówi byle co, a głosuje jeszcze inaczej; nie zależy mu na budowaniu wrażenia, że ma jakąś spójną wizję świata, potrafi sobie przeczyć w odstępie kilku dni, kierując się raczej pragnieniem wstrzelenia się w nastrój tej publiczności, do której się akurat zwraca, i wywołania silnej, emocjonalnej reakcji. Tylko głosowaniem pomimo można wytłumaczyć tak dziwaczne fenomeny, jak oddający głosy na Bolsonaro czarni favelados, czy wyborcy LGBT. Prawie 30 proc. tych ostatnich zignorowało jego wypowiedzi, że wolałby, żeby jego syn zginął w wypadku niż był gejem, albo że gdyby zobaczył męsko-męską parę na ulicy, to by im obu dał po mordach, a także to, że zamierza zalegalizować terapie „leczenia z homoseksualizmu”.
Pisarka, którą poznałem w Belo Horizonte, była przez ostatnie tygodnie autentycznie załamana. Powiedziała mi, że z całej jej rodziny tylko ona i jej najmłodszy brat zagłosowali na Haddada – cała reszta, po ciotki i kuzynów, na Bolsonaro. Nie potrafiła tego ogarnąć; oni nie podzielają jego poglądów, tylko puszczają je mimo uszu, wierzą, że jakimś cudem przyniesie on oczyszczenie brazylijskiej polityki „z tej całej korupcji”. Inny znany mi przypadek: znajomy znajomej, z którą imprezowałem w São Paulo, czarny biseksualny dwudziestoparolatek z Rio utrzymujący się m. in. ze świadczenia usług seksualnych mężczyznom (nie wiem, czy do dzisiaj). Wszystko to razem wzięte ustawia go przecież na celowniku Bolsonaro z kilku stron jednocześnie – a jednak przywitał jego zwycięstwo radosnym statusem na Facebooku jako początek nowej, lepszej ery, z odwołaniem do Boga.
To była jedna z najbardziej irracjonalnych, paradoksalnych, chyba nawet absurdalnych kampanii wyborczych naszych czasów. Ogromna część ponad dwustumilionowego narodu postanowiła w akcie zbiorowego szaleństwa strzelać sobie w kolano i widzieć w tym nadzieję.

 

Jak to się stało?

Jak to się stało, że PT, partia, która przez kilkanaście lat u władzy, zwłaszcza w okresie rządów Luli da Silvy, podźwignęła z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi i zlikwidowała w kraju głód, przegrała z takim politykiem jak Bolsonaro?
Najbardziej bezpośrednią przyczyną jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec niej systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten „prezent” przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości.
Ale to by znaczyło, że utrata jednego najbardziej charyzmatycznego polityka (i pomimo wszystkich popełnionych błędów, największego prezydenta w historii Brazylii) wystarczyła, żeby zneutralizować PT i sprawić, by tak doświadczona partia przegrała z takim ignorantem i pajacem jak Bolsonaro, który w Kongresie Narodowym ślizgał się, co kilka lat zmieniając jedną małą partyjkę na inną. To też domaga się więc głębszego wyjaśnienia. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborców amerykańskich w 2016, nawet po eliminacji Luli, Brazylijczycy nie byli zmuszeni wybierać mniejszego zła spomiędzy dwójki równie amoralnych kandydatów. Haddad był dobrą propozycją, miał program i doświadczenie polityczne (był ministrem edukacji, który milionom dzieci biedoty otworzył drzwi do wyższego wykształcenia i awansu społecznego, a potem burmistrzem São Paulo, największego miasta Półkuli Południowej). To, że na swoją wiceprezydentkę wystawił Manuelę d’Avila z Komunistycznej Partii Brazylii, oznaczało zwrot PT w lewo (a tym, co robotniczych wyborców w ostatnich latach stopniowo zniechęcało do PT, były jej ustępstwa na rzecz neoliberalnego centrum paraliżujące w szczególności obydwie administracje Dilmy Rousseff). Dlaczego więc przegrał?

 

Antipetismo i macki Waszyngtonu

Powody bezpośrednie to wszystko to, co się działo w brazylijskiej polityce w okresie od pierwszych prób wysadzenia z urzędu prezydenckiego Dilmy Rousseff w jej drugiej kadencji. Próby te zwieńczył w 2016 impeachment, który – ze względu na jego śmieszne podstawy prawne (nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego) – należy rozumieć jako parlamentarny zamach stanu. Mówiąc wprost – przeprowadzony przez oligarchów we współpracy z CIA i/lub amerykańskim Departamentem Stanu. Wydarzył się on niedługo po tym, gdy w podobny sposób prawica obaliła prezydenta Lugo w Paragwaju.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli.
Dlatego, choć za wcześnie na niezbite dowody, bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nie węszyli w niespodziewanym wywindowaniu Bolsonaro palców CIA i Departamentu Stanu, tym bardziej, że nie byłby to pierwszy raz z ich strony. Tak jak w latach 60., Waszyngton wolałby w pałacach Brasilii faszystę niż powrót lewicy, nawet łagodnej socjaldemokracji. Pierwszym miejscem, gdzie należy szukać, jest rozmach i skuteczność kampanii wymierzonych w PT fałszywych wiadomości (w rodzaju, że Haddad jako minister edukacji wydawał podręczniki „promujące homoseksualizm wśród młodzieży”) rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, w szczególności przez WhatsApp.
Ta kampanii oszczerstw mogła się powieść dlatego, że od czasu drugiego wyborczego zwycięstwa Rousseff w 2014 wszystkie wielkie media głównego nurtu (w Brazylii skupione w rękach kilku oligarchicznych rodzin i dlatego prawoskrętne, telewizji publicznej w europejskim sensie tego słowa nie ma) przygotowywały grunt, łącząc się zwartym szeregiem w wielkich kampaniach zniechęcania do PT i obarczania jej winą za wszystko, co się złego w kraju dzieje, z korupcją na czele. Tak, PT umaczała się w korupcji, ale ani nie bardziej, ani też nie dłużej niż partie, które w establiszmencie Brazylii funkcjonowały od dużo dłuższego czasu i na endemicznej w tym kraju korupcji pasły się od dawna. Na podstawie brazylijskiej telewizji można natomiast było odnieść wrażenie, że PT wręcz wymyśliła korupcję. Kampania zmasowanego zniechęcania do PT wytworzyła coś na kształt światopoglądu, który dorobił się swojego własnego „izmu”: antipetismo, od anti-PT. Oznacza on postawę „wszystko, byle nie PT” i „co złego to PT”.

 

Farbowany outsider

Jednocześnie wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), z impeachmentem Dilmy Rousseff odpalonym przy jego okazji, choć bez dowodów korupcji po stronie samej Rousseff, rozpętało piekło, które wydostało się spod kontroli wszystkich, którzy początkowo używali go, żeby odsunąć od władzy PT. Z ponad trzema setkami podejrzanych i oskarżonych, rykoszety pozbierały głowy nawet tych, którzy początkowo grali pierwsze skrzypce w politycznej instrumentalizacji afery przeciwko PT. Rezultatem była daleko posunięta delegitymizacja całej brazylijskiej sceny politycznej. Stąd w wyborach do Kongresu Narodowego, które odbyły się wraz z pierwszą turą prezydenckich, takie zdziesiątkowanie kilku tradycyjnych partii establiszmentowych.
Wielka delegitymizacja całej klasy politycznej wywołała pragnienie jej gruntownej wymiany nowymi lub przynajmniej marginalnymi do tej pory twarzami, oczyszczenia tej stajni Augiasza przez wpuszczenie na scenę outsiderów. Bolsonaro nie jest żadnym outsiderem – od trzech dekad jest zawodowym politykiem, od 1991 deputowanym ze stanu Rio de Janeiro do Kongresu Narodowego. W oligarchicznym systemie politycznym, w którym kampanie wyborcze pochłaniają takie pieniądze, że tylko w Stanach Zjednoczonych kosztuje to więcej, przebicie się na poziom ogólnokrajowej polityki wymaga takich środków, że jest praktycznie niemożliwe dla prawdziwych outsiderów. Bolsonaro stał się więc „outsiderem z braku laku”, pod nieobecność prawdziwych. Za „outsideryzm” robiło to, że jak dotąd nic mu się w zasadzie nie udawało. Ani w wojsku, które opuścił bez osiągnięć w stopniu kapitana, ani w polityce, w której tylko wykrzykiwał swoje bluzgi jako deputowany marginalnych partii.
Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat, no i bieżącego roku w szczególności, przybrały taki, a nie inny obrót dlatego, że eksplodowały w nich napięcia i rozczarowania całego okresu liberalnej demokracji po oddaniu władzy przez wojskowych w 1985, a także kilkunastu lat rządów PT, która przeprowadziła jedynie „rewolucję na pół gwizdka” i za bardzo wpasowała się w obowiązujące w brazylijskiej polityce „reguły gry”. Jest coś symbolicznego w tym, że Bolsonaro zawodową karierę polityczną rozpoczął równo trzydzieści lat temu, w 1988, roku uchwalenia obecnej, liberalnej, demokratycznej konstytucji Brazylii. Został wtedy radnym miejskim w Rio de Janeiro.

 

Kościół, oligarchowie, kaznodzieje i wojskowi

Jak możemy bardziej szczegółowo poczytać w książce Michaela Löwy’ego War of Gods, w latach 60. i 70. XX w. Brazylia była tym wyjątkowym miejscem (drugi był maleńki Salwador), w którym teologia wyzwolenia osiągnęła pozycję jeżeli nie dominującego, to co najmniej mainstreamowego nurtu w Kościele katolickim, nawet w episkopacie. Zradykalizowane segmenty Kościoła udzielały pomocy prześladowanym działaczom lewicowym, między innymi założycielom Partii Pracowników. Kiedy na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II, wytępienie teologii wyzwolenia okazało się jedną z jego większych obsesji. Jednak zrekonstruowany na konserwatywny sposób brazylijski Kościół katolicki nie zdołał skutecznie wypełnić sobą społecznej próżni pozostawionej po tamtej radykalnej tradycji. Ofiary brazylijskich stosunków własności, ludzie sfrustrowani i rozgoryczeni przemocą ekonomiczną kształtującą ich życie w kraju o jednych z największych nierówności na świecie, stali się łatwym łupem protestanckich sekt pochodzenia północnoamerykańskiego, które rozmnożyły się w Brazylii na potęgę. I choć są być może jeszcze bardziej konserwatywne niż Kościół katolicki, to posługują się charyzmatycznymi technikami duszpasterskimi, które w porównaniu ze skostniałym i wrośniętym w strukturę klasową Kościołem rzymskim sprawiają powierzchowne wrażenie czegoś radykalnie innego. W 2018 sekty te stanowiły rdzeń oddolnego aktywizmu kampanii Bolsonaro. Wbrew fantazjom wielu na polskiej lewicy, w protestantyzmie nie ma nic z natury lepszego od katolicyzmu.
Liberalna konstytucja z 1988 roku pogrzebała szanse na jakąkolwiek przebudowę stosunków własności w Brazylii, a pomysły reformy rolnej przecież w latach 80. rozważano. Oligarchia – wielka, latyfundialna własność ziemska, finansjera, przemysłowcy, kapitał medialny – garstka nieprzyzwoicie bogatych rodzin, które gromadziły zasoby kraju odgradzając od dostępu do nich większość społeczeństwa jeszcze od czasów, kiedy harowali na nich niewolnicy, a na koniec pomnożyła je w okresie dyktatury (jak właściciele koncernu medialnego Globo), mogła spać spokojnie.
Warto tu jeszcze zaznaczyć, że w Brazylii wojsko zdołało wyjść z okresu dyktatury ze znacznie lepszą twarzą niż w Chile czy Argentynie. W Brazylii pogląd, że „mimo wszystko, w ogólnym rozrachunku, dyktatura okazała się sukcesem”, przynajmniej gospodarczym (wojskowi przejęli władzę w warunkach galopującej inflacji), jest znacznie powszechniejszy, zwłaszcza wśród klasy średniej. Poza sferą ambitnej produkcji kulturalnej w rodzaju niszowych filmów, PT nie rzuciła wystarczającego systematycznego wyzwania tej narracji.

 

Problem biedy, problem bogactwa

Problem z rządami PT i wizją Luli, gdy po wielu wyborczych podejściach w 2002 wygrał w końcu wyścig prezydencki i w styczniu 2003 objął urząd jako pierwszy brazylijski prezydent z klasy robotniczej, polega na tym, że obudził nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni.
Nie można go za to wszystko zbyt łatwo winić – być może nie był dość silny, by iść z nimi wszystkimi na wojnę i chciał zrobić tyle, ile się da. A wojskowi? – biorąc pod uwagę historię amerykańskich interwencji na kontynencie, Lula doskonale wiedział, że bez silnej armii, choć trochę do niego przywiązanej, jego projekt upadnie (nawet tak pokorny wobec Waszyngtonu, neoliberalny prezydent jak Fernando Henrique Cardoso zakładał możliwość, że „antynarkotykowy” Plan Colombia może być przez Pentagon użyty jako platforma ewentualnego ataku na Brazylię od strony Amazonii; tym bardziej musiał się z tym liczyć rząd lewicowy).
Fakty pozostają jednak faktami, zwłaszcza, gdy jest już pozamiatane. Oligarchia nie utraciła nic ze swojej władzy i tak długo, jak długo sama też czerpała z rządów PT wystarczające korzyści – za sprawą rządowych kontraktów infrastrukturalnych, za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego napędzanego podnoszeniem płacy minimalnej, spadkiem bezrobocia, transferami społecznymi (z programem Bolsa Familia na czele) – tak długo była w stanie je tolerować. Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku.
Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować, a sama co najwyżej zaadaptowała się do praktyk obowiązujących w brazylijskiej klasie politycznej od dawna, i to nie zawsze w złych intencjach.
Nie zawsze w złych intencjach, bo jest co najmniej prawdopodobne, że jedną z najważniejszych reform pierwszej kadencji Luli, program Bolsa Familia, udało się przepchnąć przez Kongres za pomocą mechanizmu, który odpalił pierwszy wielki skandal korupcyjny epoki rządów PT, znany pod nazwą mensalão. Słowo to oznacza wypłacaną co miesiąc sumę pieniędzy – pierwsza administracja Luli (udziału samego Luli w tym procederze nie udowodniono) kupowała głosy szeregu deputowanych formalnie opozycyjnych w zamian za regularne, wypłacane „na lewo”, dodatkowe wynagrodzenie przychodzące z dziwnych źródeł.
Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.
Wielkomiejska klasa średnia, z wyjątkiem może środowisk kultury i akademii, w większości nigdy nie kochała PT – albo ją tolerowała, albo hodowała w sobie głęboki resentyment. Nie chodzi nawet o to, że dosłownie płaciła ona za reformy PT, która nie ważyła się uderzyć w najbogatszych. Dochody brazylijskiej klasy średniej pozostawały wysokie (znajomy psychoanalityk powiedział mi w 2014, że w São Paulo zarabia dobrych kilka razy więcej, niż by zarabiał w Londynie; młody francuski akademik pracujący w Recife powiedział mi, że w Paryżu nigdy by sobie z tej pracy nie mógł pozwolić na taki poziom życia). Chodziło bardziej o to, że w warunkach rosnącej co roku płacy minimalnej i niskiego bezrobocia, coraz więcej musieli płacić za gosposię, opiekunkę do dzieci, ogrodnika, itp. – usługi, do których „oczywistości” byli od zawsze przyzwyczajeni.

 

Język walki klas, język moralizatorski

Ważnym składnikiem polityki wkupywania się w łaski oligarchii była całkowita rezygnacja PT z samego języka klasowej konfrontacji, z klasowych kategorii opisu problemów społecznych – w obawie, że już samo to mogłoby rozwścieczyć garstkę najbogatszych. Brazylijczycy żyli więc od dawna w rzeczywistości, której niemal nikt nie tłumaczył im w kategoriach klasowych interesów. Dodajmy do tego scenę polityczną, która jest mętną zupą dziesiątek partii politycznych o wyssanych z palca, pozbawionych znaczenia nazwach, Miliony Brazylijczyków straciły lub nigdy nie otrzymały konceptualnych współrzędnych pozwalających na elementarne odróżnianie lewicy od prawicy, polityki postępowej od zachowawczej czy reakcyjnej, rozpoznawanie interesów, jakim dana polityka służy, odróżnianie tych interesów. Pod nieobecność takich kategorii funkcję opisu problemów społecznych przejął język moralizatorski, język zła i walki z nim.
Korupcja i przemoc miejska (liczba morderstw i zabójstw przekroczyła 60 tys. rocznie, to więcej ludzi niż ginie w Syrii), główne magnesy kampanii Bolsonaro, to problemy polityczne. Oba wynikają z brazylijskich stosunków klasowych. Korupcja – bo przy brazylijskich nierównościach bogactwa są skoncentrowane w tak niewielu rękach, a odległości pomiędzy poszczególnymi szczeblami struktury klasowej są tak rozstrzelone, że trudno do czegoś dojść, coś osiągnąć. Uczciwą pracą, pozostają więc: wymiana przysług i prezentów oraz materialne akty łaski ze strony najsilniejszych. Przemoc – bo dla mężczyzn u dołu drabiny społecznej, wykluczonych z dostępu do bogactwa, walka o przetrwanie i zachowanie godności to często walka na śmierć i życie. Bo frustracji i gniewu wynikających z krzyczącej niesprawiedliwości nierówności, których przejawy widoczne są na każdym kroku gołym okiem, wielu nie potrafi opanować. Znaczący fakt: w czasie rządów Luli, gdy 35 milionów ludzi wychodziło z biedy, przestępczość wymiernie spadła.
Unikając ruszenia nierówności, ujmowania ich w klasowych kategoriach, PT skazało wynikające z nich problemy korupcji i przemocy na opis wyłącznie moralizatorski. Oddając politykę moralizowaniu, oddano ją irracjonalnym kaznodziejom – to ich naturalny język i nikt ich w nim nie przegada. Takim kaznodziejom, jak liderzy protestanckich sekt, które stanowiły trzon oddolnej części kampanii Bolsonaro. Jairowi Bolsonaro sprzyjało w tych okolicznościach nawet jego drugie imię: Messias, czyli Mesjasz.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Warszawa jak Kopenhaga

„Trzeba myśleć o tych, którzy najbardziej tego potrzebują” – powiedział kandydat komitetu SLD – Lewica Razem podczas spotkania zorganizowanego przez OPZZ. Rozenek dał do zrozumienia, że swój przekaz kieruje przede wszystkim do seniorów i to właśnie o propozycjach mających wesprzeć właśnie tę grupę mówił w czwartek najwięcej.

 

Andrzej Rozenek jako prezydent nie zamierza budować kolejnych linii metra, a swoją uwagę zamierza skoncentrować na bardziej realnych problemach. Ważne miejsce w jego wizji zajmują domy seniora, które powinny się znaleźć na każdym osiedlu. Według polityka SLD ważne jest również zorganizowanie sprawnych i odpowiednio wyposażonych domów wsparcia dla kobiet w ciąży oraz ofiar przemocy w rodzinach.

Kluczową kategorią w jego przekazie jest polityka senioralna. Rozenek zwrócił uwagę, że w stolicy jest ok. 360 tys. osób w podeszłym wieku. Zauważył, że seniorzy „cieszą się pewnymi dobrodziejstwami, bo mają na przykład Uniwersytety Trzeciego Wieku”, które jednak nie wszędzie funkcjonują dobrze, dlatego należy usprawnić ich działalność w niektórych dzielnicach m.in na Pradze Północ. Jego zdaniem Zaproponował także powstanie”nowoczesnych domów opiekuńczych”, w których seniorzy będą mogli zamieszkać. – Na początek planujemy po jednym takim domu na każdą dzielnicę – powiedział Rozenek.

Kiedy Piotr Szumlewicz z OPZZ zapytał skąd kandydat zamierza wziąć środki budżetowe na swoje pomysły, Rozenek odpowiedział, że w pierwszej kolejności miasto powinno usprawnić politykę energetyczną. Dzięki stworzeniu systemów rekuperacji z filtracją budynki administracji publicznej i miejskich spółek miałyby stać się energetycznie samowystarczalne. Takie rozwiązanie przyniosłoby ok. dwóch miliardów oszczędności rocznie, a także poprawiłoby jakość powietrza w szkołach. Rozenek zauważył, że obecnie „dzieci są gazowane” – smog w pomieszczeniach lekcyjnych przekracza kilkukrotnie obowiązujące normy, przez co uczniowie nie mogą się skupić od nadmiaru CO2. Jako przykład dobrej polityki na tym polu wskazał szkołę w Markach, która osiągnęła już energetyczną autonomię.

Polityk chciałby także ulżyć uczniom dźwigającym „absurdalnie ciężkie plecaki”. Przytoczył tu przykład swojego syna, któremu zdarza się dźwigać na plecach dwudziestokilowy ładunek. Uważa, że dzieci należy wyposażyć w czytniki do e-podręczników.

Kandydat SLD-Lewica Razem nie zamierza tolerować niestabilnych form zatrudnienia. „Jestem lewicowcem, jestem przeciwnikiem umów śmieciowych. Miasto musi świecić przykładem, nie ma możliwości żeby ktoś pracował na nieoskładkowanych umowach” – mówił wskazując również na inny szkodliwy problem, jakim jest podwykonawstwo w spółkach miejskich. „Absolutnie nie zgadzam na żadne outsourcingi” – powiedział, podkreślając, że chodzi nie tylko o odpowiednie standardy pracy, ale również o jakość obsługi – umowy śmieciowe prowadzą do jej degradacji. „Będę zawsze egzekwował to, że każdy pracownik miejski jest dla mieszkańców. To trzeba zmienić, ale za tym musi pójść poprawa warunków zatrudnienia” – mówił. Postulował też audyt warunków zatrudnienia. „Być może niektórych pracowników należy przesunąć do innych zadań”.

Rozenek wyraził swoją opinie na temat straży miejskiej, która obecnie jest zbyt opresywna, a w jego wizji powinna „opiekować się mieszkańcami”, a w szczególności – dziećmi i osobami starszymi, dla których „strażnicy powinni być podporą”. Stwierdził też, że „tam gdzie jest strażnik miejski, tam obywatel powinien czuć się bezpieczny”.

Jeśli chodzi o politykę kulturalną, kandydat SLD-Lewica Razem sprzeciwił się jakikolwiek próbom ideologicznej cenzury przedstawień. “Mamy wolność, jest demokracja, każdy może wystawiać taką sztukę jaką chce”. A także zaproponował bilet za 1 zł dla seniorów w wybrany dzień tygodnia do instytucji kulturalnych.

Rozenek zapewnił też o konieczności wsparcia dla NGOsów, a także, co ciekawe, swoim przyjaznym nastawieniu do skłotów. „Byłem gościem na poznańskim skłocie Rozbrat, i jest to miejsce , które promieniuje kulturą” – mówił, dodając, że nie wyobraża sobie żeby Warszawa nie było stolicą kulturalną. Kandydat chciałby też wybudować salę koncertową z prawdziwego zdarzenia, aby mogły w niej gościć gwiazdy średniego formatu.

Kiedy padło pytanie o ratowanie upadających klubów sportowych, w tym Gwardii Warszawa, Rozenek wyznał: „Jestem warszawiakiem, urodziłem się na Czerniakowie, moim klubem jest Legia”, sygnalizując jednak potrzebę wsparcia innych klubów na czelę ze Skrą, która powinna doczekać się „najnowocześniejszego stadionu lekkoatletycznego w Polsce”, a jego patronką powinna zostać Irena Szewińska. Na Gwardii jego zdaniem odbudowana powinna zostać sekcja żużlowa.

Andrzej Rozenek zaproponował darmowy program sterylizacji dla zwierzaków, a naszych mniejszych braci ze schronisk chciałby ulokować u emerytów, który otrzymywaliby godne świadczenie w zamian za opiekę. „Nasz stosunek do zwierząt pokazuje jakimi jesteśmy ludźmi” – powiedział. Zadeklarował też, że jego stolica to „Warszawa wolna od cyrków ze zwierzętami”.
Kandydat opowiedział się za możliwością wykupu mieszkań komunalnych. Uważa, że to niesprawiedliwe iż część ich użytkowników otrzymała taką możliwość, a reszta miałaby zostać jej pozbawiona. Za pieniądze uzyskane z wykupu chciałby budować energooszczędne nowe mieszkania miejskie.

Jak zamierza walczyć z zanieczyszczeniami powietrza? Zwrócił uwagę na problem mieszkańców innych miast, którzy przyjeżdżają do Warszawy swoimi samochodami do pracy, potęgując spalinową apokalipsę. Zdaniem Rozenka rozwiązaniem byłoby utworzenie miejsc typu Park & Ride na dworcach peryferyjnych i w miejscowościach podwarszawskich.

Warszawa Andrzej Rozenka nie miałaby wyglądać jak Moskwa czy inne miasto z korkami i wieloma liniami metra, a raczej jak Kopenhaga. „Ulice trzeba zwężać, tylko w ten sposób możemy zapanować nad władzą samochodu nad człowiekiem” – mówił, wspominając również o zielonych korytarzach i komunikacji miejskiej.

Wóz albo przewóz

Andrzej Duda zawetował ustawę o ordynacji wyborczej, która miała radykalnie preferować duże ugrupowania, a zatem obecnie, w praktyce, wyłącznie PiS i PO.

 

Ale choć kuto konie, cieszą się żabki – włącznie z Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka czy Razem Adriana Zandberga. Cieszą się więc ci, którzy nawet wg dotychczasowej ordynacji nie mają szans, by wejść o własnych siłach do parlamentu. Zachowują się jak jedna z postaci komedii, Barei, chłoporobotnik, który „nie zdanża” na autobus, „ale i tak ma dobrze, bo jest przepełniony i się nie zatrzymuje”.
Należy się obawiać, że groteskowa radość dla radości, czyli sztuka dla sztuki przesłoni opozycji jej jedyną szansę na odsunięcie PiS od władzy i zahamowanie dewastacji politycznej kraju oraz praktyczne wyprowadzanie Polski z Unii Europejskiej.

 

Jak do tego doszło

Jak wiele na to wskazuje, przebieg zdarzeń był następujący. Najpierw Kaczyński i jego otoczenie zdecydowali, w gorączkowym pędzie zagarniania władzy, by zmienić ordynację w celu wzmocnienia swojej przyszłej pozycji. Po jakimś czasie, zapewne pod wpływem kalkulacji własnych ekspertów i rozmaitych opinii czy analiz z zewnątrz doszli do wniosku, że sami zapędzili się w kozi róg i że byłoby to wypędzanie diabła belzebubem. Spowodowałoby to bowiem, przede wszystkim dla partii opozycyjnych, żywotną konieczność połączenia się w blok wyborczy, jako jedyny sposób na nawiązania walki z PiS, a to oznaczałoby dla niego dramatyczne niebezpieczeństwo. A że pojął to i Duda ze swoim otoczeniem, więc skorzystał z okazji, że małe partie, jak należało przewidywać, zaczęły protestować. PiS niby to nadal optowało za nową ordynacją, ale najwyraźniej już tylko dla tzw. zachowania twarzy. No bo jak miało teraz wzywać go do weta przeciw własnej koncepcji? Dla Dudy ta sytuacja zbiegła się korzystnie z upokarzającym dla niego odrzuceniem przez pisowską większość pomysłu referendum konstytucyjnego. Miał więc okazję, by samoiluzyjnie, infantylnie, jak to on, poprawić sobie samopoczucie i pokazać jaki jednak „z niego zuch” i „niezłomny”. Od momentu gdy otoczenie Dudy zaczęło przebąkiwać o ewentualnej możliwości weta, część opozycji, zwłaszcza Platforma, zaczęła sugerować, że cała sprawa z nową ordynacją i wycofaniem jej przez weto, to „ustawka” między PiS a pałacem prezydenckim. Coś może być na rzeczy, ale tylko do pewnego stopnia. Z całą pewnością nie była to ustawka u samej genezy pomysłu z nową ordynacją. PiS rzeczywiście miało autentyczny zamiar ją przeforsować i dopiero, gdy zorientowali się, jakie mogą być tego konsekwencje, zaczęli szukać dobrego sposobu wycofania się z niej. Sfrustrowany Duda, indagowany przy tym przez politycznych „braci mniejszych”, okazał się w tej sytuacji „jak znalazł”. Z kolei dla niego samego, półoficjalnie namaszczonego już przez Prezesa na ponownego kandydata PiS w roku 2020, była to szansa na zaskarbienie sobie sympatii, „zapunktowania” choćby u Kukiz’15.

 

W punkcie wyjścia czyli nędza opozycji

Powrót do punktu wyjścia oznacza, że opozycja nie stanie już przed żywotną koniecznością jednoczenia się w wyborczy anty-PiS. Co prawda zawetowana ustawa dotyczy ordynacji do PE, ale mechanizm polityczny miałby przełożenie także na wybory do Sejmu i Senatu. Kamień z serca spadł przede wszystkim Platformie, która w operacji wejścia do parlamentu, tego czy innego, poradzi sobie bez sojuszników. Odetchnęli też polityczni „bracia mniejsi”, łącznie z koalicjantami PiS od Ziobry i Gowina. Jakkolwiek jednak głęboko nie odetchną, część z nich i tak do parlamentu nie wejdzie, a cel, jakim jest odsunięcie od władzy szkodników i politycznych chuliganów, stanie się nieosiągalny.

 

Jest szansa…

A przecież nawet pobieżna analiza wielu kolejnych notowań, ujmowanych właśnie jako sekwencja, seria sygnałów wskazuje, że istnieje szansa na blokowe pokonanie PiS. Nie od dziś zwracają na to uwagę między innymi znawca zjawiska sondaży oraz anatomii i dynamiki poparcia politycznego, profesor Radosław Markowski, a także senator Marek Borowski. Z części sondaży, nawet z tych, w których PiS uzyskuje wysoki wynik, przekraczający 40 procent poparcia wynika, że suma wyników ugrupowań opozycyjnych mogłaby ułożyć się w „przeważenie” na szali wyniku partii rządzącej. A przecież są uzasadnione powody do podejrzenia (sygnalizuje to m.in. zespół analityczny wspomnianego profesora Markowskiego), że PiS utrzymuje tak naprawdę realny poziom poparcia z dnia wyborów 25 października z 2015 roku, czyli ok. 37 procent. Te kilka procent, których może PiS brakować do przeszło 40-procentowego wyniku z wielu sondaży, czyni bardzo wielką różnicę, tym bardziej, że potencjalny koalicjant, czyli Kukiz ’15 bywa w niektórych wynikach pod progiem. Tak czy inaczej, konstelacja wyników, w której suma mandatów dla partii opozycyjnych przeważyłaby liczbę mandatów dla PiS nie jest nieprawdopodobna. Opozycja staje więc przed, niewykluczone że na długo niepowtarzalną okazją, by odsunąć PiS od rządów.

 

… oby nie stracona

Jeśli teraz, po wecie Dudy, opozycja uzna je za formę alibi, przyzwolenia na polityczne sobkowstwo, na polityczny egoizm, to w dalszej konsekwencji, w odleglejszej perspektywie straci nie tylko ona. Straci Polska, stracimy my, jej obywatele. Ta niewykorzystana okazja zemści się na nas wszystkich i to w drugiej kadencji rządów PiS szczególnie srogo. Upojony zwycięstwem i ponownymi samodzielnymi rządami PiS da teraz popalić swoim nieprzyjaciołom tak, że to, co mamy w obecnej kadencji, będziemy rzewnie wspominać jako czas spokoju i umiaru. Drakońskie uderzenie w opozycję parlamentarną i pozaparlamentarną, w prawa kobiet, w prawa emerytalne niektórych grup zawodowych, w tym m.in. inne w prawa nabyte choćby oficerów wojska czy policji, w świat kultury, w niezawisłość wymiaru sprawiedliwości, w wolność mediów, gwałtowniejszą wojnę z Unią Europejską etc, a także polowanie na czarownice, w tym szczególnie lewicowe (ideologiczny charakter ataku na przeszłość Józefa Iwulskiego, Ewy Gawor czy ściganie KPP, to tylko niektóre, dające wiele do myślenia prefiguracje) mamy już jak zdeponowane w banku. Możemy być pewni wzmożonego paroksyzmu szaleństwa PiS. Po publicznym określeniu przez Ministra Obrony Narodowej Błaszczaka uczestników Parady Równości w Poznaniu jako „sodomitów”, jak w banku mamy w przyszłej kadencji atak także na śladowe prawa mniejszości seksualnych.
Nie wiem jakie konstelacje sojuszów przedwyborczych są realne czy racjonalne, nie do mnie należy układanie ich politykom. Wiem jedno: nie chcę żyć przez kolejne lata pod rządami PiS i nie wystarczą mi Włodzimierz Czarzasty, Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer czy Władysław Kosiniak-Kamysz ze swadą, ale całkowicie bezsilnie perorujący w przyszłej kadencji z trybuny sejmowej przeciw metodom rządu PiS. Wszyscy stoimy przed alternatywą – wóz albo przewóz.

Flaczki tygodnia

Pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i podległe mu, niestety, wojsko polskie przygotowywali się do corocznego, najważniejszego boju. Wielkiej Defilady ku czci Matki Boskiej Zielnej i Żołnierza Polskiego.
W skrócie WDkcMBZiŻP.

***

W tym roku defilada będzie większa od poprzednich. Aby wydatniej uwypuklić jej Wielkość pan minister Błaszczak wyznaczył nową, znacznie dłuższą trasę Wielkiej Defilady.
Zapowiedział udział w WDkcMBZiŻP aż 60 pocztów sztandarowych oraz 100 samolotów i śmigłowców, a także 200 pojazdów wojskowych. Z prostego rachunku wynika, że na jeden poczet sztandarowy wypadać będą prawie dwa samoloty lub śmigłowce i nieco więcej niż trzy pojazdy wojskowe.

***

Wielka Defilada będzie w tym roku imponująca, bo defilujące poczty sztandarowe wojska polskiego wesprze armada złożona z 900 rekonstruktorów historycznych. Dzięki temu oprócz regularnego, istniejącego jeszcze wojska polskiego, podczas Defilady paradować będą zrekonstruowani woje piastowscy, rycerstwo spod Grunwaldu, husaria spod Wiednia, ułani spod Somosierry, ułani spod Mokrej i także tak zwani „żołnierze wyklęci” spod zdobytych przez nich gorzelni i sklepów GS. „Tysiąc walecznych” pójdzie przez Warszawę.

***

W tym roku jeszcze nie będzie rekonstruktorów ubranych w mundury Ukraińskiej Armii Powstańczej, która 28 maja 1946 roku razem ze swymi towarzyszami broni z WiN, czyli „wyklęciuchami” opanowała na jeden dzień polski Hrubieszów.

***

Ukochani Czytelnicy! Flaczki zachęcają was do bacznego oglądania WDkcMBZiŻP. Postarajcie się wyłowić spośród pocztów sztandarowych, rzeszy rekonstruktorów i reprezentacji sojuszniczych armii aktualnych żołnierzy wojska polskiego.
Będzie to niezwykle trudne, bo wiek defilującego, używanego nadal przez polskie wojsko sprzętu bojowego może przekraczać pięćdziesiąt lat. Wiek technologiczny, bo niektóre z egzemplarzy samolotów, czołgów i transporterów mogą być nieco młodsze.
Ale każdy, zaprezentowany podczas tej Wielkiej Defilady sprzęt bojowy, prezentowany przez rekonstruktorów i obecnych żołnierzy zawodowych będzie archaiczny. Już nienowoczesny.

***

Wojsko polskie pod rządami prawicy z PO-PSL zostało rozbrojone. Opóźniano zakupy nowoczesnego sprzętu, degradowano polski przemysł zbrojeniowy. A wcześniej politycy PO krytykowali rząd SLD za zakup samolotów F-16. Dodatkowo za rządów PiS, zwłaszcza pana ministra Macierewicza, wojsko polskie zostało zdezorganizowane i upodlone. Zhańbione moralnie. Sprowadzone do roli parasoli panów Misiewiczów.

***

Podczas WDkcMBZiŻP nie zobaczcie, wielokrotnie zapowiadanych przez prominentów PiS, nowoczesnych śmigłowców ani samolotów. Nie zobaczycie nowych czołgów, zwłaszcza zapowiadanego polskiego „Andersa”. Nie będzie nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej. Nowoczesnych rakiet, bo produkcji licencjonowanego „Spike” nadal polski producent nie potrafi opanować.
Zobaczycie może ich atrapy. Zobaczycie nowoczesne ciężarówki z Jelcza, które są składane w Polsce z zagranicznych podzespołów. Zobaczycie na pewno ślicznie defilujących marynarzy, którzy nie mają na czym pływać. Bo kończą swój żywot dwa ostatnie, nadające się do pływania okręty podwodne. Bo polskie stocznie nie potrafią dokończyć budowanej od 17 lat korwety, która w międzyczasie przemieniła się w okręt patrolowo- defiladowy.

***

Pan prezydent Andrzej Duda wraz z jego liczną świtą wybiera się do Australii i Nowej Zelandii. Lecą samolotami rejsowymi, dlatego zarezerwowali bilety klasy najwyższej, godnej reprezentantów dumnej, niepodległej IV Rzeczpospolitej. Tej, która wstała z kolan.
Ponieważ koszt delegacji sięga miliona złotych, to kanceliści pana prezydenta spróbowali uzasadnić wyborcom tak długi i liczny wojaż. Ogłosili, że pan prezydent Duda nie tylko spotka się tam z Polakami i kangurami, ale też kupi dwie albo trzy fregaty. Tanio, bo proponowane marynarce IV Rzeczpospolitej okręty skończyły pięćdziesiąt lat i są wycofywane na złom. Ale na defilady morskie, czyli na potrzeby polskiej marynarki, nadają się.
Tym razem pomysł sprowadzania przez pana prezydia RP australijskich śmieci do Polski został oprotestowany przez opozycję i nawet też przez pana ministra obrony narodowej Błaszczaka.

***

Zmarł generał Zbigniew Ścibor-Rylski. Bohater Powstania Warszawskiego, przewodniczący Związku Powstańców Warszawskich. Ponieważ nie był tak zwanym „żołnierzem wyklętym” i entuzjastą PiS, to pan prezydent Duda olał tego pogrzeb żołnierza, wysłał na ceremonię jedynie kwiaty i pocztówkę z pozdrowieniami.
Podobnie uczynił pan minister obrony narodowej Błaszczak.
Wzburzyło to kombatantów, żołnierzy, licznych patriotów. Niesłusznie, bo przecież pan prezydent, albo pan minister mogli generała zdegradować. I co moglibyście im wtedy zrobić?

***

Zresztą pan minister Błaszczak nie miał głowy do pogrzebów bohaterskich żołnierzy. Właśnie zaangażował się w wojnę o Westerplatte. Z prezydentem Gdańska Adamowiczem. Poszło o uczestnictwo harcerzy w czasie celebrowania kolejnej rocznicy skutecznego napadu Niemiec hitlerowskich na Polskę. Pan minister Błaszczak nie chce widzieć tam reprezentacji harcerzy, chociaż ich wartość bojowa jest taka sama jak obecnego wojska polskiego.

***

Wielka Defilada ku czci Matki Boskiej Zielnej i Żołnierza Polskiego będzie kolejnym dowodem, że po rządzach PO- PSL i ostatnich trzech latach PiS wojsko polskie jest w stanie jedynie dobrze zaprezentować się na poradzie. Pod warunkiem, że zyska wsparcie prawie tysiąca walecznych „rekonstruktorów”.

***

Wielka Defilada ku czci Matki Boskiej Zielnej i Żołnierza Polskiego jest najlepszym obrazem polityki PiS. Prymatu defilad, uroczystych rocznic, miesięcznic i mszy nad modernizowaniem Polski.

Ranking prezydencki

Przeprowadzane od lat rankingi popularności polskich prezydentów zawsze dowodzą, że najpopularniejszym z nich jest Aleksander Kwaśniewski. W ostatnim badaniu wskazało na niego 30 procent pytanych. Lech Kaczyński cieszy się zaufaniem tylko 10 procent Polaków. Można powiedzieć, że Kwaśniewski jest trzy razy popularniejszy od Kaczyńskiego. Tymczasem mało popularnemu prezydentowi Kaczyńskiemu postawiono już kilkanaście pomników w kraju, jego imię nosi setki ulic i placów. Kwaśniewski, ponieważ żyje, nie ma jeszcze żadnych pomników. Może kiedyś doczeka się jednego i to powinno wystarczyć.
Nawałnica propagandowa i pomniki wcale nie podnoszą notowań i nieżyjący prezydent nie zostanie przez Polaków uznany za Wielkiego, który wywiódł Polskę z niewoli i zginął (został zamordowany?) w Smoleńsku, by zbawić nasz kraj. Taki jest podtekst tych zabiegów. Póki co, kreowanie nowej religii, z Kaczyńskim jako zbawcą narodu, nie znajduje szerszego uznania w społeczeństwie. Fakt, że wraz z pomnikami upamiętnia się wszystkie ofiary katastrofy to sprawa drugorzędna. Liczy się przede wszystkim prezydent Kaczyński. Wszystkie pozostałe ofiary to swoisty backgraund, który stanowi tło dla wielkości kreowanego na zbawcę prezydenta Kaczyńskiego. Tymczasem obywatele swoje wiedzą. Lech Kaczyński był bardzo przeciętnym prezydentem, choć na pewno lepszym od prezydenta Dudy, który ma jednak lepsze notowania od wcześniej wspominanego. Takich paradoksów u nas nie brakuje. Prezydent Duda aktualnie sprawuje urząd i pewnie stąd te tymczasowe, wysokie notowania. Tak miał każdy prezydent. Najniżej notowani byli, w trakcie urzędowania, Wałęsa i Kaczyński.
Tak więc odgórne kreowanie wielkości lub prawie boskości prezydenta Kaczyńskiego to jedno, a faktyczna ocena przez obywateli jego prezydentury to drugie. Sam prezydent Kwaśniewski, po zakończeniu urzędowania niczego już w polityce nie dokonał. Poszukiwanie przez niego alternatywnych rozwiązań na lewicy nie powiodło się, a mimo to, w ocenie pytanych prezydentem wielkim był. Prezydenta Kaczyńskiego obywatele oceniają znacznie gorzej i propagandowe wzmożenie nic tu nie zmieni. Za ileś lat obywatele będą obojętnie przechodzić obok licznych pomników prezydenta Kaczyńskiego, a w dobrej pamięci będą mieli prezydenta Kwaśniewskiego.

Kocioł i garnek

PiS zamachnął się na Sąd Najwyższy, a precyzyjniej na sędziów tegoż sądu, obniżając wiek ich przejścia w stan spoczynku. Wróble ćwierkają, że sędziowie 65+ stali się tylko wiórami w rąbaniu drew, a wszystko po to, by zdjąć togę z I. prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która PiS-u za bardzo nie kocha i – co gorsza – z mocy Konstytucji jest szefową Trybunału Stanu. A Trybunał Stanu może być nie tematem do żartów dla wielu pisowskich prominentnych postaci, tylko zbliżającym się realnym przeżyciem.
W burzy jaka się rozpętała jedni grzmią, że obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku jest bezprawne, drudzy, że właśnie prawne, bo wiek ten określa ustawa. Jedni, że łamie to Konstytucję RP, drudzy, że wprost przeciwnie. Argumenty mijają się w locie jak strzały i trafiają raz w sedno, raz w płot. Jednak nikt jakoś nie dostrzega dość istotnej sprawy – że tak naprawdę, to jest to klasyczny bój w imię kretynizmu, tyle że raz większego a innym mniejszego.
Stan spoczynku, to dla niektórych zawodów (między innymi sędziów) forma emerytury. I nikt temu nie przeczy. I tak jak dla „cywilów” emerytura jest PRAWEM, nie obowiązkiem, tak samo powinno być dla tych, którzy objęci są PRAWEM do skorzystania z przejścia w stan spoczynku. Osiągnięcie granicy wieku, gdy nabiera się prawa nie oznacza i nie powinno oznaczać, że „paszoł won” z posady jak tylko w urodzinowy tort trzeba wsadzić 65 świeczek.
Sędzia to zawód specyficzny. Drżę, gdy widzę, że sprawę prowadzi jurysta w wieku tak trochę po trzydziestce. Wolę, gdy nad łańcuchem z orłem jest głowa solidnie przyprószona siwizną. Doświadczenie życiowe jest nie do zdobycia z książek i Internetu, dają je tylko lata spędzone na tym łez padole w sądowych salach, zmagania się z codziennością wymiaru sprawiedliwości i setki, jeśli nie tysiące wysłuchanych stron, świadków, biegłych, adwokatów i prokuratorów.
Z sędziami jest tak samo jak w przypadku lekarzy – wiedza i przede wszystkim doświadczenie są bezcenne. Czy ktokolwiek zdrów na umyśle wpadłby na pomysł, by odsunąć od uprawiania zawodu profesora medycyny z wieloletnim doświadczeniem klinicznym i dydaktycznym, gdy tylko skończy 65 lat? Chyba nie.
Jedną gębą rząd przekonuje i wzywa do aktywności zawodowej po osiągnięciu wieku emerytalnego, co ma być z korzyścią dla wszystkich, drugą zaś w tym samym czasie stwierdza, że sędzia 65+ to stetryczały dementywny staruch, którego strach wpuścić na sądową salę.
Moim zdaniem zarówno poprzedni wiek obligatoryjnie odsuwający od zawodu sędziów, jak i ten wprowadzony przez PiS to marnotrawstwo najlepszych prawników, kompletna głupota i to w dodatku niezgodna z Konstytucją. Wszak dyskryminacja z racji wieku jak nic łamie artykuł 32 punkt 2 naszej ustawy zasadniczej. Tak więc cała awantura pomiędzy PiS a resztą świata to klasyczny przykład na porzekadło – Przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli. Bo czy przymusowo wyślemy do niańczenia wnuków sędziego w takim (70), czy innym (65) wieku jest kompletnie bez różnicy, każda taka granica jest sprzeczna z rozumem i Konstytucją. Żądanie, by sędzia przedstawiał jakieś nadzwyczajne zaświadczenia o stanie ciała i umysłu też jakoś do mnie nie przemawia – przecież istnieją okresowe badania pracownicze sprawdzające możliwość świadczenia pracy na określonym stanowisku.
Jak chce sędzia pracować, to niech pracuje (przebadany przez lekarza czy może), jak chce skorzystać ze spoczynku, to niech korzysta (jeśli osiągnął odpowiedni, zapisany w ustawie wiek), ale niech nikt, żaden polityk, żaden urzędnik nie pokazuje mu drzwi i nie wywala z roboty nazajutrz po urodzinach.
Gdyby zgodzić się na tok rozumowania „mędrców” od ustalania wieku, po którym należy zająć się li tylko ogródkiem i wnukami i wprowadzić tę myśl powszechnie, to należałoby pogodzić się z nieobecnością wielu postaci. I tak nie byłoby w polityce (w nawiasie wiek, w którym objęli stanowiska):
Konrada Adenauera (73) – kanclerza RFN przez 14 lat, czyli do 87 roku życia
Ronalda Reagana (70 i 74) – prezydenta USA
Winstona Churchilla (66 i 77) – premiera Wielkiej Brytanii w czasie wojny i powtórnie od 1951 r.
François Mitterranda (65 i 72) – prezydenta Republiki Francuskiej.
Donalda Trump’a (71) – aktualnego prezydenta USA
Czy ktokolwiek stwierdzi z pełnym przekonaniem, że ci faceci zostali wybrani przez idiotów nie rozumiejących, że w pewnym wieku już niczego się nie zdziała i nie wymyśli a jeśli już, to z pewnością będą to dyrdymały podyktowane demencją?
A my spieramy się kto ustali głupszą granicę, po której sędzia ma spocząć.

Głos prawicy

LGBTQ…

Krystyna Pawłowicz skomentowała na Facebooku Parad Równości:

Dziś prowadzać się będą osoby LGBTIQKCHJ
Im i 52 zagranicznym dyplomatom popierającym w Polsce patologie obyczajowo – zdrowotne polecam swe wystąpienie sejmowe sprzed kilku lat o 5 projektach ustaw o związkach partnerskich /z ub kadencji Sejmu/
Po moim wystąpieniu Sejm wszystkie projekty PO,SLD i Palikota odrzucił. PIS był wtedy w mniejszości.”

 

Ważne pytania w KFC

Na Facebooku pojawiło się nagranie zamieszczone przez kobietę, która zaczepiła prezydenta Andrzeja Dudę w restauracji KFC i pytała go o łamanie konstytucji.

Przygoda w KFC z marionetką (p. Duda obecny „prezydent”). Ochrona nie dopuszczała ludzi z telefonami, jednak kiedyś chodziłam do szkoły gdzie p. Konhauser-Duda uczyła. Dzięki przywitaniu się z nią i poproszeniem o zdjęcie (miny mówią wczystko) udało mi się zapytać o Konstytucję” – napisała na Facebooku Katarzyna Kulerska (pisownia oryginalna – red.).
– Mogę wiedzieć, dlaczego pan łamie konstytucję? – zapytała kobieta. Wtedy ochroniarz zwrócił jej uwagę, żeby nie przeszkadzała prezydentowi, natomiast małżonka głowa państwa, Agata Kornhauser-Duda, poprosiła o wskazanie, w którym miejscu konstytucja jest łamana.
– Chodzi przede wszystkim o ustawy sądowe, zakaz wstępu do Sejmu, załamanie ustawy o KRS. Pan zawetował dwie ustawy i super. Szkoda, że kolejnych nie – mówiła dziewczyna. – Ja rozumiem, że pani nie może pogodzić się z tym, kto wygrał wybory, ale bardzo mi przykro – odpowiedział kobiecie prezydent.
Na portalu NaTemat można znaleźć informację, że Katarzyna Kulerska działa m.in. w ruchu Obywatele RP, w Komitecie Obrony Demokracji oraz w Czarnym Proteście. Brała też udział w pikietach przeciwko wizytom prezesa PiS przy grobie Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.
Źródło: Do Rzeczy

 

Rydzyk do seniorów

Tymczasem szkoła ojca Rydzyka docenia seniorów:

Seniorzy w niepodległej” – pod takim hasłem w murach Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej odbyła się konferencja poświęcona polityce senioralnej rządu. Organizatorami wydarzenia – obok toruńskiej uczelni – była sejmowa Komisja Polityki Senioralnej, której pracami kieruje poseł Małgorzata Zwiercan.
– Nie możemy stygmatyzować seniorów, bo do tej pory byli stygmatyzowani, że są obciążeniem dla państwa, że są obciążeniem dla młodych – podkreślała poseł Małgorzata Zwiercan z „Wolnych i Solidarnych”.
To jednak nie obciążenie, nie koszt, a inwestycja w bliźniego i społeczeństwo – napisał w liście odczytanym przez Marzennę Drab premier Mateusz Morawiecki.
– Nie szczędzimy starań, by jesień życia była czasem należnej seniorom godności – akcentował premier RP.
Stąd szereg programów socjalnych, których celem jest w pierwszej kolejności aktywizacja osób starszych – podkreśla poseł Joanna Borowiak.
– Chcą być dostrzegani, chcą czuć się ważni, a przecież są ważni – zwracała uwagę poseł PiS.
Lista potrzeb wcale nie jest krótka. Dlatego rząd przygotował kompleksowy dokument: „Polityka społeczna wobec osób starszych 2030”.
– To jest pierwszy kompleksowy, można powiedzieć historyczny dokument, który spaja wszystkie działania w sposób kompleksowy dla osób starszych – relacjonowała Elżbieta Bojanowska, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej
Bezpieczeństwo, uczestnictwo, solidarność – jak przypomina wiceminister rodziny – to główne przesłanie dokumentu i całej polityki rządu.