Po stronie dziecka

Jakie są priorytety polityki prorodzinnej, proponowane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie na wybory samorządowe?

 

Dwa tygodnie temu przedstawiłem najważniejsze elementy „srebrnej rewolucji” – programu samorządowego SLD przygotowanego z myślą o seniorach. Dzisiaj kolej na najmłodszych. Wielu z nich od dwóch lat jest beneficjentami świadczeń rodzinnych 500+. Wydawane rokrocznie z budżetu państwa dwadzieścia kilka miliardów złotych stanowi realną pomoc rodzinom wychowującym dzieci. Zauważalnie zmniejszyła się skala ubóstwa, do niedawna jeszcze będąca wyrzutem sumienia Polski XXI wieku.
Ale 500 złotych na drugie i kolejne dzieci to za mało, aby uznać, że państwo zrealizowało swój obowiązek w prowadzeniu polityki prorodzinnej. Jakie zadania stawia lewica tym, którzy w najbliższych wyborach zostaną wybrani radnymi, wójtami, burmistrzami i prezydentami miast?

 

500 minus żłobek

„Zapewnienie opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 musi być priorytetem dla każdej gminy. Dostępny dla każdego, bez względu na zamożność i stan cywilny, żłobek lub klub dziecięcy to szansa na szybki powrót rodziców na rynek pracy po urodzeniu dziecka i równy podział ról związanych z opieką nad nim” – to cytat z programu samorządowego SLD „Silny samorząd – demokratyczna Polska”.
Efektem ubocznym programu 500+ jest rezygnacja z pracy zawodowej wielu matek wychowujących dzieci. Ich kalkulacja jest prosta: otrzymane pieniądze ze świadczeń rodzinnych starczają od biedy na przeżycie. Zaś powrót do pracy, to częstokroć konieczność oddania dzieci do żłobka. Jeśli zabraknie miejsc w żłobku publicznym, to na żłobek prywatny nie starczy pieniędzy z 500+.
Oto pierwszy z brzegu cennik, znaleziony w sieci. „Zielony Domek” w Brześce niedaleko Piaseczna. Za 8 godzin pobytu malucha w wieku do 3 lat trzeba zapłacić miesięcznie 500 zł czesnego i ponad 200 zł za wyżywienie. Razem 700 zł za jedno dziecko, 1400 złotych za dwójkę! A to i tak nie jest najwyższa cena.
Cena za pobyt dziecka w żłobku niepublicznym w dużej mierze zależy od tego, czy otrzymuje on dotacje z kasy publicznej: programu rządowego „Maluch Plus” i pieniędzy samorządowych. Również ceny w żłobkach publicznych są zróżnicowane. Ale i tam koszt pobytu i wyżywienia nierzadko pochłania zasiłek 500+ w 100 procentach.

 

Prywatyzacja dla najmłodszych

Ta „prywatyzacja” przeszła niezauważona. Prywatyzacja opieki nad najmłodszymi. Ile jest publicznych żłobków w 600-tysięcznym Wrocławiu? W którym urodziło się i mieszka ponad 20 tysięcy obywatelek i obywateli w wieku do 3 lat. Zaledwie 15. Słownie: 15 publicznych żłobków. Pozostałe to placówki niepubliczne. A i tak w końcowym rozrachunku we Wrocławiu brakuje niemal półtora tysiąca miejsc w żłobkach.
„SLD stoi na stanowisku, że należyta opieka nad najmłodszymi mieszkańcami naszego miasta nie powinna opierać się w tak dużym stopniu na placówkach niepublicznych. Konieczne jest znalezienie środków na budowę nowych placówek gminnych lub adaptację posiadanych przez gminę lokali oraz na prowadzenie żłobków publicznych” – napisali w swoim programie samorządowym działacze wrocławskiego SLD.
Żłobki mają być bezpłatne dla wszystkich dzieci! Rodziców decydujących się na pierwsze i kolejne dzieci nie musi interesować, z jakich programów rządowych i samorządowych zostanie sfinansowany pobyt ich syna lub córki w żłobku. Rachunek jest oczywisty. Pracujący rodzice – płacący podatki – pośrednio i tak sfinansują pobyt swoich dzieci w bezpłatnym żłobku.

 

Przedszkole za free

„Przedszkole to nie tylko szansa na godzenie przez rodziców obowiązków domowych i rodzinnych, ale przede wszystkim – na lepszą edukację dla każdego dziecka” – to kolejny cytat z programu samorządowego SLD. Można dyskutować o plusach i minusach pobytu najmłodszych w żłobkach. W przypadku przedszkoli sprawa jest bezdyskusyjna – pełnią one ważne funkcje edukacyjne.
Szkoda, że twórcom Konstytucji z 1997 roku nieco zabrakło wyobraźni, gdy pisali artykuł 70 – o bezpłatnej nauce w szkołach publicznych. Moim zdaniem, bezpłatna edukacja polskich dzieci powinna zaczynać się już w przedszkolu. I to prawo do bezpłatnej edukacji 4-letnich Polek i Polaków winno mieć gwarancje konstytucyjne.
Póki co, zapewnienie jak najlepszej oferty przedszkolnej spoczywa na barkach samorządowców. SLD postuluje, aby wszystkie przedszkola były bezpłatne. Oraz zlokalizowane w pobliżu miejsca zamieszkania rodziców. Niedopuszczalnym jest, aby najmłodsze dzieci, zamiast edukacji i zabawy, spędzały czas w ciasnym foteliku samochodu rodziców.

 

Bez ulgowego biletu

Uczeń zawsze kupował ulgowy. Bilet kolejowy. Autobusowy. Tramwajowy. Problem w tym, że kiedyś kosztowały one grosze. Dosłownie. Za ulgowy na tramwaj lub autobus płaciłem 20 groszy. Dzisiaj – przy porównywalnych zarobkach – ulgowe bilety są dziesięć razy droższe. Zdaniem SLD, komunikacja miejska powinna być bezpłatna – zarówno dla seniorów, jak i dla uczniów szkół podstawowych i średnich.
Częstochowa pokazała, że da się to zrobić. Prezydent Krzysztof Matyjaszczyk (SLD) w ubiegłym roku wprowadził pilotażowy program bezpłatnych przejazdów dla uczniów szkół podstawowych. „Chcemy sprawdzić, czy efekt, na którym nam zależy, czyli zmniejszenie się liczby samochodów na ulicach, zwiększenie się liczby użytkowników w naszych autobusach i tramwajach oraz poprawa sytuacji ekologicznej i bezpieczeństwa na drogach, zostanie osiągnięty” – argumentował prezydent.
Również radni wrocławscy jednogłośnie zadecydowali, że od 1 września tego roku dzieci i młodzież ucząca się do 21. roku życia będzie podróżowała po Wrocławiu za darmo. Podobne rozwiązanie wprowadzają gminy Górnego Śląska, Zagłębia i kilka kolejnych miast.

 

Dentysta w szkole

Inny pilotażowy program jest właśnie wdrażany we Wrocławiu. Z inicjatywy SLD powstają pierwsze gabinety dentystyczne w szkołach. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciałby, aby tak było w każdej szkole w Polsce. „Każdy uczeń będzie objęty bezpłatną opieką dentystyczną, na którą będzie składać się zarówno profilaktyka stomatologiczna, jak i leczenie. Gabinet dentystyczny musi znajdować się w każdej szkole” – zapisano w programie samorządowym.
Ktoś powie, że to już było. Tak, w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każda szkoła miała gabinet stomatologiczny i lekarski. I do tych dobrych praktyk z przeszłości warto wrócić. Bo dane dotyczące zdrowia dzieci i młodzieży są zatrważające. Już ponad 80 proc. sześciolatków choruje na próchnicę zębów. U dwunastolatków ten odsetek wzrasta do 85 proc.. A u osiemnastolatków do 95 proc.!

 

Szkoły zawodowe

W czasach transformacji zaniedbano również inną sferę dobrze rozwiniętą i funkcjonującą w PRL. Szkolnictwo zawodowe. Obecnie jesteśmy w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o ilość osób posiadających wyższe wykształcenie. Tymczasem coraz dotkliwszy jest brak fachowców. I to we wszystkich zawodach technicznych. Statystyka mówi sama za siebie. W roku szkolnym 1990/91 funkcjonowało blisko 3 tysiące szkół zawodowych. Do drugiej dekady XXI wieku dotrwała zaledwie co druga z nich.
„Będziemy wspierać szkoły branżowe i technika: tworzyć nowe placówki, a w istniejących – zapewniać atrakcyjne kierunki kształcenia i nowoczesne wyposażenie” – napisali autorzy programu samorządowego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Decyzje młodych ludzi dotyczące wyboru zawodu nierzadko są wynikiem panującej mody, sugestii rówieśników lub nacisków rodziców. Nie zawsze ma to związek z rzeczywistym zapotrzebowaniem na specjalistów danej branży. Dlatego SLD proponuje wprowadzenie kompleksowego systemu doradztwa zawodowego. Pomagającego uczniom w wyborze ścieżki kształcenia i przyszłego zawodu.

 

Etyka w szkole

Hydraulików i budowlańców brakuje. Polska nie narzeka natomiast na brak… katechetów. Od lat liczba nauczycieli religii w szkołach utrzymuje się na poziomie około 30 tysięcy. Dla porównania, policjantów jest 98 tysięcy. Katecheci szkolni kosztują podatników 1,5 miliarda złotych rocznie.
W programie krajowym SLD zapisano postulat likwidacji nauki religii w szkołach i finansowania katechetów z pieniędzy podatników. Jednak samorządowcy nie mają w tej sprawie wiele do powiedzenia. Dlatego w programie dotyczącym wyborów samorządowych zapisano jedynie postulat udostępnienia w każdej szkole lekcji etyki, dla wszystkich zainteresowanych uczniów. Taki jest wymóg prawa. Niestety, nie wszystkie szkoły i władze samorządowe go respektują. Jedną z wymówek jest brak nauczycieli etyki. To nie może dziwić, skoro na 30 katechetów przypada zaledwie 1 (słownie: jeden) nauczyciel etyki.

 

Gminy dla młodych

W programie dla seniorów Sojusz Lewicy Demokratycznej postulował tworzenie rad seniorów, jako zespołów doradczych dla władz samorządowych. Ale zasad samorządności należy uczyć się już w szkole podstawowej. „Chcemy, by już uczniowie szkół podstawowych mieli swoją reprezentację w młodzieżowych radach gmin, z własnym budżetem, który pozwoli między innymi na organizację młodzieżowych akcji i imprez” – proponuje Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie samorządowym.
Jedną z bolączek wyborów samorządowych jest bardzo niska frekwencja. W ostatnim dwudziestoleciu ani razu nie przekroczyła 50 proc. To oznacza, że ponad połowa mieszkańców systematycznie nie bierze udziału w wyborze swoich radnych, burmistrzów i prezydentów miast. Uczenie młodych ludzi aktywności obywatelskiej to również praca na rzecz przyszłych świadomych uczestników życia publicznego i politycznego.

 

Po stronie dziecka, po stronie rodzica

Gdyby z obszernego programu SLD, dotyczącego polityki prorodzinnej, chcieć zacytować tylko jedno – najważniejsze – zdanie? Brzmiałoby: „samorząd musi być partnerem rodzica w wychowaniu dziecka!”. Nic dodać. Nic ująć.

Święto dla wybranych

4 czerwca minęła 29 rocznica pierwszych wyborów po upadku Polski Ludowej. W powszechnej świadomości jest to symboliczna data inicjująca przemiany ustrojowe w Polsce i przejście od realnego socjalizmu do wolnorynkowego kapitalizmu.
Przez wiele lat 4 czerwca budził kontrowersje. Środowiska liberalne i prawicowe świętowały początek reform i odejście od PRL-u, a duża część elektoratu lewicowego niechętnie podchodziła do celebrowania tej daty, pamiętając o negatywnych skutkach transformacji. Po blisko 30 latach od zmiany ustrojowej dyskusja nad oceną reform praktycznie nie istnieje.
Polityka historyczna została zawłaszczona przez obóz solidarnościowy i mało kto rzetelnie ocenia sensowność ówczesnych przemian. Po jednej stronie sytuuje się środowisko liberalnych mediów i partii, które wciąż pozytywnie oceniają reformy Balcerowicza, a 4 czerwca jest dla nich świętem wolności i radosną datą zerwania z „komunizmem”. Po drugiej strony mamy coraz bardziej wyrazisty obóz obecnej władzy, który ostrożnie podchodzi do świętowania rocznicy wyborów. Nie chodzi tutaj jednak o bardziej zniuansowane podejście do reform Balcerowicza. Propisowscy komentatorzy rzadko kwestionują kierunek reform z początku lat 90., a krytykują przede wszystkim brak ostrej dekomunizacji oraz przypisywanie zasług w procesie transformacji Wałęsie, Mazowieckiemu czy Borusewiczowi, a nie braciom Kaczyńskim. Sama ocena PRL-u i przemian ustrojowych jest w obydwu obozach bardzo zbliżona.
W całej tej dyskusji znikła rzeczowa analiza przemian ustrojowych i ich ofiar. Tymczasem skutki reform dla znacznej części społeczeństwa były katastrofalne. W latach 1990-1991 PKB spadło o prawie 18 proc., poziom inflacji wyrażał się w liczbach trzycyfrowych, w ciągu 2 lat bezrobocie wzrosło do ponad 2 mln, już w pierwszym roku transformacji ponad dwukrotnie wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego (z 15 proc. w 1989 r. do 31 proc. w 1990 r.). W pierwszych dwóch latach transformacji doszło też do radykalnego spadku produkcji i wydajności pracy. Realne wynagrodzenia spadły o aż 25 proc., zaś płace realne rolników zmniejszyły się w ciągu 2 lat o ponad połowę.
Transformacja doprowadziła też do olbrzymiego spadku liczby wybudowanych mieszkań, znacznego spadku liczby bibliotek i domów kultury, gigantycznego spadku liczby przedszkoli i żłobków oraz ograniczenia wielu innych form opieki nad dziećmi, które były rozwinięte w PRL-u. Znacznie wzrosła skala schorzeń psychicznych. Wszystkie te zjawiska w dyskusji na temat transformacji od lat są lekceważone, a entuzjaści Balcerowicza przedstawiają je jako konieczne skutki przemian.
W tym kontekście warto przypominać historyczną prawdę, unikać jednoznacznych ocen, a zarazem nie wpisywać się w festiwal jałowej ekscytacji. Dobrze się stało, że w 1989 r. zniesiono cenzurę, wprowadzono procedury demokratyczne, a Polska poprawiła relacje z krajami zachodnimi. Ale powinniśmy pamiętać, że przyjęty przez ówczesne władze model przemian ustrojowych zawierał mnóstwo patologii i trudno się dziwić, że dla milionów Polaków i Polek 4 czerwca nie jest radosną rocznicą.

Polski oksymoron

Prawica obrzucając się politycznym gnojem zarazem wzajemnie obarcza się winą, że to prawicowe chamstwo ma swój rodowód w PRL i wtedy było właśnie powszechnie stosowane.

 

Jest to nieprawda, ale prawicowe nieloty aż tak głęboko nie wnikają w historię. Samo umieszczenie skandalicznego zachowania w epoce PRL, albo w Rosji jest już ubliżeniem na prawicy, choć nie ma to nic wspólnego z tamtymi czasami. Oto poseł Kierwiński, jeden z inteligentniejszych w PO (podobno), stwierdził, że ostatnio Sejm jest tak zabarykadowany jak w czasie zjazdów Układu Warszawskiego ?! Niczego takiego w tamtych czasach nie było.

 

Chamskie fanaberie

Przede wszystkim nie było takich barierek dzielących na sektory ulice czy chodniki. Wtedy takich rzeczy nie produkowano. W gospodarce niedoboru byłaby to zbędna fanaberia. Oddziały ZOMO, przy dzisiejszych oddziałach policji, wyglądały ze swoimi pałkami i tarczami jak dzisiejsze grupy rekonstrukcyjne. Ochrona państwowych dygnitarzy były symboliczna. Teraz za premierem czy prezydentem podąża kolumna aut, a on sam siedzi w pancernej limuzynie za kilka milionów złotych. Jakoś nikt tego zadęcia nie porównuje do czasów PRL, a podobno wtedy miliony obywateli dybały na życie znienawidzonych aparatczyków i podlegali oni szczególnej ochronie. Albo nie była to prawda, albo owi aparatczycy byli wielkimi ryzykantami.

 

Zarażanie chamstwem

Wszelkie niegodziwości w obecnej polityce – przekleństwa, ubliżanie, kłamstwa, pazerność mają prawicowo-kościelny rodowód. Wspominam Kościół dlatego, bo popiera on prawicę i pewnie dlatego nie wypomni jej (prawicy) chamstwa jakimi zaraziła ona politykę i w sumie cały kraj. Owe chamstwo przenika do naszego życia codziennego, bo jak premier czy inny polityk prawicy zachowuje się po chamsku to i obywatel, lubiący prawicę, też chce być podobny. Wystarczy rzucić okiem na drogi, gdzie chamstwo eksploduje. Bardzo katolickie społeczeństwo zachowuje się na drogach jakby było diabłem podszyte, co skutkuje olbrzymią śmiertelnością na drogach. Medaliki i krzyżyki masowo wożone w samochodach i symbole przyklejane na klapach bagażników i święcenie nowych pojazdów są profanacją religii i jej symboli.

 

Chamy w kościołach

Podobnie jest w polityce. Prawica klęczy w kościołach, a potem wyzywa się od idiotów w Sejmie i mediach zarazem obwiniając się wzajemnie, że to są metody rodem z PRL. Potem spowiada się, dostaje odpuszczenie grzechów, idzie do komunii i zaczyna plucie chamstwem i nienawiścią od nowa. Polski oksymoron.

Flaczki tygodnia

Kiedy najwyższa władza partyjno-państwowa przebywa w szpitalu, władze niższej rangi rozjechały się po Polsce kopiując „gospodarskie wizyty” dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Kiedy widzę pana premiera Mateusza Morawieckiego podczas takiej „gospodarskiej wizyty” w Lublinie od razu czuję się młodszy! Jakbym przeniósł się w pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. Prawie taki sam scenariusz spotkań ze społeczeństwem. Pod ścianą biało-czerwone sztandary. Wtedy był jeden, bo gospodarka niedoboru, teraz cały las ich, gęsty jak Puszcza Białowieska przed drzewobójstwem pana ministra Szyszki. Pod sztandarami pan premier na tle złożonym z siedzącej młodzieży. Dorodnej wyselekcjonowanej. Po prawej stronie premiera posadzili dziewczynę młodą i urodziwą, faworyzowaną licznymi najazdami kamer. To młode piękno ma podprogowo wywoływać na pozytywne skojarzenia u męskiej widowni poprzez mrowienie w ich lędźwiach. Zaprzeczać sączonej przez „totalną opozycję” tezie, że na spotkania z elitami PiS przychodzą tylko moherowe babcie.

***

Pan premier mówi podobnie jak sekretarze wojewódzcy w czasach Polski Ludowej. Nie może mówić jak pierwszy sekretarz, bo ten poziom zarezerwowany jest dla pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Aktualnie poważnie chorego na drobną przypadłość kolana.

***

Każde przemówienie pana premiera oparte jest na schemacie samochwalstwa. Podobnego stylem do propagandy sukcesu epoki Edwarda Gierka. Różnica tkwi w tym, że wtedy jeśli mówiono, że się zbuduje to oznaczyło, że inwestycja jest rozpoczęta.
Teraz jest jak z tymi promami morskimi budowanymi w Szczecinie. Dokonano uroczystego poświęcenia stępki, czyli kilu przyszłych promów i na tym skończyło się na razie. Bo nie ma jeszcze szczegółowego projektu przyszłych promów, ani dokładnego kosztorysu. Ani też zebranego grona fachowców, którzy potrafiliby takie promy wybudować. Może kiedyś ściągnie się ich z Ukrainy, albo Korei Północnej. Na dodatek źli ludzie w Szczecinie rozsiewają plotki, że jedną z dwóch stępek ktoś zwyczajnie ukradł.

***

Podobnie jest ze sztandarową, wielką budową kaczyzmu z Centralnym Portem Lotniczym. Jest decyzja najwyższych władz partyjno-państwowych, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak ćwierkają wiewiórki z Sejmu, grono jego pochlebców wmówiło mu, że powinien zostawić po sobie jakąś „Gdynię”. Bo skoro II Rzeczpospolita mogła wybudować od zera nowy port morski i miasto Gdynię, to i IV Rzeczpospolita powinna mieć swój wielki port.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i Gdyni, bo kiedy powstała, żadnego własnego portu morskiego nie miała. Polska Ludowa odzyskała Gdańsk, dodatkowo dostała w rekompensacie Szczecin-Świnoujście, Kołobrzeg, Elbląg i kilka mniejszych. Ale Polska Ludowa w opinii pana premiera Mateusza Morawieckiego jest źródłem zła wszelkiego jeszcze istniejącego w IV RP. Zatem nic dobrego o Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu. O Gdyni trzeba dobrze mówić, ale tylko tej przedwojennej.

***

Kiedy byłem małym chłopcem, to jeszcze w epoce Władysława Gomułki, partyjno-rządowa propaganda obrzydzała „Polskę sanacyjną”, czyli II Rzeczpospolita jak tylko mogła. Nasłuchałem się wtedy o biedzie na wsi, o zapałkach dzielonych na czworo, o bieda szybach. Wszystko to była prawda. Podobnie jak dzisiejsze opowieści, że w Polsce Ludowej w sklepach był na półkach tylko ocet, a milicja mordowała licealistów i „żołnierzy wyklętych”. Tylko, że nie zawsze był tylko ten ocet. I podobnie nie wszyscy chłopi dzielili zapałki. Pamiętam też, że im bardziej obrzydzano nam w szkołach tamtą „sanację”, tym bardziej ona ciekawiła i była podziwiana. Im bardziej dołowano dorobek kulturalny II Rzeczpospolitej tym więcej osób zasiadało w niedzielę przed telewizorami. Kiedy w ramach cyklu „W starym kinie” prezentowano przedwojenne filmy z obrzydzaną „sanacją”.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i miasta Gdyni, bo portu nie miała. IV RP nowego lotniska nie potrzebuje, bo ma ich pod dostatkiem. Rolę dużego portu może spełniać zmodernizowany, rozbudowany duoport Okęcie-Modlin. Polska za to bardzo potrzebuje nowych i zmodernizowanych sieci kolejowych. Dróg i mostów. Potrzebuje ich modernizująca się gospodarka. Potrzebuje ich dowództwo NATO, aby przerzucać amerykańskie wojsko na flankę wschodnią. Wojsko potrzebuje zmodernizowanych lotnisk, mostów, dróg, sieci kolejowej.

***

Deficytowy budżet państwa polskiego nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Unia Europejska nie da na nowe lotnisko, ale może dać na tory kolejowe i drogi. Zatem rządzące teraz „koniokrady” kombinują, że kiedy zaczną budować wielkie lotnisko w środku Polski, to na sieć kolejową i drogową, niezbędną dla funkcjonowania takiego lotniska, może uda im się wyrwać z Unii Europejskiej. Ukradnie się te konie z brukselskiej stajni. A lotnisko zbuduje się za amerykańskie i chińskie kredyty. Bo przecież Centralny Port Lotniczy potrzebny jest jedynie Amerykanom do przerzutu wojsk w razie wojny z Rosją i Chińczykom jako lotnisko tranzytowe dla ich linii lotniczych.

***

Ale przy tym Centralnym Porcie Lotniczym ma być zbudowane też nowe miasto. Imienia Lecha Kaczyńskiego. Zanim ten Lechograd powstanie, to już rząd chce wykupić ziemie na ten cel od mieszkających tam obywateli. Po cenach jak za drogi i lotniska, czyli niższych niż stawki deweloperskie.
Wygląda na to, że młode wilczki z PiS podarują staremu prezesowi CPL i Lechograd, a sami zarobią na spekulacji gruntami. Robiąc w trąbę mieszkańców uznanych za baranów. Ci nawet protestować nie będą, bo wcześniej się ich uroczyście wysiedli.