Firmy upadają, gospodarka kwitnie

Prawidłowością naszego życia gospodarczego jest to, że im szybciej rośnie produkcja, tym większa jest liczba przedsiębiorstw niewypłacalnych.

 

Liczba upadłości przedsiębiorstw w Polsce wciąż rośnie – a więc rośnie i ryzyko biznesowe prowadzenia działalności gospodarczej.
W pierwszym półroczu ogłosiło niewypłacalność 511 przedsiębiorstw wobec 418 w I półroczu 2017 r. – to jest o 22 proc. więcej niż przed rokiem. Rekordowy był czerwiec – zarówno pod względem liczby (105 niewypłacalności) jak i tempa ich przyrostu (wzrost o 48 proc. w stosunku do czerwca 2017 r.).

 

Nie zapłacimy – i co nam zrobicie?

Niewypłacalności te oznaczają niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców i innych partnerów, powodującą upadłość bądź konieczność podjęcia postępowania restrukturyzacyjnego. W żadnym z sektorów naszej gospodarki liczba plajt nie uległa zmniejszeniu.
Ciekawe, że choć mamy szybkie tempo rozwoju gospodarczego, liczba upadłości polskich firm wciąż rośnie – pomimo statystycznie wysokiego punktu odniesienia już w roku ubiegłym. Oznacza to, że polskie firmy w niezbyt wielkim stopniu korzystają z efektów tego wzrostu gospodarczego.
Owszem, produkcja i sprzedaż rosną, ale przy utrzymującej się z reguły niskiej rentowności oznacza to większe zaangażowanie kapitału własnego, bez proporcjonalnego wzrostu zysków.

 

Państwo nie pomaga firmom

Przedsiębiorcom utrudniają życie niekorzystne zmiany otoczenia biznesowego – rosną koszty pracy i zaopatrzenia.
Ponadto zaś, jak zauważa Euler Hermes, jeden z wiodących na świecie ubezpieczycieli należności handlowych, problemy polskich przedsiębiorstw wynikają z wprowadzania niekorzystnych dla nich zmian prawnych i podatkowych.
Znaczenie mają wreszcie czynniki leżące po stronie samego biznesu w naszym kraju: niewielka kreatywność, inercja, niewystarczająca aktywność, nie wykreowanie marek własnych – czyli wartości dodanej własnych produktów i usług – oraz brak poprawy efektywności zarządzania i zwrotu z kapitału.
Całe pierwsze półrocze 2018 r., a w szczególności drugi kwartał to zatem z jednej strony rosnące wskaźniki wzrostu gospodarczego, a z drugiej, równie szybko, a nawet bardziej intensywnie narastające sygnały ostrzegawcze dotyczące kondycji samych firm.

 

Koszty rosną szybciej od cen

Każdy sektor gospodarki ma specyficzne uwarunkowania, ale podstawowy powód tak szybkiego wzrostu liczby niewypłacalności jest jeden: koszty rosły szybciej niż ceny produktów i usług końcowych. W rezultacie spadały marże i wskaźniki rentowności. Szczególnie ciekawym przykładem jest budownictwo – osiąga kolejne rekordy, a jednocześnie ma coraz większe długi i problemy z płynnością.
Okazuje się, że wzrost popytu i konsumpcji pociąga za sobą większą skalę produkcji i sprzedaży ze strony polskich przedsiębiorstw – ale już niekoniecznie większe zyski, przynajmniej proporcjonalnie do skali wzrostu zaangażowanych środków własnych.
Nie rosną ceny, o czym świadczy niska dotychczas inflacja, zaś marże są ograniczane przez rosnące koszty. Zakaz handlu w niedzielę i wdrażanie przepisów RODO (nie mających żadnego znaczenia praktycznego, a wywołujących jedynie problemy) także rodzą dodatkowe koszty po stronie przedsiębiorstw.

 

Trudniej ale uczciwiej

– Można nawet powiedzieć, iż gremialnie firmy nie korzystają na zwiększonej konsumpcji, jak i na wzroście gospodarczym. One je finansują, i nie mówimy tu jedynie o „zacieśnianiu podatkowym” czy przeciwdziałaniu karuzelom vatowskim. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności może, przy zaletach tego rozwiązania dla budżetu mieć negatywny wpływ na płynność polskich firm – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Jego tezie o tym, że polskie firmy finansują wzrost gospodarczy, przeczą jednak w oczywisty sposób ogromne wolne środki leżące na kontach przedsiębiorstw.
Wspomniany mechanizm podzielonej płatności oznacza, że firmy nie będą mogły tak jak dotychczas obracać „podatkową” częścią otrzymywanych należności. Będą dysponować będą jedynie należnością netto, same jednocześnie płacąc swoim dostawcom pełną należność brutto.
Część przedsiębiorców narzeka więc, że w tej sytuacji ich firmy de facto kredytować będą podatki. Niewątpliwie jednak zmusi ich to do większej uczciwości w działaniu.

 

Bez pomysłu i innowacji

Patrząc na profil upadłości firm produkcyjnych w Polsce dostrzec można w tym gronie sporą grupę firm produkujących różne wyroby z metali. To poniekąd wynik tendencji ogólnoświatowych: nadwyżki w produkcji stali i wyrobów ją wykorzystujących, co prowadzi do ostrej konkurencji cenowej.
Towarzyszy temu dodatkowo wzrost kosztów spowodowany zwłaszcza wyższymi cenami energii. Producenci nie mogą go sobie w prosty sposób zrekompensować równorzędnym wzrostem cen wyrobów końcowych.
Na szybkie dostosowanie cen wyrobów do kosztów produkcji pozwolić sobie mogą jedynie firmy, których produkty wyróżniają się pod względem niepowtarzalności, marki, renomy.
Niestety, nie ma w tej branży polskich producentów (produkujących zazwyczaj komponenty na eksport, a nie wyroby końcowe), którzy posiadaliby silną, rozpoznawalną markę w kraju i za granicą.
Polskie firmy zderzają się już z barierami średnich efektywności i przychodu. Ich nazwy nie są z reguły kojarzone z nowoczesnością, automatyzacją, innowacyjnością. Wręcz przeciwnie, wiele z nich wydaje się być przedstawicielami bardzo tradycyjnie prowadzonych biznesów i wykazują niezbyt dużą efektywność działania.
Wiele z tych firm przegrało walkę konkurencyjną, a przy stosunkowo dużych kosztach stałych i małej elastyczności, musiały one rozpocząć procedury upadłościowe.

Kolorowe procenty chcą nas zachęcić

Producenci różnych alkoholi smakowych oraz nalewek narzekają na przepisy, które utrudniają im rozwinięcie skrzydeł.

 

Segment tzw. alkoholi kolorowych czy smakowych stanowi 5,5 proc. w całym polskim rynku spirytusowym i stopniowo rośnie.
Łączna sprzedaż nalewek, likierów oraz smakowych napojów spirytusowych przekracza ponoć rocznie 2,2 mld złotych, choć dane te są mało wiarygodne, bo podają je sami producenci.

 

Aroniowi potentaci

Zauważalna jest jednak tendencja, że nie tyle piwo czy wódka (choć Polacy wciąż piją jej dużo i chętnie), lecz alkohole smakowe, w tym również nalewki, zyskują w ostatnim czasie na wzroście konsumpcji. Sklepowe półki wypełniają się zaś barwnymi butelkami.
Popularność zyskują zarówno tradycyjne smaki, jak i trochę niecodzienne wersje alkoholi.
Rozchwytywane są znane od lat nalewki wiśniowe, a także te produkowane ze śliwek, czy też z aronii, która jest hitem eksportowym Polski. Przypomnijmy, że nasz kraj odpowiada za 90 proc. światowego zbioru tych owoców.
Oprócz takich dobrze znanych smaków rosnącą estymą cieszą się również mniej tradycyjne wyroby, takie jak nalewki z sosny, berberysu czy rokitnika.
Nalewki stają się popularne zwłaszcza w sezonie letnim, gdy konsumenci wolą sięgać po lżejsze trunki. W dodatku właśnie wtedy rozpoczyna się sezon na większość gatunków owoców, co przekłada się na rosnący zakup alkoholu w ulubionych smakach.

 

To, co pędzimy w domu

Cały ten dość prężny rynek, mimo sporych perspektyw rozwojowych, jest jednak ograniczany obowiązującym prawem. Produkcję alkoholi kolorowych regulują bowiem dość restrykcyjne, a przez to chętnie omijane przepisy, które powodują, że wiele alkoholi smakowych wyrabianych jest w domowych warunkach, bez odpowiednich uprawnień, i sprzedawanych bez koncesji.
To wprawdzie światowa tradycja, bo nalewki zawsze robiło się i robi w domu, po czym rozdaje się je lub sprzedaje w otoczeniu lokalnym. Jednakże polscy urzędnicy od kilku lat toczą zażartą walkę z tym procederem.
Szeroki echem odbiła się niedawna akcja funkcjonariuszy Izby Celnej z Przemyśla, którzy odwiedzili V Dzikowski Festiwal Nalewek w Tarnobrzegu na godzinę przed jego rozpoczęciem i zabronili sprzedaży nalewek wystawcom, którzy nie mieli opłaconej akcyzy.
Za sprawą ich, podkreślmy zgodnej z prawem interwencji, na festynie poświęconym w głównej mierze tym właśnie alkoholom, liczba oferowanych tam trunków gwałtownie spadła.

 

Prawo każe płacić

Oczywiście, prawo jest równe dla wszystkich. Ustawa dotycząca produkcji, przetwarzania i sprzedaży nakłada zatem wymogi na wszelkie podmioty produkujące i sprzedające alkohol, bez względu na ich skalę działania. Opłacenie akcyzy jest w związku z tym obowiązkiem każdego kto chce sprzedawać alkohol.
Może to niekiedy wzbudzać niezadowolenie u tych, co deklarują produkcję głównie na własny użytek, jednakże urzędnicy skarbowi mają swoje racje, nie tylko związane z dodatkowymi wpływami finansowym.
Odpowiednie oznakowanie alkoholu daje bowiem pewność, że produkt spełnia określone normy spożywcze, czego nie gwarantują nalewki domowe.
Przepisy chronią też rynek przed nadmiernym napływem zagranicznych wyrobów. Nie tylko Polacy potrafią bowiem produkować alkohol na własny użytek.
Bez obecnych regulacji prawnych mali, regionalni producenci na pewno zyskaliby na znaczeniu. Jednak nie ma gwarancji, że byliby to akurat polscy producenci.

 

Degustacja czy sprzedaż

Przepisy są jasne – w Polsce legalnie mogą być sprzedawane tylko wyroby alkoholowe z polskimi znakami akcyzy.
Producenci narzekają jednak, że utrudnieniem dla nich jest brak możliwości przeprowadzenia degustacji ich własnych alkoholi podczas imprez plenerowych. I nie ma znaczenia, że jest ona bezpłatna, a oferowany trunek to nalewki często domowej receptury.
Tyle, że – o czym producenci wolą już nie wspominać – taka degustacja często zamienia się właśnie w sprzedawanie.

 

Czy minister doceni?

Nowy szef resortu rolnictwa, Jan Krzysztof Ardanowski uważa, że produkcja przez rolników różnych destylatów i okowit oraz nalewek powinna być zalegalizowana, tak jak ma to miejsce w wielu krajach Unii Europejskiej.
Minister docenia bowiem turystyczną i promocyjną wagę lokalnych wyrobów alkoholowych, gdyż nalewki w Polsce mogą pełnić taką samą funkcję, jak whisky w Szkocji czy bourbon we Francji.
Za tymi opiniami nie idą jednak propozycje kroków prawnych, zaś rynek kolorowych alkoholi traci także na tym, że akcyza zawarta w cenie 0,5 litra napoju spirytusowego (40 proc. alkoholu) jest 36 razy większa niż akcyza zawarta w cenie 0,5 litrowej butelki piwa (4 proc. alkoholu), co oczywiście odbija się na cenie.
Trudno jednak oczekiwać, że najwyższe władze państwowe zaczną finansowo zachęcać do kupowania mocnych trunków.