Przeciw przemocy policji

W czwartek, 9 sierpnia 2018 r. ulicami Warszawy przeszedł marsz protestacyjny przeciwko upolitycznianiu policji, przeciw policyjnej przemocy. Ministrze Brudziński, widzimy, co robisz!

 

Upolitycznienie policji i przemoc stosowana przez policję nie jest wynalazkiem obecnej władzy. Dotąd boleśnie doświadczali jej członkowie organizacji anarchistycznych i ekologicznych, aktywiści ruchów lokatorskich protestujący przeciw eksmisjom, osoby bezdomne, ubogie, dotknięte różnymi formami wykluczenia. Jednak chyba nigdy po 1989 r. policja nie była w takiej skali wykorzystywana przeciw tak dużej części społeczeństwa, której jedyną przewiną jest brak akceptacji polityki obecnej władzy i dokonywanie różnych czynów obywatelskiego nieposłuszeństwa. I nigdy dotąd policyjna przemoc wobec obywateli nie była zjawiskiem nie tylko krytym, ale w pełni aprobowanym i wręcz chwalonym (vide wypowiedzi ministra Brudzińskiego).
Podsłuchy i inwigilacja działaczy opozycyjnych. Nachodzenie w domach, wypytywanie rodzin i sąsiadów. Nagminne legitymowanie i spisywanie bez podania podstawy faktycznej takiej interwencji. Wielogodzinne zatrzymania podczas demonstracji, bez stawiania zarzutów. Brutalne unieruchamianie osób nie stawiających oporu, najczęściej poprzez powalanie na ziemię i przyduszanie kolanami przez kilku funkcjonariuszy. Powodowanie dotkliwych obrażeń fizycznych. Wyrywanie i wyprowadzanie pojedynczych osób z tłumu demonstrujących. Zakuwanie w kajdanki, często z tyłu, co zgodnie z prawem może mieć miejsce wyłącznie wobec osób agresywnych i niebezpiecznych. Przemoc fizyczna we wnętrzach radiowozów. Wywożenie w nieznanym kierunku. Uniemożliwianie kontaktu z adwokatem. Zastraszanie. Upokarzające rewizje osobiste, całkowicie nieuzasadnione powagą zarzutów. Użycie gazu łzawiącego wobec demonstrantów pod Pałacem Prezydenckich, bez powodu i bez ostrzeżenia. Preparowanie absurdalnych oskarżeń (propagowanie ustroju totalitarnego, obraza pomników) i uruchamianie całej machiny policyjnych fachowców do ścigania takich „zbrodni”, jak namalowanie zmywalną farbą napisu PZPR czy ubranie w koszulkę z napisem „Konstytucja” pomnika prezydenta. Rewizje w samochodach i domach, grożenie wystawieniem listu gończego w przypadku nieobecności osoby inkryminowanej, rekwirowanie elektroniki, szukanie wszelkich „haków”. Totalna amnezja lub kłamstwa płynące z ust policjantów na salach sądowych.
To nasz obecny świat – świat aktywistów opozycji ulicznej, niemal niewidzialny dla mediów demokratycznego mainstreamu, lżony i zaszczuwany przez propagandę pisowską, nieznany szerszej opinii publicznej.
A w drugiej części świata – całkowita polityczna aprobata dla neofaszyzmu i totalna bierność policji lub wręcz wspieranie neofaszystowskich imprez. Tak było 11 listopada ubiegłego roku, gdzie na trasie tzw. Marszu Nieodległości nie uświadczyłeś ani jednego umundurowanego policjanta, a na interwencję policji wobec bicia i lżenia czternastu kobiet protestujących przeciw faszyzmowi trzeba było czekać godzinę. Tak było, o wstydzie, 1 sierpnia tego roku, w rocznicę Powstania Warszawskiego, gdy mimo rozwiązania marszu ONR przez Urząd Miasta Warszawy policja zapewniła jego uczestnikom eskortowane przejście do Placu Zamkowego. I tak było we Wrocławiu, podczas promocji książki inspirowanej hitlerowską „Mein Kampf”, gdzie po rozwiązaniu imprezy przez Urząd Miasta Wrocławia policja bez żadnej reakcji przyglądała się jej kontynuowaniu.
Dlatego protestujemy. Przeciw nierównemu traktowaniu przez policję różnych sił politycznych, na zlecenie ministra spraw wewnętrznych. Przeciw naginaniu przepisów. Przeciw stawianiu polecenia przełożonego ponad ochroną konstytucjonalnych praw obywatelskich. Przeciw używaniu policji do brudnych politycznych interesów ministra, nomen omen, Brudzińskiego czy jakiegokolwiek innego przedstawiciela obecnej władzy i każdej władzy w przyszłości.

 

„Nie” dla upolityczniania policji!

Dokładnie obserwuję działania władzy, która w sposób niebywały upolitycznia policję i rozpowszechnia publiczne kłamstwa, aby to ukrywać.
Dlatego też jutro wezmę udział w proteście pod siedzibą Komendy Stołecznej Policji.
Zapraszam przede wszystkim tych z Państwa, którzy zderzyli się z opresją funkcjonariuszy w trakcie protestów obywatelskich przeciwko marszom nienawiści faszystów i przeciwko władzy, która niszczy organy konstytucyjne RP.
Mimo nienotowanych dotąd braków kadrowych w policji, stać władze na żywopłoty złożone z tysięcy policjantów na prywatnych imprezach szeregowego posła PiS.
Wyraźnie widać, że głównym zadaniem policji dzisiaj nie jest ściganie przestępców, ale obsługa uroczystości partii rządzącej, oraz podsłuchiwanie, inwigilowanie i nękanie politycznej opozycji.
Nie ma mojej zgody na szczucie przez policję ludzi, pokojowo protestujących w obronie swoich konstytucyjnych praw.
Nie dla upolityczniania policji!

Adam Mazguła

Głos lewicy

Prezydent nic nie znaczy

– Złodziejowi nie daje się pieniędzy na przechowanie i powierzenie Andrzejowi Dudzie, który łamie konstytucję, zmiany tej konstytucji jest czymś niewyobrażalnym – ocenił Włodzimierz Czarzasty w programie „Kwadrans Polityczny”.
– Prawo i Sprawiedliwość przyjęło takie stanowisko, że odrzuciło projekt referendum, pewnie wynika to z jakiejś gry politycznej – powiedział lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
– Niewątpliwie pokazali, że prezydent Andrzej Duda nic nie znaczy, co zresztą dla znacznej części społeczeństwa nie jest nowością – dodał Czarzasty.
– Dziwię się opozycji parlamentarnej, że nie operuje jasnym językiem: wszystkie winy zostaną rozliczone, a wszyscy winni, jeżeli będą na to zasługiwali trafią do więzienia – stwierdził przewodniczący Sojuszu.
– Chcę tylko powiedzieć prokuratorom i sędziom: wiecie dobrze, że prawo jest łamane, w związku z tym, jeśli się godzicie na współpracę z ludźmi, którzy łamią prawo, i dajecie swoje nazwiska do dyspozycji politycznej w Krajowej Radzie Sądownictwa albo w Sądzie Najwyższym, to wiedzcie o tym, że jeśli w sposób zbiorowy prawa nabyte się jakiejś grupie zabiera, to powinna być ustawa by w sposób indywidualny wam emerytury zabrano, czy ograniczono o połowę – ostrzegał.

 

Dawno temu

Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca porządkuje rzeczywistość polityczną:
Czytam wezwania z prawej i lewej do zakończeniu projektu III RP. Jest to ciekawe doświadczenie. Przypominam sobie dzięki temu, jak to się nam układa:
Dawno temu I RP, do rozbiorów,
potem Zabory,
potem II RP,
potem wojna,
potem PRL,
potem III RP.
Warto pamiętać, tak o poranku, kiedy kawa nie bulgocze jeszcze w ekspresie, że idea IV RP powstała na prawicy, w kręgach PiS (choć twórca tej koncepcji świadomie od niej się oddala). Sama obecność tego pojęcia w przestrzeni publicznej wpływała na nieustanną możliwość kontestacji III RP.
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, można zapytać krojąc chleb na kanapki. Otóż ma: jeśli lewica bowiem (nawet ta, która nie jada świadomie chleba, więc nie robi sobie rano kanapek) ogłasza koniec III RP, to pośrednio przyznaje rację koncepcji IV RP, która od lat istnieje i jest mocno prawicowa. Tak działa ramowanie językowe, a nie wolny rynek.
Kiedy więc wyciągam z lodówki masło i dżem, to wydaje mi się, że skoro pragniemy końca III RP, to używajmy po prostu nazwy „Polska”, bez jakichkolwiek numerów z przodu lub też z tyłu. Mieszam więc łyżeczką kawę z miodem i myślę sobie, że taka Polska, to miejsce, gdzie mieszka każdy, kto chce być Polką lub Polakiem i nikt mu nie musi wydawać na to zgody, ani specjalnego glejtu.
A potem to już myślę sobie, że na obiad, to może nawet ziemniaki z kefirem, bo w końcu lato.

 

W obronie dziadka z chrzanem

Wszystkich zainteresowanych i wspierających zapraszamy w piątek 27 lipca o godz. 16:00 na Plac Bankowy gdzie odbędzie się protest w obronie Babci z czosnkiem i dziadka z chrzanem! Walkę o wolność handlu obnośnego czas zacząć!
Piotr Ikonowicz zaprasza na manifestację.

Stan krytyczny

Lubelskie, Wielkopolskie, a teraz Podkarpackie. Mamy do czynienia z masową odmową pracy przez pracowników publicznych placówek służby zdrowia. W środę pacjentów przestały przyjmować placówki w Rzeszowie i kilku innych ważnych miastach województwa.

 

Jeszcze nie został ugaszony pożar w lubelskiej służbie zdrowia, w całym kraju trwają twarde potyczki negocjacyjne pomiędzy zbuntowanymi pracownikami szpitali, a kierownictwem placówek, a do walki stanęły kolejne jednostki. Kliniczny Szpital nr 2 im. Św. Królowej Jadwigi w Rzeszowie, Wojewódzki Szpital im. Zofii z Zamoyskich Tarnowskiej w Tarnobrzegu i Szpital Powiatowy im. Edmunda Biernackiego w Mielcu wstrzymały planowe przyjęcia. Powód? Brakuje pielęgniarek – duża część zatrudnionych przedstawiła zwolnienia lekarskie.

Nie ma jednak obaw co do przyjmowania pacjentów w stanie zagrożenia życia. Pracownicy są odpowiedzialni i nie dopuścili do zamknięcia Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Pozostali pacjenci są przewożeni do innych jednostek w województwie podkarpackim.

Fala buntów objęła m.in. Kliniczny Szpital nr 2 w Rzeszowie – największą placówkę w regionie. Zatrudnieni wskazują, że dyrekcja bez konsultacji wprowadziła szereg niekorzystnych dla nich zmian dotyczących organizacji i warunków pracy. Związki zawodowe podkreślały, że nie odbyły się tej sprawie żadne rozmowy. Po prostu pewnego dnia rzeczywistość zmieniła się na gorszą.

Wkrótce do strajku przyłączyli się pracownicy dwóch innych jednostek z Podkarpacia. W szpitalu wojewódzkim nr 2 do pracy w 2 lipca nie przyszło 186 pielęgniarek na 905 zatrudnionych, 116 położnych i 85 fizjoterapeutów; w Tarnobrzegu 70 pielęgniarek na 364 zatrudnione. Natomiast w szpitalu powiatowym w Mielcu od 29 czerwca nie stawiło się 135 pielęgniarek na 437 zatrudnionych. Wszystkie dostarczyły zwolnienia lekarskie, większość z nich dotyczy krótkiej nieobecności – trzech dni.

„Karetki cały czas pracują i jest zabezpieczone leczenie tych nagłych przypadków. Szpitale funkcjonują w tzw. systemie ostrym, a więc nie przyjmują pacjentów planowych, wstrzymują planowe, nie zagrażające życiu, operacje” – powiedział Władysław Ortyl, marszałek województwa.

Spór zbiorowy między dyrekcją i związkami zawodowymi trwa w rzeszowskim szpitalu od marca – związkowcy domagają się zwiększenia zatrudnienia w poszczególnych grupach zawodowych, płatnych urlopów szkoleniowych i podwyżek. Obecnie zarządzający placówką zachęcają pacjentów, by do czasu zakończenia protestu korzystali ze świadczeń w innych jednostkach z uwagi na utrudnienia w postaci przesunięć terminów zabiegów. Dyrekcja rozważa ponadto możliwość łączenia niektórych oddziałów i zapewnia, że w razie potrzeby umożliwi transport chorych do sąsiadujących szpitali.

Przywróć Monikę!

Przywrócić Monikę, wyrzucić Milczarskiego! – skandowało około dwustu osób przed siedzibą zarządu PLL LOT na warszawskim Okęciu. Pracownicy, związkowcy, lewicowi działacze i działaczki piętnowali łamanie praw pracowniczych w spółce i wskazywali, że w ślepej pogoni za zyskiem zarząd naraża na niebezpieczeństwo także pasażerów.
Monika, główna bohaterka demonstracji, to oczywiście Monika Żelazik – przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, wbrew przepisom wyrzucona z pracy w PLL LOT, faktycznie za działalność związkową i mobilizowanie zatrudnionych w firmie do walki ze śmieciowym zatrudnieniem. Uczestnicy protestu nie szczędzili jej słów uznania za odwagę i determinację. Pod adresem LOT-u i jego zarządu komplementy już nie padały. Przewodniczący OPZZ Mazowsze Piotr Szumlewicz przypomniał, że bezprawne zwolnienie Żelazik nie jest pierwszym przypadkiem represjonowania działaczki związkowej w linii lotniczej, można raczej mówić o kontynuowaniu skandalicznej tradycji. Przywołując odpowiednie przepisy dowiódł, że powszechne w spółce zatrudnianie na umowach śmieciowych czy w oparciu o umowy business-to-business (drugi „business” to np. pilot) to łamanie prawa. Podkreślał również, że tworząc warunki, w których pracownicy wykonują swoje obowiązki chorzy lub przemęczeni, zarząd LOT stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa pasażerów. Równie bezlitosny dla prezesa LOT-u Rafała Milczarskiego był lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej Piotr Ikonowicz. Obecni na proteście reprezentanci i reprezentantki Inicjatywy Pracowniczej, warszawskiego okręgu partii Razem, Inicjatywy Polskiej i Pracowniczej Demokracji wzywali do solidarnego występowania w obronie praw pracowniczych i reagowania na ich łamanie. Podkreślano, że w dniu, gdy odbywa się demonstracja, w siedzibie LOT ma miejsce wystawna gala, na której zarząd spółki chwali się wynikami finansowymi spółki. Oczywiście nie ma tam mowy ani o śmieciowym zatrudnieniu, ani o tym, na co również zwracali uwagę mówcy – LOT działa jak piramida finansowa, szybko mnożąc liczbę połączeń i kierunków, by nowe mogły finansować starsze.

Wkurzeni górnicy, wkurzeni weterani

Około tysiąca osób 19 czerwca usiłowało wedrzeć się do budynku Rady Najwyższej w centrum Kijowa. Akcję protestacyjną zorganizowali górnicy wydobywający węgiel kamienny, ale również weterani i ofiary katastrofy w Czarnobylu. Sprzeciwiali się drastycznym cięciom świadczeń.

 

Do dzielnicy rządowej sprowadzono wzmocnione patrole Gwardii Narodowej oraz specjalne jednostki do negocjowania z uczestnikami manifestacji. Mimo to doszło do starć z policją.
Prezydent Poroszenko obciął emerytury oraz odszkodowania wypłacane ofiarom katastrofy atomowej. Postanowiono również zamknąć niektóre kopalnie – choć górnicy nie otrzymali jeszcze ponad 29 milionów dolarów zaległych pensji.

Na górników z Donbasu przypada prawie połowa sumy długu: 400 mln hrywien (15 milionów dolarów), z czego 186,7 milionów (7 milionów dolarów) należy się pracownikom państwowego przedsiębiorstwa „Selidowulog”.

„Górnicy z całej Ukrainy przyjechali do Kijowa. Zebraliśmy pod budynkiem Rady Najwyższej Ukrainy. W państwowym sektorze węglowym powstała krytyczna sytuacja. Zaległości w wypłatach dla górników państwowych przedsiębiorstw górniczych wynoszą 761,1 miliona hrywien” – informował w dniu protestu na Facebooku przewodniczący Niezależnego Związku Zawodowego Górników Ukrainy Michaił Wołyniec.

Razem z resztą pikietujących domagał się od rządu zmiany w ustawie o budżecie na bieżący rok, która zagwarantowałaby odpowiednie finansowanie przemysłu węglowego i wypłatę choć części zaległych wynagrodzeń dla pracowników. Praktycznie we wszystkich państwowych kopalniach górnicy czekają na pensje i powoli tracą cierpliwość.

Do protestujących wyszła pierwsza wiceprzewodnicząca Rady Najwyższej Iryna Heraszczenko, aby uspokoić nastroje. Obiecała im utworzenie grupy inicjatywnej, która ma lobbować na rzecz protestujących i negocjować z rządem. Protestujący zgodzili się – teraz czekają na efekty obietnic. Zapowiadają, że jeśli będzie trzeba, przyjadą po raz drugi.

– Mamy zagwarantowaną opiekę medyczną, transport oraz socjal. Prezydent zabrał nam jednak już prawie wszystko. Resztę zabiorą zimą. Jak długo mamy to wytrzymywać? – mówił mediom jeden z uczestników protestu.

Pielęgniarki chore z bezsilności

Najpierw pielęgniarki z Lublina zaczęły masowo odchodzić na przedłużające się L4. Teraz tę strategię zastosowały ich koleżanki z Biłgoraja. To najwyraźniej jedyny sposób, aby zmusić pracodawców do refleksji nad tym, że ich wynagrodzenia w tym regionie należą do najniższych w Polsce.

 

Lublinowi się udało: wywalczył 1000 zł podwyżki. Ale szpital udawał, że problemu nie widzi. Dopiero kiedy na zwolnienia poszło 20 procent załogi, dyrekcji zaświtało w głowie, że może chodzić o podwyżki.
Na spotkaniach z pracownikami pojawiały się głosy od pielęgniarek, że ich wynagrodzenia są za niskie i że chcą podwyżek. Nie dostałem jednak żadnego oficjalnego komunikatu dotyczącego np. proponowanych kwot – tłumaczył się w mediach dyrektor Tomasz Kwiatkowski.
Niedomyślni
Ale ze strony pielęgniarek wygląda to nieco inaczej:
– Ponad 130 pielęgniarek z biłgorajskiego szpitala ma 1700–1800 zł brutto zasadniczego wynagrodzenia i to są już kwoty po dodaniu tzw. zembalowego. Wcześniej było to nawet 1400 zł brutto. To jedne z najniższych zarobków pielęgniarek w woj. lubelskim – mówiła Maria Olszak-Winiarska, przewodnicząca Zarządu Regionu Lubelskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.
Ale wypowiedzi dyrektora każą przypuszczać, że i tak o on uważa się tu za najbardziej pokrzywdzonego: – W związku z nieobecnością części pielęgniarek w pracy byliśmy zmuszeni do zamknięcia oddziału chorób wewnętrznych i przeniesienia pacjentów na inne oddziały, a także wstrzymania zabiegów planowych i pobytów diagnostycznych. Musimy się też posiłkować personelem z sąsiednich szpitali, a także z nocnej i świątecznej opieki. Jest to smutna sytuacja. Powiem szczerze, że widok pustych łóżek i szpitala jest jednym z najbardziej przykrych widoków dla lekarza.
Smutny widok
Bardzo smutnym widokiem dla wykwalifikowanego pracownika jest również przelew w wysokości 1700 zł, mogę się założyć.
– Wynagrodzenia są regulowane ustawą. Trudno mówić o jakichkolwiek podwyżkach, bo spółka jest w stanie upadłości i nie może zaciągać żadnych zobowiązań – oświadczył dyrektor. W poniedziałek 18 czerwca odbyło się spotkanie z udziałem przedstawicieli władz województwa, starosty i NFZ. Przekonywano pielęgniarki, że „działają na szkodę szpitala”. Był też syndyk zarządzający placówką.
Zapomnijcie o podwyżkach
– Proszę się uspokoić i wrócić do pacy wykonujemy kontrakt i to jest najlepsza droga do tego, żeby udało nam się szpital płynnie przeprowadzić przez ten trudny okres – apelował do pielęgniarek.
Starosta też nie widział nadziei na podwyżki: – To prosta droga do likwidacji szpitala, który jest przecież bardzo potrzebny w Biłgoraju. Zależy nam na tym, żeby on funkcjonował. Ale przy ograniczonej ilości oddziałów automatycznie ograniczamy ilość procedur, a co za tym idzie zmniejszają się środki z NFZ. Należy wykonywać więc jak najwięcej procedur, a do tego potrzebni są pracownicy.
Porozumienia nie ma. Pielęgniarki apelują ze swojej strony o racjonalizację płac. A dyrekcja czeka na uprawomocnienie się wyroku o upadłości. Wtedy, jak podaje lokalna prasa, zaistnieje szansa, że szpital zostanie przejęty np. przez starostwo powiatowe.

W obronie działaczki

Środowiska dziennikarskie, naukowe i kulturalne protestują przeciwko skandalicznemu wyrzuceniu z Polskich Linii Lotniczych LOT przewodniczącej związku zawodowego. „Sprawa Moniki Żelazik urasta do rangi symbolu kolosalnego regresu praw pracowniczych i związkowych w Polsce” – czytamy w liście do szefa polskiego rządu.

 

Wygląda na to, że sprawa Moniki Żelazik może zakończyć postrzeganie gabinetu Mateusza Morawieckiego jako władzy „propracowniczej”. Po tym, jak pod koniec maja prezes LOT Rafał Milczarski zadecydował o dyscyplinarnym zwolnieniu przewodniczącej Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, temat ten wywołuje sporo emocji, szczególnie, że głównym nadzorcą spółki lotniczej jest przyjaciel premiera, sekretarz stanu w ministerstwie infrastruktury Mikołaj Wild.

To właśnie ten człowiek tuż przed zwolnieniem działaczki nawoływał do rozliczenia winnych strat, jakie poniosła spółka poprzez przymierzanie się do strajku, czyli związkowców. – Trzeba się pochylić nad szkodami, które LOT poniósł, w wyniku nawoływania do bezprawnych działań – mówił Wild. Warto pamiętać, że według obowiązujących przepisów, nie ma możliwości ukarania pracowników za działania nagłaśniające warunki zatrudnienia czy informowanie opinii publicznej o nadchodzącym strajku. Wkrótce po tych słowach Żelazik została zwolniona, a prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie prowadzenia przez nią… działalności terrorystycznej.

W piątek na biurko Morawieckiego trafił list podpisany przez znane osobistości. Sygnatariusze, czyli Marek Borowski, Jarema Dubiel, Piotr Ikonowicz, Olgierd Łukaszewicz, Sławomir Sierakowski, Jadwiga Staniszkis, Maciej Wiśniowski, Henryk Wujec i Jacek Żakowski zwracają uwagę szefa rządu na to, że w państwowej spółce „doszło do skandalicznego złamania prawa”. „To, że dziś pan premier sprawuje swoją funkcję, że mamy demokratyczne wybory, to wszystko zaczęło się od strajku powszechnego z jednym zasadniczym żądaniem, żądaniem wolności związkowej” – przypominają.

– W sytuacji tak drastycznego łamania podstawowych praw pracowniczych każdy przyzwoity człowiek, a na pewno każdy człowiek lewicy powinien wesprzeć Monikę Żelazik – powiedział redaktor naczelny Strajku.eu Maciej Wiśniowski, jeden z sygnatariuszy listu.

Nie jest to jedyna inicjatywa wsparcia dla represjonowanej związkowczyni. Na stronie Nasza Demokacja każdy może podpisać petycję z żądaniem przywrócenia do pracy Moniki Żelazik i zakończenia antypracowniczych represji w LOT.

Jednym z pomysłodawców tej akcji jest Jakub Baran z krakowskiego okręgu Partii Razem.

– Zwolnienie Moniki Żelazik za działalność związkową to symbol tego, jak wygląda »narodowy kapitalizm«, który chce budować nad Wisłą Mateusz Morawiecki – mówi działacz w rozmowie ze Strajk.eu. – Prawo i Sprawiedliwość twierdzi, że jest »najbardziej prospołecznym rządem po 89 roku«, a w praktyce zachowuje się tak jak wszystkie ekipy w III RP, przykłada rękę do łamania praw pracowniczych, represji za działalność związkową, do wyzysku i folwarcznych stosunków pracy. Monika Żelazik to Anna Walentynowicz naszych czasów, walcząc o przywrócenie jej do pracy, walczymy o prawa nas wszystkich – dodaje Baran.

„Monika Żelazik miała stanąć na czele strajku przeciwko śmieciowemu zatrudnieniu u narodowego przewoźnika. Kierownictwo kontrolowanej przez Skarb Państwa spółki stosuje nielegalne represje za działalność związkową. Wyrzucenie przewodniczącej związku jest próbą zastraszenia pracownic i pracowników LOT” – czytamy w petycji.

Brońmy zwolnionej działaczki związkowej!

Rada OPZZ województwa mazowieckiego i Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego zapraszają na pikietę, która odbędzie się w środę, 13 czerwca o 16.30 przy ul. 17 Stycznia 49.

 

Podczas demonstracji wspólnie wyrazimy sprzeciw wobec dyscyplinarnego zwolnienia przewodniczącej ZZPPiL, Moniki Żelazik przez zarząd Polskich Linii Lotniczych LOT. Uważamy, że zarzuty wobec Żelazik są bezpodstawne i stanowią część nagonki na związki zawodowe, która od wielu tygodni trwa w PLL LOT. Prezes spółki, Rafał Milczarski zarzuca Żelazik działania na niekorzyść spółki, psucie jej wizerunku, jak też stwarzanie niebezpieczeństwa dla pasażerów. Za wskazywanie nieprawidłowości w funkcjonowaniu firmy, walkę o wyższe standardy bezpieczeństwa i lepsze warunki pracy nie powinno się karać, a raczej nagradzać. Narodowy przewoźnik powinien szczególnie dbać o standardy bezpieczeństwa i jakość pracy pracowników. Ponadto prawo pracy nie przewiduje kar dla pracowników za informowanie opinii publicznej o tym, że są oni niezadowoleni z warunków pracy, zaś groźby i szykany wobec związków zawodowych są sprzeczne z Konstytucją RP i ustawą o związkach zawodowych. Zarząd PLL LOT nie tylko nie dba o godne warunki pracy, ale też łamie podstawowe prawa pracownicze i dąży do zastraszenia związków zawodowych, których działanie stanowi ważny element demokratycznego państwa prawa. Dlatego apelujemy o natychmiastowe przywrócenie do pracy zwolnionej dyscyplinarnie działaczki. Wspólnie pokażemy, że nie godzimy się na prześladowania związkowców!
(…) W imieniu Rady OPZZ województwa mazowieckiego zdecydowanie popieram działania związkowców PLL LOT. Celem akcji związków zawodowych jest dobra zmiana w transporcie lotniczym. Rozwiązania przyjęte przez zarząd PLL LOT są szkodliwe dla pracowników i niebezpieczne dla pasażerów. Personel lotniczy obciążany jest coraz większą liczbą obowiązków, których nie powinny wykonywać stewardessy czy kapitanowie. Związkowcy protestują przeciwko umowom śmieciowym w branży i oszczędnościom dokonywanym kosztem bezpieczeństwa pasażerów.

Balkon z widokiem na demokratyczną uczelnię

– To ostatni dzwonek, by wyrazić sprzeciw wobec złych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym. Być może środowisko akademickie właśnie to zrozumiało – powiedziała mi Karolina Grzegorczyk, studentka w Instytucie Kultury Polskiej UW, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. W momencie, gdy piszę te słowa – także uczestniczka protestu przeciwko reformie Jarosława Gowina, jedna z tych, którzy spędzają noc na balkonie siedziby rektora uniwersytetu. Tego, że zaprotestują, nie spodziewał się nikt. I tylko dzięki temu w ogóle udało im się zacząć.

 

W środę, o wpół do dziesiątej grupa studentów/ek, doktorantek/ów, wykładowców i wykładowczyń akademickich weszła na balkon pierwszego piętra Pałacu Kazimierzowskiego, jednego z zabytkowych budynków na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego. Rozwinęli transparenty: „Żądamy demokratycznych uniwersytetów” wielkimi czarnymi literami na czerwonym tle, obok „Samorządność naszą bronią” uzupełnione antyfaszystowskim emblematem trzech strzał.

Mają jedenaście postulatów. Najbardziej nośne – chcemy zachowania autonomii uniwersytetów od politycznych nacisków, oczekujemy, że akademia będzie bardziej demokratyczną społecznością, nie godzimy się na likwidowanie uczelni w mniejszych miastach i tym samym wzmacnianie nierówności w dostępie do oświaty na poziomie wyższym. To oczekiwania, które odnoszą się wprost do ustawy Gowina. Szumnie nazywana „Nauką 2.0” ustawa, jaką pomysłodawca chciałby przepchnąć do początku przyszłego roku akademickiego, przewiduje bowiem wprowadzenie Rad Uczelni złożonych w połowie z ludzi z zewnątrz, na kształt rad nadzorczych. Do tego planowane jest pozbawienie słabszych uczelni możliwości nadawania stopnia doktora habilitowanego, co będzie oznaczało, że karierę naukową poza najważniejszymi ośrodkami robić będzie bardzo trudno.

Ale program protestujących przewiduje również walkę o zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe, by szło na ten cel przynajmniej 2 proc. PKB, postulat wzmocnienia praw pracowniczych na uczelniach, uzdrowienie kwestii socjalnych (więcej akademików i domów młodych naukowców, waloryzacja stypendiów), gwarancji, by badacze w dziedzinach humanistycznych i społecznych mogli publikować po polsku.

To hasła w kontrze nie tylko do działań PiS. Bo, jak podkreśla Karolina Grzegorczyk, zapisy z ustawy Gowina częściowo są kontynuacją zmian wprowadzonych przez minister Barbarę Kudrycką, o silnym neoliberalnym, urynkowiającym charakterze. Konsekwencje tych zmian będą odczuwalne przez najbliższe dekady, mówi.

 

Balkon należy do nas wszystkich

Już kilkanaście minut po starcie protestu Straż Uniwersytecka próbowała usunąć transparenty, ale demonstranci jej to uniemożliwili. Przed dziesiątą obok strażników stanął rektor UW Marcin Pałys, nad wyraz stanowczy: – Jeśli będziecie organizować życie w moim gabinecie tak, jak się państwu podoba, będzie potrzeba użycia Straży Uniwersyteckiej. Proszę o zawieszenie tego protestu, o wyłonienie trzyosobowej reprezentacji.

– Uniwersytet jest nas wszystkich i wszyscy chcemy się wypowiedzieć, żeby nikt nami nie rządził po swojemu – odpowiada Sebastian Słowiński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Zebrani powtarzają: protest nie będzie zawieszony. Ostatecznie delegacja zostaje wyłoniona, spotyka się z rektorem w gabinecie, napięta atmosfera ustępuje. Ale transparenty i manifestanci nie opuszczają balkonu.

Co dalej? Naradzają się i głosują, siedząc na materacach, opierając się o zabytkowe barierki, albo po prostu stojąc obok cokolwiek ponurego czarnego transparentu z napisem Nauka Niepodległa i zapasów prowiantu (dominują chipsy, profesor Andrzej Leder żartem skomentuje potem: czasy się zmieniają, kiedy studenci strajkowali na UW w latach 80., sympatycy przynosili im głównie chleb i zupę w słoikach). Część stoi, bo na balkonie nie ma miejsc do siedzenia dla około trzydziestu osób. Do tego naturalny odruch ciekawości, skłaniający, by wstać i wyglądać na dół: zbierają się zwolennicy? Dotarły do społeczności akademickiej informacje o dalszych planach na Wolne Dni Akademii, bo tak nazwano protest?

Kiedy obwieszczają, że protest będzie kontynuowany na warunkach, które akceptuje rektor, a więc powstanie pisemny wniosek i zostaną wskazani organizatorzy, a na balkon można wchodzić i wychodzić od siódmej do dwudziestej, na dole jest mniej więcej tyle osób, co na górze. Potem, w niektórych momentach, obserwatorów i sympatyków przybędzie, ale tłum się nie zgromadzi. Wśród tych, którzy staną na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim, usiądą w cieniu budynku naprzeciwko albo na drodze wewnętrznej, kiedy z miniwykładami będą występowali Maciej Gdula, Andrzej Leder i Ewa Majewska, na oko najwięcej jest dziewczyn-studentek. Dają się zauważyć osoby, które, widać po przypinkach, na niejednej demonstracji już były w ciągu ostatnich dwóch lat: Czarny Protest, tęcza, strajk kobiet…

 

Otworzyć ludziom oczy

– Dlaczego tu jestem? Bo… zgadzam się z tymi jedenastoma punktami programu, z którymi oni występują – mówi mi jedna z uczestniczek protestu, w oczekiwaniu na wystąpienie prof. Ledera, trochę niepewnie, jakby w podświadomym przekonaniu, że protest na uczelni to coś tak niespotykanego, że aż dziwnego, trudnego do uzasadnienia… Kilkanaście razy zresztą zobaczę momenty zdziwienia, nieoczekiwane powitania: „Cześć! Ty też tu jesteś?”, „To ty, też przyszedłeś?”.

Mówi mi na balkonie Tadek, student, aktywista w Studenckim Komitecie Antyfaszystowskim: ogólnie społeczność akademicka, jak zwykle, chyli się ku bierności. Nic nie robią, ani nie są za, ani przeciw, ani nie wiedzą, o co chodzi. Poza rektorem, który jest za, bo tak naprawdę to on napisał tę ustawę, i może częścią pracowników naukowych, którzy dostrzegają, że zapisy nowego prawa dotyczą bezpośrednio ich pracy. Ten protest jest też po to, żeby otworzyć ludziom oczy, zacząć prawdziwą debatę.

Mówi Karolina Grzegorczyk: świadomość sensu zmian jest wśród moich rówieśników bardzo różna. W tej ustawie są zapisy, które są oburzające, ale godzą w wartości abstrakcyjne, jak autonomia nauki, nie ma wielu punktów, które dotykają codziennego życia studentów. Większa mobilizacja jest widoczna w środowiskach, które są aktywne na innych polach, czy to feministycznym, czy antyfaszystowskim, czy też ściśle związanym z kwestiami szkolnictwa wyższego.

 

Co myśli rektor, co myśli doktorant

– Środowisku dobrze zrobiłoby spotkanie w równościowej formule poza tradycyjnymi hierarchiami, w której głos każdego i każdej może zostać wysłuchany. Co innego służy naukom ścisłym, a co innego humanistyce. O czym innym myśli rektor, o czym innym doktorant – tak Łukasz Moll, lewicowy aktywista, który niedawno skończył pisanie pracy doktorskiej, odpowiada mi na pytanie o to, czy popiera sformułowane w Warszawie postulaty i jak naprawdę uzdrawiać polską naukę. – Sprzeciw wobec reformy Gowina to dobry moment, żeby zacząć dyskusję. Mam nadzieję, że inne uczelnie pójdą za przykładem UW, bo to ostatni dzwonek, żeby w tej ustawie coś wyprostować, wywrzeć nacisk na parlament i prezydenta. Potrzebni będą lokalni liderzy, za którymi pójdą mniej rozpoznawalni pracownicy, doktoranci czy studenci.

Ale nawet media sprzyjające protestowi zdają się nie wierzyć, że podobny scenariusz byłby możliwy, nazywając protest na balkonie„rozpaczliwą odpowiedzią” na niechcianą ustawę. Morale rośnie w ciągu dnia. Kiedy prof. Andrzej Leder dzieli się wspomnieniami i refleksją o strajkach studenckich, okraszony refleksją nad tym, czym jest autorytaryzm i jak jest powoli budowany we współczesnej Polsce, atmosfera jest już radośniejsza. Do protestujących docierają kolejne wyrazy poparcia: od Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, NSZZ „Solidarność”, partii Razem, wreszcie od studentów i młodych naukowców z innych ośrodków, którzy w internecie z radością udostępniają zdjęcia, piszą: dziękujemy! Nareszcie!

A przecież protestujący muszą też widzieć ludzi, kompletnie obojętnie załatwiających swoje sprawy w biurach na parterze Pałacu Kazimierzowskiego, wchodzących i wychodzących bez najmniejszego zainteresowania zbiegowiskiem i transparentami.

Nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że kilkadziesiąt metrów od rektoratu na ławeczkach młodzi ludzie cieszą się słoneczną pogodą, kompletnie nieświadomi tego, jak spektakularną akcję zorganizowali ich koleżanki i koledzy.

Kiedy wieczorem w dniu rozpoczęcia protestu pod Pałac Kazimierzowski przychodzi pikieta z poparciem, wołając „Wolność, równość, autonomia”, protestujący – kilkanaścioro osób, które zostają na balkonie na noc – odwdzięczają się śpiewem „Solidarność naszą bronią”. Podchwytują zaintonowany przez przybyłych, tym razem już nie studentki, a głównie ludzi, którzy już edukację dawno skończyli, okrzyk „Gowin precz!”.

To nie jedyny bardziej radykalny akcent niż wystąpienia poranne. – Od tego, jakie wartości zostaną nam przekazane na uniwersytecie, zależy to, jak będzie wyglądał ten kraj. Jeżeli już od pierwszych dni będziemy uczeni, że nasz głos nic nie znaczy, mamy posłusznie i grzecznie słuchać poleceń i nie protestować w sprawach, które nas dotyczą, ludzie zakodują to sobie, będą cisi i potulni. Nie będą mieli chęci, odwagi, woli, żeby się sprzeciwiać – ostrzega młoda działaczka.

Używa czasu przyszłego niestety na wyrost: wieczorem protest na UW nie jest już niespodzianką, zainteresowanie nim deklaruje na Facebooku ponad tysiąc osób, ale ostatecznie przyszło w geście solidarności, znowu, kilkadziesiąt. Tyle, jak na razie, ma „wolę, by się sprzeciwiać”. Ale protest nie skończy się na jednym dniu. Będzie trwał, a balkon wierzy, że nie okaże się głosem wołającym na puszczy.

Na razie rząd i twórcy ustawy Gowina sprawę ignorują. Państwowe media nawet nie wspomniały, że „nauka 2.0”, która niedawno przeszła jak burza przez odpowiednią sejmową komisję, znalazła swoich aktywnych krytyków. Także resort nauki nieszczególnie się przejmuje: zdaniem wiceministra Piotra Mullera zapisy ustawy albo nie są wcale sprzeczne z oczekiwaniami protestujących, albo też oni sami nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą.

O wolne uczelnie

Kilkudziesięcioro studentów i studentek, doktorantek i doktorantów, pracowników i pracownic naukowych Uniwersytetu Warszawskiego manifestuje na terenie uczelnianego kampusu przeciwko „ustawie Gowina”.

 

Około czterdziestu osób przybyło o 9.30 do siedziby rektora UW – Pałacu Kazimierzowskiego. Są wśród nich wykładowcy i wykładowczynie, doktorantki i doktoranci oraz studenci i studentki, z różnych wydziałów, a także z uczelni spoza Warszawy. Protest jest odpowiedzią na tzw. ustawę Gowina, która 31 maja została skierowana do dalszych prac przez Komisję Edukacji, Nauki i Młodzieży. Bez skorygowania zapisów, jakie spotykają się ze sprzeciwem akademików, a nawet z negatywnymi ocenami Biura Analiz Sejmowych.
Rektor, który reformę Gowina popiera, zasugerował spotkanie w gabinecie z delegacją protestujących. Na balkonie pojawiły się kolejne transparenty: „Samorządność naszą bronią” oraz „Nie oddamy autonomii”.
Organizatorzy podkreślają: inicjatywa nie ma partyjnego charakteru. Jej uczestników łączy przekonanie, iż uniwersytet powinien być dobrem wspólnym, gwarantującym dostęp do edukacji na poziomie wyższym niezależnie od miejsca zamieszkania, a także swobodę badań naukowych, niezależną od polityków. Wśród postulatów protestu wymieniono również zapewnienie akademikom godnych warunków socjalnych, podniesienie nakładów na naukę, wzmocnienie praw pracowniczych na uczelniach i gwarancje publikowania w języku polskim.
„Ustawa 2.0 pozbawi większość studentów i pracowników wpływu na los uczelni” – napisali organizatorzy w swojej odezwie.