Brońmy zwolnionej działaczki związkowej!

Rada OPZZ województwa mazowieckiego i Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego zapraszają na pikietę, która odbędzie się w środę, 13 czerwca o 16.30 przy ul. 17 Stycznia 49.

 

Podczas demonstracji wspólnie wyrazimy sprzeciw wobec dyscyplinarnego zwolnienia przewodniczącej ZZPPiL, Moniki Żelazik przez zarząd Polskich Linii Lotniczych LOT. Uważamy, że zarzuty wobec Żelazik są bezpodstawne i stanowią część nagonki na związki zawodowe, która od wielu tygodni trwa w PLL LOT. Prezes spółki, Rafał Milczarski zarzuca Żelazik działania na niekorzyść spółki, psucie jej wizerunku, jak też stwarzanie niebezpieczeństwa dla pasażerów. Za wskazywanie nieprawidłowości w funkcjonowaniu firmy, walkę o wyższe standardy bezpieczeństwa i lepsze warunki pracy nie powinno się karać, a raczej nagradzać. Narodowy przewoźnik powinien szczególnie dbać o standardy bezpieczeństwa i jakość pracy pracowników. Ponadto prawo pracy nie przewiduje kar dla pracowników za informowanie opinii publicznej o tym, że są oni niezadowoleni z warunków pracy, zaś groźby i szykany wobec związków zawodowych są sprzeczne z Konstytucją RP i ustawą o związkach zawodowych. Zarząd PLL LOT nie tylko nie dba o godne warunki pracy, ale też łamie podstawowe prawa pracownicze i dąży do zastraszenia związków zawodowych, których działanie stanowi ważny element demokratycznego państwa prawa. Dlatego apelujemy o natychmiastowe przywrócenie do pracy zwolnionej dyscyplinarnie działaczki. Wspólnie pokażemy, że nie godzimy się na prześladowania związkowców!
(…) W imieniu Rady OPZZ województwa mazowieckiego zdecydowanie popieram działania związkowców PLL LOT. Celem akcji związków zawodowych jest dobra zmiana w transporcie lotniczym. Rozwiązania przyjęte przez zarząd PLL LOT są szkodliwe dla pracowników i niebezpieczne dla pasażerów. Personel lotniczy obciążany jest coraz większą liczbą obowiązków, których nie powinny wykonywać stewardessy czy kapitanowie. Związkowcy protestują przeciwko umowom śmieciowym w branży i oszczędnościom dokonywanym kosztem bezpieczeństwa pasażerów.

Balkon z widokiem na demokratyczną uczelnię

– To ostatni dzwonek, by wyrazić sprzeciw wobec złych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym. Być może środowisko akademickie właśnie to zrozumiało – powiedziała mi Karolina Grzegorczyk, studentka w Instytucie Kultury Polskiej UW, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. W momencie, gdy piszę te słowa – także uczestniczka protestu przeciwko reformie Jarosława Gowina, jedna z tych, którzy spędzają noc na balkonie siedziby rektora uniwersytetu. Tego, że zaprotestują, nie spodziewał się nikt. I tylko dzięki temu w ogóle udało im się zacząć.

 

W środę, o wpół do dziesiątej grupa studentów/ek, doktorantek/ów, wykładowców i wykładowczyń akademickich weszła na balkon pierwszego piętra Pałacu Kazimierzowskiego, jednego z zabytkowych budynków na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego. Rozwinęli transparenty: „Żądamy demokratycznych uniwersytetów” wielkimi czarnymi literami na czerwonym tle, obok „Samorządność naszą bronią” uzupełnione antyfaszystowskim emblematem trzech strzał.

Mają jedenaście postulatów. Najbardziej nośne – chcemy zachowania autonomii uniwersytetów od politycznych nacisków, oczekujemy, że akademia będzie bardziej demokratyczną społecznością, nie godzimy się na likwidowanie uczelni w mniejszych miastach i tym samym wzmacnianie nierówności w dostępie do oświaty na poziomie wyższym. To oczekiwania, które odnoszą się wprost do ustawy Gowina. Szumnie nazywana „Nauką 2.0” ustawa, jaką pomysłodawca chciałby przepchnąć do początku przyszłego roku akademickiego, przewiduje bowiem wprowadzenie Rad Uczelni złożonych w połowie z ludzi z zewnątrz, na kształt rad nadzorczych. Do tego planowane jest pozbawienie słabszych uczelni możliwości nadawania stopnia doktora habilitowanego, co będzie oznaczało, że karierę naukową poza najważniejszymi ośrodkami robić będzie bardzo trudno.

Ale program protestujących przewiduje również walkę o zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe, by szło na ten cel przynajmniej 2 proc. PKB, postulat wzmocnienia praw pracowniczych na uczelniach, uzdrowienie kwestii socjalnych (więcej akademików i domów młodych naukowców, waloryzacja stypendiów), gwarancji, by badacze w dziedzinach humanistycznych i społecznych mogli publikować po polsku.

To hasła w kontrze nie tylko do działań PiS. Bo, jak podkreśla Karolina Grzegorczyk, zapisy z ustawy Gowina częściowo są kontynuacją zmian wprowadzonych przez minister Barbarę Kudrycką, o silnym neoliberalnym, urynkowiającym charakterze. Konsekwencje tych zmian będą odczuwalne przez najbliższe dekady, mówi.

 

Balkon należy do nas wszystkich

Już kilkanaście minut po starcie protestu Straż Uniwersytecka próbowała usunąć transparenty, ale demonstranci jej to uniemożliwili. Przed dziesiątą obok strażników stanął rektor UW Marcin Pałys, nad wyraz stanowczy: – Jeśli będziecie organizować życie w moim gabinecie tak, jak się państwu podoba, będzie potrzeba użycia Straży Uniwersyteckiej. Proszę o zawieszenie tego protestu, o wyłonienie trzyosobowej reprezentacji.

– Uniwersytet jest nas wszystkich i wszyscy chcemy się wypowiedzieć, żeby nikt nami nie rządził po swojemu – odpowiada Sebastian Słowiński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Zebrani powtarzają: protest nie będzie zawieszony. Ostatecznie delegacja zostaje wyłoniona, spotyka się z rektorem w gabinecie, napięta atmosfera ustępuje. Ale transparenty i manifestanci nie opuszczają balkonu.

Co dalej? Naradzają się i głosują, siedząc na materacach, opierając się o zabytkowe barierki, albo po prostu stojąc obok cokolwiek ponurego czarnego transparentu z napisem Nauka Niepodległa i zapasów prowiantu (dominują chipsy, profesor Andrzej Leder żartem skomentuje potem: czasy się zmieniają, kiedy studenci strajkowali na UW w latach 80., sympatycy przynosili im głównie chleb i zupę w słoikach). Część stoi, bo na balkonie nie ma miejsc do siedzenia dla około trzydziestu osób. Do tego naturalny odruch ciekawości, skłaniający, by wstać i wyglądać na dół: zbierają się zwolennicy? Dotarły do społeczności akademickiej informacje o dalszych planach na Wolne Dni Akademii, bo tak nazwano protest?

Kiedy obwieszczają, że protest będzie kontynuowany na warunkach, które akceptuje rektor, a więc powstanie pisemny wniosek i zostaną wskazani organizatorzy, a na balkon można wchodzić i wychodzić od siódmej do dwudziestej, na dole jest mniej więcej tyle osób, co na górze. Potem, w niektórych momentach, obserwatorów i sympatyków przybędzie, ale tłum się nie zgromadzi. Wśród tych, którzy staną na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim, usiądą w cieniu budynku naprzeciwko albo na drodze wewnętrznej, kiedy z miniwykładami będą występowali Maciej Gdula, Andrzej Leder i Ewa Majewska, na oko najwięcej jest dziewczyn-studentek. Dają się zauważyć osoby, które, widać po przypinkach, na niejednej demonstracji już były w ciągu ostatnich dwóch lat: Czarny Protest, tęcza, strajk kobiet…

 

Otworzyć ludziom oczy

– Dlaczego tu jestem? Bo… zgadzam się z tymi jedenastoma punktami programu, z którymi oni występują – mówi mi jedna z uczestniczek protestu, w oczekiwaniu na wystąpienie prof. Ledera, trochę niepewnie, jakby w podświadomym przekonaniu, że protest na uczelni to coś tak niespotykanego, że aż dziwnego, trudnego do uzasadnienia… Kilkanaście razy zresztą zobaczę momenty zdziwienia, nieoczekiwane powitania: „Cześć! Ty też tu jesteś?”, „To ty, też przyszedłeś?”.

Mówi mi na balkonie Tadek, student, aktywista w Studenckim Komitecie Antyfaszystowskim: ogólnie społeczność akademicka, jak zwykle, chyli się ku bierności. Nic nie robią, ani nie są za, ani przeciw, ani nie wiedzą, o co chodzi. Poza rektorem, który jest za, bo tak naprawdę to on napisał tę ustawę, i może częścią pracowników naukowych, którzy dostrzegają, że zapisy nowego prawa dotyczą bezpośrednio ich pracy. Ten protest jest też po to, żeby otworzyć ludziom oczy, zacząć prawdziwą debatę.

Mówi Karolina Grzegorczyk: świadomość sensu zmian jest wśród moich rówieśników bardzo różna. W tej ustawie są zapisy, które są oburzające, ale godzą w wartości abstrakcyjne, jak autonomia nauki, nie ma wielu punktów, które dotykają codziennego życia studentów. Większa mobilizacja jest widoczna w środowiskach, które są aktywne na innych polach, czy to feministycznym, czy antyfaszystowskim, czy też ściśle związanym z kwestiami szkolnictwa wyższego.

 

Co myśli rektor, co myśli doktorant

– Środowisku dobrze zrobiłoby spotkanie w równościowej formule poza tradycyjnymi hierarchiami, w której głos każdego i każdej może zostać wysłuchany. Co innego służy naukom ścisłym, a co innego humanistyce. O czym innym myśli rektor, o czym innym doktorant – tak Łukasz Moll, lewicowy aktywista, który niedawno skończył pisanie pracy doktorskiej, odpowiada mi na pytanie o to, czy popiera sformułowane w Warszawie postulaty i jak naprawdę uzdrawiać polską naukę. – Sprzeciw wobec reformy Gowina to dobry moment, żeby zacząć dyskusję. Mam nadzieję, że inne uczelnie pójdą za przykładem UW, bo to ostatni dzwonek, żeby w tej ustawie coś wyprostować, wywrzeć nacisk na parlament i prezydenta. Potrzebni będą lokalni liderzy, za którymi pójdą mniej rozpoznawalni pracownicy, doktoranci czy studenci.

Ale nawet media sprzyjające protestowi zdają się nie wierzyć, że podobny scenariusz byłby możliwy, nazywając protest na balkonie„rozpaczliwą odpowiedzią” na niechcianą ustawę. Morale rośnie w ciągu dnia. Kiedy prof. Andrzej Leder dzieli się wspomnieniami i refleksją o strajkach studenckich, okraszony refleksją nad tym, czym jest autorytaryzm i jak jest powoli budowany we współczesnej Polsce, atmosfera jest już radośniejsza. Do protestujących docierają kolejne wyrazy poparcia: od Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, NSZZ „Solidarność”, partii Razem, wreszcie od studentów i młodych naukowców z innych ośrodków, którzy w internecie z radością udostępniają zdjęcia, piszą: dziękujemy! Nareszcie!

A przecież protestujący muszą też widzieć ludzi, kompletnie obojętnie załatwiających swoje sprawy w biurach na parterze Pałacu Kazimierzowskiego, wchodzących i wychodzących bez najmniejszego zainteresowania zbiegowiskiem i transparentami.

Nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że kilkadziesiąt metrów od rektoratu na ławeczkach młodzi ludzie cieszą się słoneczną pogodą, kompletnie nieświadomi tego, jak spektakularną akcję zorganizowali ich koleżanki i koledzy.

Kiedy wieczorem w dniu rozpoczęcia protestu pod Pałac Kazimierzowski przychodzi pikieta z poparciem, wołając „Wolność, równość, autonomia”, protestujący – kilkanaścioro osób, które zostają na balkonie na noc – odwdzięczają się śpiewem „Solidarność naszą bronią”. Podchwytują zaintonowany przez przybyłych, tym razem już nie studentki, a głównie ludzi, którzy już edukację dawno skończyli, okrzyk „Gowin precz!”.

To nie jedyny bardziej radykalny akcent niż wystąpienia poranne. – Od tego, jakie wartości zostaną nam przekazane na uniwersytecie, zależy to, jak będzie wyglądał ten kraj. Jeżeli już od pierwszych dni będziemy uczeni, że nasz głos nic nie znaczy, mamy posłusznie i grzecznie słuchać poleceń i nie protestować w sprawach, które nas dotyczą, ludzie zakodują to sobie, będą cisi i potulni. Nie będą mieli chęci, odwagi, woli, żeby się sprzeciwiać – ostrzega młoda działaczka.

Używa czasu przyszłego niestety na wyrost: wieczorem protest na UW nie jest już niespodzianką, zainteresowanie nim deklaruje na Facebooku ponad tysiąc osób, ale ostatecznie przyszło w geście solidarności, znowu, kilkadziesiąt. Tyle, jak na razie, ma „wolę, by się sprzeciwiać”. Ale protest nie skończy się na jednym dniu. Będzie trwał, a balkon wierzy, że nie okaże się głosem wołającym na puszczy.

Na razie rząd i twórcy ustawy Gowina sprawę ignorują. Państwowe media nawet nie wspomniały, że „nauka 2.0”, która niedawno przeszła jak burza przez odpowiednią sejmową komisję, znalazła swoich aktywnych krytyków. Także resort nauki nieszczególnie się przejmuje: zdaniem wiceministra Piotra Mullera zapisy ustawy albo nie są wcale sprzeczne z oczekiwaniami protestujących, albo też oni sami nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą.

O wolne uczelnie

Kilkudziesięcioro studentów i studentek, doktorantek i doktorantów, pracowników i pracownic naukowych Uniwersytetu Warszawskiego manifestuje na terenie uczelnianego kampusu przeciwko „ustawie Gowina”.

 

Około czterdziestu osób przybyło o 9.30 do siedziby rektora UW – Pałacu Kazimierzowskiego. Są wśród nich wykładowcy i wykładowczynie, doktorantki i doktoranci oraz studenci i studentki, z różnych wydziałów, a także z uczelni spoza Warszawy. Protest jest odpowiedzią na tzw. ustawę Gowina, która 31 maja została skierowana do dalszych prac przez Komisję Edukacji, Nauki i Młodzieży. Bez skorygowania zapisów, jakie spotykają się ze sprzeciwem akademików, a nawet z negatywnymi ocenami Biura Analiz Sejmowych.
Rektor, który reformę Gowina popiera, zasugerował spotkanie w gabinecie z delegacją protestujących. Na balkonie pojawiły się kolejne transparenty: „Samorządność naszą bronią” oraz „Nie oddamy autonomii”.
Organizatorzy podkreślają: inicjatywa nie ma partyjnego charakteru. Jej uczestników łączy przekonanie, iż uniwersytet powinien być dobrem wspólnym, gwarantującym dostęp do edukacji na poziomie wyższym niezależnie od miejsca zamieszkania, a także swobodę badań naukowych, niezależną od polityków. Wśród postulatów protestu wymieniono również zapewnienie akademikom godnych warunków socjalnych, podniesienie nakładów na naukę, wzmocnienie praw pracowniczych na uczelniach i gwarancje publikowania w języku polskim.
„Ustawa 2.0 pozbawi większość studentów i pracowników wpływu na los uczelni” – napisali organizatorzy w swojej odezwie.

Rujnujecie nam życie!

Jest jeden poważny problem: lokalsi z Baranowa nie życzą sobie w swojej gminie żadnego lotniska.

 

„Port Solidarność” – tak ma się nazywać centralny port komunikacyjny, który, według planu PiS, ma powstać w drugiej połowie następnej dekady. Projekt jest jest jedną z flagowych inwestycji infrastrukturalnych Prawa i Sprawiedliwości. Już teraz wiadomo jednak, że jego realizacja napotka spory opór społeczny. Przekonał się o tym wiceminister gospodarki Mikołaj Wild podczas spotkania z mieszkańcami terenów, na których po 2020 roku mają się rozpocząć prace.
Jeszcze do niedawna wydawało się, że megalotnisko powstanie na terenie gminy Baranów, na obszarze zalewowym pomiędzy rzekami Pisia Tuczna i Pisia Gągolina.
Twórcy projektu zostali jednak sprowadzeni na ziemię przez ekspertów z firmy konsultacyjnej Arup, którzy wskazując na horrendalne koszty stawiania tak wielkiego obiektu na terenach podmokłych, zasugerowali, że należy znaleźć nową lokalizację.
Rząd dość szybko wytypował kolejny skrawek ziemi. Problem w tym, że znajduje się nie tylko na terenie gminy Baranów, ale również w obrębie gminy Wiskitki blisko Żyrardowa. Teren inwestycyjny obejmuje również skrawki gminy Teresin w powiecie sochaczewskim. Łącznie jest to 66,2 km kw., czyli 6200 hektarów, na których ma powstać lotnisko, a także trakcje kolejowe i drogi do niego prowadzące.
Jaki jest więc problem? Po pierwsze odległość. Pisowski kandydat na prezydenta Warszawy Patryk Jaki zarzekał się niedawno, że centralny port komunikacyjny nie będzie się znajdował dalej niż 35 kilometrów do stolicy. Teraz już wiadomo, że obietnicę tę można wsadzić pomiędzy bajki.
Po upadku koncepcji „baranowskiej”, tereny, które obecnie są brane pod uwagę mieszczą się ponad 50 km od Warszawy. Ale to nie jest największą bolączką rządu, lecz opór mieszkańców wsi w wymienionych gminach, którzy po prostu nie chcą oddawać państwu swoich ziem.
23 maja w Baranowie, przed siedzibą strażacką odbyło się spotkanie ministra Wilda z lokalną społecznością. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, przedstawiciel rządu powiedział na początku „Cieszę się, że was widzę”, na co mieszkańcy odpowiedzieli ” A my nie!”, po czym zaczęli gwizdać i buczeć oraz zaprezentowali transparenty o treści „Nie chcemy lotniska”, „Rujnujecie nam życie”, „Tracimy źródło utrzymania”, „Nie oddamy naszych ojcowizn”, „Betonujcie piachy, a nie dobre gleby”.
To ostatnie hasło jest niezwykle istotne, gdyż gleby na pograniczu miejscowości Stanisławów, Osiny, Nowa i Stara Pułapina, gdzie miałoby powstać lotnisko, należą do najznamienitszych jakościowo w całym województwie.
Dla wielu rolników problemem jest nie tylko przeniesienie magazynów i środków produkcji, ale również niższa wydajność przyszłych upraw. Nie wierzą bowiem w zapewnienia ministra Wilda, który obiecuje, że „jedynym poszkodowanym będzie skarb państwa”.
Rząd chce wykupić ziemie pod inwestycje za 0-40 zł za m kw, co daje łączną kwotę 2,5 mld złotych.
Do kosztów ekspropriacji należy doliczyć jeszcze odszkodowania za utracone budynki i pomieszczenia gospodarcze. Łączna kwota może więc znacznie przewyższyć zakładany budżet projektu, który, według wstępnych wyliczeń miał nie przekroczyć 30 mld zł.
Kolejny problem to niechęć mieszkańców do zmiany miejsca zamieszkania i pracy. Uczestnicy spotkania z ministrem Wildem solidarnie deklarują, że w referendum, w którym będą się wyrażać swoje zdanie na temat inwestycji, będą głosować na „nie”. Problem w tym, że zapowiedziany przez wojewodę mazowieckiego plebiscyt będzie mieć charakter wyłącznie konsultacyjny. To zapewne dopiero początek nowego konfliktu społecznego wywołanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.

Ta ostatnia niedziela…

…ale nie tylko, była niewątpliwie wielkim sukcesem wizerunkowym i medialnym Prawa i Sprawiedliwość na ogólnopolskiej scenie.

 

Tytuł spektaklu:
„Nie damy, by nas zniszczył wróg…”
Przesłanie spektaklu:
„Ruch Solidarność odegrał wielką rolę i jest dla nas wielkim drogowskazem” (Morawiecki).
Budżet spektaklu:
Minus 500 złotych.
Autor i reżyser:
Nieobecny z powodu choroby, stąd zapewne spektakl kuleje i się sypie.
Poniekąd aktorzy:
– premier Morawiecki jako historyk i bankowiec – o wspaniałych ludziach Solidarności bez Lecha Wałęsy, za to z litanią nieprzekonujących cyferek o pomocy niepełnosprawnym;
– marszałek Karczewski jako lekarz – o zagrożeniu epidemiologicznym;
– wicemarszałek Terlecki w roli pedagoga – o awanturujących się paniach, będących złym przykładem dla dzieci chcących obradować w Sejmie
– marszałek Kuchciński w roli marszałka i skarbnika – o żalu, że nie może doprowadzić do tego, aby posłowie „chodzili tak, jak w zegarku”, ale także o kosztach wyżywienia protestujących;
– wicemarszałek Sejmu Beata Mazurek w roli zmartwionej –„odpowiedzialność za protest tych pań i nie daj Boże powikłania zdrowotne protestujących osób, spadnie na ich opiekunów i opozycję, która podżega do tego, żeby ten protest kontynuować”;
– rzecznik rządu Joanna Kopcińska w heroicznej roli – „zorganizowane grupy, wręcz bojówki, bo to wciąż te same twarze, próbują zakłócić spotkania z Polakami. Mam jeden komunikat: będziemy rozmawiać dalej”.
Inspicjent:
– Joachim Brudziński – aktualnie nadzwyczaj małomówny.
Gość specjalny:
– Lech Wałęsa – jak zwykle gadatliwy, co nie znaczy, że miał coś do powiedzenia na sejmowym korytarzu, ceniący obecnie bardziej swoje łóżko niż proponowany materac.
Sufler pierwszy:
Jak oświadczył premier: „Przygotowaliśmy specjalny program budowy mostów. Zaproponujemy program budowy 22 mostów. To będą mosty na Wiśle, na Odrze, na Bugu, na Pilicy, Warcie, w wielu miejscach Polski… mosty powstaną zwłaszcza tam, gdzie są długie odcinki rzek bez mostów.”
Sufler drugi:
PiS zastanawia się nad wypłatą trzynastych emerytur oraz zwolnieniem emerytów i rencistów z podatku dochodowego. Emeryci zyskają sporo, jednak w budżecie państwa trzeba będzie znaleźć nawet 31 miliardów złotych.
Scenografia:
Bogoojczyźniano-narodowo-solidarnościowo-oblężniczo-zwycięska, w której czerwone jest zawsze czarne, czarne jest białe, a Polska niewinna, jak Najświętsza Panienka.
Charakteryzacja:
Kłamca ma twarz uduchowionego świętego, opowiadacz głupot mędrca, niewykształcony uczonego, niewinny bandyty, dziennikarz niezależnego, a mówiący prawdę staje się wrogiem publicznym nr 1, i tylko komuch występuje zawsze bez charakteryzacji.
Światło:
Piękne, promienne, wstające nad zamglonym horyzontem słońce, odbierane przez kamery tzw. telewizji publicznej, TV „Trwam” itp.
Efekty specjalne:
500+, 300 na wyprawkę, solidarnościowa danina obowiązkowa i wszelkie inne darowizny PiS dla narodu, płatne z narodu kieszeni
Ochrona ppoż. spektaklu i portierzy:
Straż Marszałkowska występująca w roli kolekcjonerów listów do niepełnosprawnych, inni w kaftanach solidarnościowych ale bezradni, policja ochraniająca ogólnopolskie „rozmowy” PiS i spisująca niezadowolonych.
Wakujący aktorzy:
Stanowczy i donośny głos Episkopatu oraz powszechny we wszystkich katolickich świątyniach, bowiem jednoznaczne słowa biskupa Tadeusza Pieronka nie wystarczą.
Aktorzy pierwszego planu:
– Matki z niepełnosprawnymi dziećmi na sejmowej posadzce;
– Janina Ochojska – „Marszałek Kuchciński wyraził zgodę na wejście do Centrum Medialnego, a nie do Sejmu do protestujących. Czy to próba wyciągnięcia ich z budynku Sejmu? Nie mogę do tego przyłożyć ręki”;
– Robert Biedroń – „To upokarzające dla tych kobiet i dzieci, ale przede wszystkim dla państwa, które nie wypełniło swojego zobowiązania”;
– SLD – zaapelował o podniesienie poziomu minimalnej renty socjalnej do kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę i wprowadzenie 500 zł dodatku rehabilitacyjnego dla osób niepełnosprawnych, niezdolnych do samodzielnej egzystencji po ukończeniu 18 roku życia;
– Dwie dziewczynki – dając nadzieję i przykład dorosłym, otrzymane pieniążki po pierwszej świętej komunii przeznaczyły na pomoc zwierzakom w schronisku.
Sceny zbiorowe:
Od trzydziestu kilku dni w Sejmie, inni podczas ulicznych protestów i marszów.
Publiczność:
I akt: jedni w szoku współczesnością i przerażeni przyszłością, drudzy szczęśliwi z nowych, pieniądze dających układów, a większość szeleści podczas spektaklu papierkami, myśląc o piwku przy najbliższym grillu;
II akt: przeważająca część za przerwaniem spektaklu z racji moralnych i pozostałych resztek solidarności, dobre towarzystwo oczekuje komfortowego spokoju, pozostali przy kasie i grillu;
Finał: gwizdy i oklaski, jak to zwykle bywa z podzieloną, rodzimą publiką.
Muzyka
Kompozytor: Jerzy Petersburski, wykonanie: Mieczysław Fogg – dedykowane wszystkim rządzącym i zwolennikom PiS, ostatnie frazy znanego w swoim czasie przeboju:
To ostatnia niedziela,
Moje sny wymarzone,
Szczęście tak upragnione
Skończyło się.

* * *

Ten odrażający spektakl, w którym wielkiemu nieszczęściu rodziców i ich niepełnosprawnych dzieci, reprezentujących niewielki i nieważny dla PiS elektorat, przeciwstawia się cały, zorganizowany urzędniczy, propagandowy i siłowy aparat państwa, budzi naturalny protest wszystkich uczciwych i normalnych ludzi. W tym PiS-owskim przedstawieniu zakłamanie idei Solidarności, niezdolność do współczucia, krętactwo i lekceważenie obywateli oraz amoralność i niesprawność obecnego państwa polskiego zostały podniesione na najwyższy piedestał.
Przypowieść z historii: podczas grudniowej podwyżki cen w 1970 roku tłumaczono, że choć drożeją artykuły spożywcze, za to parowozy potanieją. Obecnie dla niepełnosprawnych brakuje w budżecie państwa 500 złotych, ale wybudujemy nowe mosty, damy trzynastą emeryturę i… zakupimy niewątpliwie kolejne Patrioty.
Zawsze, nie tylko w naszych dziejach, tak bywało, że nowe zaczynało się nieprzewidywalnie dla rządzących, bowiem ich zadufanie nie było w stanie dostrzec w małej grupie wielkiej siły. I z tą iskrą, z której rozgorzał płomień, też tak było.