Imigranci, a interes gospodarki

Przedsiębiorcy chcą wpuszczać do naszego kraju uchodźców ekonomicznych – ale nie z każdego kierunku. Tym z południa wolą powiedzieć „nie”

 

Polski rząd, a także i społeczeństwo, uważają, że do Polski można ewentualnie wpuszczać bardzo ograniczone liczby uchodźców, którym rzeczywiście zagraża śmierć.
Nie wolno natomiast godzić się na przyjmowanie uchodźców ekonomicznych, pragnących w naszym kraju pracować i poprawiać swój status materialny.

 

Przyjeżdżajcie i pracujcie

Zupełnie inaczej sądzą polscy przedsiębiorcy, opowiadając się właśnie za tym, aby do Polski wpuszczać imigrantów zarobkowych.
„Związek Przedsiębiorców i Pracodawców jest przekonany, że Polska potrzebuje imigrantów pracujących – jest to obiektywny fakt wynikający z danych demograficznych” – stwierdza organizacja przedsiębiorców.
Ich zdaniem, deficytu ludności w wieku produkcyjnym, który w ciągu najbliższych dekad będzie się jedynie pogłębiał, nie da się w tym momencie uzupełnić prostym zwiększeniem liczby żywych urodzeń. Konieczna jest absorpcja ludności z zewnątrz.
Przedsiębiorcom chodzi oczywiście o to, by mieć więcej rąk do pracy – a jednocześnie nie chcą, co poniekąd zrozumiałe, zastosować prostego i skutecznego sposobu zachęcania do pracy, jakim byłoby radykalne podniesienie zarobków.
Są one w Polsce wciąż bardzo niskie i niech nikogo tu nie zmyli rosnąca średnia płaca w przedsiębiorstwach, która jest badana tylko w większych zakładach i osiąga ją niespełna jedna trzecia wszystkich pracujących rodaków.

 

Nie wszystkich chcemy

Przyzwolenie ze strony przedsiębiorców na import imigrantów zarobkowych, nie dotyczy jednak ludzi z kręgu innej wiary i kultury.
„Charakterystyka części imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki każe twierdzić, że ich przymusowe przyjęcie przez nasz kraj, byłoby sprzeczne z racją stanu i interesem polskiej gospodarki” – oświadcza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
W tym punkcie ich opinie są więc zgodne z działaniami rządu. Dlatego przedsiębiorcy z dużym zadowoleniem przyjmują ustalenia szczytu w Brukseli odnoszące się do kwestii relokacji imigrantów wewnątrz Unii Europejskiej.
Ich zdaniem, zdecydowana postawa polskiego rządu się opłaciła. Udało się bowiem m doprowadzić do zahamowania szkodliwego pomysłu przymusowej relokacji imigrantów. Zamiast tego potrzebna jest dyskusja o rozsądnej polityce imigracyjnej wewnątrz Unii Europejskiej, do czego ustalenia decydentów unijnych mogą być bardzo dobrym wstępem.
Trzy lata temu, główni decydenci w ramach Unii Europejskiej zdecydowali się zaproponować ów mechanizm przymusowej relokacji imigrantów. Gdyby został on przyjęty, Polska byłaby zmuszona do przyjęcia na swoje terytorium określonej liczby uciekinierów i objęcia ich opieką.

 

Większość od razu wyjedzie

A tymczasem, dyskutować trzeba nad polityką imigracyjną, uwzględniającą potrzeby rynku pracy.
Wydaje się jednak, że polskie obawy przed takim rozwiązaniem były nieco przesadzone. Rzecz w tym, że ci imigranci nieszczególnie uważali nasz kraj, jako miejsce docelowe swojej tułaczki – z reguły kierowali się oni w stronę Niemiec, Anglii albo Francji, gdzie mogli liczyć na bogate wsparcie socjalne.
Wprawdzie dla Polski, będącej wciąż państwem dużo uboższym, niż najbardziej rozwinięte gospodarki Unii Europejskiej, obciążenie finansowe wynikające z przymusowego przyjęcia imigrantów, byłoby nieproporcjonalnie wysokie – ale wypada mieć nadzieję, że krótkotrwałe. Przecież duża część z tych pięciu tysięcy imigrantów, których tak nie chcieliśmy przyjąć, od razu uciekłaby z Polski na zachód, gdzie są już ich rodziny.

Znajdziemy na was haka

Postanie państwowy rejestr dłużników, mający, jak zapowiada rząd, ułatwiać piętnowanie alimenciarzy. W rzeczywistości chodzi jednak o to, by rząd mógł gromadzić wszelkie informacje o osobach mających kłopoty finansowe. Taka wiedza zawsze może się przydać.

 

W Polsce powstanie nowa instytucja, piętnująca dłużników zalegających z terminami. Rząd przyjął bowiem projekt ustawy powołujący Krajowy Rejestr Zadłużonych.
Pomysł nie jest nowy. Ministerstwo Sprawiedliwości już od ponad roku obiecywało powstanie tego rejestru.

 

Lista jawna i powszechna

W rejestrze ujawniane będą dane wszelkich osób, wobec których prowadzi się postępowania restrukturyzacyjne i upadłościowe, oraz tych, przeciwko którym była prowadzona bezskuteczna egzekucja komornicza. Ze względów propagandowych, podkreśla się jednak, że chodzi o osoby nie płacące alimentów.
Dlatego właśnie Ministerstwo Sprawiedliwości oświadczyło, że ten projekt ustawy został stworzony głównie na potrzeby ścigania alimenciarzy. To właśnie dłużnicy alimentacyjni, jak zapowiada ministerstwo, mają być bowiem wpisywani do Krajowego Rejestru Zadłużonych – w całości jawnego i dostępnego przez internet.
Zdaniem resortu sprawiedliwości będzie to ważny krok w zwiększaniu skuteczności ściągania alimentów. Rejestr ten zastąpi obecnie obowiązujące, nieskuteczne zdaniem ministerstwa, rozwiązania.
Dziś rodzice, którzy nie wywiązują się z obowiązku alimentacyjnego, także są wpisywani na karną listę – trafiają oni do Rejestru Dłużników Niewypłacalnych, stanowiącego część Krajowego Rejestru Sądowego. Wpisywani są tu jednak tylko alimenciarze, od których nie udało się ściągnąć żadnych pieniędzy, tacy co do których egzekucja komornicza okazała się bezskuteczna – i przez okres dłuższy niż 6 miesięcy nie wyegzekwowano od nich ani złotówki zaległości alimentacyjnych. Ponadto dostęp do Rejestru Dłużników Niewypłacalnych nie jest wystarczająco prosty ani szybki.
Wpis do tego rejestru nie zwiększał ściągalności alimentów, gdyż tak jak byli oni dłużnikami niewypłacalnymi, tak pozostawali nimi nadal. Potwierdziła to ankieta przeprowadzona wśród urzędników samorządowych, odpowiedzialnych za postępowania wobec dłużników alimentacyjnych. 85 proc. respondentów oceniło, że RDN nie jest skutecznym sposobem dyscyplinowania dłużników.
W związku z tym, jak chce rząd, od 1 lutego 2019 r. dotychczasowy Rejestr Dłużników Niewypłacalnych miałby zostać zastąpiony przez w pełni nowoczesny, całkowicie jawny i powszechnie dostępny Krajowy Rejestr Zadłużonych. Będzie on obejmować oczywiście nie tylko alimenciarzy lecz wszystkich dłużników, gdyż RDN w ogóle przestanie istnieć.

 

W obronie biednych dzieci?

Zdaniem części specjalistów jest to wylewanie dziecka z kąpielą, gdyż w ten sposób zniknie osobna baza informacji o wszelkich dłużnikach, którzy są niewypłacalni. Ministerstwu Sprawiedliwości zależy jednak na efekcie propagandowym, jakim będzie pokazanie, iż resort nie ma litości wobec alimenciarzy i nie będzie utrudniać dostępu do ich danych osobowych.
„Ministerstwo Sprawiedliwości konsekwentnie staje w obronie dzieci, których rodzice odmawiają wywiązywania się z obowiązku alimentacyjnego. Krajowy Rejestr Zadłużonych stanie się istotnym elementem wzmacniającym egzekucję świadczeń alimentacyjnych. Będą w nim ujawniane informacje o osobach, wobec których toczy się egzekucja świadczeń alimentacyjnych (lub należności budżetu państwa z tytułu świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego), a zaległość jest dłuższa niż trzy miesiące” – oświadczyło Ministerstwo Sprawiedliwości. Czyli, już nie pół roku zaległości, lecz okres dwa razy krótszy.
Zdaniem ministerstwa, wpis do Krajowego Rejestru Zadłużonych ma zmotywować dłużnika do wywiązywania się ze swych obowiązków. To dosyć naciągane rozumowanie, bo trudno pojąć, jakimś cudem ktoś, kto od sześciu miesięcy jest niewypłacalnym alimenciarzem, zacznie płacić te alimenty po przeniesieniu jego danych z trudniej dostępnego Rejestru Dłużników Niewypłacalnych do łatwiej dostępnego Krajowego Rejestru Zadłużonych. Ministerstwo i rząd uważają jednak, iż dopingujący powinien być sam fakt podania publicznej informacji o niewywiązywaniu się z powinności wobec własnego dziecka.
Umieszczony w KRZ dłużnik musi też liczyć się z takimi konsekwencjami, jak utrudnienie lub uniemożliwienie otrzymania kredytu i zakupu na raty, czy obniżenie wiarygodności w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej.
Projektowane rozwiązanie zakłada, że dane o dłużnikach alimentacyjnych będą zamieszczane w rejestrze przez komornika prowadzącego postępowanie egzekucyjne. W przypadku zaś gdy komornik nie prowadzi postępowania egzekucyjnego, informacje zamieszcza organ, który wypłacił świadczenia alimentacyjne, przyznawane w przypadku bezskutecznej egzekucji od alimenciarza. Dane o osobach zalegających ze spłatą świadczeń alimentacyjnych automatycznie przestaną być ujawniane dopiero po siedmiu latach od ukończenia postępowania egzekucyjnego lub spłaty całej należności.

 

Wszyscy mogą być wpisani

Publikowanie danych o dłużnikach alimentacyjnych to w rzeczywistości tylko drobny ułamek planowanych funkcji Krajowego Rejestru Zadłużonych. Mają być w nim również ujawniane firmy znajdujące się w postępowaniu upadłościowym i restrukturyzacyjnym, osoby objęte upadłością konsumencką, dłużnicy z umorzonym postępowaniem egzekucyjnym. Będą tu również zamieszczane orzeczenia o zakazie prowadzenia działalności gospodarczej.
W teorii, KRZ będzie więc obejmował dane, związane z brakiem wypłacalności lub zagrożeniem niewypłacalnością, istotne dla bezpieczeństwa obrotu gospodarczego. W praktyce, stanie się potężną bazą danych o ludziach, którzy także nie ze swej winy, wpadli w kłopoty finansowe i można to przeciw nim wykorzystać. Aby dane do nowego rejestru mogły spływać szybciej, nastąpi cyfryzacja postępowania upadłościowego oraz restrukturyzacyjnego. Wnioski i dokumenty będą składane drogą elektroniczną, co znacznie usprawni te postępowania – a także komunikację ich uczestników z sądem.
Także akta postępowań restrukturyzacyjnych oraz upadłościowych będą prowadzone w formie elektronicznej – dostęp do nich będzie możliwy zarówno w czytelni akt w sądzie, jak i przez stworzenie ogólnodostępnego portalu internetowego.
Składanie wniosków elektronicznych będzie obowiązkowe jednak tylko dla firm. Inni, na przykład ci co ogłosili upadłość konsumencką, będą mogli nadal składać wnioski na papierze lub ustnie, w biurze podawczym każdego sądu. Ważną zmianą będzie rezygnacja z dotychczasowego obowiązku publikowania ogłoszeń związanych z upadłością i restrukturyzacją w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, co wiąże się dziś z kosztami dla przedsiębiorców.
Przyjęte rozwiązania w przyszłości mają umożliwić włączenie Polski do systemu łączącego rejestry upadłości krajów Unii Europejskiej. Na system ten będą składać się poszczególne rejestry upadłości oraz europejski portal „e-Sprawiedliwość”, pełniący rolą centralnego elektronicznego punktu dostępu do informacji. System miałby oferować funkcję wyszukiwania dłużników we wszystkich językach urzędowych UE.

 

Uczciwi niech się nie boją

Rząd oświadcza, że stworzenie nowego rejestru dłużników ma służyć dobru przedsiębiorców. Szybsze umieszczenie jakiejś firmy w takim rejestrze powinno, według rządu, pomóc w przeprowadzeniu naprawy zadłużonego przedsiębiorstwa i zapobieżeniu jego likwidacji. To zaś oznaczać będzie możliwość nieprzerwanego realizowania kontraktów i utrzymania miejsc pracy. Przedsiębiorcy nie do końca są jednak przekonani, że możliwość szybkiego znalezienia się na ogólnodostępnej czarnej liście rzeczywiście jest dla ich dobra. Ale, jak wielokrotnie w różnych sytuacjach oświadczał rząd, uczciwi przedsiębiorcy nie powinni się niczego obawiać.
Rządowe enuncjacje sprawiają takie wrażenie, jakby w Polsce nie istniał dotychczas żaden rejestr dłużników i dopiero ekipa PiS postanowiła nadrobić tę zaległość. To oczywiście nieprawda. Oprócz przewidzianego do likwidacji Rejestru Dłużników Niewypłacalnych, stworzonego jeszcze w 1997 r przez rząd SLD, a więc źle widzianego przez PiS, w naszym kraju jest jeszcze kilka podobnych rejestrów. Wymieńmy tu np. Krajowy Rejestr Długów, Rejestr Dłużników czy Biura Informacji Gospodarczej. Są to jednak instytucje, których właścicielami są przedsiębiorstwa prywatne, głównie z branży finansowej.
Rządowi PiS zależy natomiast na stworzeniu państwowego, czyli własnego rejestru, w którym będzie mógł gromadzić powszechne informacje o ludziach mających kłopoty finansowe (nie tylko o dłużnikach niewypłacalnych) – i w każdej chwili wykorzystywać je bez ograniczeń, jeśli uzna to za przydatne.

Preferencje na papierze

W ekipie premiera Mateusza Morawieckiego słowo „innowacyjność” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Nic jednak z tego nie wynika.

 

Preferencyjny system podatkowy dla innowacyjnych przedsiębiorstw funkcjonuje już w 13 krajach europejskich. Ma wkrótce trafić i do Polski, choć w obliczu złamanych obietnic obniżenia stawki VAT, rosnących obciążeń fiskalnych i kar dla przedsiębiorców, wydaje się skórką niewartą wyprawki.
Już w 2000 r. Unia Europejska dostrzegła słabnącą konkurencyjność wspólnotowej gospodarki wobec innych rynków. Remedium na to miała być tzw. strategia lizbońska, czyli społeczno-gospodarczy plan rozwoju UE na lata 2000–2010. Jednym z jej głównych filarów była innowacyjność.

 

Prochu nie wymyślamy

Niestety, Polska nie spełniła oczekiwań. W rankingu państw opublikowanym przez Komisję Europejską w czerwcu 2017 r. w zakresie działań w obszarze innowacji nasz kraj zajął 4. miejsce od końca – wyprzedził tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Większość państw wyprzedzających Polskę w tym zestawieniu KE, oferuje korzystniejsze rozwiązania biznesowe dla przedsiębiorstw kładących nacisk na badania i rozwój. Chodzi zwłaszcza o system preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych z tytułu własności intelektualnej, głównie z patentów. Może obejmować inne przejawy własności intelektualnej, jak wzory przemysłowe czy znaki towarowe.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii proponuje, by przedsiębiorcy, którzy stworzą nową technologię lub usługę, a następnie zaczną ją sprzedawać, byli opodatkowani w zakresie uzyskiwanych dzięki temu dochodów, stawką maksymalnie 4 proc.
Rządowa propozycja takiej preferencyjnej stawki miałaby zacząć obowiązywać jeszcze w 2018 r.

 

Obietnice a rzeczywistość

Państwa oferują różne zakresy ulg. Część ogranicza się tylko do preferencyjnego opodatkowania dochodów z patentów, inne przewidują je dla wszelkich innowacji uzyskanych przez przedsiębiorstwo wskutek działań badawczo-rozwojowych.
Różne stawki opodatkowania i różne ulgi oferowane w ramach są dla przedsiębiorców niczym innym, jak zachętą do dokonywania tzw. optymalizacji podatkowej. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by Polska stała się niemal rajem podatkowym na tle innych państw.
Czy jednak zapowiedź wprowadzenia preferencyjnych i konkurencyjnych wobec systemów innych państw regulacji podatkowych, stanie się faktem? Byłaby to miła odmiana dla przedsiębiorców. Dotychczas bowiem nurt ustawodawstwa podatkowego zdecydowanie zmierzał w stronę zwiększania obciążeń fiskalnych.
Już od 1 stycznia 2019 r. ma obowiązywać w Polsce nowy podatek od zysków, których nie ma, tzw. exit tax. Przedsiębiorcy przenoszący swoją działalność za granicę będą musieli zapłacić z tego tytułu podatek od zysków, jakie zrealizowaliby na terytorium RP. To unijny podatek, który ma rekompensować krajom „narodzin” firmy, koszty poniesione w związku z jej tworzeniem, a także udzielone w tym celu ulgi.
System będący zachętą do pozostania w Polsce, a nie karą za jej opuszczenie, to właściwy oręż w walce o pieniądze przedsiębiorców – ocenia Kancelaria Prawna Skarbiec. Ale ci zdążyli się już przyzwyczaić, że obietnice to jedno, a ich realizacja – drugie, jak choćby w przypadku deklarowanej od dawna obniżki stawki VAT z 23 na 22 proc.

 

Swoboda tworzenia

Tymczasem, o podatki z kieszeni przedsiębiorców walczyć trzeba. Bo podczas gdy w Polsce składane są dopiero obietnice, już teraz stawka podatku dochodowego od firm innowacyjnych w Holandii wynosi 5 proc., a na Cyprze – tylko 2,5 proc.
Ze względu na swój specyficzny charakter własność intelektualna ma to do siebie, że jest ściśle związana nie z miejscem powstania, a z osobą twórcy. Wynalazki, wzory przemysłowe czy znaki towarowe można tworzyć gdziekolwiek – dlatego też twórcy mogą pracować nad swoimi pomysłami w dowolnym państwie, wedle swoich upodobań. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dostrzegło ten fakt. Zwróciło uwagę, że polscy przedsiębiorcy i wynalazcy mogą chcieć spieniężać swoje innowacje w obcym państwie ze względu na panujący w nim korzystny klimat ekonomiczny.
Przedsiębiorcy w Polsce borykają się na co dzień z podwójnym, a nawet wielokrotnym opodatkowaniem poszczególnych segmentów swojej działalności. Jednocześnie, nie otrzymują wsparcia finansowego ze strony państwa w zakresie nakładów na badania i rozwój. Zdaniem Kancelarii Prawnej Skarbiec, innowacyjni przedsiębiorcy już teraz wolą więc przenosić swoje przedsięwzięcia np. na Cypr lub do Wielkiej Brytanii. Cypr jest jurysdykcyjnym rajem dla przedsiębiorstw opierających swoją działalność na przychodach z tytułów praw licencyjnych i własności intelektualnej. Zjednoczone Królestwo w 2017 r. po raz pierwszy dołączyło do grona europejskich liderów innowacji.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dostrzegła już wiele lat temu, że firmy przeprowadzały prace badawcze w państwach, w których warunki były ku temu najkorzystniejsze, a komercjalizowały ich wyniki tam, gdzie obowiązywały najniższe stawki podatku dochodowego. Dlatego OECD ograniczyła możliwość wprowadzenia preferencyjnych stawek innowacyjnych. Przedsiębiorstwo musi m.in. wykazać, że co najmniej część prac badawczych prowadzona była na terenie kraju, pod którego jurysdykcją chce potem korzystać z niskiej stawki CIT.
Ograniczenia mają też zawęzić zakres innowacji, które można będzie objąć preferencjami. Ale to już grozi urzędniczymi nadużyciami i swobodą interpretacyjną organów podatkowych. Co można bowiem zrobić, gdy urzędnicy z Brukseli uznają marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę?