Koniec miodowych lat PZPN

Działacze PZPN przez ostatnie lata sprawnie kontrolowali sportowe media, ale po nieudanym mundialu w Rosji gros żurnalistów porzuciło kompromitującą w tym zawodzie spolegliwość i zaczęła korzystać z konstytucyjnej wolności słowa. To oczywiście doprowadza ekipę prezesa Bońka do furii.

 

Pezetpeenowcy zastosowali więc sprawdzoną metodę retorsji, wprowadzając ograniczenia w kontaktach dziennikarzy z zawodnikami podczas zgrupowań reprezentacji Polski. „Nie będziecie zadowoleni, ale chcemy unormować zasady współpracy z mediami podczas zgrupowań. Gdy jest was pełno w hotelowym lobby, robi się zamieszanie” – tłumaczył decyzję przełożonych Jakub Kwiatkowski, pełniący w sztabie Brzęczka dwie funkcje – dyrektora technicznego kadry i jej rzecznika. Ma więc chłop mnóstwo roboty, a teraz dodatkowo będzie musiał odbierać i akceptować prośby dziennikarzy o indywidualne rozmowy z piłkarzami. Będzie tych próśb mnóstwo, bo PZPN zamiast codziennych wywiadów przeprowadzanych w hotelu kadry, wprowadził tzw. dzień medialny, z dwiema godzinami na wcześniej umówione za pośrednictwem Kwiatkowskiego wywiady. Nie ma się co łudzić, reglamentacja dla krytykantów będzie wprowadzona, ale nie ostentacyjnie, nie na chama, tylko „punktowo”, z celowaniem w konkretne redakcje czy dziennikarzy, zawsze z wytłumaczeniem odmowy „zabieganiem w natłoku obowiązków”.

Nie pierwsze to i nie ostatnia wojna PZPN z mediami, tym razem jednak niekoniecznie musi zakończyć się sukcesem futbolowej centrali. Z oczywistego powodu – w ostatnich miesiącach radykalnie zmieniło się nastawienie opinii publicznej do reprezentacji Polski. Jeszcze nie jest wrogie, ale era kwitowania przez kibiców nawet kompromitujących porażek przyśpiewką „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” chyba się skończyła, o czym świadczyły słaba frekwencja we Wrocławiu na meczu z Irlandią i gwizdy po porażce z Włochami na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim. Wobec takiej zmiany nastawienia nawet najbardziej zblatowani z pezetpeenowską wierchuszką szefowie dziennikarzy nie mogli już dalej brnąć w kłamstwie, że jesteśmy futbolową potęgą, a PZPN jest organizacją bez skazy. Popuszczono więc na redakcyjnych planowaniach cugle i znów o polskiej piłce nożnej tu i ówdzie można było pisać czy mówić prawdę. A że jest to prawda daleko odbiegająca od lukrowanej wizji forsowanej przez stworzony przez ludzi Bońka portal „Łączy nas piłka”, powstał dysonans poznawczy, który po meczach z Portugalią i Włochami stał się wręcz brutalnie niekorzystny dla PZPN-u. Stąd zapewne „akcja dyscyplinująca”, której zadaniem jest rozbicie dziennikarskiej solidarności metodą ułatwiania lub utrudniania dostępu do „informacyjnego koryta”.

„W poważnych federacjach nie ma takiego zwyczaju, że dziennikarze na zgrupowaniu kadry robią, co chcą” – przekonuje prezes Boniek na łamach zawsze mu życzliwego portalu „Interia”. I pewnie z tej wrodzonej życzliwości jego wypowiedź nie została w żaden sposób skontrowana, a powinna, bowiem od kilku lat media w Polsce miały tylko ściśle reglamentowany i kontrolowany przez pezetpeenowskich cenzorów dostęp do reprezentacji, bo o tym co dzieje się w środku kadry podczas zgrupować i turniejów dziennikarze dowiadywali się głównie z ociekających słodyczą filmików emitowanych w portalu „Łączy nas piłka”, który na udzielonej mu przez PZPN wyłączności w dostępie do piłkarzy, trenerów i działaczy zbudował całkiem mocną pozycję na rynku mediów internetowych, nawiasem mówiąc stając się konkurentem dla nie tylko dla branżowych portali jak „SportoweFakty”, ale w jakimś stopniu także dla potęg jak „Interia” czy „Onet”, chociaż dla nich był konkurencją bardziej w relacjach z reklamodawcami. W realiach kapitalistycznej walki rynkowej jest to, trzeba przyznać, sytuacja kuriozalna. Od 2014 roku aż do mundialu w Rosji z jakiegoś powodu media przemilczały wieści o aferach w kadrze, chociaż było ich trochę i na pewno ten czy ów z żurnalistów musiał coś o nich słyszeć. Dopiero „gruby numer” wycięty przez grupę imprezową pod wodzą Artura Boruca został w mediach z pewną nieśmiałością odnotowany.

Dzisiaj tej spolegliwości jest znacznie mniej, a nawet pojawiają się publikacje zauważające ze zgrozą, że ludzie zarządzający polskich futbolem są nastawieni wyłącznie na „robienie kasy”. PZPN ma na kontach setki milinów złotych, ale te pieniądze wydaje wyłącznie na zaspokajanie potrzeb aparatu władzy, zaś skalę tych potrzeb i sposobu ich zaspokojenia określa arbitralnie prezes związku przy milczącej akceptacji członków zarządu. Organizowane co jakiś czas propagandowe akcje mające przekonać opinię publiczną, że władze PZPN coś robią dla poprawy piłkarskiej jakość naszych drużyn klubowych i reprezentacyjnych, co jest ich statutowym przecież obowiązkiem, pozostają zwykle na papierze. Dla działaczy ważne jest tylko to, żeby na meczach reprezentacji był komplet publiczności, żeby na banerach reklamowych nie było pustych miejsc, a reprezentacja miała tuzin hojnych sponsorów.

Przez cztery lata komfort „miodowych lat” ekipie Bońka zapewniał swoimi golami Robert Lewandowski, ale chłop się już trochę zestarzał, wyeksploatował, a na dodatek zaczął fikać. Odstrzelić go z kadry na razie nie można, przynajmniej dopóki Krzysztof Piątek nie potwierdzi, że jest w stanie „Lewego” zastąpić i równie mocno pociągnąć reprezentacyjny wózek. Dla PZPN najważniejszym teraz celem jest awans do Euro 2020, bo awans zapewni dopływ świeżej gotówki i spokój w mediach.

 

Brzęczek w butach Nawałki

W tym roku nasza piłkarska reprezentacja nie zachwyca ani wynikami, ani stylem gry. Zmiana selekcjonera niewiele w tym względzie zmieniła, może dlatego, że Jerzy Brzęczek zbyt dosłownie „wchodzi w buty” po Adamie Nawałce.

 

Przed niedzielnym meczem z Włochami (zakończył się po zamknięciu wydania) Jerzy Brzęczek w roli selekcjonera biało-czerwonych nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zaliczył dwa remisy po 1:1 z Włochami w Bolonii i Irlandią we Wrocławiu oraz porażkę 2:3 z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. „Jeśli weźmiemy pod uwagę, jacy to byli przeciwnicy, to mój start nie wygląda tak źle. Patrząc na to, jak radzili sobie moi poprzednicy, uważam, że nie mam się czego wstydzić” – stwierdził Brzęczek w na łamach pezetpeenowskiego portalu „Łączy nas piłka”. Nie wszyscy pewnie podzielają jego pogląd, ale to szczegół. Większe kontrowersje wywołuje jego ocena spotkania z Portugalią. „Brakowało nam nieco agresywności, doskoku do rywala, zwłaszcza w bocznych sektorach. Przy szybkich piłkarzach, jakim dysponował przeciwnik, było to szczególnie widoczne” – wyjaśniał selekcjoner.

Można i tak, tylko że w licznych komentarzach i opiniach lista pretensji pod adresem reprezentacji była znacznie dłuższa. Kwestionowano pomysł ustawienia lewonożnego Piotra Zielińskiego na prawym skrzydle, przez co ten piłkarz stracił połowę swojej przydatności. Brzęczek mógł rzecz jasna tłumaczyć, że akurat Rafał Kurzawa, którego wystawił do gry na lewej flance, także jest lewonożny, ale skoro tak, to dlaczego w meczu z aktualnymi mistrzami Europy zdecydował się na taki personalny wariant, skoro powołał na zgrupowanie 27 piłkarzy, wśród których byli też ofensywni gracze prawonożni. Inne pytanie dotyczy obsady lewej strony linii defensywnej. Brzęczek uparcie zaprasza na zgrupowania specjalistów na tej pozycji, Arkadiusza Recę z Atalanty Bergamo i Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków, zaś w meczu z Portugalią do gry posłał Artura Jędrzejczyka, a przed spotkaniem z Włochami spekulowano, że zagra na tej pozycji Bartosz Bereszyński, a jego miejsce na prawej flance zajmie Paweł Olkowski.

W tym przypadku nieistotne są nazwiska, lecz łamanie fundamentalnej piłkarskiej zasady, że piłkarz nie grający na co dzień na określonej pozycji zawsze wypadnie gorzej od tego, który nas tej pozycji gra. Powód jest oczywisty – w dzisiejszym zdominowanym przez schematy taktyczne futbolu automatyzm w zachowaniach boiskowych jest podstawą w organizacji gry zespołów reprezentacyjnych, które nigdy nie mają dość czasu na porządne wyćwiczenie odpowiednich zachowań. Skutki zlekceważenia tej zasady widzieliśmy – na lewej stronie Portugalczycy hasali jak po łące, bo Jędrzejczyka ciągnęło do środka boiska, gdzie na cod zień gra w Legii. Pod tym względem Brzęczek powiela błędy Nawałki, ale to jest temat na inną opowieść.

 

Brzęczek robi co chce

Selekcjoner reprezentacji Polski na mecze w Lidze Narodów z Portugalią i Włochami powołał do kadry Jakuba Błaszczykowskiego, za co podobnie jak we wrześniu spotkała go lawina krytyki. Niestety, w dużej mierze uzasadnionej.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze budzi kontrowersje głównie dlatego, że ten niewątpliwie znakomity piłkarz praktycznie nie gra w zespole VfL Wolfsburg. W siedmiu ligowych kolejkach Bundesligi na boisku pojawił się dopiero w miniony weekend, zaliczając dwunastominutowy występ w przegranym 0:2 wyjazdowym meczu z Werderem Brema. Wcześniej tylko raz znalazł się w kadrze meczowej oraz wszedł na ostatnie siedem minut w spotkaniu Pucharu Niemiec z półamatorskim SV Elversberg.

Statystyki są dla Błaszczykowskiego bezlitosne, bo wynika z nich, że w obecnym sezonie więcej minut na boisku spędził w barwach reprezentacji Polski niż w klubowym zespole. W meczu z Włochami zagrał przez 83 minuty, a z Irlandią przez 80. Co gorsze, za oba występy nie zebrał dobrych recenzji i w tej chwili naprawdę trudno znaleźć argumenty uzasadniające jego powołanie. Nawet prezes PZPN Zbigniew Boniek przyznał, że piłkarz nie grający regularnie w klubowej drużynie nie ma prawa być w wysokiej formie i dlatego nie ma sensu wystawiać go w meczach reprezentacji, bo nie gwarantuje wysokiej jakości.

Brzęczek puszcza jednak te uwagi mimo uszu i robi swoje. Oprócz Błaszczykowskiego na zgrupowanie zaprosił też trzech innych swoich faworytów – grzejącego ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recę oraz niczym się nie wyróżniających nawet w naszej słabiutkiej ekstraklasie Rafał Pietrzaka z Wisły Kraków i Damiana Szymańskiego z Wisły Płock.

Te pretensje o kumoterskie powołania pójdą rzecz jasna w niepamięć w przypadku zwycięstw w spotkaniach Ligi Narodów z Portugalią i Włochami. PZPN zapowiada, że oba mecze na Stadionie Śląskim zostaną rozegrane przy komplecie publiczności. Kibiców trochę martwi słaba ostatnio forma strzelecka Roberta Lewandowskiego, ale wszyscy liczą, że może w strzelaniu goli snajpera Bayernu zastąpi rewelacyjnie spisujący się w Serie A Krzysztof Piątek.

Brzęczek na razie nie ma jednak pomysłu jak wkomponować tego gracza w drużynę, bo gra on w stylu Lewandowskiego. Trzymać go jako zmiennika „Lewego” to ryzyko, bo kapitan naszej reprezentacji w czwartek w spotkaniu z Portugalią zagra po raz setny w reprezentacji i z tej okazji może na boisku wyczyniać rzeczy wielkie. Do kadry wrócił też Kamil Grosicki i dla niego Brzęczek też będzie musiał znaleźć miejsce, podobnie jak dla Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego. Każdy z tych piłkarzy ma wielkie aspiracje i chce odgrywać znaczące role. A treningów będą mieć tylko siedem.

 

Liga jest słaba, ale dochodowa

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy spółki Ekstraklasy S.A. wyłoniło nowy skład rady nadzorczej, która udzieliła zarządowi jednogłośnego absolutorium.

 

W komunikacie prasowym Ekstraklasa S.A. poinformowała, że do rady nadzorczej automatycznie weszli przedstawiciele czterech najlepszych klubów w ubiegłym sezonie – Legii Warszawa (właściciel i prezes w jednej osobie Dariusz Mioduski), Jagiellonii Białystok (prezes i główny akcjonariusz Cezary Kulesza), Lecha Poznań (prezes klubu Karol Klimczak) oraz Górnika Zabrze (prezes zarządu Roman Kusz). Dwóch kolejnych członków rady zostały wybranych z przedstawicieli pozostałych 12 klubów ekstraklasy, a otrzymali je prezes Korony Kielce Krzysztof Zając oraz przewodniczący rady nadzorczej Piasta Gliwice Grzegorz Jaworski. W składzie rady nadzorczej Ekstraklasy S.A. pozostał reprezentujący w niej PZPN Zbigniew Boniek.

Walne zgromadzenie akcjonariuszy zatwierdziło sprawozdanie z działalności spółki za sezon 2017-2018. Ekstraklasa S.A. zanotowała w tym czasie rekordowe przychody, które przekroczyły 181 mln złotych. Jest to kwota o prawie 8 mln wyższa niż w poprzednim sezonie. To skąd ten żenująco słaby poziom sportowy rozgrywek?

 

Ojciec małego piłkarza wzorcem dla PZPN

Nagrania wideo z treningów, jakie Artur Bywalec prowadzi ze swoim 6-letnim synkiem Kacprem, mają na Facebooku milionową oglądalność.

 

Artur Bywalec nagrywa fragmenty treningów z Kacprem i z początku pokazywał filmiki tylko najbliższym znajomym. Dopiero za ich namową zdecydował się opublikować je w sieci i ku swemu zaskoczeniu on i jego syn stali się sławni. Pisano o nich w gazetach, pokazywano w telewizji. Ojciec nie zapisał syna do żadnego piłkarskiego klubu, bo jego zdaniem byłaby to strata czasu. „W rocznikach jest za dużo dzieci, grupy są zbyt liczne i trenerzy często nad nimi nie panują. Nie są w stanie ogarnąć zbyt licznej grupy kilkulatków, bo jedni chcą się bawić, dwóch się szarpie, trzeciemu chce się pić. Zajęcia dobiegają końca i żaden z tych chłopaków niczego nowego się nie nauczył. Grupy powinny być mniejsze i powinna obowiązywać selekcja, ale klubom nie opłaca się jej robić, bo chcą więcej pieniędzy ze składek rodzic. I koło się zamyka” – twierdzi Bywalec.

Na pewno wie co mówi, bo jest nauczycielem wychowania fizycznego w klasach 1-3. Z wyróżniającymi się chłopakami trzeba od razu pracować nad techniką. Muszą jak najczęściej trenować i ze sobą rywalizować, wtedy podnosi się poziom w grupie. O tej zasadzie wie każdy trener, ale w polskim futbolu dzisiaj bezwzględny priorytet mają pieniądze i szkoleniowców w klubach rozlicza się z liczby zawodników i ściągalności składek. Artur Bywalec w żadnym klubie nie pracuje, choć 15 lat temu ukończył kurs i zdobył uprawnienia instruktora piłki nożnej. Teraz mu je PZPN odebrał, bo nie uczestniczył w tzw. kursie wyrównawczym. Niemal wszędzie w Europie uznano posiadane uprawnienia i tylko przypisano im nowe nazewnictwo, ale PZPN zażądał udziału w kursie, za który oczywiście należało zapłacić. Bywalec uznał, że jest to nie fair i odpuścił. Teraz bez papierów stał się dla wielu ludzi autorytetem, a rodzice oddają swoje dzieci pod jego opiekę. Prowadzi w tej chwili 15-osobową grupę i nie bierze za to pieniędzy, bo traktuje te zajęcia jako naukę także dla siebie.

Wbrew zarzutom internetowych hejterów nie jest tyranem dla syna. Trenuje z nim tyle, ile Kacprowi się chce, ale nie więcej niż półtorej godziny. Niekiedy ćwiczą cztery razy w tygodniu, czasem tylko raz. Nic na siłę. A 6-letni Kacper potrafi robić z piłką takie rzeczy, że do jego ojca dzwonią z Borussii Dortmund i Manchesteru City. Tylko z PZPN-u nikt nie dzwoni…

 

Brzęczek odkrył karty

Faktyczna wymiana selekcjonerów reprezentacji następuje de facto wraz z ogłoszeniem przez następcę składu kadry. W miniony poniedziałek Jerzy Brzęczek podał nazwiska 27 piłkarzy, których powołał na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią. 23 z nich jest do grania, natomiast czterech to czysta fanaberia sukcesora Adama Nawałki.

 

Jeśli chodzi o powołania do zasadniczego 23-osobowego składu kadry, w zasadzie trudno Brzęczka za jego wybory krytykować. Chcąc nie chcąc musiał przecież sięgnąć po dawnych „żołnierzy” Nawałki. Jednych, jak Kamil Grosicki, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk słusznie pominął, innym, jak Mateusz Klich czy Maciej Makuszewski, przywrócił status reprezentanta. Ale żadnych wątpliwości nie budzą jedynie nominacje dla bramkarzy i napastników. Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański i Łukasz Skorupski grają regularnie w swoich klubowych zespołach i zbierają dobre recenzje. Na pewno zaskoczeniem nie jest brak powołania dla Bartosza Białkowskiego, który poza tym, że w tej części sezonu akurat nie błyszczy w drugoligowym Ipswich Town, to obiektywnie w tym kwartecie jest najsłabszy. Z kolei w linii ataku obecność Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka dla każdego sympatyka biało-czerwonych jest oczywistym wyborem. Brzęczek nie dał szansy Kamilowi Wilczkowi, który strzela w duńskiej lidze na zawołanie, pominął też zaczynającego dopiero przygodę z włoską ligą Łukasza Teodorczyka, zaś Dawida Kownackiego oddał do dyspozycji trenera młodzieżówki, ale tych sześciu graczy to w tej chwili najlepsi polscy napastnicy.

 

Defensywa mocno eksperymentalna

Największego zamętu Brzęczek narobił chyba powołaniami dla obrońców. W zasadzie to tylko obecność Kamila Glika nie budzi żadnych kontrowersji i można założyć, że od stopera AS Monaco selekcjoner zaczyna ustawienie tej formacji. Zwolnione przez Łukasza Piszczka miejsce na prawej flance linii defensywnej może zająć albo Bartosz Bereszyński, albo Tomasz Kędziora. Pominięcie odradzającego się w II-ligowym angielskim Boltonie Pawła Olkowskiego dowodzi, że na razie selekcjoner uznał wyższość wcześniej wymienionej dwójki graczy. Z kolei na lewej flance pewniakiem wydaje się wciąż Maciej Rybus, który gra regularnie w zespole mistrza Rosji i trzyma wysoką formę, ale już u Nawałki de facto nie miał dobrego dublera. Brzęczek wymyślił, że zadaniu mogą podołać grzejący obecnie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusz Reca lub defensor Wisły Kraków Rafała Pietrzaka. Zaprosił obu na zgrupowanie kadry w ramach kontyngentu graczy, których miał prawo powołać wedle własnego uznania. W tym gronie znalazło się trzech byłych lub aktualnych zawodników Wisły Płock, z którymi jako trener „Nafciarzy” wywalczył piąte miejsce w ekstraklasie. Oprócz Recy powołania dostali jeszcze stoper Adam Dźwigała i pomocnik Damian Szymański.

Z Recy Brzęczek w poprzednim sezonie zrobił solidnego lewego obrońcę, lecz na poziomie naszej słabiutkiej ekstraklasy. Starczyło to co prawda na transfer do Atalanty za 4 mln euro, ale we włoskim zespole Reca nie gra i z tego względu jego powołanie jest nadużyciem. Podobnie jak powołanie Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków. Ten lewy obrońca wciąż popełnia mnóstwo błędów, ale był kiedyś podopiecznym Brzęczka, gdy ten prowadził GKS Katowice.

Najwięcej problemów selekcjoner będzie miał z wyborem partnera na środku obrony dla Glika. Zaprosił na zgrupowanie wspomnianego Dżwigałę oraz Marcina Kamińskiego i Jana Bednarka. Pierwszy z tego tercetu gra regularnie w zespole Wisły Płock, ale spisuje się przeciętnie, czego dowodem jest 10 straconych bramek przez „Nafciarzy” w sześciu meczach. Z kolei Bednarek w tym sezonie stracił miejsce w jedenastce Southampton, zaś Kamiński dopiero niedawno przeszedł z VfB Stuttgart do Fortuny Duesseldorf. Obaj mają zero minut spędzonych na boisku i nie bardzo wiadomo, dlaczego Brzęczek ich powoła. To już większy sens miałoby zaproszenie dla Michała Pazdana, bo ten piłkarz nawet w słabej formie przy Gliku potrafił zagrać przyzwoicie.

 

Jest Błaszczykowski, a gdzie Grosicki?

W linii środkowej z dawnych pewniaków Nawałki powołania nie doczekał się jedynie Kamil Grosicki. Z jednej strony decyzja była zasadna, bo w tym sezonie nie gra w Hull City, ale z drugiej strony Jakub Błaszczykowski jest w podobnej sytuacji, a powołanie otrzymał. Nie ma jednak powodu by mieć do Brzęczka pretensje o nepotyzm, choć wiadomo że jest wujkiem Błaszczykowskiego, bo temu piłkarzowi należy się godna rekompensata za poniżenie jakiego doświadczył od Nawałki na mundialu, zwłaszcza w ostatnim meczu z Japonią. Nie zmienia to jednak faktu, że w środkowej linii tylko odradzający się w Lokomotiwie Moskwa Grzegorz Krychowiak i prezentujący rewelacyjną formę w Napoli Piotr Zieliński nie przyjadą na zgrupowanie na kredyt.

Reszta, w tym zbierający dobre recenzje w II-ligowym Leeds United Mateusz Klich, nie gwarantuje wysokiej jakości i każde zestawienie tej formacji będzie ryzykownym eksperymentem. Na głębsze wnioski będziemy mogli sobie jednak pozwolić dopiero po meczu z Włochami. W pierwszym spotkaniu w Lidze Narodów Brzęczek na pewno wystawi najlepszy w jego mniemaniu skład biało-czerwonych, ale dopiero po tym jak zespół zagra przekonamy się, jakim trenerem jest nowy selekcjoner.

 

 

Kadra Polski Włochy i Irlandię

 

Bramkarze:

Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (FC Bologna), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn).

 

Obrońcy:

Kamil Glik (AS Monaco), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Adam Dźwigała (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo).

 

Pomocnicy:

Grzegorz Krychowiak (Lokomotiwe Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria)), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok), Damian Szymański (Wisła Płock), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia).

 

Napastnicy:

Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Arkadiusz Milik (SSC Napoli), Krzysztof Piątek (Genova, Włochy).

Lewy traci sympatię

Piłkarze reprezentacji Polski po słabym występie na mundialu w Rosji stracili sympatię rodaków. Tak przynajmniej wynika z najnowszych badań przeprowadzonych przez Havas Sports & Entertainment.

 

Najwięcej w oczach fanów piłkarskiej reprezentacji Polski po nieudanym mundialu w Rosji stracił Robert Lewandowski. Badanie przeprowadzone przez Havas Sports & Entertainment (Havas Media Group) na reprezentatywnej próbie 600 osób powyżej 18. roku życia wykazało, że kapitan biało-czerwonych obecnie cieszy się sympatią 32,1 procent społeczeństwa, co oznacza jednak spadek o 11,9 procenta w porównaniu z badaniami przeprowadzonymi przed turniejem W Rosji. Spadek wskaźników sympatii dotknął wszystkich kadrowiczów, byłego już selekcjonera reprezentacji Adama Nawałki, a także prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który straciił 8,8 procent (spadek z 33 na 24,2 procent). Wynik Nawałki zmniejszył się o siedem punktów procentowych (z 28 na 21 procent). Spadek o 5,3 procenta zaliczył nawet Jakub Błaszczykowski, do którego sympatię czuje teraz 31,7 procent badanych, czyli mniej niż do Lewandowskiego.

Zmniejszenie wypracowanego przez ostatnie kilka lat kapitału sympatii do piłkarzy reprezentacji Polski to nie tylko skutek słabego występu, ale też zachowania kadrowiczów. Zawodnicy innych reprezentacji, którym także w Rosji się nie powiodło, potrafili na portalach społecznościowych zdobyć się na słowa przeprosin pod adresem swoich sympatyków, a ze strony naszych reprezentantów takich reakcji nie było, za to niemal tuż po powrocie z mundialu zaczęli publikować zdjęcia z luksusowych wakacji. „Piłkarze pokazali swoim fanom, że nie przeżywają porażki tak jak oni, a to nie mogło im zjednać sympatii” – napisano w komentarzu do badań Havas Sports & Entertainment.

Spadek wskaźników sympatii natychmiast odbił się na pomiarach oddziaływania reklam z udziałem kadrowiczów Nawałki. Ponad dwie trzecie badanych uznało, że nie chce już oglądać żadnego piłkarza w reklamach. Aż 57,8 procent ma dość tego typu aktywności Roberta Lewandowskiego, 35,5 procent trenera Nawałki, a 34,3 procent Błaszczykowskiego.
Specjaliści od marketingu sportowego twierdzą jednak, że jest to przejściowa sytuacja i za jakiś czas te wskaźniki zaczną się poprawiać na korzyść naszych najlepszych piłkarzy. Duży wpływ na to będą miały wyniki reprezentacji pod wodzą nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka. Już na początku września biało-czerwoni rozegrają pierwszy mecz w Lidze Narodów z Włochami. Jeśli w tym spotkaniu nasza drużyna wypadnie równie słabo jak na mundialu, trend spadkowy we wskaźnikach sympatii się nie tylko utrzyma, ale zapewne też przyspieszy.

 

W Legii czekają na Nawałkę?

Trener Legii Dean Klafurić przeżywa trudne dni. Chociaż zespół fatalnie wystartował, to na razie tak naprawdę przegrał tylko walkę o mało ważny Superpuchar. Mimo to media spekulują, że już w środę 1 sierpnia zastąpi go na Łazienkowskiej Adam Nawałka.

 

Niezależnie od wyniku rewanżowego meczu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava, Klafurić zostanie w środę zdymisjonowany, a jego miejsce zajmie były selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze sportowi „Super Expressu”. Wedle ich relacji prezes stołecznego klubu Dariusz Mioduski chciał zatrudnić Nawałkę zaraz po nieudanych dla naszej reprezentacji mistrzostwach świata, lecz on odmówił zasłaniając się koniecznością wypełnienia do końca kontraktu z PZPN, wygasającego jak się okazało dopiero z końcem lipca tego roku. A środa 1 sierpnia będzie pierwszym dniem, w którym były selekcjoner będzie mógł podjąć pracę w nowym miejscu. Tak się jednak złożyło, że dzień wcześniej legioniści stoczą rewanżowy bój ze słowackim Spartakiem Trnava. W pierwszym meczu u siebie przegrali w fatalnym stylu 0:2 i mało kto daje im szanse na odrobienie strat w rewanżu. Tej opinii nie zmieniło znacząco nawet sobotnie zwycięstwo Legii w Kielcach z Koroną (2:1).

Pod wodzą Klafuricia legioniści w tym sezonie wygrali jeszcze tylko dwa mecze w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z półamatorskim Cork City, a trzy spotkania z silniejszymi rywalami przegrali – z Arką Gdynia o Superpuchar, z Zagłębiem Lubin w 1. kolejce ekstraklasy i u siebie ze Spartakiem. I ponoć właśnie ta ostatni porażka miała przesądzić o losie Klafuricia. „SE” podaje, że Nawałka ma zarabiać jako trener Legii co najmniej 350 tysięcy euro rocznie. Jeśli to prawda, w nowej pracy będzie miał lepiej pod tym względem niż w poprzedniej. PZPN wyceniał pracę Nawałki w ostatnich dwóch latach na ćwierć miliona euro rocznie plus premie za wyniki.

Wygrana w Kielcach może jednak tym misternym planie namieszać, bo Spartak nie jest mocniejszą drużyną od Korony, a skoro Klafuriciowi udało się wygrać, to przecież ta sztuka może mu się udać też Trnavie. I co wtedy? Zmienienie trenera, który w końcówce poprzedniego sezonu opanował kryzys w zespole i zdobył z nim podwójną koronę, a teraz mimo słabego początku znów wstąpił na zwycięską ścieżkę, zostanie uznane za błąd. Nawałka może go rzecz jasna szybko przykryć lepszymi wynikami i radykalna poprawą stylu gry zespołu Legii, tylko czy naprawdę jest w stanie tego dokonać?
To jest już jednak zmartwienie Legii. Jej rywale walczą o swoje, a po dwóch pierwszych kolejkach można wnosić, że w tym sezonie o najwyższe laury będzie się bić prowadzone przez Mariusza Lewandowskiego Zagłębie Lubin.

 

PZN przegiął z cenami biletów

Polski Związek Narciarski rozpoczął sprzedaż biletów na inaugurację Pucharu Świata w skokach narciarskich, która odbędzie się w dniach 18-19 listopada na skoczni w Wiśle. Niestety, cenami wejściówek zbulwersował fanów. Prezes Apoloniusz Tajner i jego ludzie dorównali w pazerności działaczom PZPN, mistrzom w dojeniu kibiców.

 

Na skoczni im. Adama Małysza w Wiśle po raz drugi skoczkowie rozpoczną rywalizację o Kryształową Kulę, nagrodę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Na portalach biletowych można nabyć wejściówki na listopadowe zmagania w Wiśle. Kibiców zaskoczyły wygórowane ceny biletów. Pojawiły się komentarze, że taniej wychodzi wypad do Niemiec lub Austrii na któryś z konkursów Turnieju Czterech Skoczni. Organizatorzy zawodów w Wiśle oferują co prawda kibicom pewien komfort, bowiem w sprzedaży są wyłącznie bilety na miejsca siedzące. Taka możliwość daje dostawienie dwóch dodatkowych trybun, na których będzie mogło zasiąść łącznie około 3,5 tysiąca widzów, co w połączeniu z miejscami na stałych trybunach może zapewnić frekwencję na poziomie pięciu tysięcy osób. Nawet na kwalifikacje nie będzie można wejść za darmo. Przyjemność ich obejrzenia wyceniono na 40 złotych od osoby. To jednak pryszcz w porównaniu z cenami na konkurs indywidualny i drużynowy. Za bilet na dostawioną trybunę PZN winszuje sobie 160 złotych od osoby, za bilet na miejsca siedzące na trybunie przy zeskoku trzeba zapłacić aż 220 złotych.

Oczywiście w ofercie są pakiety rodzinne – zestaw dla dwóch dorosłych z dwójką dzieci wyceniono na 660, co w przeliczeniu daje 165 złotych na głowę, więc gdzież tu korzyść dla kupującego i zniżka dla nieletnich? Równie wątpliwą korzyść daje kupno karnetów na oba konkursy. Dla czteroosobowej rodziny to 1140 złotych, tańszy karnet na dostawianych trybunach kosztuje 780 złotych. Jeśli dodamy to tego koszty dojazdu, koszty zakwaterowania i wyżywienia na dwa dni, całość weekendowej wyprawy na inaugurację Pucharu Świata w Wiśle przekroczy półtora tysiąca złotych. Chętnych zapewne nie zabraknie, bo po zawody otwierających cykl tegorocznej edycji Letniej Grand Prix zainteresowanie skokami w naszym kraju raczej nie zmaleje.

Nie zmienia to jednak faktu, że naszym sportowym działaczom z chciwości zaczyna odbijać i drenują kibicowskie portfele ponad miarę. Mistrzem pod tym względem jest oczywiście PZPN, który mimo klęski na mundialu w Rosji nie uznał za stosowne urealnić cen biletów na tegoroczne mecze reprezentacji. Wejściówki na mecze w Lidze Narodów z Włochami i Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie kosztują 180 złotych (plus opłaty dla dystrybutora), czyli tylko dwie dychy mniej niż kosztowały na Stadionie Narodowym w Warszawie na mecze przed mundialem, gdy biało-czerwoni jeszcze uważani byli za zespół z czołowej dziesiątki rankingu FIFA. Pazerność zgubiła już działaczy PZPS, bo na meczach naszej siatkarskiej reprezentacji z powodu wygórowanych cen biletów trybuny coraz częściej świecą pustkami.

 

Zadyma w kraju mistrzów świata

Tłumy fanów futbolu we Francji, Chorwacji i Belgii witały swoich bohaterów wracających z mundialu. Te trzy kraje mogą uważać mistrzostwa świata za udane, ale oprócz nich chyba jeszcze tylko gospodarze turnieju, Rosjanie, którzy na przekór wszelkim czarnym scenariuszom zaimponowali sprawną organizacją tej największa piłkarskiej imprezy.

 

Mistrzostwo świata wywalczyła reprezentacja Francji, ale to pokonani w finale 4:2 Chorwaci swoją walecznością podbili serca piłkarskich kibiców na całym świecie. „Mistrzowie, witajcie w domu” – takimi hasłami obwieszony był w poniedziałek Zagrzeb. W chorwackiej stolicy wracających z Rosji piłkarzy przywitało blisko pół miliona rodaków. Autokar wiozący reprezentantów z lotniska na centralny plac miasta potrzebował aż kilku godzin, żeby przejechać odległość niespełna 15 kilometrów. Wszędzie na ulicach przejazd blokowały ubrane w narodowe barwy tłumy. Piłkarze wraz z kibicami odpalali race, tańczyli i śpiewali. Policjanci nie musieli jednak zakładać ciężkiego sprzętu i pilnować porządku w zwartych formacjach.

 

Francuski bilans zysków i strat

Co innego w Paryżu i wielu innych francuskich miastach. W kraju mistrzów świata świętowanie zdobycia przez ekipę trójkolorowych drugiego w historii mistrzowskiego tytułu wymknęło się spod kontroli już w nocy z niedzieli na poniedziałek. W stolicy Francji na ulice wyległo ponad sto tysięcy ludzi, ale wśród cieszących się z sukcesu zespołu Didiera Deschampsa znaleźli się wandale, dla których fetowanie mistrzostwa świata stało się okazją do rabunku. Statystyki podane przez francuskie MSW budzą grozę: zatrzymano blisko 300 osób, ranny odniosło 45 policjantów i żandarmów. W samym Paryżu zatrzymano 102 osoby, z których 90 trafiło za kratki na dłużej.

Pod Wieżą Eiffla sukces reprezentacji fetowało prawie sto tysięcy osób, ale gdy zapadł zmrok grupa zakapturzonych osobników wdarła się siłą do Drugstore Publicis, komercyjnego kompleksu przy Polach Elizejskich i złupiło kilkanaście sklepów. Interweniujący policjanci napotkali zorganizowany opór solidarnych w takich przypadkach grup kibicowskich i centrum do rana trwała straszliwa „zadyma”. Do podobnych zdarzeń, choć na mniejszą skalę, doszło też w wielu innych francuskich miastach. „Biorąc pod uwagę liczny tłum, to bilans uważamy za wyważony” – stwierdził na konferencji prasowej prefekt paryskiej policji Michel Delpuech.

W Lyonie zatrzymano 30 osób, z których 28 umieszczono w areszcie za kradzież, m.in. w sklepie odzieżowym oraz zniszczenia mienia. Innych 12 osób zatrzymano za ciskanie kamieniami w policję. Te wydarzenia trochę psują Francuzom smak zwycięstwa, ale nie ulega wątpliwości, że w Rosji drużyna prowadzona przez Deschampsa była bezkonkurencyjna.

 

Liczy się tylko zwycięstwo

W ocenie sportowego poziomu rosyjskiego mundialu przeważają opinie, że nie stał na wysokim poziomie, a powodem tego stanu rzeczy znów było to, co stało się zmorą reprezentacyjnego futbolu w XXI wieku – piłkarze uczestniczący w mistrzostwach świata są przemęczeni wyczerpującym sezonem ligowym. Dlatego w Rosji dominowała gra daleka od taktycznego wyrafinowania, oparta na sprawdzonych schematach, w których trenerzy wiodącą rolę przywrócili tzw. stałym fragmentom gry oraz szybkiemu kontratakowi. Francja nieprzypadkowo więc okazała się najlepsza w gronie 32 zespołów, bo miała w swoich szeregach znakomitego bramkarza, żelazną linię obrony, znakomitych pomocników oraz trójkę fantastycznych napastników. Francuzi przeszli przez turniej bez porażki, wygrali sześć z siedmiu spotkań (z Danią zremisowali 0:0 tylko dlatego, że mieli już awans w kieszeni i trener dał pograć rezerwistom).

Trójkolorowi strzelili w sumie 14 goli, stracili sześć, w żadnej z obu kategorii nie byli najlepsi, ale mimo to zdobyli Puchar Świata. Bo to był cel wytyczony zespołowi przez trenera Deschampsa – zwycięstwo! Nieważne w jakim stylu i w jakich okolicznościach. „Nie umiem grać tylko dla samej gry. Gram, aby wygrać” – taką dewizę głosił szkoleniowiec francuskiej drużyny jeszcze w czasach, gdy sam był piłkarzem i z reprezentacją Francji zdobywał mistrzostwo świata (1998) i mistrzostwo Europy (2000). Deschamps nie mógł darować sobie porażki sprzed dwóch lat w finale Euro, zwłaszcza że jego drużyna doznała jej w imprezie we własnym kraju. Dlatego w Rosji nie dbał o to, czy futbol grany przez trójkolorowych zostanie uznany za piękny. Za jakiś czas nikt już o stylu pamiętał nie będzie.

 

FIFA otwiera kasę

Władze FIFA są zadowolone z przebiegu rosyjskiego mundialu i nawet z zarobionych na tej imprezie pieniędzy, chociaż nie są to kwoty na jakie liczono przez imprezą. Ale światowa federacja zamierza dotrzymać zobowiązań i wypłaci uczestnikom mistrzostw świata obiecane premie. Swoje osiem milionów dolarów dostanie także PZPN. Tak wygląda podział premii wg. ustaleń FIFA.

Drużyny, które nie wyszły z grupy (Arabia Saudyjska, Egipt, Iran, Maroko, Peru, Australia, Nigeria, Islandia, Serbia, Kostaryka, Korea Południowa, Niemcy, Tunezja, Panama, Senegal, Polska) – otrzymają po osiem milionów dolarów. Drużyny, które odpadły w 1/8 finału (Portugalia, Argentyna, Meksyk, Japonia, Hiszpania, Dania, Szwajcaria, Kolumbia) – po 12 milionów dolarów. Drużyny, które odpadły w ćwierćfinale (Urugwaj, Brazylia, Rosja, Szwecja) – po 16 milionów dolarów. Drużyna, która zajęła czwarte miejsce (Anglia) otrzyma 22 mln dolarów, zdobywcy brązowego medalu Belgowie zainkasują 24 mln dolarów, wicemistrzowie świata Chorwaci 28 milionów dolarów, a mistrzowie świata Francuzi 38 milionów dolarów.