Nowosądecka wyborcza story

Ziemia Sądecka niejeden raz zapisała się wyjątkowością wydarzeń w zamierzchłych dziejach, podobnie w czasach współczesnych.

 

Przed grunwaldzką bitwą na nowosądeckim zamku, w dali od donosicieli i szpiegów z krakowskiego dworu, król Jagiełło i Książę Witold radzili plan wojny z Zakonem Krzyżackim, a w grudniu 1655 roku Nowy Sącz, jako pierwsze w Polsce miasto, wyzwolił się spod potopu szwedzkiego – trzynaście dni przed odwrotem Szwedów spod Jasnej Góry. W 1892 tu powstała pierwsza polityczna organizacja chłopska w Europie – Związek Stronnictwa Chłopskiego, a już 31 października 1918 roku miasto powróciło do Polski po czasach zaborów. Uchwałą Krajowej Rady Narodowej z 1946 roku Nowy Sącz został odznaczony Orderem Krzyża Grunwaldu za udział w konspiracji w okresie okupacji, a w 1957 rozsławił się na cały kraj tzw. „eksperymentem sądeckim”.

 

Sprawa Antoniszczaka

Wynik wyborów do Sejmu ze stycznia 1957 roku w Nowym Sączu był polityczną sensacją, nie tylko na ogólnopolską skalę. Kandydujący z trzeciego miejsca (tzw. mandatowego) w okręgu wyborczym Nowy Sącz Jan Antoniszczak nie uzyskał wymaganej ówczesną ordynacją wyborczą liczby głosów. Był to jedyny taki przypadek w kraju, nie tylko zresztą w czasie tamtych wyborów. Powody klęski wyborczej Antoniszczaka leżały w jego cechach osobowych, negatywnej ocenie pracy jako sekretarza Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie, jak też w szeregu manipulacjach z przesunięciem z 5 na 3 – mandatowe – miejsce na liście wyborczej. Nie zmieniło opinii wyborców wyjątkowe jego wsparcie ze strony władz wojewódzkich (mimo miejscowych oporów), co na wiecu przedwyborczym w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego skutkowało wygwizdaniem kandydata na posła. Tłumaczono później, że Antoniszczaka rozrobiła prasa i chuligani, czyli sześćdziesiąt osiem tysięcy sądeckich wyborców.

 

Casus Ryszard Nowak

W III RP miał Nowy Sącz pięciu prezydentów, poza jednym z SLD, pozostali z partii postsolidarnościowych. Od 2006 roku jest nim Ryszard Nowak – członek PC od 1993, następnie PiS, które sam kiedyś zakładał i ręczył własnym majątkiem, gdy partia potrzebowała wsparcia, także poseł na Sejm IV kadencji.

Po trzech owocnych kadencjach na stanowisku prezydenta miasta postanowił nie ubiegać się obecnie o kolejną reelekcję, a uzasadnienie tej decyzji nie jest publicznie znane. Można oczywiście snuć rozliczne przypuszczenia, ale i tak zadziwia ta rezygnacja człowieka w sile wieku i z dużymi możliwościami, polityka i znanego samorządowca. Oliwy do ognia dołożyło jego oświadczenie o wystąpieniu z Prawa i Sprawiedliwości.

Okres rządów R. Nowaka na nowosądeckim ratuszu obfitował w różne polityczne wydarzenia, wśród których nie tylko wyróżniają się te związane z jego przynależnością do PiS. Nawet wręcz odmienne, bo jak interpretować wieloletnie odwlekanie przez prezydenta, pomimo rozlicznych uchwał i wezwań, likwidacji pomnika Armii Czerwonej w centrum miasta? Albo taki tekst jego autorstwa: „ odkrywając dokumenty i zawarte w nich fakty waży słowa, nie osądza, nie rysuje zdarzeń i postaci w czarno-białym kontrapunkcie, a stara się pokazać całą ich złożoność… by możliwie najobiektywniej pokazać patriotyzm „żołnierzy wyklętych”, ich dylematy polityczne i moralne, także zawiłe ludzkie losy, które czasem prowadziły też do wykolejenia charakterów…” I jeszcze kolejny: „wcielano w życie eksperyment sądecki, który – mimo sztywnego gorsetu PRL-owskiej rzeczywistości – zmienił oblicze Nowego Sącza z zacofanego miasta w prężny ośrodek. Tamta epoka, mimo wielu niedoskonałości, również obfitowała w doniosłe wydarzenia, nieprzynoszące sądeczanom wstydu, a wprost przeciwnie, dające do dziś powody do dumy i satysfakcji.” Te opinie i słowa, daleko odbiegające od PiS-owskiej narracji, potwierdzały i czyny w postaci przeforsowania, mimo ostrych protestów i manifestacji ze strony części miejscowego PiS, Solidarności i prawicy, decyzji o nadaniu tytułu Honorowego Obywatela Nowego Sącza marszałkowi i premierowi Józefowi Oleksemu oraz wybitnemu miejscowemu dziennikarzowi Jerzemu Leśniakowi. I nadto jeszcze, aktywne wsparcie prezydenta Ryszarda Nowaka, również przy licznych protestach, obrodziło w dwóch książkach im poświęconych.

W tym kontekście sugestia, iż jego wystąpienie z PiS stanowiło protest wobec decyzji komitetu politycznego PiS o starcie na prezydenta Nowego Sącza niepopieranej przez niego Iwony Mularczyk, byłoby, jak na doświadczonego polityka, zachowaniem małostkowym, a więc wydaje się tylko częściowym uzasadnieniem.

 

Sprawa Mularczyk

Bezprecedensowa wymiana kadr dokonywana przez PiS wchodzi w kolejny etap. Po wyrzuceniu fachowców z różnych instytucji publicznych, obsadzie swoimi spółek skarbu państwa, przyszedł czas na kolejnych swoich – rodziców, żony, dzieci, a zapewne niedługo i wnuki, nie mówiąc już o różnych pociotkach – skierowanych do samorządów, a być może później do polityki.
Nepotyzm w modelowym wydaniu wystąpił po wskazaniu Jana Dudy – ojca prezydenta RP – jako jedynki na liście PiS do małopolskiego sejmiku, ale i Anny Morawieckiej też nie ominął. „To prezent dla siostry premiera” – tak burmistrz Obornik Śląskich nazywa most na Odrze, który według rządowych planów ma złączyć jego gminę z sąsiednią Miękinią. Zaplanowany w tym miejscu połączy co najwyżej puste pola, ale nieźle wpisuje się w potencjalną kampanię samorządową siostry Mateusza Morawieckiego.

Teraz przyszła kolej na żonę posła Arkadiusza Mularczyka, znanego z politycznych awantur o reparacje wojenne, desygnowaną na PiS-owskiego kandydata do nowosądeckiego ratusza. Nie została co prawda przywieziona w teczce, ale pojawiła się, jak przysłowiowy królik z cylindra czarnoksiężnika-prezesa, mimo bardzo poważnych miejscowych PiS-owskich oporów. Zupełnie do tej roli nieprzygotowana i bez żadnego doświadczenia w sferze publicznej, ale wspierana jest przez męża i szefa ogólnopolskiego sztabu wyborczego PiS w wyborach samorządowych, Tomasza Porębę.
To właśnie on na pierwszej konferencji prasowej Iwony Mularczyk powiedział: „Mieszkańcy miasta będą mogli wybierać między kandydatami agresywnej w stosunku do rządu totalnej opozycji albo osobą, która w sposób konstruktywny, ze wsparciem administracji rządowej będzie budować przyszłość i potencjał tego miasta…Mnie interesuje, co dla miasta chce zrobić, i zrobi, pani Iwona. Dajcie jej dziś szansę popracować w tej kampanii, dajcie jej szansę wygrać te wybory, a ja was zapewniam, że to miasto przyspieszy w rozwoju.” Czyli przećwiczone, kolejne 500+ , tym razem w wyborczym wydaniu. A jak przegra, to „totalna opozycja” z Nowego Sącza nie ma co liczyć na rządowe względy. Najzwyklejszy, dostrzegany przez wszystkich logicznie myślących, szantaż.
Z powyższego widać, że różnica między PiS a PZPR jest głębsza niż największy na świecie, oceaniczny Rów Mariański, bowiem po wyborczym „nieposłuszeństwie” sądeczan z 1957, w roku następnym ówczesna Rada Ministrów rozszerzyła uprawnienia terenowych organów władzy państwowej na tym terenie, popierając i akceptując tym samym eksperyment sądecki.

Kandydatka PiS od samego momentu nominacji rozpoczęła coś, co nazwać można urzędowaniem – zwołuje narady, odpytuje dyrektorów miejskich spółek, odwiedza komisariaty policji, robi spotkania z mieszkańcami, z dużą pomocą biura poselskiego męża…czuje się pewnie, a właściwie dość butnie, a jej kampania przypomina wszystkie absurdy i kłamstwa partyjnej kampanii PiS.
Wojna o Ratusz trwa.

 

Sądecka Deklaracja Wyborcza

„Mając na uwadze dobro Polski oraz ich obywatelek i obywateli, pomimo dzielących nas różnic zobowiązujemy się do wspólnego działania w obronie wolności i demokracji” – to początek tego dokumentu, który w Nowym Sączu 22 lutego br. podpisali przedstawiciele sądeckich struktur PO, N, SLD, KOD, Młodzi Demokraci, Młodzi Nowocześni, Ogólnopolski Strajk Kobiet i Stowarzyszenie Odpowiedzialni Obywatele. Wydawało się, że koalicja, pozbawiona szyldów poszczególnych partii, ma już tylko przed sobą stworzenie wspólnej listy kandydatów do Rady Miasta i wskazanie, także wspólnego, kandydata na prezydenta, którym niewątpliwie zostanie Leszek Zegzda z PO – były wieloletni wiceprezydent N. Sącza, członek zarządu i wicemarszałek województwa małopolskiego.

 

PO przeciw antypisowskiej koalicji

O problemach tworzenia koalicji na szczeblu ogólnopolskim pisze Renata Grochal („Newsweek” z 13. 08. br.): „PO nie jest w stanie sama zbudować sobie poparcia na poziomie 40-50 procent i odsunąć PiS od władzy, bo po ośmiu latach rządzenia ma sporo za uszami. Dlatego jedynym rozwiązaniem jest stworzenie szerokiego porozumienia opozycji. Ten proces właśnie się zaczyna. Pierwszym, a zarazem najłatwiejszym krokiem do konsolidacji opozycji ma być porozumienie PO z Nowoczesną, czyli Koalicja Obywatelska, która powstaje na wybory samorządowe…Najtrudniejsze są rozmowy z SLD.

Lider Sojuszu Włodzimierz Czarzasty atakuje Schetynę, twierdząc, że nazwa Koalicja Obywatelska jest myląca, bo to nie jest żadne porozumienie obywatelskie, tylko inicjatywa partyjna. I że to chytry pomysł Schetyny, by zdominować inne partie. – Można tworzyć wspólne listy, ale każdy partner musi być podmiotem. Nie może być tak, że jest struktura dominująca i jak się będzie do niej wchodziło, to się będzie lizało po dłoni szefa Grzesia…Dodaje, że wszędzie tam, gdzie PO dała się przekonać, żeby zwinąć szyld Koalicji Obywatelskiej, udało się zbudować szersze porozumienia z udziałem SLD już na wybory samorządowe. Tak jest m.in.: w Lublinie, Krakowie, Łodzi i Rzeszowie.”

Podobną opinię, jak Czarzasty, wyraził Jacek Żakowski („Integracja czy dominacja”, „GW”, 20.08.2018) pisząc „Blisko trzy lata po utracie władzy czołowi politycy Platformy wciąż nie mogą pogodzić się z tym, że demokracja to nie jest taki ustrój, w którym rządzi PO, lecz taki, w którym obywatele swobodnie decydują, kto rządzi…nie stała się integratorem opozycyjnych wyborców ani organizacji, bo bardziej chciała być dominatorem.

Nie umiała iść razem z nowymi ruchami ulicznymi, starą i nową lewicą, etc., bo oczekiwała, by one szły za nią. Jest to droga do katastrofy…

Najlepiej to widać w Warszawie i Gdańsku, gdzie opozycja miałaby zwycięstwo w kieszeni, gdyby PO nie uparła się postawić na swoim (kandydacie) i się nie postarała, by był to kandydat szerokiego obozu.”

Ostatecznie sądecka PO zadecydowała, że wystartuje jako „Koalicja Obywatelska”. Pomysł wspólnej listy i jednego kandydata centrolewicy upadł, ale to nic nowego w działaniach tej partii, która nawołując do wspólnego przeciwstawienia się PiS-owi, zawsze pamięta, aby przy okazji ograć swoich ewentualnych partnerów. Zapewne w sądeckim wypadku liczyły się jeszcze inne względy.

 

Casus Rafał Skąpski

W zaistniałej sytuacji i wobec rosnącego społecznego poparcia dla SLD, oscylującego w skali kraju wokół 10% i trzeciego miejsca w rankingu partii, kontynuując aktywność przedstawiającą partię, jako realną programową alternatywę na scenie politycznej, nowosądecki Sojusz postanowił wystawić własnego kandydata na prezydenta Nowego Sącza, którym został Rafał Skąpski.
Postać Skąpskiego znana jest od wielu lat w kraju, jako nadzwyczaj zasłużona dla polskiej kultury, między innymi poprzez pełnienie funkcji sekretarza Narodowej Rady Kultury, podsekretarza stanu w Ministerstwie Kultury, dyrektora Państwowego Instytutu Wydawniczego czy też prezesa Fundacji Kultury Polskiej i Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. I jeszcze wiceprezesa Stowarzyszenia „Kuźnica”, aktywnie działającego w jej nowosądeckiej filii. Ceniony jest także jako autor licznych publikacji poświęconych m.in. kulturze, historii i genealogii, które ukazywały się w wielu tytułach.

Rafał Skąpski związany jest z Ziemią Sądecką wielorakimi więzami: stąd pochodzą jego przodkowie, którzy byli związani z Sądecczyzną od początku XIX wieku i bardzo dobrze zapisali się dla rozwoju tej ziemi, a on sam jesienią roku 2016 osiadł na stałe w Jazowsku, w gminie Łącko.

Od końca lat 90. Rafał Skąpski działał na rzecz Sądecczyzny jako członek i wiceprezes Klubu Przyjaciół Ziemi Sądeckiej, a w czasie gdy był wiceprezesem Polskiego Radia, a następnie wiceministrem, wspierał rozwój sądeckiej kultury. Wraz z małżonką ustanowił dwie doroczne nagrody finansowe dla wyróżniających się uczniów w gminach Łącko i Podegrodzie. Małżonkowie Skąpscy przekazali trzykrotnie sporo książek ze swoich zbiorów do bibliotek w tych gminach.

Droga zawodowa, rozliczna działalność społeczna, menadżerskie doświadczenie oraz wieloletnie uczestnictwo w życiu publicznym, wraz z licznymi sukcesami i osiągnięciami, w jaskrawy sposób odróżniają Rafała Skąpskiego od kandydatki PiS Iwony Mularczyk. A w stosunku do Leszka Zegzdy, uwzględniając jeszcze popełnione przez PO błędy i zaniedbania oraz jej faryzejski stosunek do wspólnych działań na rzecz odsunięcia od władzy PiS, Rafał Skąpski czuć się może równorzędnym partnerem.

I jeszcze bardzo ważne – jest człowiekiem spoza wszelkich miejscowych układów, wolnym od zobowiązań i uprzedzeń. Nawet jego aktywna działalność w okresie PRL nie może stanowić zarzutu, bowiem sfera kultury, w której działał nie podlega krytyce nawet IPN-u.

Kandydata SLD na prezydenta Nowego Sącza wspiera Komitet Honorowy, a wśród licznych, nadzwyczaj zacnych nazwisk znajdują się dwaj wybitni i długoletni samorządowcy: Jacek Majchrowski – prezydent Krakowa i Tadeusz Ferenc – prezydent Rzeszowa. Jeżeli takie postaci dają poparcie i rekomendacje Skąpskiemu, to znaczy, że jest w pełni przygotowany i niesie sukces swoją prezydenturą.

 

Skąpski tłumaczy dlaczego?

„Startuję, bo potrafię zarządzać, potrafię rozmawiać z ludźmi, znajdować konsensus, wsłuchiwać się w potrzeby innych, wybierać najlepsze rozwiązania. Tworzyć, budować, realizować cele.
Startuję po to by pokazać, że mieszkańcy Nowego Sącza nie są zdani na kandydaturę proponowaną przez totalną władzę. By dać możliwość głosowania tym, którzy chcą zaprzeczyć tezie, iż Sądecczyzna to matecznik PiS, że nie ma tu inaczej myślących, że jest wybór także inny niż PiS, albo PO.
Startuję, bo Sądecczyzna jest dla mnie, dla mojej rodziny bliska i ważna od lat…Duża Ojczyzna – Polska i Mała Ojczyzna – Sądecczyzna są zagrożone. Lekceważenie Konstytucji, lekceważenie prawa, lekceważenie inaczej myślących Obywateli zatacza coraz większe kręgi. Wzory zachowań i sposób rządzenia…w Warszawie korcą polityków PiS w innych miastach. Polityków, a nawet ich żony.”

 

Program

SLD przygotował dobry program dla Sącza, dla jego mieszkańców; program spójny i obejmujący różnorodne aspekty rozwoju infrastruktury miejskiej, troskę o sądeczan, troskę o tych, którym samym, bez pomocy samorządu ciężko jest żyć. Chcą im pomóc wszędzie tam, gdzie rząd od trzech lat stawia krok do tyłu i wycofuje się z przyjętych zobowiązań, zrekompensować mieszkańcom Sącza tę nieczułość i niesprawiedliwość władzy centralnej.

„Myślę o bezdusznie i bezmyślnie reformowanym szkolnictwie – kontynuuje Skąpski – myślę o młodych rozpoczynających start życiowy, o stanie służby zdrowia, o tragedii niepełnosprawnych i ich rodzinach, myślę o cofaniu praw nabytych…

Chcę na równi dbać o miasto i o jego mieszkańców. Chcę, przedstawiając nasz plan, zachęcić mieszkańców do dyskusji nad nim, do korekt i uzupełnień, a poprzez akt głosowania do wsparcia tego programu i dania mu szansy na realizację. Chcę, by nasz program stał się Waszym programem.

Usłyszałem hasło konieczności przewietrzenia Ratusza…Wietrząc, można zrobić przeciąg, nad którym trudno zapanować, który wywiać może także to co w Ratuszu jest też i dobre… Nigdy z góry nie oceniam ludzi, nigdy nie przekreślam nikogo, tylko dla tego, że jest z innej opcji, że inaczej myśli. Na pewno zmiany w Urzędzie, w podległych mu jednostkach są potrzebne, ale dopiero po analizie, po rozmowach, po ocenie każdej osoby, po chwili refleksji i próbie współpracy…

Polska jest jedna, tak głosi PiS, to prawda; ale Polska i Nowy Sącz nie muszą być rządzone jedynie przez jednych. Bo w jednej Polsce żyjemy też my, ludzie o lewicowych i lewicowo-centrowych poglądach.”

Rafał Skąpski planuje powołanie społecznej Rady Konsultacyjnej przy prezydencie Nowego Sącza, składającej się przede wszystkim z aktywnych uczestników przedwyborczej dyskusji, która zapewnić ma realizację jego wyborczego hasła – Z WAMI, DLA NAS.

 

Dla porządku rzeczy

dodać należy informację o innych kandydatach na prezydenta miasta. Krzysztof Głuc jest specjalistą od administracji, biznesu i zarządzania (popierany przez R. Nowaka) i będzie startował jako bezpartyjny, a niezależną i własną walkę prowadzić będzie także były prezydent i aktualny wiceprezydent Jerzy Gwiżdż, który jako niezbyt mocny kandydat pewnie liczy na porozumienie powyborcze z najsilniejszym przeciwnikiem.
A wracając do historii, to czas październikowych wyborów pokaże czy Sądeczan stać ponownie na sprzeciw, w imię obrony rzeczywistego interesu swojej ukochanej, małej ojczyzny.

Gorbaczow na Zamku

W trzydziestolecie wydarzenia.

 

W końcu stycznia, lub już w lutym 1988 roku dostałem sygnał, że przygotowywana jest wizyta sekretarza generalnego KC KPZR, a w jej programie zaplanowane jest spotkanie gościa z polskimi intelektualistami. Jeden z rozpatrywanych wariantów zakładał, że spotkanie to mogłoby odbyć się w Zamku Królewskim, w ramach organizowanych przez Narodową Radę Kultury „Spotkań Zamkowych”. Kilka razy w roku, organizowaliśmy spotkania z wybitnymi twórcami i naukowcami ze świata. Gospodarzem spotkań był prof. Bogdan Suchodolski, przewodniczący NRK. Gościem pierwszego spotkania był jugosłowiański pisarz Miodrag Bulatović, ostatniego – polski pisarz tworzący w USA Jerzy Kosiński.

 

Gdzie dwóch…

Szybko okazało się, że jest więcej chętnych nie tylko by zorganizować to spotkanie, ale też je poprowadzić. Zapamiętałem dwa nazwiska, być może było ich więcej. Pierwszy to prof. Aleksander Gieysztor, który argumentował swe oczekiwania faktem, iż jest dyrektorem miejsca, w którym spotkanie miało by się odbyć. Drugi to prof. Jan Kostrzewski, ówczesny prezes Polskiej Akademii Nauk, uzasadniał swe kompetencje faktem instytucjonalnego szefowania polskim naukowcom. O ile dobrze pamiętam my specjalnie nie zabiegaliśmy o to wyróżnienie, zadziałała najprawdopodobniej stara zasada „gdzie dwóch się bije”. Zamek był siedzibą Narodowej Rady Kultury i poza osobistą pozycją profesora Suchodolskiego miało to też swoje znaczenie. W ówczesnej kadencji Sejmu profesor był Marszałkiem Seniorem, miało to jednak mniejsze znaczenie gdyż funkcja ta faktycznie i praktycznie sprowadzała się jedynie do otwarcia pierwszego posiedzenia Parlamentu. W kolejnych dniach i miesiącach prac Sejmu, osoby które miały w danej kadencji zaszczyt uroczystego rozpoczynania obrad Sejmu stawały się szeregowymi posłami. Tak zresztą dzieje się i dziś.

Tak czy siak, od pewnego czasu było już przesądzone, że jednym z punktów pobytu Gorbaczowa w Polsce będzie spotkanie na Zamku z intelektualistami, prowadzone przez profesora Suchodolskiego, przewodniczącego NRK, a organizowane przeze mnie jako jej sekretarza.

Nie miałem oczywiście pełnej samodzielności, a nawet, powiedzmy szczerze, miałem ją w dużym stopniu ograniczoną. Gorbaczowa do Polski zapraszał przewodniczący Rady Państwa, I sekretarz KC PZPR, generał Wojciech Jaruzelski. Programem wizyty zarządzał więc aparat KC, co najmniej cztery jego wydziały (propagandy, zagraniczny, nauki i kultury), oczywiście MSZ, a szczególnie protokół dyplomatyczny. Ja byłem adresatem ich decyzji, informacji, pytań, czasem konsultacji. Możliwość inicjatywy z mojej strony i zgłaszania uwag czy pomysłów istniała, ale byłem świadomy swej roli wykonawczej i odległej pozycji w długim łańcuszku osób mających wpływ na szczegóły wizyty.

 

Pół roku przygotowań

Sławomir Tabkowski we „Wspomnieniach redaktora” (Śląsk, Katowice) datuje początek przygotowań do wizyty Gorbaczowa, w kierowanym przez siebie wydziale propagandy KC, na 11 stycznia 1988. W roku tym, wiosną, PIW opublikował książkę Gorbaczowa „Przebudowa i nowe myślenie dla naszego kraju i dla całego świata”. Była ona sensacją, może nie na miarę Ulissesa Joyce’a, ale wciąż mam w oczach kolejkę po nią, ciągnącą się od Nowego Światu przez Foksal, aż do księgarenki PIW; nakład się rozszedł i szybko zadecydowano o dodruku. Autentyczne zainteresowanie książką radzieckiego przywódcy, zmiany wprowadzane przez Gorbaczowa w ZSRR, pobudzały nadzieję na przyswojenie „pieriestrojki” w Polsce, tworzyły, obok wielu zdarzeń politycznych w kraju, dobrą atmosferę dla przyjęcie gościa. W czerwcu roku poprzedniego profesor Bogdan Suchodolski złożył na ręce prymasa Józefa Glempa propozycję rozszerzenia składu Narodowej Rady Kultury o wskazanych „katolików świeckich”. W listopadzie 1987 rozpoczął działalność urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. W styczniu 1988 roku zakończyło się wieloletnie zagłuszanie Radia Wolna Europa, 10 lutego ogłoszony został II etap reformy gospodarczej zakładającej miedzy innymi równe warunki ekonomiczne dla wszystkich sektorów własności, wsparcie małych firm prywatnych i otwarcie dla kapitału zagranicznego. W marcu zniesiono kartki na wyroby czekoladowe, w maju utworzono Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie. W lipcu rozpoczyna się sprzedaż benzyny „bezkartkowej”. Minister kultury Aleksander Krawczuk wygłosił w Sejmie zdanie o wielu wartościowych wydawnictwach „podziemnych”. W całym kraju trwały przygotowania do jubileuszu 70. lecia odzyskania Niepodległości. Ich intensywność opisał Andrzej Łapicki w niedawno opublikowanych dziennikach „Jutro będzie Zemsta” (Agora, Warszawa) notując pod datą 12 listopada: „Na Piłsudskiego już patrzeć nie można tak go wyeksploatowali.”

Ale był to jednocześnie rok najsilniejszej, po grudniu 1981, fali strajków. Pierwsze wybuchają 25 kwietnia w Bydgoszczy i Inowrocławiu, trwają do 10 maja, rozlewając się na kolejne miasta, zakłady pracy i uczelnie. 26 kwietnia w Hucie im. Lenina rozpoczyna się strajk okupacyjny, siłowo zakończony w nocy 4/5 maja. 2 maja wybucha strajk w Stoczni Gdańskiej.

 

Czas i miejsce

Wszystkie dotychczasowe Spotkania Zamkowe odbywały się w Sali Koncertowej lub Rycerskiej Zamku. W większej z nich miejsc siedzących było około 200. W tym wypadku uczestników miało być dwa razy więcej. Służyć temu miała Sala Wielka zwana też Balową. Szkopuł w tym, że wciąż jeszcze trwała jej rekonstrukcja. Zamek w swej zasadniczej części oddany był do użytku już w roku 1984 (pierwsze wnętrza zaczęły funkcjonować nawet w 1977), ale ostatnie prace trwały nadal i związane właśnie były z Salą Wielką. Kiedy po raz pierwszy do Polski przyjechała ekipa radzieckich służb (odpowiednik naszego Biura Ochrony Rządu) funkcjonariusze oglądali Zamek tylko z zewnątrz. Wiele notowali, robili zdjęcia. Uczestniczyłem w tym fragmencie ich roboczej wizyty, a oni zapewne przebyli całą planowaną trasę kilkudniowej podróży Gorbaczowa. Kiedy po niedługim czasie znów przylecieli, byli już wyposażeni w wideokamery. Było kila takich wizyt, za każdym razem ekipa była liczniejsza, wyposażona w coraz więcej różnego rodzaju aparatury, a ich inspekcja coraz dokładniejsza. Przechodziliśmy całą trasę w Zamku, od podjazdu gdzie goście wysiądą z limuzyn, korytarzami i schodami aż do sali Balowej. Kręcąc film dodawali swe komentarze, zwracali uwagę na mijane okna, drzwi, korytarze, wnęki i załomki ścian. Gdy kończyliśmy wizję lokalną w Sali Wielkiej za każdym razem z niepokojem upewniali się, czy zdążymy zakończyć wystrój sali. W Sali bowiem, nie było jeszcze posadzki, stały rusztowania, na których wysoko ponad nami, pracował z uniesionymi rękami, zmarły w ubiegłym roku, Jan Karczewski odtwarzając malunki na plafonie. Przedstawiciele Zamku zapewniali że zdążymy. Rzeczywiście zdążyli, lecz dosłownie w ostatniej chwili. Jeszcze o północy, na kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania kończono woskować parkiet, potem wnoszono i ustawiano fotele. Dopiero w tym momencie stało się wiadomym ile foteli Sala pomieści, ile osób będzie mogło na nich usiąść. Był plan, na który wcześniej naniesiono obrysy zamówionych foteli, istniało więc przypuszczenie, ale przypuszczenie nie jest pewnością, a tę posiedliśmy dopiero rankiem w dniu „zero”. Pamiętam, że potrzebowaliśmy blisko 400 miejsc i tyle z wielkim trudem, a trzeba było pozostawić konieczne przejścia pomiędzy fotelami, udało się w Sali zmieścić. Inna sprawa to całkowita niewiedza jaką akustykę będzie miała ta Sala.

 

Uczestnicy

Lista osób zaproszonych do udziału w spotkaniu z Gorbaczowem powstawała poza mną, choć minimalny wpływ na nią miałem. Otrzymywałem nazwiska, dzwoniliśmy początkiem czerwca do tych osób zapowiadając spotkanie na Zamku w połowie lipca, nie podając dokładnej daty, a uzyskaną odpowiedź notowaliśmy. Znakomita większość osób przyjmowała zaproszenie. Zapowiadaliśmy kolejny telefon za dwa tygodnie. Wówczas już data była w rozmowie podawana. 14 lipca. Gdy po raz drugi obecność zostawała potwierdzona, ostemplowane przez BOR zaproszenie było wypisywane i wysyłane pocztą. Dotyczyło to uczestników z grupy „ludzie nauki i kultury”. Mniej liczna grupa gości oficjalnych i delegacja radziecka otrzymywała zaproszenia z innego źródła. Dość długo na tej liście nie było, odsuniętego na boczny tor, wicemarszałka Sejmu Mieczysława F. Rakowskiego. Dopiero gdy w połowie czerwca został sekretarzem KC na liście pojawiło się jego nazwisko ze wskazaniem miejsca w pierwszym rzędzie. Pamiętam rozmowę telefoniczną ze Stefanem Kisielewskim, odmówił udziału tłumacząc, corocznym w tym czasie, wyjazdem nad morze do Sopotu. „Jest rocznica śmierci mego syna i też na nią do Warszawy nie przyjadę” – zakończył rozmowę. Rzeczywiście 12 lipca mijało dwa lata od tragicznej śmierci Wacława Kisielewskiego. Wiele lat później Jerzyk Kisielewski, gdy mu tę historię opowiedziałem, potwierdził, że ojciec nie przerywał swoich lipcowych urlopów w Sopocie. Gustaw Holoubek w pierwszej rozmowie zaproszenie przyjął, ale potem odmówił. Ponoć opowiadał szeroko: „jednak mnie zaprosili, ale im odmówiłem….”. Tadeusz Łomnicki prosił by wycofać zaproszenie i nie stawiać go w sytuacji konieczności rozważania przyjąć je, czy nie. Maryla Rodowicz zaproszenie przyjęła (wystosowane w ostatniej niemal chwili, zawoziłem je do niej do domu), ale w Zamku nie pojawiła się. Godzinę, lub dwie po słynnym koncercie dla Gorbaczowa na Wawelu, gdzie Andrzej Rosiewicz zaśpiewał piosenkę „Wieje wiosna od wschodu”, późnym wieczorem odebrałem telefon z dyspozycją bym dopisał Rosiewicza do listy, jak najpilniej skontaktował się z artystą i dostarczył mu zaproszenie. Zadzwoniłem do Rosiewicza do domu, telefon odebrała jego mama, mówiąc że syn nie wrócił jeszcze z Krakowa i nie ma z nim kontaktu. Nie bardzo mi pasował ten piosenkarz do zacnego zamkowego grona, więc nie zadzwoniłem powtórnie. Ale gdy zaproszenia zaczęły już dochodzić do adresatów przydarzył się także telefon od zmarłego niedawno aktora z pytaniem dlaczego on do tej pory zaproszenia nie dostał. „Emilka mi mówiła, że ma już zaproszenie, a ja nie mam….” Odpowiedziałem wymijająco, przerzucając winę na opieszałą pocztę. Zaraz jednak zadzwoniłem do osoby, która podawała mi nazwiska twórców i przekazałem oczekiwanie aktora; po niedługim czasie otrzymałem zgodę na wysłanie mu zaproszenia.

Tuż przed spotkaniem dzwoniłem jeszcze do kilku wskazanych mi osób prosząc je o zabranie głosu. Znany reżyser odmówił tłumacząc, że już sam jego udział w tym spotkaniu jest zachowaniem, z którego władza powinna być wystarczająco zadowolona, więc przemawiać nie będzie, niech to robią inni. Ale gdy Sala zaczęła się wypełniać zobaczyłem, że daje mi on z oddali jakieś znaki. Ruchem ręki zaprosiłem go do siebie. „Zobaczyłem kto jest na sali, zmieniam zdanie, chcę zabrać głos, proszę mnie dopisać do listy” – usłyszałem. Za kilkanaście minut sala była już zapełniona do ostatniego fotela, przybyli goście, a słowa powitania zaczął wygłaszać profesor Suchodolski.

 

Bez notatek, ustawki

Z wystąpieniem profesora miałem pewien problem, a w zasadzie nie tyle z wystąpieniem ile z oczekiwaniem politycznych zwierzchników bym tekst powitalnego przemówienia Profesora dostarczył ze sporym wyprzedzeniem. Nie mogli przyjąć do wiadomości, że Profesor nie pisze sobie przemówień, że nikt inny też mu ich nie pisze. „To tym razem wy mu napiszecie”. Tłumaczyłem, że profesor nawet nie czyni żadnych notatek; „Tym razem je musi zrobić i wy je nam wcześniej dostarczycie”. W końcu, po długiej wymianie argumentów, ulegli. Profesor rzeczywiście całe przemówienie powitalne, pełne głębokich myśli i refleksji, wygłosił bez pomocy notatek. Z dzisiejszego punktu widzenia może wydać się to błahe, ale wówczas w 1988 roku, wydarzeniem było to, że Profesor, wobec sekretarza generalnego KPZR i w obecności I sekretarza PZPR, zadał głośno, publicznie pytanie: „czy rzeczywiście socjalizm wymaga aż takich ofiar?”

Po wystąpieniu profesora wypowiadali się uczestnicy spotkania. 17 osób, w tym trzech Rosjan, którzy przyjechali z Gorbaczowem. Spotkanie, zaplanowane w oficjalnym protokole wizyty na nieco ponad godzinę, przeciągnęło się prawie trzykrotnie dłużej. Szef protokołu dyplomatycznego MSZ, Roman Czyżycki, kilkakrotnie podchodził do Generała Jaruzelskiego zapewne wskazując, iż opóźniają się kolejne punkty wizyty. Generał zdawał się ignorować uwagi szefa protokołu, wyraźnie chciał by wszystkim chętnym dać możliwość swobodnej wypowiedzi.

Zauważyłem, że siedzący w prezydium Gorbaczow, Jaruzelski i Suchodolski wymieniają się uwagami. Gorbaczow zaskoczony był przebiegiem spotkania, dyskusją, padającymi pytaniami i stwierdzeniami. Miał pretensje do swoich doradców, że nie przygotowali go ani na spotkanie z Suchodolskim, ani nie uprzedzili, że po przemówieniu profesora może nastąpić żywa, autentyczna, niczym nie skrępowana dyskusja. Marcin Król zapytał przecież o zakres suwerenności Polski i o to czy doktryna Breżniewa jest nadal stosowana względem Polski i krajów sąsiadujących. Na szybko więc uzgodniono, że gość nie odniesie się do poszczególnych wypowiedzi, a przyśle odpowiedź na piśmie i cała dyskusja oraz jego list będą opublikowane. Gorbaczow jednak głos zabrał, ale nie odpowiedział na żadne pytanie wprost czy bezpośrednio, przemówił dość ogólnie, a swą pisemną wypowiedź przysłał kilka tygodni później.

 

Pytania zadane i dosłane

Plon spotkania opublikowało wydawnictwo Książka i Wiedza. Do wydania tej publikacji aspirował jeszcze, nieskutecznie, Państwowy Instytut Wydawniczy (wydawca książki Gorbaczowa o pierestrojce) oraz Wydawnictwo Interpress. W książce zamieszczono też siedem głosów złożonych pisemnie po spotkaniu. Już po wydaniu książki jeszcze ośmiu uczestników spotkania nadesłało swe wypowiedzi. Znalazły się one w szybko opublikowanym drugim wydaniu wraz z kilkoma zdjęciami ze spotkania. Jedna tylko nadesłana wypowiedź nie uzyskała aprobaty wydawnictwa i cenzury. To list prof. dr. hab. inż. Romana Ciesielskiego, członka rzeczywistego PAN, b. rektora Politechniki Krakowskiej, a po 1989 roku senatora I kadencji. Pismo zawierało pytania o suwerenność gospodarczą Polski i funkcjonowanie w życiu społeczno politycznym osób, których nie rozliczono z odpowiedzialności za ich aktywną działalność w czasach stalinowskich. Profesor Ciesielski, ale także i prof. Suchodolski, odwoływał się od tych decyzji. Zachowałem ksero odpowiedzi jaką prof. Ciesielski otrzymał od wydawnictwa. Dyrektor KiW wyjaśnia iż: „tekstu nie można niestety upowszechnić z uwagi na zaprezentowaną w nim interpretację suwerenności PRL.” List nosi datę 25 stycznia 1989. Dwa dni później Lech Wałęsa i Czesław Kiszczak odbyli ostatnie spotkanie przygotowujące obrady Okrągłego Stołu ustalając procedurę i zakres obrad oraz dzień ich rozpoczęcia – 6 lutego.

 

Wątek katyński

Wracając do spotkania z Gorbaczowem, oczekiwaliśmy wówczas z Profesorem, że właśnie tu, na Zamku Królewskim w Warszawie przywódca ZSRR powie prawdę o Katyniu. Stało się to jednak dopiero dwa lata później, 14 kwietnia 1990 w Moskwie. Podczas wizyty Prezydenta RP Wojciecha Jaruzelskiego, Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow wyraził głębokie ubolewanie w związku z tragedią katyńską nazywając ją „jedną z cięższych zbrodni stalinizmu”.

Kilka razy, w naszych wcześniejszych rozmowach, profesor Suchodolski wspominał sprawę Katynia w kontekście redagowanej przez siebie w końcu lat 50. Małej Encyklopedii PWN (pierwsze wydanie 1959). Hasła Katyń tam nie było, w niektórych kręgach spotykał się Profesor w związku z tym z krytycznymi uwagami. Ale, jak tłumaczył mi: „Miałem wówczas tylko dwie możliwości, albo napisać zgodnie z obowiązującą wówczas wykładnią, że Katyń to sprawa Niemców, albo pominąć to hasło. Wybrałem drugie rozwiązanie, wolałem przemilczeć niż kłamać”. Co prawda – zwraca na to uwagę w przywołanych wcześniej wspomnieniach Sławomir Tabkowski – w 1957 w książce „Kolumbowie rocznik 20” (PIW, Warszawa) Roman Bratny napisał o zwale trupów „poległych z sowieckiej ręki”. Ale co innego proza, literatura piękna, co innego Encyklopedia. Rok 1959 już też różnił się od „odwilżowego” 1957.

Podobne oczekiwanie, iż podczas wizyty Gorbaczowa w Polsce padną słowa prawdy o Katyniu, mieli członkowie najwyższych polskich władz politycznych. Pisze we wspomnianej książce S. Tabkowski, iż powołanie w 1987 polsko-radzieckiej komisji do zbadania tzw. białych plam rozbudziło nie tylko w nim (przypominam, był kierownikiem wydziału w KC) nadzieję na oficjalne przyznanie się strony radzieckiej do zbrodni.

Prace komisji nie przyniosły jednak efektów, strona radziecka nie była przygotowana do ujawnienia prawdy. Na posiedzeniu komisji w marcu 1988 przewodniczący strony polskiej prof. Jarema Maciszewski ogłosił ekspertyzę, w której stwierdzono, iż „brak nowych dokumentów radzieckich nie pozwala na osłabienie argumentacji przemawiającej za winą NKWD”. Także w marcu grupa blisko 60 ludzi kultury i nauki wystosowała list otwarty wzywający ZSRR do ujawnienia prawdy o Katyniu. Pisze dalej S. Tabkowski: „Pomimo nacisków Wojciecha Jaruzelskiego i pytań, które padły podczas spotkania z przedstawicielami środowisk polskiej nauki i kultury na Zamku Królewskim w Warszawie, Gorbaczow nie zdecydował się powiedzieć prawdy.”

 

Poza protokołem

Mimo to, witano Gorbaczowa w Warszawie, Krakowie czy Szczecinie niezwykle serdecznie, spontanicznie otaczały go życzliwe tłumy, a on chętnie rozdawał autografy, na co pozwalała niezbyt rygorystyczna ochrona. Po zakończeniu spotkania na Zamku do stolika prezydialnego podeszło kilka osób. Jerzy Duda Gracz zapytał mnie, wyciągając ukryte zawiniątko, czy może wręczyć Gorbaczowowi mały obrazek. Podeszliśmy razem, obok Gorbaczowa stała już Beata Tyszkiewicz. Generał przedstawiał: „eto samaja wydajuszczajasia zwiezda naszewo kino” na co błyskawicznie z uśmiechem odpowiedział Gorbaczow: „a my szczitajem szto naszewo”. Duda Gracz wręczył malunek, a ja otrzymałem, na specjalnie przygotowanym kartoniku, podpis Gorbaczowa.

Następnego dnia, gdy Gorbaczow brał udział w szczycie Układ Warszawskiego, w Nieborowie profesor wydał obiad na cześć jego małżonki Raisy, założycielki radzieckiego Funduszu Kultury. By przywitać gościa, do Nieborowa przyjechali I sekretarz KW PZPR w Skierniewicach Leszek Miller i wojewoda skierniewicki Kazimierz Boczyk. Po powitaniu odjechali, w obiedzie udziału nie wzięli. Podczas tego spotkania Raisa Gorbaczowa interesowała się bardzo działalnością Towarzystwa im. Fryderyka Chopina (w obiedzie uczestniczył dyrektor generalny Towarzystwa Bogumił Pałasz) i zbliżającym się Konkursem chopinowskim (w 1990). Rozmawiano także o możliwości postawienia pomnika Chopina w Moskwie. O sprawie tej Raisa Gorbaczowa nie zapomniała. Jak wspomina Grzegorz Wiśniewski, gdy nieoczekiwanie zjawiła się w 1989 roku w polskiej Ambasadzie na recitalu Haliny Czerny – Stefańskiej, w rozmowie z kierownictwem Ambasady i Instytutu, zadeklarowała swe wsparcie dla idei pomnika. Jednak niedługo później pani Raisa straciła możliwości skutecznych działań nie tylko w tej sprawie. A pomnika Chopina w Moskwie jak nie ma, tak nie ma.

 

W czasie opisywanych wydarzeń Autor był sekretarzem Narodowej Rady Kultury.