Włodku, musisz!

Po przeciętnym wyniku w wyborach samorządowych dla SLD, zaczęło się coś, co w polityce jest naturalne – wzajemne animozje, pretensje i gorzkie żale. Oczekiwania z pewnością były większe, choć wynik SLD nie jest taki słaby, jaki lansuje wielu publicystów.

 

Wielu samorządowców winą na wynik wyborczy obarcza lidera Sojuszu. Takie opinie docierają z Warszawy i Poznania. Obie struktury uważają, że Włodzimierz Czarzasty powinien podać się do dymisji. Jakby zapominając z jakiego dołka wyciągał tę partię Czarzasty jeszcze dwa lata temu, kiedy to podzielony i wewnętrznie rozbity Sojusz miał 2-3% w sondażach i gdzie wielu lansowało tezę o zwinięciu sztandaru. Tak się jednak nie stało. SLD przetrwał najgorszy dla siebie czas. Lewicy nadal jednak będzie pod górkę z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze. Włodzimierz Czarzasty postawił na podmiotowość SLD za co został wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream, który rolę lewicy widzi w Koalicji Obywatelskiej, która jest konglomeratem i zlepkiem wielu idei, których nie łączy tak naprawdę nic, poza dokopaniem władzy. Jak to zrobić, to już mniej ważne. A tak się z PiS nie wygra, bowiem Jarosław Kaczyński dość skutecznie przeorał świadomość społeczną w Polsce poprzez wprowadzenie programu 500 plus. Liberalna opozycja twierdziła, że nie ma na to pieniędzy, że jego wprowadzenie zniszczy budżet. Poprzez emocje zawsze budowało się w Polsce skutecznie politykę społeczną polegającą na ograniczaniu na nią wydatków i sprowadzając rolę państwa do nic nieznaczącego czynnika. To się skończyło. I to wydaje się zrozumiał Włodzimierz Czarzasty, który konsekwentnie odmawia koalicji w ramach Koalicji Obywatelskiej. Szansa na sojusz z partią Razem i szukanie wsparcia na lewicy, to jedyny słuszny kierunek, jaki dziś Sojusz może obrać. W ramach Koalicji Obywatelskiej Włodzimierz Czarzasty zawsze będzie za Grzegorzem Schetyną a lewicowe postulaty rozmyją się w liberalnym programie PO. Czy obecność takich postaci jak Rosati, Hübner, Arłukowicz, zmieniło oblicze PO? Nie, a przykładem tego niech będzie cytat Barbary Nowackiej, która grzmiała po głosowaniu w Sejmie w sprawie aborcji. Okazało się wówczas, że zabrakło zaledwie 9 głosów, by obywatelski projekt „Ratujmy kobiety” skierować do dalszych prac. Zabrakło, gdyż wielu przedstawicieli opozycji w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu. Nowacka pisała: Na demonstracjach prodemokratycznych, sorry, nie macie czego szukać(…) Być mniej progresywnym od Macierewicza i Pawłowicz? Mega słabe. Tym bardziej dziwi jej energiczne wsparcie projektu Koalicji Obywatelskiej.
Po drugie. W przyszłym roku pierwszym testem dla lewicy będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Sojusz ma swojego wiceprzewodniczącego PE prof. Bogusława Liberadzkiego. To ewenement, aby partia, która znajduje się poza Sejmem, miała swojego wiceszefa PE. Obecnie tylko SLD potrafi wysunąć w miarę liczącą się reprezentację w tych wyborach. Będą one nieco inne niż wybory samorządowe, gdzie dużą rolę odrywały lokalne komitety wyborcze. W tych wyborach w dużej mierze wybór będzie albo za europejskimi wartościami albo za ich zanegowaniem. W PiS już widać, że flaga Unii Europejskiej będzie eksponowana, choć jeszcze niedawno wycofana była z KPRM a przez jej posłankę nazwana była „szmatą”. Działania PiS na arenie międzynarodowej skutecznie osłabiają pozycję Polski. Nie mamy praktycznie żadnych przyjaciół. Pragmatyczni Węgrzy, Czesi czy Słowacy prowadząc ostre negocjacje z UE nie zamykają sobie furtki z Rosją, skutecznie lawirując w polityce międzynarodowej. Rząd PiS skutecznie skłócił Polskę z UE a w walce z Rosją stał się europejskim jastrzębiem, co nie przynosi zrozumienia w Europie. Wspólna lista lewicy, w tym Zielonych i Razem to szansa na poszerzenie socjalistycznej frakcji w PE, drugiej po chadeckiej. PO i PSL zasiadają w tej samej frakcji co partia premiera Victora Orbana. W takiej być może zasiądzie również Barbara Nowacka.
I wreszcie po trzecie. Polskie społeczeństwo jest egalitarne a trwająca od ponad dekady jałowy spór PO-PiS niszczy debatę publiczną w Polsce. Wychowuje się nowe społeczeństwo, które żyje w tym konflikcie, podsycane nienawiścią i wojną. Doszliśmy w debacie publicznej do jakiegoś absurdu. Nie potrafimy już rozmawiać na argumenty, brak elementarnej kultury wypowiedzi, a chamskie wypowiedzi posłów i dziennikarzy stają się nieodłączne w dyskusji. Nigdy chyba po 1989 roku nie byliśmy tak podzieleni, jak dziś. Dlatego tak bardzo potrzebna jest trzecia siła. Może być nią tylko lewica, konsekwentnie opowiadająca się za prawami pracowniczymi, prawami człowieka i europejskimi wartościami. Rozmowy SLD z Razem to milowy krok ku wspólnej liście w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. Być może dołączy do tego Robert Biedroń, który widzi w swojej tworzącej się partii alternatywę dla rządów PO-PiS. Jest on, podobnie jak Czarzasty, atakowany przez liberalne media za niedołączenie do projektu Koalicji Obywatelskiej. Lider SLD, jako przewodniczy największej dziś lewicowej partii, musi zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jeszcze większej polaryzacji na scenie politycznej. Wspólny blok SLD, Razem, partii Roberta Biedronia to może być autentyczna alternatywa wobec dwóch wielkich bloków politycznych. Rok 2019 będzie zatem decydująca dla przyszłości nie tylko SLD, ale całej lewicy. W 2015 rok SLD i Razem otrzymały ponad półtora miliona głosów. Lewicowi wyborcy pozostali osieroceni poprzez głupotę i ambicje liderów. Nie można do tego dopuścić w przyszłym roku. Wszystkie ręce na pokład!

Partio Razem, musisz!

W wigilię święta zmarłych na lewicy przyszło na świat nowe życie. Partia Razem pogrzebała swoje świętości, aby narodzić się na nowo. Przyznam, że konferencja prasowa, na której Maciej Konieczny i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk obwieścili społeczeństwu gotowość podjęcia współpracy z SLD zaskoczyła nawet mnie, hienę lewicowej żurnalistyki. Nieformalne rozmowy pomiędzy przedstawicielami obu ugrupowań toczyły się już od pewnego czasu, jednak mało kto spodiewał się tak szybkiej anuncjacji.

 

Klęska Razem w wyborach samorządowych nie była trudna do przewidzenia. Słaby wynik to przede wszystkim skutek polaryzacji pola politycznego przez popisowski duopol, ale również wypadkowa etapu rozwoju, na którym znajduje się młoda lewica. Razemici przedstawili niezły program i bardzo poprawnie, na tyle na ile starczyło środków i ludzkiego zapału, przeprowadzili kampanie wyborczą w większych ośrodkach. Cóż z tego, skoro społeczeństwo kompletnie nie postrzega Razem jako poważnej siły w polityce lokalnej, a lewicowe postulaty do swoich programów wpisały główne siły polityczne. W takiej sytuacji jedyną szansą okazało się postawienie na kandydatów z doświadczeniem i sukcesami w działalności politycznej, którzy mogliby uwiarygodnić propozycje programowe oraz znalezienie koalicjantów Na takie rozwiązanie zdecydowali się działacze z Poznania. W efekcie współtworzony przez nich komitet wyborczy zdobył dwa mandaty w radzie miasta. W wyścigu o lokalną prezydenturę Razem poparło wiceprezydenta miasta Tomasza Lewandowskiego, który ostatecznie zajął trzecie miejsce. Dokładając do tego trzeci w skali kraju wynik w wyborach do sejmiku wojewódzkiego, otrzymujemy świadectwo, że w polityce można wygrywać, tylko trzeba wiedzieć, kogo wziąć do składu.

Kierownictwo Razem nie pokładało szczególnych nadziei w wyborach lokalnych. Miały one służyć przede wszystkim zwiększeniu rozpoznawalności kandydatów przed bardzo ważnym rokiem 2019, a także zaprawieniu aktywu w działaniach kampanijnych i przeprowadzeniu testu sprawności politycznej przed kluczowymi dla przyszłości partii starciami – o europarlament i Wiejską. Test został oblany, ale to nie jedyna fatalna wiadomość dla działaczy. Lekarstwem na obniżone morale miał być dobry wynik w eurowyborach, kiedy niska frekwencja tradycyjnie sprzyja małym ugrupowaniom. Zdobycie kilku mandatów pozwoliłoby przystąpić do boju o parlament w r0li poważnej siły politycznej. Pojawił się jednak problem, a na imię mu Robert Biedroń. Były prezydent Słupska od dwóch miesięcy jeździ po kraju, spotyka się z wyborcami, a przede wszystkim – tworzy struktury swojego ugrupowania przed debiutem, który zaplanował właśnie na eurowybory. Biedroń ma wszystko to, czego brakuje razemitom – nazwisko, nimb sukcesu politycznego, wiarygodność i pewność siebie. A jednym z segmentów rynku wyborczego, do którego zamierza dotrzeć z ofertą, jest elektorat Partii Razem.

Widmo katastrofy w eurowyborach jest dla Razem perspektywą apokaliptyczną. Jeśli partia nie doskoczy do progu, defetyzm i demotywacja osiągną masę krytyczną, konflikty przerodzą się w dekompozycję, co ostatecznie sprawi, że karminowe sztandary będziemy mogli podziwiać już tylko w Muzeum Socjaldemokracji, zbudowanym z inicjatywy prezydenta Biedronia w roku 2027.
Robert Biedroń nie będzie koalicjantem Razem. Nie ma żadnego powodu, by nim zostać. Jego celem jest stworzenie i szybka promocja własnego brandu, za pomocą którego zamierza zdobyć serca „lewego” segmentu elektoratu PO, Nowoczesnej i znacznej części lewicy, która zagłosuje na niego, bo nie ma żadnej poważnej alternatywy.

Co więc może zrobić Partia Razem, by uniknąć zagłady? Sojusz z SLD jest jedyną szansą na wprowadzenie karminowych reprezentantów do europarlamentu i polskiego Sejmu. Nikt przecież wówczas nie zabroni prowadzenia własnej, niezależnej od SLD gry politycznej, przychodzenia na pracownicze demonstracje, angażowania się w ruchy kobiece czy LGBT. Oczywistą korzyścią będzie zapewnienie finansowej reprodukcji ugrupowania, większa liczba cytowań i zaproszeń do najważniejszych stacji telewizyjnych, co z kolei może być początkiem końca anonimowości najdzielniejszych działaczy karminowej lewicy.

Elektorat Razem różni się znacznie od eseldowskiego, więc ryzyko „pożarcia”, tak namiętnie kreślone przez krytyków tej koalicji, jest niczym jak innym jak projekcją zaniżonego poczucia własnej wartości i zwykłym lewackim panikarstwem. Dla wielu osób związanych z Razem pakt z SLD oznacza konieczność wymiany fundamentów etyki politycznej. Hasła takie jak „znajdzie się cela dla Leszka Millera” czy „kurica nie ptica, SLD nie lewica” symbolizowały negacje bezideowego, neoliberalnego projektu, który gospodarował przestrzeń lewicową w poprzednich dekadach, a także marzenie o stworzeniu prospołecznej formacji. Mamy jednak rok 2018, nie 2005.

Czas na pracę SLD

Polakom zagraża konserwatywna prawica spod znaku Prawa i Sprawiedliwości, a nikt nie obroni ich tak, jak może to uczynić lewica.

 

21 października, pierwszy raz od porażki w 2015 r., poddaliśmy się osądowi wyborców. Trzy lata temu, gdy lewica nie znalazła się w Sejmie, wielu wieszczyło koniec Sojuszu Lewicy Demokratycznej i nie wierzyło, że w przyszłości będziemy w stanie przekroczyć próg wyborczy i znaleźć się ponownie w parlamencie. Wiele sondaży nie było dla nas łaskawych: co pewien czas dowiadywaliśmy się, że popiera nas trzy lub cztery procent wyborców, a lepszą decyzją jest głos na inne ugrupowania. 21 października lista SLD Lewica Razem otrzymała ponad milion głosów i 6,7 proc. poparcia w skali kraju. Przekroczyliśmy magiczne 5 procent, zdobyliśmy wynik lepszy niż Kukiz ’15, a przede wszystkim pokazaliśmy, że Polacy potrzebują lewicy i oczekują jej powrotu. Nie jest to wynik, który pozwala mówić o sukcesie, ale jest to wynik, który daje nadzieję: na powrót do Sejmu, udział we współrządzeniu Polską i realizację naszego programu. Jest kolejnym krokiem na drodze odbudowy lewicy (po głupiej decyzji o wystawieniu kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydentkę Polski i wypadnięciu SLD z Sejmu), którą rozpoczęliśmy w 2016 r., i którą zakończymy w 2019 r., gdy nasi parlamentarzyści ponownie zasiądą na Wiejskiej. Nie ogłaszam więc sukcesu, ale i nie mówię o klęsce. Nie czas na przypominanie, że jesteśmy partią pozaparlamentarną, że nie wszystkie media są nam życzliwe, że nie mamy tyle sił i środków co nasi konkurenci. Czas na ciężką pracę i wiarę w sukces. Nie zgadzamy się na podział Polski między PiS i PO. Okazało się kolejny raz , że bez SLD i PSL nie da się przywrócić normalności i stworzyć stabilnych większości gwarantujących uczciwe rządy na poziomie sejmików i parlamentu.

Ponad milion głosów na SLD Lewica Razem w wyborach samorządowych tworzy przestrzeń dla nowych sojuszy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i wyborami parlamentarnymi. Nie będą to porozumienia dyktowane przez konieczność. Nasz wynik nas do tego nie zmusza. Sojusz Lewicy Demokratycznej zweryfikował swoje poparcie w wyborach samorządowych. Jesteśmy w stanie wystawić własne listy i wprowadzić swoich parlamentarzystów zarówno do Parlamentu Europejskiego, jak i do Sejmu. Wierzę jednak, że warto w pierwszym rzędzie postawić na konsolidację wszystkich środowisk lewicowych wokół wspólnego programu i obrony naszych wartości: wolności, równości, solidarności, otwartości, integracji europejskiej, świeckiego państwa, praw kobiet i szacunku dla mniejszości. Dlatego powinniśmy zabiegać o dalszą współpracę z naszymi dotychczasowymi partnerami z Lewicy Razem oraz prowadzić rozmowy z tymi z którymi nie udało się dotychczas porozumieć. Myślę tu m.in. o partii Razem czy Zielonych. Myślę też o środowisku związanym z Robertem Biedroniem.

Polakom zagraża konserwatywna prawica spod znaku Prawa i Sprawiedliwości, a nikt nie obroni ich tak, jak może to uczynić lewica. Wyniki wyborów samorządowych, które – co trzeba przyznać – wygrała partia rządząca, skłaniają też do zacieśnienia współpracy z innymi formacjami stojącymi – podobnie jak lewica – na gruncie obowiązującej Konstytucji i przynależności Polski do Unii Europejskiej. Czas, w którym zagrożone są w Polsce fundamenty demokratycznego państwa prawnego, wymaga bowiem porozumienia ponad podziałami: zarówno partyjnymi, biograficznymi, jak i ideologicznymi. Chcę więc rozmawiać z Polskim Stronnictwem Ludowym, PO i Nowoczesną. W wielu miejscach w Polsce współpracując w tych wyborach samorządowych, dowiedliśmy, że nasze współdziałanie przynosi sukces. Wystarczy przywołać przykład Łodzi, Lublina czy Wrocławia.

Rezultat wyborów samorządowych to wiele indywidualnych sukcesów polityczek i polityków lewicy. Setki mandatów radnych gmin, miast, powiatów i województw. To nasi prezydenci i wiceprezydenci, burmistrzowie i wójtowie. To kluby radnych, powyborcze koalicje i porozumienia. To trzy województwa, w których niemożliwe jest zbudowanie większości w sejmiku bez radnych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To także trudne wybory partnerów politycznych, z którymi warto zawiązać koalicję w gminie, powiecie i województwie.

Prawdą jest, że lokalne życie polityczne rządzi się swoimi prawami, że toczy się w dużej mierze poza podziałami, które wyznacza ogólnokrajowa polityka. Ale do wyborów szliśmy pod hasłem „Silny samorząd, demokratyczna Polska”. Pamiętaliśmy, że Prawo i Sprawiedliwość zdominowało Sejm i Senat, rząd i administrację rządową w terenie, podporządkowało sobie prokuraturę, niszczy niezawisłe sądy, a z naruszania Konstytucji uczyniło podstawową metodę sprawowania władzy. Naszym celem były nie tylko dobrze zarządzane gminy, powiaty i województwa, ale obrona demokratycznego państwa prawnego. Chcieliśmy, by samorząd terytorialny pozostał jedynym segmentem władzy niezależnym od Prawa i Sprawiedliwości. Właśnie dlatego przez ostatnie miesiące walczyliśmy o samorząd i właśnie dlatego dzisiaj nie ma naszej zgody na koalicje z Prawem i Sprawiedliwością: zarówno w sejmikach województw, jak i w radach powiatów i miast. Wiarygodność i uczciwość wobec wypowiedzianych w trakcie kampanii słów są najważniejsze!

Partia która przygotowała i przegłosowała obowiązującą Konstytucję, nie może przyłożyć ręki do wzmocnienia partii, która Konstytucję tę ma za nic i stale ją narusza. Sojusz Lewicy Demokratycznej – partia, która wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej – nie może nigdzie wspierać formacji, która chce Polskę z Unii wyprowadzić i zniszczyć dorobek kilkunastu lat naszego członkostwa. Wymaga tego szacunek do demokratycznego państwa prawnego, dorobku naszego środowiska politycznego, a tak po prostu – zwykła ludzka przyzwoitość, której nie może przesłonić doraźna kalkulacja. Wiem, że nie zawsze osoby z Polskiego Stronnictwa Ludowego, PO i Nowoczesnej są łatwymi partnerami. Ale współpraca z nimi jest koniecznością czasu, w którym musimy walczyć o to, by Polska dalej była demokratycznym państwem prawnym. Państwem, które budowaliśmy przez ostatnie trzydzieści lat.

4 listopada druga tura wyborów samorządowych. W pierwszej wielu naszych kandydatów obroniło swoje stanowiska w miastach, którymi z sukcesami rządzą. Z naszym poparciem już w pierwszej turze urząd prezydenta zdobyli: Krzysztof Matyjaszczyk w Częstochowie, Beata Moskal-Słaniewska w Świdnicy, Rafael Rokaszewicz w Głogowie, Beata Klimek w Ostrowie Wielkopolskim, Łukasz Komoniewski w Będzinie, Jacek Wójcicki w Gorzowie Wielkopolskim, Marcin Krupa w Katowicach i Tadeusz Ferenc w Rzeszowie. Wspólnymi kandydatami SLD, PO, PSL i Nowoczesnej byli Jacek Sutryk we Wrocławiu, Hanna Zdanowska w Łodzi i Krzysztof Żuk w Lublinie. W niedzielę walczymy dalej: wierzę w sukces Agaty Fisz w Chełmie, Marcina Bazylaka w Dąbrowie Górniczej, Łukasza Kulika w Ostrołęce i Jacka Majchrowskiego w Krakowie. To dobrzy, mądrzy kandydaci i sprawdzeni samorządowcy, którzy pokazują codziennie, jak skutecznie rządzić potrafi lewica. Trzymam za nich kciuki, wiem, że odniosą sukces.

A co po wyborach? Praca na jak najlepszy wynik w 2019 r. I więcej uśmiechu.

Razem z SLD?

Słaby wynik w wyborach samorządowych i marne perspektywy na sukces w boju o europarlament skłoniły Partie Razem do poszukiwania sojuszników. Na wtorkowej konferencji członkowie zarządu krajowego zasygnalizowali chęć współpracy z innymi lewicowymi ugrupowaniami, w tym również z Sojuszem Lewicy Demokratycznej.

 

Na spotkaniu z dziennikarzami głos zabrali: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, uznawana za jedną z bardziej charyzmatycznych osób w Razem oraz Maciej Konieczny, w przeszłości członek Młodych Socjalistów, jeden ze współzałożycieli partii. Za ich plecami stał milczący Adrian Zandberg, który jeszcze dwa tygodnie temu, podczas drugiego dnia strajku w LOT, zapewniał, że nie ma mowy o nawiązaniu bliskości pomiędzy Razem, a SLD.

Rzeczywistość zmusiła jednak kierownictwo PR do rewizji stanowiska. Po wyborach samorządowych na łonie Partii trwała intensywna debata na temat kierunku działań przed wyborami do europarlamentu, które, zważywszy na marny wynik w starciu o samorządy, będą dla Razem bojem o „być albo nie być”. Wnioski zostały zaprezentowane na dzisiejszej konferencji. Wygląda na to, że powstała w 2015 roku młoda lewica będzie zmuszona porzucić antyeseldowskie nastawienie i otworzyć się na współpracę z ugrupowaniem, którego lewicowość dotąd konsekwentnie kwestionowała.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła o „bolesnej lekcji” ostatnich wyborów, a także o imadle, w którym zakleszczyły społeczeństwo PO i PIS. – Nadal dostrzegamy różnice, jakie dzielą nas od innych ugrupowań. Nadal pozostajemy bardzo krytyczni wobec wielu działań starej lewicy, w szczególności SLD. Zdaniem polityczki jluczowym zadaniem jest obecnie budowa alternatywny dla duopolu PO-PiS, którą stanowić może tylko”silna i skuteczna lewica”, budowa której jest „obowiązkiem wobec Polek i Polaków”. Dziemianowicz-Bąk wymieniła również grupy, które obecnie nie mają politycznej reprezentacji w parlamencie.– To nasz obowiązek wobec strajkujących pracowników PLL LOT, protestujących pielęgniarek i nauczycielek, kobiet pozbawionych dostępu do legalnej i bezpiecznej aborcji, wobec pracowników wypchniętych na śmieciówki i fikcyjne samozatrudnienie, wobec osób z niepełnosprawnościami, aktywistek na rzecz świeckiego państwa i mieszkańców niewielkich miejscowości odciętych od transportu publicznego – wyliczała członkini zarządu krajowego Partii Razem.

Ciekawe akcenty znalazły się również w wystąpieniu Macieja Koniecznego. – Wszyscy jednak niezależnie od szyldu, niezależnie od ambicji, jesteśmy politykami. Nie możemy obrażać się na rzeczywistość. Jeżeli chcemy, aby różnorodna lewica znalazła się w Parlamencie Europejskim, a potem w polskim Sejmie, to Razem, Robert Biedroń i SLD muszą usiąść do stołu. Jako Razem jesteśmy na to gotowi – stwierdził Konieczny, w przeszłości członek Młodych Socjalistów, organizacji, która sprzeciw wobec rządów SLD osadziła w swoim politycznym DNA.

Co na to szefostwo Sojuszu? – Bardzo pozytywnie odbieram tę deklarację – powiedział Włodzimierz Czarzasty. – Jako SLD nigdy nie mówiliśmy źle o Partii Razem, o Zielonych, o Robercie Biedroniu, ani tym bardziej o żadnym z naszych 21 partnerów politycznych (koalicja SLD-Lewica Razem). Wolę współpracy na lewicy deklarujemy od dawna. Przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego są idealnym momentem, aby stworzyć wspólne listy lewicy – skomentował szef SLD.

 

Wyjdźmy na ulice!

List do Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia, Adriana Zandberga, Małgorzaty Tracz, Bogusława Gorskiego, Waldemara Witowskiego, Jana Śpiewaka.

 

100-lecie polskiej niepodległości to wyjątkowa okazja, aby przypomnieć polskiemu społeczeństwu rolę lewicy w walce o niepodległość. To również doskonałą okazja do narzucenia własnej narracji historycznej. Zwłaszcza młodemu pokoleniu, które niemal całkowicie ma dziś poglądy prawicowe.

Prezydent RP Andrzej Duda odrzucił propozycję środowisk narodowych, aby uczestniczyć w wspólnym marszu. Zatem jedynym środowiskiem, które wyjdzie, licznie jak zwykle, na ulice Warszawy, będą nacjonaliści. Po raz kolejny to ich środowisko skanalizuje bunty społeczne młodego pokolenia. Lewica, o ile w ogóle, potrafi tego dnia tylko blokować takie marsze. W społecznym odbiorze zatem po raz kolejny lewica zamiast wyjść z własną inicjatywą, podkreślić rolę PPS w walce o niepodległość i sprawiedliwość społeczną, będzie blokowała czyjąś inicjatywę. Tak to będzie odebrane. Lewica sama, na własne życzenie, oddaje pole narodowej prawicy. Jakby zapominając słowa Orwella: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”.

Odzyskanie przez Polskę niepodległości było w dużej mierze zasługą socjalistów. Czerwone flagi nie były wówczas synonimem bolszewizmu. W odróżnieniu od prawicy, kolaborującej z zaborcami i zerkającej na obce mocarstwa, to socjaliści 7 listopada 1918 r., nie oglądając się na nikogo, stworzyli pierwszy polski rząd gwarantujący prawo do strajku, 8 godzinnego dnia pracy i równości płci.
W narodowe święto niepodległości nie usłyszymy o zdobyczach socjalnych pierwszego niepodległego rządu polskiego, na czele którego stanął Ignacy Daszyński z PPS. Socjaliści, bili się nie tylko o niepodległość, ale również o kształt państwa. Ich główny postulat to przekształcenie państwa w demokratyczną Republikę Ludową. W myśl manifestu wszyscy obywatele mieli otrzymać równouprawnienie pod względem politycznym i obywatelskim, co miało wyrażać się wolnością sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, i strajków. W ramach dążeń do poprawy warunków socjalnych zapowiedziano ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle.

Jako jeden z pierwszych rządów na świecie Tymczasowy Rząd Ludowy potwierdza i gwarantuje prawa wyborcze kobiet, wyprzedzając tym samym większość państw europejskich, a także USA. Manifest ustala 8-godzinny dzień pracy w przemyśle, rzemiośle i handlu. Rząd deklaruje natychmiastowe przystąpienie do reorganizacji organów samorządu terytorialnego i utworzenie milicji ludowej. Zobowiązuje się wnieść do Sejmu Ustawodawczego projekty reform dotyczących: przeprowadzenia reformy rolnej; upaństwowienia niektórych działów przemysłu i komunikacji; udziału robotników w administrowaniu prywatnymi przedsiębiorstwami; wprowadzenia prawa o ubezpieczeniach i ochronie pracy; powszechnego, świeckiego i bezpłatnego nauczania w szkołach.

Odezwa „Do ludu Polskiego” nie pozostawiała wątpliwości, jaki charakter mieć będzie przyszła Polska – „Nad skrwawioną i umęczoną ludzkością wschodzi zorza pokoju i wolności. W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników, rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy. I nie zaświta lepsza dola nad narodem polskim, jeżeli rdzeń i olbrzymia jego większość, lud pracujący, nie ujmie w swoje ręce budowy podwalin naszego życia społecznego i państwowego.”

Zdezorientowana prawica, która skompromitowała się współpracując z zaborcami, m.in. podczas rewolucji 1905 roku, przystępuje do działania. Nie zgadza się na rewolucyjne zmiany, jakie postulowani socjaliści. Narodowa demokracja przeciwna była m.in. prawem do głosu dla kobiet oraz dalszą klerykalizacją kraju. Ignacego Daszyńskiego zastępuje inny socjalista, Jędrzej Moraczewski, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. To wówczas powstają dwa poważne dokumenty – Dekret o ośmiogodzinnym dniu roboczym” oraz „Warunki służbowe minimalne dla niższej służby folwarcznej (parobków)”, które zostają zatwierdzone przez Piłsudskiego. Dla robotników i chłopów, ważna była wszak nie tylko odzyskana niepodległość, ale przede wszystkim warunki, jakie stworzy niepodległe państwo. Czy miała to być w dalszym ciągu pańszczyzna, 16-godzinnny czas pracy bez możliwości strajku, czy demokratyczne i egalitarne państwo? Co robi prawica? W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 przygotowuje zamach stanu na socjalistyczny gabinet premiera Jędrzeja Moraczewskiego.

Dziś zagrożenie ze strony skrajnej prawicy jest minimalne. To margines, groźny, głośny, ale margines. Zamiast straszyć faszyzmem, lepiej wyjść na ulice z własnymi hasłami. W tym roku nadarza się wyjątkowa okazja. Odsłonięty bowiem zostanie pomnik Ignacego Daszyńskiego. Policzmy się, wszyscy! Czy lewice jednak stać na ten organizacyjny wysiłek? Przed wojną wyjście na ulice było dla lewicy czymś naturalnym. Odnoszę wrażenie, że po 1989 roku stało się synonimem obciachu i wysiłkiem przekraczającym możliwości.

Zjednoczenia nie będzie

…na razie!

 

Lewico jednocz się – nawołuje prasa liberalna. Wcześniej promowała różne ruchy na lewicy i tępiła SLD zarazem. SLD istnieje, a lewicowi ulubieńcy liberałów słabną. Taka linia poniosła klęskę. Zatem niech się zjednoczą i wtedy może zagrożą – razem z liberałami – PiS-owi. Widzę w tym chęć ponownego powrotu do władzy PO, a lewica ma być w tym tylko narzędziem, która potem zostanie uznana za niepotrzebną.
Samo zjednoczenie na lewicy jest sprawą bardzo trudną. Nie wierzę w połączenie się obecnych partii i grup. Zbyt wiele je dzieli. Dzielą je bardziej osobiste animozje i ambicje niż kwestie programowe. I jest jeszcze coś znacznie ważniejszego. Brak na lewicy umiejętności organizacyjnych i chwytliwych wizji zdolnych do utworzeniu czegoś nowego, co będzie tchnęło świeżością. Równolegle powinny powstać struktury organizacyjne zdolne do walki wyborczej.
W III RP były czasy szybkiego powstawania partii politycznych. W ubiegłym wieku Andrzej Lepper założył Samoobronę i skupił wokół siebie niezadowolonych rolników, a potem także innych niezadowolonych. W końcu Samoobrona zawaliła się pod własnym ciężarem, a PiS w tym bardzo jej pomógł. Potem Janusz Palikot, odszedł z PO i błyskawicznie założył Ruch Palikota. Początki były świetne, potem było coraz gorzej i w końcu partia rozpadła się szybciej niż powstała. Kukiz także wyskoczył znienacka, bazując na sławie piosenkarza, zebrał ludzi od prawa do lewa, ale raczej od prawa i trwa. Sprawdzianem będą wybory samorządowe. Brak struktur tej partii w terenie dobrze nie rokuje.
Ryszard Petru powołał swoją Nowoczesną bardzo szybko i sprawnie. Była to nowsza wersja PO, nieobciążona aferami, młodsza, świeższa i dynamiczniejsza. W sondażach nawet przebijała PO. Jednak Nowoczesna także powoli schodzi ze sceny. Właśnie jest trawiona przez PO.
Wspomniani liderzy wykazali się umiejętnościami organizacyjnymi i mieli to „coś”, co przyciągnęło wyborców. Umiejętności organizacyjne i finanse są nie mniej ważne od głoszonej ideologii. Wszystkim wymienionym zabrakło jednak długofalowej strategii i niestarzejącej się ideologii, a członkowie liczyli przede wszystkim na partyjne konfitury. Konfitur dla wszystkich nie starcza i partia szybko się kurczy.
Czy na lewicy są tacy? Nie widzę. Czarzastego, sprawnego organizatora, nie trawią inni liderzy. Zandberg raczej jest zdolny po skłócania niż jednoczenia. Barbara Nowacka utworzyła szyld „Inicjatywa Polska” i nic ponadto. Robert Biedroń jest obecny w polityce od lat, ale do partyjnej orki nie pali się. Raczej ma predyspozycje do bycia mądrym celebrytą niż człowiekiem od czarnych prac organizacyjnych. On o tym wie i dlatego nie wie jaką drogą ma podążać.
Jest na lewicy jeszcze jeden problem. Mniejsze partie patrzą jak na prawicy duże partie pożerają mniejsze. Na lewicy małe ugrupowania boją się SLD, który też dopiero odrabia poniesione straty. Boją się, że SLD je wchłonie i strawi, a oni chcą mieć swoją tożsamość i swoją partię, nawet jak one niewiele znaczą na scenie politycznej. Co więcej te małe partie i grupy też same ze sobą nie potrafią się dogadać. We Wrocławiu Zieloni i Razem ponad rok temu zawiązali sojusz wyborczy. Nic z tego nie wyszło. Także organizacje kobiece nie potrafiły stworzyć wspólnego frontu wyborczego do samorządów. Zatem podziały na słabej lewicy są wielowarstwowe i głównie nie programy je dzielą, ale ambicje przywódcze i kłótliwe charaktery. W polityce nieumiejętność zawierania i dogadywania kompromisów skazuje takie partie na niebyt. Dlatego obecnie debata na temat zjednoczenia na lewicy, na razie do niczego sensownego nie doprowadzi.
Ale próbować trzeba. Może w końcu zaistnieje taki moment i pojawią się tacy ludzie, którzy powołają duży ruch na lewicy. Wybory samorządowe takiemu łączeniu się nie sprzyjają. Czekajmy na wybory parlamentarne i mądrzejmy na lewicy. Podpowiedzi liberałów traktujmy z dystansem, bo im nie zależy na silnej lewicy.

W obronie działaczki

Środowiska dziennikarskie, naukowe i kulturalne protestują przeciwko skandalicznemu wyrzuceniu z Polskich Linii Lotniczych LOT przewodniczącej związku zawodowego. „Sprawa Moniki Żelazik urasta do rangi symbolu kolosalnego regresu praw pracowniczych i związkowych w Polsce” – czytamy w liście do szefa polskiego rządu.

 

Wygląda na to, że sprawa Moniki Żelazik może zakończyć postrzeganie gabinetu Mateusza Morawieckiego jako władzy „propracowniczej”. Po tym, jak pod koniec maja prezes LOT Rafał Milczarski zadecydował o dyscyplinarnym zwolnieniu przewodniczącej Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, temat ten wywołuje sporo emocji, szczególnie, że głównym nadzorcą spółki lotniczej jest przyjaciel premiera, sekretarz stanu w ministerstwie infrastruktury Mikołaj Wild.

To właśnie ten człowiek tuż przed zwolnieniem działaczki nawoływał do rozliczenia winnych strat, jakie poniosła spółka poprzez przymierzanie się do strajku, czyli związkowców. – Trzeba się pochylić nad szkodami, które LOT poniósł, w wyniku nawoływania do bezprawnych działań – mówił Wild. Warto pamiętać, że według obowiązujących przepisów, nie ma możliwości ukarania pracowników za działania nagłaśniające warunki zatrudnienia czy informowanie opinii publicznej o nadchodzącym strajku. Wkrótce po tych słowach Żelazik została zwolniona, a prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie prowadzenia przez nią… działalności terrorystycznej.

W piątek na biurko Morawieckiego trafił list podpisany przez znane osobistości. Sygnatariusze, czyli Marek Borowski, Jarema Dubiel, Piotr Ikonowicz, Olgierd Łukaszewicz, Sławomir Sierakowski, Jadwiga Staniszkis, Maciej Wiśniowski, Henryk Wujec i Jacek Żakowski zwracają uwagę szefa rządu na to, że w państwowej spółce „doszło do skandalicznego złamania prawa”. „To, że dziś pan premier sprawuje swoją funkcję, że mamy demokratyczne wybory, to wszystko zaczęło się od strajku powszechnego z jednym zasadniczym żądaniem, żądaniem wolności związkowej” – przypominają.

– W sytuacji tak drastycznego łamania podstawowych praw pracowniczych każdy przyzwoity człowiek, a na pewno każdy człowiek lewicy powinien wesprzeć Monikę Żelazik – powiedział redaktor naczelny Strajku.eu Maciej Wiśniowski, jeden z sygnatariuszy listu.

Nie jest to jedyna inicjatywa wsparcia dla represjonowanej związkowczyni. Na stronie Nasza Demokacja każdy może podpisać petycję z żądaniem przywrócenia do pracy Moniki Żelazik i zakończenia antypracowniczych represji w LOT.

Jednym z pomysłodawców tej akcji jest Jakub Baran z krakowskiego okręgu Partii Razem.

– Zwolnienie Moniki Żelazik za działalność związkową to symbol tego, jak wygląda »narodowy kapitalizm«, który chce budować nad Wisłą Mateusz Morawiecki – mówi działacz w rozmowie ze Strajk.eu. – Prawo i Sprawiedliwość twierdzi, że jest »najbardziej prospołecznym rządem po 89 roku«, a w praktyce zachowuje się tak jak wszystkie ekipy w III RP, przykłada rękę do łamania praw pracowniczych, represji za działalność związkową, do wyzysku i folwarcznych stosunków pracy. Monika Żelazik to Anna Walentynowicz naszych czasów, walcząc o przywrócenie jej do pracy, walczymy o prawa nas wszystkich – dodaje Baran.

„Monika Żelazik miała stanąć na czele strajku przeciwko śmieciowemu zatrudnieniu u narodowego przewoźnika. Kierownictwo kontrolowanej przez Skarb Państwa spółki stosuje nielegalne represje za działalność związkową. Wyrzucenie przewodniczącej związku jest próbą zastraszenia pracownic i pracowników LOT” – czytamy w petycji.

Lewica skorzysta z szansy?

Patrząc na poczynania Lewicy, można odnieść wrażenie, że na czele dwóch głów­nych partii lewicowych stoją ludzie pozbawieni wyobraźni i instynktu samozacho­wawczego.

 

Obecna sytuacja polityczna w kraju stwarza niepowtarzalną szansę na od­budowanie polskiej lewicy. Toczące się „naparzanie” na prawicy sprawia, że lewica która nie jest bezpośrednim uczestnikiem tej jatki, może pozwolić sobie na recenzo­wanie toczących się wydarzeń i proponowanie rozwiązań zmierzających do naprawy państwa zdewastowanego przez PiS i przedstawienie niezbędnych korekt tych rozwiązań, które są korzystne dla społeczeństwa, jak chociażby program Rodzina 500+ czy darmowe leki dla Seniora. W pierwszym z nich to wyłączenie z niego rodzin o wysokich dochodach, a włączenie do niego pierwszego dziecka w rodzinach niezamożnych i wprowadzenie zasady złotówka za złotówkę. W drugim przypadku to konieczność zlikwidowania fikcyjności tego programu.

 

A jakie działania prowadzą obie główne partie lewicowe?

Zamiast podjąć próbę zbudowania jak najszybciej wielkiej koalicji ugrupowań lewicowych, która przygotowałaby wspólnie założenia programowe i wspólny start w wyborach, każda z nich wyznacza sobie własne małostkowe cele.
SLD w przeprowadzanych sondażach kilka razy przekroczyło magiczny próg 5proc. i postanowiło ogłosić swój samodzielny start, zaś pozostałe ugrupowania mogą oczywiście z nimi startować w wyborach ale pod szyldem SLD.
Partia ta zamiast podjąć inicjatywę budowania zjednoczonej lewicy i walczyć o poszerzenie elektoratu, w celu osiągnięcia wyniku pozwalającego na realizację własnego programu, przyjmuje wygodne minimalistyczne rozwiązanie polegające na przekroczeniu w najbliższych wyborach progu 5proc. i „wepchnięcie” do Sejmu kilku partyjnych notabli. Z pola widzenia tej partii znika Polska i potrzeba odbudowania Jej znaczenia na forum międzynarodowym.

 

Czekając na awanturę

Po co poświęcać się budowie szerokiej koalicji lewicowej jeżeli wystarczy trochę poczekać i awantura na prawicy da jej sukces tj. przekroczenie pro-gu 5proc.. Kiepska wyobraźnia liderów partii nie pozwala dostrzec możliwości znaczne-go przekroczenia granicy przewidzianej dla koalicji.
Aby liczyć się w kraju, zjednoczona lewica powinna zawalczyć o poparcie społeczeństwa na poziomie minimum 15proc. Prawica robi wszystko, by nam to umożliwić a my przez wzajemne dąsy i animozje możemy pozbawić się tej szansy. SLD może być zdziwione wynikami najbliższych wyborów parlamentarnych, gdy weźmie w nich udział alternatywna do tej partii koalicja centrolewicowa.

 

Łapmy szansę

Obecna sytuacja podobna jest do tej sprzed kilkunastu laty, kiedy to na skutek sporów politycznych na prawicy, lewica przejęła władzę. Sytuacja polityczna w Polsce tworzy niepowtarzalną szansę na odzyskanie przez lewicę wiarygodności i znaczącej pozycji w kraju. Druga taka sytuacja może się nie powtórzyć.
Partia RAZEM, podobnie jak SLD, nie podejmuje działań jednoczenia lewicy a wszystkie wysiłki koncentruje na sobie tj. na przekonaniu Rodaków, że jest tym najzdrowszym, najlepszym szczepem odradzającej się lewicy.
Chce przekonać obywateli, że jest partią nowoczesnej lewicy nie skażoną grzechami, które popełniła wcześniej lewica. Niestety, czasem słuchając niektórych współprzewodniczących odnosi się wrażenie, że w wielu elementach partia ta cofnęła się do zbyt odległej przeszłości.
Przedstawiciele tej partii zachłysnęli się swoim niespodziewanym sukcesem w poprzednich wyborach, zapominając że ten ich sukces był wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności; dobrego występu Przewodniczącego Partii RAZEM Adriana Zandberga i słabego przygotowania (występu) przedstawicielki Zjednoczonej Lewicy. Wielu Rodaków w ostatniej chwili zdecydowało się zagłosować na Partię RAZEM, tym samym powodując wyeliminowanie kandydatów obu lewicowych komitetów Wyborczych do Sejmu.

 

To nasza wina

To właśnie my – Lewica swoją małostkowością, egoizmem, zawiścią i antagonizmami personalnymi sprawiliśmy, że od ponad 2 lat PiS demoluje Nasz kraj. Tym bardziej w duchu odpowiedzialności za Polskę powinniśmy pozbyć się wzajemnych uprzedzeń i stworzyć szeroką Zjednoczoną Lewicę, która odzyska lewicowy elektorat w części przejęty przez naszą głupotę przez PiS. Szansa na jego odzyskanie, po niektórych decyzjach PiS-u, jest duża. Czy doświadczenie z ostatnich wyborów czegoś Nas nauczyło? Mam wrażenie, że niestety nie.

 

Policzmy się

Zbliżają się wybory samorządowe, które wymagają dużej mobilizacji kadrowej gdyż partie lewicowe po ostatniej klęsce wyborczej poniosły spore straty osobowe, dlatego koniecznością jest wykorzystanie struktur wszystkich nawet najmniejszych partii lewicowych. To nasza jedność wsparta lokalnymi samorządowcami i OPZZ może być Naszą siłą w tych wyborach. Wspólnym startem w wyborach samorządowych możemy rozpocząć promocję zjednoczonej Lewicy i odzyskać wiarygodność. Czy dla dobra Polski lokalnej stać nas na szukanie porozumienia programowego i wspólnego startu w wyborach? Czas „ucieka” dlatego boczenie się na siebie i nie-podejmowanie działań integrujących lewicę może mieć swoje opłakane konsekwencje w najbliższych wyborach. Koalicja tworzona na ostatnią chwilę, w popłochu skazana jest na klęskę. Kompromis programowy, wcześniej przyjęte uczciwe zasady współpracy, w tym tworzenie wspólnych list, powinno być podstawą wspólnego star-tu w najbliższych wyborach. Partie lewicowe powinny wreszcie zrozumieć jedną wa-żną zasadę, że tylko zaakceptowane wspólne założenia programowe i uczciwe zasady współpracy będą gwarantem stworzenie zespołu, którego wspólny wysiłek może zapewnić im sukces. Taką strategiczną decyzją w wyborach samorządowych dla całej lewicy będą wspólni kandydaci na prezydentów w dużych miastach. Szczególnie ważny będzie dobry wynik w stolicy. Jest na to duża szansa, gdyż aktualne rządząca Pani Prezydent zrezygnowała ze startu w wyborach a dotychczasowi kandydaci PO i PiS-u są słabi. Może warto rozważyć możliwość wyłonienia kandydata lewicy w Prawyborach. Robert Biedroń, Marek Borowski i Andrzej Celiński byliby bardzo mocnymi kandydatami w tej rozgrywce.
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale podzielona lewica w sytuacji nowej ordynacji wyborczej może ponieść sromotną klęskę w wyborach samorządowych a później wybory Parlamentarne mogą być tylko jej dopełnieniem. Wyborcy mogą się bowiem obawiać, że ich głos będzie głosem straconym, podobnie jak miało to miejsce w ostatnich wyborach parlamentarnych i będą głosowali na silną koalicje opozycyjna. Klęska wyborcza sprawi, że wówczas będziemy mieli bardzo dużo czasu na analizę własnych błędów i „pracę u podstaw”.
Na zakończenie przestroga dla Partii lewicowych o większym potencjale, by wreszcie zrozumiały, że próby eliminowania mniejszych ugrupowań ze sceny politycznej nie mają sensu, gdyż jedynie osłabiają pozycję lewicy w Polsce. „Przy-stawki”, które chcielibyście Państwo pochłonąć, mogą stać się dla Was przyczyną bardzo długotrwałej niestrawności.