Na miłość boską bądź miła Recenzja

Internet kipi z oburzenia po tym, jak wyszło na jaw, że na warsztatach w jednej z warszawskich podstawówek dzieciom rozdano książki francuskiego księdza Jean-Benoita Castermana.

 

Wprawdzie (katolicki!) organizator warsztatów odżegnał się od treści w niej zawartych i oświadczył, że musiała zajść jakaś pomyłka, ale wkrótce okazało się też, że książka ta jest w ciągłym obiegu i służy jako pomoc naukowa wielu krzewicielom chrześcijańskiej wizji seksualności i rodziny w polskich szkołach. Ręce masowo podnieśli rodzice, których pociechy zmuszone były zapoznać się z tą pozycją wydawniczą rok, dwa lata temu. Nic dziwnego: książkę udało mi się namierzyć jako „dostępną” w dwóch z internetowych katolickich księgarni po 5 minutach googlania. Bez problemu dałam radę wrzucić do koszyka nawet kilka egzemplarzy. Uczciwość nakazuje mi przyznać, że jedna z nich w ciągu kilku godzin zdążyła już wycofać produkt.
Wyczytamy tam m.in., że kiedy napastuje cię, dziewczynko, nauczyciel lub szef, przede wszystkim okaż mu szacunek i podziękuj za zainteresowanie. Powiedz mu również, że „byłoby ci jeszcze milej, gdyby cię szanował”. A potem módl się, być może Bóg odmieni jego serce i powstrzyma nadaktywnego penisa.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać: „Byłoby mi jeszcze milej, gdyby pan zapłacił mi za pracę, którą wykonałam!”; „Byłoby mi jeszcze milej, gdyby mnie pan nie związał i nie okładał pałką teleskopową!”, „Jesteś taki męski, ale byłoby mi jeszcze milej, gdybyś nie podbił mi oka, kochanie!”.
W książce znajdziemy również porady dotyczące skromnego stroju i ostrzeżenie, by nie prowokować zalanych hormonami chłopców, których seksualność na tym etapie rozwoju „jest zwierzęca”. Niestety oprócz „oburzenia prostego”, którym zapałały wszystkie portale udostępniające skandaliczne fragmenty, bodajże tylko Wirtualna Polska pokusiła się o pogłębiony risercz: pokazała, że ksiądz Casterman już w rodzimej Francji musiał tłumaczyć się z tej i innych dydaktycznych książeczek, które wyszły spod jego pióra. Okazuje się bowiem, że chciał również leczyć gejów, a depresję uważał za naturalną i zasłużoną karę za niewybaczalny grzech przerwania ciąży. Michał Gostkiewicz, autor wyczerpującego tekstu dla Wirtualnej Polski, wskazuje również na to, że Instytut Profilaktyki Zintegrowanej, organizator nieszczęsnych warsztatów, na ogół promuje zgodną w zasadzie z tezami książki wizję związku i rodziny. Więcej, w wywiadzie dla KAI założyciel instytutu oburza się na sam zbitek słów „edukacja seksualna” – i uważa go za gorszący.
Cóż z tego, że za rok tej konkretnej książeczki nie da się kupić nigdzie poza antykwariatem czy allegro. Dopóki w naszych szkołach nauka o seksualności, ciele człowieka i jego potrzebach będzie z jednego krańca osadzona w lekcjach biologii z nieśmiertelnymi planszami pokazującymi budowę penisa z niebieską cewką moczową poprowadzoną przez środek, a z drugiej lekcjami katechezy – nic się nie zmieni. Dopóki o seksie opowiadać będą nadal siostra Sylwia, ksiądz Marek albo pani Anna Wiśniewska (głęboko wierząca mama szóstki dzieci po teologii) – będziemy nadal potykać się o kwiatki typu „nie ubieraj się prowokacyjnie”, „uważaj, aby nie urazić gwałciciela, bo będzie mu przykro”, „pomyśl, zanim założysz szpilki”.
Nie sztuką jest teraz udostępnić tweeta i oznaczyć organizatora warsztatów, żeby się tłumaczył. Sztuką jest wyprowadzić wyznaniowość ze szkół i przedszkoli, sztuką jest zaryglować drzwi wydawcom, promującym publikacje bieda-psychologów, mogące uczynić krzywdę najmłodszym. To wymaga przeorania umysłów dyrektorów szkół, być może nawet wywarcia szantażu na ministerstwie edukacji, obywatelskiej czujności, systematycznej kontroli rynku usług edukacyjnych.
Nie ma oczywiście systemu bez dziur. Pamiętacie jak w 2012 roku Rzecznik Praw Dziecka podał do prokuratury oficynę Vocatio za promowanie katolickiego poradnika zalecającego wychowawcze bicie dzieci? Później powstała słynna „lista Michalaka”, na którą trafiły podobne pozycje, traktujące o tym, że kary cielesne są obowiązkiem każdego kochającego rodzica, a obowiązek ten ważniejszy jest niż jakieś głupie prawo. Katolickie portale dały wówczas rzecznikowi odpór za pomocą kampanii „Stop cenzurze książek chrześcijańskich”. Choć od całej afery minęło już sześć lat, co jakiś czas z czystej ciekawości sprawdzam, czy wydawcy i księgarze zastosowali się do zaleceń RPD i usunęli z półek przemocowe poradniki. Uprzejmie informuję o stanie na dziś: od kopa udało mi się dostać „I kto tu rządzi?” Roberta Barnesa oraz „Klucz do serca twojego dziecka” Gary’ego Smalleya.
Wyrzućmy ich ze szkół razem z ich obrzydliwym przekazem. Dla naszego własnego dobra.

 

Jean-Benoit Casterman„Życie na maksa. Poradnik uczuciowo-seksualny”, Wydawnictwo M, Kraków 2018, str, 84, 978-83-759-5357-2.

Czy znów unikniemy Apokalipsy? Psim swędem Recenzja

Dwa eseje Jacquesa Derridy (1930-2004) o Apokalipsie („O apokaliptycznym tonie przyjętym niedawno w filozofii” oraz „Nie apokalipso, nie teraz”) powstały w latach 1982 i 1984, w okresie nasilonego konfliktu między USA a ZSRR, po objęciu władzy przez Ronalda Reagana, w epoce „gwiezdnych wojen”. Gdy po raz kolejny, a pierwszy od czasu sławnego konfliktu wokół „Zatoki Świń” i kryzysu kubańskiego 1960 roku ludzkość zdawała się stać przed widmem zagłady atomowej. Derrida pocieszenie w obliczu możliwości – prawdziwej czy urojonej – znajduje w filozofii i dziejach Apokalipsy na jej kartach, w jej stałej, groźnej obecności, nieustannej, a jednak nigdy nie spełnionej. „Apokaliptyczny „dyskurs nuklearny” Derridy pozostaje na płaszczyźnie kodów, gatunków, wytworów literackich, a zatem głównie w obrębie świata jako tekstu. Również tam – w wielokrotnie opisywanej figurze archiwum i nieskończonych możliwościach bibliotecznych form – filozof znajduje schronienie przed końcem ostatecznym” – napisali we wstępie tłumacze esejów. Autorzy posłowia z kolei zwracają uwagę, że wcześniejsze apokalipsy (chyba więc także te średniowieczne z Czterema Jeżdźcami) od nuklearnej różni jej niebywała, właśnie „nuklearna szybkość”. Derrida wykorzystał więc filozofię do uspokojenia siebie i nas, a jednocześnie, swoją refleksją humanistyczną nad zagadnieniem Apokalipsy wzbogacił dyskurs filozoficzny wokół zagadnienia krańcowości ludzkich doświadczeń. Jacques Derrida nie żyje od 14 lat. Apokalipsa nuklearna, wokół której osnuł swoje eseje pisane dekadę wcześniej, nie nadeszła. Za to zmarł w roku, w którym Polska weszła do Unii Europejskiej i gdy wydawało się, że choć Francis Fukuyama mylił się w swojej diagnozie o „końcu historii”, to jednak przed Europą długo nie rozciągnie się jakaś nowa perspektywa apokaliptyczna. Tego pojedynczego człowieka, jakim był Derrida, Apokalipsa, której się w końcu lękał, ominęła, tak jak i nas, póki co. Umknął jednak w ramiona Śmierci i od tej Apokalipsy, której się lękał i od tej, której chyba nie przewidywał, a przed którą stoimy my, żyjący dziś w tym świecie. Może i nam się upiecze. I znów, psim swędem, nie doświadczymy jej, bo wcześniej umrzemy lub nie dotknie ona naszych potomnych. W końcu nie święci garnki lepią. Udało się Derridzie, może udać się i nam. Poza tym podobno najbliższa Apokalipsa dotyczyć będzie „postczłowieka”. A więc może jeszcze nie nas? No, chyba, że już „postczłowiekiem” jesteśmy lub on jest już ante portas? Diabli wiedzą.

 

Jacques Derrida„O Apokalipsie”, tłum. Iwona Boruszkowska, Krzysztof Wojtasik, posłowie Iwona Boruszkowska, Michał Koza, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2018, str. 186, ISBN 978-83-946471-0-0.

Nie mieli szans

Powstanie warszawskie trwało 63 dni. Oddajemy hołd powstańcom Warszawy, którym z jednej strony przyświecał heroizm, patriotyzm i gotowość do poświęceń, a z drugiej strony głupota polityczna naszych przywódców.

 

Generałowie Tadeusz Bór-Komorowski, Leopold Okulicki, Tadeusz Pełczyński, Antoni Chruściel i pułkownik Rzepecki, zamiast bronić Warszawy i jej mieszkańców, doprowadzili miasto do zagłady, Było to samobójstwem. Wywołanie powstania było ciężką zbrodnią.
Depesze gen. Sosnowskiego z Londynu dotyczące sprzeciwu powstania nie dotarły. Tu zakrawa na zdradę dowódców powstania. Generał Sosnkowski dał Okulickiemu zadanie ratować biologiczną substancję narodu przez powstrzymanie wybuchu powstania. Okulicki złamał rozkazy naczelnego wodza, plamiąc mundur i honor oficera Wojska Polskiego. To Okulicki wysunął projekt walki o Warszawę. Powstanie Warszawskie „zawdzięczamy” generałowi Okulickiemu. Jak pisze Piotr Zychowicz w książce „Obłęd 44” w rozstrzygających dniach poprzedzających decyzję o wywołaniu Powstania warszawskiego gen. Okulicki niemal cały czas był na rauszu. Gen. Okulicki przeciwko niemieckim czołgom i samolotom rzucił kwiat polskiej młodzieży z butelkami z benzyną. Wszystko wskazuje na to, jak pisze autor ksiązki, że Okulicki, Pełczyński i Rzepecki zawarli za plecami Komorowskiego tajne porozumienie. Zawiązali spisek, którego celem było wywołanie powstania w Warszawie . Ta sprawa jest pomijana przez historyków, którzy oparli swoje kariery na wychwalaniu decyzji, która doprowadziła do rzezi Warszawy.
Podjęcie decyzji o wszczęciu Powstania warszawskiego było jedną z najtragiczniejszych decyzji w historii Polski. Jej skutkiem było zburzenie stolicy państwa, śmierć 200 tysięcy ludzi, eksterminowanie elity narodu.
Powstanie warszawskie oparte było, jak pisze autor wspomnianej książki, na absurdalnej koncepcji politycznej i wojskowej. Zostało przeprowadzone według fatalnego planu i bez środków do walki. Samo wyznaczenie godziny „ W” na piątą godzinę po południu było katastrofalną decyzją. Żołnierze AK wytrwali pod morderczym ogniem nieprzyjaciela 63 dni i to może być dla nas powodem do dumy. Ludziom tym należy się najwyższe uznanie i pamięć nasza oraz przyszłych pokoleń. Powstanie Warszawskie tak naprawdę nie trwało 63 dni, lecz kilkaset minut. Tyle, ile zajął pierwszy zakończony krwawą łaźnią szturm. Potem AK już po prostu starała się tylko przetrwać.
Już 1 sierpnia w nocy depesza Komendy Głównej mówiła o klęsce Powstania. Jak wspomniał, obecny wówczas w Londynie, generał Marian Kukiel „Anglicy na wiadomość o powstaniu po prostu zdębieli”. Powstanie Warszawskie było najtragiczniejszym błędem , jaki popełnili Polacy w swych najnowszych dziejach. Co należało zrobić? Oczywiście to, co się robi, gdy przegrywa się bitwę – kapitulować.
Gen. Bór-Komorowski powinien wystąpić do Niemców o pertraktacje kapitulacyjne nie na przełomie września i października 1944 roku, ale już 2 sierpnia. Niestety, ani kapitulacja wycofanie wojska z miasta dla wysokich rangą oficerów AK nie wchodziły w grę. Cały czas liczyli przecież na pomoc wytęsknionych, wyglądanych sowietów. Po klęsce 1 sierpnia jeszcze przez trzy dni Armia Krajowa mogła prowadzić działania zaczepne.
Autor książki przypomina również o braku odpowiedzialności oficerów Armii Krajowej, którzy pozwolili dzieciom walczyć. Miejscem polskich dzieci było boisko sportowe, a nie powstańcze barykady. W jednym tylko obozie dla jeńców wojennych po wojnie znalazło się 550 powstańców poniżej 18-go roku życia, w tym 49 poniżej 15-go. Wszystkie dzieci , które tak lekkomyślnie zmarnowano w Powstaniu Warszawskim, były potrzebne Ojczyźnie po wojnie.
Uczestnik powstania Jan Ciechanowski pisał: „Leży tam pokotem kwiat warszawskiej młodzieży, kwiat Armii Krajowej, leży batalion za batalionem, kompania za kompanią, pluton za plutonem, leżą tamci, których dzisiaj tak nam brakuje”. Bezsensowna, męczeńska śmierć najwspanialszych, najbardziej patriotycznych naszych dzieci jest plamą na honorze AK.
Konsekwencją wybuchu Powstania Warszawskiego było wydanie przez Hitlera rozkazu zrównania polskiej stolicy z ziemią i wymordowanie jej mieszkańców.
1 sierpnia 1944 roku rozpoczęła się droga krzyżowa miliona Polaków , która do dzisiaj jest starannie przemilczana przez piewców Powstania Warszawskiego. Cywilni mieszkańcy stolicy byli największym , obok oficerów rozstrzelanych w Katyniu, męczennikami polskiej historii. Ci cywile – choć pomijani w rocznicowych przemówieniach – byli nie mniejszymi bohaterami od żołnierzy AK.
Premier III RP podczas uroczystości 74. rocznicy Powstania Warszawskiego powiedział: „ Nie byłoby nas dzisiaj bez Powstania”. To jest wielkie kłamstwo. Powstańcy nie mieli żadnych szans wypędzenia okupanta hitlerowskiego z Warszawy. Wiemy, że politycy „dobrej zmiany” wstydzą się powiedzieć prawdę, że żołnierz radziecki i żołnierz polski wypędzili okupanta nie tylko z Warszawy, ale też i z Polski – dlatego tu jesteśmy na tej uroczystości, bo kominy krematoriów przestały dymić.
Powstańcom należy się wielka cześć i chwała, którzy przez nieudolność i zdradę niektórych dowódców ginęli nie osiągając niczego.

O książce „Kalejdoskop wspomnień” RECENZJA

Książka Wacława Kruszewskiego Kalejdoskop wspomnień to lektura ze wszech miar ciekawa i godna polecenia. Na tę opinię składa się kilka czynników. Autor tomu, ogłoszony swego czasu (1986) przez „Rzeczpospolitą” Polakiem Roku, przez całe swe dorosłe życie pracował „w kulturze”. Był dyrektorem Centrum Kultury i Sztuki Województwa Siedleckiego, któremu podlegały kina (stałe i ruchome) Siedlecki Teatr Kameralny, Biuro Wystaw Artystycznych, Pracownia Usług Plastycznych Biuro Informacji Kulturalnej z własnym zakładem poligraficznym oraz Zakład Remontowo-Budowlany Obiektów Kultury. Kruszewski tę instytucję tworzył od podstaw (poświęcił jej także swoja pracę magisterską obronioną na UW). Z czasem rozrosła się ona nie tylko do organizacji życia kulturalnego w szeroko pojętym regionie, ale i przedsiębiorstwa znakomicie prosperującego i samofinansującego się. To dzięki zaradności i zmysłowi organizacyjnemu Autora udało się zorganizować w Sokołowie Podlaskim (1974) koncert zespołu Omego – jednej z największych gwiazd ówczesnej sceny muzycznej. Wszystko to ma swe odzwierciedlenie w treści przedkładanej książki. Nie jest to pamiętnik. Kruszewski od lat pisuje felietony prasowe oparte na swoich doświadczeniach, ale i wychodzących poza nie. Własne doświadczenie jest kluczowe oczywiście, choć ma ono walor bodźca inspirującego Autora do opisów, które przybierają walor generaliów Jest to więc barwna wędrówka po „słusznie minionych” czasach. Pokazuje jednak, iż nie były to lata beztroskiego bezhołowia. Z równą swadą kreślone są zawiłości organizacyjne towarzyszące funkcjonowaniu ośrodków kultury, organizowaniu rozmaitych przedsięwzięć kulturalnych, spotkaniom z żołnierzami Armii Krajowej, jak i odbudowy zabytków. Barwna, żywiołowa narracja podana literacką polszczyzną okraszona jest mnóstwem zabawnych anegdot. Całość zatem, mimo, iż dotyczy głównie regionu, wychodzi swą wymową poza jego ramy. Łatwo bowiem zauważyć, że oddając się opowieściom Kruszewskiego przekraczamy ów przełom Mazowsza i Podlasia, wszak opowieść przybiera polor generaliów – ogólnej opowieści o kulturze lat powojennych.

 

„Bieguni” albo furtka ocalenia

Nie wszystkich zachwycił sukces Olgi Tokarczuk, której powieść „Bieguni” wyróżniona została prestiżową MAN Booker International Prize.

 

Prawica znowu ma kłopot. Z trudem zniosła cios, jakim była nagroda reżyserska dla Pawła Pawlikowskiego za film „Zimna wojna” na festiwalu Cannes. Teraz trzeba mężnie znieść Tokarczuk, którą już zdążono mianować wrogiem publicznym. Nie będę tu powtarzać obrzydliwego hejtu, jaki wylał się nią po „Księgach Jakubowych”. Teraz też „niezadowoleni” pomrukują. Bardzo ich ten Booker uwiera. Tymczasem warto się bezinteresownie cieszyć tą nagrodą, która nie tylko Oldze Tokarczuk, ale polskiej literaturze współczesnej może się dobrze przysłużyć.
Jak wiadomo, zainteresowanie budzi zainteresowanie, a „Bieguni” takie wielkie zainteresowanie wzbudzili. Przewodnicząca jury, Lisa Appignanesi powiedziała, że powieść Tokarczuk idealnie oddaje specyfikę naszych czasów: „Wszyscy jesteśmy w jakimś sensie migrantami, którzy gdzieś zmierzają, a coś innego pozostawiają. Ta książka przepełniona jest jednocześnie poczuciem straty, jak i pragnieniem ucieczki”.

 

Apetyt czytelniczy

jaki wzbudziła ta właśnie opowieść Olgi Tokarczuk nie jest łatwy do wyjaśnienia. Nie mamy przecież do czynienia ani z trzymającym w napięciu wątkiem kryminalnym (choć tajemnica pojawia się od czasu do czasu), ani z romansem, ani tym bardziej charakterystycznym dla współczesnej powieści nieokiełznanym erotyzmem. Przeciwnie, opowiada się tu proste i rozmaite historyjki, przeplatając je uwagami o literaturze, podróżach, życiu w ruchu i nieśmiertelności ciała (to nie błąd, właśnie tak: ciała, a nie duszy).

Oto na jakiejś chorwackiej wyspie młodemu letnikowi z Polski giną z oczu żona i maleńki syn. Podejmuje daremne poszukiwania. Potem szuka ich cała wyspa, napięcie gwałtownie rośnie, ale w tym momencie autorka przerywa opowieść, potrafi gospodarować emocjami i wie, kiedy w serialu powinien pojawić się koniec odcinka.

Albo rozpocząć ma się pokaz sekcji zwłok w niderlandzkim mieście. Prowadzić pokaz będzie z niebywałą gracją Federik Ruysch. Przybyli tłumnie mieszczanie, wykupiwszy drogie bilety, w napięciu obserwują maestrię maga-anatoma, powodowani nieprzepartą gorączką wiedzy. Bo, jak powtarza Tokarczuk, „widzieć, to wiedzieć”.

Albo z pozoru nieuważne spotkanie z wielbicielem Ciorana, który metodą na chybił trafił cytuje kilka zdań ze swego mistrza, a wśród nich takie, które mogłoby być mottem jej powieści: „nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”.

Albo wyrafinowane wykłady pewnego emerytowanego profesora na pokładzie statku przemierzającego szlaki między greckimi wyspami o dawnych bogach, w szczególności tych zapomnianych. I przypadkowe zderzenie z jakimś jachtem, które kładzie kres tym ekstrawagancjom.

Albo… Rzeczywiście jest tak, jak napisał wydawca na okładce: „Ta powieść nie ma granic – dzieje się na całym świecie”.

Między tymi dwoma modelami świata: nieruchomym, wiecznym, zamkniętym w preparatach, nieulegającym prawom natury, zawsze świeżym i łudząco wiecznie żywym, i tym w bezustannym ruchu, zmienności, popłochu ucieczki przed stabilnością rozpina pisarka swoją planszę gry z czytelnikiem. Inkrustuje je drobnymi zapiskami, które tworzą mapę nieustannej podróży, dosłownej i intelektualnej – podróży po miejscach, głównie lotniskach, ludziach i ideach.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia

 

z dziełem rozkapryszonym

które samo siebie komentuje, odchodzi od tematu, często zmienia tempo opowieści i jej kierunek. Przypomina to kompozycję sternowską. To właśnie Laurence Sterne „Życiem i myślami JW Pana Tristrama Shandy” (1759-1767) dał początek rewo­lucji formal­nej – jawnie podeptał klasycy­styczne wzor­ce, poddając akcję powieści kapryśnej woli narra­tora, jego subiektywnym skojarze­niom, poświęcając wiele miejs­ca refleksji autotematycznej. Jako pierwszy wprowadził tu zaczątki tzw. strumienia świadomo­ści. Tokarczuk idzie w jego ślady, wierna przede wszystkim swojej intuicji i pojawiającym się skojarzeniom.

Toteż w „Biegunach”, opowieści poddanej najwyraźniej poetyce ruchomej anegdoty, w której zasadą jest odrzucenie zasad, narratorka, a jej śladem czytelnik porusza się jak na szachownicy. Nigdy jednak nie wie, która figura znajdzie się w grze. Czy to skoczek, czy wieża, czy zwykły pionek, a może goniec albo królówka. Kombinacji jest mrowie, ale to nieprawda, że powieść złożona z rozbudowanych opowiadań, krótkich esejów i aforyzmów to „model do składania”, że można by tę konstrukcję rozrzucić, jak Różewiczowską „Kartotekę” i złożyć z powrotem w dowolny sposób, nawet jeśli niektóre fragmenty, opowiadania mogłyby istnieć samodzielnie. Układ ma tutaj jednak swoje znaczenie, a energia i zwrotnice w grze wydają się solidnie przygwożdżone do podłoża.
Pisarka nie porzuca swoich opowieści, wraca do nich i rozwija potem albo coś dopowiada, albo wreszcie w lustrze innej opowieści wyjaśnia sens anegdot już zamkniętych. Jest to więc konstrukcja misterna, acz sprawia wyrażenie luźnej, wręcz dowolnej. Przy czym Tokarczuk

 

zastawia pułapkę na czytelnika

który początkowo zdezorientowany, z czym ma właściwie do czynienia (pamiętnikiem z nieustającej podróży, zbiorem zapisków czy wpisów na blogu, kolekcją opowieści z różnych stron świata) w pewnym momencie czuje się pochłonięty przez ten strumień wędrujących myśli i refleksji, które jednak na koniec doprowadzą go do puenty. I to go pcha do namiętnej lektury, dlatego nie może przerwać, bo silnie wierzy, że wreszcie rozszyfruje zasadę tego dzieła, że jego wytrwałość zostanie nagrodzona. Czasem opowieść skrzy się humorem, czasem ujmuje gorzką refleksją, czasem reporterską obserwacją, naukową bez mała diagnozą i psychologiczną prawdą.

W ostatnim fragmencie opowieści – „Boarding” – narratorka obserwuje w sali odlotów mężczyznę w średnim wieku, między czterdziestką a pięćdziesiątką, który czekając na zapowiedź odlotu wyciąga zeszyt i poczyna robić jakieś notatki. „Więc i ja wyciągam swój dziennik pokładowy – pisze Tokarczuk – i zapisuję tego piszącego mężczyznę”. I po chwili autorka wzywa wszystkich podróżujących do podobnego działania” „Będziemy zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się plastynować, zatapiać w formalinie zdań”. A więc na tym to polega! Bezruch i ruch w jedności, nieugięta trwałość w nieustającej zmianie. „Będzie tu wszystko”, konstatuje z pewnym triumfem pisarka, choć jedno pytanie jeszcze ją niepokoi: „Kto to przeczyta?”

Tak więc na koniec docieramy do zasady tej opowieści – to ma być

 

opowieść kompletna

Nietrudno znaleźć patrona tej szalonej idei. To polski, prowincjonalny encyklopedysta, wyśmiewany ksiądz Benedykt Chmielowski (powróci potem w powieści Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”). Jego „Nowe Ateny” dziesięcioleciami obśmiewano. Ale Tokarczuk autora „Nowych Aten” nie wyśmiewa. Nazywa go „Józefem Flawiuszem okrytej mgłą prowincji, Herodotem obrzeży świata”, wydaje się urzeczona jego wytrwałością gromadzenia kompletnej wiedzy o świecie. On ją zdobywał nie opuszczając o krok swojego domostwa. Olga Tokarczuk to zadanie symbolicznie przekazuje biegunom. Sama się nim czuje, przeczuwa, że i Chmielowski był skrytym biegunem, choć się prawie nie ruszał z domu.

Gdzieś w połowie drogi-opowieści narratorka (autorka?) wyzna mimochodem: „Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych”.

Bieguni to ludzie, którzy nie mogą usiedzieć, których gna w świat, którzy – w dawnych czasach – porzucali rodzinę i majątek i wyruszali, aby zbiec przed złem. Współcześni bieguni, nieustanni wędrowcy, też szukają bezpiecznych miejsc, a wciąż ich nie znajdując, wierzą, że kiedyś, może „tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce”. To jest ostatnie zdanie dzieła Tokarczuk. Otwarta furtka ocalenia.

Faraon A.D. 2017

„Faraon” Bolesława Prusa najwyraźniej przeżywa renesans zainteresowania ze strony badaczy literatury. Kilka lat temu (2014) ukazała się bibliofilska edycja dzieła ze wspaniałymi, barwnymi ilustracjami Edwarda Okunia, wzbogacona o zbiór esejów poświęconych powieści. Dwa z nich napisał profesor Andrzej Niwiński, egiptolog i wydawca tomu, a autorką jednego z kilku esejów, zatytułowanego „Opus magnum Bolesława Prusa” była Roksana Blech. Stanowił on krótką, dziesięciostronicową syntezę, resume problematyki „Faraona”. Trzy lata później otrzymaliśmy od Roksany Blech obszerne studium monograficzne „O „Faraonie” Bolesława Prusa”.

Wyjaśniając we wstępie, dlaczego właśnie ta powieść jest obiektem jej fascynacji i analiz badawczych autorka podaje dwa powody. Po pierwsze, choć może się to wydać dziwne, mimo upływu 120 lat od ukazania się dzieła, nie zostało ono nigdy dotąd dostatecznie wnikliwie i obszernie przeanalizowane. Po drugie – jak pisze autorka studium – „dzieła takiej klasy jak „Faraon” nie da się oczywiście raz na zawsze przestudiować”, a jego problematyka historiozoficzna, polityczna, socjologiczna, nabiera wraz z upływem czasu nowych znaczeń.

To prawda i dlatego takie studium było bardzo potrzebne, jako że piśmiennictwo badawcze dotyczące twórczości Prusa zawiera jak dotąd jedynie trzy obszerne studia analityczne poświęcone „Faraonowi” – obszerny rozdział w ramach syntezy Zygmunta Szweykowskiego „Twórczość Bolesława Prusa” (1947) oraz studium „Faraon” Bolesława Prusa” Janiny Kulczyckiej Saloni (1967). Jak wskazuje metryka obu tych prac, 70 i 50 lat, był już najwyższy czas, by ponownie, ze współczesnej perspektywy, przyjrzeć się dziełu. Tym bardziej, że jak słusznie zauważa w zakończeniu autorka, nie tylko „Lalka” była powieścią „z wielkich pytań naszej epoki”, ale „Faraon” także, choć innych rejestrów cywilizacji dotyczył.

Każdy z sześciu rozdziałów studium Roksany Blech poświęcony jest kolejno: recepcji czytelniczej powieści, kompozycji i narracji, Prusowi jako uczonemu, czyli czasowi i przestrzeni akcji „Faraona”, Prusowi jako artyście, czyli piętnastu najważniejszym stworzonym przez niego postaciom (dramatis personae) oraz przynależności gatunkowej „Faraona”, przynależności wielostronnej, bo dotykającej gatunków powieści historycznej, historiozoficznej, o państwie, alegorycznej i socjologicznej. Dodam od siebie, że wśród szczegółowych ujęć gatunkowych powieści można znaleźć choćby ujęcie „Faraona” jako powieści o wojsku i wojskowości, a sama Roksana Blech pisała też o wątkach sensacyjnych w tym dziele, stykających je zatem, w pewnej wąskiej, wyodrębnionej warstwie, z jednym z gatunków prozy popularnej.

Przyznam, że czytałem frapujące studium Roksany Blech z wielką przyjemnością – mając w pamięci dzieło Prusa i nakładając na nie zmiennoogniskowe obiektywy badawcze Autorki.

 

Roksana Blech –„O „Faraonie Bolesława Prusa. Studium monograficzne”, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2017, str. 276, ISBN 978-83-7865-506-0.