Referendum akcesyjne My, socjaliści

W ostatnich dniach b. premier – Leszek Miller przypomniał, że przed 15 laty, 7 i 8 czerwca 2013 roku odbyło się ogólnokrajowe referendum akcesyjne, które zadecydowało o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Podobnie, jak w przypadku Konstytucji 1997 roku, naród suwerennie podjął decyzję, której dziś nikt nie jest w stanie zmienić, obalić… Polacy odpowiadali wówczas „tak” lub „nie” na pytanie: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?
Proces integracyjny Polski z Unią Europejską, którego jednym z etapów było przypomniane referendum, rozpoczął się wiele lat wcześniej, szczególnie w polskiej myśli socjalistycznej na emigracji. Trzeba jednak przypomnieć, że socjaliści w swoich dokumentach już w latach 30. przywoływali związki Polski i Polaków z Europą, jej kulturą i tradycją. W 1949 r. powstała Unia Socjalistyczna krajów Europy środkowo­wschodniej, sfederalizowana później z Międzynarodówką Socjalistyczną, której przewodniczącym został Zygmunt Zaremba. Ten znany polityk PPS z okresu przed II wojną światową, związany z emigracyjnym ośrodkiem londyńskim i później paryskim, po rozejściu się w poglądach z Adamem Ciołkoszem, był zwolennikiem federalizacji Europy. W jego nurcie poszukiwań publicystycznych mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Federalizm Zaremby miał charakter internacjonalistyczny nie zaś kosmopolityczny, podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Można przypuszczać, że poglądy te miały wpływ na późniejszy kształt integracji i są oryginalnym wkładem Polaków w dzisiejszy kształt Unii Europejskiej.
Wracając do referendum w 2008 roku trzeba przypomnieć, że do lokali referendalnych poszło wówczas 17,5 mln Polek i Polaków z czego 77 proc. (13,5 mln.) poparło przystąpienie do UE. Frekwencja była prawie o 9 proc. wyższa ponad niezbędne minimum, co czyniło z referendum akt stanowiący.
Okres poprzedzający głosowanie był niezwykle burzliwy, toczyła się ostra walka polityczna. Wygrała pozytywnie odnosząca się do idei zintegrowanej Europy większość, która po okresie kilkunastoletnich doświadczeń wcale nie maleje. Polacy – jak wspomina Leszek Miller – nie ulegli kampanii strachów i lęków. Wzięli udział w prawdziwie pospolitym ruszeniu na rzecz Polski postępowej, zamożnej, otwartej i tolerancyjnej. Z dwóch czerwcowych dni uczynili ważną datę w swojej historii. Otworzyli wielką inwestycję we własną przyszłość.
Wynik referendum akcesyjnego ma ogromne znaczenie w polskiej tradycji demokratycznej i historii. Wiąże się to z powodu zakresu i formy z jego znaczeniem i powagą. O wejściu Polski do Unii zadecydował cały naród. Dziś nikt w praktyce politycznej i sztywnych zasad polskiego parlamentaryzmu uwarunkowanego zapisami Konstytucji nie jest w stanie kwestionować tej decyzji. Pojawiające się głosy i działania po stronie rządzącej, konserwatywnej prawicy, krytyczne wobec udziału Polski w Unii, są z punktu widzenia praktyki demokratycznego stanowienia prawa w Polsce, bez wartości. Większość Polaków, bez względu na swoją orientację i sympatie polityczne, jest za obecnością w Unii Europejskiej. Decyzje referendum akcesyjnego z 2008 roku może zmienić tylko inne ważne referendum stanowiące. Nie widzę jednak odważnych polityków po prawej stronie, którzy chcieliby je organizować i podjąć ryzyko destabilizacji państwa.
Polska polityka europejska i międzynarodowa wydaje się być dziś efektem przypadków, a nie przemyślanej strategii uwarunkowanej interesem narodowym.
Sam uważam, że wiele w Unii trzeba zmienić, nie do zniesienia wydają się na przykład obyczaje i praktyka biurokracji brukselskiej. Trzeba to jednak robić wspólnie z innymi, suwerennie planując strategię działania.
Mimo wielu powodów do niezadowolenia, podstawowy interes Polski tkwi w dobrych relacjach z demokratyczną Unią.

To już 15 lat!

Mija piętnaście lat od ogólnokrajowego referendum akcesyjnego. W dniach 7 i 8 czerwca 2003 roku Polacy odpowiadali „tak” lub „nie” na pytanie: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?”. Aby referendum mogło być wygrane, trzeba było spełnić dwa warunki. Większość głosujących musiała odpowiedzieć „tak”, przy udziale co najmniej połowy uprawnionych do głosowania. I jedno i drugie zostało zrealizowane.

 

Do lokali referendalnych udało się 17,5 mln Polek i Polaków z czego 77 proc. (13,5 mln.) – poparło przystąpienie do UE. Frekwencja była prawie 9 proc. wyższa poza niezbędne minimum, co czyniło z referendum akt stanowiący. Tygodnie poprzedzające głosowanie były widownią ostrej walki politycznej, w której zwłaszcza przeciwnicy akcesji nie przebierali w środkach. Twierdzili, że po wejściu do Unii, Rzeczpospolita straci suwerenność, Polacy przestaną być Polakami i staną się narodem bez własnego państwa. Ostrzegali, że głos za przystąpieniem do europejskiej wspólnoty oznacza utratę Ziem Zachodnich, likwidację rolnictwa i resztek przemysłu, przymusowe odłogowanie uprawnej ziemi. Głosili, że nastąpi legalizacja eutanazji, aborcji i sterylizacji oraz propagowanie zmniejszenia liczby narodzin. Że otworzy się raj dla korupcji, przestępczości i narkomanii. A w ogóle Unia Europejska znaczy tyle co targowica i nowe zniewolenie.

W festiwalu bzdur prym wiedli znani politycy. W debacie sejmowej Antoni Stryjewski oświadczył, że Sejm podejmując decyzję o referendum staje się Sejmem zdrady narodowej. Jan Łopuszański wołał, że jeśli przystąpienie do Unii Europejskiej jest wyrazem patriotyzmu to tylko w takim sensie, w jakim wyrazem patriotyzmu była targowica. Zdzisław Podkański ironizował, że na miejsce sloganu z lat 40-tych „Co to za szkatułka, wrzucasz Mikołajczyka, a wyskakuje Gomułka” powstał nowy „Dwa dni trzeba, żeby wynik ściągnąć z nieba˝. Antoni Macierewicz dedykował posłom i wszystkim zwolennikom Unii fraszkę Stefana Kisielewskiego „Tylko kaczka, głupi ptak, mówi: tak, tak, tak”.

Polacy nie ulegli kampanii strachów i lęków. Wzięli udział w prawdziwie pospolitym ruszeniu na rzecz Polski postępowej, zamożnej, otwartej i tolerancyjnej. Z dwóch czerwcowych dni uczynili ważną datę w swojej historii. Otworzyli wielką inwestycję we własną przyszłość.

Irlandia wybrała wolność

Irlandzkie referendum wokółaborcyjne, zakończone zwycięstwem (66 do 33) światłej i racjonalnej Irlandii nad reliktem opresyjnego katolickiego klerykalizmu przebiegało w aurze słonecznego dnia 25 maja 2018 roku.

Zbiórka podpisów, w której uczestniczyłem 25 lat temu jako członek lubelskiego komitetu na rzecz referendum w sprawie karalności za przerywanie ciąży (jednego z tzw. komitetów Bujaka) miała za tło ponurą aurę listopadową 1992 roku. Jednak nie o metaforę atmosferyczną mi chodzi, bo poeta ze mnie żaden.

Nasz wysiłek – zebrano milion podpisów – poszedł na marne. Ówczesny, zdominowany przez klerykalną prawicę Sejm odrzucił wezwanie do referendum, a dwa miesiące później, 25 stycznia 1993 roku uchwalił do dziś obowiązującą ustawę antyaborcyjną. Zatem siłą rzeczy wynik irlandzkiego referendum nie może nie sprowokować porównań z polskim stanem spraw w tej sferze i pytania, jaki byłby wynik podobnego referendum w Polsce, gdyby do niego doszło? I czego można się nauczyć z irlandzkiego przypadku?

Dwa referenda irlandzkie

Pamiętam, że 25 lat temu, wśród zwolenników referendum w Polsce nastrój był bardzo daleki od pewności nie tylko co do tego, czy do niego dojdzie, ale także co do wyniku. Brano, braliśmy poważnie pod uwagę, że możemy je przegrać, ale mimo to chcieliśmy tej próby, bo uważaliśmy, że prawda, nawet niepomyślna, jest lepsza od zinstytucjonalizowanej hipokryzji. Żadna z pracowni badań opinii publicznej nie wysondowała wtedy (być może z braku narzędzi – to był okres pionierski tego typu działalności) hipotetycznego wyniku takiego referendum, więc tym bardziej tkwiliśmy we mgle. Dziś byłoby to już bez wątpienia możliwe. Jaki zatem mógłby być wynik takiego referendum? Nikt tego nie będzie dziś sondował, bo perspektywy pójścia przez Polskę śladem Irlandii na horyzoncie obecnie nie ma i raczej w najbliższej przyszłości nie będzie. Jednak irlandzkiemu przypadkowi warto się przyjrzeć nie tylko z uwagi na jego wynik właśnie ogłoszony, ale także na wynik podobnego, analogicznego referendum w tym kraju, które miało miejsce w 1983 roku. Otóż porównanie wyników referendów 2018 i 1983 pokazuje, że obecny wynik można określić jako odwrócenie wyniku sprzed 35 lat o 180 procent. O ile w dokonanym właśnie referendum wygrana zwolenników liberalizacji prawa aborcyjnego jest w proporcji 66 procent do 33 procent zwolenników utrzymania zakazu (mogą być oczywiście minimalne korekty wyników, ale bez znaczenia dla końcowego efektu), o tyle w 1983 rozkład wyników był niemal dokładnie odwrotny: 67 procent przeciwników prawa do aborcji wygrało z 32 procentami jego zwolenników. Ba, to trudne być może do uwierzenia, ale w kilkuczynnikowym referendum irlandzkim z 1983 roku, jedynym aspektem, w jakim zwolennicy liberalizacji uzyskali minimalną wygraną na otarcie łez było… prawo do wprowadzenia do swobodnego obrotu handlowego prezerwatyw, które do tej pory mogły być sprzedawane na receptę i to jednie małżeństwom. Tego rodzaju rygoryzm nawet w Polsce był nie do wyobrażenia.

Bicz skręcony na własny grzbiet

Ta radykalna przemiana społeczna, jaka dokonała się w Irlandii dokonała się w dużej mierze (choć nie był to jedyny czynnik) w powiązaniu z totalną kompromitacją tamtejszego Kościoła katolickiego, który został zdemaskowany nie tylko jako instytucja opresyjna religijnie, pazerna materialnie, pasożytnicza i wywierająca brutalny wpływ na politykę, ale wręcz jako organizacja przestępcza przesycona do szpiku kości wszelkiej maści przestępczością seksualną, z gwałtami, pedofilią inwersją seksualną i handlem dziećmi na czele (o tej atmosferze opowiada m.in. głośny film „Tajemnica Filomeny” z Judi Dench w roli tytułowej). W Polsce także mamy do czynienia z erozją autorytetu Kościoła katolickiego, choć nie odbywa się to w tak szybkim i dramatycznym tempie. Można by rzec, iż Kościół katolicki w Polsce miał szczęście, że przez kilkadziesiąt lat miał jedynie minimalny dostęp do systemu edukacji dzieci i młodzieży, bo w przeciwnym razie znalazłby się w podobnym położeniu jak Kościół irlandzki, który tę sferę przez stulecia właściwie monopolizował i to w końcu okazało się dla niego pułapką. To jednak nie jedyny czynnik, bo i w Irlandii okazało się przecież, że kompromitacja Kościoła nie powstrzymała 33 procent głosujących od opowiedzenia się za utrzymaniem zakazu aborcji, czyli haniebnego reliktu klerykalnego władztwa. Ten przełom nie dokonałby się zatem bez pojawienia się na forum społecznej debaty młodego pokolenia, głównie młodych kobiet, urodzonych właśnie „w okolicach” owego 1983 roku, ale i o dekadę młodszych. Te kobiety wychowywały się i dojrzewały w warunkach wspomnianej demistyfikacji autorytetu Kościoła, gdy jego oddziaływania wychowawcze oraz instrumenty prawno-instytucjonalne systematycznie słabły, a jego „czar” był już tylko legendą z odległej przeszłości. Coś podobnego dokonuje się też w Polsce, co pokazuje anatomia społeczna, dynamika i retoryka „czarnego protestu”, w którym dominuje właśnie analogiczna generacja młodych ludzi (głównie oczywiście kobiet) dwudziesto-trzydziestoletnich, czyli generacji ’83 i ’93. Widać dziś wyraźnie, jak wiele racji mieli ci wszyscy, którzy przed 28 laty, gdy katecheza katolicka wchodziła do szkół publicznych w Polsce, przestrzegali, że konsekwencje tego triumfu Kościoła, w odłożonym w czasie efekcie, okażą się dla jego wpływów dewastujące.

Dziś Irlandia, jutro (oby) Polska

Paradoksalnie może to jednak spowodować, że opór przed ewentualną przyszłą inicjatywą referendum odnośnie prawa do aborcji będzie większy nawet niż 25 lat temu. Kościół katolicki i wszelkiej maści kręgi „prolajf” zdają sobie bowiem sprawę ze zmian jakie dokonały się z polskim społeczeństwie, także w płaszczyźnie generacyjnej uwarunkowanej demografią i wiedzą, że prawdopodobieństwo, że w Polsce wynik takiego referendum może się okazać podobny do irlandzkiego sprzed kilku dni, jest bardzo duże. Ale właśnie dlatego środowiska lewicowe i wolnościowe w Polsce powinny uważnie patrzeć na przykład płynący z kraju świętego Patryka. Tym bardziej, że kwestia aborcji jest dziś w rękach funkcjonariuszy atrapy Trybunału Konstytucyjnego, a jeszcze dokładniej rzecz ujmując – w rękach niejakiego Justyna Piskorskiego, katolickiego fundamentalisty pierwszej wody, na ręce którego złożyła ten gorący kartofel kierowniczka tej atrapy Przyłębska.

Pro-life rośnie w siłę

Już 25 maja, czyli w najbliższy piątek, Irlandczycy zdecydują, czy chcą likwidacji 8. poprawki do Konstytucji, zrównującej życie płodu z życiem kobiety. Z ostatniego sondażu opublikowanego przez „Irish Times” wynika niestety, że poparcie dla frakcji zwolenników zachowania restrykcyjnego prawa rośnie.

Jeszcze kilka tygodni temu ponad połowa Irlandczyków w sondażach deklarowała, że w referendum poprze wykreślenie ósmej poprawki. Jednak, jak podaje Reuters, teraz już stosunek ten wynosi 44 do 32 procent.
„Wyniki pokazują to, co podskórnie czuliśmy. Przepaść pomiędzy TAK i NIE dla obecnego prawa gwałtownie maleje” – napisał Pat Leahy w irlandzkim „Timesie”, publikując wyniki najnowszego sondażu. Trwa mobilizacja środowisk pro-life.
Zgodnie z propozycjami liberalizacji prawa aborcyjnego w Irlandii, zabieg miałby być legalny i dostępny do 12. tygodnia ciąży. A także później – jeżeli dwóch lekarzy potwierdzi w niezależnych od siebie opiniach „sformułowanych w dobrej wierze”, że ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia fizycznego bądź psychicznego kobiety.
Właśnie przeciwko tej ostatniej propozycji specjalny list otwarty, również w „Timesie”, opublikowało 26 konserwatywnych psychiatrów, robiąc niekłamaną przysługę zwolennikom obecnego prawa. Na zorganizowanym w sobotnie popołudnie briefingu sprzeciwili też się zapisowi o legalizacji aborcji wynikającej z przesłanki związanej ze zdrowiem psychicznym matki.
Tłumaczyli, że według nich przesłanka ta jest fałszywa i „wypacza prawdziwe cele medycyny i powołania lekarskiego” – oraz będzie prowadzić do nadużyć.
„Biorąc pod uwagę doświadczenie z Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, że aborcje odbywające się w naszym kraju po 12. tygodniu ciąży będą dozwolone ze względu na wskazania dotyczące zdrowia psychicznego(…). Nie chcemy, aby stosowano tą fałszywą przesłankę w celu usprawiedliwiania aborcji po 12. tygodniu ciąży.” – stwierdzili w swoim oświadczeniu.
Powołali się tez na dane irlandzkiego urzędu statystycznego. Wynika z nich, że w 2016 aż 99,8 proc. zgłoszonych zabiegów aborcji dotyczyło ryzyka związanego z wyniknięciem zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki, tymczasem prawdziwym powodem była najczęściej sytuacja ekonomiczna.
Tymczasem premier Irlandii Leo Varadkar nie kryje, że liberalizacja przepisów jest konieczna dla ochrony praw kobiet i deklaruje pełną gotowość zmiany prawa obowiązującego od 1983 r.
„Głosuję »Tak« dla wszystkich kobiet w moim życiu: mojej mamy, moich sióstr, moich koleżanek i współpracowniczek. Każda kobieta może się zmierzyć z trudnym, głębokim kryzysem osobistym w swoim życiu i powinna móc skorzystać z dostępu do wsparcia, którego potrzebuje tutaj, w domu” – napisał na Twitterze. Zapewnił jednak, że nie zamierza powtarzać referendum w najbliższej przyszłości, jeśli obywatele jednak zagłosują za pozostawieniem poprawki w obecnym kształcie.