Kary za pomoc

Zgodnie z obietnicą złożoną przez Viktora Orbána podczas ostatnich wyborów wygranych przez Fidesz, węgierski rząd przygotowuje projekt ustawy wymierzonej w organizacje pomagające uchodźcom.

 

Napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu przybywających do Węgier znacznie zmalał odkąd w 2016 r. południową granicę kraju szczelnie ogrodzono wzmocnionymi i regularnie patrolowanymi zasiekami. Węgierski rząd nie przestaje jednak wykorzystywać tematu imigrantów do politycznej nagonki na swoich przeciwników. Opracowano właśnie założenia nowej ustawy, która zmierza do kryminalizacji działań nastawionych na pomoc uchodźcom uznanym za „nielegalnych imigrantów”. Projekt ten bierze „na celownik” przede wszystkim tych, którzy przerzucają ludzi przez granicę lub finansują tę aktywność. Jednak za przestępstwo może też zostać uznane nawet drukowanie ulotek z informacjami dla uchodźców, dostarczanie im jedzenia lub oferowanie pomocy prawnej.

Całość projektu nie jest jeszcze znana, jednak węgierski dziennik Magyar Hirlap twierdzi, że za taką działalność będzie grozić nawet kara jednego roku pozbawienia wolności. Rząd Orbána zamierza też zmienić konstytucję tak, żeby skutecznie uniemożliwić relokację uchodźców z pozostałych krajów UE do Węgier.

Komentatorzy są zgodni, że nowe represje wymierzone są przede wszystkim w działalność Open Society Foundation finansowaną przez George’a Sorosa. Nowe prawo jest otwarcie nazywane

„Ustawą antysorosową. Zapowiedź bezpardonowej walki z polityczną działalnością miliardera węgierskiego pochodzenia była jednym z głównych wątków niedawnej kampanii wyborczej partii Orbána. George Soros jest konsekwentnie demonizowany w oczach opinii publicznej. Politycy Fideszu i prorządowe media przedstawiają go jako wroga Węgier zagrażającego bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju i jego chrześcijańskiej tożsamości. Głosowanie parlamentarne w sprawie ustawy przewidującej nowe represje jest zaplanowane na przyszły tydzień.

Trzy zdarzenia dające do myślenia

Brutalne – jak na charakter sprawy – wypchnięcie protestujących z Sejmu, wylegitymowanie przez policję kobiety, która zadała pytanie marszałkowi Sejmu i podpalenie domu, w którym mieszka poseł Krzysztof Brejza – te trzy zdarzenia powinny wzbudzić daleko idący społeczny niepokój.

 

I. Władza pokazuje figę i pięść

Te trzy zdarzenia na pozór niewiele łączy, są różnej wagi i różnego autoramentu a jednak mają, lub mogą mieć, wspólny mianownik. Wypchnięcie z Sejmu protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów, bo tak trzeba nazwać nasilające się przeciw nim pod koniec protestu szykany ze strony pisowskiego aparatu administracyjnego Sejmu, to nie tylko pacyfikacja i wycięcie jednego uciążliwego „wrzodu”. To także ostrzeżenie ze strony władzy, że jest gotowa na przyjęcie ostrego kursu wobec wszelkich protestów, jakie mogą niedługo wybuchnąć. Sygnał jest taki – skoro nie ustąpiliśmy przed taką „wrażliwą” grupą, jaką są ludzie najbardziej potrzebujący i budzący powszechne współczucie, to tym większą okażemy twardość wobec innych, znacznie mniej pokrzywdzonych środowisk. A że fala takich protestów prędzej czy później wybuchnie, to jest pewne jak amen w pacierzu. Innymi słowy, pisowska władza utwardza swój wizerunek i szykuje się do ewentualnej konfrontacji z opozycją i niechętną jej częścią społeczeństwa. PiS bowiem już wie, że po odepchnięciu niepełnosprawnych, jego wizerunek jako formacji wrażliwej socjalnie został poważnie nadwerężony. Na wizerunku formacji „dobrej pani Beaty pachnącej rosołem” i wspomagającej pokrzywdzonych przez transformację, wiele już nie ugra. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że ten aspekt wizerunku PiS legł w gruzach, choć w sondażach to się jeszcze nie zaznaczyło. PiS nie ma teraz innej drogi, niż stwardnieć i „pokazać pazurki”, a raczej „pazury”.

 

II. Wylegitymowanie za pytanie

W Sanoku, funkcjonariusz policyjnej drogówki wylegitymował uczestniczkę spotkania z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. Przypadków represjonowania kontrmanifestantów na spotkaniach z pisowskimi oficjelami było już sporo. Jednak o ile dotąd szykany te spotykały osoby wykrzykujące na spotkaniach antypisowskie hasła i wznoszących antypisowskie transparenty, o tyle po raz pierwszy spotkało to osobę, która ograniczyła się do zadania marszałkowi Sejmu pytania o protest niepełnosprawnych. Byłoby naiwnością przypuszczać, że była to inicjatywa skromnego aspiranta lub nawet jego bezpośredniego przełożonego. Trudno nie szukać tu inspiracji płynącej z góry. Wylegitymowanie osoby, która nie dała najmniejszego nawet pozoru zakłócania zgromadzenia jest wyraźnym sygnałem dla ewentualnych przyszłych, krytycznych wobec władzy uczestników takich spotkań – siedźcie cicho, bo spotkają was przykrości. Bycie wylegitymowanym przez policję w błahej sprawie, gdy ma się przy tym uzasadnione poczucie pełnej niewinności nie jest co prawda dla wielu osób szczególnie dramatycznym zdarzeniem, ale są i tacy, którzy tego rodzaju sytuację mocno przeżywają emocjonalnie. To ostrzeżenie skierowane właśnie do nich, a jednocześnie komunikat do „milczącej większości”, by nie mieszała się do polityki, bo władza tego nie lubi. Chyba, że ktoś z „milczącej większości” chce władzę właściwie i w miły sposób postawionym pytaniem (to znaczy pytaniem à la Danuta Holecka) poprzeć. Przypadek niedawnego najścia policji na spokojną – jak noc w szwajcarskim uzdrowisku – konferencję filozoficzną w Pobierowie zdaje się tylko potwierdzać, że mamy do czynienia nie z przypadkami, ale z kursem władzy. Fakt, że szef MSW przeprosił jej uczestników, nic nie znaczy. Znałem chuliganów, którzy najpierw kopali ofiarę od tyłu, a potem mówili; „Przepraszam, ja niechcący”.

 

III. Pożar u Brejzy

I wreszcie sprawa pożaru kamienicy w Inowrocławiu, miejsca zamieszkania posła Krzysztofa Brejzy. Nie zamierzam formułować tu jakichkolwiek konkretnych oskarżeń, bo nie dysponuję aktualnie (nie ja jeden) żadnymi danymi po temu. Jednakowoż fakt, że pożar zbliżył się do mieszkania, w którym mieszka z rodziną jeden z najbardziej znienawidzonych przez PiS posłów opozycji, poseł który wykrył kompromitującą aferę „nagrodową” rządu i który zajmuje się m.in. brzydko pachnącą sprawą wykupu kolekcji Czartoryskich, nie pozwala przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Swego czasu sformułowałem na łamach „DT” hipotezę, że PiS jest formacją, która w obronie swojej władzy zdolna jest z psychologicznego punktu widzenia, czy też zdolna byłaby, w skrajnych przypadkach, do aktów fizycznej przemocy, włącznie z zadawaniem śmierci oponentom. Nie można też a priori wykluczyć, że interesy władzy mogły sprząc się w jakichś aspektach z interesami świata kryminalnego. Historia uczy, że sięganie przez władzę (także władzę deklarującą nieubłaganą walkę z przestępczością) po usługi świata przestępczego, po usługi „ludzi luźnych w służbie przemocy” nie należy do rzadkości. Tak przecież działają m.in. agentury policyjne. Po ludzi „luźnych w służbie przemocy” ochoczo sięgały reżimy faszystowskie. Niedawno prognozowałem na łamach „DT”, że z konieczności, z powodów pragmatycznych (czytaj: ekonomicznych), kończy się – zasadniczo – w praktyce obecnych rządów PiS okres „rozdawania chleba”, a zaczyna czas igrzysk ku uciesze agresywnie i autorytarnie usposobionego pisowskiego motłochu. Trzy zdarzenia, o których była wyżej mowa, zdają się potwierdzać sformułowaną przeze mnie hipotezę.