Czy ktoś panuje na tą kadrą?

Reprezentacja Polski szykuje się do dwóch ostatnich w tym roku meczów. Trener Jerzy Brzęczek ma ból głowy, bo z powodu kontuzji na zgrupowanie nie przyjechał Kamil Glik, a jaką wartość bez niego ma defensywa biało-czerwonych widzieliśmy na mundialu w Rosji.

 

Brzęczek ma więcej problemów na głowie, ale zestawienie linii defensywnej rzeczywiście jawi się jako najpoważniejszy z nich. Absencja Glika to kłopot, bo ze środkowych obrońców Brzęczek ma do dyspozycji grającego ostatnio w kratkę w Fortunie Duesseldorf Marcina Kamińskiego, w ogóle niegrającego w Southampton Jana Bednarka oraz występujących wprawdzie regularnie w Serie A Thiago Cionka (SPAL 2013) i naszej ekstraklasie Artura Jędrzejczyka (Legia Warszawa), lecz żaden z tych zawodników nie gwarantuje gry na wysokim poziomie.

Na prawej flance linii obronnej selekcjoner ma do wyboru trzech graczy – Bartosza Bereszyńskiego (Sampdoria Genua), Tomasza Kędziorę (Dynamo Kijów) i Pawła Olkowskiego (Bolton Wanderes), za to na lewej dwóch niedoświadczonych w kadrze piłkarzy – powoływanego już wcześniej Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków oraz debiutanta z Pogoni Szczecin Huberta Matynię. Jakby Brzęczek nie kombinował, ta formacja w każdej personalnej konfiguracji będzie ekstremalnie eksperymentalna. Wcześniej tylko Pietrzak, Kamiński, Bednarek i Kędziora mieli okazję zagrać wspólnie, ale tylko przez kwadrans w spotkaniu z Irlandią. Inni obrońcy jeszcze nigdy ze sobą nie grali, więc nie należy oczekiwać cudów.

Zwłaszcza że w spotkaniu z Czechami w bramce ma stanąć trzeci golkiper w kadrze Łukasz Skorupski, co jest decyzją cokolwiek dziwaczną tuż po kapitalnym występie Wojciecha Szczęsnego w ligowym meczu Juventusu z AC Milan, w którym m.in. obronił rzut karny. Ciekawe jak Brzęczek wybrnie z obsadą tej pozycji na mecz w Lidze Narodów z Portugalią? Będzie losował między Szczęsnym a Fabiańskim? Kibiców na pewno też interesuje, kto wystawi na skrzydłach. Na lewym raczej na pewno postawi na Kamila Grosickiego, bo ten piłkarz ostatnio prezentuje znakomitą formę, a w miniony weekend zaliczył bramkę i asystę w ligowym spotkaniu z Birmingham. Na prawej pewnie znów da szansę Jakubowi Błaszczykowskiemu, chociaż w drużynie Wolfsburga jego siostrzeniec nie ma miejsca nawet na ławce i zimą planuje wrócić do Wisły Kraków.

Kapitan biało-czerwonych Robert Lewandowski przyjechał na zgrupowanie w pogodnym nastroju, bo ostatnio strzelił trochę goli dla Bayernu Monachium i w Niemczech znów jest chwalony pod niebiosa. „Lewy” pamięta jednak, że w reprezentacji po raz ostatni zdobył bramkę w czerwcu, w towarzyskim spotkaniu z Litwą, więc nawet jeśli nie ma złudzeń co do wyników potyczek z Czechami i Portugalią, to przynajmniej chciałby w tych meczach poprawić swój bramkowy bilans. Także po to, żeby w razie porażek nikt za nie obwiniał tylko jego. Nad ta kadrą póki co nikt nie panuje i jest niczyja, może dlatego nie wygrywa.

 

Brzęczek nie uczy się na błędach

Jerzy Brzęczek nie wyciąga wniosków z popełnionych błędów. Do kadry na mecz z Czechami (15 listopada) i spotkanie w Lidze Narodów z Portugalią (20 listopada) znów powołał graczy, którzy nie grają w klubach, wśród nich swojego siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego, a także dwóch kompletnych nowicjuszy – Adama Buksę i Huberta Matynię.

 

Na wstępie przypomnijmy, że nasze reprezentacja za rządów trenera Brzęczka jeszcze nie wygrała meczu. We wrześniu zremisowała z Włochami (1:1) i Irlandią (1:1), a w październiku przegrała z Portugalią (2:3) i Włochami (0:1). Biało-czerwoni zajmują ostatnie miejsce w swojej grupie Ligi Narodów i wiadomo już, że w kolejnej edycji tych rozgrywek zagrają szczebel niżej. Wyniki nie zachwycają, ale jeszcze większe zaniepokojenie kibiców budzi styl gry naszej drużyny. Nic zatem dziwnego, że wszelkim kadrowym decyzjom selekcjonera wszyscy przyglądają się uważnie. Nie każda z nich jest zrozumiała. Najwięcej kontrowersji wzbudza regularne powoływanie Jakuba Błaszczykowskiego, chociaż w macierzystym klubie, VfL Wolfsburg, ten piłkarz w tym sezonie praktycznie w ogóle nie gra, co zresztą jest aż nadto widoczne w niskiej jakości jego występów w reprezentacji. Rodzinne koneksje Brzęczka i Błaszczykowskiego stawiają decyzję selekcjonera o ponownym powołaniu siostrzeńca w wyjątkowo niekorzystnym dla obu świetle. Obecność w kadrze znajdującego się w podobnej sytuacji w Southamptonie Jana Bednarka niczego w tej materii nie zmienia.
Wręcz przeciwnie. Każdy selekcjoner biało-czerwonych prędzej czy później popełnia ten sam grzech, to znaczy dla swoich ulubionych zawodników łamie zasadę, że do kadry mają być powoływani wyłącznie najlepsi piłkarze, ale znajdujący się aktualnie w najwyższej formie, czego dowodem są regularne występ w klubowych drużynach. Brzęczek dla Błaszczykowskiego złamał tę zasadę już na początku, a że sam był kiedyś piłkarzem reprezentacji, to musi wiedzieć, co o tym naprawdę myśli reszta kadrowiczów. Dlaczego jednak, mimo tej wiedzy, dalej brnie w tę kłopotliwą sytuację, pozostanie pewnie jego tajemnicą. O ile rzecz jasna wreszcie wygra mecz.

 

Kadra Polski

 

Bramkarze:
Łukasz Fabiański (West Ham, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy).

Obrońcy:
Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Monako), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Hubert Matynia (Pogoń Szczecin), Paweł Olkowski (Bolton, Anglia), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków).

Pomocnicy:
Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg, Niemcy), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Damian Szymański (Wisła Płock).

Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Krzysztof Piątek (Genoa, Włochy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Adam Buksa (Pogoń Szczecin).

 

Koniec miodowych lat PZPN

Działacze PZPN przez ostatnie lata sprawnie kontrolowali sportowe media, ale po nieudanym mundialu w Rosji gros żurnalistów porzuciło kompromitującą w tym zawodzie spolegliwość i zaczęła korzystać z konstytucyjnej wolności słowa. To oczywiście doprowadza ekipę prezesa Bońka do furii.

 

Pezetpeenowcy zastosowali więc sprawdzoną metodę retorsji, wprowadzając ograniczenia w kontaktach dziennikarzy z zawodnikami podczas zgrupowań reprezentacji Polski. „Nie będziecie zadowoleni, ale chcemy unormować zasady współpracy z mediami podczas zgrupowań. Gdy jest was pełno w hotelowym lobby, robi się zamieszanie” – tłumaczył decyzję przełożonych Jakub Kwiatkowski, pełniący w sztabie Brzęczka dwie funkcje – dyrektora technicznego kadry i jej rzecznika. Ma więc chłop mnóstwo roboty, a teraz dodatkowo będzie musiał odbierać i akceptować prośby dziennikarzy o indywidualne rozmowy z piłkarzami. Będzie tych próśb mnóstwo, bo PZPN zamiast codziennych wywiadów przeprowadzanych w hotelu kadry, wprowadził tzw. dzień medialny, z dwiema godzinami na wcześniej umówione za pośrednictwem Kwiatkowskiego wywiady. Nie ma się co łudzić, reglamentacja dla krytykantów będzie wprowadzona, ale nie ostentacyjnie, nie na chama, tylko „punktowo”, z celowaniem w konkretne redakcje czy dziennikarzy, zawsze z wytłumaczeniem odmowy „zabieganiem w natłoku obowiązków”.

Nie pierwsze to i nie ostatnia wojna PZPN z mediami, tym razem jednak niekoniecznie musi zakończyć się sukcesem futbolowej centrali. Z oczywistego powodu – w ostatnich miesiącach radykalnie zmieniło się nastawienie opinii publicznej do reprezentacji Polski. Jeszcze nie jest wrogie, ale era kwitowania przez kibiców nawet kompromitujących porażek przyśpiewką „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” chyba się skończyła, o czym świadczyły słaba frekwencja we Wrocławiu na meczu z Irlandią i gwizdy po porażce z Włochami na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim. Wobec takiej zmiany nastawienia nawet najbardziej zblatowani z pezetpeenowską wierchuszką szefowie dziennikarzy nie mogli już dalej brnąć w kłamstwie, że jesteśmy futbolową potęgą, a PZPN jest organizacją bez skazy. Popuszczono więc na redakcyjnych planowaniach cugle i znów o polskiej piłce nożnej tu i ówdzie można było pisać czy mówić prawdę. A że jest to prawda daleko odbiegająca od lukrowanej wizji forsowanej przez stworzony przez ludzi Bońka portal „Łączy nas piłka”, powstał dysonans poznawczy, który po meczach z Portugalią i Włochami stał się wręcz brutalnie niekorzystny dla PZPN-u. Stąd zapewne „akcja dyscyplinująca”, której zadaniem jest rozbicie dziennikarskiej solidarności metodą ułatwiania lub utrudniania dostępu do „informacyjnego koryta”.

„W poważnych federacjach nie ma takiego zwyczaju, że dziennikarze na zgrupowaniu kadry robią, co chcą” – przekonuje prezes Boniek na łamach zawsze mu życzliwego portalu „Interia”. I pewnie z tej wrodzonej życzliwości jego wypowiedź nie została w żaden sposób skontrowana, a powinna, bowiem od kilku lat media w Polsce miały tylko ściśle reglamentowany i kontrolowany przez pezetpeenowskich cenzorów dostęp do reprezentacji, bo o tym co dzieje się w środku kadry podczas zgrupować i turniejów dziennikarze dowiadywali się głównie z ociekających słodyczą filmików emitowanych w portalu „Łączy nas piłka”, który na udzielonej mu przez PZPN wyłączności w dostępie do piłkarzy, trenerów i działaczy zbudował całkiem mocną pozycję na rynku mediów internetowych, nawiasem mówiąc stając się konkurentem dla nie tylko dla branżowych portali jak „SportoweFakty”, ale w jakimś stopniu także dla potęg jak „Interia” czy „Onet”, chociaż dla nich był konkurencją bardziej w relacjach z reklamodawcami. W realiach kapitalistycznej walki rynkowej jest to, trzeba przyznać, sytuacja kuriozalna. Od 2014 roku aż do mundialu w Rosji z jakiegoś powodu media przemilczały wieści o aferach w kadrze, chociaż było ich trochę i na pewno ten czy ów z żurnalistów musiał coś o nich słyszeć. Dopiero „gruby numer” wycięty przez grupę imprezową pod wodzą Artura Boruca został w mediach z pewną nieśmiałością odnotowany.

Dzisiaj tej spolegliwości jest znacznie mniej, a nawet pojawiają się publikacje zauważające ze zgrozą, że ludzie zarządzający polskich futbolem są nastawieni wyłącznie na „robienie kasy”. PZPN ma na kontach setki milinów złotych, ale te pieniądze wydaje wyłącznie na zaspokajanie potrzeb aparatu władzy, zaś skalę tych potrzeb i sposobu ich zaspokojenia określa arbitralnie prezes związku przy milczącej akceptacji członków zarządu. Organizowane co jakiś czas propagandowe akcje mające przekonać opinię publiczną, że władze PZPN coś robią dla poprawy piłkarskiej jakość naszych drużyn klubowych i reprezentacyjnych, co jest ich statutowym przecież obowiązkiem, pozostają zwykle na papierze. Dla działaczy ważne jest tylko to, żeby na meczach reprezentacji był komplet publiczności, żeby na banerach reklamowych nie było pustych miejsc, a reprezentacja miała tuzin hojnych sponsorów.

Przez cztery lata komfort „miodowych lat” ekipie Bońka zapewniał swoimi golami Robert Lewandowski, ale chłop się już trochę zestarzał, wyeksploatował, a na dodatek zaczął fikać. Odstrzelić go z kadry na razie nie można, przynajmniej dopóki Krzysztof Piątek nie potwierdzi, że jest w stanie „Lewego” zastąpić i równie mocno pociągnąć reprezentacyjny wózek. Dla PZPN najważniejszym teraz celem jest awans do Euro 2020, bo awans zapewni dopływ świeżej gotówki i spokój w mediach.

 

Trener bez drużyny

Biało-czerwoni nie wygrali żadnego z czterech meczów rozegranych pod wodzą Jerzego Brzęczka. Nie dziwi więc, że atmosfera w kadrze i wokół niej, już przecież duszna po nieudanym mundialu w Rosji, zrobiła się fatalna.

 

Miesiąc temu w Bolonii Jerzy Brzęczek w swoim debiucie w roli selekcjonera zremisował z Włochami 1:1. W minioną niedzielę na Stadionie Śląskim przegrał 0:1, ale gdyby nie fenomenalnie usposobiony Wojciech Szczęsny, biało-czerwoni pewnie przegraliby czterema lub nawet pięcioma bramkami. Co się takiego stało przez ten miesiąc, że włoski zespół zrobił się tak przytłaczająco lepszy, a nasz taki żenująco słaby? Niefortunnie dobrana przez selekcjonera taktyka chyba nie wyjaśnia sprawy. Wygląda raczej na to, że coś się w polskiej reprezentacji skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. I co gorsza nic nie zapowiada, żeby miało się zacząć.

 

Motory zostały wyeksploatowane?

Przez ostatnie pięć lat motorem napędowym naszej narodowej drużyny był Robert Lewandowski. Wystarczy rzucić okiem na jego niebotyczne statystyki. Ale oprócz niego w tym okresie swój dobry czas mieli Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Michał Pazdan, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, a swoje trzy grosze dołożyli też mimo trapiących ich kontuzji Jakub Błaszczykowski i Arkadiusz Milik. Z tego grona jak na razie definitywnie odpadł tylko Piszczek, który po mundialu ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, poza kadrą jest znajdujący sie w słabej formie Pazdan, a na ostatnim zgrupowaniu zabrakło kontuzjowanego Rybusa.

Wymienieni piłkarze mają za sobą wygrane eliminacje do mistrzostw Europy w 2016 roku i mistrzostw świata w 2018. No i oczywiście występy w tych prestiżowych turniejach – udany w Euro 2016 i nieudany na tegorocznym mundialu w Rosji. Pytanie o to, czy mają w sobie jeszcze dość ikry, żeby skutecznie zawalczyć o awans do kolejnego wielkiego turnieju, Euro 2020, bynajmniej nie jest bezzasadne. Ani Adam Nawałka, ani teraz Jerzy Brzęczek, nie potrafili znaleźć lepszych od nich graczy. Na rosyjskim mundialu do poziomu prezentowanego przez weteranów zbliżyli się w zasadzie tylko Dawid Kownacki i Jan Bednarek, a teraz nadzieję na to daje rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie w Serie A Krzysztof Piątek.

 

Weteranów lepiej nie wkurzać

Na wielkie wietrzenie szatni i personalne rewolucje Brzęczek pozwolić sobie nie może, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek postawił mu do zrealizowania jasny cel, jakim jest awans do Euro 2020, a póki co jeszcze nie było losowania grup eliminacyjnych i przyszli rywale nie są znani. Nie można jednak wykluczyć, że gdy już znani będą, a okażą się przeciwnikami do przejścia tylko w teorii, wiosną kilku weteranów może uznać, że dalsza gra w nie rokującej sukcesów reprezentacji przyniesie im więcej strat niż korzyści i podąży śladem Piszczka. A dzisiaj naprawdę trudno sobie wyobrazić naszą narodową drużynę bez Glika, Krychowiaka i Lewandowskiego, a jeśli ktoś ma taką bujną wyobraźnię i liczy, że Dźwigała, Reca, Szymański i Piątek dadzą radę, to przecież w listopadzie można ten wariant sprawdzić w spotkaniu z Portugalią.

W takiej sytuacji żaden rozsądny trener nie zadziera z elitą kadry, tak jak po meczu z Włochami zrobił to Brzęczek, gdy na konferencji prasowej zaatakował Lewandowskiego za jego krytyczną wypowiedź o złym wyborze taktyki. Po pierwsze, jako kapitan reprezentacji miał do tego prawo, a po drugie – kadra Polski nie jest niczyim prywatnym folwarkiem, ani też obozem pracy przymusowej i bezwzględny posłuch w niej nie obowiązuje, bo każdy z reprezentantów ma prawo uważać się za jej pełnoprawnego członka. Także w publicznych wypowiedziach.

 

Szacunek podstawą udanej współpracy

Tym bardziej, że większość kadrowiczów ma w swoim piłkarskim CV podległość trenerom o znacznie mocniejszych w tym fachu nazwiskach. Lewandowski pracował pod wodzą Juergena Kloppa, Pepa Guardioli i Juppa Heynckesa, Kamila Glika trenował Leonardo Jardim, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański w Arsenalu Londyn mieli za szefa Arsena Wengera, a Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w Neapolu mają teraz do czynienia z Carlo Ancelottim. A kto wydziera się na tych piłkarzy i publicznie kwestionuje ich zawodowe kompetencje? Były trener III-ligowego Rakowa Częstochowa, I-ligowego GKS Katowice oraz ekstraklasowych Lechii Gdańsk i Wisły Płock. Brzęczek swoimi zawodowymi dokonaniami szału w reprezentacyjnej szatni nie zrobił, a teraz jeszcze pogorszył swoje relacje w weteranami, a przynajmniej ich częścią.

Adam Nawałka na początku też miru u piłkarzy nie miał, a zaczął też słabo, bo od porażki ze Słowacją i remisu z Irlandią. Potem jednak w kolejnych 13 meczach przegrał tylko raz i tym zyskał zaufanie zawodników. Tymczasem Brzęczek w ciągu miesiąca z selekcjonera reprezentacji, który jeszcze nie przegrał meczu, stał się selekcjonerem, który jeszcze nie wygrał meczu. Najgorsze jest jednak to, że w żadnej sferze pracy z kadrą niczego w znaczący sposób nie poprawił, a w tym, co dla nas, kibiców, jest najistotniejsze, czyli w jakości gry, znacząco pogorszył. Gdyby nie Szczęsny, Włosi wygraliby w niedzielę z 5:0, choć wcale nie grali genialnie. Po prostu grali.

 

Brzęczek w butach Nawałki

W tym roku nasza piłkarska reprezentacja nie zachwyca ani wynikami, ani stylem gry. Zmiana selekcjonera niewiele w tym względzie zmieniła, może dlatego, że Jerzy Brzęczek zbyt dosłownie „wchodzi w buty” po Adamie Nawałce.

 

Przed niedzielnym meczem z Włochami (zakończył się po zamknięciu wydania) Jerzy Brzęczek w roli selekcjonera biało-czerwonych nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zaliczył dwa remisy po 1:1 z Włochami w Bolonii i Irlandią we Wrocławiu oraz porażkę 2:3 z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. „Jeśli weźmiemy pod uwagę, jacy to byli przeciwnicy, to mój start nie wygląda tak źle. Patrząc na to, jak radzili sobie moi poprzednicy, uważam, że nie mam się czego wstydzić” – stwierdził Brzęczek w na łamach pezetpeenowskiego portalu „Łączy nas piłka”. Nie wszyscy pewnie podzielają jego pogląd, ale to szczegół. Większe kontrowersje wywołuje jego ocena spotkania z Portugalią. „Brakowało nam nieco agresywności, doskoku do rywala, zwłaszcza w bocznych sektorach. Przy szybkich piłkarzach, jakim dysponował przeciwnik, było to szczególnie widoczne” – wyjaśniał selekcjoner.

Można i tak, tylko że w licznych komentarzach i opiniach lista pretensji pod adresem reprezentacji była znacznie dłuższa. Kwestionowano pomysł ustawienia lewonożnego Piotra Zielińskiego na prawym skrzydle, przez co ten piłkarz stracił połowę swojej przydatności. Brzęczek mógł rzecz jasna tłumaczyć, że akurat Rafał Kurzawa, którego wystawił do gry na lewej flance, także jest lewonożny, ale skoro tak, to dlaczego w meczu z aktualnymi mistrzami Europy zdecydował się na taki personalny wariant, skoro powołał na zgrupowanie 27 piłkarzy, wśród których byli też ofensywni gracze prawonożni. Inne pytanie dotyczy obsady lewej strony linii defensywnej. Brzęczek uparcie zaprasza na zgrupowania specjalistów na tej pozycji, Arkadiusza Recę z Atalanty Bergamo i Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków, zaś w meczu z Portugalią do gry posłał Artura Jędrzejczyka, a przed spotkaniem z Włochami spekulowano, że zagra na tej pozycji Bartosz Bereszyński, a jego miejsce na prawej flance zajmie Paweł Olkowski.

W tym przypadku nieistotne są nazwiska, lecz łamanie fundamentalnej piłkarskiej zasady, że piłkarz nie grający na co dzień na określonej pozycji zawsze wypadnie gorzej od tego, który nas tej pozycji gra. Powód jest oczywisty – w dzisiejszym zdominowanym przez schematy taktyczne futbolu automatyzm w zachowaniach boiskowych jest podstawą w organizacji gry zespołów reprezentacyjnych, które nigdy nie mają dość czasu na porządne wyćwiczenie odpowiednich zachowań. Skutki zlekceważenia tej zasady widzieliśmy – na lewej stronie Portugalczycy hasali jak po łące, bo Jędrzejczyka ciągnęło do środka boiska, gdzie na cod zień gra w Legii. Pod tym względem Brzęczek powiela błędy Nawałki, ale to jest temat na inną opowieść.

 

Pierwsza setka Lewego

Robert Lewandowski celowo nie zagrał we wrześniu w springu z Irlandią, bo chciał żeby jego setny występ w reprezentacji Polski wypadł w meczu o stawkę i przy pełnych trybunach na Stadionie Śląskim w Chorzowie.

 

W medialnym zgiełku przed czwartkowym meczem reprezentacji Polski z Portugalią w Lidze Narodów pojawiły się też głupawe sugestie, że trener Jerzy Brzęczek powinien w ataku biało-czerwonych postawić na rewelacyjnie grającego w Serie A Krzysztofa Piątka, nawet kosztem posadzenia na ławie Roberta Lewandowskiego. Do takiego eksperymentu namawiał selekcjonera choćby Dariusz Dziekanowski, a kilku innych telewizyjnych ekspertów też nie miało żadnych zahamowań, żeby stawiać znak równości między najlepszym polskim piłkarzem ostatniej dekady, a zaczynającym dopiero międzynarodową karierę 23-letnim napastnikiem Genoi. Brzęczek na przedmeczowych konferencjach wił się jak piskorz próbując odpowiedzieć na pytanie, jak zamierza wykorzystać obu piłkarzy. Posadzenie „Lewego” na ławie nie wchodziło w grę, bo nie było ku temu żadnych racjonalnych podstaw, a już na pewno nie mogło być powodem to, że w trzech ostatnich meczach Bayernu nie zdobył bramki. Poza tym miesiąc temu Piątek dostał szansę wykazania się w spotkaniu z Irlandią i zawiódł oczekiwania.

Dla Lewandowskiego jednak nawet takie głupawe sugestie musiały być upokarzające, bo miał prawo oczekiwać, że za to wszystko co zrobił przez 10 lat dla polskiego futbolu i dla reprezentacji jego setny występ w narodowych barwach będzie świętem nie tylko dla niego, ale także dla całej piłkarskiej społeczności w naszym kraju. Jak z tym było nie wiemy, bowiem spotkanie Polska – Portugalia zakończyło się po zamknięciu wydania, ale sądząc po przymiarkach ze strony PZPN raczej na wielkie fetowanie się nie zanosiło.

Nie zmienia to jednak faktu, że awans do grona „setników” dla każdego piłkarza jest wielkim osiągnięciem, bo przed Lewandowski dokonało tego 465 zawodników, a w tej grupie kariery kontynuuje jeszcze 92 graczy, w tym dwóch Polaków, bo przecież mamy w kadrze jeszcze jednego „setnika” – Jakuba Błaszczykowskiego. W europejskich reprezentacjach są jednak piłkarze, którzy legitymują się znacznie większą liczbą występów w narodowych barwach. Wśród nich liderem jest Sergio Ramos, który w reprezentacji Hiszpanii zagrał dotąd 158 razy, powyżej 150 występów ma jeszcze Portugalczyk Cristiano Ronaldo.

Lewandowski nie jest jednak przesadnie pazerny śrubowanie rekordu występów. Gdyby miał taką ambicję, nie opuszczałby tylu meczów towarzyskich. Od debiutu w kadrze 10 września 2008 roku „Lewy” nie zagrał tylko w jednym meczu o punkty – w wyjazdowej potyczce z San Marino w eliminacjach MŚ 2014. Przez dekadę nie wystąpił za to aż w 23 spotkaniach towarzyskich biało-czerwonych. Może szkoda, że nie wystąpił, bo w czwartek na Śląskim zagrałby po raz 124, a w niedzielę z włochami po raz 125.

 

Kadra Brzęczka na Włochy i Portugalię

Selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek powołał 27 zawodników na mecze Ligi Narodów z Portugalią (11 października) i Włochami (14 października). Jeśli czymś zaskoczył, to chyba tylko swoim ostentacyjnym nepotyzmem, albowiem ponownie zaprosił na zgrupowanie wciąż niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze tym razem pewnie nie wywoła takiej lawiny nieprzychylnych komentarzy jak we wrześniu, bo wśród powołanych znalazł się pominięty przed miesiącem Kamil Grosicki, który po kolejnym niedoszłym transferze wrócił jak niepyszny do Hull City i zabrał się tam do solidnej pracy na treningach. W efekcie najpierw wrócił do kadry meczowej, a w miniony weekend wyszedł już na ligowy mecz z Middlesbrough (1:1) w podstawowym składzie i wytrzymał na boisku przez 76 minut.

Błaszczykowski w ostatnich tygodniach takich dokonań co prawda nie miał, bo jego dwa występy, z Włochami i Irlandią, w Wolfsburgu nie zrobiły na nikim wrażenia i trener „Wilków” Bruno Labbadia nawet nie włączył go do szerokiej kadry. Dopiero w ostatni weekend 102-krotny reprezentant Polski pojawił się na ławce rezerwowych, ale na boisku się nie pojawił. Ale nie tylko on dostał powołanie na kredyt – w swoich klubowych zespołach nie grają prawie w ogóle Jan Bednarek i Arkadiusz Reca, a sporadycznie Damian Kądzior, Jacek Góralski, Rafał Kądzior czy wspomniany już Grosicki. Na szczęście wśród 27 powołanych większość stanowią regularnie występujący zawodnicy.

Niewiadomą jest teraz jakość jaką selekcjoner z tych graczy zdoła wycisnąć. Największym wyzwaniem dla Brzęczka będzie jednak wkomponowanie w zespół Krzysztofa Piątka, który strzelecką sprawnością w Serie A przyćmiewa ostatnio nie tylko Arkadiusza Milika, ale nawet Roberta Lewandowskiego. Wystąpił w siedmiu meczach we wszystkich rozgrywkach w tym sezonie i strzelił aż 12 goli. Z ośmioma trafieniami jest liderem klasyfikacji strzelców w Serie A. Swój dorobek poprawił w weekend dwoma golami wbitymi drużynie Frosinone, dzięki czemu Genoa wygrała 2:1. Miesiąc temu w reprezentacji jednak nie zachwycił i to jest problem.

 

Kadra Polski

Bramkarze: Łukasz Fabiański (West Ham, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus, Włochy).

Obrońcy: Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Monako), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Paweł Olkowski (Bolton, Anglia), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta, Włochy).

Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg, Niemcy), Przemysław Frankowski (Jagiellonia), Jacek Góralski (Łudogorec, Bułgaria), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds, Anglia), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Damian Szymański (Wisła Płock), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy).

Napastnicy: Robert Lewandowski (Bayern, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (Genoa FC, Włochy).

Nikt nie chce zatrudnić farbowanego lisa

Były reprezentant Polski Eugen Polanski od czerwca pozostaje bez klubu. Piłkarz jest skłonny przyjąć ofertę nawet w egzotycznych krajach, tylko w Polsce grać nie chce, bo w Lotto Ekstraklasie za mało płacą. To już woli zakończyć karierę.

 

Eugen Polanski urodził się w Sosnowcu jako Bogusław Eugeniusz Polański. Jego ojciec był również piłkarzem występującym na poziomie polskiej III ligi[24]. W wieku trzech lat wyemigrował z rodzicami do Niemiec. Rodzina zamieszkała w miejscowości Viersen w pobliżu granicy z Holandią. Podczas wyrabiania nowych dokumentów w Niemczech, tamtejsi urzędnicy uznali, że nie ma niemieckiego odpowiednika imienia Bogusław, więc do nowych dokumentów wpisano Eugen jako odpowiednik jego drugiego imienia. Polanski ukończył niemieckie gimnazjum im. Erazma z Rotterdamu w Viersen, a następnie wyższą szkołę zawodową ekonomii i administracji w Moenchengladbach.

Do 2011 roku w publicznych wypowiedziach stanowczo twierdził, że chociaż urodził się w Polsce, to czuje się Niemcem i chciałby reprezentować barwy drugiej ojczyzny. Ale ponieważ jego usługami w kadrze Niemiec nie było zainteresowania, w 2011 roku zmienił zdanie, wystąpił o polski paszport i dostał powołanie od ówczesnego selekcjonera Franciszka Smudy. Nie był jedynym graczem pozyskanym w ten sposób dla reprezentacji, ale to jemu najczęściej przypisywano łatkę „farbowanego lisa”, przypominając jego wcześniejsze zapewnienia o przywiązaniu do Niemiec. Zagrał jednak w Euro 2012, potem znalazł się też w kadrze Waldemara Fornalika, a nawet Adama Nawałki, lecz w maju 2014 roku niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w biało-czerwonych barwach. Potem tej decyzji żałował, przepraszał za krytyczne wypowiedzi i był gotów wrócić, lecz drzwi do polskiej kadry pozostały dla niego zamknięte.

Latem tego roku Polanskiemu wygasł pięcioletni kontrakt z Hoffenheim, a klub nie wyraził zainteresowania jego przedłużeniem. 32-letni środkowy pomocnik liczył, że szybko znajdzie nowego pracodawcę, lecz minęło kilka miesięcy, a on wciąż jest bezrobotny. Latem chęć jego zatrudnienia wyraziła Pogoń Szczecin, ale 19-krotny reprezentant Polski uznał, że byłaby to dla niego sportowa degradacja, skoro do tej pory w 1. Bundeslidze zaliczył 254 mecze i strzelił czternaście goli. Jeden sezon grał też w hiszpańskiej La Liga w barwach Getafe. Pewnie dlatego oczekuje gaży w wysokości 15 tys. euro tygodniowo netto. To jednak nie tylko dla polskich klubów stanowczo zbyt wygórowane żądanie.

 

Dwóch grało, a jeden nie

Z kadrowiczów Jerzego Brzęczka w 1. Bundeslidze występuje trzech – Robert Lewandowski w Bayernie, Marcin Kamiński w Fortunie Duesseldorf oraz Jakub Błaszczykowski w VfL Wolfsburg. W miniony weekend trzeci z wymienionych siedział na trybunach.

 

W 4. kolejce Bundesligi Bayern Monachium zmierzył się na wyjeździe z Schalke 04 Gelsenkirchen. Bawarczycy wygrali 2:0 i utrzymali dwupunktową przewagę nad wiceliderem tabeli Hertha Berlin. Jedną z bramek dla Bayernu zdobył Lewandowski. Kapitan naszej reprezentacji tym razem trafił z rzutu karnego i było to jego trzecie ligowe trafienie w tym sezonie, a ósme licząc mecze we wszystkich rozgrywkach. W klasyfikacji strzelców Bundesligi „Lewy” nie jest jednak liderem, bo prowadzi z czterema golami na koncie pomocnik Herthy Ondrej Duda. Polscy kibice mieli okazję poznać tego słowackiego piłkarza gdy występował w Legii Warszawa. „Wojskowi” oddali go do berlińskiego klubu za ponad cztery miliony euro. Hertha w czwartej kolejce pokonała Borussię Moenchengladbach 4:2, a Duda zdobył jedną z bramek dla swojego zespołu. Na dłuższy dystans Słowak zapewne nie dotrzyma kroku Lewandowskiemu, ale póki co ma satysfakcję, że w klasyfikacji strzelców wyprzedza dwukrotnego króla snajperów Bundesligi.

Gol z karnego strzelony przez Lewandowskiego był już jego ósmym trafieniem w siedmiu ostatnich meczach Bayernu. Bramkarza Schalke nasz najlepszy piłkarz pokonał już po raz 14. Trener Niko Kovac nie dał tym razem pograć „Lewemu” do końca spotkania i w 79. minucie zastąpił go Sandro Wagnerem. To sygnał, że szkoleniowiec zaczyna oszczędzać swojego najskuteczniejszego snajpera, ale też ma powód, bo Bayern czeka teraz seria trudnych meczów. Już w najbliższy wtorek w ramach 5. kolejki bawarski zespół zagra u siebie z Augsburgiem, a już w piątek czeka go wizyta na Stadionie Olimpijskim w Berlinie i starcie na szczycie Bundesligi z Herthą. Będzie to okazja do bezpośredniej konfrontacji „Lewego” z Ondrejem Dudą.

Emocjonujący weekend miał też drugi z naszych reprezentantów, Marcin Kamiński, bo zagrał na stadionie VfB Stuttgart przeciwko swojej drużynie, z której został wypożyczony do beniaminka 1. Bundesligi Fortuny Duesseldorf. Nasz 26-letni piłkarz cały okres przygotowawczy spędził w drużynie ze Stuttgartu i odszedł do Fortuny dopiero tuż przed startem rozgrywek. W Bundeslidze nie ma automatycznego zakazu gry wypożyczonych zawodników przeciwko macierzystej drużynie, więc Kamiński mógł zagrać. W starciu z VfB Fortuna po raz pierwszy w tym sezonie zachowała czyste konto, do czego Polak się przyczynił.
Po raz kolejny w kadrze meczowej VfL Wolfsburg zabrakło Jakuba Błaszczykowskiego. Jego sytuacja w tym klubie staje się coraz bardziej nieciekawa.

 

Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.