Mamy program dla każdego WYWIAD

Z Andrzejem Szejną, wiceprzewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej, byłym eurodeputowanym, wiceministrem gospodarki, pracy i polityki społecznej, Weronika Książek rozmawia o małych i wielkich strategiach dla SLD.

 

Powiedzmy to sobie szczerze… Patryka Jakiego z 19. dzielnicą to nie przebijecie…

Kampania w Warszawie powoli zmienia się w komedię. Najpierw były licytacje, kto da więcej linii metra, teraz wyskoczyła 19. dzielnica. Za chwilę być może Rafał Trzaskowski uzna, że dzielnic powinno być 20. Warszawiacy zaczynają już czuć ten brak powagi dwóch głównych kandydatów.
W Warszawie rzeczywiście należy przygotować tereny pod nowe inwestycje, ale przede wszystkim rozwiązać problemy komunikacyjne, zadbać o uczelnie wyższe. Polepszyć warunki płacy, pracy i życia mieszkańców. To taki standardowy program lewicy dla miast – dziś aktualny i w Warszawie i w Kielcach i w Krakowie. To są realne potrzeby, które trzeba zaspokoić, zamiast przedstawiać gigantyczne, ambicjonalne i całkowicie przy tym nierealistyczne projekty.

 

Ale Jaki (póki oczywiście nie przesadzi, jak ostatnio) jest głosem tych, którzy mają już dosyć słuchania o kolejnych ścieżkach rowerowych i wiecznego przepraszania za to, że się ma samochód, kiedy dojeżdża się z Odolan, Wołomina czy innego Otwocka. Ci ludzie raczej nie wstają rano z myślą o tym, żeby złośliwie zastawiać warszawskie ulice. Dla nich parkingi byłyby wybawieniem, linia metra nawet w połowie drogi byłaby wybawieniem. A wy co? Gadacie im o seniorach…

Wcale tego nie neguję – problemy komunikacyjne w stolicy istnieją i należy je rozwiązywać, ale w sposób realistyczny. Proszę zauważyć, jaki refren w kółko śpiewa PiS: zbudujemy wam metro W DWIE KADENCJE. Później, kiedy czas mija i nadal nic nie jest zrobione, okazuje się, że potrzeba jeszcze jednej… i jeszcze jednej… Z tego, co realnie PiS zrobił dla Polaków, mamy program 500 plus. I tyle. A miało być „wszystko plus”. PiS jest świetny w obiecywaniu wyborcom gruszek na wierzbie. To działa, bo Platforma nie tylko się zużyła i znudziła, Platforma przestała być dla Polaków wiarygodna. Teraz przed lewicą stoi zadanie odzyskania głosów tych wyborców, czy to socjalnych, czy to progresywnych, którzy chętnie postawiliby na formację stabilną ideowo, ale skuteczną. Bo SLD podczas swoich rządów BYŁO skuteczne. Nasz wizerunek zniszczyły afery, ale nikt nie może nam zarzucić braku skuteczności ani szafowania obietnicami bez pokrycia.

 

To który elektorat obstawiacie? Socjalny czy progresywny? Bo jak na razie to macie łatkę „partii emerytów”. Co w ogóle macie dla młodych?

Nie będziemy przed młodymi robić żadnego tańca brzucha. Damy im warunki, żeby mogli się uczyć, pracować, mieszkać i zakładać rodziny. Ale pani pyta o szeroki program, a przed nami na razie wybory samorządowe – czyli te „najbliżej człowieka”, skupmy się na nich. Niezależnie od tego, czy się jest robotnikiem, przedsiębiorcą, nauczycielem czy urzędnikiem i niezależnie od tego czy mieszka w Końskich czy w Warszawie, tu liczy się jak najbardziej polityka senioralna, komunikacja, sprawne załatwianie spraw w urzędzie, załatanie dziur w drodze, in vitro w każdym samorządzie, tanie mieszkalnictwo, szczepienie dzieci za darmo, stołówki, gabinety dentystyczne w szkołach…

 

Błagam. Te gabinety dentystyczne to jakaś mitologia. Wszystkie partie się tego uczepiły. Już widzę, jak dentystka w szkole ma na wyposażeniu taki sam sprzęt jak w prywatnym gabinecie.

Owszem, to kwestia przesunięcia pewnych środków. To właśnie zadanie dla sprawnego samorządu. I to zawiera się w naszym haśle wyborczym: „silny samorząd, demokratyczne Polska”.
A wracając do starszego pokolenia: zarówno PiS jak i PO latami były tak zajęte wojną polityczną, ze wyrzuciły je na margines. Ktoś musiał stanąć w ich obronie. Emeryci, renciści, czy byli pracownicy wojska, policji, którzy urodzili się w PRL i ciężko wtedy pracowali, nagle zaczęli być już nie tylko wykluczani, ale wręcz potępiani. Potępiani za to, że się urodzili i żyli. To nas wkurzyło. Dziś obniża się emerytury wojskowym, a za chwilę będą to np. nauczyciele. Proszę zauważyć, co się dzieje z sędziami w SN – już teraz słyszymy, że ci, co mieli czelność orzekać w PRL, są źli.

 

Z wyjątkiem tych, którzy zapisali się do PiS.

Tak. Ci są świetni. Szkoda tylko, że nic nie umieją. Proszę popatrzeć na nowy skład Sądu Najwyższego. To w większości ludzie bez dorobku. Aby zostać sędzią SN, należy mieć szacunek środowiska i albo dorobek praktyczny, na przykład niepodważalną skuteczność w orzekaniu, albo dorobek teoretyczny. Przesłuchania kandydatów odbywały się przy drzwiach zamkniętych, bez udziału opinii publicznej, bo tak zdecydował pan Ziobro. A ja jako prawnik i po prostu jako obywatel bardzo bym sobie życzył, żeby móc ocenić, jaką kandydat ma wiedzę, co sobą reprezentuje. Ale PiS musiał przepchnąć swoich miernych i wiernych. I tym samym podważył zaufanie do kolejnej instytucji.
Byłem wiceprzewodniczącym Komisji Prawa Parlamentu Europejskiego. Nie spotkałem się w żadnym kraju poza Polską z tak bezczelnym zawłaszczaniem prawa i państwa. Za chwilę całe sądownictwo powszechne będzie w rękach PiS. A więc – drogi obywatelu – jeśli nagle zauważysz, że te wszystkie zmiany nie sprawiły jednak, że sąd jest dla ciebie bardziej dostępny – to zażalenia składaj u pana Ziobry, pani Przyłębskiej i pana Kaczyńskiego.

 

Co po nich? Załóżmy, że macie władzę. Jak ich wypchniecie z tych trybunałów i sądów?

Za pomocą ich własnych ustaw. Nie wszystkie instrumenty, które wprowadził PiS, są niekonstytucyjne. Są na granicy. Trzeba będzie część ustaw zastosować do ich własnych ludzi, część cofnąć, a sędziom dublerom podziękować. Zauważmy, że pani Przyłębska została wybrana niezgodnie nawet z pisowskim prawem. Następnie trzeba będzie się zabrać za naprawianie stosunków dyplomatycznych z prawie całym światem, szczególnie z UE, ale również ze Stanami, bo paradoksalnie, chociaż prezydent USA bardziej pasuje do PiS niż do czegokolwiek, to i tak nie potrafią się dogadać. Ale przede wszystkim trzeba będzie naprawić stosunki z Rosją.

 

Proszę uważać. Za takie stwierdzenie został zawieszony kilka dni temu senator Platformy.

To tylko pokazuje, że między PO i PiS-em nie ma wielkiej różnicy jeśli chodzi o pewne prawicowe dogmaty. Dla PO najwyraźniej dbałość o dobre stosunki z Rosją nadal jest „fe”, choć ewidentnie tracimy na tym gospodarczo. I to się zaczęło za ich rządów, nie za PiS. PiS ma smoleńską obsesję, psuje nasze stosunki na poziomie dyplomatycznym, ale to PO jest winna tego, że nie możemy eksportować, nie przyciągamy inwestorów rosyjskich, a społeczeństwa są poróżnione. Zresztą nie tylko Rosja nie chce w Polsce inwestować. Inne państwa też się boją. Bo u nas nie ma stabilności prawa. Przedsiębiorca nie ma gwarancji, że jak wejdzie w spór np. ze spółką Tauron, to sąd wyda w jego sprawie sprawiedliwy wyrok.

 

Wróćmy z wielkiego świata na Kielecczyznę, do Pana regionu. Kiedyś Świętokrzyskie było bastionem SLD. Co się stało?

Stało się wiele rzeczy, dochodziło do afer, potem do rozłamów. Paru polityków SLD uciekło do Palikota. Wszyscy wyobrażali sobie SLD jako skałę, która będzie trwać żeby nie wiem co. Okazało się, że to myślenie bardzo życzeniowe. Trzeba było wziąć się za bary z rzeczywistością. Teraz wiele rzeczy się zmieniło, działamy jak jedna polityczna pięść, zarówno w świętokrzyskim, jak w centrali. Wystawiamy kandydatów na burmistrzów, prezydentów, do sejmików. Ja sam startuję do sejmiku z okręgu Końskie-Starachowice-Skarżysko. Zgodnie z decyzją Rady Krajowej pierwsze miejsca na listach mają byli posłowie jak np. Jerzy Jaskiernia, ale też młodzi jak np. dr Łukasz Kozera. Nasz region przede wszystkim musi zawalczyć o to, żeby ludzie nie chcieli z niego wyjeżdżać. Przez lata nie korzystał tyle z UE, ile powinien. Należałoby zadbać też o uczelnie wyższe. Z nich też wielu wykładowców przeniosło się m.in. do Warszawy. Wciąż w niektórych powiatach mamy kilkunastoprocentowe bezrobocie. Świętokrzyskie jest słabo skomunikowane zresztą Polski, w zasadzie tylko z Warszawą jest przyzwoite połączenie. Z Łodzią czy Krakowem to nadal dramat. A to ważne dla inwestorów, którzy chcieliby dostarczać swoje towary do regionu. Prezydent Kielc, który urzęduje już chyba piątą kadencję, przed każdymi kolejnymi wyborami obiecuje lotnisko. Tylko że to już musztarda po obiedzie, skoro zbudowano lotnisko w Radomiu. Ale bajki na resorach nadal są opowiadane. Należy pielęgnować przemysł zbrojeniowy. To nasz największy atut.

 

Na koniec pozwolę sobie zapytać o wschodzące gwiazdy: Biedronia i Nowacką. On zdradził was z Palikotem, ona z PO. Mówiąc przy tym, że jesteście partią resentymentu do PRL, a dla niej „budowanie na tym polityki jest absolutnie nie do przyjęcia”…

To ciekawe, bo Barbara Nowacka była przecież jedną z twarzy naszej koalicji w 2015. Tworzyli ją ci sami ludzie, którzy dziś też startują z list SLD. Jej dołączenie do Koalicji Obywatelskiej jest dla mnie niezrozumiałe. Tak, bronimy ludzi, którzy wyrośli w PRL i należy nas za to chwalić, a nie czynić zarzuty, że naszym celem jest społeczeństwo inkluzywne.

 

A Biedroń? Nie boicie się, ze podbierze wam ludzi?

Najpierw może niech on się zdecyduje, w jakiej formule chce się objawić. Bo jak słucham, że chce współpracować z partią Macrona, to to nie ma nic wspólnego z lewicą. Pierwsze poważne wybory, w jakich wystartuje ze swoim ugrupowaniem, to będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Jeżeli faktycznie zamierza inspirować się Macronem to rozumiem, że zasiądzie w ławach przeznaczonych dla europejskich liberałów, a nie socjalistów, tak jak my. Mimo wszystko nie zamykamy się na współpracę z Robertem Biedroniem, trzymamy za niego kciuki. Być może nasze drogi kiedyś się skrzyżują. Cenimy jego działalność publiczną, zwłaszcza w kwestii walki z homofobią. Nasze środowiska zawsze były sobie bliskie w sprawach światopoglądowych: dostępu do aborcji, świeckiego państwa, praw mniejszości.

 

Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać: zostawicie 500 plus?

Zostawimy. Ale zmodyfikujemy. Bo jest zrobiony po pisowsku, czyli prostacko. Nie zachęca do większej dzietności, tak jak miał zachęcać w założeniu. Teraz działa głównie jako program socjalny, tylko bardzo dziurawy. Chcielibyśmy rozwiązać problem m.in. wsparcia dla samotnych matek. I tu wolałbym postawić kropkę. O szczegółach pogadamy za rok.

 

Dziękuję za rozmowę.

Na kłopoty – Biedroń?

Czy lewica ma szansę zjednoczyć się pod sztandarem prezydenta Słupska? Tu potrzeba dwóch rzeczy: charyzmy i struktur.

 

Na spotkanie z Robertem Biedroniem we Wrocławiu organizatorzy przygotowali 520 krzeseł.

 

Wszystkie były zajęte

Przyszli byli i aktualni członkowie SLD, Ruchu Palikota i innych środowisk lewicy. Największą grupę stanowili ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi. Bohater spotkania nie wygłosił żadnego credo politycznego.

 

Ograniczył się do roli moderatora

Z takich debat chce stworzyć potem program swojego ruchu. Zabierający głos w dyskusji chcieli, by w Polsce przestali rządzić księża i aby w kraju było normalnie.
Młodzi podnosili przede wszystkim sprawę edukacji politycznej i obywatelskiej w szkole. Ten temat przewijał się ciągle w dyskusji. Było wiele o tolerancji, dobru wspólnym i wzajemnej życzliwości. Czy z tego uda się stworzyć program nowego ruchu? Pewnie nie będzie w nim nic nowego czego nie zapisano w programach lewicowych partii.
Ale skoro będzie firmować go sam Biedroń projekt może się udać.

 

Napisałem „może”

Bo do powstania sprawnej partii potrzebni są dobrzy organizatorzy jej struktur, świadomość u członków, że muszą się podporządkować zasadom życia wewnątrzpartyjnego i mieć świadomość, że partia jest przede wszystkim zgranym zespołem. Wtedy osiąga sukcesy na arenie politycznej. Jeżeli tego Biedroń nie zorganizuje to podzieli los Leppera, Palikota czy Petru. Czego mu nie życzę. Jest jeszcze inna opcja. Może już istniejące partie lewicy zdecydują się na jakieś wspólne projekty z udziałem Roberta Biedronia. Czy jest to możliwe? Osobiście chciałbym, bo tak pokawałkowana, jak dzisiaj, lewica zaczyna mnie osobiście bardzo martwić.

Sondażowe rozdwojenie jaźni

Wielu uważa, że SLD jest jak chłop, który nic nie robi, a mu rośnie.

 

To z gruntu fałszywe wrażenie, ale poniekąd uzasadnione, bo działalność partii będących poza Sejmem jest zdecydowanie mniej widoczna. Nie mają posłów, którzy przemawiają z sejmowej trybuny, firmują projekty ustaw, zbijają polityczny kapitał w komisjach śledczych i przyciągają media jako wybrańcy narodu.

Gdyby Pawłowicz nie była posłanką, a Piotrowicz i Suski posłami, to nawet gdyby stworzyli tercet egzotyczny pies z kulawą nogą nie przyszedłby na ich występy i nie oklaskiwał. Tylko dzięki wyborczym głosom suwerena, oddanym w nadmiarze na PiS, mają publikę i poklask. Wszak nawet liderujący w rankingach zaufania Duda, dopóki nie został prezydentem, znany był z nazwiska tylko wielbicielom serialu „Ranczo” jako Fabian, narzeczony Klaudii i kandydat na wójta gminy Wilkowyje. Podobnie Morawiecki syn, wyciągnięty z kapelusza, a właściwie z banku, zabłysnął dopiero wtedy, gdy prezes uwolnił go od przedrostka wice.

Teraz prezydent Duda i premier Morawiecki mogą mówić i robić największe głupoty, ośmieszać siebie i Polskę na forum międzynarodowym, a i tak będą gwiazdami, bo świecą światłem odbitym od swoich stanowisk. Korzystają z tzw. autorytetu formalnego, który wynika z zajmowanej pozycji. Do jego posiadania nie są potrzebne osobiste walory. Jeśli ktoś je przypadkowo ma, dostaje dodatkowe punkty, ale też tylko na czas, kiedy pozostaje na świeczniku.

Pamięć zbiorowa, czyli opinii publicznej, jest dużo krótsza od indywidualnej. Żeby istnieć, trzeba ciągle o sobie przypominać. Nieważne, co napiszą czy powiedzą, ważne, żeby nie przekręcili nazwiska. Prasa, radio, telewizja przestały wystarczać. Nastała era mediów społecznościowych. Kogo nie ma w Google, tego nie ma w ogóle. Trzeba być też na Twitterze, Facebooku, Instagramie. Wyrosła rzesza celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani. Przecież chyba nie dla przyjemności, a jedynie dla popularności i poparcia, prezydent Duda wymieniał pozdrowionka z Leśnym Ruchadłem, Dziką Foczką, Pimpusiem Sadełko. Może zresztą naprawdę lubi brylować wśród małolat, a jak nocą nie dostaje ustaw do podpisu, nie ma co robić.

Choć minęły wieki, także dziś koń, pardon, Kogut może zostać senatorem, ale kto spada z konia, ginie w mrokach zapomnienia. Pewnie nawet o Wałęsie mało kto by pamiętał, gdyby PiS i IPN stale o nim nie przypominały. A i sam noblista robi co może, żeby utrzymać się na fali. Raczej nie ma świadomości, że już od dawna dryfuje donikąd. Ludziom z pierwszych stron gazet trudno przyjąć do wiadomości, że ich nazwisko pojawi się ponownie dopiero w nekrologu.

Tylko nieliczni rozumieją, że parowozy dziejów odstawione na boczny tor nie powinny puszczać pary. Tę mądrość zastosował w praktyce prof. Jerzy Buzek. W czasie premierowania (1997-2001) był marionetką Krzaklewskiego, ale i tak cała niechęć do rządów koalicji AWS-UW skupiła się na nim i znalazła odzwierciedlenie w haśle „Buzek na wózek”. Trzy lata milczenia wystarczyły mu do zdobycia w 2004 r. rekordowej liczby głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego i powtarzania tego sukcesu co pięć lat.

W SLD celebrytów nie ma. Z parowozami dziejów też słabo. Aleksander Kwaśniewski, owszem, czasem poprze, ale bez nadmiernego entuzjazmu. Podobno byli premierzy – Belka, Cimoszewicz i Miller – są chętni do kandydowania do Parlamentu Europejskiego. Akurat na te listy w żadnym ugrupowaniu deficytu kandydatów nie ma. Gorzej z wyborcami. Frekwencja jest o połowę niższa niż w wyborach do parlamentu krajowego, nie mówiąc o prezydenckich. Inna sprawa, czy gdyby była wyższa, zmieniłoby to wynik. Zgodnie z prawem wielkich liczb, rozkład poparcia wśród głosujących jest taki sam, jak w całej populacji, bo niby dlaczego miałby być inny. Może więc zamiast strzępić języki nawoływaniem do stawienia się przy urnach, trzeba intensywniej edukować społeczeństwo i pokazywać prawdziwe oblicze poszczególnych partii.

Po lewej stronie sceny politycznej z partii notowanych w sondażach (oprócz SLD), regularnie przekraczających próg wyborczy, jest jeszcze Razem, które idzie osobno, a w blokach startowych czai się Robert Biedroń. Też solista. W dodatku, jak sam o sobie mówi, nie lewicowy, a progresywny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Sojusz, dzięki pracy organicznej w terenie, jest bezkonkurencyjny na lewicy i trzeci w kraju. To bardzo dobra prognoza przed maratonem, który 21 października rozpoczną wybory samorządowe.

Wynik wyborczy jest wielką niewiadomą. Czy będzie to tylko sondażowe 10 proc., czy jednak dużo więcej? Gdyby Polacy głosowali zgodnie ze swoimi poglądami, SLD powinno otrzymać przynajmniej 20 proc. Niestety, portret wyborcy znacznie odbiega od portretu statystycznego obywatela. Ujawniają to sondażowe badania na temat członkostwa w Unii Europejskiej, stosunków państwo-Kościół, związków partnerskich, aborcji.

70 proc. obywateli RP uważa, że przynależność do UE przynosi korzyści, a tylko 5 proc., że jest zła. Równocześnie prawie 40 proc. wyraża chęć głosowania na PiS, które, choć się wypiera, już praktycznie rozpoczęło polexit.

Podobnie jest z finansowaniem Kościoła katolickiego przez państwo, co popiera jedynie 25 proc. Polaków, i rządowym promowaniem wartości religijnych, które znajduje uznanie u 28 proc. Zdania przeciwnego jest więc przynajmniej 15 proc. zdeklarowanych wyborców Zjednoczonej Prawicy, która na klęczkach połączyła budżet państwa z kościelnymi tacami i pompuje nasze pieniądze do Rydzyka i jego pomniejszych, ale równie pazernych i nienasyconych klonów.

Ponad połowa obywateli Kaczystanu chce wyprowadzenia lekcji religii ze szkół, ale partie, które mają taki postulat w swoim programie, popiera mniej niż 20 proc. 52 proc. Polaków opowiada się za przyznaniem gejom i lesbijkom, których jest w naszym kraju około dwóch milionów, prawa do zawierania związków partnerskich. 38 proc. idzie krok dalej i nie ma nic przeciwko homoseksualnym małżeństwom. 16 proc. popiera adopcję dzieci przez pary jednopłciowe. Nie da się wytłumaczyć, dlaczego zatem głosują na partie homofobiczne, do których należą – oprócz PiS i jego przystawek – także PO i PSL.

Największa rozbieżność dotyczy stosunku do restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Ponieważ zaledwie 15 proc. obywateli dało się omamić Kai Godek i Ordo Iuris, PiS odrzucił projekt całkowitego zakazu usuwania ciąży, a w stosunku do kolejnego, który nakazuje kobietom rodzić ciężko chore dzieci, zarządził strajk włoski. Skandaliczny pomysł, którego celem jest sprowadzenie kobiet do roli inkubatora, utknął w zdominowanej przez PiS sejmowej komisji. I to mimo ostrej reprymendy episkopatu. Dlaczego jednak, skoro 37 proc. Polaków popiera złagodzenie przepisów antyaborcyjnych, ponad połowa z nich głosuje na partie, które w najlepszym razie zachowają status quo?

Nie tylko w kwestiach światopoglądowych, także w społeczno-ekonomicznych obywatele RP cierpią na swoiste rozdwojenie jaźni. Ponad 80 proc. negatywnie oceniało podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat i popierało przywrócenie niższego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn). Zarazem 54 proc. chce pracować na emeryturze, a tylko 28 proc. rozważa całkowitą rezygnację z działalności zawodowej. Oznacza to, że Polacy potrzebują emerytury głównie jako dodatkowego dochodu, który podniesie poziom życia. Gdyby mieli godne zarobki, chętnie pracowaliby dłużej z korzyścią dla siebie i kraju. Jeśli połączyć to z opinią 67 proc. obywateli, że podniesienie świadczenia na dziecko z 500 do 1000 zł nie ma sensu (przeciwnego zdania jest 21 proc.), otrzymamy optymistyczny obraz umysłowego stanu większości społeczeństwa. I właśnie do niej należy kierować kampanię wyborczą.

Gównem w wentylator

Psychologowie nazwaliby to zapewne o „ramowaniem negatywnym”, ja natomiast uważam, że „rzucanie gównem w wentylator” w nadziei, że zwiększy się zasięg rozbryzgu  – to adekwatniejszy opis tego, co robi właśnie na łamach „Newsweeka” red. Renata Grochal.

 

Publicystka dosłownie imadłem ciśnie temat „afery pedofilskiej” wokół Roberta Biedronia. W tej chwili (publikacja z 27 sierpnia) znajduje się na etapie robienia z siebie ofiary („na mój tekst zareagowali histerią”, „homofobką i hieną roku nazwali”), ale – dodajmy – ofiary niezłomnej („nie dam się przekonać, że o Biedroniu da się pisać tylko na kolanach”).
Jeśli natomiast red. Grochal chce kogokolwiek przekonać o tym, że jej publikacja miała być kamyczkiem w walce z pedofilią w instytucjach publicznych, a nie desperacką próbą zdobycia lauru pierwszeństwa w przywaleniu komuś, komu do tej pory nie udało się jeszcze skutecznie przywalić, to mam złą wiadomość.
Przed autorką nie bieży baranek, a nad nią nie lata motylek. I nie chodzi tylko o metodę, łamiącą absolutnie wszelkie standardy rzetelnego dziennikarstwa śledczego (wprawdzie fakty nijak nie chcą świadczyć przeciwko naszemu bohaterowi ani potwierdzać naszej tezy, że zabił/skrzywdził albo się przyczynił, ale załatajmy publikację anonimowymi skargami na to, jaki jest antypatyczny, zadufany w sobie i strasznie śmierdzą mu skarpety).
Tekst łączący osobę Roberta Biedronia z aferą pedofilską w Słupsku jest po prostu bardzo szkodliwy społecznie, bo taka publikacja w kraju, gdzie homoseksualizm nadal nie jest uznawany za jedną z orientacji seksualnych, ale za dewiację, taką samą jak pedofilia czy zoofilia, zakrawa na zabawę w podpalanie suchej gałązki na skraju lasu.
Jeśli nadal pani redaktor nie wie, czemu została nazwana homofobką, to mam nadzieję, że powyższa metafora pomoże. Tekst łączący chociaż najcieńsza nicią skojarzenie „każdy gej to zboczeniec”; „jeden zboczeniec kryje drugiego” to woda na młyn dla konserwatywnych mediów, które nie będą już bawić się w niuanse, tylko czerwonym flamastrem napiszą „gej = pedofil” i jeszcze dwa razy podkreślą.
Michał Sutowski w Krytyce Politycznej stawia śmiałą tezę, że tekst powstał po to, aby zohydzić jesiennym wyborcom jakąkolwiek polityczną alternatywę i dzięki temu pomóc w przeforsowaniu idei zjednoczonej opozycji. Aż tak daleko bym nie szła, choć jest oczywiście faktem, że centryści od kilku tygodni coraz chętniej zasypiają, tuląc w ramionach tę fantazję. Moim zdaniem cała idea tekstu nie wychodzi poza osobiste ambicje pani redaktor, żeby zgarnąć gorący temat i dokonać „demaskacji roku”. I to właśnie jest w tym wszystkim najbardziej zasmucające, bo skutki tej dziennikarskiej bezmyślności już widać w wysypie nienawistnych nagłówków. Tak to działa, trochę gówna zawsze się przyklei.
Należy się jednak zastanowić, czy w dłuższej perspektywie więcej nie przyklei się do samego tytułu, z którym red. Grochal współpracuje, albo wręcz do całego rynku mediów pozostających poza parasolem obecnej (na wskroś homofobicznej!) władzy. Dzięki takim artykułom, skutecznie zyskają łatkę grupy niepoważnych sensatów pragnących tylko zrobić komuś koło przysłowiowego pióra. Absolutnie nie mam zamiaru tym tekstem przekonywać pani redaktor, że Robert Biedroń to złoty chłopak i należy pisać o nim wyłącznie „na kolanach”. Nie neguję prawdziwości wyznań osób, które powiedziały gazecie, że uczestniczyły w sytuacjach, w których prezydent Słupska zachowywał się jak nadęty bubek, który łatwo wpada w złość. W olbrzymim katalogu różnych swoich cech być może ma i takie.
Ale skoro rozgrywamy mecz na boisku do siatki, to nie rozgrywajmy go piłkami do tenisa. Czyjś „paskudny charakter”, despotyzm czy nieumiejętność pracy w zespole to dla dziennikarza informacje istotne na tyle, na ile potrafi wykazać związek pomiędzy tymi cechami, a negatywnymi czy krzywdzącymi ich skutkami – np. mobbingiem czy wyzyskiwaniem podwładnych. Tymczasem z pierwszej publikacji „Newsweeka” nie wynika, aby Biedroń miał cokolwiek zaniedbać akurat w sprawie Pawła K. Nie wystarczy deklaratywnie zasłonić się dobrem społecznym, aby z paszkwilu wyszło coś więcej niż paszkwil. Wie o tym doskonale autor prowokacji z „dziadkiem z Wehrmachtu”. Sprawa ta zaskarbiła swego czasu Tuskowi naprawdę szerokie rzesze zwolenników.

Danielewszczyzna

Polityk SLD odpowiada na sugestie redaktora „Gazety Wyborczej”, że Sojusz się skończył i myśli wyłącznie o tym, aby przetrwać w spokoju i względnym dostatku najbliższe lata.

 

Z reguły nie reaguję na gazetowe komentarze i pseudoanalizy. Szkoda czasu i zdrowia na przejmowanie się wykwitami wyobraźni ornitologów, którzy z obserwacji nieba wyciągają wnioski o mechanice latania (to myśl doktora Migalskiego, który jednak spróbował polatać). Potem poszczególnym ptakom przypisują nazwy konkretnych partii politycznych i odpowiadają na pytanie, kto wyżej poleci, a z upierzenia wyciągają wnioski o sile skrzydeł. Ja już z tego wyrosłem.
Jeśli zatem zareagowałem to dlatego, aby, aby skrócić męki tych pożal się Boże specjalistów od polityki, mapy politycznej, hierarchii wyników wyborczych itp. W tym także od koalicji, które mają obalić władzę PiS-u lub przeciwnie ją umocnić. Wydawało mi się, że rzecz rozumnie wyłożył Jacek Żakowski w poniedziałkowej (z 20 sierpnia) „Wyborczej”. Jednak nie wszyscy go czytają, a szkoda.
Nie przeczytał go także kolega redakcyjny Pan Michał Danielewski. Na drugiej – czyli autoryzowanej przez kierownictwo redakcji – stronie środowego (22 bm) wydania „Gazety” wydrukowano jego tekst pod tytułem: Wybory, lewica, problem”. Tekst, jak tekst, kolejne rozważania podszyte tzw. troską o lewicę, bowiem słusznie (ale nie odkrywczo) Pan Danielewski zauważa, że „bez lewicy w Sejmie odebranie władzy PiS-owi będzie niezmiernie trudne”.
Intencją autora jest wsparcie pomysłu Roberta Biedronia na stworzenie własnej formacji, której Pan Danielewski przewiduje świetlaną przyszłość. Nie będę z tym polemizował, Biedronia uważam za mądrzejszego niż jego medialni sojusznicy o nim sądzą.
Ale na tym tle Pan Danielewski wspomina o SLD. Partii, która przeprowadziła z PRL miliony ludzi do III Rzeczpospolitej, której wkładu w budowę III RP nie sposób podważyć. Dziś to partia po przejściach, która pomału, krok po kroku odbudowuje swoje wpływy, podkreślając m.in. to, że jest jedyną, wierną pokoleniu czasu przejściowego.
Nadal się liczy na scenie politycznej, a obecne kierownictwo próbuje aktywnie uczestniczyć w debacie publicznej, opierając się sekciarstwu z lewej, klerykalizmowi z prawej i pogardzie. Oto, co pisze o SLD Pan Danielewski: „Politycy administrujący masą upadłościową po SLD nie mają interesu, żeby cokolwiek zmieniać, póki żyją resztki ich elektoratu”.
To mną wstrząsnęło. Przy takim myśleniu PiS ma rzeczywiście świetlaną przyszłość. Jeśli Jarosław Kaczyński czyta tego rodzaju teksty, to zapewne śpi spokojnie. Tyle pogardy, ile jest ukryte w powyższym fragmenciku lokuje Autora w okolicach skrajnej prawicy, tuż przy ONR-ze. Może Pan Danielewski nie wie, że pogarda – i w jej następstwie wykluczanie całych grup społecznych – jest cechą twardej prawicy, z której wyrosło parę zjawisk, o których ludzkość mówi z bólem i wstydem. Tu jesteście wyjątkowo zgodni z PiS-em, które też wyklucza, ale i też stanął w obronie wykluczanych. Na szczęście robi to przede wszystkim w gębie, podobnym jest tu autorowi „Wyborczej”.
Panu Danielewskiemu do sztambucha (może nie wiedzieć o co chodzi, niech zapyta Mamy), trzy uwagi.
Pierwsza – 10 proc. SLD to ok. 2 miliony dorosłych ludzi, w tym milion aktywnych politycznie. Warto pamiętać.
Druga – we wszystkich krajach europejskich zasadnicze, twarde elektoraty to ludzie po 50-ce. Średnia wieku członków SPD to 52 lata, CDU – 58 lat. Nie widzę powodu, aby w Polsce było inaczej.
Trzecia – nie powstanie żadna koalicja ze skrywaną pogardą. SLD tej pogardy – mniej lub bardzie nasilonej – doświadczało od 1989 roku. Przywykło. Dopóki tzw. demokraci będą marudzić, że panna niezbyt piękna, nie dziewica, a i posag niezbyt obfity, to PiS będzie rządzić. A chyba nie to Panu chodzi?

Nie ma wroga na lewicy

Z ROBERTEM BIEDRONIEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Czy to prawda, że zamierza Pan założyć nową partię, „Kocham Polskę”?

Dementuję stanowczo. Nie nowej partii teraz potrzeba, ale dialogu, porozumienia, współpracy, choć może przyjdzie taki dzień, kiedy wezwę ludzi by poszli za mną. Polska nie musi być podzielona na plemiona, które nieustannie się zwalczają. Nie musimy żyć w duopolu – kto za PiS, kto za Platformą, kto patriota, kto zdrajca. Sprawmy, żebyśmy żyli w Polsce na miarę roku 2018 czyli normalnie. Powiem szczerze, nie bardzo mam ochotę stać w jednym szeregu z ludźmi, którzy przez lata rządów mieli szansę modernizować Polskę i nie skorzystali z tej okazji. I na przykład wmawiali Polakom, że są „obywatelscy”, a obywatelscy nie byli. Dziś jedną z twarzy Platformy Obywatelskiej jest Roman Giertych, który skakał na wiecach w obronie demokracji, a jako minister edukacji w rządzie PiS 2006-2007 wprowadził na salony brunatną Młodzież Wszechpolską, wprowadzał do szkół „zero tolerancji” i umacniał w nich religię. Miałbym opór, by dziś stanąć z nim na wiecu w obronie demokracji. Co do Platformy, to w Słupsku jej radni, razem i w porozumieniu z PiS, nie zatwierdzili absolutorium dla mnie jako prezydenta. To też wiele mówi. Jednak szanuję wszystkie partie prodemokratyczne. Wydałem właśnie książkę o demokracji i wysłałem ją Jarosławowi Kaczyńskiemu. Mam bowiem wrażenie, że o ile Polacy odrobili lekcję demokracji, to politycy jeszcze nie. Wszyscy powinniśmy pomóc Jarosławowi Kaczyńskiemu, który ma ogromną władzę i uświadomić mu, że w XXI wieku eksperymentowanie z autorytaryzmem prowadzi donikąd.
Że demokracja, jak powiedział Winston Churchill, jest bardzo niedoskonałym ustrojem, ale nikt nie wymyślił lepszego. Obawiam się, że ani on ani jego ludzie z Wiejskiej nie czytają konstytucji. Mam jednak pretensje także do polityków, którzy rządzili przed PiS. Mówili: nie zajmujcie się polityką, zbudujemy wam autostrady, zapewnimy ciepłą wodę w kranie i wszystko będzie idealnie. Ludziom już jednak ciepła woda w kranie nie wystarczy. Tym bardziej, że jednocześnie małym miejscowościom i miasteczkom zamykano małe sądy, komisariaty, szkoły, likwidowano połączenia kolejowe, bo podobno nic się nie opłacało. A przecież to było ludziom potrzebne nie tylko w praktycznym życiu, ale także dla zachowania poczucia godności. 30 procent sołectw w Polsce nie ma transportu kolejowego. Mówiono, że w neoliberalnym świecie liczy się tylko pieniądz, a okazało się, że potrzebne są także wartości, emocje, poczucie dumy i narracja o Polsce. Nie dziwmy się więc, że ci ludzie nie wychodzą na ulice w obronie czegoś tak abstrakcyjnego jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy. Pytają, a gdzie byliście jak likwidowano nam małe sądy czy komisariaty? Małe miasta umierają, bo młodzi ludzie nie mają tu przyszłości.
Nie ma tu pracy, a jak jest, to za głodowe wynagrodzenie. Co z tego, że w Polsce jest teraz niskie bezrobocie? Jest takie, bo dwa miliony młodych ludzi wyjechało za granicę. A kogo stać na dojeżdżanie do pracy pendolino za siedemdziesiąt złotych, nawet na krótkiej trasie? Dlatego jestem za 500 plus, bo mi to w Słupsku o 40 procent zmniejszyło liczbę bezpłatnych obiadów i radykalnie zwiększyło liczbę dzieci wyjeżdżających na wakacje.
Tylko że powinno być bardziej sprawiedliwie i bardziej racjonalnie rozdzielane niż obecnie. Niestety, PiS przywraca godność ludziom, ale tylko „swoim”, nie swoich zalicza go „gorszego sortu”, bo najłatwiej rządzi się społeczeństwem podzielonym. Dlatego potrzebna jest prawdziwa solidarność, przez małe „s”. W hitlerowskich Niemczech był pastor antyfaszysta, który mówił: kiedy przychodzili po komunistów, socjaldemokratów i Żydów, mówiłem – to nie po mnie, bo nie byłem żadnym z nich.
Więc kiedy przyszli po mnie, nie miał mnie już kto obronić. PiS mówi: macie głosować na jedną partię, kierowaną przez jednego wodza, chodzić do jednego kościoła i do szkoły gdzie jest jedna, „jedynie słuszna” wersja historii oraz jeden pomnik jednego słusznego bohatera na głównej ulicy. Nie ma na to zgody. Ale nie ma także zgody na ciepłą wodę w kranie jako jedyną ofertę dla społeczeństwa. Ciepła woda w kranie już nam nie wystarczy. I nie wystarczy nam już także pozorowany, a nie realny rozdział Kościoła od Państwa. Mówi o nim artykuł 25 Konstytucji. Ja ten rozdział praktykuję u siebie w Słupsku. Dlatego zdjąłem ze ściany moim gabinecie portret Jana Pawła II, zdejmuję krzyże w szkołach. Miejscowego biskupa szanuję, ale nie poszedłem do niego na audiencję, bo jestem prezydentem tego miasta i to biskup powinien do mnie przyjść. W związku z tym, pod ratuszem, w którym pracuję, odbywają się miesięcznice, których uczestnicy modlą się w intencji mojego nawrócenia. Podoba mi się to nawet. Toleruję i szanuję wszelką aktywność społeczną, ale mojego światopoglądu nie zmieniłem. A bronię zapisów Konstytucji, bo ona została przyjęta przy największej frekwencji w historii polskich głosowań. Nie jest idealna, za jakiś czas może trzeba będzie ją zmienić, ale dziś jej zmiana oznaczałaby wprowadzenie w jej miejsce statutu jednej partii. Reasumując, nie chcę duopolu PiS i PO, który rządzi Polską od 13 lat. Sorry, ale chcę mieć prawo do głosowania na tego, na kogo chcę, a nie na tego, którego wskażą Kaczyński lub Schetyna.

 

A o prezydenturze Pan myśli?

Nieustannie, przecież jestem prezydentem Słupska. A tu najbardziej inspirują mnie kobiety. One są inspirujące nie tylko dla innych kobiet, ale także dla mężczyzn. Są ogromną siłą. Nie zapominajmy, że to kobiety sprawiły, że Jarosław Kaczyński jeden jedyny raz cofnął się. To było w rezultacie „czarnego protestu”, gdy wściekłe na próbę radykalnego ograniczenia ich praw, wyszły na ulicę. Żyjemy w stanie przejściowym. Pewne schematy, pewne konstrukcje dotąd obowiązujące zostały zachwiane, a nie mamy jeszcze nowych wizji.
Czujemy, że patriarchat się kończy, ale wielu mężczyzn ciągle jeszcze żyje w wyznaczonych przezeń, utartych szlakach rodem z XIX wieku albo i z dawniejszych epok, o czym świadczy moda na rycerskie rekonstrukcje historyczne, gdy mogą sobie pomachać mieczem, jak drzewiej bywało. Ale ten świat się kończy. Jarosław Kaczyński czy Donald Trump są końcówką tego świata a nie jego początkiem. To ludzie pogubieni we współczesności. Różni ich m.in. to, że jeden „łapał za cipki” a drugi tylko „całuje rączki”, ale obaj są we współczesnym świecie pogubieni, nie mogą znaleźć się w tej rzeczywistości. Takim jak Trump kobiety coraz częściej mówią: sorry, mam prawo do swojego ciała, do swojego brzucha. Nadchodzi czas dialogu, empatii, czyli wartości, które polscy politycy rzadko rozumieją. Politycy PiS jeżdżą do Brukseli albo do Waszyngtonu na ośle i wywijając szabelką krzyczą, że Polska „wstała z kolan”. A tam patrzą na nich jak na dziwadła. Natomiast polskie kobiety są przygotowane do nowych czasów empatii i dialogu. Otóż one były przez wieki tresowane w postawie opiekuńczej, w tym, że mają łączyć, przygarniać, dbać o to, co wspólne. Ta tresura była jednym z instrumentów podległości kobiet, ale paradoksalnie dziś te cechy okazują się w sam raz na nasze czasy. Także to mężczyźni najczęściej piszą historię i dlatego jest ona nadal męskoosobowa. To też jest do zmiany, bo nadchodzi czas kobiet.

 

Bardzo krytycznie ocenia Pan nie tylko PiS, ale także PO. Jest Pan przeciwko duopolowi i za różnorodną ofertą wyborczą. Wielu jednak uważa, że bez jedności całej opozycji nie uda się odsunąć PiS od władzy…

Jestem za jednością, ale zależy za jaką. Na pewno nie ślepą i nie taką, która ma nad sobą szklany sufit, bo na jej czele stoją niewiarygodni liderzy. Przy takiej jedności pójdziemy na zatracenie. Wygląda na to, że ten układ polityczny, z którym mamy dziś do czynienia, to nie wszystko, czego społeczeństwo oczekuje. Platforma nawet z Nowoczesną nie jest w stanie zebrać całego antypisowskiego elektoratu, bo strona lewicowa, progresywna, prawdziwie obywatelska chciałaby głosować na coś świeżego i autentycznego. Tego obecnym partiom brakuje.  Obawiam się, że jeśli PiS-owi przeciwstawi się tzw. Zjednoczona Obywatelska, to będzie dalej rządził. Ja jestem zwolennikiem wspierania wszystkich sił prodemokratycznych. Jak mawiał Jacek Kuroń, „zamiast palić cudze komitety, zakładajmy własne”. Polacy zasługują na prawo głosowania także na nowy projekt, nie tylko na ten, który oferuje Platforma.
Chcę wolności wyboru, a nie bycia szantażowanym, że jak nie zagłosuję na Platformę, to de facto zagłosuję na PiS. Szczególnie elektorat lewicowy zasługuje na swoją ofertę, na swoją autonomię i na to, by nie tylko znów być w parlamencie, ale także by wpływać realnie na polską politykę. Środowiska popierające SLD i inne formacje progresywne powinny mieć swoją reprezentację. Platforma Obywatelska na pewno nie będzie rzecznikiem sprawiedliwości społecznej, równouprawnienia, wolności i otwartości, czyli tego, co osoby o poglądach progresywnych mają w swoim DNA.

 

Profesor Radosław Markowski, który od prawie trzydziestu lat bada sondaże opinii publicznej i m.in. senator Marek Borowski, co pewien czas wracają do tezy, że suma głosów, jakie mogą uzyskać przeciwnicy PiS może przeważyć poparcie dla tej partii. Co jest potrzebne, aby ten potencjał uruchomić?

Obawiam się, że elektorat lewicy chce głosować na swoje wartości i nie zaakceptuje głosowania w pakiecie na Schetynę z Giertychem, czy Zandberga z Ujazdowskim. Po prostu nie uwierzą w taką ściemę. To widać po sondażach i szklanym suficie nad obecną opozycją. Nie próbujmy ludzi oszukać nadzieją na uładzenie i uśrednienie tych dysonansów oraz na ciepłą wodę w kranie. Oni już nie chcą tylko ciepłej wody w kranie.

 

A Pana plan na wybory prezydenckie 2020 roku?

Aktualne jest to, co kilkanaście lat temu nakreślił Aleksander Kwaśniewski, który do dziś jest uznawany za najlepszego polskiego prezydenta, który wprowadził Polskę do NATO i do Unii Europejskiej. Na podobnie dobrego prezydenta Polska zasługuje w roku 2020.

 

Kto to mógłby być?

Ja już wiem kto to mógłby być i myślę, że Polacy też to już czują.

 

Kto?

Proponuję porozmawiać o tym bliżej roku 2020.

 

Czy uważa Pan za realny szeroki wyborczy blok lewicy?

Za bardzo realny. Z satysfakcją odnotowuję, że już widać, iż odpowiedzialność i dojrzałość Włodzimierza Czarzastego czy Adriana Zandberga sprawiły, że zaprzestali już dawnych osobistych przytyków, złośliwości, przepychanek. Włodzimierz Czarzasty wyciąga rękę do partnerów na lewicy i to mi imponuje. To jest droga, którą powinniśmy iść. Nie ma wroga na lewicy. Są tylko młodsi i starsi „bracia w wierze”. Starsi są w SLD, młodsi w Razem, ale powinni i mogą być przyjaciółmi, mogą współpracować i łączyć się, gdzie się da. Mamy podobne marzenia o Polsce i jej miejscu w Europie i świecie. Potrzebne są także komitety bezpartyjne osób o progresywnych, wolnościowych poglądach. Jeśli nawet do wyborów się nie połączymy, to na pewno nie powinniśmy się atakować. Wróg jest gdzie indziej. Wróg to neoliberałowie, nacjonaliści, klerykałowie i neofaszyści, a sojusznik, to polskie społeczeństwo i z nim powinniśmy rozmawiać. Szukać sojuszników nie tylko wśród tych, których wskazują liderzy duopolu – Schetyna i Kaczyński. To jest mój program na wybory samorządowe 2018 oraz przyszłoroczne europejskie i parlamentarne.

 

Dziękuję za rozmowę.

Głos lewicy

Zbieramy na Anię!

„SuperExpress” donosi:
Poważne problemy zdrowotne Anny Grodzkiej! Była posłanka zmaga się z potwornym bólem kręgosłupa, który utrudnia jej chodzenie! Pomóc może jedynie operacja kręgosłupa a później rehabilitacja. Problem w tym, że jest ona bardzo kosztowna dlatego w internecie trwa zbiórka pieniędzy na leczenie Grodzkiej.
Kiedy piszemy ten artykuł, na stronie pomagam.pl, gdzie trwa zbiórka funduszy na operację i rehabilitację Anny Grodzkiej widnieje kwota 26 tys zł. Organizatorem akcji jest jej wieloletnia przyjaciółka Lalka Podobińska. „Ania Grodzka. Czy jest ktoś, kto nie wie, kim jest Ania?
Pierwsza posłanka z transpłciową przeszłością. Osoba zaangażowana od lat w walkę o sprawiedliwość i równe prawa dla osób dyskryminowanych: pracowników, lokatorów, kobiet, mniejszości seksualnych, osób transpłciowych. Wielokrotnie nagradzana za swoją społeczną działalność zarówno w Polsce, jak i na forum międzynarodowym” – czytamy w opisie zbiórki.
Ale to nie wszystko. Grodzka od ponad trzech lat zmaga się też z poważną chorobą kręgosłupa, która utrudnia jej chodzenie a co za tym idzie ogranicza jej publiczną aktywność. Mimo codziennego bólu była posłanka stara się jak może działać w organizacjach pozarządowych.
„Pomóc może operacja kręgosłupa i rehabilitacja pooperacyjna. Taka operacja, uwzględniająca ryzyko z powodu jej wielu dodatkowych schorzeń, kosztuje. Ania z pomocą rodziny zebrała część funduszy na operację, ale to wciąż za mało. A z emerytury trudno jest uzbierać całość potrzebnej kwoty. Tymczasem problemy z chodzeniem i utrzymaniem równowagi nasilają się coraz bardziej. Potrzebna jest Wasza pomoc, choćby niewielka. Jeśli doceniamy to wszystko, co robiła do tej pory lub jeśli chcemy po prostu ulżyć jej w bólu, dorzućmy się do kosztownej operacji. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Ania zgodziła się na przeprowadzenie przeze mnie tej zbiórki” – czytamy dalej w opisie całej akcji.
Tymczasem kciuki za szybki powrót do zdrowia trzyma za Annę Grodzką jej wieloletni przyjaciel Robert Biedroń. – Anka jest żelazna.
Tyle przeszła w życiu, że i to wyzwanie przejdzie. Tylko dzisiaj potrzebuje naszej solidarności – wsparcia, którego przez lata ona nam udzielała, a dzisiaj my możemy jej udzielić. Życzę jej dużo zdrowia. Trzymaj się mocno Anka! – kibicuje Annie Grodzkiej za pośrednictwem „Super Expressu” prezydent Słupska Robert Biedroń.

 

Sztab SLD na wybory samorządowe wybrany

Szefem sztabu został Sekretarz Generalny SLD i radny Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego Marcin Kulasek. A oto cała „złota dwunastka”, która poprowadzi partię w wyborach samorządowych:
Marcin Kulasek – Szef Krajowego Sztabu Wyborczego
Sebastian Gajewski – Pełnomocnik Wyborczy
Ewa Popowska – Pełnomocnik Finansowy
oraz członkowie sztabu:
Marek Dyduch
Anna Mackiewicz
Błażej Makarewicz
Ireneusz Nitkiewicz
Karolina Pawliczak
Tomasz Trela
Dariusz Wieczorek
Anna Zeitz
Anna-Maria Żukowska

Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.

Zarząd Krajowy SLD Warszawa, 24.07.2018 r.

Głos lewicy

Taki mamy klimat

Przewodnicząca wrocławskich Zielonych Małgorzata Tracz o zmianach klimatycznych na Facebooku:
Temat zmian klimatu powraca jak bumerang. Niestety najczęściej, gdy skutki zmian klimatu odczuwamy bezpośrednio: upały, porywiste burze, nawałnice, straty w rolnictwie i wyższe ceny żywności.
A nie chodzi o niwelowanie start, a zapobieganie im. W tym celu konieczne jest odejście od paliw kopalnych, dbanie o zieleń, zaprzestanie betonowania powierzchni biologicznie czynnych, zwiększanie retencji wody. Nie tylko PiS tego nie robi, mało jest miast w Polsce, które robią cokolwiek, by zmniejszyć wpływ na globalne ocieplenie i dostosować infrastrukturę do zmian klimatu.
Jednym z priorytetów dobrze zarządzanych miast powinna być adaptacja do zmian klimatu! To nie są drogie inwestycje, ale rozsądne działania związane z planowaniem przestrzennym, retencją wody oraz rozwijaniem i odpowiednią pielęgnacją miejskiej zieleni. A także stopniowym rozwojem rozproszonej energetyki odnawialnej.
Wrocław powinien być miastem z dobrym klimatem.

 

Módlmy się!

Biolog z Partii Razem Robert Maślak przytacza modlitewną ciekawostkę:
Sława modlitw o zmianę orientacji psychoseksualnej Roberta Biedronia sięga poza granice. „Die Zeit” pisze, że grupka modlitewna (ok. 20 osób) podążająca za Biedroniem nie jest w Polsce niczym niezwykłym.
Jest też o sojuszu radnych PiS i PO w Słupsku w sprawie nieudzielenia Biedroniowi absolutorium, pomimo braku uzasadnienia merytorycznego.
„Die Zeit” zauważa, że Biedroń jest postrzegany jako jeden z trzech głównych kandydatów na prezydenta Polski. Prezydent Słupska krytykuje PO i Nowoczesną za brak poparcia dla inicjatywy obywatelskiej w sprawie liberalizacji ustawy o przerywaniu ciąży, a PO za wyrzucenie do kosza ustawy o związkach partnerskich w 2013 roku. W artykule Biedroń proponuje, aby UE nie karała całej Polski odcięciem dotacji z powodu nieprzestrzegania standardów unijnych, ale pieniądze rozdzielała na gminy.

 

Chcę być strażnikiem Konstytucji!

Info ze strony Polskiego Radia. Szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie lekceważy sytuacji polskiego sądownictwa, rozmontowywanego przez Prawo i Sprawiedliwość:
„– Nie może być przyzwolenia na to, że jak jest w konstytucji napisane, że ktoś ma 6-letnią kadencję, to jakiś tłumok pod politycznym nadzorem po prostu sobie uznał inaczej – powiedział w „Salonie politycznym Trójki” przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty.
– Wprowadzimy takie ustawy, które dadzą możliwość ukarania wszystkich tych, którzy w tej chwili łamią prawo – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty.
Wyjaśnił, że dotyczy i sędziów, którym obierze możliwość wykonywania zawodu i obniży emerytury, i posłów, którym odbierze immunitet, jak również prezydenta, którego czeka Trybunał Stanu. – Ja jestem twardym facetem, chłopem z pochodzenia. Zrobię to po prostu. Wprowadzę takie ustawy – stwierdził lider SLD.
Jak zaznaczył Czarzasty, nie próbuje być „arogancki i ordynarny w polityce”, tylko ostrzega i mówi o tym, co się wydarzy. – Pokazuję Polkom i Polakom swoje poglądy w tej sprawie, pokazuję twardość, brak emocji i brak nerwów – wyjaśnił. Zwrócił uwagę, że choć reprezentuje partię pozaparlamentarną, to we wszystkich notowaniach od pół roku jest ona na trzecim miejscu. – Wejdziemy do Sejmu i będziemy dzień po dniu to wszystko robili – zapewnił.