Głos prawicy

Garść niusów ze świata PiS:

– Dla Polski rolnictwo nie powinno być traktowane – jak to przez wiele lat bywało – jako balast, ciężar, kłopot, kula u nogi, przeszkoda w rozwoju cywilizacyjnym. Rolnictwo może być wielką szansą dla polskiej gospodarki – powiedział Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Jan Krzysztof Ardanowski podczas spotkania z rolnikami z woj. podkarpackiego.

Dodał, że utrzymanie jak największej ilości gospodarstw w Polsce to jeden z priorytetów Ministerstwa i całego Rządu Prawa i Sprawiedliwości.

– Rządowy program „Plan Dla Wsi” wynika z głębokiego przekonania, co do niezwykle ważnej roli polskiej wsi dla państwa i dla polskiej gospodarki (…) Dzięki ustawie o znakowaniu żywności, każdy produkt wprowadzany na rynek musi być oznaczony m. in. czym jest i z jakiego kraju pochodzi. Nie będzie możliwości wprowadzania na rynek produktów gorszej jakości – oznajmił.

Podkreślił, że „jeżeli chcemy być krajem suwerennym, musimy mieć zapewnione bezpieczeństwo żywnościowe”.

– Rolnictwo to jednak nie tylko produkcja żywności, ale również surowców o przeznaczeniu przemysłowym. Państwo musi pomagać w produkcji i promocji rożnego rodzaju produktów – stwierdził.

Zaznaczył, że z rozwoju gospodarczego musi korzystać całe społeczeństwo – stąd wiele rządowych programów dedykowanych dla Polaków w różnym wieku.

 

***

– Musimy skoncentrować się na budowie nowych dróg, na połączeniu Warszawy z nowymi autostradami, nowymi drogami krajowymi, na budowie nowych obwodnic. Nie na sporach politycznych – powiedział Wiceminister Sprawiedliwości Patryk Jaki podczas briefingu prasowego w Warszawie.

Dodał, że trzeba walczyć o uczciwą stolicę.

– Jestem przekonany, że uczciwa Warszawa jest możliwa, my do tego dążymy – oznajmił.

Stwierdził, że Platforma Obywatelska działa tylko dla dobra „elit”.

– Chcemy stworzyć jak najlepsze warunki życia dla wszystkich mieszkańców Warszawy. Jestem przekonany, że da się budować infrastrukturę mieszkaniową z dbałością o takie elementy jak żłobki, przedszkola, parki, czy parkingi. Tak obecnie buduje się nowoczesne metropolie, jednak w Warszawie nie ma pełnego zarządzania – tłumaczył.

 

***

– 98 lat temu Wojsko Polskie wykazało się niezwykłą walecznością, ofiarnością i zadziwiło świat Bitwą Warszawską. Żołnierze, dziękuje Wam za Waszą codzienną służbę i zaangażowane – powiedział Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak podczas Wielkiej Defilady Niepodległości w dniu Święta Wojska Polskiego.

Podkreślił, że od dowódców sił NATO słyszy najwyższe oceny profesjonalizmu polskich żołnierzy.

– Jesteśmy z Was dumni, jesteście dumą narodu polskiego! – dodał.

Stwierdził, że „dziś także jest nam potrzebny duch bojowy z 1920 roku”.

Potrzebna jest też strategia na miarę marszałka Józefa Piłsudskiego, nowoczesny sprzęt dla wojska i niezachwiana solidarność w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego – oznajmił.

 

***

– Przed nami kolejna inwestycja w ramach rządowego programu Mieszkanie+. Podpisujemy umowę na projekt osiedla w Warszawie, gdzie powstanie 2700 mieszkań – powiedział Wiceminister Inwestycji i Rozwoju Artur Soboń.

Dodał, że architekci zaprojektują osiedle warszawskim Ursynowie, a budowa ruszyć ma wiosną przyszłego roku.

– Projekt osiedla objąć ma zabudowę mieszkaniową, ale także m. in. przedszkola i plac miejski. Chcemy zapewnić Polakom dobre, spokojne i wygodne życie – oznajmił.

Zaznaczył, że celem Resortu jest to, aby w każdym większym mieście były duże projekty inwestycje będące częścią programu Mieszkanie+.

Wszystkie informacje z pis.org.pl

Gluten może nam szkodzić

Z Dr. Alessio Fasano – gastroenterologiem, pediatrą, specjalistą od zaburzeń pokarmowych rozmawia Dorota Tuńska.

 

Dr. Alessio Fasano jest gastroenterologiem, pediatrą, specjalistą od zaburzeń pokarmowych. Kieruje ośrodkiem badań nas celiakią przy Massachusetts General Hospital, współpracuje z portalem dozdrowia.com.pl.

 

Istnieją sprzeczne doniesienia na temat glutenu, jedne uważają jedzenie go za coś zupełnie nieszkodliwego, inne przeciwnie uznają go za czynnik wywołujący choroby. Jaka jest prawda?

Prawda jest pośrodku. Z tego co wiemy większość osób które spożywają gluten nie będzie potem miała żadnych kłopotów, bo ich system odpornościowy jest w stanie go zutylizować. Osoby te będą tolerować gluten, ale gdy ktoś ma określone predyspozycje genetyczne, niekiedy może dojść do wywołania reakcji zapalnej, prowadzącej do chorób autoimmunologicznych. To jednak dzieje się u niewielkiego odsetka osób.

 

Czemu gluten w ogóle może być szkodliwy?

Gluten wprowadzono do naszej diety zaledwie 10 tysięcy lat temu, wraz z powstaniem rolnictwa. W związku z tym organizm człowieka nie dostosował się jeszcze do bezproblemowego trawienia glutenu. To dziwne białko, bardzo bogate w dwa aminokwasy: prolinę i glutaminę. Wyobraźmy sobie łańcuch białkowy na podobieństwo naszyjnika pereł, w którym każda perła to jeden aminokwas tworzący dane białko. Nasze enzymy trawienne rozbijają ten naszyjnik na cząsteczki zwane peptydami, które odrywane są od niego jedna po drugim. Mogą wówczas być dalej trawione przez organizm i wchłaniane. Problem z glutenem jest taki, że niestety nie mamy enzymu, który mógłby przeprowadzić ten proces. Jedyne co możemy zrobić to rozdzielić naszyjnik na kawałki ale te perełki nie będą w pełni strawione. Prolina i glutamina starają się wywołać produkcję zonuliny. Zonulina zwiększa zaś przepuszczalność jelit i w efekcie wywołuje stan zapalny. Tak więc gluten może powodować nieszczelność jelit, a te cząsteczki, które nie powinny, przedostają się na drugą stronę bariery jelitowej.

 

Dlaczego tak się dzieje?

W normalnych okolicznościach, jeżeli bariera jelitowa jest sprawna nie powinno do tego dojść. Gdy jednak mamy przesiąkliwe jelita, bariera działa gorzej i nie zapewnia kontrolowanego przepływu antygenów. Te antygeny wpływają cały czas do organizmu, są przepuszczane i wtedy układ odpornościowy zaczyna reagować na wroga, właśnie poprzez stan zapalny, co może powodować wystąpienie chorób przewlekłych, takich jak autoimmunologiczne.
Bariera jelitowa jest jak sygnalizacja świetlna. Kiedy mamy czerwone światło, żaden samochód nie może przejechać, potem pojawia się światło zielone i możemy ruszać. Jeśli sygnalizacja świetlna działa prawidłowo to tylko w konkretnych okolicznościach cząsteczki mogą przejść przez barierę jelitową, właśnie gdy mają zielone światło. Wyobraźmy sobie, że sygnalizacja nie działa i mon stop mamy zielone świtało w obu kierunkach. Wtedy dochodzi do kolizji – i właśnie tak się dzieję, gdy ktoś ma przesiąkliwe jelito.

 

Jak sprawdzić czy gluten nam szkodzi?

Istnieje nieporozumienie, że gluten powoduje nieszczelność jelita u każdego i w związku z tym jest dla każdego niedobry. Owszem, każdy kto je gluten będzie miał w którymś momencie zwiększoną przepuszczalność jelit. Natomiast tylko u niewielkiego odsetka osób spowoduje to skutki kliniczne.

 

Takie jak na przykład celiakia?

Kiedy mówimy o celiakii. sprawa jest łatwa bo mamy konkretne biomarkery, które wykrywają tzw. przeciwciała ttg. Dzięki takiemu testowi łatwo ustalić, kto może mieć problemy z glutenem na tle tej choroby trzewnej. Diagnozę można potwierdzić poprzez wykonanie endoskopii – pobranie biopsji, która pokazuje co się dzieje w jelitach. W podobny sposób możemy też diagnozować osoby, które mają alergię na gluten zawarty w pszenicy. W przypadku reakcji alergicznej na gluten, która nie jest celiakią, niestety nie mamy jeszcze takich biomarekrów. Żeby więc identyfikować osoby, które mają wrażliwość na gluten, musimy wykryć zwiększoną przesiąkliwość, która prowadzi do rozwoju celiakii. Jeżeli jednak ktoś ma problemy gdy spożywa ziarna zawierające gluten, ale nie wykryto u niego celiakii, zaś te problemy ustaną po wprowadzeniu diety bezglutenowej, to określamy taki stan mianem nieceliakalnej nadwrażliwości na gluten. Jak wspomniałem jednak, nie mamy biomarkerów określających podatność na taki rodzaj wrażliwości .

 

Czy prosty test buraczany (pijemy sok z buraka a potem pojawia się czewony mocz) może oznaczać nieszczelne jelita?

Prawdopodobnie najlepszym testem na sprawdzenie nieszczelności jelita będzie tzw. test Elisa, . Można go wykonać z krwi, moczu lub kału. Mierzymy wtedy poziom zonuliny, która jest bezpośrednio powiązana z nieszczelnością jelit.

 

Czy zboża, które obecnie spożywamy różnią się od tych sprzed 40 czy 100 lat – i właśnie dlatego mamy obecnie tak dużo nietolerancji na gluten?

To bardzo ciekawe pytanie, które ciągle sobie zadajemy. Rzeczywiście, co zrobiliśmy, że za sprawą glutenu wywołaliśmy niemal epidemię nadmiernej ilości zonuliny, mogącą prowadzić do przewlekłych chorób zapalnych? Gluten jest tu wyzwalaczem środowiskowym. Jemy go więcej niż w przeszłości. Zdajemy sobie sprawę, że zboża zmieniały się przez tysiąclecia. Grecy i Rzymianie spożywali pszenicę, która zawierała tylko 4 proc. ale z biegiem czasu rolnicy w celu zwiększenia plonów modyfikowali uprawy. Obecnie mamy pszenicę, która zawiera ok. 12 proc. glutenu, jednak taka sytuacja trwa od 200-300 lat. Nie możemy zatem tym argumentem tłumaczyć dzisiejszego braku tolerancji na gluten.

 

Jaka więc może być przyczyna?

Są różne teorie: dla mnie najbardziej logiczna jest ta, która wskazuje, że obecny sposób przetwarzania zbóż różni się bardzo od tego, jaki był stosowany dawniej. Nasi pradziadowie jedli chleb robiony wieczorem. Brali mąkę, drożdże, wodę, przygotowywali ciasto i odczekiwali z tym zaczynem przez 16-18 godzin. W tym czasie enzymy z drożdży były w stanie rozbrajać szkodliwe cząsteczki glutenu. Mogły one obniżyć zawartość zonuliny do bardzo niskiego poziomu, ale zajmowało to dużo czasu. Dzisiaj chleb powstaje w dwie godziny, a zatem mamy większą ilość toksycznych peptydów. Kiedyś nie było też pestycydów. Jeszcze nie wiemy dokładnie, jaki wpływ mają one na nasz układ odpornościowy. Jeżeli jemy chleb czy makaron, albo pijemy piwo, to oczywiście wiemy, że spożywamy gluten. Teraz jednak przemysł spożywczy tak naprawdę używa glutenu wszędzie, gdyż jest on dobrym wypełniaczem. Możemy jeść kurczaka czy ketchup, gdzie nie powinno być glutenu, ale tak naprawdę i wtedy wprowadzamy go do organizmu. Myślę, że te wszystkie elementy składają się na obecną sytuację.

 

Czy w schorzeniach autoimmunologicznych takich jak choroba Hashimoto, cukrzyca czy reumatoidalne zapalenie stawów, należy wyeliminować gluten z diety?

Moim zdaniem nie wszyscy, którzy cierpią na te choroby rzeczywiście skorzystają na odstawieniu glutenu. Musimy stworzyć biomarkery, które pozwolą nam zdecydować, czy osoby z RZS, cukrzycą i chorobą Hashimoto naprawdę mają te choroby głównie ze względu na gluten. Jeśli tak, oczywiście powinny przejść na dietę bezglutenową. Gluten jest jednak tylko jednym z wielu czynników, które mogą wpływać na pogorszenie szczelności jelita. Spożywanie alkoholu, zbyt dużej ilości bardzo ostrych potraw, stres – to wszystko też na to wpływa, przyczyny mógłbym wymieniać jeszcze długo. Jeżeli tracimy barierę jelitową, to tracimy i odporność. Jest to konsekwencją wielu czynników w tym m.in. właśnie glutenu.

 

Jak dbać o mikrobiom, czyli równowagę poziomu mikroorganizmów, tak ważną dla naszego zdrowia? Czy należy brać probiotyki?

Uważam, że probiotyki są ogromnie ważne i bardzo mogą pomóc – ale probiotyki farmaceutyczne, stosowane obecnie na dużą skalę, nie powinny być zalecane, bo wciąż reagujemy nieco po omacku na to co się dzieje w naszym organiźmie. Wyobraźmy sobie na przykład, że obydwoje mamy cukrzycę pierwszego typu i że u Pani zmniejszyła się ilość probiotyku lactobacillus, a u mnie innego. Bez wiedzy, którego probiotyku nam brakuje nie mogę odpowiedzieć na pytanie, jaki powinna Pani wziąć a jaki ja. Mnie wtedy lactobacillus nie pomoże, natomiast Pani pomógłby jak najbardziej. I odwrotnie, gdyby Pani zaczęła brać np. bakterie Bifito, to skutek mógłby być inny niż u mnie. To trochę tak jak z penicyliną. Gdy ją stworzono, wydawało się, że wszystkie bakterie możemy w ten sposób pokonać, a teraz wiemy, że stosowanie antybiotyku nie zawsze jest dobrym pomysłem. Jeśli więc naprawdę chcemy zbalansować swój mikrobom, poleciłbym spróbować naturalnych metod, czyli takich probiotyków jak np. kiszonki czy jogurt.

 

Dziękuję za rozmowę

Kto się boi Michała K.?

Nowy rolniczy lider szturmem podbija internet. Wrzuca w media społecznościowe masę zdjęć i filmów. Modna fryzura, aparat na zębach i pięść skierowana do rządzących – to jego znaki rozpoznawcze. Kim jest Michał Kołodziejczak i jego Unia Warzywno-Ziemniaczana i o co walczą? Poniżej lipcowe protesty rolników i ich przyczyny w pigułce.

 

Lato to dla mieszkańców miast przede wszystkim czas wakacji. Liczą pieniądze i jeśli ich stać, szukają miejsc, gdzie mogą spędzić urlop i wypocząć. Dla rolników jednak nie ma pracowitszego okresu. To kluczowy czas dla zbiorów. Warzywa, owoce, zboża – większość z nich rolnicy pozyskują w tym okresie. W sklepach, marketach i na rogatkach ulic pojawiają się też wtedy wytłoczki polskich malin, worki bobu, brzoskwinie, morele czy porzeczki. Tymczasem, niezależnie od nawału pracy w polu, w Warszawie na początku lipca zjechali się na demonstrację rolnicy zrzeszeni w Unii Warzywno-Ziemniaczanej. Protestujący domagali się od rządu reakcji, na ich zdaniem, tragiczną sytuację polskich producentów rolnych. Przewodził im Michał Kołodziejczak.

Ciągną do niego aktywiści i politycy z prawicy i lewicy. Na demonstracjach można zauważyć posła nacjonalistę Roberta Winnickiego, znanego ze spalenia kukły Żyda Piotra Rybaka, a tweetuje o nim eksksiądz-antysemita Jacek Międlar. Dla równowagi pojawiają się też socjaldemokraci z partii Razem czy ich kandydat na prezydenta Warszawy Jan Śpiewak. Kołodziejczak miesza lewicowe i prawicowe hasła. Wygraża pięścią amerykańskiej ambasadzie, na demonstracjach puszcza Rotę, ale i opowiada o oddolnym zrzeszaniu się w rolnicze kooperatywy i spółdzielnie oraz że nie obchodzi go, kto z kim sypia.

Zapanowała specyficzna polityczna moda na Kołodziejczaka, a swojego człowieka widzieć w nim chcą i nacjonaliści, i komuniści, i przedsiębiorcy, i związkowcy. Smsy, połączenia, wiadomości na mesendżerze – jego telefon nie milknie. Zgłaszają się do niego rolnicy chcący dołączyć do protestów, sklepikarze chcący kupić płody rolne bezpośrednio od producentów, aktywiści, widzący w nim swojego rzecznika, a także polityczni wizjonerzy i fantaści mający nadzieję, że to lider na którego czekali, żeby wcielić w życie swoje teorie. Coraz częściej słychać mówione o nim w kręgach politycznych „nowy Lepper”.

Kim jest więc ten producent kapusty pekińskiej z podsieradzkiej gminy Błaszki i dlaczego wychodzi ze swoimi ludźmi na ulicę?

 

Wąskie gardło wspólnego rynku

Może i polska reprezentacja w piłkę nożną fatalnie zaprezentowała się na mundialu, ale są konkurencje, w których jesteśmy globalnym liderem. Polska jest największym na świcie eksporterem jabłek i pieczarki. Liderujemy UE w produkcji malin i wiśni. Podobnie marchwi, ogórków gruntowych, łososi i drobiu. W truskawkach mamy, z 17% udziałem w rynku, drugie miejsce w Europie. W produkcji śliwek czwarte, gruszek i pomidorów piąte, a brzoskwiń szóste. W okresie rządów koalicji PO-PSL wdrożono program tworzenia rolniczych grup producenckich, które zaczęły konsolidować wiejski kapitał. Duży, zamożny unijny rynek stoi przed nimi otworem. Skoro więc jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

W sklepie i na straganie półkilowa wytłoczka malin kosztuje od siedmiu do dziesięciu złotych. Z hektara malin można zebrać nawet 10 ton tego owocu. Gdyby cała suma szła do rolnika, zarabiałby między 140 a 200 tys. złotych z każdego hektara. Sytuacja nie jest jednak taka prosta. Ceny skupu na owoce i warzywa są nawet dziesięć razy niższe niż detaliczne. Za kilogram malin rolnik dostanie 1,5 zł. Za tyle samo czarnej porzeczki 30 groszy. Za wiśnię – złotówkę. Ziemniaki i czerwoną kapustę sprzeda za 30 groszy, białą za 10-15. Odliczając płacę zbieracza, amortyzację sprzętu, benzynę, prąd, wodę i podatki w kieszeni rolnika zostaje niewiele.

Różnica idzie do kieszeni pośrednika. A nimi są w Polsce przede wszystkim wielkie sieci marketów – kolejno pod względem popularności: Biedronka, Lidl, Kaufland, Auchan i Tesco. Negocjacje z nimi nie są w żadnym razie symetryczne. Warzyw i owoców rolnik nie może długo przechowywać, więc chce sprzedać je jak najszybciej. Jeśli sieć nie dokona zakupu, płody rolne zgniją w skrzynkach.

– Dwa lata temu temu był taki problem z pomidorami – opowiada mi Kołodziejczak. – Były drogie. W Hiszpanii były jeszcze droższe. Duża sieć marketów na to „faka wam damy”. Tydzień będziemy dopłacać do hiszpańskich, ale waszej ceny nie zaakceptujemy.

Co mieli zrobić, zgodzili się. – Jesteśmy na łasce monopoli – opowiada mi lider rolniczych protestów.

Do tego dochodzą wymagania jakościowe. Teoretycznie kraje Unii Europejskiej nie mogą dyskryminować towarów ze względu na kraj pochodzenia. W praktyce jednak zamiast ceł mogą stosować inne blokady. Firmy mogą wymagać specyficznego kształtu i koloru warzyw, odpowiedniej ich wielkości czy składu. Jednocześnie do Polski, bywa, zwożona jest żywność gorszej jakości.

Importerom opłaca się przywozić towar, którego nie sprzedaliby u siebie, bo Rzeczpospolita nie stawia jej tak wysokich wymagań jakościowych jak Niemcy. Bywa też, że sieci marketów wolą nabyć towar poza Polską, nawet nieco drożej, bo kupują od firmy, która jest częścią ich własnego konsorcjum. Czyli w praktyce od siebie samego.

Do Polski napływają też towary zagraniczne, które są przepakowywane już na miejscu i sprzedawane jako polskie. Na przykład ziemniaki z Egiptu, Grecji, Hiszpanii, Francji, Niemiec czy Belgii. Tymczasem, żeby wysłać je z Polski do Niemiec polski rolnik musi zdobyć specjalne dokumenty, których zrobienie zajmuje kilka dni. W odwrotną stronę nie ma takiego obowiązku. To w praktyce blokuje ich eksport za granice, bo niewielu rolników podejmuje się tego wysiłku. – Jesteśmy zamknięci na swoim rynku, do którego i tak mamy może z 20-30 proc. dostępu – mówi mi Kołodziejczak.

Do tego polscy rolnicy przegrywają z dłuższą tradycją, większym kapitałem i lepszym umocowaniem w Unii Europejskiej swoich zachodnich odpowiedników. I z większymi dopłatami. Te dla Francuzów czy Holendrów są prawie dwukrotnie wyższe. Kiedy Polska wchodziła do Unii zachodni producenci rolni dostawali je już od co najmniej kilkunastu lat i znacząco wyprzedzali Polaków pod względem używanej technologii, organizacji i doświadczenia w radzeni sobie na wspólnym rynku. Nadwiślańscy rolnicy mogli wygrywać z nimi jedynie dzięki taniej sile roboczej.

Odpowiedzią na tę sytuację miały być grupy producenckie. Koalicja PO-PSL naciskała na ich tworzenie. Wystarczyło pięciu rolników, żeby dostać dofinansowania rzędu 75-90% proc. W tym procesie dochodziło jednak do wielu nieprawidłowości. Wiele powstałych w tym okresie grup upadło. Niektórzy rolnicy sprzedawali sobie nawzajem własne samochody, wystawiali faktury, a potem dzielili się zyskiem. Do obrotu dodawany był finansowany przez państwo bonus, 5-10 proc. I niestety w efekcie powstawały także i zmowy. Bywało, że grupy obracały towarami między sobą nawzajem, za każdym razem kasując od państwa te 5-10 proc. Jaki był tego efekt? Wielu rolników zostało oszukanych przez ludzi, którzy uzyskali od nich i od państwa fundusze, a potem z nimi zniknęli.

 

Na wschodzie bez zmian

Jednym z postulatów rolników jest żądanie rozwiązania problemu rosyjskiego embarga na polską żywność.

– Moje gospodarstwo jeszcze cztery, pięć lat temu sto procent produkcji sprzedawało do Rosji – opowiada mi Kołodziejczak. – A teraz wychodzi premier i mów: embargo to nie problem. Ja wtedy poczułem bezsilność. Jak mam się przekwalifikować? Jak zmienić produkcję? Przecież maszyna do zbierania kapusty kosztowała mnie 500 tys. zł, muszę spłacać kredyt! – dodaje wzburzony
Embargo uderza przede wszystkim w producentów pomidorów i kapust. Rolnicy są skazani na markety i wspólny rynek. Żeby nie zbankrutować, przekwalifikowują się na inną produkcję, co jeszcze bardziej pogarsza warunki na rynku. Zachodni rolnicy sprzedają swoją nadprodukcję w Europie Środkowej. Polscy rolnicy nie mają już gdzie tego zrobić. Dawniej chłonny rosyjski rynek jest dziś dla nich w dużej mierze zamknięty. I będzie zamknięty „w interesie bezpieczeństwa kraju” co najmniej do końca 2019 r., jak zadekretował na początku lipca prezydent Rosji Władimir Putin. Zakazem wwożenia objęte są pochodzące z krajów Unii i z nią stowarzyszonych owoce, warzywa, mięso, drób, ryby, mleko i nabiał. Czyli wszystko to, w czego produkcji przoduje Polska.

Bez zakończenia wspierania Ukrainy w jej konflikcie z prorosyjskimi separatystami nie ma szans na zniesienie tych sankcji. – Churchill powiedział, że przyjaciel czy wróg to nie są jakieś stałe. Tylko interes jest niezmienny – odpowiada mi na to Kołodziejczak. Jednocześnie na Ukrainie ziemię masowo dzierżawią Holendrzy, Hiszpanie, Francuzi i zaczynają produkcję na najżyźniejszych glebach w Europie. Podobne dziafania podejmują w Afryce, a potem tak pozyskane płody rolne wprowadzają na unijny rynek jako swoją produkcję.

Tym bardziej, że wzrasta koszt siły roboczej. Do prac polowych rolnicy dotychczas zatrudniali pracowników z Ukrainy. Jednak od wprowadzenia w ubiegłym roku dla nich ruchu bezwizowego oraz zwiększenia świadczeń socjalnych, liczba chętnych do pracy na polskich polach regularnie spada. Rolnikom udało się wymusić na rządzie ustawę o pomocnikach w rolnictwie, ale to na dłuższą metę nie załatwi sprawy braku rąk do pracy i niskich płac pracowników sezonowych. Jeśli na Zachodzie nie wystąpi jakaś klęska żywiołowa, to wielu producentów rolnych znajdzie się na granicy bankructwa.

 

„Nowy Lepper”?

Modnie ostrzyżony, z aparatem na zębach, wygadany lider Unii Warzywno-Ziemniaczanej budzi coraz większe zainteresowanie mediów. Jest bezpośredni, od razu przechodzi na ty. Jego komórka ciągle brzęczy od nowych powiadomień.

– Ludzie sami się zgłaszają i chcą robić – mówi podekscytowany. – Poczekaj, poczekaj, tylko podeślę linka jednemu gościowi – przerywa na chwilę spotkanie, żeby wysłać coś mesendżerem.
Pokazuje mi na komórce filmik. Ukraińscy pracownicy śpiewają i wkładają zebraną kapustę pekińską na coś, co przypomina połączenie traktora i pasa transmisyjnego. – Są tylko takie dwie maszyny w Polsce – oświadcza mi z wyraźną dumą Kołodziejczak.

Mimo że był członkiem Prawa i Sprawiedliwości, dziś z PiSem mu zdecydowanie nie po drodze. – Jak powiedziałem, że robię zebranie rolników we wsi, zadzwonili do mnie z partii o 23 i powiedzieli, że już nie mam czego u nich szukać – opowiada. – Wyrzucili mnie przez telefon! Za to że zebranie na wsi robię, bo to źle wygląda w oczach społeczeństwa, że buntuje przeciw dobremu PiSowi – mówi mi z goryczą w głosie.

Polskie Stronnictwo Ludowe też mu się nie podoba. – To są lokalne układziki i układy – opisuje Kołodziejczak ludowców. Widzę, jak to działa w gminach. Wójt, burmistrz, radni, rodzina pozatrudniana, tu sprzątaczka, tam księgowa. To taka organizacja, która korzysta z państwowych zasobów, żeby utrzymywać samą siebie i swoją klientelę. Interes chłopski, związkowy, nie może iść w parze z żadną partią polityczną – podsumowuje twardo.

Jednak na protestach rolników, którymi kieruje Kołodziejczak, pojawia się coraz więcej polityków. Jak na razie z głównie ci z radykalniejszych skrzydeł i niewielkich organizacji. Na demonstracjach przemawia znany z palenia kukły Żyda na wrocławskim rynku Piotr Rybak. Da się zauważyć posła nacjonalistę Roberta Winnickiego. Można było wypatrzyć Jana Śpiewaka i członków Zarządu Krajowego partii Razem Macieja Koniecznego czy Marcelinę Zawiszę. Nacjonaliści widzą w protestujących bojowników o polski interes narodowy; socjaliści – buntowników wobec dyktatu korporacji i wielkiego kapitału; miejscy przedsiębiorcy – swój wiejski odpowiednik. A to wszystko dopiero po niecałym roku samoorganizacji protestujących. Podobnie sprawy wyglądały z Lepperem. Tam wokół zrewoltowanych bankrutujących rolników natychmiast pojawiali się politycy z prawa i z lewa, chcąc ideologicznie zagospodarować potencjał, jaki przynosił medialnie dobrze się sprzedający lider.

– Staramy się znaleźć to, co nas łączy i już nas nie interesuje, czy jesteś w mieście nacjonalistą czy lewakiem – zarzeka się Kołodziejczak. – Związek zawodowy ma działać w interesie rolników nie jakichś partii, deklaruje.

A jaki jest stosunek do nich innych rolniczych związków zawodowych?

– Boją się. My nie mamy za sobą historii, pieniędzy, związków z lobbystami, publicznych pieniędzy. Nie mamy nic do stracenia, – opowiada mi lider protestów. Co na ich postulaty rząd? – Było sympozjum u Rydzyka, suwerenność gospodarcza. Miał być premier. Mówię chłopakom, jedziemy, zadamy mu pytanie, opowiada mi się Kołodziejczak. Pytamy: co mamy robić? A on co? Rozkłada ręce – dodaje wściekły.