Nasza chata z kraja

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?  Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.

 

By uczcić stulecie zakończenia I wojny światowej w Paryżu pojawiło się 60 głów państw i szefów rządów. Tak spadkobierców państw Ententy, jak i państw centralnych. Polska była reprezentowana tylko na szczeblu ministerialnym – w języku dyplomacji oznacza to czysto rutynowe zaznaczenie, że w ogóle Warszawa tę okazję zauważyła, nie przywiązuje jednak do niej większej wagi.

 

Nasza chata z kraja.

Choć niby lubimy łudzić się wyobrażeniem, że Polska to „Serce Europy”.
Fakt – I wojna światowa w polskiej pamięci zbiorowej zajmuje dziwne miejsce. Nie była to „nasza wojna”. Stronami w niej były państwa zaborcze, więc trudno oczekiwać, żeby Polacy pamiętali ją jako „swoją” wojnę.
Jeśli już – to jako wojnę, w której efekcie, na skutek niebywałego zrządzenia dziejowego upadły wszystkie trzy – bo w 1918 r. nie było już ani imperialnych Niemiec, ani dualnej monarchii austro-węgierskiej, ani carskiej Rosji.
Co więcej – na wschodzie Europy sytuacja była ustabilizowana, bo Lenin miał w 1918 r. większe problemy niż kontynuowanie wojny z państwami centralnymi, której wielkiego sensu kontynuowania nie widział, woląc zawrzeć taktyczny pokój. I na tym polska refleksja nad „wojną prowadzoną po to, aby zakończyć wojny” się zwykle kończy. Czasem dodaje się tylko trochę frazesów o Polakach walczących na jej frontach pod cudzymi sztandarami, o taktycznych sojuszach różnych opcji.
To, żeby I wojna światowa – choć wojen nie zakończyła, lecz zaowocowała kolejną, jeszcze straszniejszą – miała dla dzisiejszej Europy konstytutywny charakter, umyka naszej refleksji całkowicie. Związek pomiędzy hekatombą na Polach Flandrii, między przeoraniem tkanki społecznej we wszystkich biorących udział w konflikcie państwach, między rewolucją bolszewicką w Rosji – przypomnijmy choćby na marginesie niechętnie przywoływany w dziś obowiązującej narracji fakt, że to Rosja Radziecka jako jedno z pierwszych państw uznała prawo Polaków do samostanowienia – między tym wszystkim, co stanowiło faktycznie o końcu dziewiętnastowiecznego świata – jest w dla nas przynajmniej nieoczywisty. Starczyła nam niepodległość.
Rzecz jasna – niepodległość znaczyła wiele, bardzo wiele. Trudno spodziewać się, żebyśmy wówczas, mając pilniejsze sprawy na głowie, przeżywali tak bardzo to, co działo się z resztą Europy, ale żeby to aż tak ignorować w późniejszym okresie – wydaje się mimo wszystko niezrozumiałe. Nie tylko niezrozumiałe, ale i szkodliwe, bo czyni Polskę wyobcowaną, wyłączoną ze wspólnoty – i to wspólnoty szerszej niż tylko Unia Europejska, ale w skali całego kontynentu.
Domniemana unikalność polskiego doświadczenia tego ani nie tłumaczy, ani nie usprawiedliwia.
Niezrozumienie doświadczenia pierwszowojennego w Polsce jest jednak kluczem do całego szeregu mentalnych pułapek, w które jak bardzo skłonni jesteśmy wpadać – czy to rozkoszując się myślą o tym, jak to zostaliśmy zdradzeni (o świcie, lub nie), osaczeni przez wrogów, w naszej samotności wobec klęsk znajdując perwersyjną wręcz przyjemność. Bo istotą jego niezrozumienia jest to, że widziana z polskiej perspektywy wojna może być tylko „nasza” (czyli słuszna) i „nie nasza” – czyli pozbawiona znaczenia. A ta wpada w tę drugą kategorię.
W moich uneskowych czasach tak się składało, że przez szereg lat z rzędu 11 listopada spędzałem w Paryżu.
Wtedy jeszcze żyli nieliczni weterani Grande Guerre. Z roku na rok ich szpaler ustawiony przed Łukiem Triumfalnym robił się jednak z nieuniknionych powodów coraz krótszy i krótszy. Dziś – według mojej wiedzy – nie ma wśród żyjących ani jednego, choćby najmłodszego.

 

We Francji

pamięć o I wojnie światowej trwała zawsze.
Diametralnie inaczej niż w Polsce – to była „ich wojna”. O konkretną sprawę. Choćby o zmazanie klęski pod Sedanem w 1870 r., o odzyskanie Alzacji i Lotaryngii. Element patriotycznej interpretacji w wyobrażeniach Francuzów był niezwykle silny. Silniejszy pewnie, niż w jakimkolwiek innym kraju. Ale i w tym kraju pamięć o latach 1914-1918 zmieniała się, i tak jak odchodzili na wieczną wartę ostatni, którzy pamiętali błotniste okopy zachodniego frontu, którego przesunięcie o kilkaset metrów w tę czy drugą stronę okupywane były dziesiątkami tysięcy zabitych, tak i w świadomości Francuzów coraz bardziej dominować zaczął inny punkt widzenia, wcześniej obecny, na przykład, w Wielkiej Brytanii – że była to wojna okrutna i bezsensowna, pełna traumy i cierpienia, będąca efektem beztroskiej polityki przywódców przełomu wieków i rozbuchanych sprzeczności wąsko rozumianych interesów.
Bo dziś nie da się już o tej wojnie w Europie opowiadać językiem sztandarów, werbli i uwielbienia dla tej czy innej monarchii.
Kto by tak czynił, popadałby w groteskowe naśladownictwo tytułowego bohatera „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdy wygłaszał swoje patetyczno-patriotyczne cymbalstwa o tym, jak to pięknie jest polec za Najjaśniejszego Pana. W ten sposób dziedzictwo I wojny światowej, już za jej trwania trudnej do wytłumaczenia obywatelom, po stu latach ma tylko jeden wymiar – właśnie głęboko antywojenny. Nie jako wojny „naszej” lub „nie naszej”, ale takiej, w której wszystko jedno, kto w jakim mundurze został zabity i czy miał na głowie pikelhaubę czy hełm Adriana.

 

Europa tę drogę refleksji przeszła.

Dzięki temu 11 listopada 2018 r. w historycznym wagonie w Compiègne – replice tego, w którym w 1918 r. podpisano zawieszenie broni i w 1940 r. kapitulację Francji – mogli pojawić się prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Angela Merkel i usiąść w nim obok siebie – nie naprzeciw. Mogli pochylać się nad ofiarami i tym samym umacniać w Europie perspektywę dalszych lat pokoju i integracji.
Obchody te dla Rosji były na tyle ważne, żeby pojawił się na nich prezydent Władimir Putin, swoją obecnością przypominając, że I wojna światowa to nie tylko koszmar frontu zachodniego, ale i dramat, jaki rozgrywał się na Wschodzie.
A Polski w tej obróconej w przyszłość narracji nie ma.
Jest cały czas anachroniczny sposób postrzegania tej wojny „nie naszej”. I wybiórczo traktowanej pamięci, w której zapisane są jeśli nie heroiczne – ale tylko nasze – klęski, to zdarzenia, które da się ubrać w kostium makabryczno-heroicznej zabawy połączonej z patriotycznym pobrzękiwaniem szabelką, albo choć pałką lub racą.
Skansen minionej epoki – epoki, której początek końca miał właśnie miejsce w 1918 r.

 

To źle rokuje.

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?
Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.
Ciekawe, czy zadali sobie pytanie, jak by wyglądała niepodległość Polski, gdyby w 1919 r. polski rząd zignorował konferencję wersalską? Uważając, że nas to nie dotyczy.

Europejczycy nie wierzą w złowrogą Rosję

Amerykanie również. Wyniki badania przeprowadzonego przez Francuski Instytut Opinii Publicznej (IFOP) na ponad tysiącosobowych próbach we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech i USA. pokazują, że antyrosyjski ton w mediach nie wywołuje zaufania u odbiorców.

 

Pytanych poproszono o ocenę obiektywizmu publikacji dotyczących Rosji w ich krajach. 43 proc. Amerykanów odpowiedziało, że nie wierzą w tej sprawie własnym mediom, w Wielkiej Brytanii wartość ta sięgnęła 47 proc., we Francji 53 proc., a w Niemczech co drugi ich mieszkaniec nie wierzy w wiarygodność swoich mediów opisujących Rosję. W podziałach na grupy według wykształcenia wygląda to jeszcze ciekawiej. 59 proc. Francuzów z wyższym wykształceniem nie wierzy swoim mediom, opisującym Rosję, podobnie jak 72 proc. wyborców partii prawicowych.

Większa rezerwa panuje wśród Francuzów młodszych niż 35 lat – liczba sceptyków osiąga 58 proc. (51 proc. wśród starszych) W Niemczech 64 proc. sympatyków prawicy nie wierzy własnym mediom w tej sprawie i 54 proc. wyborców lewicowych.

W USA biali Amerykanie (45 proc.) nie dowierzają własnym mediom relacjonujących tematykę rosyjską bardziej niż Afroamerykanie (35 proc.). Nie wierzą w obiektywizm mediów częściej wyborcy republikańscy niż demokratyczni i protestanci częściej niż katolicy.

Jeśli zważyć, że silna antyrosyjska propaganda była zawsze obecna w przestrzeni medialnej zachodu, a od 2014 roku jej siła zwiększyła się wielokrotnie, to tak wysoki poziom sceptycyzmu wobec wiarygodności zachodnich mediów jest zastanawiający. Czy wynika to z pewnego zmęczenia opinii publicznej rusofobią, czy też należy złożyć to na karb silnego przeciwstawiania się i równie mocnego wpływu propagandy rosyjskiej skierowanej do odbiorcy zachodniego? Ostatnio rosyjska stacja RT wyszła na prowadzenie na świecie wśród najczęściej oglądanych mediów w Internecie (7 miliardów odsłon), co może być pewnym wytłumaczeniem wyników badania IFOP.

Nierówne standardy

Pisać źle o Trumpie jak najbardziej dziś wypada – mainstream zawsze to kupi. Gorzej z pisaniem źle o Ameryce. A zastrzeżenia wobec aktywności militarnej USA niechybnie spotkają się już z oskarżeniami o działalność agenturalną na rzecz Kremla.

 

Donosząc o zbrodniach USA trzeba się skrupulatnie tłumaczyć z każdego wykorzystanego źródła, bo liberalni, konserwatywni, a nawet lewicowi fani „globalnego policjanta” patrzą teraz każdemu na ręce, obsesyjnie tropiąc fake newsy (sami oczywiście nigdy żadnego nie udostępnili, skądże!). Czyli diametralnie inaczej, niż przy pisaniu o Rosji, Iranie czy Korei Północnej. Zdarza się też, że kontrując typową narrację o wojnie w Syrii w oparciu np. o doniesienia The Independent, trzeba dosłownie przygotować się na beczkę śmiechu: polska liberalna publika może bowiem uznać, że na „zgniłym Zachodzie” panują „silne złudzenia wobec Rosji” i „pełno tam komuchów”. Impregnacja poznawcza rodzi paranoję.

Wypada mieć nadzieję, że powołanie się na najbardziej prestiżowe amerykańskie pismo naukowe coś może jednak w tej mierze zmienić. Przechodząc do rzeczy, pismo Science donosi, że Stany Zjednoczone prawdopodobnie od dawna pracują nad bronią biologiczną, łamiąc w ten sposób konwencję z 1972 r. i tzw. Protokół Genewski z 1925 r.

Artykuł pt. „Badania rolnicze czy broń biologiczna?” opublikowany 5 października, jest efektem pracy międzynarodowego zespołu badawczego pod kierunkiem Richarda Gysa Reevesa z niemieckiego Instytutu Biologii Ewolucyjnej Towarzystwa im. Maxa Plancka. Naukowcy twierdzą, że amerykańska Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności (DARPA), pod pozorem badań w zakresie genetycznie modyfikowanego rolnictwa, pracuje nad wynalezieniem wirusów, które za pośrednictwem owadów będą zdolne do niszczenia rosnących już plonów. Nieprzypadkowo program DARPA nazywa się „Owadzi Sojusznicy” (Insect Allies). Wirusy na usługach US Army mają zmieniać DNA upraw, które już wzeszły na polach, i powodować ich obumieranie, znacznie poszerzając w ten sposób możliwości Stanów Zjednoczonych w zakresie głodzenia przeciwników i wzbogacając ich już obecnie imponujący arsenał ludobójczy.

Badacze nie wierzą w deklaracje o wyłącznie cywilnym zastosowaniu programu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w całości podlega on amerykańskiemu wojsku. Tłumaczenie, że „Owadzi Sojusznicy” mają służyć bezpieczeństwu żywnościowemu można włożyć między bajki. Po pierwsze, program jedynie w minimalnym stopniu odpowiada na problem bezpieczeństwa Amerykanów w zakresie wyżywienia. Po drugie, dyskusja naukowa, jaka mu towarzyszy, nijak nie pozwala dopatrywać się w nim jakichś korzyści dla rolnictwa USA.

Broń biologiczna została zakazana przez cywilizowany świat po to, żeby przewaga naukowa jednych krajów nad innymi, nie mogła posłużyć unicestwianiu całych narodów orężem niewidocznym, praktycznie niewykrywalnym i nie dającym żadnych szans obrony, a który wyrwawszy się spod kontroli jest w stania zagrozić ludzkości. Formalnie wszystko jest cacy, ponieważ w 1969 r. prezydent Richard Nixon zdecydował o zakończeniu wszelkich prac nad amerykańską bio-bronią. Wygląda jednak na to, że rzeczywistość jest inna. Nic w tym zaskakującego, biorąc pod uwagę, że np. „formalnie” i „oficjalnie” rzecz biorąc, amerykańska obecność na Bliskim Wschodzie służy umacnianiu demokracji. „Oficjalnie” Saddam Husajn posiadał też broń masowego rażenia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zwraca już uwagi na polityczne deklaracje USA.

W tym świetle na niezupełnie „oszołomskie” wyglądają już podejrzenia Rosjan, że eksperymenty USA w zakresie broni biologicznej odpowiadają za epidemię świńskiej grypy w 2007 r., której ognisko znajdowało się Gruzji. Były gruziński minister bezpieczeństwa wewnętrznego ujawnił dokumenty, z których wynika, że jedna z amerykańskich placówek badań medycznych w jego kraju to przykrywka dla programu prac Waszyngtonu nad bronią biologiczną i że faktycznie może być to źródło epidemii z 2007 r. Co więcej, zgodnie z obszernym raportem opublikowanym na początku roku przez uznaną bułgarską dziennikarkę Diljanę Gajtandżiewę, USA mają takie bazy w wielu krajach świata – nie tylko w Gruzji, ale i w Uzbekistanie, Azerbejdżanie, w wielu krajach Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Najbliżej nas ma się znajdować ośrodek na Ukrainie (wolnej, rzecz jasna).

Można to oczywiście potraktować jako teorię spiskową, ale kiedy do „spiskowców” dołącza magazyn Science, śmiem twierdzić, że wygląda to co najmniej prawdopodobnie. Ten „spisek” zaczyna przybierać już zaskakująco epicki wymiar. Ostatecznie wszystko zależy od perspektywy. Wielkie media postanowiły solidarnie milczeć w sprawie tekstu w Science. Nietrudno sobie jednak wyobrazić, co by było, gdyby ktoś takie rewelacje ujawnił na temat Rosji czy Iranu. Wszystkie portale prześcigałyby się nawzajem tytułami w rodzaju: „Teheran ma broń biologiczną”, „Putin szykuje zagładę”…

Jakoś Amerykanom wolno było trąbić, że Saddam przygotowuje zagładę ludzkości. Jakoś tym, którzy doniesienia Science odruchowo zbędą jako spisek, łatwo przychodzi zwycięstwo PiS-u w Polsce albo Brexit uznawać za diaboliczny plan Putina. Oni żadnych kompleksów na tym tle nie mają.

Ewakuacji nie było

17 września Turcja i Rosja zawarły układ, który postanawiał, iż wojsko syryjskie razem z sojusznikami nie zacznie ofensywy w prowincji Idlib, natomiast Ankara zadba o wycofanie z tego obszaru zbrojnych grup terrorystycznych. Właśnie minął termin, w którym to wycofanie miało się zakończyć. Nawet się nie rozpoczęło.

 

Na kilka godzin przez upływem ostatecznego terminu ewakuacji, przedstawiciele Hajjat Tahrir asz-Szam (dawniej Dżabhat an-Nusra, syryjska odnoga Al-Ka’idy) oznajmili, że nigdzie się nie wybierają. – Nie porzuciliśmy naszej drogi dżihadu, walki o wcielenie w życie naszej błogosławionej rewolucji – powiedzieli. Dodali, że doceniają wszelkie wysiłki na rzecz „ochrony wyzwolonego terytorium”, czyniąc wyraźny ukłon w stronę Turcji.

Porozumienie między Moskwą i Ankarą zakładało, że do 10 października z prowincji Idlib zostanie wycofany ciężki sprzęt bojowy, zaś sami uzbrojeni dżihadyści opuszczą ten obszar do 15 października. Tymczasem w ostatnią sobotę z terytorium, którego dotyczył układ, ostrzelano z moździerza pozycje armii syryjskiej w prowincji Hama. Żadna z frakcji nie przyznała się do tego czynu. Oprócz Hajjat Tahrir asz-Szam, w regionie obecne są jeszcze Tanzim Hurras ad-Din (Organizacja Strażników Wiary), jednostki Państwa Islamskiego, prosaudyjska Armia Islamu przeniesiona tu ze Wschodniej Guty, proturecka Islamska Partia Turkiestanu, a do tego jeszcze kilkanaście lokalnych ugrupowań dżihadystowskich. Strażnicy Wiary już przyłączyli się do stanowiska Hajjat Tahrir asz-Szam, oznajmiając, że nie opuszczą Idlibu. Pozostałe organizacje nie wydały oświadczeń, ale też pozostają na miejscu.

Zanim podpisano porozumienie 17 września, ONZ ostrzegał, że syryjska ofensywa wspierana przez Rosję będzie oznaczała katastrofę humanitarną – w prowincji Idlib znajdują się 2-3 mln ludzi. Skoro podstawowe warunki układu nie są realizowane, widmo bezpośredniego zagrożenia wojną znowu zajrzało im w oczy. Nawet Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka zauważyło, że terroryści dali pretekst do uderzenia, które przyniesie głównie tragedię zwykłych ludzi.

Rozmowy wypędzonych Wywiad

Arbitralne deportacje cudzoziemców przestały być tematem tabu w polskich mediach dopiero w momencie, gdy wyrzucona z Polski – i na wniosek polskich władz także ze strefy Schengen – została przewodnicząca fundacji  „Społeczeństwo Otwarte” Ludmiła Kozłowska, z czym z kolei rządy Belgii, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii nie zechciały się zgodzić. Ustąpiła zmowa milczenia panująca gdy deportowanymi byli Rosjanie. Poniżej publikujemy rozmowę dwu z nich  – niegdysiejszego korespondenta agencji „Rossiya Segodnya” Leonida Swiridowa, wydalonego z Polski w 2014 r.  z profesorem Dmitrijem Karnauchowym, którego podobny los spotkał w roku 2017.  Obaj nie dowiedzieli się, czemu musieli opuścić Polskę. Obaj mają o to – z oczywistych powodów – żal do polskich władz. Optymizmem napawa jednak fakt, że nie czują żalu ani do Polski, ani do Polaków.

 

Panie Profesorze, minął rok od dnia wydalenia Pana z Polski. Kto wspierał Pana wtedy w Rosji i Polsce? Jakie emocje wywołują dziś w Panu wspomnienia o przymusowej deportacji?

Wsparli mnie rosyjscy i polscy koledzy, którzy znali mnie osobiście, rektorzy uniwersytetów w Nowosybirsku, na których wykładam, a także członkowie Wolnego Towarzystwa Historycznego, którzy podpisali oficjalne oświadczenie.
W mojej sprawie głos zabrał również mer Nowosybirska Anatolij Łokot, rosyjski ambasador w Polsce Siergiej Andriejew, pracownicy Ambasady oraz MSZ Rosji. Bardzo im za to dziękuję.
Jeśli chodzi o emocje, są one niejednoznaczne. Jest mi przykro, że przestrzeń konstruktywnych polsko-rosyjskich relacji naukowych została sztucznie zawężona przez represje polskich władz wobec rosyjskich naukowców.
Winę za to ponoszą jednak nie zwykły Polacy, lecz polscy politycy, którzy – w niezbyt szlachetnych celach – krzewią strach i nienawiść wobec Rosji.
Jednakże żal i rozczarowanie przeplatają się z optymistyczną nostalgią – jestem pewny, że demokratyczny potencjał polskiej kultury politycznej i intelektualnej pozwoli przezwyciężyć tendencje totalitarne, które w danej chwili dominują.

 

Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, jakie zarzuty postawiono Panu w Warszawie?

Byłem zupełnie bezpodstawnie oskarżony o działalność z elementami „wojny hybrydowej”.
Najczęściej powoływano się na „kuszenie” polskich naukowców współpracą z rosyjskimi ośrodkami badawczymi, prowadzenie prorosyjskiej propagandy oraz dyskredytację polskich władz w mediach.
Przypisywano mi również przeciwdziałanie niszczeniu pomników radzieckich w Polsce oraz podgrzewanie polsko-ukraińskich animozji Zarzucano mi, że wszystko to wykonywałem jakoby na polecenie rosyjskich służb specjalnych.

 

A może działalność naukowa i społeczna obcokrajowców jest zabroniona w polskim prawie?

Ależ skąd! Gdybym w jakikolwiek sposób złamał polskie prawo, zostałbym postawiony przed sądem. Co prawda, sąd zażądałby dowodów mojej winy, których polskie władze nie miały i nie mogły mieć. Aby zatem uniknąć kompromitacji w sądzie, po prostu wyrzuciły mnie z kraju i zakazały wjazdu do strefy Schengen.
Przecież żaden z tych tak zwanych „zarzutów” nie ma związku ani z działaniami kryminalnymi, ani podlegającymi karze administracyjnej. Można je natomiast określić mianem „niedopuszczalnej herezji”. W związku z tym Polska, de facto, przyznała się do stosowania praktyk dyskryminacyjnych wobec cudzoziemców o innych poglądach.
Powiem więcej, niektóre zarzuty nie tylko nie mają nic wspólnego z obowiązującym prawem, ale są po prostu absurdalne. Na przykład, jakim cudem „kuszenie” polskich kolegów współpracą naukową z Rosją mogłoby zagrozić bezpieczeństwu państwa polskiego? Czyż polskie uczelnie i fundacje nie ściągają rosyjskich naukowców do Polski? Oznacza to, że one mogą to robić, natomiast my nie?

 

Jakie inne działania „antypaństwowe” prowadził Pan w Polsce?

Wykładałem jednocześnie zarówno na polskich i rosyjskich uniwersytetach, zajmowałem się wymianami akademickimi oraz studenckimi, prowadziłem konferencje, redagowałem książki, organizowałem tłumaczenie prac naukowych ekspertów z Polski i Rosji.
W moich działaniach nie mogło być żadnych antypolskich intencji. Bardzo łatwo to udowodnić – przez analizę treści wykładów lub publikacji. Niemniej jednak z jakiegoś powodu żaden z poważnych polskich ekspertów nie podjął próby merytorycznej analizy moich wypowiedzi czy tekstów. Jej wyniki można by udostępnić opinii publicznej.
Świadczy to o tym, że udowodnienie mojej „winy” tak naprawdę nikogo nie interesowało. Celem było uderzenie w wyobraźnię przeciętnego Polaka faktem wyrzucenia kolejnego „rosyjskiego szpiega”.
Równie absurdalne brzmią oskarżenia o prowadzenie propagandy i dyskredytowanie Polski w mediach. Czy można angażować się w propagandę i dyskredytację, nie zostawiając przy tym jakichkolwiek śladów w przestrzeni publicznej? I gdzie są te ślady? Dlaczego nie przedstawiono żadnego konkretnego faktu?
Myślę, że jeśli nawet istnieją niby kompromitujące mnie „dowody”, to nie da się ich zaprezentować, ponieważ większość z nich można zaliczyć do kategorii donosów i oszczerstw… A pozostałe uzyskane są w wyniku nielegalnego podsłuchu mojego telefonu. Nie mam wątpliwości, że odbywało się to nielegalnie.
Jestem pewien, że materiały mojej sprawy zostały utajnione nie z powodu poufności zawartej w nich informacji, ale tylko i wyłącznie dlatego, że zawierają nazwiska donosicieli, w tym obywateli Rosji…

 

Jak Pan uważa, co spowodowało podejrzenia o współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi?

Dla przeciętnego mieszkańca krajów zachodnich „rosyjskie służby specjalne” od dawna są swego rodzaju fetyszem. Świadczy o tym sprawa Boszyrowa i Pietrowa lub los Marii Butinej w USA, który jest nie do pozazdroszczenia. W Polsce, jeśli ktoś ma zamiar z powodów osobistych zniesławić swojego rywala albo pozbyć się konkurenta w zawodzie – mówiąc po prostu „sprzedać” kolegę – to najlepiej rozpuścić plotki o jego rzekomej współpracy z rosyjskim wywiadem. Wynik będzie gwarantowany. Tak właśnie się stało ze mną.
Właśnie na podstawie tych plotek polskie władze uznały za „dowód” kontaktów z tajnymi służbami moją współpracę z Rosyjskim Instytutem Studiów Strategicznych (RISS), który jest częścią struktury Administracji Prezydenta Rosji i nie ma powiązania z żadną ze służb specjalnych.
Instytucja ta nie znajduje się na modnych obecnie listach podmiotów, podlegających antyrosyjskim sankcjom, nie należy również do organizacji ekstremistycznych. Więc na czym polega przestępstwo?

 

Jak i kiedy Pan zaczął swoją współpracę z RISS?

W 2013 r., w okresie „odwilży” w stosunkach rosyjsko-polskich, ówczesny dyrektor RISS Leonid Reszetnikow – w związku z planowanym rokiem kultury Rosji i Polski – zaproponował mi reprezentowanie Instytutu w Polsce. Nigdy nie ukrywałem mojego dążenia do normalizacji stosunków między naszymi krajami, dlatego też przyjąłem tę pracę, o której wynikach można dowiedzieć z wielu ogólnodostępnych publikacji. Jeśli ktoś dostrzega w tych wynikach motywy antypolskie, to uważam taką interpretację mojej działalności za paranoję.
Chcę również zwrócić uwagę na to, że współpraca z RISS była tylko jednym z wielu i wcale nie najbardziej owocnym kierunkiem mojej pracy w Polsce.

 

Proszę powiedzieć, co robił Pan po wydaleniu z Polski…

Ten rok był trudny. Najważniejsze było połączenie rodziny. Moi bliscy są obywatelami Polski, niełatwo im było znieść rozłąkę. Musieliśmy pokonać wiele przeszkód biurokratycznych. Obecnie proces ten zbliża się już do końca.
W tym samym czasie za pośrednictwem adwokata w Warszawie złożyłem skargę na działania polskich władz. Sprawa rozpatrywana jest w sądach administracyjnych. Pozwanym jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji Polski. Kierownik tego resortu podjął decyzję o moim wydaleniu na wniosek szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Niestety, raczej nie mam szans wygrać sprawy w Polsce, ponieważ od niedawna nie ma już w tym kraju niezależnego sądu, a ustawodawstwo regulujące status cudzoziemców jest niedoskonałe i przyczynia się raczej do ich dyskryminacji.
Na przykład, mój adwokat nie może się zapoznać z materiałami sprawy objętymi klauzulą tajności w celu oceny ich wiarygodności i korelacji z postawionymi mi zarzutami. Dostęp do tych materiałów ma tylko pozwany, który naruszył moje prawa oraz sąd, który de facto „ratuje” sprawcę naruszenia, wykorzystując nieprecyzyjność sformułowania norm ustawodawstwa. Natomiast mój obrońca w sądzie niezbyt wiele może zrobić.
Wychodzi na to, że klauzula tajności pozwala pozostawić bezkarnym każde naruszenie praw cudzoziemca przez polski organ państwowy.
Najgorsze jednak jest to, że nadać taką klauzulę – jak pokazuje moja sprawa – można w sposób absolutnie dowolny, bez żadnych dowodów winy. Koło się zamyka… Dlatego cała nadzieja w sądzie europejskim.

 

Wszystko to znam doskonale z autopsji: „sprawa” dziennikarza Leonida Swiridowa, wymyślona przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego Polski wiosną 2014 r., była pierwszą próbą oskarżenia rosyjskiego obywatela o działania antypolskie, które zakończyły się wydaleniem z kraju. Potem został wydalony Pan i inni nasi rodacy. Czy mógłby Pan skomentować te wydarzenia z naukowego punktu widzenia?

Tak, oczywiście, wielokrotnie słyszałem o Pana sprawie, chociaż nie znaliśmy się osobiście, a po raz pierwszy spotkaliśmy się w Moskwie pod koniec ubiegłego roku tuż po mojej przymusowej deportacji z Warszawy.
Niestety sytuacja się pogorszyła i kampania represji antyrosyjskich w Polsce rozkręca się pełną parą. Kto by pomyślał zaledwie kilka lat temu, że ten kraj, niegdyś będący symbolem wolności, zamieni się w pariasa demokratycznej Europy…
Jeśli porównamy moją sprawę z Pańską, trzeba przyznać, że mechanizm dyskryminacji i prześladowań cudzoziemców z powodów politycznych ciągle się doskonali.
Pan przynajmniej miał możliwość pozwać polskie władze, przez jakiś czas przebywając na terenie kraju. W moim przypadku wszystko było znacznie bardziej brutalne – zostałem przyprowadzony do punktu deportacji bezpośrednio z domu w nieoznakowanym aucie i byłem przetrzymywany przez prawie dobę w celi z kryminalistami. Po raz pierwszy w życiu musiałem przymierzyć kajdanki.
Okazało się jednak, że to jeszcze nie wszystko. W maju tego roku obywatelkę rosyjską Jekaterinę Cywilską zatrzymano na krakowskiej ulicy i wywieziono jak rzecz na granicę Polski z Obwodem Kaliningradzkim, rozdzielając ją z małoletnią córką i mężem. Następnie inna nasza rodaczka, Anna Zacharyan, była przetrzymywana przez kilka dni, zanim została wydalona. Obydwie kobiety były związane ze stowarzyszeniem „Kursk”, które zachowuje pamięć o radzieckich żołnierzach – wyzwolicielach Polski poległych w walce z hitlerowskimi Niemcami.

 

Dlaczego władze Polski to robią?

Myślę, że w celu zastraszenia realistycznie myślących Polaków, a przede wszystkim tych, którzy sympatyzują z Rosją i szanują ją.
To zastraszanie jest spowodowane zarówno przyczynami wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Aby „ufortyfikować” wewnętrzny reżim polityczny, rządzące ugrupowanie korzysta z pretekstu, którym jest obecność wroga w osobie Rosji. A ponieważ w rzeczywistości „rosyjskie zagrożenie” dla Polski nie istnieje, tworzy się jego imitację poprzez sztuczne nasilanie wrogości w stosunkach polsko-rosyjskich.
Przyczyną zewnętrzną jest dążenie obecnych władz Polski do przekształcenia swojego kraju w głównego partnera strategicznego Stanów Zjednoczonych w Europie oraz ulokowania tu stałych amerykańskich baz wojskowych. Aby osiągnąć ten cel, należy podrażniać Rosję, prowokować ją do wykonywania niebezpiecznych ruchów. Właśnie po to stosowane są różne „chwyty niedozwolone” – nie tylko demonstracyjne polowanie na rosyjskich obywateli oraz wyrzucenie ich z Polski, ale także wprowadzenie zakazu wjazdu do innych krajów strefy Schengen na podstawie wniosków polskich służb specjalnych. Jest coraz więcej takich przypadków. Niestety, te działania zmieniają niegdyś otwartą i tolerancyjną Polskę w „oblężoną twierdzę”, a jej obywateli – w zakładników antyrosyjskiej mistyfikacji geopolitycznej.

 

Panie Profesorze, dziękuję bardzo za rozmowę.

Dmitrij Karnauchow, historyk, dr hab., w latach 2011-2017 wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Jagiełłońskim, Akademii Humanistycznej w Pułtusku, obecnie profesor na Uniwersytecie Technicznym i Uniwersytecie Pedagogicznym w Nowosybirsku. Autor kilku monografii i kilkudziesięciu artykułów naukowych. Specjalista w zakresie historii polskiej historiografii oraz polskiej polityki historycznej.

 

Wywiad ukazał się na portalu „Sputnik”.

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.

Sezon rozpoczęty

Na wezwanie lewicowej opozycji w sobotę w całej Rosji ponownie przetoczyła się fala protestów przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego.

 

Jak oceniają obserwatorzy, komunistom nie udało się powtórzyć sukcesów demonstracji z letnich miesięcy, niemniej w wielu miastach udało się zebrać wciąż pokaźnie grupy niezadowolonych. W Moskwie na Prospekcie Sacharowa zebrało się zebrać 3 000 ludzi, choć organizatorzy mówili o 50 000. Protestujący nieśli hasła „Reformatorów pod sąd”, „Nie ma mieszkań, nie ma emerytur”, „Chcę dożyć do emerytury i opiekować się wnukami”.

Przed trybuną moskiewskiej demonstracji postawiono przekreślone portrety deputowanych, którzy głosowali za podniesieniem wieku emerytalnego pod transparentem „Haniebny pułk” (w opozycji do „Nieśmiertelnego pułku”, zdjęć bohaterów II wojny światowej, niesionych 9 Maja). Zwracała uwagę klatka, w której siedział młody człowiek z napisem „Ofiara państwa policyjnego”.
Dziennikarze interesowali się obecnością lewicowego opozycjonisty Sergieja Udalcowa, niedawno zwolnionego z więzienia. Udalcow, mimo ciążącego na nim trzyletniego zakazu uczestniczenia w masowych protestach, zwracał się do otaczających z wezwaniami do kolejnego protestu, tym razem pod budynkiem parlamentu podczas ostatecznego czytania projektu ustawy emerytalnej. Jednocześnie skrytykował innego opozycjonistę, Aleksieja Nawalnego, którego oskarżył o „dzielenie opozycji” i „tumanienie młodzieży”.

Lewicowa parlamentarna i pozaparlamentarna opozycja w protestach wykorzystuje nowe argumenty przeciwko obecnej władzy, których dostarczyły im fałszerstwa podczas wyborów w Kraju Nadmorskim (mówi się o kolejnych, w których wyniki wyborów zostaną anulowane). Eksperci jednak wątpią czy zdoła ona wstrząsnąć obecnie rządzącymi neoliberałami w Rosji.

Wybory do poprawki

Rosyjska Centralna Komisja Wyborcza przyznała pośrednio rację rosyjskim komunistom, którzy protestowali w związku z fałszerstwami w Kraju Nadmorskim. Wybory trzeba będzie powtórzyć.

 

Przypomnimy, że podczas drugiej tury wyborów w Kraju Nadmorskim o fotel gubernatora walczyli Andrej Tarasienko, reprezentujący prezydencką partię Jedna Rosja i przedstawiciel komunistów Andrej Iszczenko. Po przeliczeniu 99,03 proc głosów Iszczenko prowadził o niecały procent, po czym w ostatnich godzinach pracy komisji wyborczych nastąpił podejrzany wysyp aktywności wyborców, którzy jakoby tłumnie ruszyli do urn i w rezultacie Tarasienko wygrał o 1,5 proc. Komuniści uznali to za fałszerstwo, potwierdzane zresztą przez ich obserwatorów i ogłosili protest. Na ulice miast w regionie wyszli zwolennicy komunistycznego kandydata.

Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa stwierdziła, że CKW rekomenduje lokalnej komisji unieważnienie wyborów i przeprowadzenie ich ponownie za trzy miesiące. W komunikacie komisji zaznaczono, że miała miejsce głęboka ingerencja w proces wyborczy przy wykorzystaniu zasobów miejscowej administracji. Innymi słowy oznacza to, że miejscowi urzędnicy brali udział w ordynarnym fałszowaniu wyborów. Miały miejsce dosypywanie głosów, zmuszanie do głosowanie w oczekiwany sposób i korumpowanie wyborców.

Można oczekiwać, że komisja wyborcza w Kraju Nadmorskim przyjmie rekomendacje CKW.

To oczywiście zwycięstwo Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej i jej kandydata. Z drugiej strony to kompromitacja związanej z obecną władzą rosyjską partii Jedna Rosja i całego jej kadrowego zestawu w guberni. To kolejny powód raptownego spadku jej notowań zauważalny już dziś w całej Rosji.

Będzie „adekwatna odpowiedź”

Rosjanie zapowiedzieli „adekwatne” działania na wrogi krok Izraela – zabicie 14 rosyjskich pilotów i zestrzelenie samolotu.

 

Rzecznik ministerstwa obrony Rosji, Generał Igor Konaszenkow, na specjalnej konferencji prasowej potwierdził fakt zestrzelenia nad Syrią rosyjskiego samolotu w wyniku działań lotnictwa Izraela. „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując, zrzuciły kierowane bomby na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia” – powiedział.

„Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym.

Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który w eskorcie myśliwców schodził do lądowania.

Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy C-200 który samonaprowadził się na rosyjski samolot.

Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację.

Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji.

Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego samolotu do strefy bezpiecznej.

Obecnie trwa akcja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie katastrofy samolotu IL-20.

Uważamy prowokacyjne działania danych Izraela za wrogie. W wyniku nieodpowiedzialnych działań izraelskich wojskowych zabito 15 rosyjskich żołnierzy.
Jest to absolutnie niezgodne z duchem rosyjsko-izraelskiego partnerstwa.

Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedniej reakcji” – powiedział generał.

Od jakichkolwiek działań, które spowodowały zestrzelenie rosyjskiej maszyny odżegnała się Francja, choć Rosja uważa, że z fregat „Auvergne” także były wystrzelone pociski.

W Syrii sytuacja ulega przyspieszonej ewolucji. Spotkanie prezydentów Rosji – Władimira Putina – i Turcji – Recepa Tayyipa Erdoğana – w Soczi przyniosło kolejne ustalenia, w wyniku których Rosjanie zrezygnowali z operacji w prowincji Idlib. Zająć mają ją wojska tureckie. Ma również być stworzona strefa zdemilitaryzowana. „Do 10 października ze strefy, szerokiej na 15-20 km, ma być wycofana ciężka broń. Strefa ma być stworzona do 15 października” – poinformował prezydent Putin. Strefę będą patrolować wojska tureckie i rosyjskie. – Nie dojdzie do nowej operacji zbrojnej syryjskiego wojska z sojusznikami w Idlibie, ostatniej dużej rebelianckiej enklawie w Syrii – powiedział po spotkaniu prezydentów Rosji i Turcji minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

O realizmie na temat Rosji RECENZJA

Witold Modzelewski, znany ze swej działalności naukowej i doradczej w dziedzinie prawa podatkowego napisał i wydał w ostatnich latach cztery książki na temat relacji Polska-Rosja. W roku 2014: Polska-Rosja. Szkice. W roku 2015: Polska-Rosja. Co dalej? W roku 2016: Polska-Rosja. Wojny nie będzie. I ostatnią, w roku 2017: Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Przedmiotem tej recenzji jest książka ostatnia, refleksyjny zbiór esejów historyczno-politologicznych ukazujących historyczny kontekst Rewolucji Październikowej, jej kreatorów i realizatorów, układ interesów w ówczesnym świecie, który doprowadził do tego wydarzenia i długofalowe konsekwencje sprawowania władzy w Rosji przez bolszewików.
Jeżeli przyjąć za pewnik wszystkie przedstawione w książce fakty historyczne dotyczące projektu „Rewolucja Październikowa”, to należy od nowa napisać historię Rosji, Europy i świata, wskazując na innych bohaterów i zupełnie inny układ wydarzeń, które przeorały naszą cywilizację i zmieniły świat. Celem publikacji jest bowiem naświetlenie od nowa układu interesów w przedrewolucyjnej Rosji, jak też relacji w układzie ówczesnych graczy globalnych: Rosji, Niemiec, Austrii, W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Główną siłą napędową wydarzeń był wówczas wg autora plan marginalizacji rozwijającej się dynamicznie na przełomie XIX i XX wieku Rosji i sprowadzenie jej w perspektywie do roli kraju zależnego, głównie od Niemiec. Istotą planu było wywołanie chaosu w Rosji, jej ewentualny podział i sprowadzenie do roli dostarczyciela surowców, a nie kraju rozwiniętego przemysłowo i kulturalnie. Rolę siły dezintegrującej wzięli na siebie bolszewicy, których działalność od początku miała charakter destrukcyjny, antyrosyjski.
Jednym z głównych wątków książki jest sprawa relacji: bolszewizm a narodowy interes Rosji. Autor jednoznacznie argumentuje, że istnieje głęboki rozdział i faktyczna sprzeczność pomiędzy celami i dążeniami bolszewików a narodem rosyjskim. Bolszewicy, ich ideologia i program, to było narzędzie mające na celu zniszczenie Rosji.
W książce ukazującej się na rok przed 100-leciem odzyskania niepodległości przez Polskę obecny jest pogłębiony wątek polski, zarysowany pod kątem rozpoznania i zewidencjonowania wszystkich faktów i argumentów i historycznych a także współczesnych, za i przeciw zbliżeniu stosunków Polski z Rosją. Autor w swej analizie procesów historycznych sięga do nieznanych kulis układów europejskich i globalnych w końcowych latach XIX wieku, ukazując grę pomiędzy ówczesnymi mocarstwami. Zwraca szczególnie uwagę na interesy polskie w konfrontacji z wielkomocarstwową polityką Niemiec, Rosji, W. Brytanii i Francji. Szczegółowo analizuje długofalowe aspekty polityki niemieckiej, wskazując na jej ciągłość w całym okresie istnienia państwa niemieckiego od momentu jego ukształtowania w XIX wieku.
Na uwagę zasługuje wątek książki dotyczący praktycznego wymiaru aktualnych relacji Polska-Rosja w obszarze kreowanych w Polsce opinii. Autor powołuje się na wydane już książki na temat Rosji i wyciąga z nich jedno ważne zdanie: „Rosja to jest skomplikowana rzeczywistość”. Witold Modzelewski twierdzi, że osób nie rozumiejących w Polsce rosyjskiej rzeczywistości jest wiele. Można podzielić polskie społeczeństwo na kilka charakterystycznych grup, w oparciu o przypisane im, kreowane aktualnie opinie dotyczące Rosji. Wymieniając po kolei za autorem książki są to: rusofobi zadeklarowani, którzy twierdzą, że Rosja to „azjatycka dzicz” zaludniona przez pijanych, śmierdzących gnojem „kacapów”. Druga grupa to antykomuniści, którzy wciąż nienawidzą Związku Radzieckiego. Dla nich całe zło bolszewizmu ma wyłącznie rosyjskie korzenie, a Władzimir Putin jest kryptokomunistą, który dąży do odtworzenia ZSRR. Trzecią grupę stanowią post Polacy, czyli Europejczycy. Dla nich ojczyzną jest zjednoczona Europa. Reszta ich nie obchodzi. Wreszcie czwarta grupa to niedouczona część pokolenia III RP – Lemingi, którym myli się Powstanie Styczniowe z Powstaniem Warszawskim. Generalnie wg autora „mają wszystko w dupie”.
Ciekawe rozważania snuje autor wobec problemu strachu przed Rosją. W swoim wariancie realistycznym uważa, że „…strach jest wyłącznie tworem medialnym tych nielicznych, którzy się boją, a chcą zmobilizować większość, by bała się razem z nimi… Z tego co wiem, nikt na przysłowiowej ulicy nie boi się Putina. Wręcz odwrotnie – zwykli ludzie, widząc wszechobecny, „liberalny” bajzel i niemoc twierdzą, że ktoś na tę miarę przydałby się w Polsce. Nie wyjaśnia to jednak przyczyn strachu „elyt”; może to jest strach irracjonalny”. Twierdzi on dalej, że „…poprawność narzucona przez wszechobecnych rusofobów, którzy uważają, że między współczesną (i historyczną) Rosją a państwem bolszewickim nie ma żadnych różnic, wiąże się z bezkrytycznym uwielbieniem i wiernością wobec wszystkich (bez wyjątku) władz amerykańskich…”.
Sięgając do historii przemian w Europie po I wojnie światowej i powstania m.in. niepodległego państwa polskiego autor zadaje kilka dość zasadniczych pytań inspirujących do przeszukiwania archiwów berlińskich i wiedeńskich, tak się bowiem złożyło, że Niemcy kajzerowskie i cesarska Austria współdziałając tworzyły podwaliny nowej Europy na początku XX wieku. Pytania dotyczą m.in. Józefa Piłsudskiego i jego roli po uwolnieniu w 1918 roku z magdeburskiego więzienia a także skali współpracy polskich i bolszewickich socjalistów, kontakty trwały bowiem aż do śmierci Piłsudskiego. Inne zasadnicze pytanie autora dotyczy przewrotu bolszewickiego w listopadzie 1918 roku, który zmienił historię świata. Czy został on wykonany na rozkaz z Berlina obalenia tymczasowego rządu Republiki Rosyjskiej, z którym chciał zawrzeć pokój główny sojusznik – austriacki Wiedeń.
Poza wątkami historycznymi i wielu pytaniami, książka Witolda Modzelewskiego zawiera obszerny wątek współczesny, który można określić jako ważny problem współczesności: „kiedy i dokąd od bolszewizmu i zimnej wojny?”.
– Od ćwierć wieku – czytamy w książce Witolda Modzelewskiego – nie ma radzieckich armii pancernych nad Łabą, nie ma radzieckiego komunizmu, nie ma nawet tamtego państwa. Zostało jednak zredukowane militarnie NATO, którego sensem istnienia jest wykreowanie Rosji jako wroga… Dziś nikt, ani państwa naszego europejskiego zadupia, ani tym bardziej Ameryka, nie chce się uwikłać w żaden nowy, długotrwały konflikt militarny, zwłaszcza z kimś, kto był, jest i będzie groźny. Aby tak się stało, trzeba odsunąć w cień tych, dla których straszenie wojną jest treścią istnienia… Nowy prezydent USA prędzej, czy później zakończy polityczną izolację Rosji, wpychając ją tylko w ramiona Chin, i rozpocznie coś, co ma już nazwę – proces pokojowy…”.
W swej dogłębnej diagnozie autor stawia dość zasadniczy problem dotyczący roli Polski w nowym układzie postjałtańskim, w którym mamy stabilne granice, a na wschodzie i zachodzie dwa konkurencyjne mocarstwa, które nie wyzbyły się swych przyzwyczajeń i doświadczeń historycznych. Uważa on, że my Polacy nie powinniśmy popełnić błędu w generalnej diagnozie status quo, gdy oceniamy współcześnie Rosję i jej politykę. Zasadnicze pytanie dotyczy prawidłowości poglądu, że dzisiejsza Rosja jest czwartą wersją państwa bolszewickiego lub alternatywnie jest państwem, które chce pozbyć się bolszewickiego piętna, stać się przedrewolucyjną Rosją i kontynuować jej tradycję i wartości.
W przypadku pierwszym Polska znajduje się pomiędzy dwoma współpracującymi ze sobą mocarstwami, dla których wojna 1941-45 była epizodem, a Rosja pozostanie państwem realizującym niemieckie teorie socjalistyczne, wrogie samej Rosji, jej tradycji, słowiańszczyźnie i chrześcijaństwu. Patrząc z tej pozycji berlińscy politycy uważają Moskwę za swego najważniejszego partnera i z tego wypływa ich stosunek do Polski, jako największego kraju środkowej Europy. W tym przypadku twierdzi autor, osią polskiej polityki powinno być antagonizowanie stosunków niemiecko-rosyjskich, na ile to będzie możliwe.
W drugiej diagnozie inaczej rysuje się pozycja Polski, bowiem Niemcy i Rosja jako konkurenci na forum europejskim i globalnym będą walczyli o swoją pozycję gospodarczą i polityczną. Polem konfrontacji będzie też Europa środkowa i wpływy w Polsce. Polska może wówczas stać się znacznie ważniejszym graczem, który może wykorzystać swoje położenie jako atut, a nie przekleństwo. Możemy wówczas być symetrystami, zwiększyć swą niezależność, stać się pełnoprawnym uczestnikiem i beneficjentem polityki regionalnej, również licytować, kto da więcej. Nie przeczyłoby to też naszej obecności i pozycji w Unii Europejskiej i NATO.
W konkluzji autor stwierdza: „A jaka diagnoza dominuje w oficjalnej, polskiej narracji? Zdecydowanie pierwsza. I to nas pcha, czy chcemy czy nie chcemy, w objęcia Berlina…”
Przyznam, że z dużym zainteresowaniem i uwagą czytałem tę książkę. Zawiera ona bowiem niezwykle bogaty materiał faktograficzny dotyczący tematu Polska-Rosja-Niemcy zarówno w sensie historycznym, jak i merytorycznym. Chodzi o niezwykle ciekawe interpretacje historyczne i politologiczne, wielowątkowość rozważań i poszukiwanie mądrych alternatyw, jeśli chodzi o sferę rozważań perspektywicznych.
Książka ta nie spodoba się wszystkim, bowiem jest do bólu prawdziwa i szczera. Autor nie zagłaskuje rzeczywistości, nie pomija niewygodnych faktów historycznych.
Obiektywizm tej książki bierze się z faktu, że autor nie wkracza na zdradliwe pole konfrontacji ideologicznej. Warto ją przeczytać; polskim elitom rusofobicznym potrzebny jest zimny prysznic i odrobina refleksji.

 

Witold Modzelewski, Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Instytut Studiów Podatkowych. Warszawa 2017, stron 255.