Z liścia

Ja w każdym razie fakt, że śląska pisowska szlampa „potraktowała z liścia” działaczkę Obywateli RP,  traktuję jako moralne przyzwolenie na to, by podobnie traktować wybranych, napotkanych na ulicy pisiorów i pisowskich pachołków.

 

Tym chętniej, że na rozmaitych forach pisowska hołota bije szlampie brawo i prosi o jeszcze, a Pawłowiczówna wezwała wojewodę dolnośląskiego by nie przyjmował dymisji szlampy, która biła „uniesieniu i rozpaczy”. No to co, oni mogą, a ja nie mogę? Przecież żyjemy w wolnym kraju. Jerzy Urban pisał w 1981 roku, że bije po mordzie żonę za noszenie znaczka „Solidarności” i z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać, że czynił słusznie, bo nie ma formacji współczesnej bardziej z ducha tamtej organizacji niż PiS.
I jak dziś widać jak na dłoni, nie Frasyniuk był klasycznym „solidaruchem”, ale takie paniusie jak ta bitna Arendt-Wittchen. PiS nie poczęło się – jak mawiają niektórzy – kilkanaście lat temu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Lecha Kaczyńskiego, lecz w łonie NSZZ „Solidarność”. Ja takich szlamp jak ta Arendt-Wittchen widziałem wtedy na pęczki.

 

Konie Kaliguli i inne aberracje

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, że każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie, można już dostrzec w praktykach władzy pisowskiej krańcowe przejawy tak sformułowanej zasady. Obecnie jeszcze nie wszędzie, ale w resorcie Ziobra już tak. Esemesowe polecenie, z wieczoru na poranek, skierowane do prokuratur rejonowych w Gdańsku, by pilnie sporządzić listę sędziów „ostrych” i „łagodnych” w stosowaniu tymczasowego aresztowania, to jest przejaw aberracji i poczucia braku jakichkolwiek hamulców. To zachowanie w swojej ostentacyjności przypisać można do kategorii zbliżonej do mianowania konia senatorem przez cesarza Kaligulę. Wywnioskować z tego, w jakiej fazie siły jest pisowska władza, nie jest łatwo, bo tego typu zachowania zatrącające o ekstrawagancję bywają w fazach różnych. Bywa, że władza w upojeniu nowością robi takie rzeczy na początku, bywa, że kretynieje u schyłku i przypadek konia-senatora Incitatusa dotyczy Rzymu w takim właśnie okresie. A co do euforii i skretynienia, to warta odnotowania jest kolejna lewitacja Młodego Morawieckiego (MM). Znów unosił się on, tym razem na forum gospodarczym w Krynicy, nad kolosalnymi sukcesami polskiej gospodarki, wrzeszczał, że jesteśmy wzorem do naśladowania dla innych krajów Unii Europejskiej. W tym samym jednak czasie przedstawiciele pisowskiego aparatu muszą tłumaczyć się w Genewie z karygodnego sposobu traktowania niepełnosprawnych, a w wielu polskich szkołach uczniowie rozpoczynają zajęcia w warunkach, które – zdawało by się – przynależą już dość dawno do przeszłości. Są też jednak twórcze pisowskie rozwinięcia, jak choćby lekcje w hotelu czy rozpoczynające się po godzinie szesnastej i trwające do późnego wieczora. W tym też samym czasie minister edukacji Zalewska „Zębatka” serwuje publiczności, w odpowiedzi na najbardziej nawet niewygodne pytania dziennikarzy, iście budyniowy uśmiech, w którym prezentuje okazałość swojego uzębienia. W tej sytuacji taki boom gospodarczy można „o dupę potłuc”. Niezależnie od tego, trzeba odnotować, że przedwyborcze obietnice MM (Młodego Morawieckiego): Ciepły Dom, Domy Starców, Chodniki na Wsi, Szerokopasmowy Internet oraz Dworce Kolejowe i Lokalne Połączenia Autobusowe mogą świadczyć o tym, że obawia się on, że nawet jego Dumny i Wielki Budżet mógłby nie wytrzymać kolejnych Datków Dutków w postaci kolejnych Kwot Plus. Nic tak jednak nie przemawia do wszelakich beneficjentów jak konkretne „piniędze” do kieszeni, zwłaszcza że drożyzna zaczyna galopować, poseł Marek Jakubiak nabył kostkę masła za 10 złotych, a „pińcet plus” to już tylko najwyżej jakieś 450 plus. Wszystko inne, to wróbel na dachu, może być a może nie być, może być tu, a może być tam, kto to wie. Jakieś tam nowe dworce do niczyjej wyobraźni nie przemówią, a Domy Starców starców pozytywnie nie podniecą. Albo więc MM (Młodemu Morawieckiemu) kończy się kasa, albo chomikuje ją na czas najbardziej newralgiczny czyli na wybory parlamentarne jesienią 2019.

 

Przemyśl zaczął

Jak było do przewidzenia rozkręca się fala protestów grup zawodowych. Z samym początkiem września protest rozpoczęły pielęgniarki w Przemyślu i należy się spodziewać raczej rozszerzenia protestu na inne ośrodki niż jego ograniczenia. Przy okazji wyszło szydło z worka czyli kolejne pisowskiego kłamstwo. Oto odezwali się lekarze rezydencji, których głośny protest, zakończony porozumieniem Ministrem Zdrowia a raczej Ministrem Zawierzenia Łukaszem Szumowskim wydawał się być już wspomnieniem zamierzchłej przeszłości. Okazuje się, że obiecane im od lipca podwyżki wynagrodzeń nadal pozostają sennym marzeniem. Pisowskie kłamczuchy dość często stosują metodę obiecywania, by spacyfikować protesty, a potem tego nie realizują, zyskując przy tym kilka miesięcy czasu. Nie nowa to metoda władzy jako takiej, ale przecież żaden z rządów po 1989 roku nie chwalił się tak hałaśliwie sukcesami, cudem gospodarczym i wspaniałym stanem budżetu. Nawiasem mówiąc, dziwny jest ten brak prób połączenia protestów różnych grup zawodów medycznych. Fakt, że mają one inne postulaty, w tym formułują oczekiwania płacowe o różnej skali, nie jest przeciwwskazaniem dla wspólnego działania. Można działać razem w generalnie wspólnym celu, zachowując odrębność postulatów szczegółowych. Protest policjantów przejawia się na razie jedynie wysoką gorączką w postaci „strajku włoskiego” oraz poprzez policyjną pobłażliwość. Na razie dotyczy ona jedynie łagodnego traktowania kierowców przez „drogówkę” (patrz: film Wojciecha Smarzowskiego), ale to za mało. Związki zawodowe policjantów powinny też zrobić coś, aby tę łagodność okazali policjanci spod Sejmu, którzy już niebawem znów pojawią się w tym miejscu w liczbie prawdziwie imponującej, niczym jakaś ławica. Można się też niebawem spodziewać protestów nauczycieli zrzeszonych w ZNP. Biorąc zaś pod uwagę, że nastroje protestacyjne zawiązują się w kręgach profesji ważnych, w ten czy inny sposób, dla milionów obywateli (służba zdrowia, edukacja, policja), ich potencjał także polityczny jest bardzo duży. Władza PiS będzie to próbowała spacyfikować „groszowymi” podwyżkami w przyszłym, wyborczym roku, więc ich zaakceptowanie ze strony tych grup zawodowych byłoby z ich strony poważnym błędem.

 

Co nowego u ekstowarzyszy

Odezwała się ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra, okazjonalna co prawda, ale jednak komentatorka najbardziej czarnosecinnych mediów prawolskich. Tym razem w obronie Jakiego Patryka. Ekstowarzysz Kik Kaźmierz dawno już przestał być „zewnętrznym” komentatorem politycznym w pisowskich mediach, kimś w rodzaju pisowskiego „naszego czerwonego” (jak mawiają Jankesi: „To skurwysyn, ale to nasz skurwysyn”). Jest już gorliwym pisowskim propagandystą pełną gębą i bez osłonek. Ja bym powiedział tak: większość ludzi pezetpeerowskiej lewicy wydobyła się z totalizujących miazmatów tradycji realnego socjalizmu i wybrała w końcu wolność i demokrację, jak myślę, na ogół zupełnie szczerze. Są jednak i tacy, którzy jak Kik czy Jakubowska trwają przy tęsknotach do tych gorszych, niedemokratycznych, antywolnościowych tradycji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (bo są i demokratyczno-wolnościowe) i stąd ich niepohamowana mięta do PiS.

 

Test intencji dopiero się odbędzie

Na koniec postulat pod adresem naszych Wiernych i Uważnych Czytelników z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Skoro tak skrupulatnie wymogli na „Dzienniku Trybunie” sprostowanie dotyczące kwestii konkursu na stanowisko dyrektora Instytutu Teatralnego imienia Zbigniewa Raszewskiego, to wypada mieć nadzieję, że ceniona przez środowisko teatralne obecna dyrektorka Dorota Buchwald pozostanie na swoim stanowisku w nowej kadencji. Fakt nieorganizowania konkursu na kilka miesięcy przed końcem kadencji obecnej to jeszcze nie wszystko.