Głos lewicy

Warszawa eksmituje

Na warszawskiej Woli przy ul. Piaskowej grozi zawaleniem budynek oddany przez miasto do użytku w 2010 r. Trzeba wyprowadzić i dać mieszkanie 140 rodzinom. Kto zawinił? Prywatny wykonawca. Ale i urzędnicy miejscy, którzy nie umieli w sposób należyty dopilnować budowy, za którą miasto płaciło. Kryzys wokół Piaskowej sprawił, że ludziom, którzy już mieli się wprowadzać do przyznanych im mieszkań, usłyszeli, że będą musieli znowu ileś miesięcy czekać. Niektórzy zdążyli wpłacić już kaucję, którą im zwrócono. Trwa wyścig z czasem. Czy miasto zdąży wyprowadzić wszystkie rodziny z zagrożonego budynku zanim budynek runie. Ratusz zawinił, ale cenę płacą mieszkańcy. Poszukiwanie lokali, żeby mieć gdzie wyprowadzić lokatorów zagrożonego budynku sprawia, że rośnie presja na eksmisje. Przychodzą do nas ludzie, których ewidentnie nie powinno się eksmitować, ale miasto potrzebuje mieszkań, więc upiera się przy wyrzucaniu. W Warszawie najwięcej eksmisji dokonuje się z mieszkań komunalnych. Teraz jednak w związku z kryzysem zjawisko to się nasila. Na Pradze Północ brakuje tysiąca mieszkań w związku z rewitalizacją i decyzjami PINB o wyłączaniu kolejnych walących się kamienic z eksploatacji. A w Śródmieściu wyłączono z użytkowania i wyburzono na ul. Świętokrzyskiej wielką kamienice ze 150 mie4szkaniami pod pozorem uszkodzeń jakich budynek doznał w wyniku wybuchu gazu w jednym z mieszkań. Nie muszę dodawać, że działką już się zajmie deweloper, który na miejsce kilkupiętrowego budynku walnie tam kolejny drapacz chmur.
Przyczyn kryzysu mieszkaniowego jest kilka. Po pierwsze jak na istniejące potrzeby to praktycznie oprawie się nie buduje. Po drugie, kierujący się żądza zysku prywatni wykonawcy odwalają fuszerkę ( Piaskowa), po trzecie, istnieje wielkie ciśnienie na pozyskiwanie działek budowlanych ze strony deweloperów, więc pod byle pretekstem burzy się istniejące budynki, Po czwarte wreszcie, nie remontowane przez dziesięciolecia kamienice popadają w ruinę i trzeba je rozbierać. To ostatnie dotyczy w szczególności najbiedniejszych dzielnic na Pradze. Tam też doszło do kilku tajemniczych pożarów, które według strażaków były skutkiem podpaleń. Oczywiście na likwidacji tych spalonych domów skorzystali jak zwykle deweloperzy.
Wczoraj przyszła do mnie samotna matka trójki dzieci. Po spłaceniu 9000 zł. długu czynszowego zwróciła się do miasta o ponowne zawarcie umowy najmu. Miasto odmówiło twierdząc, że ta pani tam nie mieszka. Uzyskali nawet kilka oświadczeń sąsiadów, że „jej nie widują”. Wkrótce rozprawa o eksmisję. Postaramy się zapobiec temu, by samotna matka trójki dzieci trafiła do przytułku. Bo za błędy urzędników, za korupcję i bałagan nie mogą płacić najsłabsi Piotr Ikonowicz na Facebooku.

Głos lewicy

Ikonowicz o sobie

Z okazji zbliżających się wyborów kandydat RSS na prezydenta stolicy postanowił przedstawić się potencjalnym wyborcom:
Urodziłem się 14 maja 1956 roku w Pruszkowie, ale nigdy tam nie mieszkałem. Wychowałem się na Muranowie przy Placu Bohaterów Getta. Pamiętam jeszcze jak w ramach akcji „podaj cegłę” odgruzowywaliśmy teren byłego więzienia zwanego Gęsiówką. Zresztą zabawa w ruinach i kanałach to największe przygody mojego dzieciństwa. Kiedy znajdowaliśmy jakieś stare, zardzewiałe karabiny, oddawaliśmy je na złom i mieliśmy mnóstwo forsy na oranżadę w proszku. W wieku 16 lat rozpocząłem działalność opozycyjną. Co środa przez kilka lat w moim mieszkaniu odbywały się spotkania kółka socjalistycznego i aż do pierwszych zatrzymań nie mieliśmy pojęcia, że prywatne rozmowy o socjalizmie są nielegalne. Jeszcze w liceum, a uczęszczałem do Reya, podjęliśmy z kolegą próbę wydania pisma szkolnego społeczno-politycznego, ale pierwszy numer odwaliła cenzura. Mieli taki stempel „nie widzimy celowości”. Wtedy zacząłem działać w opozycji. Moją pierwszą pracą było przepisywanie na matrycach do samizdatu tekstów Sołżenicyna. „Jeden dzień Iwana Denisowicza” przepisywałem z dzienników Polityki z 1956-57 w tamtych czasach, w czasie nagłej przerwy na wolność teksty te ukazywały się właśnie w „Polityce”.
Pierwsze aresztowanie było trochę przypadkowe. Po prostu w 1976 roku kiedy zdałem na studia na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego miałem w czerwcu praktyki robotnicze w Ursusie. Zgarnęli mnie razem z „warchołami”, którzy spawali wagony do torów. Na szczęście przesiedziałem tylko wakacje, a w procesie rewizyjnym wyciągnął mnie z pudła wybitny adwokat Zdzisław Czeszejko-Sochacki. Gdy wybuchła „Solidarność” pracowałem już w Polskiej Agencji Prasowej, wraz z grupą młodych dziennikarzy przeszliśmy do Biura Informacyjnego Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. Obserwowałem z bliska dzianie się historii, gdyż obsługiwaliśmy wszystkie posiedzenia Komisji Krajowej Związku. Potem jeszcze przywiozłem z Gdańska uchwałę Komisji Krajowej o strajku generalnym, ale większość zakładów była już spacyfikowana. Dostarczyłem uchwałę tylko do Huty Warszawa, otoczonej już przez kordon ZOMO. Stan wojenny spędziłem na drukowaniu, siedzeniu po aresztach. Internowany zostałem dopiero 8 maja 1982 r. za to, że organizowałem niezależne obchody Święta Pracy. Rozpoznano mnie ze zdjęć robionych przez milicję z helikoptera. Wcześniej bo już 17 grudnia 1981 aresztowano mnie za kolportaż nielegalnych wydawnictw. Tworzyliśmy Grupę Polityczną „Robotnik” i wydawaliśmy pismo pod takim właśnie tytułem, które było jednocześnie organem MRK ”S”.
W 1987 r. z inicjatywy tej właśnie Grupy Politycznej „Robotnik” wraz z takimi legendami opozycji i „Solidarności” jak Józef Pinior, Jan Józef Lipski, odtworzyliśmy w kraju Polską Partię Socjalistyczną. Działo się to jeszcze w warunkach konspiracyjnych. Na zjazd założycielski Służba Bezpieczeństwa wtargnęła drzwiami i oknami.
W 1993 roku wraz z dwoma kolegami z PPS Czarkiem Miżejewskim i Andrzejem Lipskim weszliśmy do Sejmu z ramienia PPS w ramach szerszej koalicji zwanej Sojusz Lewicy Demokratycznej. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że SLD prowadzi politykę neoliberalną i antyspołeczną. Efektem był nasz bunt i powstanie Koła Parlamentarnego PPS. Po wielu latach występowania w sądach, negocjowania w imieniu naszych podopiecznych, blokowania eksmisji, doszliśmy do wniosku, że samo pomaganie to za mało, że trzeba zmienić system, na taki, który respektuje konstytucyjną zasadę Sprawiedliwości Społecznej. Stąd narodził się Ruch Sprawiedliwości Społecznej, partia polityczna ludzi pracy. Momentem, który pozwolił nam założyć partię było moje aresztowanie w 2013 roku za blokadę eksmisji. Zostałem, niesłusznie posądzony i skazany za rzekome pobicie właściciela kamienicy, z której eksmitował na bruk parę starszych ludzi. Ponieważ nie poddałem się karze ograniczenia wolności sąd nakazał osadzenie mnie w areszcie na 90 dni. Podczas pobytu w areszcie podjąłem protest głodowy w intencji zmiany ustawy, która dopuszczała eksmisje na bruk. Pod murami więzienia, w namiocie głodowała moja żona Agata. Nasz protest trwał dwa tygodnie i skupił wokół naszego środowiska bardzo wiele wspaniałych osób.
Mam 62 lata, czworo dzieci i wspaniałą żonę. Utrzymuję rodzinę z pisania artykułów prasowych. Jestem przewodniczącym Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i wolontariuszem w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Obecnie kandyduję na urząd prezydenta Warszawy, bo chcę stolicy sprawiedliwej i równej dla wszystkich, takiej, która nikogo nie wyklucza.

Ikonowicz we własnych sidłach

Jesienią odbędą się w Polsce wybory samorządowe, które staną się testem widoczności polskiej lewicy. Tak, widoczności – bo trudno racjonalnie oczekiwać wymiernych sukcesów poza pojedynczymi przypadkami zaistnienia w samorządach.

 

Jeśli takowe wystąpią, zostaną rozdmuchane do rangi epokowego sukcesu. Nie będzie w tym jednak nic gorszącego: za każdy przypadek skuteczności politycznej będą należeć się lewicy brawa – będzie to w końcu krzepiąca odmiana na tle smutnej codzienności. Obecnie bowiem lewica targana jest ciągle zwyczajowymi, wręcz już rytualnymi, rozterkami: iść razem czy osobno? A dokładnie: czy iść z SLD? Czy wypada? Razem, Zieloni i Inicjatywa Polska wystawiły w końcu Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na urząd prezydenta Warszawy, ale po długim wahaniu – bo liberałowie oczerniają go jako „kukizowca”? Niestety utknięcie w takich debatach świadczy o politycznym rozmyciu całej lewicy i skoncentrowaniu się na marketingu wizerunkowym, który niestety zamyka ją w matni poprawnościowego mainstreamu.
Ideowo na tym tle wypada Piotr Ikonowicz. Na weterana lewicy zawsze można pod tym względem liczyć. Nigdy nie brakowało mu wyrazistości i odwagi. W rozmowie z Maciejem Wiśniowskim deklaruje się jako socjalista we właściwym tego słowa znaczeniu, czyli przeciwnik kapitalizmu. Niestety, nie czarujmy się – właśnie dlatego tym razem również pozostanie na marginesie walki politycznej. Jest to rzecz jasna kwestia niemożliwości przebicia się w głównym nurcie, który ma wszelkie powody, by Ikonowicza traktować wrogo. Dlatego Piotr podejmuje bitwę o Warszawę jako straceniec-romantyk, a kampanię potraktuje głównie jako sposób na dotarcie do ludzi ze swoją misją. Mówi: „Przegrani są wszyscy ci, którzy nie podejmują walki z systemem”.
To słowa ważne i prawdziwe. Lewica – zarówno polska, jak i europejska, która tylko pozornie trzyma się lepiej niż jej nadwiślańskie wydanie – znajduje się dziś w stanie opłakanym i trwa wyłącznie siłą bezwładu, ponieważ od lat stara się udawać, że to nie kapitalizm jest głównym problemem. Ikonowiczowi nigdy nie sprawiało kłopotu mówienie tego wprost. Można całkiem rozsądnie uznać, że jest to jeden z głównych powodów, dla którego szef RSS skazany jest na los „etatowego przegranego”, jak punktuje go Wiśniowski. Jednocześnie fakty są takie, że dopiero z biegiem lat Ikonowicz pogodził się z tą etykietką. Był przecież czas, gdy działalności politycznej nie traktował jako sztuki dla sztuki i honorowej misji samobójczej. W brzmieniu jego wiecowych haseł dało się kiedyś wyczuć rzeczywistą wiarę w możliwość sięgnięcia po władzę. Zadziwiające jest, że przez te wszystkie lata u Ikonowicza nie zmieniło się jedno: stosuje dokładnie tę samą metodę, mimo że jej błędny charakter stał się dostrzegalny jak na dłoni dla kilku już pokoleń działaczy radykalnej lewicy. Lgnęli do niego jak do mesjasza i zawsze odchodzili zawiedzeni. Co zatem poszło nie tak?
Ikonowicz deklaruje: „Buduję partię ludzi pracy”. Buduje ją niemal od zawsze. Kilka lat temu przybrała ona postać Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Ma to być organizacja działająca oddolnie, zrzeszająca ludzi prostych zawodów, ubogich, bezrobotnych, lokatorów pokrzywdzonych przez reprywatyzację. Sam Ikonowicz wielokrotnie podkreślał, że jej siłą ma być klasowy autentyzm: jest jedyną partią, która faktycznie reprezentuje interesy proletariatu i grup wykluczonych. Odmiennie niż w przypadku dominujących ugrupowań, predysponuje ją do tego właśnie sam jej skład klasowy i baza społeczna. To słuszna koncepcja – tak w końcu powstawały partie socjalistyczne, które na początku XX wieku zaczęły w krajach europejskich ocierać się o władzę. Poza tym badania socjologiczne i sondaże opinii nieustannie pokazują, że Polacy nie uznają żadnej z obecnych w Sejmie partii za adekwatnie reprezentującą ich interesy. Wyakcentowanie klasowego charakteru organizacji może dać w tych warunkach oczekiwane rezultaty – stąd przecież wziął się niegdysiejszy sukces Samoobrony. W przypadku Leppera było to co prawda oszustwo, ponieważ faktycznie stworzył on partię „kułacką”, jednak RSS wypada w tej mierze bardziej wiarygodnie. Teoretycznie powinien więc to być polityczny „samograj” z reprezentacją parlamentarną obecną w Sejmie od co najmniej ostatnich wyborów w 2015 r.
Mijają jednak lata, a partia Ikonowicza sytuuje się na kompletnym marginesie i jeżeli pozostanie w obecnym kształcie, perspektywy rysują się przed nią coraz marniej. Jest tak, mimo że Piotr poświęca na działalność cały swój czas i jest stale obecny wśród ludzi stanowiących bazę społeczną jego partii. Można oczywiście założyć, że powodem jest hegemonia PiS na scenie politycznej, która z powodu swej socjalnej retoryki i powodzenia programu 500+ pełni w polskich warunkach rolę quasi-socjaldemokracji. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego RSS początkowo się rozrastał, prezentując się jednocześnie nieporównanie bardziej radykalnie niż socjal-prawica Kaczyńskiego, a po 2015 r. jego struktury zaczęły się kurczyć. Obecnie oprócz warszawskiego RSS działa praktycznie tylko gdański. Jest tak z jednego kluczowego powodu: lider utracił zaufanie wielu ideowych działeczek i działaczy socjalistycznych motywowanych ideologicznie, którzy skupili się wokół niego po powołaniu do życia RSS.
Tylko pozornie chodzi o incydent wyborczy podczas kampanii w 2015 r. kiedy Ikonowicz deklarował współpracę z ze Sławomirem Izdebskiem, politykiem o obrzydliwie nacjonalistycznych ciągotach. Owszem, wielu aktywistów, dla których lewicowość z konieczności oznacza bezwarunkowe odrzucenie nacjonalizmu, poczuło się wtedy zdradzonych i odeszło. W istocie jednak ta kropla przelała czarę goryczy, która zbierała się od dawna. Ikonowicz bowiem, panując nad partią żelazną ręką – co już przeczyło deklarowanej zasadzie demokracji i oddolności – obrał jednocześnie całkowicie błędną taktykę całkowitej koncentracji na wyborach. Tak samo było w okresie Nowej Lewicy.
Jeżeli zgodzimy się, że RSS jest ciałem obcym w mainstreamie, to jasne staje się również to, że skuteczna budowa takiej oddolnej alternatywy możliwa jest tylko z pominięciem cyklu wyborczego. Nie ma też co liczyć na to, że start w wyborach będzie sposobem na „dotarcie do ludzi”. Nie będzie, kolejne próby tego dowiodły. Każda kampania wyborcza oznacza dla RSS zawieszenie całej regularnej działalności i podporządkowanie jej priorytetowi, jakim nagle się staje promocja osoby Piotr Ikonowicza w mediach. Dodajmy do tego antagonizowanie własnych kadr, żeby przyklepać sprawę wspólnych list z jakimś cynikiem – wbrew ideowemu i antysystemowemu charakterowi partii. Rezultat może być tylko jeden: przeciwskuteczność.
Kontakt ze zwykłymi ludźmi, ideowi działacze i oddanie sprawie przemiany społecznej jest wszystkim, czym dysponuje RSS. Gdy organizacja znajduje się w niekończącej się fazie embrionalnej, każda próba odnalezienia się w mainstreamie ad hoc i działanie jego metodą – a tym właśnie są wybory – będzie oznaczała zaburzenie procesu, który musi zachodzić płynnie i stabilnie przez lata, by po długim okresie móc dać rezultat. Dopiero gdy partia okrzepnie i kadry się rozrosną, start w wyborach ma jakikolwiek sens. W przeciwnym razie oznacza to roztrwonienie skromnych aktywów posiadanych w punkcie wyjścia. Tak było kilka lat temu, tak też będzie i tym razem.
Jeżeli na pytanie, jak będzie wyglądała jego kampania wyborcza, Piotr odpowiada, że „pojedzie do pani, która chce wrócić do swojego spalonego mieszkania” to jest to niepoważne potraktowanie albo kampanii, albo tej pani. Taki pomysł może przekonać kogoś, kto jest na lewicy od pół roku, a nie doświadczonych aktywistów, których RSS potrzebuje, by się rozwijać, bo zawsze stanowią oni krwiobieg organizacji. Samą ideą partii się nie zbuduje. To przejaw bezradności i rezygnacja z jakiejkolwiek koncepcji taktycznej. A wieczna improwizacja nie jest wyłącznie „metodą” Ikonowicza – to los całej lewicy. To bardzo istotny symptom. Należy go wreszcie w pełni naświetlić i zacząć o nim mówić. Bo skoro organizacje lewicowe nie mają żadnego pomysłu, jak zyskać jakąkolwiek siłę polityczną, to po co w ogóle istnieją? Celem replikacji własnego etosu? Sorry, to mało.
Ikonowiczowi i RSS wybory na dobrą sprawę tylko przeszkadzają, stanowią szkodliwą obsesję. Paradoksalnie, gdyby za każdym razem, kiedy idą wybory, Piotr tak się na nich nie koncentrował, to już dawno ponownie zawitałby do Sejmu i zagroziłby PoPiSowi: po prostu stworzyłby ten wymarzony ruch zamiast nieustannie podcinać jego korzenie. Myślenie długoterminowe zwyciężyłoby nad określaniem się od wyborów parlamentarnych do samorządowych. Chodzenie na skróty, przeskakiwanie etapów – to nie działa.
Kluczowe jest to, czego w RSS teraz najbardziej brakuje, czyli kadry. Zadziałać może tylko organizacja kadrowa, która rozpocznie długi marsz, nastawiając się początkowo nie tylko na „ludzi pracy” (chociaż ciągła aktywność wśród nich jest konieczna), lecz i na możliwość przyciągania i kształcenia politycznego młodych radykałów o marksistowskich czy antykapitalistycznych zapatrywaniach, chcących angażować się społecznie, wykształconych, pochodzących z inteligencji, czy nawet z szeroko rozumianej „klasy średniej”. Oni stworzą zaplecze ideologiczne, teoretyczne, organizacyjne, programowe i medialne, które pozwolą partii rozwijać się przez jakieś 7 – 10 lat, by mogła ona następnie osiągać cele polityczne z prawdziwego zdarzenia. Ten „awangardyzm” nie wynika bynajmniej z niedoceniania klasy robotniczej, nie chodzi też o „wnoszenie świadomości klasowej z zewnątrz”.
Zwykli ludzie są zbyt zaaferowani życiem niepolitycznym, by w tworzeniu sprawnej organizacji – nawet takiej, z którą się utożsamiają – mogli polegać tylko na sobie. Dlatego dzisiaj pojedyncze sukcesy aktywności związkowej i lokatorskiej nie przekładają się na trwałe zaangażowanie „zwykłych ludzi”, którzy uzyskali realną pomoc od socjalistów, w ruch, jaki marzy się Ikonowiczowi. Potrzebują kadr, którym mogą zaufać i które wezmą na siebie dużą część pracy i ryzyka związanego z aktywnością polityczną. Oparcie takie muszą dać im socjaliści działający sprawnie i na skalę odpowiednio dużą, by zdolni byli wywierać choćby minimalny wpływ polityczny. W przeciwnym razie ubożsi ludzie będą nieustannie woleli partie takie jak PiS – organizacje biznesu z socjalnym listkiem figowym.
Wiadomo już, że nie zadziałała jedyna przemyślana taktyka zastosowana po 2015 r. – ożywienie lewicy poprzez przesunięcie jej w prawo. Partia Razem właśnie się sypie, odchodzą działacze i działaczki, w tym osoby należące do „wierchuszki”. Nie jest też tajemnicą, że mimo oportunistycznej polityki, ugrzecznionego wizerunku i przeestetyzowania przekazu od początku były w tej partii elementy zarówno radykalne, nie wstydzące się słowa socjalizm, jak i autentycznie zaangażowane na rzecz ubogich. Rozczarowanie Partią Razem może doprowadzić do konsolidacji sił na lewo od nich. Piotr Ikonowicz i RSS mogą skorzystać na tej tendencji, by przeistoczyć swoją organizację w kuźnię kadr na przyszłość.

Nie gram w tę grę

O tym, jak ginie kapitalizm, o ideach, na które jeszcze nie jesteśmy gotowi i o tym, jak ratować Warszawę przed neoliberalizmem i reprywatyzacją Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Ikonowiczem.

 

Maciej Wiśniowski (strajk.eu): Z ogromnym zainteresowaniem i entuzjazmem słuchałem twojego przemówienia 1 Maja. Podobne emocje towarzyszyły mi podczas wystąpienia w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa, kiedy mówiliśmy o stosunku lewicy do zjawiska wojny i militaryzmu. Kiedy się ciebie słucha i widzi, to aż się chce pójść i spalić jakiś burżuazyjny przybytek. Jednocześnie jednak jesteś zawodowym przegranym. Ludzie ci klaszczą i ja ich rozumiem, bo sam ci klaszczę. A potem idziesz na wybory warszawskie z rozkoszną pewnością, że znowu się nie uda. Co jest? Ikonowicz jest do dupy, lewica jest do dupy czy rzeczywistość jest nie taka?

No to może się rozejrzyj. Świat idzie w jakąś stronę i nie jest to kierunek lewicowy. Zależy, jakie masz cele. Jeżeli sobie stawiasz taki cel, by osiągnąć 5 proc. i dostać dotację, a potem wprowadzić kilku albo kilkunastu posłów do Sejmu, to są to cele racjonalne i osiągalne. Można klepać wtedy komunikat o korekcie kapitalizmu i delikatne lewe centrum to łyka.

 

Ale to jest nominalna lewica, a radykalna?

Skrajna lewica w Polsce nie występuje, więc prawica ją kreuje. Jak się walczy z systemem, to trzeba budować taką formację polityczną, która pokaże, że kapitalizm nie spełnia żadnych oczekiwań, że czarny scenariusz jest nieunikniony i że nie wróci do poziomu państwa dobrobytu. Bo nie wróci.
Wszystko idzie w kierunku umów śmieciowych, utrwalania nazistowskiej koncepcji zasobów ludzkich. Naziści ją wymyślili, kapitaliści ją przytulili. Podmiotowość ludzi pracy, humanizm i to wszystko zostało odrzucone w imię po pierwsze darwinowskiej walki o przetrwanie, a po drugie w imię sukcesu. Gdybym ja miał oceniać człowieka wyłącznie poprzez sukces polegający na tym, że dopchał się bliżej żłobu, świecznika i co tak jeszcze sobie stawiamy za cel, znaczenia, to mógłbym się z Tobą zgodzić, że jestem przegrany. Ale ja nie gram w tą grę polegającą na tym, że mam zdobyć ileś tam punktów, godząc się na panujący system.

 

Uważasz, że nie czeka nas w tej rzeczywistości nic dobrego?

Tak naprawdę przegrani są wszyscy ci, którzy nie dokonują zamachu na system i nie próbują budować dla niego alternatywy. System ten niszczy przyrodę, ludzkość i znaną nam cywilizację łącznie z demokracją, ubezpieczeniami, urlopami płatnymi i tak dalej. To wszystko znika na naszych oczach. Trzeba być lemingiem albo bardzo cynicznym człowiekiem, przekonanym, że zdąży umrzeć, zanim to wszystko walnie. Myślę, że ci wszyscy młodzieńcy, którzy marzą o tym, że niebawem będą radnymi albo posłami w gruncie rzeczy tak właśnie myślą – mają nadzieję, że nie dożyją końca.

Albo nie wiedzą, że to ginie. To oznacza, że za mało czytają, za mało widzą.

 

Nie grasz w tę grę. To w co grasz?

Gram w stworzenie partii ludzi pracy. To jest strategia na przyszłość. Stworzyliśmy ją, niedużą, ale jest. Po co jest taka partia? Skoro jej nie ma w Sejmie, rządzie i samorządzie, skoro nie ma tam reprezentacji ludzi pracy, to można zwolnić z PLL LOT działaczkę związkową i nikogo to nie zaboli. Bo nie ma posłów labourzystowskich (tych od Jeremy’ego Corbyna) albo pracowniczych, którzy podniosą larum. Jest w Polsce 16 milionów ludzi pracy najemnej, którzy nie mają swojej partii.

 

A chcą ją mieć?

Potrzebują jej, masz natomiast rację, że świadomość ludzi pracy jest słaba. Mnie ludzie zaczepiają na ulicy. I oni nie dyskutują z potrzebą istnienia takiej partii. Problem tylko w tym, jak często możemy tą potrzebę komunikować. Kampania wyborcza jest dobrą okazją do takiego komunikatu. Jestem najczęściej chyba występującym działaczem lewicy w mediach. Przy czym ciekawe: przede wszystkim w sprawach społecznych, a nie politycznych.

 

Bo teraz bardzo dużo się mówi o tym, jak PiS głaszcze ludzi.

Niedawno w audycji telewizyjnej spotkałem się z poglądem, że ludzie są przez PiS rozpieszczeni. Zajmuję się właśnie rodziną, której mieszkanie się spaliło. Oni mieszkają w dzielnicy, w której rządzi PiS. I nie chcą wrócić do swojego mieszkania, bo tam jest 10 metrów kwadratowych bez toalety. Nie wiem, czy to jest oznaka rozpieszczenia, wiem natomiast, że według danych Eurostatu 75 proc. dzieci żyje w warunkach nadmiernego zagęszczenia. Co to znaczy? Że biją się o kawałek blatu do odrabiania lekcji. W krajach, do których emigrują, każde dziecko musi mieć swój pokój. I one są z podatków, te pokoje.

 

Mówisz o konkretnych przypadkach, a nie o rewolucji.

Nie można dzisiaj powiedzieć ludziom: „zmieńmy system”. Bo oni ten system mają w głowach. Bardzo często ci, którym świadczymy pomoc, bardzo nalegają, by po wszystkim nam zapłacić. Nie rozumieją tego, że my chcemy wejść w relację społeczną, chcemy wspólnie budować siłę masową, a niekoniecznie chcemy od nich te 5 złotych. Ale oni mają w głowie tę drobnomieszczańską, kapitalistyczną mentalność: niewolniczą. I ją trzeba z ludzi wyciskać, a nie jej schlebiać.

 

Bo lewica dzisiaj mówi o czymś zupełnie innym.

Problemem zasadniczym są priorytety na lewicy. Myśmy bardzo długo uważali, że tematy obyczajowe trzeba odsuwać, bo one nam tylko utrudniają. Potem jednak Palikot pokazał, że one też są ważne i że można na nich robić politykę. Ale tylko dla klasy średniej, wśród której my nie mamy czego szukać. Zresztą klasa średnia to realnie około 500 tysięcy ludzi, choć uważa się za nią kilka milionów. Potem niektórym z nich udzielamy pomocy, kiedy spadają na dno, bo okazuje się, że nic nie było ich, tylko banku.

Nie możemy więc głosić: budujmy socjalizm, skoro w umysłach jest kapitalizm. Musielibyśmy więc wprowadzić jakiś system opresji, bo zderzylibyśmy się z kapitalistyczną mentalnością. Byłaby to taka sama sytuacja, jak w 1946 roku, kiedy radzieccy wkroczyli tu robić socjalizm. PPS to piękna karta historii, ale ona nigdy nie przekraczała 20 proc.

Naszym programem jest przemiana społeczna, czyli zaszczepienie humanistycznych i egalitarnych ideałów społeczeństwu w toku walki o lepsze życie. W walce o upodmiotowienie ludzie odrzucaliby poglądy, które im narzuciła klasa pieniądza i władzy, żeby móc ich wyzyskiwać.

 

Tylko ty, niezależnie od moich ocen i rozczarowań, potrafisz wyjść na ulicę i wyciągnąć 500 osób, co jak na dzisiejsze warunki to nie jest mało. Ale to, co teraz mówisz, jest obrazkiem dość pesymistycznym. Szkody, które przyniósł kapitalizm, są nieodwracalne. A jeśli nawet jednak odwracalne, to nie mam odpowiedzi, w jaki sposób je odwracać. Orzesz na ugorze, który nie daje ci plonów. Pomagasz ludziom, którzy potem na ciebie nie głosują. Może więc jest tak, że my źle myślimy, może inaczej trzeba myśleć

Ja nie sądzę, żebyśmy mieli problem z komunikowaniem. Nie musimy udawać. Wiemy, jak się żyje, ile co kosztuje i czemu nie działają te przepisy, które wymyślono, by jakoby pomóc. Socjaldemokraci wierzą szczerze, że zrobią tutaj jakąś Szwecję czy Danię. Skupiają się przy tym na redystrybucji, na podatkach i na pomocy społecznej. Z tego zrodził się pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego i tak dalej. To bardzo fałszywa droga.

Nasi oponenci ciągle mówią nam: „komu mamy zabrać, żeby rozdać?” albo „zabieracie najbardziej produktywnym, którzy tworzą dochód, innowacje, kapitanom przemysłu…” i ludzie to kupili. Nie chcą być obdarowywanymi. Ciekawe, że 500 plus i podobne są zawsze powszechne. Słusznie. Ludzie obdarowywani pomocą uważają, że są gorsi. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, chwalą się, że nie korzystają z pomocy społecznej albo tłumaczą, czemu musieli z niej skorzystać. PiS świetnie to zrozumiał i jak dał, to wszystkim, żeby nikogo nie wyróżniać negatywnie. To bardzo lewicowe.

 

Jaka jest więc alternatywa?

Nie trzeba nikomu zabierać. Ja mówię im tylko: „przestańcie nas okradać przy każdej wypłacie” Tu jest istota problemu i konfliktu, że okradają nas zatrudniciele, niesłusznie zwani pracodawcami. A ludzie nie nauczyli się liczyć i sprawdzać, jaką wartość ma ich praca. Bo zyski to jest wynik ich pracy, nie ma innych zysków. Nie ma zysków bez pracy. To jeszcze mówił Smith przed Marksem.

My mówimy, że to, co wam dają to jest jałmużna, dają wam tyle, żebyście następnego dnia mogli przyjść do roboty, a teraz, kiedy sytuacja na rynku jest inna, płacą tyle, żebyście nie poszli do konkurencji. Im bardziej męczącą macie pracę, tym mniej wam się chce szukać lepszej oferty pracy. Przyjrzyjcie się tym zyskom i spytajcie, jaki ułamek z zysków tworzy waszą pensję. Wystarczy, że pracodawca nie będzie nas łupił. Od razu mamy pełne kieszenie i jesteśmy podmiotowi, śmielsi. Mało tego, te 8 godzin pracy, podczas których jestem użyteczny społecznie, bo przyczyniam się do rozwoju kraju i społeczeństwa, stwarza poczucie dumy. Człowiek chce się czuć użyteczny. To jest moment, kiedy alienacja pracy zaczyna kruszeć. Przedsiębiorca przestaje mieć niewolników, ma partnerów. Jest synergia we wspólnym wysiłku. Jeżeli stworzymy algorytm, że indeksujemy płace do wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa, to ludzie nie tylko się upodmiatowiają, ale też niesamowicie zasuwają. Ich płaca zależy od wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa. Owszem, czasem ktoś się potknie. Wtedy wszyscy musimy się zrzucić na tych, którym się nie powiodło. Być może również na tego przedsiębiorcę, który ma wyłącznie długi. To nie jest tak, że on nie jest człowiekiem i nie ma rodziny. Do mnie tacy przedsiębiorcy przychodzą, którzy uwierzyli w mit Balcerowicza o self-made manie.

 

Wróćmy do lewicy klasy średniej…

Tak, oni mówią o koncepcji dochodu bezwarunkowego. To niezwykle niebezpieczna koncepcja. Oznacza ona, że nie jesteśmy już podmiotem, który coś współtworzy, który ma znaczenie i wartość. Jesteśmy wyłącznie balastem, hodowanym do konsumowania. Jesteśmy potrzebni korporacjom, borykającym się z nadprodukcją. Oni będą to dzielić, ale bez nas. Nie będziemy mieli wpływu na cywilizację. Nie można być od razu emerytem. Badania wykazują, że człowiek nie może nic nie robić dłużej niż 5 lat, bo się psychika mu popsuje.

 

To ładnie brzmi, ale pogadajmy, jak te piękne wizje chcesz realizować w Warszawie, na której prezydenta kandydujesz. Rzeczywistość silnie weryfikuje teorię, prawda?

Warszawa z naszego punktu widzenia jest miejsce i łatwym, i trudnym. Łatwym, bo tu nie ma takiej nędzy, jak w niektórych miejscach w Polsce. Można tu zrobić parę ładnych rzeczy z budżetem 14 miliardów złotych. To pozytywne wyzwanie. Kilka lat temu pani Hanna Gronkiewicz Waltz zleciła badania dotyczące długowieczności warszawiaków w poszczególnych dzielnicach. Z nich wynikało, że różnica między Pragą a Ursynowem wynosi 16 lat, na niekorzyść Pragi oczywiście. Co ciekawe, ponieważ była zarażona neoliberalną propagandą sukcesu, schowała te wyniki pod dywan, nie podjęła dalszych badań. Nie zrobiła więc nic, by ta różnica się zmniejszyła. Czyli inaczej powiedziała to, co Borowiecki z „Ziemi obiecanej”: „niech zdychają”.

 

A co Twoim zdaniem powinna zrobić?

Po pierwsze – zlecić zbadanie, jakie są przyczyny tych różnic. Ale klasa średnia i jej mentalność jest taka, że oni od razu, bez żadnych dowodów uznali, że wyjaśnienie jest proste: tamci piją i są nic nie warci. Podczas kiedy przyjrzymy się warunkom mieszkaniowym, zagrzybionym, ciasnym, przeludnionym mieszkaniom, jak często ci ludzie chodzą do lekarza i w ogóle jaki mają dostęp do służby zdrowia i do badań, to wszystko staje się jasne. Człowiek z Wilanowa zapłaci, a człowiek z Pragi czeka po kilka lat na wizytę lub diagnozę, często już spóźnioną. Dodaj do tego czas pracy i brak urlopów plus stres wynikający z presji ekonomicznej, który po prostu skraca życie.

 

Zbadać i co dalej?

Trzeba więc było zbadać to wszystko do końca, zastanowić się, jak zmienić ten stan rzeczy, jak pomóc prażanom. Po pierwsze zatem – diagnoza społeczna. Nie taki żarcik, jaki prezentuje profesor Czapiński, tylko porządna i wszechstronna. I my to chcemy zrobić.

Wielkie zadanie, jakie stoi przed przyszłym prezydentem Warszawy to jest połączenie obu brzegów Wisły. Są przecież dzieci na Pradze, które nigdy nie widziały Zamku Królewskiego ani Łazienek. Mieszkańcy Pragi czują się na lewym brzegu gorsi. Do tego zapobieganie sytuacjom prekaryjnym. Dla ludzi biednych Warszawa jest potwornym miejscem – bo jest potwornie droga i ich na nic nie stać. Ludzie niezdolni do pracy, niepełnosprawni lub emeryci bez emerytury, mają 604 złote zapomogi. 604 zł na zawsze, bo ten zasiłek pomniejsza się o inne świadczenia, które dostajesz. Jeśli dadzą ci dodatek mieszkaniowy, to też go odliczają od zasiłku. I wciąż masz na życie 604. Lada moment dojdą do tego ci, którzy byli na umowach śmieciowych i nie wypracowali emerytury. To dzisiaj ludzie w średnim wieku. Skończą z zasiłkiem stałym 604. My proponujemy zasiłek drożyźniany z pieniędzy samorządowych. 300 złotych. To jest jedna kolacja – ktoś powiedział. Jak dla kogo, dla niektórych to dziesięć dni życia. Człowiek palący zacznie kupować papierosy, a nie zbierać je z chodników. To jest fenomen, którego nie rozumieją urzędnicy strofujący biednych, że nie mają na rachunki, ale mają na papierosy. To jest dla nich często jedyna radość w życiu. W obozach ludzie chleb oddawali za papierosy. Ktoś, kto nie był w takim stresie i w takiej biedzie nie ma prawa opowiadać o rzucaniu palenia.

Takich biednych, potrzebujących dodatku drożyźnianego nie ma aż tak dużo. Starczy dla nich po te 300 złotych i nie uszkodzi budżetu.

 

Chcesz mi powiedzieć, że dołożysz do minimalnych emerytur, czyli byłym ubekom też?

To są ludzie. Mają nie jeść? Chociaż ich wciąż ten problem nie dotyczy.

Warszawa jest miastem, w którym na siebie krzyczą, trąbią, obsesyjnie się śpieszą. Ta wrogość też wynika ze strachu. Otaczamy się murami i płotami. A my chcemy rozgrodzić Warszawę. Chcemy wprowadzić przepis, że grodzenie byłoby zabronione za wyjątkiem bardzo poważnych uzasadnień. Żeby zlikwidować strach przed biednymi, co jest syndromem Trzeciego Świata, trzeba zlikwidować biedę. Zlikwidowanie ogrodzeń spowoduje, że ludzie zaczną widzieć innych. Do tej pory nie dało się zobaczyć innego człowieka, pędząc z domu do samochodu, z samochodu do pracy i z powrotem przed telewizor.

 

Opowiadasz o zamiarach, a chciałbym jeszcze usłyszeć, skąd weźmiesz na to pieniądze, bo to stały argument: lewacy rozdają, a nie zarabiają.

Miasto to nie firma. Ma duży budżet, wystarczający na potrzeby warszawiaków. My nie jesteśmy szaleni, nie chcemy zakazać rozwoju, powstawania nowych osiedli. Chcemy, żeby w centrum byli ludzie, sklepy i normalne życie, a nie tylko banki i pustka wieczorami. Trzeba stworzyć sieć banków komunalnych, które będą finansować miasta. To są rzeczy, które już gdzieś zrobiono, to działa. Jest problem śmieci, na których można zarabiać. Trzeba zatrzymać prywatyzację miasta. Może trzeba pomyśleć o odkupieniu spółki ciepłowniczej w Warszawie.

 

A jak będzie wyglądała Twoja kampania wyborcza?

Jak zwykle. Pojadę do tej pani, która nie chce wrócić do swojego spalonego mieszkania. Potem zaprowadzę przed Ratusz mieszkańców czterech bloków, którym chcą postawić plombę pod oknami, potem spotkam się z 97-letnią staruszką, byłą więźniarką Pawiaka. Niemcy jej nie zabili, a władzom stolicy może się udać, bo chcą ja usunąć z mieszkania.

 

Bardzo szanuję twoje inicjatywy, ale to nie przebije się nigdzie i nikogo nie będzie obchodziło na tyle, by miało przełożenie na głosy wyborców. Może skupić się na reprywatyzacji?

Montujemy ruch oporu przeciw reprywatyzacji. Żadnych zwrotów – w naturze, akcjach, czym tam jeszcze. Koniec, żadnych zwrotów i żadnych wyjątków. Albo to przerwiemy, albo Polska będzie podzielona, ponieważ mnóstwo podmiotów zagranicznych zgłasza swoje roszczenia. Będziemy zbierać podpisy pod projektem ustawy. Myślę, że zbierzemy te 100 000 podpisów. To też będzie kampania wyborcza. Drugim elementem tej kampanii będzie blokowanie eksmisji z budynków reprywatyzowanych.

Chętnie stanę do publicznej debaty z Patrykiem Jakim i Rafałem Trzaskowskim na tematy społeczne. Oni przegrają. Jeżeli ludzie na mnie zagłosują, to będą mieli pewność, że ktoś się nimi zajmie. Jak na innych – tej pewności nie będą mieli. To kwestia wiarygodności. I zdecydowania.

 

A co mówią sondaże?

– One mówią, że mam niewielkie szanse. 2-3 proc. Otóż większość ludzi nie wie o tym, że kandyduję. Jak się dowiedzą, to te sondaże będą dużo lepsze.

 

Czego życzę. Dziękuje za rozmowę.

Głos lewicy

Tłusty wyjęty z kontekstu

W związku z pojawiającymi się w mediach wyrwanymi z kontekstu fragmentami moich wypowiedzi w Studio Polska w dniu 26 maja, informuję co następuje: przede wszystkim prawicowe media eksponują z mojej wypowiedzi jedno jedyne zdanie:” Niech tłusty pofatyguje się na kolanach”. Miałaby to być ilustracja mojego wrogiego stosunku do Kościoła i, w domyśle, wiernych. Oświadczam, że to manipulacja. Pełna moja wypowiedź w dyskusji wyglądała następująco:

W odpowiedzi na zapewnienia Pana Borowskiego, że PiS przeznaczył duże sumy na pomoc ubogim zauważyłem, że tę działalność popierałbym: „Gdyby (rząd) równolegle nie robił prawie tyle samo dla Rydzyka i dla Kościoła to byłoby dla niepełnosprawnych. Jak można napychać temu tłustemu mnichowi kieszenie?” W polskiej kulturze krytyka opasłych i chciwych mnichów ma bogatą tradycję, żeby wspomnieć choćby o słynnej Monachomachii biskupa Ignacego Krasickiego. W studio, mimo histerycznej reakcji części widowni dodałem: „ Jego (o. Rydzyka) pazerność nie zna granic. Na klęczkach powinien iść do niepełnosprawnych i przeprosić za swoją pazerność.” Potem wyjaśniłem, że: „Znam dobrze encykliki Jana Pawła II i społeczną doktrynę Kościoła i chce powiedzieć, że Kościół w Polsce jest Kościołem schizmatycznym, który w ogóle sabotuje swojego papieża, który jest barbarzyński, dąży do dóbr materialnych, grzeszy grzechem pychy i braku skromności. To jest moje zdanie o kościele, osoby świeckiej. Nie mam nic do wiary, uważam, że wiara może być szlachetna” – napisał na swoim profilu fejsbukowym Piotr Ikonowicz.

 

Nierefundowane

Mam wśród bliskich rodzinę, która opiekuję się chorym dzieckiem, które praktycznie cały czas przebywa w szpitalu. Mama, która heroicznie się tym dzieckiem zajmuje i przebywa praktycznie cały czas w szpitalu musi płacić za hotel, który jest przy tej placówce służby zdrowia – mówiła Katarzyna Piekarska na w programie „Szpile” antenie „Superstacji”Nikt tego przecież nie refunduje – dodała.

– W nowym systemie oświaty dzieci niepełnosprawne nie mają chodzić do szkoły, dla nich jest tylko kształcenie indywidualne w domu. A dla tych dzieci niepełnosprawnych to niezwykle ważne jest, aby miały kontakt ze szkołą – oceniła polityczka SLD. – To wszystko jest straszne – podsumowała.

 

SLD ma czystą kartę

– Bez względu na to, kto w jakiej partii jest, to sytuacja jest taka – wiele świństw, złodziejstw i na końcu morderstwo działo się w Warszawie. Nie wierzę w to, że nikt o tym nie wiedział. Wszyscy o tym wiedzieli. To była tzw. tajemnica poliszynela. W tej sprawie odpowiedzialnych trzeba znaleźć i trzeba ukarać – mówił odnosząc się do tzw. „dzikiej reprywatyzacji” Włodzimierz Czarzasty.
Przewodniczący SLD podkreślił na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia, że ws. reprywatyzacji warszawskiej jego partia ma „wyjątkowo czystą kartę”. – Choć współrządziliśmy Warszawą, zawsze mieliśmy radnych Warszawie, że nigdy nie byliśmy w tej sprawie atakowani. Jak był czas zgłaszaliśmy do prokuratury rzeczy związane z reprywatyzacją, które nam się nie podobały. Jak był czas zgłaszaliśmy również ustawy dotyczące reprywatyzacji, bądź uchwały do rady miasta – powiedział Czarzasty.

 

Cztery postulaty

– „Pakt solidarnościowy” zawiera cztery postulaty na rzecz osób niepełnosprawnych, do których spełnienia zobowiązują się wszystkie partie opozycyjne. Są to: wprowadzenie comiesięcznego dodatku rehabilitacyjnego w wysokości 500 zł dla osób niepełnosprawnych niezdolnych do samodzielnej egzystencji, reforma systemu orzecznictwa o niepełnosprawności, wyrównanie — zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego — świadczeń dla różnych grup osób niepełnosprawnych oraz zagwarantowanie realnego i najszerszego dostępu osób z niepełnosprawnościami do obiektów użyteczności publicznej – powiedział Marcin Kulasek w wywiadzie dla „Gazety Olsztyńskiej”.