Igrzyska niepodległości

Zbliża się setna rocznica odzyskania przez Polskę Niepodległości. Pozostało do niej około 100 dni, a nie widać dobrego pomysłu na jej uczczenie.

 

Finałowy mecz mundialu (Chorwacja – Francja) oglądałem w Czarnogórze; w klimatycznej nadmorskiej knajpce mojego kolegi Petera. Gospodarz witał wszystkich wchodzących i deklarujących kibicowanie Chorwacji (innych tam zresztą nie było) kieliszkiem rakii; drugi gratisowy kieliszek obiecywał po meczu, czyli po zwycięstwie Chorwacji. Sam nie pił – przed 16 laty zrobił beczułkę swojego znakomitego trunku i postanowił rzucić picie. Po meczu klienci czekali na kieliszek i Petera, ale się go nie doczekali. Zaczęli się rozchodzić. Poszedłem w kącik sali, w którym lubi przesiadywać niewidoczny dla gości i oniemiałem. Siedział przy stole nad ogromną tacą wypełnioną kieliszkami (ze 100 ich na niej było) i łoił rakiję.
– Dlaczego pijesz? – zapytałem.
– Bo mi smutno – odpowiedział.
– Że Chorwacja przegrała?
– Nie, że nie mogę poczęstować gości.
– Dlaczego nie możesz? Wstawaj, idziemy! – próbowałem go podnieść.
– Piję, bo mi smutno, że ich zawiodłem, a wyjść do nich nie mogę, bo mi wstyd.
– Ale przecież to nie Ty grałeś!
– Ale wierzyłem w ich zwycięstwo – wytłumaczył rezolutnie.
Cóż, dosiadłem się do kolegi, bo jego wywód wydał mi się nad wyraz ciekawy i inspirujący. Prosty restaurator znad Adriatyku pokazał mi, czym może być wstyd przed fałszywą wiarą i nie chodzi tu oczywiście o religię. Pokazał, że jeśli ma się czyste serce i intencje, można się wstydzić nie tylko czynów, ale i myśli.

 

Po co wspominam o Peterze przy okazji rocznicy polskiej niepodległości?

Bo wydał mi się dobrym przykładem, pokazującym, jak nasza polska rzeczywistość oddaliła się od normalności, idąc w stronę obłudy i absurdu. I że ci, którzy nas tam prowadzą, zapomnieli już co ty wstyd.
Senator PO Jan Rulewski rzucił niedawno pod adresem parlamentarzystów PiS celne zdanie: „Gdyby teraz padło polecenie od prezesa, by łapać pytona, to byście się państwo tam udali i nawet go zjedli”. Prawdziwe to, niestety.
Zbliżające się Święto Niepodległości szykuje się na bezprecedensowy festiwal intelektualnego kiczu. Nie słyszałem o jakimkolwiek pomyśle na obchody, który można by uznać za kreatywny i wartościowy.
Skoro nasze aktualne elity pomysłów nie mają, prawo przestało funkcjonować, a pojęcie wstydu jest im obce, rzucam kilka pomysłów, dzięki którym rok 2018 może zapisać się w Polskiej historii tak wyraziście jak rok 1918. Zapewniam, że wszystkie są nie tylko możliwe, ale i proste w realizacji.

 

Prezydent.

100 aktów łaski dla setki aktualnych polityków PiS. Oczywiście na przyszłość. Jak się aktyw wsadzi do więzień, ktoś przecież będzie musiał myć pomniki Lecha.

 

Senat.

100 kolejnych zawierzeń Najjaśniejszej w 100 dni! Nie ograniczajmy się tylko do Króla – Jezusa Chrystusa i Matki Jego Marii (zawsze dziewicy!), ale rozszerzmy grono beneficjentów o matki inne niż częstochowska, pozostałych członków Świętej Rodziny i ich znajomych.

 

Sejm.

Wypowiedzmy 100 losowo wybranych umów międzynarodowych. No po co nam one? Przecież i tak będą kiedyś martwe w swej literze, a w tej chwili tylko ograniczają „dobrą zmianę”.
Ministerstwo Obrony. Ogłośmy 100 kolejnych przetargów na dostawę uzbrojenia i odwołajmy je wszystkie dzień przed rozstrzygnięciem. Do reszty zrujnujemy sobie opinię wśród światowych dostawców, przez co wzmocnimy polski sektor zbrojeniowy.
Ministerstwo Środowiska. Po drzewach, wilkach i dzikach czas na wytypowanie 100 gatunków zwierząt do całkowitego odstrzału. Po co komu lisy (kombinują), borsuki (okopują się w jamach), sowy (mądre są), albo – za przeproszeniem – zające? Te ostatnie zresztą najbardziej kombinują i od nich bym zaczął.
Ministerstwo Kultury. 100 kolejnych milionów złotych dla Rydzyka.
Ministerstwo Infrastruktury. Po 100 mln zł na budowę 100 nowych kościołów. I po 100 kolejnych milionów na remont 100 istniejących.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych. 100 mln zł dla Rydzyka.
Agencja Wywiadu. Ujawnijmy 100 polskich agentów operujących za granicą. 100 w 100 dni. To zadziała prewencyjnie na tych, którzy mogliby pomyśleć o zdradzie.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Aresztujmy 100 osób podejrzanych o możliwość przyszłego zwerbowania przez Rosję. Nie ma co czekać, aż zaczną naprawdę donosić. Zróbmy to teraz, przecież stosunków z Rosją nie da się już bardziej zepsuć.
Centralne Biuro Śledcze. Aresztować 100 niewygodnych Redaktorów Naczelnych mediów opozycyjnych. Po co oni komu? Pustkę po upadłych tytułach szybko zapełni „dobra zmiana”.
Policja. Skoro bicie nie robi na opozycji wrażenia – zabijcie 100 KOD-ziarzy. Spokojnie, historia to doceni: lepiej teraz 100, niż za rok 100 tysięcy.
Ministerstwo Zdrowia. Zamknąć 100 największych szpitali. Ludzie chętniej zaczną się modlić i znajdą się pieniądze na realizację innych rocznicowych gestów.
Ministerstwo Cyfryzacji. 100 mln zł dla Rydzyka.
Ministerstwo Sprawiedliwości. Zamknąć 100 sędziów, każdego na 100 lat. Argumentacja zbędna – wiadomo o co chodzi…
Ministerstwo Rolnictwa. 100 tys. ha ziemi dla Rydzyka.
Ministerstwo Sportu. 100 basenów dla Rydzyka!
Ludzie prócz chleba potrzebują igrzysk, szczególnie gdy sprawuje się nad nimi władzę absolutną. Potrzebę tę docenił Herod Wielki, budując w podbitej Judei Cezareę z amfiteatrem (zaprojektowanym tak, by mogli w nim walczyć gladiatorzy) i hipodromem. Docenili cesarze Wespazjan i Tytus, wznosząc w Rzymie Amfiteatr Flawiuszów, zwany Koloseum.
Dziś rolę teatru przejęła telewizja, dlatego nie ograniczajmy się: po 100 mln dla Rydzykowej TV Trwam i Sakiewiczowej TV Republika. I po 100 mln dla każdego z kanałów TVPiS. Spokojnie: stać nas, a rocznicę niepodległości trzeba jakoś uczcić. A wstyd przecież nie istnieje…

 

Felieton ukazał się w „Faktach i Mitach”.

Kto nie chce, niech nie wierzy

Czy doczekamy się, że Prawo i Sprawiedliwość złoży wreszcie jakieś bardziej realne obietnice mieszkaniowe?

 

Wśród licznych obietnic, płynących nieustannie ze strony ugrupowania rządzącego, swoim rozmachem wyróżniają się zapowiedzi przyśpieszenia w budownictwie. Liderzy PiS już od kilkunastu lat opowiadają, że wywołają wielki boom mieszkaniowy w naszym kraju – i robią to z powodzeniem.
To znaczy, z powodzeniem o tym opowiadają, bo obiecywane mieszkania wprawdzie nie powstają w zapowiadanej ilości – ale wszystkie te opowieści są dobrze przyjmowane przez obywateli i wpływają pozytywnie na poparcie dla PiS.
Przykładem takich „mieszkaniowych opowieści” może być uroczyste oddanie do użytku we wsi Siedlemin pod Jarocinem 96 nowych mieszkań, pod koniec kwietnia tego roku,.
Według oficjalnej propagandy, było to pierwsze osiedle zbudowane w ramach rządowego programu Mieszkanie Plus, polegającego na wynajmowaniu lokatorom lokali po obniżonych stawkach czynszu.
W rzeczywistości, gmina Jarocin planowała budowę tego osiedla zanim jeszcze PiS doszedł do władzy w 2015 r, a budowę rozpoczęła wtedy, gdy nikomu się nie śniło o programie Mieszkanie Plus. Rząd postanowił jednak „podczepić się” pod jarocińską inicjatywę budowlaną – i po prostu włączył samorządowe osiedle, z którego budową nie miał nic wspólnego, do własnego progamu mieszkaniowego.

 

Cuda, cuda ogłaszają

Poprzeczka mieszkaniowych obietnic została bardzo wysoko zawieszona przez PiS już dawno bo w 2006. Wtedy liderzy tego ugrupowania, po wygranych wyborach, powtórzyli swą wcześniejszą obietnicę, iż w ciągu ośmiu lat zbudują 3 mln mieszkań.
PiS rządziło jak wiadomo tylko dwa lata, a w tym czasie oddano do użytku w Polsce zaledwie 248 tys mieszkań. Prawo i Sprawiedliwość miało oczywiście praktycznie żaden wpływ na ich powstanie, ale ponieważ u nas tradycyjnie wyniki gospodarki zalicza się na konto ugrupowania, które w danym okresie sprawowało władzę, więc i w tym przypadku można uznać, że budowę tych mieszkań firmowało PiS. Tyle, że w porównaniu do swych zapowiedzi, ugrupowanie rządzące osiągnęło nader znikomy sukces.
Żeby bowiem dotrzymać obietnicy postawienia 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat, trzeba by ich budować po 375 tys. rocznie, co oczywiście było wówczas – i jest nadal – zadaniem zupełnie w Polsce nierealnym.

 

Już trochę bliżej

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 r. liderzy Prawa i Sprawiedliwości czynili już nieco ostrożniejsze obietnice mieszkaniowe. Tym razem obiecali, w 2016 r., że doprowadzą do zbudowania 2,8 mln mieszkań w ciągu 14 lat – czyli równo po 200 tys. rocznie. Jak widać, wyraźnie więc spuścili z tonu w porównaniu z zapowiedziami wcześniejszymi o dziesięć lat.
Jednak i za obecnej kadencji PiS te obietnice zostają na papierze. W 2016 r. w naszym kraju oddano do użytku 162 tys. nowych mieszkań. W ubiegłym – 178 tys.
Postęp jest więc wprawdzie zauważalny i są to niezłe wyniki – ale sporo jeszcze zostaje do stawiania ponad 200 tys mieszkań rocznie. Inaczej nie da się zaś osiągnąć wspomnianego 1 mln 400 tys w ciągu 14 lat.
Widać zatem, że i aktualne obietnice mieszkaniowe PiS nie mają niestety szans, aby się ziscić.

Kasa kontra pieluchomajtki

Minister Rafalska wyjaśniła w jaki sposób będą rozdysponowane pieniądze, po 300 złotych, na wyprawki szkolne dla uczniów. Wyjaśniła, że rząd daje gotówkę do ręki, bo rodzice wiedzą najlepiej jak te pieniądze wydać. W przypadku programu 500+ argumentacja dawania pieniędzy do ręki też była taka sama. Jednak tej, chyba słusznej zasady, w przypadku niepełnosprawnych, minister Rafalska nie zastosowała. Zaproponowała ekwiwalent w pieluchomajtkach. Oznacza to, że rząd nie daje tej grupie pieniędzy do ręki, bo uważa ją także za niepełnosprawną umysłowo, niegodną dawania pieniędzy do ręki. Ta grupa może nie wiedzieć jak najlepiej wydać te pieniądze i dlatego należy się im ekwiwalent w pieluchomajtkach.
To esencja traktowania obywateli przez PiS. Dajemy tym, których jest dużo i którzy potem masowo pójdą do wyborów wdzięczni za gotówkę w kieszeni. Oto budowanie klientyzmu politycznego w najczystszej postaci. Zapowiadane są także jakieś dodatki dla emerytów. Pewnie nie będzie to ekwiwalent w zniżkach na komunikację, czy ulgach na paliwo, a tylko gotówka, bo wiadomo, obywatel sam wie jak najlepiej wydać przyznane mu pieniądze.
PiS toczy polityczną grę rozdając, albo obiecując, że rozda gotówkę milionom obywateli. Te miliony decydują potem przy urnach wyborczych. Takie rozdawnictwo przypomina trochę rozdawanie pieniędzy przed lokalami wyborczymi, przed aktem głosowania, co jest karalne. Jeszcze lepiej byłoby rozdawać po głosowaniu. Aż dziw bierze, że PiS, w nowej ordynacji wyborczej, nie zapisał takiego triku, który umożliwiałby sprawdzenie kto na kogo głosował. Wtedy istniałaby możliwość odebrania danych wcześniej pieniędzy. PiS traktuje obywateli jak mięso wyborcze. Zabiera jednym, by dać tym, którzy dają większe gwarancje na sukces wyborczy.
Niedawno wszyscy pracownicy nauki zostali pozbawieni opodatkowania dochodów należnego twórcom, ludziom nauki, dziennikarzom i artystom. Tym sposobem zabrano pracownikom nauki po kilkaset złotych miesięcznie. Oto tylko jeden z przykładów: by dać komuś, trzeba innym zabrać. Ale naukowcy to zgniła elita, na PiS raczej nie głosująca więc im zabrać należało się. Oto przykład skłócania społeczeństwa i szczucia jednych na drugich. Oczywiście potrzebującym pieniądze się należą. Tylko odnoszę wrażenie, że obywatel jest tu przedmiotem, a nie podmiotem. Obywatel nie jest celem. Obywatel jest narzędziem, które ma pójść do urn wyborczych i dać zwycięstwo PiS-owi. Dlatego PiS daje jednym pieniądze do ręki, innym proponuje pieluchomajtki, a trzecim pieniądze zabiera. Urna wyborcza, jest tu ponad wszystko, by partii żyło się coraz lepiej i dostatniej.

Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…

Inżynieria wyborcza

PiS twierdzi, że nie ma w budżecie pieniędzy na danie po 500 złotych miesięcznie dla każdego niepełnosprawnego.

Takich, którym te pieniądze należałyby się jest w kraju około 280 tysięcy. Zarazem liderzy PiS zapowiadają, że rozważane są różne warianty podwyższenia emerytur: zwolnień z płacenia PIT lub czegoś w tym rodzaju. Takie operacje kosztowałyby budżet państwa dziesiątki miliardów rocznie. Tych pieniędzy nie ma w ZUS-ie. Z tego powodu ZUS jest zasilany, na różne sposoby, z budżetu państwa, w którym, jak twierdzi PiS, brakuje pieniędzy dla niepełnosprawnych. Pieniądze dla nich to kilka miliardów w skali roku, a więc wielokrotnie mniej. Tak więc dla niepełnosprawnych nie ma mniejszych pieniędzy, a dla emerytów znalazłyby się znacznie większe. Oczywiście wielu emerytom te pieniądze też bardzo by się przydały.
Dlaczego więc nie ma kilku miliardów dla niepełnosprawnych , a znalazłyby się dziesiątki miliardów dla emerytów?. Odpowiedź jest dość prosta. Emerytów są miliony i oni chodzą do wyborów i w swojej wdzięczności mogą zagłosować na PiS. Niepełnosprawnych jest wielokrotnie mniej i ich udział w wyborach, liczbowo i proporcjonalnie do całej grupy, jest zdecydowanie mniejszy. Dlatego, chcąc utrzymać się przy władzy, PiS puszcza oko do milionów emerytów, a tysiącom niepełnosprawnym pokazuje środkowy palec. Wrażliwość społeczna nie ma tu nic wspólnego. Utrzymanie przy władzy się liczy i na to PiS zawsze znajdzie pieniądze, niestety w naszej kieszeni.

Poparcie dla PiS spada Wywiad

„Pogarda partii rządzącej dla polityków i dziennikarzy jest przecież pogardą dla suwerena” – z prof. Radosławem Markowskim rozmawia Kamila Terpia (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Dlaczego Sejm stał się oblężoną twierdzą? Nie mogą do niego wejść Wanda Traczyk-Stawska i Janina Ochojska, dziennikarze, którzy nie posiadają stałych przepustek, odwołane zostało po raz pierwszy w historii posiedzenie Sejmu Dzieci i Młodzieży…
RADOSŁAW MARKOWSKI: Zacznijmy od szerszego kontekstu – pamiętam, jak w latach 90. minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz jeździł do pracy na rowerze; późniejsi premierzy, na przykład Waldemar Pawlak, Leszek Miller czy Włodzimierz Cimoszewicz, chodzą obecnie normalnie po ulicach. A politycy PiS-u są otoczeni zasiekami bodyguardów, którzy mają ich chronić, prawie jak „Kimowcy” z Korei Północnej. Przy populistycznym rządzie, który rzekomo reprezentuje większość Polaków, to poważny wizerunkowy zgrzyt. Za plecami rosłych chłopców powinni się przecież ukrywać „zdradzieccy” liberałowie, którzy bezpiecznie zażywają wolności na ulicach.
Obecni rządzący mają obsesję tego, żeby nie mieć kontaktu ze światem obywatela, a ich rzekome spotkania z publicznością są kreowane i przygotowywane odgórnie… Przypomina mi to młodość w PRL.

Ale też lekceważenie polityków opozycji… PiS chce stworzyć „Sejm niemy”?
Sposób procedowania przez marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego poprawek opozycji do projektów rządowych ustaw powinien być wskaźnikowy dla Komisji Europejskiej, jak traktuje się demokrację parlamentarną w Polsce. Nie potrzeba do tego żadnego komentarza, wystarczy puścić fragment, w jaki sposób pan Kuchciński „proceduje” propozycje opozycji. A pogarda partii rządzącej dla polityków i dziennikarzy jest przecież pogardą dla suwerena. Ale takie zachowanie to jest pośrednie przyznanie się do tego, że są mniejszością. Od prawie 3 lat tłumaczę, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 5,7 miliona Polaków z 31 milionów, czyli 18,6 proc. Zdecydowana większość albo aktywnie zagłosowała przeciwko PiS, albo nie chciała ich aktywnie poprzeć. Oni czują się coraz bardziej osamotnieni, bo obecnie w liczbach absolutnych to poparcie spadło do ca 5,1-5,2 milionów, choć procentowy – mylący obraz – sięga czasami 40 proc.
Do tego nakłada się „międzynarodowe sieroctwo”. Przecież ten rząd nie może się zwrócić do żadnego kraju ościennego z prośbą o pomoc i kooperację, nawet Węgry nie są pewne, nie mówiąc już o wielkich graczach, a gdyby ktoś nam kilka lat temu powiedział, że administracja amerykańska podejmie decyzję, by nie spotykać się z premierem i prezydentem Polski, uznalibyśmy to za nietrafiony żart.
To, co się dzieje w związku z protestem niepełnosprawnych, jest zamknięciem polityki izolacji.

To wizerunkowe i społeczne samobójstwo? Czy znowu ujdzie to rządzącym na sucho?
Jak już mówiłem, w liczbach bezwzględnych poparcie absolutnie spada, co nie jest zawsze widoczne w procentach, dlatego że inni też nie są bardzo przekonywający. Czy ta sprawa im zaszkodzi? To zależy. Zwrócę uwagę na to, że ruszyła już propagandowa machina dziennikarzopodobnych wyrobów z TVP, która zaczęła oczerniać protestujących i oskarżać ich o działanie polityczne. Do niektórych to zapewne trafi.
Poza tym PiS cały czas przekupuje wyborców, starając się ich przekonać, że państwowa kasa jest bez dna i każdemu może być lepiej.

Dlaczego nie daje w takim razie niepełnosprawnym?
Odpowiedź jest prosta – PiS to klientelistyczna partia, kierująca się cynicznym rachunkiem – tych ludzi nie jest dużo, to po co tracić pieniądze? To nie jest też szczególnie szczególnie aktywny elektorat. Podejście partii rządzącej można streścić w jednym zdaniu: „to wrażliwa sprawa, ale nie będziemy marnować pieniędzy”. A przecież wystarczyłoby nie marnować miliardów złotych z programu 500 Plus, na tych zamożnych Polaków, dla których kwota taka nie stanowi żadnej różnicy w budżecie gospodarstw domowych.

Kto pierwszy ulegnie – władza czy niepełnosprawni?
Gdyby była dobra wola ze strony władzy, to pieniądze na pewno by się znalazły. Ale PiS postanowił uderzyć w najbogatszych i wprowadzić daninę nazywaną solidarnościową. Nazywanie solidaryzmem czegoś, co jest wymuszeniem, to absurd. Obawiam się, że to może bardzo zaszkodzić. Wielu dobrze zarabiających Polaków zakłada fundacje charytatywne i przekazuje pieniądze na potrzeby społeczne. Gdy państwo zacznie się zachowywać jak rabuś, to reakcja może być odwrotna – skoro zabieracie na siłę, to nie będziemy dawać dobrowolnie.
Ta władza ma za mało wyobraźni, aby przewidzieć, że kiedy dobrowolną charytatywność zamieni się na przymus, i to w ideologicznym sosie, to konsekwencje będą w dłuższej perspektywie opłakane. To może bardzo zaszkodzić i oddalić nas od modelu skutecznie funkcjonującego na Zachodzie.

Ministrowie mieli przekazać „nagrody” otrzymane w 2017 roku na Caritas. Czy oddali, nie wiadomo. Ale ta sprawa chyba poruszyła wrażliwą strunę także wyborców PiS-u?
To działa na wyobraźnię Polaków bardziej niż pogrzebanie Trybunału Konstytucyjnego. Politycznym majstersztykiem było zauważenie, że część Polaków ma bardzo słabo rozwinięte publiczne, obywatelskie wartości i ich nie rozumie, za to bardzo dobrze zrozumie, jak 500 złotych trafi do ich portfeli. I dlatego PiS do tej pory na tym „jedzie”. Ale właśnie dlatego, że sprawy finansowe są istotne, to sprawa wysokich „nagród” – zwłaszcza dla takich polityków jak Antonii Macierewicz, „cieszących się” niemal zerowym zaufaniem społecznym – musi razić. Dlatego PiS postanowił obciąć parlamentarzystom i samorządowcom pensje. Chociaż ja uważam, że w normalnym państwie można by się zastanawiać, czy polscy politycy nie zarabiają za mało. To nie jest oszczędność. Prawdziwą oszczędnością byłoby zmniejszenie liczebności Sejmu o połowę i likwidacja Senatu (albo zmiana jego roli), który w naszym systemie nie ma racji bytu, tym bardziej od czasu, gdy jest wybierany metodą większościowa i zawsze będzie stanowił po prostu wsparcie dla dominującej w egzekutywie partii.

Niektórzy komentatorzy mówią, że politycy PiS bez fizycznej obecności Jarosława Kaczyńskiego – który podobno ma problemy z nogą – są jak „dzieci we mgle”. Zgadza się pan z tym?
Po pierwsze, nie wiemy, czy Jarosław Kaczyński ma problemy z nogą. Dla mnie żałosny jest cały cyrk związany z jego chorobą – generał, który biega za prezesem z kulami i sparaliżowany szpital, bo jakiś guru polskiej polityki wymyślił sobie, że to będzie miejsce dowodzenia.
Jest przy telefonie i wydaje rozkazy. Myślę, że niewiele się zmieniło. Chyba że posłowie wiedzą coś więcej na temat istoty tej choroby i do czegoś się szykują… To są jednak tylko spekulacje.

Ale przecież widać coraz większy chaos w szeregach partii władzy.
To naturalne. Na początku była zwycięska partia, która była zdyscyplinowana i przestrzegała rozkazów wodza. Potem ludzie PiS zakosztowali w synekurach, na różnych stanowiskach klientelistycznie, a nie merytorycznie rozdanych i zaczęły do portfela spływać ogromne pieniądze… To jest autorytarno-klientelistyczne państwo, w którym nic nie działa merytorycznie, tylko „po uważaniu” i według zasług lojalności. Są w tym wszystkim różne interesy, różne grupy, podgrupy i one zaczynają skakać sobie do gardeł.
Tak jest zawsze, kiedy wypacza się system, który przestaje działać transparentnie, decyzje są ukryte i podejmowane w zaciszach gabinetów, bez odpowiedniej procedury.

Czy Koalicja Obywatelska, czyli układ PO i Nowoczesnej, jest odpowiedzią na zapotrzebowanie wyborców i będzie trudniejszym przeciwnikiem dla PiS-u?
Polski system wyborczy tak działa, ze każdy większy byt polityczny startujący w wyborach ma bardziej sprzyjający przelicznik głosów na mandaty. Zresztą te dwa ugrupowania mają zbliżony program, podobny elektorat, a co najważniejsze – uważają, że PiS jest politycznym złem w czystej postaci i należy przywrócić w Polsce konstytucyjny ład i likwidowane fundamenty państwa prawa.

Do tej koalicji nie chce się przyłączyć lewica, zwłaszcza gdy zaczęły jej rosnąć sondaże. Powinna iść do wyborów sama?
To, co od wielu lat robi, a w konsekwencji „osiąga” w wyborach polska lewica, to temat na odrębny wywiad. W Polsce jest bardzo wielu lewicowo zorientowanych wyborców, a mitem jest to, ze nastąpił jakiś konserwatywny czy prawicowy zwrot. W autoidentyfikacjach – tak, ale nie w ludzkim stosunku do ważnych kwestii społeczno-ekonomicznych czy socjo-kulturowych. Problem w tym, że SLD od wielu lat nie jest w stanie przekonać Polaków do swych kompetencji politycznych. Obecnie, na rok przed wyborami, jest zbyt późno, by rozmawiać o wielkiej koalicji z obozem liberalno-demokratycznym, natomiast kwestią otwartą jest, czy wokół SLD zechcą skupić się inne lewicowe ugrupowania i ludzie. Partia – nomen omen – Razem pewnie nie, i będzie trwała ze swym raczej liberalnym elektoratem na poziomie 3 procent. Rzecz jasna, dla ludzi lewicy jest to istotna strata, jeśli patrzeć na to z punktu widzenia parlamentarnej siły tej opcji. Na razie zatem nie widać, iżby lewica była w stanie zjednoczyć siły i zyskać poparcie pomiędzy 20 a 30 procent, co – patrząc na to z perspektywy ludzkich preferencji – wcale nie jest nierealne.

Czy nowa partia, którą chce stworzyć m.in. Ryszard Petru i Barbara Nowacka, po wyborach samorządowych w tym rozdaniu ma sens?
W kraju o najniższej frekwencji wyborczej w Europie, gdzie w każdym wyborach uczestniczy zaledwie 50 proc. uprawnionych obywateli, a na dodatek 1/3 z tej grupy raz bierze udział, a innym – nie, rzecz jasna zagospodarowanie apatycznego obywatela jest normalne, a nawet pożądane.
W przypadku wymienionej dwójki (znanych publicznie postaci) może się to udać, choć przed nimi wielkie wyzwanie, jakim jest opracowanie socjalno-liberalnego programu. Nie jest to łatwe, ale na świecie takie byty istnieją i nie ukrywam, że mają w dobie globalizacji ogromny sens. Problem w szczegółach, umiejętnym języku i esencji programowej takiego przedsięwzięcia, a także w tym, czy Polacy wykazują popyt na taki program. Dla wielu zestawienie tych dwóch postaci będzie już dużym zaskoczeniem – wszak stereotypowo mamy do czynienia z liberałem, w świadomości społecznej powiązanym z wielkim biznesem i – znów stereotypowo – z lewicującą feministką. Sporo pracy ich czeka.