Nie do śmiechu

Kupa śmiechu była wokół opublikowanych przez TOK FM fragmentów przesłuchań kandydatów do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

 

Ale śmiech przeplatał się z autentycznym przerażeniem: to tacy ludzie chcą kandydować do struktury, która może jedną decyzją powodować śmierć zawodową i cywilną polskich prawników? To tacy ludzie, dewoci, niedokształceni lub po prostu mało inteligentni chcą decydować o kształcie polskiego wymiaru sprawiedliwości, który sobie wymarzył PiS? Straszne.

Oto notariusz, który uważa, że o jego wartości jako członka Izby Dyscyplinarnej świadczą jego akty notarialne, a nie jakiś tam prace naukowe. Oto sędzia sądu okręgowego (!), który bez wstydu i argumentów reklamuje się, używając jakichś wypowiedzi na poziomie pięciolatka. Pani za całe kwalifikacje mająca poukładane (gratulujemy!) życie rodzinne. Sędzia za zaszczyt i najlepsze referencje uważający swe przegrane sprawy przed sądem dyscyplinarnym, prawnik przekonany, że stoi za nim biblijna przypowieść.

Radio TOK FM, reprezentujące przecież neoliberalne elity Polski, nieprzypadkowo zamieściło te kompromitujące kandydatów fragmenty. Rzucono je w przestrzeń publiczną, by pokazać: „patrzcie oto, jak niski poziom prezentują ci, którymi PiS ciąć będzie jak mieczem niepokornych i szlachetnych sędziów, który brzydzą się współpracą z autorytarną władzą. Zobaczcie, jak niski poziom prezentują potencjalni pretorianie Kaczyńskiego”. W domyśle – za czasów naszej władzy takiego czegoś nie było. To jest oczywiście prawda, ale niecała.

Bo byłoby dla TOK FM idealnie, gdyby ci wszyscy ludzie zostali prawnikami w 2015 roku, zaraz po dojściu do władzy przez PiS i niosący swe oszałamiające argumenty przed oblicze nowych panów przez ostatnie dwa lata. Tyle, że to niemożliwe. To są prawnicy, którzy nie wzięli się z powietrza. Oni tu byli już w III RP. Oni sądzili, bronili, oskarżali, pisali akty notarialne. Jeżeli poziom ich pracy i jej owoce w postaci wyroków, decyzji i postanowień, czyli to, z czym mieli do czynienia zwykli ludzie, był taki jak argumentacja pokazana podczas aplikowania do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, to wnioski są wstrząsające.

Oczywiście, można założyć, że TOK FM coś tam wycięło z kontekstu, czegoś nie dopowiedziało, słowem, troszkę manipulowało. To nieładnie, ale się zdarza. Można też przyjąć założenie, że z obecną władzą chcą współpracować tylko udzie o intelekcie przegrywającym pojedynek z intelektem ukwiału. Inni zaś, mądrzejsi, do Izby Dyscyplinarnej zgłaszać się nie mają zamiaru. Mało możliwe, ale niech będzie. A co, jeśli kandydaci do Izby Dyscyplinarnej to średnia statystyczna polskiego wymiaru sprawiedliwości?

Byłby to żywy dowód, że niska społeczna ocena całego polskiego wymiaru sprawiedliwości ma swoje uzasadnienie. Że ta grupa zawodowa pozbawiona była elementarnych mechanizmów wewnętrznej selekcji, pozwalającej na eliminowanie najsłabszych profesjonalnie swoich członków, kierowała się źle pojmowaną zasadą korporacyjnej solidarności i pozwalała przez całe lata funkcjonować w swojej przestrzeni ludziom, których szeroko rozumiane kwalifikacje do tego zawodu są niewielkie lub żadne. Powie ktoś, że przesadzam, bo w każdej grupie znajdą się ludzie nieprofesjonalni, nieobiektywni i zwykli durnie. Nie. Przez tyle lat słyszałem, że to najlepsi z najlepszych, elita elit, ludzie bez skazy i ze spiżu odlani, że teraz mam prawo mieć swoje wobec nich oczekiwania. Tyle lat mówili, że nie można mieszać się w ich sprawy, bo ich zawód cechują wysokie kwalifikacje moralne, tak wysokie, że nie prześlizgnie się przez to sito nikt, kto nie zasługuj na społeczne zaufanie. To nieprawda.

A zatem rację ma Ziobro i jego kompania, kiedy wmawiają nam, że trzeba tę kastę żelazną miotłą wymieść i wymienić na prawdziwych i nieskalanych bo pisowskich sędziów? Też nie.

I PO, i teraz PiS niczego innego nie chcieli i nie chcą, jak tylko dysponować posłuszną grupą prawników, która chronić będzie ich klasowe i partykularne interesy. Istota się nie zmienia przecież – prawo służyć ma klasie panującej. Zmieniają się tylko szczegóły tego dealu, w którym nie chodzi o sprawiedliwość dla wszystkich, tylko dla wybranych. Przypomnijcie sobie umorzenie sprawy o narażenie utraty życia i zdrowia ukraińskiej pracownicy, którą pracodawca wywiózł wpółumierającą na przystanek autobusowy. Sąd uzasadniał umorzenie niską szkodliwością czynu i perspektywami rozwoju firmy dającej pracę.

Dopóki nie wywrócimy stolika zwanego neoliberalnym systemem kapitalistycznym, żadnych zmian w systemie sprawiedliwości nie możemy oczekiwać.

Głos prawicy

W trasie

– Zaczynamy dziś wielką drogę po Polsce, by kontynuować rozmowę z Polakami. Trzeba nieustannie pracować, bo „Dobra Zmiana” wymaga ciągłego działania – powiedział Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas kongresu PiS w Warszawie.
Dodał, że dobra władza dba o obywateli.
– Chcemy nie tylko mówić, ale słuchać i dyskutować. Nie działamy dla siebie, ale dla Polaków – stwierdził.
Podkreślił, że Prawo i Sprawiedliwość musi być „partią czystych rąk i nie ma w niej miejsca dla tych, którzy będą sobie te ręce brudzić”.
Premier Mateusz Morawiecki przedstawił pięć propozycji dla Polski: Dobry Start, Obniżka CIT do 9 proc., Program Dostępność+, Mała firma – mały ZUS, Drogi lokalne. Oznajmił, że podczas podróży po Polsce i spotkań z mieszkańcami, jest wysłuchanie i odpowiedzenie na potrzeby Polaków.
– Nasi poprzednicy mają tylko jeden program: anty-PiS, a nasz program nazywa się Polska, i to Polska równych szans. Pokazaliśmy, że można zupełnie inaczej prowadzić politykę społeczną i gospodarczą. Nasz obóz jest po to, aby dawać społeczeństwu bezpieczeństwo – powiedział.
Wicepremier Beata Szydło przypomniała, że program Prawa i Sprawiedliwości powstał po wysłuchaniu trosk, uwag i potrzeb Polaków.
– Godne życie dla polskich rodzin to coś, co wspólnie osiągnęliśmy. Dzieci i rodzina są fundamentem Polski i naszą przyszłością – stwierdziła – Dlatego chcemy wprowadzić udogodnienia dla młodych mam. Wprowadzamy program darmowych leków dla kobiet w ciąży oraz emeryturę dla kobiet, które nie pracowały zawodowo, a wychowały minimum 4 dzieci – powiedziała Wicepremier Beata Szydło.
Info z pis.org.pl

 

Krysia donosi

Krystyna Pawłowicz, poseł PiS i członek Krajowej Rady Sądownictwa ostro komentuje działanie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który postanowił o wstrzymaniu wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów do Izby Karnej SN. Zdaniem Krystyny Pawłowicz działania te są nadużyciem sędziów, którzy z poparciem NSA, próbują sabotować procedurę wyboru przez prezydenta kandydatów do Sądu Najwyższego. Poseł Pawłowicz podkreśla, że NSA nie miał prawa wydać postanowienia w sprawie odwołujących się sędziów, gdyż działają oni z naruszeniem ustawowej procedury. Jak informuje Krystyna Pawłowicz, ustawowa procedura przewiduje złożenie odwołań do NSA za pośrednictwem KRS, która przesyła je do NSA wraz ze swoim odniesieniem się do skargi. Przesyła je wraz z aktami personalnymi kandydatów. Skarżący sędziowie Gąciarek i Skrzecz, jak wszystko na to wskazuje, złożyli odwołania równocześnie bezpośrednio też do NSA. Z kolei NSA złamał procedurę ustawową, gdyż nie czekając na skargę sędziów złożoną w KRS i na odpowiedź Rady na zarzuty, ani tez na akta personale, samodzielnie podjął działania. Działania te nie są przewidziane w ustawie, która żadnych „wstrzymań” i „zawieszeń” uchwał KRS nie przewiduje. Krystyna Pawłowicz przypomniała, że KRS miała zaopiniować dla prezydenta kandydatury na sędziów czterech izb SN: Dyscyplinarnej, Cywilnej, Karnej i Kontroli Nadzwyczajnej i spraw publicznych. Wszystkie kandydatury zostały zaopiniowane i przygotowywane są obecnie sukcesywnie indywidualne uzasadnienia każdej z nich.
– W pierwszej kolejności przygotowaliśmy uzasadnienia uchwał dla kandydatów do Izby Dyscyplinarnej i wysłaliśmy je do prezydenta. Te kandydatury zostały już przyjęte, a sędziowie wyznaczeni. Teraz kończymy opiniowanie uchwał dotyczących kandydatów do pozostałych izb. Do każdej z izb, kilku kandydatów, zgłosiło zastrzeżenia i złożyło odwołania. Procedura jest taka, że odwołania kandydatów od uchwał KRS powinny być składane do NSA tylko i wyłącznie za pośrednictwem Przewodniczącego KRS. Dwóch sędziów, stosując prawo dowolnie, najwyraźniej ścigając się z czasem, z pominięciem procedury ustawowej, przekazało swoje odwołania równolegle, bezpośrednio NSA, a nie tylko do KRS. Tak stało się właśnie w przypadku sędziów kandydujących do Izby Karnej, sędziego Piotra Gąciarka i Rafała Skrzecza – mówi Krystyna Pawłowicz w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

Prawo, niesprawiedliwość, konstytucja i sądy

Wydaje się, że już wieki minęły odkąd PiS wygrało wybory. I cóż? Pomimo strachu i całej tej alarmistycznej prasy szarzy obywatele w zasadzie nie odczuwają, by działa się jakaś straszna tragedia, chociaż ewidentnie burzone są fundamenty instytucji prawnych.

 

Część społeczeństwa wierzy, że nic groźnego się nie dzieje, a być może nawet ta nowa rewolucyjna władza ma trochę racji, że robi takie gwałtowne ruchy. Bo sądy działały zbyt wolno – a trzeba, by działały szybko; bo sędziowie tworzą uprzywilejowaną kastę – a nikt nie powinien stać ponad prawem; bo jakiś sędzia gdzieś się upił – a nie powinien!

 

Perfidia

Perfidia tej sytuacji polega na tym, że zasłaniając się tymi zarzutami, rządzący burzą trójpodział władzy i naruszają konstytucję. Zyskują przy tym kredyt zaufania i czas, bo wyborcy mimowolnie chcą osądzić, czy te nowe zmiany realnie pozbawią sędziów przywileju bycia nietykalnymi, czy młodsi nowi sędziowie Sądu Naczelnego, będą w stu procentach nieskazitelni, a procesy szybkie i bezstronne. Czy sędziowie SN będą znakomici i rano i z wieczora – i czy nie będą „donosili” do Brukseli na ukochaną ojczyznę. Wysuwając miałkie oskarżenia, PiS sprawia, że naród skupia się na duperelkach i traci z oczu rzecz najważniejszą” mianowicie to, że w tej grze nie chodzi wcale o naprawienie drobnych, choć realnych mankamentów, lecz o całkowite, trwałe przejęcie władzy i gwarancję, że się jej już nie utraci.
Nikt o zdrowych zmysłach nigdy przecież nie da gwarancji, że wśród tysięcy sędziów nie znajdzie się jakaś jedna czarna owca. Zarzut „to kasta” niema w dodatku żadnego uzasadnienia. Sędziowie muszą być kastą, aby móc wykonywać swoje obowiązki bez obaw o ingerencję ze strony twórców bieżącej polityki. Oskarżanie Sądu Najwyższego, że „donosi” na polskie władze do Brukseli to czysty idiotyzm. Unia Europejska nie jest wrogiem polskiego państwa. Jest dla nas niczym dobra i wyrozumiała matka, która i doradzi i wysłucha skargi. Porównywanie UE do niegdysiejszej „wrogiej Rosji” czy do morderczego nazizmu jest skrajnym nieporozumieniem. Jeżeli PiS zamierza dalej podążać tą ścieżką, powinno natychmiast wycofać wszystkich swoich europarlamentarzystów. Ale tego nie zrobi, bo najwyraźniej ich politykom smakują „judaszowe” pieniądze.

 

Centralizacja

W sprawie reformy sądownictwa ogół skupia się na drobiazgach, zamiast dostrzec, że tak naprawdę chodzi o coś innego: wyłącznie o centralizację władzy i zniesienie świętej do tej pory zasady trójpodziału, istniejącego właśnie po to, by nikt nie mógł zbudować sobie dyktatury.
Teraz chodzi o stworzenie instytucji podległych jednej partii, o to, by władzę obsadzić ludźmi niegodnymi jej sprawowania, ale posłusznymi i uległymi wobec tych, którzy rozdają wysokie stanowiska.
Profesor Strzębosz mógł być niepokorny, bo miał dorobek i uznaną już w świecie prawniczym pozycję. Sędzia Przyłębska nie ma żadnego tytułu naukowego, nie mówiąc o dorobku – jest, zatem skazana na to, aby wiecznie pamiętać, kto ją na stanowisku postawił. Prokurator z Podkarpacia również doskonale zdaje sobie sprawę, kto przymknął oko na jego PRL-owską przeszłość i komu zawdzięcza godności. Nawet niezwykle wymowna, złotousta pani profesor wie, że jej rzekomy tytuł profesorski jest lansowany tylko przez PiS, nigdy nie posiadała prezydenckiej nominacji do tego tytułu – może nim epatować tylko w murach swojej uczelni i nigdzie indziej. Jest doktorem habilitowanym.

 

Mierni, nadaktywni i do tego wierni

Tak, więc obsadzanie najwyższych urzędów ludźmi o marnych referencjach, albo bez dorobku czy społecznej pozycji, gwarantuje tej formacji, że będą jej wierni po grób. Taki sam manewr zastosował Stalin po przejęciu władzy. „Starych” bolszewików z autorytetem i dorobkiem zastąpił swoimi figurantami. Dopiero ten zestaw ludzi umożliwił mu na realizację krwawego imperium.
Przyjrzyjmy się przez chwilę ludziom teraz trzymających władzę: czy po przegranych wyborach mają jakąś godną przyszłość, szansę by utrzymać wysoki jak teraz status społeczny Czy może pan Misiewicz, któremu oficerowie salutowali jak ministrowi, wróci dobrowolnie zamiatać aptekę? Czy minister Błaszczak wróci chętnie na radnego do Wołomina za 2 tys. zł? Minister Kołodko miał zapewniony powrót na uczelnię, Ćwiąkalski – do praktyki prawnika. Minister Ziobro nie ma, dokąd wrócić. Ci ludzie i tysiące im podobnych zrobią wszystko by utrzymać swój wysoki status.
Znajdujemy się w zaklętym kręgu, bowiem dyspozytor tego układu jest poza odpowiedzialnością, a wykonawcy, by przetrwać na prestiżowych pozycjach – muszą akceptować jego ryzykowne polecenia. Ten układ paradoksalnie jest wewnętrznie trwały i z biegiem czasu wspólne poczucie zagrożenia wynikające z popełnionych wykroczeń czy nadużyć jeszcze go scementuje. Ja nawet nie mówię o naruszaniu konstytucji, ja mówię o tysiącach bogobojnych ludzi wyrzucanych z pracy bez merytorycznego uzasadnienia. Jaką to wielką wojnę przegrało Polskie Wojsko, że 70% najwyższych oficerów, generałów, straciło swoją karierę zawodową. Gdy przyjdzie czas próby: kryzys gospodarczy, zwyrodnienie jedynowładztwa, ferment społeczny dopiero wtedy niektórzy przejrzą na oczy i dostrzegą, czemu te wszystkie „reformy sądownictwa” miały służyć. Mając taką silną władzę da się siłą opanować każdy kryzys.

 

A qui bono?

Czekają nas nowe wybory. Książę Rochefoucauld mawiał: „niech żadna dama nie chwali się swoim honorem, gdy jeszcze żaden sprawny i elegancki kawaler nie dybał na jej cnotę”. Czy uczciwe partie mają szansę równej walki politycznej z ugrupowaniem, które bez żenady używa potęgi państwa, by organizować swoje działania? Która kusi młodych ludzi tysiącami posad z uposażeniami wywołującymi zawrót głowy? Czy partie przestrzegające rozdziału państwa i kościoła mają jakieś szanse z blokiem politycznym, który używa autorytetu kościoła, by wygrywać polityczne batalie?. Wynik tych zmagań poznamy wkrótce, a jest się, czego obawiać. Znając te wszystkie wyzwania – działajmy w dobrej wierze. A będzie, co Bóg da.

Przestajemy być państwem prawa PRAWORZĄDNOŚĆ W POLSCE

Na wszystkich szczeblach sądownictwa zwiększają się zagrożenia i jednocześnie zmniejszają gwarancje dla niezawisłości sędziów i niezależności sądów.

 

Stanowisko Komitetu Helsińskiego w Polsce głosi, że nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, przyjęta z kolejnym rażącym naruszeniem procedury stanowienia prawa w demokracji parlamentarnej, zamyka etap najważniejszych pozakonstytucyjnych zmian ustroju sądownictwa, zmian w rekrutacji, kadencyjności oraz obsadzie kadr sędziowskich. Ustawa zwana przez jej projektodawców „dopinającą reformę” umożliwia poddanie sądownictwa wpływowi władzy politycznej, co rujnuje podział władz.
Na wszystkich szczeblach sądownictwa zwiększają się zagrożenia i jednocześnie zmniejszają gwarancje dla niezawisłości sędziów i niezależności sądów. Niszczy to zaufanie obywateli do państwa i stanowionego przez nie prawa i anarchizuje życie publiczne w Polsce. Łamiąc Konstytucję, zmieniono prawo tak, aby umożliwić arbitralne, nieprzejrzyste i nieobjęte efektywną kontrolą sądową działanie władzy wykonawczej.
Obniżanie standardów i wybiórczość stosowania prawa zaczynają być odczuwalne. Przykłady to ograniczenia wprowadzane przez prawa o zgromadzeniach, prawa o wykroczeniach, ograniczenia jawności i dostępu do przestrzeni publicznej, ograniczenia w korzystaniu przez jednostki z wolności, niepewność ochrony prawnej. Prawo i jego stosowanie używane jest coraz szerzej do antagonizowania społeczeństwa, zastraszania obywateli i ich grup.
Członkowie Komitetu Helsińskiego pisali w lutym tego roku i teraz to powtarzają: okres, jaki minął od listopada 2015 r., przyniósł najwięcej wyzwań i zagrożeń dla praw i wolności człowieka po 1989 roku. Dziś jest to już głęboki kryzys demokracji w Polsce: parlament staje się atrapą, a jego pracę cechuje lekceważenie Konstytucji i niepoważne traktowanie legislacji. Towarzyszy temu zakłamany, wykluczający język, niszczący kooperację i dyskurs społeczny. Destrukcja demokratycznych standardów praw i wolności człowieka oddala nasz kraj od ładu demokracji liberalnej i zbliża do autorytarnych rządów jednej partii.

Sędziowie we własnej sprawie

Czy działania Sądu Najwyższego były zgodne z prawem unijnym i wyrokami Trybunału Sprawiedliwości UE?

 

Sąd Najwyższy skierował pięć pytań do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu, dotyczących ostatnich zmian w ustawach regulujących ustrój sądownictwa (chodziło o interpretację prawa unijnego w kontekście przymusowego przeniesienia niektórych sędziów SN w stan spoczynku bądź uzależnienia ich dalszego orzekania od wydania im niczym nieskrępowanej zgody władzy wykonawczej).
Pytania uzupełniają postępowanie prowadzone przez Komisję Europejską, która również ma wątpliwości wobec ustawy o Sądzie Najwyższym.
Jednocześnie SN zawiesił stosowanie kilku przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym wobec niektórych sędziów.

 

Szukanie obiektywnych wskazówek

Dlaczego SN postanowił być sędzią we własnej sprawie?
Otóż zdaniem Sądu Najwyższego, unijna zasada skutecznej ochrony sądowej – która jest zasadą ogólną prawa UE i wynika ze wspólnych tradycji konstytucyjnych państw członkowskich – obejmuje również prawo do niezależnego sądu zagwarantowane w Karcie Praw Podstawowych UE i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
Sąd Najwyższy uznał, że potrzebuje odpowiedzi Trybunału Sprawiedliwości UE. Wyjaśnienie wątpliwości, co do zgodności z prawem unijnym przepisów ustawy o SN obniżających wiek przejścia w stan spoczynku jest bowiem, zdaniem Sądu Najwyższego, jedynym skutecznym sposobem zapewnienia przestrzegania w porządku prawnym RP zasady państwa prawa jako wartości, na której opiera się UE – oraz zagwarantowania prawa do skutecznej ochrony sądowej.
W sytuacji kryzysu praworządności w Polsce tylko unijny TS może dostarczyć obiektywnych i pozbawionych politycznych uprzedzeń wskazówek interpretacyjnych.
Oczywiście, Sąd Najwyższy mógł równie dobrze przekazać do sprawę do rozstrzygnięcia Trybunałowi Konstytucyjnemu. Jednakże za skierowaniem pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE stoi – jak się wydaje – przekonanie SN, iż obecna sytuacja wokół Trybunału Konstytucyjnego nie pozwala temu ostatniemu na niezależne i rzetelne wyjaśnienie sprawy.

 

Trzeba przestrzegać prawa UE

Decyzja Sądu Najwyższego o skierowaniu sprawy do unijnego Trybunału Sprawiedliwości (a nie do polskiego Trybunału Konstytucyjnego) może być wskazówką dla sądów niższej instancji przekonanych o braku efektywnej kontroli konstytucyjności w Polsce.
Sąd Najwyższy miał pełne prawo zadać pięć pytań unijnemu Trybunałowi Sprawiedliwości. Dyskusję wzbudziło też jednak zastosowanie przez Sąd Najwyższy nowatorskiego, jak na polskie warunki, środka polegającego na zawieszeniu stosowania przepisów ustawy o SN wobec sędziów zagrożonych „czystką”.
Było oczywiste, że taki ruch ze strony SN spowoduje głosy o wejściu Sądu Najwyższego w rolę ustawodawcy. Jednak z faktu, iż konkretny instrument prawny zastosowano po raz pierwszy w historii w żadnym razie nie wynika, że jest on niezgodny z prawem.
Zgodnie z zasadą lojalnej współpracy, wyrażoną w art. 4 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej, jak również z zasadą efektywności – na wszystkich organach państw członkowskich (w tym również na sądach) spoczywa obowiązek zapewnienia skuteczności prawa unijnego.
Przez kilkadziesiąt lat działalności Trybunału Sprawiedliwości UE wypracował on mechanizmy, które pozwalają sądom krajowym na urzeczywistnienie tego obowiązku. Zalicza się do nich m.in. odmowę zastosowania przepisu krajowego sprzecznego z prawem UE lub dokonywanie wykładni prawa krajowego, aby tak dalece jak to możliwe, zapewnić skuteczność prawa unijnego w krajowym porządku prawnym. Podobnie, prawo UE wymaga, by – dla zapewnienia skutecznej ochrony sądowej – sąd krajowy miał możliwość zastosowania środków tymczasowych.
W tej sprawie Sąd Najwyższy połączył trzy wskazane tu środki – i w oparciu o instytucję zabezpieczenia roszczeń niepieniężnych z kodeksu postępowania cywilnego, zawiesił stosowanie trzech przepisów ustawy o SN wobec sędziów tego sądu, zagrożonych skróceniem wieku emerytalnego za sprawą nieskrępowanej decyzji Prezydenta RP.

 

Wszyscy powinni to respektować

Nie widzę w decyzji Sądu Najwyższego niczego niezgodnego z prawem UE – nie zawiesił on całej ustawy o SN, nie zrobił tego wobec wszystkich obywateli i dokonał zawieszenia tylko do czasu wydania orzeczenia przez unijny Trybunał Sprawiedliwości. Zastosował więc najmniej inwazyjną metodę, która pozwala za zabezpieczenie skuteczności przyszłego wyroku TS, a tym samym zapewnienie właściwego stosowania prawa unijnego w Polsce.
Tego rodzaju zawieszenie przepisów powinno być respektowane przez wszystkie organy państwa – w tym nową Krajową Radę Sądownictwa i Prezydenta RP. Zaangażowani są oni bowiem (lub będą) w postępowania bezpośrednio dotyczące sędziów, którym skrócono wiek przejścia w stan spoczynku.
Można postawić tezę, że dotyczy to również Sejmu i Senatu i nakazuje powstrzymanie się od uchwalania nowych przepisów, które mogłyby wpłynąć na sytuację prawną sędziów SN.
Opisywana sprawa uzupełnia postępowanie, prowadzone obecnie przez Komisję Europejską, która również wyraża wątpliwości co do zgodności ustawy o SN z zasadami państwa prawa.

 

Nowy etap walki o państwo prawa

Komisja Europejska może podnieść przed TS kwestię każdego przepisu ustawy o SN, co pozwoli unijnemu Trybunałowi na rzetelną i wszechstronną ocenę sytuacji wokół Sądu Najwyższego w kontekście przestrzegania prawa unijnego.
Z drugiej strony, nierespektowanie postanowienia SN przez władzę wykonawczą może mieć daleko idące konsekwencje. Oznaczać będzie nie tylko podważenie prawa krajowego (co ma już miejsce od kilkunastu miesięcy), ale również wyraźne zakwestionowanie unijnego porządku prawnego.
Takie działanie z pewnością powinno się spotkać z stosowną odpowiedzią instytucji unijnych, gdyż godzi ono pośrednio sytuację w całej UE i państwach członkowskich. Podsumowując, Sąd Najwyższy podjął nowatorską i nieznaną wcześniej w Polsce decyzję, kierując do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pięć pytań i zawieszając przepisy ustawy o SN.
Jest to początek nowego etapu walki wymiaru sprawiedliwości z większością rządzącą o zgodność z prawem (i zasięg) zmian w ustawach regulujących sądownictwo – a tym samym o interpretację zasad państwa prawa.
Wyraźne włączenie w ten spór unijnego Trybunału Sprawiedliwości może być obecnie jednym skutecznym środkiem wstrzymania, lub chociażby spowolnienia bezprecedensowego podważania zasad praworządności przez obecną większość rządzącą.
Mam nadzieję, że podobną skargę wniesie również Komisja Europejska, a wszelkie próby podważania decyzji SN spotkają się z odpowiednią reakcją instytucji unijnych.

To zupełny upadek

„Nagromadzenie bzdur tak horrendalne, że pozostaje śmiech przez łzy. Myślę, że w tej chwili Andrzej Duda przeżuwa swoją porażkę i słucha różnych głosów swoich doradców, zapewne znowu radykalnych. Ale w gruncie rzeczy i tak jest sam” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) senator Marek Borowski.

 

KAMILA TERPIAŁ: Senat odrzucił wniosek prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie referendum konstytucyjnego. Za głosowało 10 senatorów, przeciw było 30, wstrzymało się 52 senatorów PiS. „Żałuję, że społeczeństwo nie będzie miało szansy, by wypowiedzieć się w sprawie konstytucji” – tak wynik głosowania skomentował wiceszef Kancelarii Prezydenta Paweł Mucha. Pan też żałuje?

MAREK BOROWSKI: Nie żałuję, dlatego że społeczeństwo trzeba traktować poważnie. Prezydent swoją koncepcją i pomysłami na przyszłą konstytucję, dotychczasową praktyką, czyli łamaniem konstytucji i zaproponowanym terminem referendum, traktował polskie społeczeństwo niepoważnie. Strata żadna, a wręcz przeciwnie. Myślę, że gdyby wynik głosowania był inny, to prezydent jeszcze bardziej by tego żałował.
Prawdopodobna frekwencja byłaby minimalna i klapa zupełna. A teraz Andrzej Duda może jeszcze otrzepać piórka i próbować coś proponować.

 

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski przekonywał po głosowaniu, że „to nie porażka, a sukces prezydenta”…

Wypowiedzi marszałka Karczewskiego są ostatnio coraz dziwniejsze. Żeby wygłaszać takie stwierdzenia, to jednak trzeba być człowiekiem niezwykle utalentowanym. Przecież to jest ewidentna porażka. PiS wymierzył prezydentowi policzek. To ma być sukces? PiS po prostu próbuje pocieszyć prezydenta.
Podczas debaty senatorowie partii rządzącej bardzo dziękowali panu prezydentowi, a także mówili o swoim głębokim szacunku dla jego inicjatywy. A potem Andrzej Duda już tylko „dostał z liścia” i tyle.

 

Senatorowie PiS-u nie głosowali przeciw, tylko wstrzymali się od głosu – to ma być według marszałka Senatu dowód na sukces. Może jednak coś w tym jest?

Nie wierzę, że marszałek Senatu nie wie, jaki był tryb głosowania, bo to bardzo źle by o nim świadczyło. Myślę, że chodzi o odwracanie kota ogonem i jest to zwykły cynizm. W tym głosowaniu nie wystarczyła zwykła większość, potrzebna była większość bezwzględna, czyli spośród głosujących więcej niż połowa musiała powiedzieć tak. Głosem przeciwnym był zatem głos na nie, ale także wstrzymujący. Senatorowie PiS-u elegancko się wstrzymali, co oznaczało, że byli przeciwni. Nie wiedziałem, czy byli tego świadomi, dlatego na wszelki wypadek poinformowałem ich o tym z mównicy przed głosowaniem.
Ale jest jeszcze jeden element wypowiedzi marszałka Karczewskiego, który zrobił na mnie wrażenie – obarczył winą Platformę Obywatelską. To zwala z nóg.

 

Nie ma pan wrażenia, że to stały element wypowiedzi polityków PiS-u?

Ale jednak trzeba znać granice. PO rzeczywiście głosowała przeciw, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze były wstrzymujące się głosy polityków PiS-u.

 

Marszałek Senatu przyznał, że liczył, że PO wzniesie się „ponad nienawiść, ponad walkę polityczną” i „nie wyrażą swojej opinii, wstrzymają się od głosu”. To pana zwaliło z nóg?

Marszałek uważa, że Platforma powinna wstrzymać się od głosu, czyli postąpić tak jak PiS, czyli być przeciwko. Przecież tu nie ma żadnej logiki. Poza tym Stanisław Karczewski przekonywał, że PiS to partia demokratyczna, ponieważ szanuje inicjatywy referendalne. Dlatego wstrzymali się od głosu w przypadku wniosku referendalnego Bronisława Komorowskiego, czyli… byli przeciw. Nagromadzenie bzdur jest tak horrendalne, że pozostaje tylko śmiech przez łzy.

 

To element kłótni w rodzinie Prawa i Sprawiedliwości?

Zadaję sobie cały czas pytanie: po co prezydent forsował taką datę referendum? Wygląda na to, że PiS byłby w stanie zgodzić się na jakiś plebiscyt, ale nie w terminie 11 listopada. Przecież Andrzej Duda o tym wiedział. Po co tak się upierał? Nie wiem. Może jego doradcy przekonywali, że musi raz postawić na swoim i pokazać, że nie jest marionetką.
Ale przecież już od dawna wiadomo, że prezydent jest na usługach PiS-u i żadne manewry z referendum tego nie zmienią.

 

Teraz prezydent będzie miał doskonałą okazję, żeby pokazać, czy jest marionetką. Myśli pan, że może nie podpisać przegłosowanych we wtorek w nocy ustaw sądowych?

Nie sądzę, żeby odważył się na zawetowanie albo odesłanie do TK. Myślę, że w tej chwili raczej przeżuwa swoją porażkę i słucha różnych głosów swoich doradców, zapewne znowu radykalnych. Ale w gruncie rzeczy i tak jest sam.

 

Nie będzie chciał się zemścić za odrzucony wniosek referendalny? Znowu uklęknie i podpisze?

Nie ma wyjścia. Przecież jego kandydowanie w wyborach zależy tylko od PiS-u i on zdaje sobie z tego sprawę.

 

PiS przyjął bez poprawek nowelizację ustaw sądowych w kilka godzin. „Dokonał nocnej zmiany” – mówią politycy PO. Też by pan tak to określił?

Nie po raz pierwszy PiS zamyka usta opozycji i przepycha ustawy w nocy. To stała praktyka sejmowa i senacka.
Jest rozkaz „przyjąć natychmiast” i marszałek to posłusznie realizuje. Po raz kolejny mogę powiedzieć, że to bezczelne łamanie konstytucji, parlamentarnego obyczaju i naruszanie regulaminu. To wszystko się powtarza. Mam poczucie, że nic innego i mocniejszego powiedzieć nie mogę.
Ale w końcowej fazie naruszenie regulaminu było dramatyczne i bardzo przykre. Regulamin prac w Senacie mówi wyraźnie, że przed ostatecznym głosowaniem wnioskodawcy poprawek i wniosków mniejszości mają prawo zabrać głos i jeszcze raz przypomnieć swoje wnioski. To jest uświęcona tradycja od 30 lat. Nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś próbował to naruszyć. Do tej pory. Senator Martynowski, szef klubu senatorów PiS, zgłosił wniosek, aby marszałek nie dopuścił opozycji do tych wystąpień – i marszałek Karczewski się zgodził. Smutne, bo to podobno trzecia osoba w państwie.

 

To piąta nowelizacja ustawy o SN. Co pozostało z procesu legislacyjnego?

To zupełny upadek.

 

Politycy PO zapowiadają wniosek do sądu w związku z przyjęciem ustawy niezgodnie z prawem. Ten element sprzeciwu też trzeba wykorzystać?

Tak, chociaż nic z tego nie będzie. Prokuratura albo będzie się tym zajmować przez najbliższe dwa lata, albo sprawę umorzy. Ale ta skarga jest potrzebna, bo nie pozwala zamieść sprawy pod dywan. To bardzo ważne.

 

Dlaczego PiS-owi tak zależy na jak najszybszym przejęciu SN?

Przyczyn jest kilka. Wyroki sądów powszechnych po przejściu apelacji mogą być zaskarżane do Sądu Najwyższego. Gdyby mimo wszelkich starań nie udało się opanować sądów powszechnych, bo sędziowie będą chcieli orzekać w sposób niezależny i nie po myśli władzy, to będzie można odwracać wyroki w SN.
Chodzi także o ukochane dziecko ministra Zbigniewa Ziobry i Jarosława Kaczyńskiego, czyli nową Izbę Dyscyplinarną. Niezawisłym sędziom będzie można zarzucić naruszenie prawa i ukarać, niekoniecznie zakazem wykonywania zawodu, ale chociażby pozbawieniem pensji przez pół roku. To będzie efekt mrożący i ostrzeżenie dla pozostałych sędziów. Najbardziej brzemienne w skutkach może być uprawnienie do stwierdzania ważności wyborów. To do SN są kierowane skargi wyborcze.

 

PiS może posunąć się do unieważnienia wyborów parlamentarnych?

Wątpię, żeby zdecydowali się na unieważnienie całych wyborów, bo to byłby skandal na niespotykaną skalę, który mógłby wyprowadzić na ulice milion ludzi. Ale mogą na przykład unieważnić wybory w kilku okręgach, co też może spowodować odpowiednią zmianę wyniku wyborczego.

 

Na polityków PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego w jakikolwiek sposób działają jeszcze protesty w obronie sądów?

PiS uważa, że ruch protestu słabnie i nie ma się co nim zajmować.
Rzeczywiście, protesty są zdecydowanie mniej liczne niż w zeszłym roku, ale i tak tym ludziom należy się uznanie, bo nie pozwalają zasnąć opinii publicznej.

 

Pozostaje jeszcze ruch oporu sędziów.

I dlatego będzie potrzebny Sąd Najwyższy złożony z sędziów sprzyjających władzy. Mimo to ci szeregowi sędziowie, w sądach powszechnych, mogą jeszcze tej łamiącej konstytucję władzy narobić sporo kłopotu.

Kto uratuje Sąd Najwyższy?

„Słyszałem, że istnieją tzw. czarne listy, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych”. Z Adamem Bodnarem, Rzecznikiem Praw Obywatelskich, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: Czego się pan teraz najbardziej boi? Pytam o życie polityczne oraz nasze prawa i wolności.

DR ADAM BODNAR: Najważniejsza jest sytuacja dotycząca sądownictwa i Sądu Najwyższego. Nie wiemy, co się wydarzy i czy w miarę niezależny SN przetrwa jeszcze kilka miesięcy. Jest wiele zmiennych, które mają na to wpływ. Z jednej strony jest presja międzynarodowa, postępowanie wszczęte przez Komisję Europejską, a z drugiej czynniki wewnętrzne i przyspieszenie przejęcia SN.
Skoro nie udało się tego dokonać w miarę dobrowolnie poprzez wyznaczenie osoby, która miałaby kierować sądem po odwołaniu prezesa, to trwają poszukiwania innego sposobu, aby dokooptować sędziów i ewentualnie wybrać kogoś „swojego”.
Wiele wskazuje na to, że taki jest właśnie cel zaprezentowanej ostatnio nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, która zostanie przyjęta najprawdopodobniej już w tym tygodniu.

 

Czyli najbardziej boi się pan o Sąd Najwyższy?

Nie chodzi o samą instytucję, ale gwarancję praworządności. Sąd Najwyższy jest mózgiem całego wymiaru sprawiedliwości – ma wpływ na to, jak funkcjonują wszystkie pozostałe sądy, wpływ na orzecznictwo, i ma możliwość uchylania rozstrzygnięć sądów niższej instancji. Według zmienionej konstrukcji będzie miał także nowe uprawnienia dyscyplinarne i możliwość orzekania o ważności wyborów. Jeżeli przejmiemy mózg, to możemy wszystkim sterować, wiemy, jakie sygnały i gdzie wysyłać. Z jednej strony istnieje już kontrola administracyjna sprawowana poprzez ministra sprawiedliwości, która ma wpływ na poszczególne sądy, a teraz może do tego dojść jeszcze kontrola merytoryczna nad tym, co w sądach się dzieje.
To nie tak powinno być. Jedną z funkcji każdego sądu jest kontrolowanie rządzących na szczeblu lokalnym i centralnym, bo na tym polega trójpodział władzy. Jeżeli odbiera się taką możliwość władzy sądowniczej, to tworzy się pole do nadużyć władzy wykonawczej.

 

I do orzekania o nieważności wyborów? W wywiadzie dla wiadomo.co były prezes TK Jerzy Stępień mówił, że obawia się, że PiS może starać się rządzić poprzez komisarzy.

Pamiętajmy, że w przypadku wyborów samorządowych o ważności wyborów decydują sądy okręgowe, Sąd Najwyższy decyduje w przypadku wyborów parlamentarnych. Mogą się pojawić takie sytuacje, że na przykład w drugiej rundzie wyborów prezydenckich, przy niewielkiej różnicy między kandydatami, pojawią się protesty wyborcze, a na sąd okręgowy będzie wywierana presja i w końcu może on orzec w taki sposób, jaki będzie odpowiadał rządzącym. Ale to i tak jest jeszcze większa szansa na niezależną decyzję sędziego. Bo jeśli chodzi o kwestię orzekania o ważności wyborów parlamentarnych, to o tym będzie decydowała jedna izba stworzona w SN od podstaw – Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Na razie istnieje ona tylko na papierze, jeszcze nie ma w niej żadnego sędziego. Nabór prawdopodobnie będzie się odbywał w taki sposób, aby dokonać odpowiedniej „weryfikacji” kandydatów, a KRS pokazał już, na czym ona może polegać.

 

Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, członkini nowej Krajowej Rady Sądownictwa, stworzyła ostatnio „czarną listę” sędziów. Co to panu przypomina?

Nie pamiętam tamtych czasów, ale wiem, że takie listy powstawały w poprzednim ustroju. Sytuacja, w której dokonuje się oceny jakiejkolwiek osoby na podstawie kryteriów, które nie są jasno zdefiniowane i prawnie ustalone, tylko różnych doniesień czy plotek, nie ma wiele wspólnego z demokratycznym państwem prawnym.
Słyszałem, że istnieją „czarne listy”, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych.

 

PiS jak mantrę powtarza, że reforma Sądu Najwyższego jest potrzebna, bo wciąż orzekają tam ci sami sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym i PRL. Jednocześnie skutkiem reformy jest to, że prezydent na zastępcę I Prezesa SN wyznacza Józefa Iwulskiego, który właśnie orzekał w PRL. Za to prawo do dalszego orzekania może stracić Stanisław Zabłocki, legendarny adwokat z czasów stanu wojennego. Coś tu nie pasuje…

Jeżeli przyjmuje się do jakichkolwiek zmian ustawowych logikę odpowiedzialności zbiorowej, to właśnie takie są efekty. Kryteria odpowiedzialności zbiorowej nie uwzględniają przecież różnych elementów osobistych. W zarzucone sieci łapią się zarówno te ryby, które chcemy złapać, ale przy okazji także przysłowiowe foki, które nigdy nie powinny w te sieci wpaść. Tak samo działa zresztą ustawa represyjna z 16 grudnia 2016 r. Problem polega na tym, że takie argumenty są używane na potrzeby krajowej i międzynarodowej opinii publicznej. Jeżeli mówi się o walce z postkomunizmem, to opinia międzynarodowa ma problem, jak się do tego odnieść. To trochę tak, jakby wkraczać w zastrzeżoną sferę ocen moralnych. Dlatego może trafiać na podatny grunt, podobnie jak w niektórych sytuacjach na arenie krajowej.
Pytanie tylko, czy partia rządząca ma do tego mandat moralny. Przypominam, że zmian w sądownictwie dokonuje wywodzący się z dawnego porządku prokurator Stanisław Piotrowicz, a jednym z głównych współpracowników ministra sprawiedliwości jest sędzia Andrzej Kryże. Dlaczego jedni są dobrzy, a inni nie?
Jeżeli rzeczywiście celem miałoby być dokończenie dekomunizacji, to zastosowano by jednakowe, transparentne kryteria dla wszystkich, a nie stosowano zasadę „to my decydujemy, kto jest komunistą”. Przykład sędziego Stanisława Zabłockiego szczególnie kłuje w oczy, bo w ogóle nie pasuje do tej narracji.

 

Będzie pan interweniował w jego sprawie?

Nie wiem, czy mógłbym zrobić więcej niż zrobiłem do tej pory. Wszystkie interwencje, które podejmowałem, dotyczyły przecież całego składu Sądu Najwyższego. Wydaje mi się, że sędzia Zabłocki, podobnie jak inni sędziowie, w ogóle tego nie oczekują. Ostatnio napisałem tekst na potrzeby anglojęzycznego bloga Verfassungsblog, w którym opisałem postać sędziego Zabłockiego. Przedstawiłem go jako człowieka, który najprawdopodobniej polegnie na ołtarzach walki politycznej o wymiar sprawiedliwości. Ale wydaje mi się, że społeczeństwo zaczyna coraz bardziej doceniać rolę takich osób. To on staje się symbolem tej walki, może nawet większym niż prof. Małgorzata Gersdorf. Nie tylko ze względu na swoją przeszłość, ale także piękną i bogatą 20-letnią kartę.
Jako sędzia SN Stanisław Zabłocki może być też przykładem do naśladowania dla sędziów niższych instancji i może dawać im siłę do walki w obronie wartości konstytucyjnych.

 

Kto lub co może jeszcze uratować Sąd Najwyższy?

Tego nie wiem, bo w tej sprawie jest bardzo dużo zmiennych: z jednej strony opinia międzynarodowa czy organizacje pozarządowe, a z drugiej determinacja strony rządowej. Jeżeli chodzi o mechanizmy prawne, to uratować Sąd Najwyższy może tylko Trybunał Sprawiedliwości UE. W przypadku mechanizmów politycznych na szczeblu europejskim staram się zachować powściągliwość, bo nie chcę dać się wciągnąć w bezpośrednią walkę polityczną. Mogę tylko wyrazić opinię, że sprawy związane z niezależnością SN nie zmierzają dzisiaj w dobrym kierunku.

 

To może się zmienić?

Żyjemy w czasach, w których na przykład rano dowiadujemy się o nowelizacji ustawy o IPN, wieczorem jest już przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta, którego w dodatku nie ma w kraju, czyli wszystko jest możliwe. Wracając do pani pierwszego pytania, to jest druga rzecz, której się obawiam.
Mamy ogromną erozję standardów funkcjonowania państwa, konsultowania decyzji politycznych, projektów aktów prawnych, szanowania drugiej strony dialogu – to wszystko jest podporządkowane bieżącym interesom politycznym i niszczy tkankę państwa. Od tego zależy nie tylko funkcjonowanie Sejmu i Senatu, ale także członków służb państwowych czy zwykłych urzędników. To jest zagrożenie, z którego na co dzień chyba nie zdajemy sobie sprawy.

 

Rozmawiamy o tym w czasie 550-lecia polskiego parlamentaryzmu. Smutne.

Obchody się odbyły…

 

Można zapytać: po co?

To jest czas, który władza wykorzystuje do uzyskania dodatkowej legitymizacji społecznej do rządzenia. Pokazania, że jest silna i zwarta, że jest kontynuatorem pewnej wizji państwowości. Nie przypadkiem obchody odbyły się na Zamku Królewskim. Szkoda tylko, że nie zadbano o porozumienie się z opozycją w tej sprawie, bo właśnie istotą parlamentaryzmu jest dialog.

 

„Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji jej programu. Spełnianie zapowiedzi wyborczych jest nie tylko przywilejem, ale obowiązkiem względem obywateli” – to słowa prezydenta wypowiedziane podczas orędzia na Zamku Królewskim. Czyli rządzący mogą wszystko? Tak należy je rozumieć?

Rozumiem te słowa jako odniesienie do zmian dotyczących sądownictwa.
Nikt nie odbiera partii rządzącej prawa do dokonywania zmian. Ale są dwa typy zmian: zwyczajna polityka i zmiany dotyczące, na przykład, sposobu wydatkowania środków publicznych oraz zmiany, które odnoszą się stricte do ustroju konstytucyjnego. Na te ostatnie nie może być zgody, jeżeli partia nie zdobyła większości konstytucyjnej.
Tymczasem obserwujemy konsekwentne dokonywanie zmian ustroju konstytucyjnego poprzez zwykłe ustawy, bo nie ma tego kto niezależnie skontrolować przy takim a nie innym sposobie funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego.

 

Na przykład skrócenie kadencji I Prezesa SN?

To jest jeden z najbardziej widocznych przykładów.

 

Czy jesteśmy w stanie policzyć, ile razy PiS złamał konstytucję?

Mogę powiedzieć o ustawach, które w normalnie funkcjonującym porządku demokratycznym powinny być poddane kontroli konstytucyjnej, a tak się nie stało. To ustawy o prokuraturze, służbie cywilnej, o sądach powszechnych i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Poza tym ustawy inwigilacyjne, a także ustawa o mediach publicznych, chociaż w tym przypadku wyrok nie został wykonany.
Próbowałem nawet kierować sprawy do TK, ale jak dowiadywałem się, że składy sędziowskie są zmanipulowane, a sprawozdawcą ma być m.in. osoba wybrana na zajęte już stanowisko sędziego, to niektóre wnioski wycofałem z TK.

 

Przed wejściem do pana gabinetu leży książeczka z preambułą do konstytucji. Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym jest konstytucja i że to jest jedyna gwarancja naszych praw i wolności?

To jest pytanie dla socjologa. Mogę odpowiedzieć na to pytanie tylko na podstawie tego, co obserwuję. Z zagrożenia zdają sobie sprawę ci, którzy odczuli, co to znaczy żyć w kraju bez konstytucji. Ja jestem z pokolenia, które co nieco jeszcze pamięta, stykam się z tym oczywiście także w życiu zawodowym. Ale jest też młodsze pokolenie, które wychowuje się w przestrzeni bez granic i dla nich konstytucja może być jak powietrze – na co dzień jej nie odczuwamy, chociaż czerpiemy z niej pełnymi garściami. A skoro to jest coś oczywistego i normalnego, to trudno wyobrazić sobie, że ktoś może nam to odebrać. Często zastanawiam się, dlaczego najbardziej masowe były protesty w lipcu 2017 roku. I doszedłem do wniosku, że kluczowe były trzy czynniki: bardzo często padało wtedy hasło Polexit i to zaraz po Brexicie, więc stało się to realnym zagrożeniem; do tego dochodziła niezwykła agresja legislacyjna, czyli na przykład projekt, który mówił wprost o „wyczyszczeniu” Sądu Najwyższego; oraz bardzo mocne i agresywne wypowiedzi polityków PiS.
To spowodowało integrację protestujących, w tym także osób młodszych. Ale władza w międzyczasie nauczyła się, jak grać emocjami, jak je rozproszyć i pokazywać lepszą twarz. W efekcie sądy zostały same, a na pewno z dużo mniejszym wsparciem społeczeństwa.

 

Prezydent chce rozpocząć debatę na temat referendum konstytucyjnego. Kto, z kim i o czym miałby rozmawiać?

Konstytucję można zmieniać, kiedy istnieje parlamentarna większość i społeczna zgoda dotycząca tego, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Teraz zmiana konstytucji miałaby służyć tylko umocnieniu obozu rządzącego. Nie widzę żadnych prób porozumienia na rzecz stworzenia nowego systemu, bo to musiałoby oznaczać chociażby rezygnację z części zmian dotyczących sądownictwa.
Do tej pory władza raczej konsekwentnie dzieli społeczeństwo na dwa wrogie sobie obozy, a nie próbowała budować porozumienia wokół wartości konstytucyjnych.

 

Jednemu obozowi miałaby służyć także zmiana ustawy aborcyjnej. W Sejmie ponownie pojawił się projekt zakazujący tzw. aborcji eugenicznej. To kolejne zagrożenie?

W Polsce w ogóle w tej chwili mamy poważny problem z dostępnością praw reprodukcyjnych. Nie chodzi tylko i wyłącznie o aborcję, ale także m.in. zawieszenie rządowego programu in vitro czy wprowadzenie recepty na tabletkę EllaOne. To wszystko, co ogranicza sferę życia prywatnego, jest wynikiem nacisku środowisk konserwatywnych i Kościoła. Z punktu widzenia politycznego to może być atrakcyjne dla części elektoratu, ale na pewno niesie też poważne problemy i podziały społeczne.

 

Społeczeństwo obywatelskie odżyło?

Zdecydowanie zmieniło swój charakter.
Przez ostatnie kilkanaście lat oduczyliśmy się organizować demonstracje, a teraz są właściwie na porządku dziennym – ponownie musimy walczyć o podstawowe wartości.
Poza tym powstają nowe typy organizacji, które opierają się na masowości, spontaniczności i akcjach „na ulicy”. Pojawia się zupełnie inny rodzaj innowacyjności w organizacjach pozarządowych i społeczeństwie obywatelskim. Ale ta zmiana doprowadziła również do tego, że mnożą się organizacje, które sprzyjają władzy, a władza ma coraz więcej mechanizmów, żeby te organizacje wspierać i wzmacniać, na przykład poprzez dostęp do różnych grantów. Prawdopodobnie Narodowy Instytut Wolności powstał po to, aby wspierać ruchy prorządowe. Innym organizacjom władza raczej ogranicza finansowanie i utrudnia działanie. I to jest właśnie ta nowa sytuacja, ważna zmiana.

 

Czyli to nowy element rozgrywania i dzielenia społeczeństwa?

Niedawno opublikowano raport Agencji Praw Podstawowych UE „Zawężająca się przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego”.
Ludzie, którzy tworzą organizacje, często chcieliby robić coś innego, ale czują potrzebę i moralną siłę, aby protestować. I tym będzie coraz trudniej, natomiast wzmacniani będą ci, którzy władzy się podporządkują.

 

Co w tej chwili może i powinna jeszcze zrobić opozycja?

To, co trzeba robić cały czas, to nieustępliwość i konsekwencja w kontrolowaniu poczynań rządzących. I nie chodzi tylko o wydatkowanie środków publicznych. Podam przykład z ostatniego weekendu – Senat przyjął poprawkę do ustawy, która zakłada, że naukowcy, którzy zostaną sędziami SN, TK, NSA, będą mieli prawo dożywotniego zatrudnienia na uczelni, bez uwzględniania ocen pracowniczych. Nazywałem to programem „Motywacja Plus”, bo chodzi o to, aby zachęcić prawników do zgłaszania się do SN, a nie o to, żeby dbać o jakość nauki i edukacji. Takich tematów jest dużo, a często przechodzą bez echa, chociaż dają dużą przestrzeń do krytyki. Tu jest potrzeba codziennej, bardzo trudnej pracy.
Są momenty, kiedy politykom opozycji udaje się z niektórymi rzeczami przebić do opinii publicznej, ale według mnie to i tak za mało. Ważne jest konsekwentne pokazywanie nowych programów, pomysłów, przekonywanie, że przyszłość naszego kraju może i powinna być inna. Oparta na demokracji, praworządności, poszanowaniu praw obywatelskich.

 

Czyli nie tylko praca w parlamencie…

Wychodzenie do ludzi, pokazywanie alternatyw, angażowanie świata nauki – na to warto zwrócić większą uwagę. Uświadomione społeczeństwo może chętniej walczyłoby o swoje prawa. Nie można mówić, że nic się nie da. Z własnego doświadczenia wiem, że zawsze trzeba próbować i czasami udaje się ograniczyć zachłanność władzy. Przykład? Ustawa o jawności życia publicznego, która miała doprowadzić do lustracji majątkowej. Spotkała się ze zdecydowanym protestem i na razie zniknęła z bieżącej debaty; jest chyba w rządowej „zamrażarce”.

 

Politycy opozycji mówią wprost, że obawiają się procesów politycznych. To realne zagrożenie?

Określenie proces polityczny jest za daleko idące.
Pytanie jest takie: czy w rzeczywistości medialnej, w której funkcjonujemy, komukolwiek do czegokolwiek potrzebne są procesy polityczne? Być może ważniejsze jest dokonanie aktu publicznego zatrzymania, przetransportowania do prokuratury, użycia środków przymusu bezpośredniego. A przy tym nagłośnienie wybranych faktów z postępowania poprzez „zaprzyjaźnioną” prasę i budowanie określonej narracji, niezależnie od tego, co się wydarzy później.
Efekt jest taki, że opinia publiczna jest zmanipulowana i zaczyna wierzyć, że coś jest na rzeczy. Siła nagłówków medialnych jest ogromna. Poza tym do różnych środowisk zostaje wysłany sygnał, że władza może wszystko. I to jest bardzo niebezpieczne.

 

Nie boi się pan, że w którymś momencie przyjdzie także czas na pana? Cały czas pojawia się hasło: „Adam Bodnar musi odejść”.

Pełnię ten urząd już prawie trzy lata i słyszę to od początku. Ale staram się robić swoje, pozostać niezależnym i konsekwentnie wypełniać ustawowe obowiązki. Tak zamierzam postępować do końca mojej konstytucyjnie określonej kadencji.

 

Ale są przecież elementy, którymi władza próbuje wpłynąć na pana pracę.

To są, na przykład, próby obrażania mnie w tzw. zdaniu odrębnym przez jednego z członków TK, który używa w tym celu bardzo agresywnego języka, pełnego niewybrednych ocen i pomówień. Ale to jest także relatywne pomniejszanie środków pieniężnych na działalność Biura RPO, a przy tym dokładanie różnych nowych kompetencji, czego przykładem może być ostatnio skarga nadzwyczajna. Później ewentualnie będzie można zrzucić winę na mnie, że to tak wolno idzie.

 

Nie przewiduje pan odwołania przed upływem kadencji?

Nie zajmuję się tym.
Mam wystarczająco dużo pracy, skupiam się więc na pomaganiu obywatelom i realizacji swoich zadań w państwie. W warunkach, w jakich przyszło mi działać.
Kilkadziesiąt tysięcy skarg od ludzi kierowanych każdego roku do mojego urzędu są najlepszym uzasadnieniem, że to wszystko ma sens. Że warto bronić praw i wolności jednostki oraz dopominać się o szacunek dla konstytucji. Warto też trzymać się mojej kardynalnej zasady: kiedy komuś pomagam, nigdy nie pytam go o poglądy.

PiS rzuca się na taśmę

PiS-owi podobno znów spadło w sondażach, do 34 procent, jak donosi pracownia Kantar Public.  Ponieważ w ostatnich dniach nie zdarzyło się raczej nic szczególnego, co by ten spadek uzasadniało, bo sprawy szybkiej rejterady z ustawą o IPN, aferą Pięty czy nagrodami już się przewaliły, więc warto rozważyć, co mogło spowodować ów spadek z pozycji 40 procent.

 

I wtedy w sukurs przychodzą uwagi socjologa profesora Radosława Markowskiego, od lat specjalizującego się w badaniu wyników sondaży, który od dawna twierdzi, że PiS ma poziom poparcia dnia z wyborów i – poza wahaniami okolicznościowymi – ani mniej ani więcej.
Markowski konsekwentnie twierdził już w pierwszym półroczu po wyborach z października 2015 roku, że mnożące się już wtedy publikacje wyników badań wskazujące na rosnącą stale wysokość notowań PiS, nawet do poziomu 50 procent, można włożyć między bajki i partia rządząca ma stały elektorat na poziomie mniej więcej wyniku wyborczego czyli około 35 procent. Markowski formułował swoje oceny na podstawie szczegółowych, systematycznych analiz publikowanych badań, w tym szczegółowych parametrów, takich jak przepływy poparcia, kategorie wiekowe, przynależność do grup społecznych, wykształcenie, miejsce zamieszkania itd.

 

Albo-albo

I właśnie dlatego w wywiadzie jakiego prezes PiS udzielił braciom Karnowskim dla tygodnika „Sieci” (15 lipca) tak kategorycznie wybrzmiewa jego determinacja, by doprowadzić do pacyfikacji Sądu Najwyższego. Na pytanie Karnowskich: „Komisja Europejska nie złamie polskiej woli dokończenia tej reformy?”, Kaczyński odpowiada: „Nie złamie, bo to jest albo-albo. Jeśli nie zreformuje się sądownictwa, inne reformy mają mały sens, bo prędzej czy później zostaną przez takie sady, jakie mamy, zanegowane”.
Prezes zdecydował się przeprowadzić piątą zmianę ustawy o Sądzie Najwyższym w reakcji na postawę I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz w obawie, że długotrwała i skomplikowana procedura rekrutacji sędziów do Sądu Najwyższego spowoduje takie spowolnienie tego procesu, które sprawi, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu zdąży zatrzymać pisowską „reformę”. Determinacja PiS w tej sprawie jest wyraźnie bardzo silna i władza chce to koniecznie przeprowadzić na obecnym, ostatnim przedwakacyjnym posiedzeniu parlamentu. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, PiS chce odreagować defensywną wiosnę, kiedy to władza dostała zadyszki, odnotowała ostry spadek notowań i musiał wycofać się m.in. z osławionej zmiany ustawy o IPN a także z prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Po drugie, Kaczyński i otaczająca go kamaryla wie, że jeśli nie „załatwi” sprawy Sądu Najwyższego przed wakacjami, to po wakacjach parlamentarnych, we wrześniu, może się to okazać trudniejsze, bo jest to zwyczajowy czas inauguracji nowego sezonu politycznego, gdy ludzie wracają po urlopach zregenerowani, wypoczęci, gotowi do walki. Po trzecie, PiS zauważa ewidentną demobilizację obywatelską w obronie sądów. Byłem pod Sejmem w środę i czwartek i przekonałem się naocznie o tej demobilizacji. Kłamliwa do bólu TVP tym razem właściwie nie musiała uciekać się do manipulacji i sztuczek robionych kamerą. Niestety, demonstracje te są dychawiczne i nie przekraczają stu-dwustu osób. Nie da się tego nawet porównać z prawdziwie masowymi demonstracjami w obronie sądów w lipcu zeszłego roku. Odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się dzieje wymagałaby już zastosowania naukowych instrumentów socjologicznych. Wydaje się, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy prawdopodobnie trafnie sformułował w „karnowskich sieciach” publicysta Piotr Skwieciński. Jego zdaniem demobilizacja społeczna w sprawie sądów bierze się upowszechniającego się przeświadczenia przeciwników PiS oraz „symetrystów”, że opór społeczny i polityczny w Polsce jest w sumie taką potęgą, że „i bez bezpieczników nie dopuści ona do dyktatury tej partii (…) potęgą obecnie nie obejmującą wprost sfery polityki, ale posiadającą potencjał, który w każdej chwili może przełożyć się na politykę”. (…) „Nie obawiają się więc efektów naruszenia zasady „check and balance”; intuicyjnie uważają raczej, że dopiero teraz ów balans staje się realny”. Jeśli jednak uznać nawet interesującą hipotezę Skwiecińskiego za trafną czy bliską trafności z socjo-politologicznego punktu widzenia, to przecież opozycja nie mogłaby i nie zechciała wyciągać z niej takiego praktycznego wniosku, który prowadziłby do osłabienia jej determinacji. W każdym razie Kaczyński i jego kamaryla widzą, że okoliczności aktualnie im względnie sprzyjają i chcą ryzyko utrwalenia owej hipotetycznej „check and balance” dopchnąć kolanem jak najszybciej, właśnie przed wakacjami.

 

„W 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. To się nie powtórzy”

Kluczowa determinacja PiS w sprawie Sądu Najwyższego bierze się jednak przede wszystkim ze skrywanego lęku o wynik wyborów. O to, że z dokonywanych w rozmaitych konfiguracjach wyliczeń wynika, i to już od pewnego czasu, że do Sejmu może wejść grupa partii, która będzie w stanie zbudować antypisowską koalicję. Kaczyński boi się też lewicy, konkretnie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i daje temu wyraz we wspomnianej rozmowie z Karnowskimi („Musimy pamiętać, że w 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. Należy założyć, że to się nie powtórzy, musimy po prostu zdobyć tyle głosów Polaków, by bezpiecznie uzyskać kolejną kadencję”). A ponieważ Kaczyński wie, że realny poziom notowań jest wielką niewiadomą, więc „w razie nieszczęścia” chce mieć w ręku Sąd Najwyższy, który przecież zatwierdza wynik wyborów. Także lęk przed przegraną wyborczą (choćby i w dalszej przyszłości) legł u podstaw orzeczenia tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, który prezydenckie prawo łaski rozszerzył do granic barejowskiego absurdu, pozwalając prezydentowi na ułaskawianie nawet na poziomie postępowania przygotowawczego (dowcipnisie pytają w internecie, czy planowane jest wprowadzenie możliwości rozwodów narzeczonych i mówią o nowej edycji „Dudapomocy”).

 

Unia Warzywno-Ziemniaczana i inni

Dodatkowym powodem gorączkowego pośpiechu PiS w sprawie Sądu Najwyższego (przy okazji też prokuratury) jest także fakt, że dotychczasowa czystka w sądownictwie, przeprowadzana przez Zbigniewa Ziobro już od roku, nie przyniosła niczego zwykłym obywatelom korzystającym z sądów. Ba, wyniki w sądach pogorszyły się. Miasteczko namiotowe protestujących przeciw sądom ludzi z kręgu Adama Słomki i Zygmunta Miernika nie zniknęło tylko z powodu uporządkowania trawnika przed gmachem Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich w Warszawie. Zniknęło także dlatego, że wspomniani radykałowie uważają dziś PiS, w najlepszym razie, za władzę, która sytuacji obywatela w sądzie nie poprawiła, w najgorszym – za zdrajców Sprawy. Także z tego powodu Słomka i Miernik zniknęli z TVPiS, gdzie jeszcze przed rokiem byli stałymi gości w programie Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego. PiS niepokoi też to, co dzieje się na scenie aktywności grup społecznych i branżowych. Poza już zasygnalizowanymi protestami nauczycieli czy policjantów pojawiły się nowe chmury. Ostatnio PiS doprowadziło do czerwoności nawet grupę zawodową, która pod przewodem właściciela najbardziej eleganckiej obory w Polsce, Jana Szyszko, długo zdawała się być jednym z silnych kręgów propisowskiej i to gorliwej lojalności. Przed Sejmem pojawiło się tysiąc leśników, którzy są rozsierdzeni na PiS za to, że oddaje lasy w pacht deweloperom, którzy mają budować „mieszkania plus”. Nadspodziewanie szybko doszło też do organizacyjnej reakcji rolników (w tym plantatorów owoców miękkich) na katastrofalny poziom cen skupu, który radykalnie pogorszył sytuację dużej części tej grupy społeczno-zawodowej. Zawiązała się właśnie Unia Warzywno-Ziemniaczana, na czele której stanął młody rolnik Michał Kołodziejczak. Nikt PiS-owi nie zagwarantuje, że okaże się to sezonową efemerydą i że nie odbierze mu części głosów wsi, dotąd na ogół lojalnej.

 

Objawienie jasnogórskiej Madonny z Tęczochowy u Lisickiego

Co jeszcze spróbuje wyszykować nam PiS? We wspomnianym wywiadzie dla „karnowskiej sieci” prezes PiS dał świadectwo tego, że śledzi prawicową prasę i odwołuje się do hipotez, diagnoz i pomysłów propisowskich publicystów. Po Marszu Równości w Częstochowie na okładce tygodnika „Do rzeczy” ukazała się twarz jasnogórskiej Madonny opatrzona napisem „Zamach na świętość”. Redaktor naczelny Paweł Lisicki wprost sugeruje ograniczenie wolności tego rodzaju demonstracji: „Pierwszy tęczowy atak na Jasną Górę został odparty. Można być pewnym, że nastąpią kolejne, lepiej zorganizowane, bardziej krzykliwe. Chyba że polscy politycy zdobędą się na odwagę i przygotują skuteczną ustawę broniącą nas przed agresywna propagandą aktywistów LGBT”. To samo sugeruje uchodzący za krytyka literackiego niejaki Krzysztof Masłoń, (ksywa „Cudownie Otrzeźwiony”). Stawiam talary przeciw orzechom, że jesienią wysmażony zostanie projekt kagańcowej ustawy w tej sprawie. W sytuacji, gdy Rydzyk od czasu do czasu groźnie powarkuje i sugeruje swoje listy do parlamentu, gdy z powodu „wściekłych wiedźm” z „czarnych protestów” nie można „w pełni chronić życia poczętego”, taka ustawa „antypedalska” byłaby w sam raz godnym darem na przebłaganie, a co najmniej na udobruchanie Ojca Toruńskiego.

Kocioł i garnek

PiS zamachnął się na Sąd Najwyższy, a precyzyjniej na sędziów tegoż sądu, obniżając wiek ich przejścia w stan spoczynku. Wróble ćwierkają, że sędziowie 65+ stali się tylko wiórami w rąbaniu drew, a wszystko po to, by zdjąć togę z I. prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która PiS-u za bardzo nie kocha i – co gorsza – z mocy Konstytucji jest szefową Trybunału Stanu. A Trybunał Stanu może być nie tematem do żartów dla wielu pisowskich prominentnych postaci, tylko zbliżającym się realnym przeżyciem.
W burzy jaka się rozpętała jedni grzmią, że obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku jest bezprawne, drudzy, że właśnie prawne, bo wiek ten określa ustawa. Jedni, że łamie to Konstytucję RP, drudzy, że wprost przeciwnie. Argumenty mijają się w locie jak strzały i trafiają raz w sedno, raz w płot. Jednak nikt jakoś nie dostrzega dość istotnej sprawy – że tak naprawdę, to jest to klasyczny bój w imię kretynizmu, tyle że raz większego a innym mniejszego.
Stan spoczynku, to dla niektórych zawodów (między innymi sędziów) forma emerytury. I nikt temu nie przeczy. I tak jak dla „cywilów” emerytura jest PRAWEM, nie obowiązkiem, tak samo powinno być dla tych, którzy objęci są PRAWEM do skorzystania z przejścia w stan spoczynku. Osiągnięcie granicy wieku, gdy nabiera się prawa nie oznacza i nie powinno oznaczać, że „paszoł won” z posady jak tylko w urodzinowy tort trzeba wsadzić 65 świeczek.
Sędzia to zawód specyficzny. Drżę, gdy widzę, że sprawę prowadzi jurysta w wieku tak trochę po trzydziestce. Wolę, gdy nad łańcuchem z orłem jest głowa solidnie przyprószona siwizną. Doświadczenie życiowe jest nie do zdobycia z książek i Internetu, dają je tylko lata spędzone na tym łez padole w sądowych salach, zmagania się z codziennością wymiaru sprawiedliwości i setki, jeśli nie tysiące wysłuchanych stron, świadków, biegłych, adwokatów i prokuratorów.
Z sędziami jest tak samo jak w przypadku lekarzy – wiedza i przede wszystkim doświadczenie są bezcenne. Czy ktokolwiek zdrów na umyśle wpadłby na pomysł, by odsunąć od uprawiania zawodu profesora medycyny z wieloletnim doświadczeniem klinicznym i dydaktycznym, gdy tylko skończy 65 lat? Chyba nie.
Jedną gębą rząd przekonuje i wzywa do aktywności zawodowej po osiągnięciu wieku emerytalnego, co ma być z korzyścią dla wszystkich, drugą zaś w tym samym czasie stwierdza, że sędzia 65+ to stetryczały dementywny staruch, którego strach wpuścić na sądową salę.
Moim zdaniem zarówno poprzedni wiek obligatoryjnie odsuwający od zawodu sędziów, jak i ten wprowadzony przez PiS to marnotrawstwo najlepszych prawników, kompletna głupota i to w dodatku niezgodna z Konstytucją. Wszak dyskryminacja z racji wieku jak nic łamie artykuł 32 punkt 2 naszej ustawy zasadniczej. Tak więc cała awantura pomiędzy PiS a resztą świata to klasyczny przykład na porzekadło – Przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli. Bo czy przymusowo wyślemy do niańczenia wnuków sędziego w takim (70), czy innym (65) wieku jest kompletnie bez różnicy, każda taka granica jest sprzeczna z rozumem i Konstytucją. Żądanie, by sędzia przedstawiał jakieś nadzwyczajne zaświadczenia o stanie ciała i umysłu też jakoś do mnie nie przemawia – przecież istnieją okresowe badania pracownicze sprawdzające możliwość świadczenia pracy na określonym stanowisku.
Jak chce sędzia pracować, to niech pracuje (przebadany przez lekarza czy może), jak chce skorzystać ze spoczynku, to niech korzysta (jeśli osiągnął odpowiedni, zapisany w ustawie wiek), ale niech nikt, żaden polityk, żaden urzędnik nie pokazuje mu drzwi i nie wywala z roboty nazajutrz po urodzinach.
Gdyby zgodzić się na tok rozumowania „mędrców” od ustalania wieku, po którym należy zająć się li tylko ogródkiem i wnukami i wprowadzić tę myśl powszechnie, to należałoby pogodzić się z nieobecnością wielu postaci. I tak nie byłoby w polityce (w nawiasie wiek, w którym objęli stanowiska):
Konrada Adenauera (73) – kanclerza RFN przez 14 lat, czyli do 87 roku życia
Ronalda Reagana (70 i 74) – prezydenta USA
Winstona Churchilla (66 i 77) – premiera Wielkiej Brytanii w czasie wojny i powtórnie od 1951 r.
François Mitterranda (65 i 72) – prezydenta Republiki Francuskiej.
Donalda Trump’a (71) – aktualnego prezydenta USA
Czy ktokolwiek stwierdzi z pełnym przekonaniem, że ci faceci zostali wybrani przez idiotów nie rozumiejących, że w pewnym wieku już niczego się nie zdziała i nie wymyśli a jeśli już, to z pewnością będą to dyrdymały podyktowane demencją?
A my spieramy się kto ustali głupszą granicę, po której sędzia ma spocząć.

Co jest stawką?

Wicemarszałek Terlecki wyraził w telewizorze swoje zaniepokojenie faktem, że sędziowie pozostają poza wszelka kontrolą. Miał na myśli oczywiście sytuację związaną z Sądem Najwyższym.

 

Szkoda, że pan wicemarszałek nie doczytał Konstytucji RP, w której znajduje się zapis art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Jako takie nie powinny zatem podlegać politycznej kontroli, co w wypadku PiS pragnącego kontrolować wszystko jest trudne do zniesienia.

PiS faktycznie już teraz kontroluje Sąd Najwyższy, bowiem o kształcie tego organu decyduje m.in. prezydent RP – w obecnej chwili jak najbardziej „pisowski”, który mianuje nie tylko Prezesa, ale też wszystkich sędziów SN. Partii rządzącej podlega też Krajowa Rada Sądownictwa wskazująca nominatów do tego ciała. I te zmiany, jak i wprowadzone do samej ustawy o SN i ustroju sądów powszechnych powinny być panu wicemarszałkowi znane, bowiem to jego klub był ich inicjatorem i przegłosował wejście w życie – a pan Terlecki, jako przewodniczący klubu parlamentarnego powinien mieć o tym jako takie pojęcie. Chyba, że znów czegoś „nie doczytał”.

Nie chodzi zatem o kontrolę działalności sędziów, ale o zapewnienie pełni władzy nad nimi. W Sądzie Najwyższym ostatnią do przejęcia kontroli jest osoba Pierwszego Prezesa. I nie ma tu znaczenia, kto nim jest. Ma znaczenie, że nie jest to człowiek PIS. W świetle uchwały podjętej przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN, w której zapewniono o poszanowaniu Konstytucji i wierności sędziowskiemu ślubowaniu powoduje, że nawet zamknięcie drzwi gabinetu obecnej Pierwszej Prezes niczego nie załatwi.

Sędziowie SN to rzeczywiście prawnicza elita. Wiek, doświadczenie, dorobek, nieskazitelny charakter (wymogi określone w art. 30 § 1 ustawy o SN) to w ich wypadku po prostu stan faktyczny. Inaczej nie mogliby być sędziami SN (a przynajmniej każdy chciałby wierzyć, że tak jest).

O co zatem chodzi w walce władzy politycznej z Sądem Najwyższym? O wybory, a raczej potwierdzenia ich ważności, do czego w art. 1 powołany jest właśnie Sąd Najwyższy. Kadencji Pierwszego Prezesa SN zmienić ustawą się nie da (wynika z art. 183 Konstytucji), ale ustawowo określany jest wiek jego przejścia w stan spoczynku. I wszystkie inne kwestie też można „załatwić” ustawą, poza stwierdzeniem ważności wyborów do Sejmu, Senatu, wyboru Prezydenta, wyników referendum. Przepisy art. 101, 125 i 129 Konstytucji RP wskazują wprost, że w Polsce może to zrobić tylko Sąd Najwyższy. I tego nie ma, ani jak obejść, ani jak przekręcić.

To, że wymiar sprawiedliwości wymaga reform nie ulega nie ulega dyskusji, ale jeśli zaorana zostanie niezawisłość sędziów, w tym Sądu Najwyższego, to możliwości kontroli władzy w praktyce nie będzie. Walka o SN w naszych realiach to walka o zachowanie tych resztek demokracji, w której prawo góruje nad wolą władców.

Ta przenośnia powstała z tłumaczenia słynnej anegdoty François Andrieux, w której Fryderyk Wielki chciał sobie rozbudować park w Sans Souci, ale zawadzał mu młyn i jego uparty właściciel. Kiedy Fryderyk zagroził wywłaszczeniem, młynarz miał mu odpowiedzieć „Są jeszcze sędziowie w Berlinie”, co skłoniło króla do rezygnacji z planów. Powiastka Le Meunier de Sans-Souci została wydana dwieście lat temu. Ale to tylko anegdota, jakże mało śmieszna w porównaniu z naszymi wygłupami.