W przedszkolu elektromobilności

Rynek samochodów elektrycznych w Polsce to wciąż raczkująca gałąź motoryzacji.

 

W Norwegii na 100 tys. mieszkańców przypada 185 stacji ładowania. W Chinach w 2012 roku sprzedano blisko 10 tys. aut elektrycznych, podczas gdy 5 lat później ponad 600 tys. W Japonii najszybciej sprzedającym się samochodem elektrycznym jest pojazd jednego z rodzimych producentów.
Czy Polska ma szansę na zbliżone statystyki? Na to pytanie spróbowali odpowiedzieć eksperci firmy EFL w raporcie „Czy jesteśmy gotowi na auta elektryczne?”, w którym przeanalizowali podejście do elektromobilności najbardziej rozwiniętych gospodarek świata i Polski w czterech obszarach.
Okazuje się, że przy takich gospodarkach jak Chiny, Japonia czy Norwegia, liczba sprzedawanych u nas elektromobili oraz gęstość sieci stacji ładowania, nie dają powodów do zadowolenia. Jesteśmy jak przedszkolacy, podczas gdy oni z elektromobilności zrobili już doktorat.
Elektromobilność to oczywiście motoryzacyjny kierunek przyszłości. Większość państw już to dostrzegła i stymuluje sprzedaż aut elektrycznych. Numerem jeden, i to zarówno w obszarze produkcji jak i sprzedaży, są Chiny. W 2017 roku w Państwie Środka zostało sprzedanych ponad 600 tys. elektryków, czyli więcej niż łączna sprzedaż nowych aut osobowych w Polsce w ubiegłym roku.
Sprzyja temu polityka chińskiego rządu zmierzająca do wspierania elektromobilności. W wyniku dopłat, zakup auta elektrycznego może być nawet do 40 proc. tańszy niż spalinowego. Władze wprowadzają też restrykcje wobec aut spalinowych. Np. w Pekinie obowiązuje zakaz ich używania w dniach, kiedy normy smogu są przekroczone. Dodatkowo, wiele chińskich miast zabrania korzystania ze spalinowych skuterów.
Dziś w Polsce koszty zakupu auta elektrycznego są nawet dwukrotnie wyższe od kosztów zakupu samochodu z napędem konwencjonalnym. Niezbędny jest zatem system zachęt, który spowodowałby wzrost zainteresowania nabywaniem takich pojazdów. Na razie jednak mamy do czynienia tylko z deklaracjami rządu dotyczącymi dopłat na zakup samochodu elektrycznego.
Ograniczony zasięg samochodów elektrycznych zniechęca wielu klientów do ich zakupu. Stąd też zainteresowanie mieszkańców elektromobilami zależy, oprócz cen, także od gęstości sieci stacji ładowania. W Norwegii na 100 tys. mieszkańców przypada aż 185 ładowarek. Numerem dwa jest Holandia (180 sztuk na 100 tys. mieszkańców), a trzecim miejscu jest Szwajcaria (46 na 100 tys. osób).
Sytuacja Polski na tle innych krajów wygląda marnie. U nas działa 329 stacji ładowania, co nie daje nam nawet jednej ładowarki na 100 tys. mieszkańców (28. miejsce w Europie). I tak właśnie wygląda realizacja programu elektromobilności premiera Morawieckiego.
Przyjęta na początku tego roku ustawa o elektromobilności zapowiada, że do 2020 roku w Polsce powstanie 400 szybkich i 4000 wolnych ładowarek. Kto chce, nich w to wierzy.
W Chinach czy Japonii rządowe dotacje są przyznawane na pojazdy wyprodukowane w kraju, w związku z czym tam liderami sprzedaży są rodzimi producenci. U nas żadnych producentów nie ma. Wprawdzie rządowy Plan Rozwoju Elektromoblności na lata 2016-2025 ma rozwinąć przemysł elektromobilny i wdrożyć produkcję polskiego auta elektrycznego, ale to bajki.
Na razie udało się rozstrzygnąć tylko konkurs na wizualizację auta. Tymczasem, zgodnie z planem do 2018 r. miał zostać zbudowany cały prototyp, a w przyszłym powinniśmy mieć już produkcję krótkoseryjną. Tak oczywiście nie będzie, zaś Polacy, jeśli w ogóle zaczną przesiadać się za kierownice samochodów elektrycznych, będą wybierać sprawdzone modele zagranicznych producentów.