Fala zmiany

Nadchodzące wybory do Kongresu Stanów Zjednoczonych mają szansę odmienić amerykańską politykę. Nie tylko dlatego, że wszystkie sondaże i badania opinii publicznej przewidują porażkę republikanów zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie. Największa zmiana zachodzi w samym łonie Partii Demokratycznej, gdzie po latach marginalizacji do głosu dochodzą kobiety i przedstawiciele mniejszości etnicznych.

 

Fala zmiany właśnie pochłonęła Michaela Capuano, kongresmana reprezentującego stan Massachusetts od dwudziestu lat. Capuano, jeszcze do niedawna uważany za „niezatapialnego”, musiał tym razem uznać wyższość Ayanny Pressley. To właśnie ta czarnoskóra radna z Bostonu i asystentka senatora Johna Kerry’ego odniosła o tyle zdumiewające, co zdecydowane zwycięstwo w prawyborach zorganizowanych w stanowych strukturach Partii Demokratycznej.

„Dzisiejsze czasy wymagają więcej od naszych przywódców i od naszej partii. Dzisiejsze czasy wymagają, aby do rządzenia podchodzić mądrze, bezkompromisowo i bez strachu. Nie wystarczy już, że demokraci przejmą władzę. Ważne będzie też to, co ci demokraci reprezentują” – powiedziała Pressley po ogłoszeniu wyników prawyborów.

W wielu sprawach Pressley i Capuano wypowiadają się podobnie. Oboje są znani z postępowych poglądów, m.in. opowiadają się za swobodnym dostępem do aborcji. Pressley zyskała rozgłos zapowiadając zlikwidowanie niesławnej ICE, czyli służby imigracyjnej odpowiedzialnej za rozdzielanie rodzin nielegalnych imigrantów i zamykanie ich w centrach odosobnienia. Z kolei Capuano skupiał się na kwestiach gospodarczych, proponując aktywną walkę z bezrobociem i biedą poprzez pełne zatrudnienie.

Przegrana Capuano nie wynikała zatem z różnic programowych. Raczej, była pochodną politycznego trendu, który dało się zauważyć już podczas wyborów prezydenckich w 2016 roku. Wtedy to, na fali zmęczenia dotychczasowym partyjnym establishmentem, republikanie zagłosowali na politycznego nowicjusza Donalda Trumpa. Podobnie spora część demokratów podziękowała Hillary Clinton, która w polityce działała „od zawsze”. Od tego czasu ten trend w Partii Demokratycznej nie tylko się utrzymał, ale wręcz się umocnił. Można już zatem mówić o powszechnym znużeniu twarzami, które Amerykanie muszą oglądać od wielu lat. Capuano jest tego dobrym przykładem. Do Izby Reprezentantów trafił w 1998 roku, a więc jeszcze za prezydentury Billa Clintona. Wcześniej przez dziesięć lat był burmistrzem Bostonu, w samej zaś polityce działa od niemal czterdziestu lat…

W innych warunkach tak bogate CV byłoby zapewne poważnym atutem. Jednak nie w dzisiejszej Ameryce. Im więcej lat spędzonych w Kongresie, tym mniejsze szanse na kolejne zwycięstwo. W czerwcu 2018 roku przekonał się o tym inny „niezatapialny”, Joseph Crowley. Zasiadający w Izbie Reprezentantów od niemal dziesięciu lat, Crowley był nawet typowany na przyszłego przywódcę większości w Izbie Reprezentantów w przypadku zwycięstwa demokratów w jesiennych wyborach. Tym większy był szok i niedowierzanie, kiedy partyjne prawybory wygrała Alexandra Ocasio-Cortez, szerzej nieznana, 28-letnia aktywistka o imigranckich korzeniach. Jej zwycięstwo udowodniło, że doświadczenie i pieniądze to nie wszystko – Ocasio-Cortez zebrała 194 tys. dolarów, podczas gdy Crowley dysponował budżetem przekraczającym 3,4 mln dolarów. Jak nigdy, zaczynają liczyć się szczerość i bezkompromisowość w kwestiach społecznych, a przede wszystkim „polityczna niewinność”, czyli brak uwikłania w zgniłe kompromisy, z których do tej pory słynął Kongres.

Fala zmiany może także przynieść zwycięstwo pierwszego czarnoskórego gubernatora Florydy. Andrew Gillum, niespełna czterdziestoletni burmistrz Tallahassee, startuje w wyborach nie tylko jako przedstawiciel swojej grupy etnicznej, lecz również jako głos wszystkich wykluczonych ekonomicznie. Po raz pierwszy zdarza się bowiem, aby czołowy polityk jednej z dwóch głównych partii tak otwarcie przyznawał się do socjalistycznych poglądów, obiecując powszechny dostęp do służby zdrowia i aktywną walkę z bezrobociem. Co więcej, Gillum głosi potrzebę ograniczenia dostępu do broni, co w takim stanie jak Floryda jeszcze do niedawna oznaczałoby polityczne samobójstwo.

„Wierzę, że Floryda z jej bogatą różnorodnością wybierze gubernatora, który nas wszystkich złączy, a nie podzieli. Nie wybierze mizogina czy rasisty. Ludzie raczej będą szukali kogoś, kto będzie w stanie sprostać wysokim aspiracjom naszego stanu” – mówił niedawno Gillum.

Wyścig o fotel gubernatora na Florydzie zapowiada się niezwykle ciekawie. Głównym przeciwnikiem Gilluma będzie bowiem Ronald Dion DeSantis, republikański kongresman, uważany za jednego z najbliższych sojuszników prezydenta Donalda Trumpa. Poglądy obu polityków są zbieżne nie tylko w kwestiach gospodarczych, ale także w ocenie imigrantów i mniejszości etnicznych. Zarówno Trump, jak i DeSantis chętnie odwołują się do skrajnie konserwatywnego elektoratu, często zahaczając przy tym o rasizm. W zeszłym tygodniu w wypowiedzi dla stacji Fox News, DeSantis skrytykował swojego konkurenta, sięgając po sformułowanie „monkey up” (dosł. „zmałpieć”), oznaczające „zepsuć coś”, jednakże zawierające czytelny podtekst rasistowski. Wywiadem tym DeSantis wywołał spore kontrowersje, od jego słów odcięli się nawet konserwatywni dziennikarze, jednak on sam pozostał przy swoim.

Równie pasjonująco zapowiada się wyścig o fotel gubernatora w Georgii. Tam przed szansą na zapisanie się w historii jako pierwsza czarnoskóra pani gubernator stanie Stacey Abrams, 44-letnia prawniczka i przedsiębiorczyni. W tym przypadku zwycięstwo może jednak okazać się niezwykle trudne. Georgia to tradycyjnie konserwatywny stan, gdzie mimo upływu lat większość urzędów wciąż pozostaje zamknięta przed Afro-Amerykanami. Inaczej niż więzienia, w których ponad 60 proc. przetrzymywanych to czarnoskórzy.

Czy „fala zmiany” zmiecie dotychczasowy amerykański establishment? Przekonamy się już na początku listopada, kiedy odbędą się wybory lokalne oraz do Kongresu. W Senacie do zdobycia będzie aż 35 ze stu miejsc, a trzeba pamiętać, że obecna przewaga republikanów nad demokratami wynosi zaledwie jeden głos. Nie o to jednak się rozchodzi, aby Partia Demokratyczna zastąpiła Partię Republikańską. I w jednej, i w drugiej znajdują się bowiem ludzie, dla których zgniłe kompromisy ponad głowami wyborców to sól amerykańskiej polityki. O prawdziwej zmianie będziemy zatem mogli powiedzieć dopiero wówczas, kiedy ich miejsce zajmą społecznicy pokroju Pressley czy Ocasio-Cortez. Im więcej takich ludzi w (nie tylko amerykańskiej) polityce, tym lepiej dla demokracji.

Syty głodnego nie zrozumie

Niech politycy wreszcie na własnej skórze odczują, co znaczy „tanie państwo”.

Prawie połowa Polaków obniżyłaby pensje posłom do 5 tys. zł brutto – wynika z sondażu Ariadny przeprowadzonego dla gazety.pl. Taki stan rzeczy, przerażający w ostatecznym rozrachunku, wynika z kilku paradoksów.
I wcale nie przyczynił się do tego płomienny apel Jarosława Kaczyńskiego o to, że „potrzeba skromności w życiu publicznym”. Wcale nie. Większość wyborców tak naprawdę popiera sowite wynagrodzenia dla posłów – nie dlatego, że szczególnie sobie ceni naszych wybrańców narodu, ale w obawie przed tym, by nie chodzili na pasku biznesu.
Zwłaszcza, że w całej aferze z nagrodami rozpętanej przez prezesa PiS, posłowie i senatorowie tak naprawdę oberwali rykoszetem. Bo to rząd wziął od Szydło „drugie pensje”, nie oni. A to im prawdopodobnie obniżą ustawą miesięczne zarobki o dwa tysiące. Wprawdzie ministrowie i wiceministrowie też musieli oddać nagrody (zgodnie z tym co mówiła Beata Mazurek, oddali prawie wszyscy, choć niekoniecznie akurat na Caritas), ale zwrócili po prostu zbyt lekką ręką przyznane bonusy. Ich wynagrodzenie zasadniczo jednak pozostanie bez zmian.
I tu rację mają posłowie opozycji, którzy wymachują tym faktem niczym sztandarem. Tylko że teraz mało kto im współczuje. Mija 35. dzień, gdy niepełnosprawni razem z rodzicami leżą z materacami na sejmowych korytarzach i czekają na swoje 500 zł. Nikt nie spodziewał się, że tak trudno będzie wydrzeć je z gardła socjalnej ekipie. W tej sytuacji nawet zadeklarowani obrońcy poselskich wynagrodzeń uśmiechają się złośliwie: „niech się teraz przejdą w naszych butach”.
Wreszcie – zwraca się trwające całymi latami psioczenie o tym, że potrzebne jest tańsze państwo (jak celnie stwierdził publicysta Łukasz Moll: „kto Balcerowiczem wojuje, od Balcerowicza ginie”). Bo państwo tanie dla zarządzających to także państwo dziadoskie dla zarządzanych, oszczędzające na zasiłkach, na NFZ, na przewozach, na szkolnictwie.
49 procent ankietowanych w sondażu wyceniło poselską pracę na 5 tys. brutto – czyli 3350 zł do tak zwanej ręki. I ma to być górna granica.
Osobiście uważam, że oszczędzić można w zupełnie inny sposób. Po co nam aż 460 posłów? Po co 100 senatorów? Lepiej mieć połowę albo jedną trzecią mniej, ale wynagradzanych sowicie (z tym, że bez przywilejów takich jak obsadzanie spółek państwowych, zakaz łączenia funkcji posła i ministra, ograniczenia liczby kadencji – ale też wyższe emerytury dla polityków). Inaczej będziemy mieć chmarę ludzi wynagradzanych poniżej odpowiedzialności i to się na nas zemści w kolejnej kadencji, kiedy „w posły” przyjdą tacy, że przy nich ci dzisiejsi to arystokracja.