Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…

Dysonans

Ewa Błaszczyk należy do grona wybitnych polskich aktorek z pokolenia Krystyny Jandy, Doroty Stalińskiej. Gra i śpiewa na doskonałym poziomie. Przed laty, po śmierci męża, przydarzyło się jej rodzinie i to, że jedna z córek – po, wydawałoby się, banalnym wypadku (złe przyjęcie tabletki) – zadławiła się i popadła w śpiączkę. Opisany stan nie interesuje już medycyny – w Polsce przed 1989 rokiem tacy chorzy, na granicy snu i strzępków życia, leżeli w szpitalnych izolatkach lub domach pomocy, gdzie umierali szybko i bez rozgłosu.

O tym, że i po 1989 roku nic się nie zmieniło, szybko przekonała się i Ewa Błaszczyk, zwłaszcza, gdy usłyszała: „A kogo to obchodzi…”.

Wściekła, rozżalona, założyła fundację, stała się tak jej ikoną jak i menedżerem, a wszystko skończyło się luksusową kliniką „Budzik”, w której kilkunastu chorych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, co córka aktorki, podlega intensywnej terapii i czasami na powrót wraca do – przynajmniej cząstkowej – świadomości oraz – kontaktu ze światem.

Wielkie to dzieło i wielka w tym Ewy Błaszczyk zasługa.

Ale jest i druga strona medalu, która, rzecz jasna, w niczym opisanych powyżej dokonań nie umniejsza.

Klinika pochłonęła miliony z kont sponsorów (firm, korporacji, samorządowych budżetów), zbudowana została z przepychem. Żaden barak. Ilość miejsc – mało imponująca, jak na zgłaszane potrzeby. Personel słono wynagradzany, no bo „nikt nie będzie pracował darmo…”. Słowem, kilku otrzyma dużo. A reszta? Dla reszty, gdy nie poruszą serca jakiegoś energicznego aktywisty, pieniędzy – sponsorskich, korporacyjnych – już nie będzie.

Niestety, bliższy mi jest i pozostanie system, gdzie dla „wszystkich jest po trochu”, zaś trud społeczników przekłada się na wypracowanie nieustannie doskonalonej matrycy, którą można implantować w całym kraju, nawet w najbardziej zapadłej wsi. Nie fajerwerki, a przemyślana forma pomocy wszystkim chorym i ich rodzinom, którą jest w stanie skutecznie wesprzeć nawet samorząd w przysłowiowym Pcimiu. Goły i bosy.

Niedawno – ku zgorszeniu miejscowego MGOPS-u – zażądałam wglądu w swą „teczkę”, czyli w materiały wyprodukowane przez urzędniczki miejscowej „pomocy społecznej”. Choć podmiotem starań urzędników miał być mój mąż (SM, brak wzroku, całkowity paraliż), w MGOPS-ie uznano, że podmiotem tym będę jednak ja. Jako „opiekun osoby ciężko niepełnosprawnej”. Bo tak było wygodniej.

Z „pomocy” korzystaliśmy po przyjeździe z Poznania do miasteczka W. (wynik „czyszczenia kamienic”) w 2006 roku, gdy całe nasze dochody wynosiły 766 zł (w tym kredyt hipoteczny). Wówczas odwiedziła nas urzędniczka MGOPS-u, zapytała, dlaczego „chory jeszcze nie wyzdrowiał”, odnotowała obecność 3 psów, w tym 2 – wychudzonych, meble „nowe, ale z płyty”, sytuację oceniła jako „trudną” i przydzieliła 60 zł „na łba” i „europejskiej pomocy żywnościowej” 2 tysiące.

Książek ani kilku instrumentów nie odnotowała, podobnie jak i tego, że zaczepki popegeeroowskich sąsiadów nie pozwalały spokojnie wyjść z mieszkania. Z perspektywy czasu, nie mam pretensji: książki można było sprzedać, instrumenty – także, psy uśpić, a co do sąsiadów – nie wychodzić za dnia z domu.

Minęło 10 lat bez pomocy i po przejściu na emeryturę nie sięgającą 1000 zł, znów musiałam udać się do MGOPS-u. Zasponsorowali 200, 300-złotowymi kwotami (raz 500, a po śmierci męża nawet 1000) używany materac antyodleżynowy, łóżko, najtańszą pralkę. Hojność miała jednak swą cenę – w „teczce” pojawiły się zapisy o „konfliktowości”, bo „tak się słyszy”. Odnotowano, że dramatycznie poszukuję pracy, ale uwaga ta wsparta wywiadem w miejscowym urzędzie pracy, doczekała się adnotacji, że pewnie „mam zbyt wysokie wymagania”. Najwyraźniej to, że po przyjeździe do W. bez szemrania podjęłam 3-zmianową robotę „ślusarza”, pracowałam w ponurych pieczarkarniach i grzybiarniach, a w miesiąc po śmierci męża, najęłam się do fizycznej roboty w fabryce poduszek – nie pasowało do modelu „klienta pomocy” który – jak powszechnie wiadomo – sam sobie winien.

Z urzędniczych opisów wyłaniał się obraz smutnego, biednego, choć czystego domostwa, po którym – jak to u każdej patologicznej biedoty – hasają: psy, kot, świnka morska, królik, a nawet chomiki. Do kompletu brakowało wzmianek o walających się półlitrówkach. Za to o chorym, choć choroba ani na milimetr nie odebrała mu nieprzeciętnej inteligencji, pogody, poczucia humoru i dobroci wreszcie w „teczce” prawie nie ma nic. Po prostu – nie był podmiotem, zatem nikt o nic go nie pytał.

A nie pytał, bo w Polsce niedomoga fizyczna zwykle utożsamiana jest z uwiądem władz umysłowych – potwierdzali to, zresztą, moi popegeerowscy sąsiedzi ustami elokwentnego absolwenta kilku klas szkoły powszechnej, gdy rozgłaszali, że SM to „psychiczna choroba zakaźna”.

Tym, co jednak wprawiło mnie w osłupienie, była osoba, którą wskazano jaką „opiekunkę”, co to miała dojeżdżać do nas na godzinę w tygodniu celem udzielenia pomocy choremu. A pomoc ta, w sensie jak najbardziej fizycznego wysiłku, zaczęła być nieodzowna. Nigdy z niej wcześniej nie korzystaliśmy, gdyż MGOPS za czasów poprzedniego kierownictwa nie potrafił znaleźć nikogo, kto by za 7-9 złotych dojeżdżał rowerem z miasteczka na koniec wsi. Proponowano nam zatem płatne usługi na pół etatu, aby się to jakiejś osobie „opłaciło”. Jednak koszt przyjęcia tej usługi był tak wysoki, że moja praca nie miałaby sensu.

W 2016 roku obliczyłam, że na godzinę pomocy w tygodniu nas stać i prawie napisałam już wniosek. A wtedy zadzwoniła do mnie zirytowana „pani Iwonka”, przedstawicielka agencji i rzekła: „Pani kochana, ja tam nie wiem, kto by do was chciał jeździć. Ale jak już taka jesteś, pani, uparta, to przyjadę do wsi, pójdę od chaty do chaty i może kogoś znajdę…”

Wizja „chodzenia po chatach”, gdzie „pani Iwonka” relacjonowałaby naszą sytuację raz za razem, tak mnie przeraziła, że porzuciłam zgubny zamiar skorzystania z gminnego miłosierdzia.

Ale było już za późno, „pani Iwonka” przyjechała i usłyszała, że „do tych, co przyjechali z miasta nikt chodził nie będzie”.

Niezrażona, wskazała jednak miejscowemu MGOPS-owi kandydatkę. Była nią wieloletnia salowa miejscowego „Caritasu”, zwolniona dyscyplinarnie zaraz po tym, jak trafiła do aresztu. A trafiła – uwaga – za nożownictwo. Na marginesie dodam: uzasadnione mężowym zaglądaniem do kieliszka.

Innych „opiekunek” „pani Iwonka” nie była w stanie znaleźć, choć na tym terenie jest ich pełno – za 1200 euro jadą do „rajchu” i tam tracą wszelki wstręt do opiekuńczej roboty, który tak je wypełnia, gdyby miały to samo robić wobec rodaków. Rzecz jasna, ani nie należy się temu dziwić ani oburzać. Tak po prostu jest.

Mąż zmarł w poniedziałek, nad ranem, na dyżurze lekarza, który – jeżeli się nie mylę – pełni jednocześnie obowiązki chirurga, ordynatora i dyrektora szpitala. Kilka dni wcześniej pojechałam do „lekarza rodzinnego” zgłosić konieczność wizyty domowej. Gniewnie (taki ma styl) wrzasnął: „A dlaczego?” Odpowiedziałam: „Bo chory jest słaby.” Na to usłyszałam: „Pani mąż był, słaby, jest słaby, będzie słaby. To nie powód…”

Aby go do wizyty zmusić, wisiałam na telefonach do dyrekcji szpitala, NFZ, PTSR-u, Urzędu Wojewódzkiego. I dopiero ten ostatni zmusił miejscowy MGOPS do przeprowadzenia rozmowy dyscyplinującej. Podobno padły groźby i miejscowy „lekarz rodzinny” zgodził się przybyć. Akt łaski miał mieć miejsce w środę, śmierć nastąpiła dwa dni wcześniej.

Sumując: z jednej strony – miliony dla kilkunastu „szczęśliwców w nieszczęściu”, z drugiej – dawane z łaski kilkuzłotowe zasiłki „celowe, specjalne” , okupione domową inwigilacją i opiniami, których źródłem staje się pomówienie i plotka, oraz „nożowniczka” jako jedyna dostępna obsada godziny opiekuńczej raz w tygodniu.

Także – lekarz, którego gniewnymi pomrukami centralnych urzędów zmuszać trzeba do złożenia wizyty umierającemu, złożonego nieuleczalną chorobą i dotkniętego, bez żadnej swej winy, straszliwym kalectwem i całkowitym społecznym osamotnieniem.

Coś tu jednak jest nie tak.

 

Autorka wraz z mężem, dotkniętym stwardnieniem rozsianym, w wyniku „czyszczenia poznańskich kamienic” przed 12 laty trafiła do po-PGR-owskiego bloku na obrzeżach Wielkopolski.

Stan krytyczny

Lubelskie, Wielkopolskie, a teraz Podkarpackie. Mamy do czynienia z masową odmową pracy przez pracowników publicznych placówek służby zdrowia. W środę pacjentów przestały przyjmować placówki w Rzeszowie i kilku innych ważnych miastach województwa.

 

Jeszcze nie został ugaszony pożar w lubelskiej służbie zdrowia, w całym kraju trwają twarde potyczki negocjacyjne pomiędzy zbuntowanymi pracownikami szpitali, a kierownictwem placówek, a do walki stanęły kolejne jednostki. Kliniczny Szpital nr 2 im. Św. Królowej Jadwigi w Rzeszowie, Wojewódzki Szpital im. Zofii z Zamoyskich Tarnowskiej w Tarnobrzegu i Szpital Powiatowy im. Edmunda Biernackiego w Mielcu wstrzymały planowe przyjęcia. Powód? Brakuje pielęgniarek – duża część zatrudnionych przedstawiła zwolnienia lekarskie.

Nie ma jednak obaw co do przyjmowania pacjentów w stanie zagrożenia życia. Pracownicy są odpowiedzialni i nie dopuścili do zamknięcia Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Pozostali pacjenci są przewożeni do innych jednostek w województwie podkarpackim.

Fala buntów objęła m.in. Kliniczny Szpital nr 2 w Rzeszowie – największą placówkę w regionie. Zatrudnieni wskazują, że dyrekcja bez konsultacji wprowadziła szereg niekorzystnych dla nich zmian dotyczących organizacji i warunków pracy. Związki zawodowe podkreślały, że nie odbyły się tej sprawie żadne rozmowy. Po prostu pewnego dnia rzeczywistość zmieniła się na gorszą.

Wkrótce do strajku przyłączyli się pracownicy dwóch innych jednostek z Podkarpacia. W szpitalu wojewódzkim nr 2 do pracy w 2 lipca nie przyszło 186 pielęgniarek na 905 zatrudnionych, 116 położnych i 85 fizjoterapeutów; w Tarnobrzegu 70 pielęgniarek na 364 zatrudnione. Natomiast w szpitalu powiatowym w Mielcu od 29 czerwca nie stawiło się 135 pielęgniarek na 437 zatrudnionych. Wszystkie dostarczyły zwolnienia lekarskie, większość z nich dotyczy krótkiej nieobecności – trzech dni.

„Karetki cały czas pracują i jest zabezpieczone leczenie tych nagłych przypadków. Szpitale funkcjonują w tzw. systemie ostrym, a więc nie przyjmują pacjentów planowych, wstrzymują planowe, nie zagrażające życiu, operacje” – powiedział Władysław Ortyl, marszałek województwa.

Spór zbiorowy między dyrekcją i związkami zawodowymi trwa w rzeszowskim szpitalu od marca – związkowcy domagają się zwiększenia zatrudnienia w poszczególnych grupach zawodowych, płatnych urlopów szkoleniowych i podwyżek. Obecnie zarządzający placówką zachęcają pacjentów, by do czasu zakończenia protestu korzystali ze świadczeń w innych jednostkach z uwagi na utrudnienia w postaci przesunięć terminów zabiegów. Dyrekcja rozważa ponadto możliwość łączenia niektórych oddziałów i zapewnia, że w razie potrzeby umożliwi transport chorych do sąsiadujących szpitali.

„Cie choroba”

Media nie tak dawno rozpisywały się o chorobie Prezesa. Fakt, jakiś czas nie było widać Prezesa w mediach i w publicznych wystąpieniach, no a co ważne nie był też na oddaniu do użytku, czyli odsłonięciu pomnika jego skądinąd słynnego brata.

 

Domysły, co do rodzaju choroby były różne, ale przeważał domysł choroby kolana, choć nie było żadnego oficjalnego komunikatu co do choroby i jej rodzaju. Cóż w pewnym wieku kolana i inne stawy bolą, szczególnie tym, co to w latach młodych nie żłopali mleka. Tak czy siak, choroba była, był szpital, było wyjście ze szpitala, co wścibskie, a nieprzychylne Prezesowi media wyniuchały, a teraz to chyba jakaś rehabilitacja czy inna rekonwalescencja trwa, choć oficjalnie nic nie wiadomo. Też nie wiadomo, czy już po tej chorobie, czy jest jakieś zwolnienie lekarskie i w ogóle, wszystko tajne jakieś. A sprawa chyba była poważna, bo i zaczęto w niektórych kręgach na wszelki wypadek, dzielić skórę na niedźwiedziu, czyli typować następcę Prezesa wśród potencjalnych kandydatów, co było dość zabawne w swej wymowie.

 

Cóż Prezes, nie Prezes,

jak każdemu trzeba życzyć zdrowia, czy też powrotu do zdrowia i tyle. Ale co innego w tym jest istotne.
Bo to nie wiadomo, a przynajmniej dla ogółu, co to za choroba, czy pacjent to pracownik, który to opłaca wszystkie składki i ubezpieczenia, czy może to emeryt, który prawie nic nie płaci, czy też tzw. poseł etatowy, czy kim tam jeszcze jest. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, czy był u lekarza pierwszego kontaktu, czy dostał skierowanie na leczenia, no i czy czekał w kolejce do lekarzy, w kolejce do szpitala, nie mówiąc o takich tam duperelach jak to, jak się do tego szpitala udał; piechotą, tramwajem, taxi, czy limuzyną rządową, no a jeśli tak, to dlaczego?

 

Lekarz politycznego kontaktu

No, a co najistotniejsze w tym wszystkim, to w jakim to szpitalu pacjent był, czy to był szpital normalny dla ludu pracującego miast i wsi, czy w szpitalu dla wybranych, z czym to ta opcja podobno związkowa, a teraz nam panująca tak walczyła zaciekle z tzw. komuną?

 

Kabaret

Tak czy owak, wszystko to razem nadaje się do mistrzowskiego przedstawienia, przez mistrzów prześmiewców, satyryków, jak ten który, nomen omen, prezentował właśnie „Cie choroba”, ale już takich dzisiaj nie ma, nie licząc kilku błaznów przy dworze. Co ciekawe, od pewnego czasu, tak w zasadzie to dzisiaj nie ma u nas czasopism satyrycznych. Nie ma, bo teraz, po zmianach i dobrej zmianie, to życie stało się satyrą. Cie choroba.

Modlitwa patałacha

Pracownicy polskiego systemu opieki zdrowotnej jakoś nie mają szczęścia do zwierzchników. Jak nie dogmatyczni zwolennicy prywatyzacji, to katoliccy fundamentaliści albo zwykli nieudacznicy.

 

Przegląd szefów ministerstwa wywołuje przykre reminiscencje. W ostatnich latach wydawało się jednak, że gorzej już być nie może. Najpierw w 2016 zastrajkowały pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka, mając serdecznie dość pracy za poniżające stawki w p0nadnormatywnym wymiarze godzinowym. Ówczesny minister Konstanty Radziwiłlł, szlachcic herbu Trąby, postanowił zagrać według zasady dziel i rządź – szczuł społeczeństwo i pacjentów na pielęgniarki lekarzy przedstawiając ich jako środowisko roszczeniowe i niebezpieczne. Całe szczęście – niezbyt skutecznie. 16-dniowa bitwa zakończyła się zwycięstwem protestujących, a minister wyszedł z tego boju z pokiereszowanym wizerunkiem. W ubiegłym roku zbuntowali się młodzi lekarze, domagając się nie tylko podwyżek, ale również, zgodnie z logiką i społeczną odpowiedzialnością – wzrostu publicznych nakładów na całą opiekę medyczną. Tym razem był to protest ogólnopolski.

Radziwiłl kompletnie sobie nie radził w negocjacjach, z Nowogrodzkiej zaczęły się dobywać groźne pomruki i stało się to, co musiało się stać – podczas rekonstrukcji rządu w styczniu 2018 roku głowa hrabiego-ministra została zatknięta na kiju.

I wtedy w resorcie przy ul. Długiej zjawił Łukasz Szumowski, ojciec czwórki dzieci, człek ponoć zaradny i koncyliacyjny, cieszący się w kręgach rządowych nieposzlakowaną reputacją moralną. Przyszedł z gotowym planem porozumienia. Konflikt z rezydentami zakończył jak ręką odjął. Szumowski zapewnił też, że w mocy zostanie utrzymane porozumienie z ratownikami medycznymi, zawarte jeszcze za czasów Radziwiłła, w lipcu 2017 roku. Przez kilka kolejnych miesięcy resort zajmował się przygotowaniem ustawy, a w służbie zdrowia panował długo oczekiwany spokój.
Okres ten zakończył się tydzień temu, kiedy rezydenci zobaczyli projekt ustawy. Okazało się, że zmiany znacznie odbiegają do ustaleń wynegocjowanych z ministrem Szumowskim. O tych rozbieżnościach pisaliśmy tutaj. Minister najwyraźniej miał młodych lekarzy za głupków, którzy nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem dokumentu.

„Nie wierzę w dobrą wolę resortu. Może to być próba oszukania nas i wyłączenia z podwyżek pewnej grupy lekarzy. Problemów zaczyna się robić bardzo dużo i to nie są błędy, które się pojawiły, bo ktoś czegoś nie dopilnował. To są błędy merytoryczne, które są wprowadzone celowo. To jawne łamanie zawartego porozumienia – mówił rzecznik prasowy rezydentów Marcin Sobotka. Rozbieżności do dziś nie zostały wyjaśnione, lekarze tracą cierpliwość i coraz częściej mówią o strajku jako jedynym środku dialogu.

Nie minął tydzień, a wybuchła kolejna bomba z gównem. Resort Szumowskiego zaprezentował bowiem projekt nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, który miał poprawić warunki pracy ratowników medycznych. Okazało się, że obiecane dodatki otrzymają załogi ambulansów, ale już nie ratownicy pracujący w izbach przyjęć. Przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego Roman Badach-Rogowski już teraz mówi, że ustawa w obecnym kształcie jest dla ratowników nie do zaakceptowania.

Łukasz Szumowski jako jeden z 4 tys. medyków podpisał „Deklarację wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”, stworzoną przez Wandę Półtawską – katolicką fundamentalistkę, fanatyczną działaczkę antyaborcyjną i przyjaciółkę kontrowersyjnego papieża Jana Pawła II. Niedawno na Jasnej Górze zawierzył też polską służbę zdrowia Matce Boskiej. Nie wiadomo, czy Najświętsza Panienka ma równie dobre zdanie o szefie resortu, co on sam o sobie.

Religijny fanatyzm nigdy nie zastąpi kompetencji i elementarnej uczciwości w dotrzymywaniu danych obietnic. Powiem więcej, gwarantuje, że odwoływanie się do sił nadprzyrodzonych jest stale stosowanym przez obecną władzę chwytem, by ukryć fakt, że rządzą nami nieudacznicy. Najgorsze, że są jeszcze ludzie, którzy dają się na to nabrać. Ale to już niedługo.