PPS po wojnie. Doświadczenia 1948

Komisja Historyczna Polskiej Partii Socjalistycznej była w dniu 14 grudnia 2018 roku organizatorem konferencji „Przyczyny i skutki ograniczenia roli socjalistów w kształtowaniu oblicza Polski po II wojnie światowej”.

 

Konferencja została zorganizowana w 70. rocznicę rozwiązania PPS i PPR i powołania PZPR. Dla większości socjalistów – jak stwierdzono w konkluzji konferencji – było to smutne i trudne do zaakceptowania wydarzenie, przerwało ono bowiem żywot zasłużonej dla Polski i jej niepodległości partii będącej ostoją demokratycznego socjalizmu.
Podczas konferencji wygłoszono następujące referaty merytoryczne: Andrzej Ziemski – Kontekst polityczny i historyczny wydarzeń roku 1948, prof. Rafał Chwedoruk – Polska Partia Socjalistyczna przed grudniem 1948 roku i prof. Maria Szyszkowska – Socjalizm w Polsce po II wojnie światowej. Komentarz do istotnej roli PPS w historii wygłosił przewodniczący Rady Naczelnej PPS – Bogusław Gorski.
Problem przerwania w roku 1948 aktywnej roli PPS w kształtowaniu kraju po II wojnie światowej jest nadal żywy, socjaliści bowiem zaraz po ustaniu działań wojennych rozpoczęli wdrażanie w odbudowie kraju Programu Radomskiego przyjętego na Kongresie PPS w roku 1937. Pozwoliło to na przyspieszoną odbudowę kraju i ustanowienie sprawiedliwych stosunków społecznych. Mimo toczącej się w Polsce wojny domowej odnotowano w tym czasie przywrócenie normalnego życia społecznego, odbudowę struktur państwa, zagospodarowanie Ziem Zachodnich, rozpoczęcie odbudowy całkowicie zrujnowanej stolicy.
W wystąpieniach referentów, jak też w dyskusji zwrócono uwagę na wielki wpływ, mimo ograniczeń wynikających z budowy totalitarnego państwa później, do roku 1956, myśli socjalistycznej zawartej w programach i doświadczeniach PPS wypracowanych wcześniej. Dotyczy to również socjalistów – byłych członków PPS, którzy nie zaprzestali aktywnego życia społecznego, naukowego i zawodowego. Po roku 1956 pojawili się również w pracy państwowej i politycznej.
Przywrócona formalnie do życia po roku 1989 PPS kontynuowała i nadal kontynuuje pracę polityczną opartą o swe ponad stuletnie doświadczenia. Czuje się nadal potrzebna Polsce i Polakom.

Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Inicjatywy PPS, remanenty My, socjaliści

Uroczystości rocznicowe, w których również brała udział cała lewica, w tym bardzo aktywnie PPS, skłaniają do kilku refleksji. Tak się bowiem składa, że udział w procesie odzyskiwania niepodległości, szczególnie PPS i socjalistów, był od momentu powstania partii w 1892 roku ogromny i przez całe pokolenia niedoceniany.

 

Wiązało się to z endecką narracją historyczną, która do 1939 roku miała dominujący wpływ na myślenie Polaków. Odgrywała ona ogromną rolę również po wojnie, bowiem pierwiastek endecki był jednym z ważnych komponentów Polski Ludowej. Objawienie się go w ostatnich latach w polityce III RP nie jest niczym nowym. Nowym elementem jest tolerancja i uleganie władz państwowych i części opinii publicznej na argumenty polityczne i społeczne nowej endecji, co może świadczyć o słabości lub związkach ideowo-politycznych z tym nurtem.
Polska, jako kraj, naród i organizm państwowy powinna przeciwstawić się, i przynajmniej zrównoważyć wpływy endeckie, historia bowiem pokazuje, że prowadzić one mogą na manowce cywilizacji europejskiej, doświadczonej szczególnie w XX wieku ich skutkami.
Polacy, jeśli chcą przetrwać jako naród rządzony mądrze, w formule demokracji czerpiącej z tradycji greckiej i łacińskiej, powinni przeciwstawić się aktywnie endecji i jej wpływom. Powinni budować i wspomagać te nurty ideowe i polityczne, które mają na sztandarach wolność jednostki, sprawiedliwość społeczną, pokój i tolerancję.
Polska Partia Socjalistyczna z okazji 100-lecia niepodległości Polski wystąpiła z szeregiem inicjatyw o charakterze politycznym i prawnym, które mieściły się w logice obchodów tego, największego w XXI wieku wydarzenia. Trzeba przypomnieć, że PPS w marcu 2018 roku wystąpiła do prezydenta RP z inicjatywą ogłoszenia na 100-lecie niepodległości powszechnej amnestii. Ostatnia amnestia w Polsce była w 1989 roku. Ogłosił ją gen. Wojciech Jaruzelski jako ówczesny prezydent. Trzeba zauważyć, że prawicowe władze III RP od początku prowadzą restrykcyjną politykę karną, która nie przyczynia się do spadku przestępczości, a warunki odbywania kary są w Polsce najgorsze w Europie. Kilkanaście tysięcy skazanych czeka w kolejce do więzień. Więzienia, poza kilkoma pozytywnymi przypadkami, nie wychowują. W opinii publicznej przeważa wizerunek więzień w Polsce, jako szkół przestępczości. Media dodatkowo nakręcają tę atmosferę organizując festiwal kronik kryminalnych, które nie odstręczają przestępców od łamania prawa. To wszystko wymaga radykalnych zmian w polskim systemie prawnym i systemie sprawiedliwości.
Wzorem dla współczesnych systemów karnych, szczególnie w Europie jest tzw. sprawiedliwość niekarząca. Chodzi o wychowanie obywatela świadomego, akceptującego dobro człowieka a nie wartości wypływające z obłędnej konkurencji i walki o znalezienie się na szczycie za wszelką cenę, kosztem innych. Doktryna neoliberalna nie sprawdziła się współcześnie, co widać po 30 latach jej uprawiania. Ale w Polsce nadal jest na szczycie, szczególnie aktualnie rządząca ekipa uznaje ją za właściwy kierunek rozwoju również w sferze wychowania i polityki społecznej.
Partia, mimo upływu wielu miesięcy, do dziś od prezydenta odpowiedzi się nie doczekała.
Drugą ważną inicjatywą, którą podjęła PPS wspólnie z innymi ugrupowaniami lewicy, była idea budowy pomnika jednego z przywódców PPSD i PPS, premiera Rządu Ludowego, marszałka Sejmu w II RP – Ignacego Daszyńskiego. Daszyński, mimo, że jest jedną z czołowych postaci zasłużonych dla niepodległości Polski, swojego pomnika nie miał. Był pomijany, zarówno w okresie przed II wojną światową, jak i później – stanowił powiem zagrożenie dla endeckich mitów o zasługach dla niepodległości i antydemokratycznej polityki władz państwa do 1939 roku, jak i po wojnie.
Pomnik Ignacego Daszyńskiego stanął i został odsłonięty przy Trakcie Królewskim w Warszawie w dniu 11 listopada 2018 roku. Do sukcesu tego przyznaje się dziś wiele osób z różnych środowisk lewicy i prawicy. Faktem jest jednak, że to determinacja ludzi PPS i niezrzeszonych w PPS socjalistów pozwoliła na wzniesienie tego pomnika dopiero po 100 latach od zaistnienia czynów i działań składających się na niepodległość Rzeczypospolitej.
Trzecim elementem wkładu PPS w 100-lecie niepodległości jest trwająca od wielu lat działalność polityczna i edukacyjna, której celem jest opowiedzenie prawdy o wydarzeniach i ludziach ruchu socjalistycznego, którzy od 1892 roku pod sztandarem PPS walczyli o wolność narodową i społeczną Polski i Polaków. W ostatnim czasie składają się na to dwie rozległe kampanie – w roku 2017 z okazji obchodów 125-lecia Polskiej Partii Socjalistycznej i w roku 2018 z okazji 100-lecia niepodległości Polski.
Biorąc pod uwagę te doświadczenia, wydaje się, że PPS, ale również inne ugrupowania lewicy, które mieszczą się w nurcie ideowym socjalizmu niepodległościowego, demokratycznego, powinny jeszcze bardziej zadbać o swój wizerunek i pamięć historyczną. Zauważam np. niedopuszczalne zjawisko wykorzystywania przez polską prawicę i środowiska narodowe wizerunku wielu działaczy socjalistycznych m.in. Józefa Piłsudskiego do firmowania swojej działalności.
Polska lewica niepodległościowa powinna podjąć wysiłek napisania swojej historii, takiej jaka ona była. Nie mamy czego się wstydzić. Trzeba odebrać prawicy naszych bohaterów; 100-lecie odzyskania niepodległości wydaje się tutaj dobrym momentem.

Głos lewicy

Socjalistą być

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:

Bycie socjalistą w dzisiejszej Polsce wymaga odwagi i rozumu. Liberałowie szydzą z naszych marzeń o Polsce sprawiedliwej, w której mieszkanie, leczenie nie jest przywilejem tylko prawem, gdzie pracowników traktuje się z szacunkiem i godnie się ich wynagradza. A tzw. „prawdziwi Polacy” wyzywają nas od komuchów. Kiedy odsłaniano pomnik Ignacego Daszyńskiego, jednego z tych wielu socjalistów, którzy doprowadzili do Niepodległości w 1918 roku, poczułem dumę, że tak jak on, jak Stefan Okrzeja, Kazimierz Pużak, Mieczysław Niedziałkowski, jestem socjalistą. Bo walka o Polskę sprawiedliwą to jest prawdziwy patriotyzm. My, socjaliści broniąc słabszych przed przemocą ze strony możnych i bogatych uprawiamy ten patriotyzm na co dzień.

 

Prawicowy sojusz

Łukasz Moll zastanawia się nad korzyściami sojuszu narodowców z rządzącymi:

Powiem szczerze, że dla mnie takie sklejenie modelu patriotyzmu według PiS z narodowcami wydaje się korzystne. Narodowcy są PiS potrzebni jako ekstremum, które umożliwia przesuwanie sceny politycznej w prawo, ale zblatowanie z nimi jest niebezpieczne wizerunkowo, z czego w PiS zdają sobie sprawę i stąd ten kordon oddzielający jednych od drugich na marszu.
Sądzę jednak, że to sąsiedztwo zaszło właśnie na tyle daleko, że rosnąć będzie zapotrzebowanie na alternatywny model wspólnoty, być może na inny typ patriotyzmu, być może jakiś europeizm, internacjonalizm czy kosmopolityzm, a najpewniej wyjdzie z tego jakaś hybryda tych typów idealnych, która pozwala urządzać wspólnotę do wewnątrz i na zewnątrz. Inne siły polityczne to dostrzegają, na lewicy Biedroń sięga po Kościuszkę jako rzecznika patriotyzmu demokratycznego i postępowego, a SLD i Razem po socjalistę Daszyńskiego.
Obawiam się jednak dwóch scenariuszy. Pierwszy: reakcją na nacjonalistyczny projekt PiS i skrajnej prawicy będzie jakiś płytki anty-patriotyzm, śmieszkowo-ironiczny stosunek do polactwa, takie manifestacyjne wycofywanie się z polskości. On już jest niestety rozpowszechniony. Niestety, bo po prostu nie działa.
Drugi: że nawet najfajniejszy patron, symbol, idea czy święto nie chwycą jeśli nie będzie wokół niego czytelnego projektu politycznego, z którym będzie można się utożsamić w taki emocjonalny sposób i – co więcej – ta emocjonalność, zwłaszcza w naszych warunkach, musi być nie tylko pozytywno-uśmiechnięta, ale także negatywno-wkurwiona. Na tym polu śmiertelnym zagrożeniem dla lewicy będzie Tusk, którego powrót do polskiej polityki będzie oznaczał próbę wskrzeszenia projektu liberalno-konserwatywnego, który zaostrzy wojnę PO-PiS i jeszcze bardziej zmarginalizuje lewicę. Tak, chcę Wam powiedzieć, że rywalizując z PiS, lewica powinna wspólnie z nią zwalczać Tuska i odesłać formację neoliberalną na boczny tor, gdzie w swoim skisłym sosie ta będzie mogła stawiać pomniki bohaterom polskiej transformacji i gratulować sobie sukcesu, którego zmanipulowani, głupi rodacy nie potrafią dostrzec.

 

Niesprawiedliwość

Ryszard Szarfenberg dostrzega słabe punkty Rodziny 500 plus:

500+ a samotne/samodzielne rodzicielstwo dwójki lub więcej dzieci: „Świadczenie wychowawcze na dane dziecko nie przysługuje, jeżeli osobie samotnie wychowującej dziecko nie zostało ustalone, na rzecz tego dziecka od jego rodzica, świadczenie alimentacyjne na podstawie tytułu wykonawczego”. Cel przepisu: „uszczelnianie” przed wyłudzaniem 500+ na pierwsze lub jedyne dziecko przez fikcyjnych samotnych rodziców. Pytanie: a co z drugim dzieckiem, na które 500+ należy się bez kryterium, a więc nie może być ono teoretycznie wyłudzone? Jeżeli 500+ nie zostanie przyznane na drugie i kolejne dzieci samotnemu rodzicowi, bo nie ma ustalonego świadczenia alimentacyjnego, to będzie niesprawiedliwe i dyskryminujące dla tych dzieci.

Czy Chiny zbawią świat?

Dawno, dawno temu, bo w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku studiowałem nauki polityczne na szacownym Uniwersytecie Warszawskim. I wówczas zdarzało mi się jeszcze usłyszeć prognozę, że „Komunizm zwycięży”. Już wtedy wzbudzała ona powątpiewanie ówczesnych studentów, wzmocnione zwykle sarkastycznym rechotem.

 

Do Chin pierwszy raz trafiłem w 2000 roku. W drodze powrotnej z Korei Północnej. W tamtym czasie byłem posłem do Sejmu RP, pracowałem w polsko-azjatyckich grupach parlamentarnych . Dzięki temu mogłem w praktyce kontynuować studia uniwersyteckie. Dwa lata później byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej. Najliczniejszej z bilateralnych grup. Najaktywniejszej też. To sprawiało, że regularnie odwiedzałem Chiny. Czasem kilka razy w roku. I zawsze tam widziałem radykalne zmiany. Zawsze na lepsze.

W tamtym czasie Chiny miały złą reputację wśród polskich elit politycznych. Bo głupi polski antykomunizm zdominował polskie media. I polskie elity polityczne też. Już sam przymiotnik „komunistyczny” był obelgą polityczną. Nic zatem dziwnego, że rządzone przez komunistyczna partię Chiny traktowane były przez polską prawicę z wyjątkową pogardą. Jako wielki, ale biedy kraj. Pogardzany Trzeci Świat.

W tamtym czasie dominował pogląd, że wzrost gospodarczy, szczęście i dobrobyt obywateli zapewnić może jedynie liberalna, całkowicie sprywatyzowana gospodarka wolnorynkowa wraz z systemem demokracji parlamentarnej. Rządzone przez „komunistów” Chiny mogłyby wyjść z biedy i zacofania gdyby przyjęły zachodni ideologiczny chrzest. Sprywatyzowały gospodarkę i skopiowały zachodnią demokrację. Dowodem i przykładem takiego udanego zmodernizowania kawałka Chin był wtedy Tajwan. Zachwycający nowoczesnymi technologiami i nadwyżkami w handlu międzynarodowym.

Kiedy po każdym powrocie opowiadałem w polskim Sejmie o rosnącym potencjale gospodarczym Chińskiej Republiki Ludowej, nie wierzono mi. To zwykła, kłamliwa komunistyczna propaganda, słyszałem w odpowiedzi. Ten wzrost gospodarczy to efekt sfałszowanych statystyk. Te gigantyczne fabryki i nowoczesne dzielnice wielkich miast to tylko jakieś „potiomkinowskie wioski”.

 

Czerwone karty kredytowe

Nawet kiedy rządziła w Polsce lewicowa SLD, ton polityce polsko-chińskiej nadawali moralizatorzy z Unii Wolności. „SLD mniej wolno”, orzekli liderzy tej partii. Chińskiej Republice Ludowej było wolno jeszcze mniej. Cóż z tego, że chińskie PKB przez kilkanaście lat rosło w tempie dwucyfrowym. Cóż z tego, że w ciągu dwudziestu lat ponad pół miliarda Chińczyków wyszło ze stanu biedy. Chiny nie mogły być partnerem dla Polski , bo nie przestrzegano tam praw człowieka. Jeszcze w 2008 roku ówczesny premier Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej, ogłosił publicznie, że bojkotuje Olimpiadę w Pekinie. Choć nawet jeszcze nie dostał zaproszenia na nią.

Dwa lata później prezydent Bronisław Komorowski podpisał w Pekinie porozumienie o strategicznym partnerstwie z Chińską Republiką Ludową. W imieniu Rzeczpospolitej uznał wtedy, że kwestia praw człowieka to wewnętrzna sprawa Chin i władze polskie nie będą już recenzowały chińskich partnerów. Zaraz potem problematyka łamania praw człowieka w Chinach zniknęła z łamów „Gazety Wyborczej”.

W roku 2012 z chińskiej inicjatywy powstała grupa szesnastu państw współpracujących gospodarczo z Pekinem. Nieformalną stolicą tej grupy, zwanej „Formatem 16+1” , została Warszawa. Podczas inauguracyjnego spotkania premier Donald Tusk adorował chińskiego premiera Wen Jiabao niczym ministrant księdza proboszcza.

A wszystko dlatego, że te jeszcze niedawno pogardzane i wyśmiewane przez polskie elity polityczne i dziennikarskie komunistyczne Chiny stały się bankierem świata. Drugą po USA globalną gospodarką. Polskie przedsiębiorstwa zaczęły marzyć o wejściu na gigantyczny chiński rynek. Kolejne polskie rządy jęły umizgiwać się do rządzących Chinami w nadziei na chińskie kredyty finansujące polskie wielkiej projekty infrastrukturalne.

Komunistyczne chińskie symbole przestały uwierać nawet najbardziej zagorzałych polskich antykomunistów. Nawet tych z PiS. Aby ułatwić obcowanie z chińskimi, komunistycznymi dygnitarzami, minister Jan Parys zdefiniował na użytek polskiego MSZ obecną Chińską Republikę Ludową jako państwo „postkomunistyczne”. Co rozśmieszyło jedynie dyplomatów chińskich.
Ale skoro chińskie banki mają współfinansować Centralny Port Komunikacyjny imienia Lecha Kaczyńskiego, to nie wypada, aby były to „komunistyczne pieniądze”.

 

Komunizm czy chinizm?

Sami Chińczycy przez wiele lat tworzony u siebie nowy system gospodarczy i polityczny nazywali „socjalizm z chińską charakterystyką”. Co pozwalało nakleić etykietkę na wolnorynkową gospodarkę państwowo-prywatną i system rządów autorytarnej merytokracji. Rządów Komunistycznej Partii Chin, która jest nowocześnie i sprawnie zarządzaną, efektywną korporacją i jednocześnie nową dynastią panującą i nowoczesnym chińskim cesarzem.

Ale ta wyrosła z chińskiej kultury definicja nie przystawała do zachodniej politologii. I tu pionierski wkład wniósł profesor Grzegorz Kołodko. Intelektualista, ekonomista i były polityk. Jeden z architektów polskich reform gospodarczych, tych udanych. Były wicepremier i minister finansów. Popularyzator wiedzy społeczno-ekonomicznej.
W niedawno opublikowanej książce „Czy Chiny zbawią świat?” prezentuje toczone w środowiskach naukowych dyskusje o tym czy w Chinach panuje jeszcze „komunizm”, czy już jednak przeważa „kapitalizm”. Po czym celnie określa obecny chiński system polityczno-gospodarczy jako „chinizm”.

System dzięki któremu Chiny stały się znów potęgą gospodarczą, ale nie pozwalając kapitałowi zdobyć władzy politycznej. Chiński system zliberalizował gospodarkę, zniósł biurokratyczną gospodarkę planową, ale zachował interwencjonizm państwa w strategicznych sektorach gospodarki. Korporacja KPCh nie zajmuje się już planowaniem produkcji dóbr konsumpcyjnych. Panuje za to nad wielką infrastrukturą komunikacyjną. Właśnie oddano tam do użytku najdłuższy na świecie most łączący kontynent z wyspami Hongkongu i Macau.

Zarządzająca Chinami warstwa merytokratyczna zachowuje też kontrolę nad systemem bankowym i planuje wielkie, globalne już projekty komunikacyjne. Jak choćby Nowy Jedwabny Szlak, dzięki któremu chińska gospodarka będzie mogła wyeksportować nadwyżki swych mocy produkcyjnych. Bo w „chiniźmie” to gospodarka podporządkowana jest polityce, a w krajach liberalnego Zachodu i ich naśladowcach, to elity polityczne są na służbie wielkiego biznesu.

Jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką świata. Potem straciły mocarstwowy status, bo nie chciały wejść na globalną arenę gospodarczą. Były okupowane przez nowe mocarstwa. Grabione i poniżane. Teraz ze swym unowocześnionym „chinizmem” wracają do światowej czołówki gospodarczej i cywilizacyjnej.

Teraz wiele państw azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich stara się naśladować chiński model rozwoju gospodarczego i politycznego. Tworzyć chinizm ze swoją specyfiką. Chinizm próbuje naśladować w Rosji prezydent Putin, echo chinizmu usłyszymy w polityce gospodarczej prezydenta USA Donalda Trumpa…

Czy zatem zachodnia liberalna demokracja to już pieśń przeszłości, ubiegłowieczny anachronizm?

Szukajcie na to odpowiedzi w książce profesora Grzegorza Kołodki.

 

Tekst ten ukazał się też w tygodniku „Fakty i Mity”.

 

Grzegorz Kołodko – „Czy Chiny zbawią świat?”, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 2018, str. 216, ISBN 978-83-8123-262-3.

Zapomniana forma własności

W dyskusjach na temat ustroju państwa rozpatruje się zwykle tylko dwie dominujące formy własności i odpowiadające im sektory gospodarcze.

 

Mirosław Niezielski kandyduje na radnego Rady Miasta Warszawy w okręgu nr 8, z listy nr 5 – SLD Lewica Razem.

 

Sektor państwowy dominował w okresie PRL. Nadmierne, odgórne, „ręczne” sterowanie tym sektorem doprowadziło do wyeliminowania mechanizmów rynkowych, braku konkurencji i ograniczonej innowacyjności gospodarki. System stał się niewydolny, co było główną przyczyną jego upadku.
Na fali wprowadzania kapitalistycznego systemu rynkowego doprowadzono do traktowanej w sposób ideologiczny, żywiołowej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, ich sprzedaży, często poniżej wartości i wyeliminowania z rynku wielu dobrze prosperujących i dających sobie radę na rynkach krajowych i zagranicznych przedsiębiorstw państwowych. Koszty społeczne tego przedsięwzięcia były olbrzymie i nie zostały dotychczas w pełni przezwyciężone.
Elity posierpniowe przyjęły i uwierzyły w złudne i fałszywe dogmaty wolnego rynku, akceptując skrajne urynkowienie nie tylko gospodarki ale i stosunków międzyludzkich i tzw. usług społecznych, które obowiązująca konstytucja RP zalicza do trwałych wartości.
Tymczasem sektor państwowy to istotny element zabezpieczenia strategicznych interesów państwa i jego oddziaływania na procesy gospodarcze. W wielu krajach o dominującej gospodarce rynkowej działają duże przedsiębiorstwa państwowe i skutecznie konkurują z prywatnymi. Pod bezpośrednim nadzorem państwa pozostają przede wszystkim energetyka, infrastruktura komunikacyjna, przemysł wydobywczy i zbrojeniowy. Państwa dbają również o zapewnienie swojej przewagi w sektorze bankowym.
Poniewczasie zaczyna się i w Polsce doceniać potrzebę wpływu na gospodarkę i bezpieczeństwo państwa realizowanego poprzez istnienie i działanie wybranych przedsiębiorstw państwowych. Niestety kolejno rządzące partie traktują te przedsiębiorstwa jako źródło korzyści dla „swoich” i „łup polityczny” co nie sprzyja odgrywaniu przez te przedsiębiorstwa roli regulatorów gospodarki.
Obecnie mamy do czynienia w Polsce z dominacją sektora prywatnego, a wolny rynek pełni rolę podstawowego regulatora procesów gospodarczych.
Zauważamy jednak, że wolny rynek, oprócz swej pozytywnej roli stymulowania konkurencji, często rodzi zjawiska patologiczne w postaci nadmiernej koncentracji kapitału, zmów cenowych, wypierania z rynku towarów i usług potrzebnych społeczeństwu, lecz przynoszących niewielki zysk, lichwy i tym podobnych zjawisk. Konkurencja nigdy nie jest doskonała. Zawsze ktoś wie więcej. Nieosiągalna jest cena równowagi, nie ma racjonalności zachowań, ani doskonałej reakcji w czasie.
Dodatkowo należy zauważyć, że zmieniła się rola człowieka w procesach gospodarczych z podmiotu w przedmiot tych procesów. Człowiek zamienił się w „kapitał ludzki” głoszonego złudnie przez neoliberałów „społeczeństwa obywatelskiego”.
Uważam, że ważnym celem lewicy powinna być odbudowa więzi społecznych w społeczeństwie i odrzucenie lansowanego przez neoliberałów i podległe im media hasła o przewadze zaradności nad normami prawnymi, przedsiębiorczości za cenę wyzysku innych członków społeczeństwa oraz wycofywanie się państwa ze sfery socjalnej.
Na peryferiach zainteresowania lewicy leży trzecia forma własności i związana z nim forma gospodarowania – sektor społeczny. Własność w tym sektorze opiera się na zaufaniu, wzajemności i poczuciu odpowiedzialności . Przyczynia się to do wzmocnienia kapitału społecznego i codziennego praktykowania działań na rzecz dobra wspólnego.
W sektorze tym działają spółdzielnie, przedsiębiorstwa komunalne i stowarzyszenia prowadzące działalność gospodarczą.
Socjalistom, do których należę, szczególnie bliski jest sektor spółdzielczy, w którego tworzeniu po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, Polska Partia Socjalistyczna aktywnie uczestniczyła . Wystarczy tu wymienić Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, spółdzielnie mieszkaniowe w Gdyni i innych miastach oraz Powszechną Spółdzielnię Spożywców „Społem”.
Do założeń spółdzielni leży współposiadanie majątku produkcyjnego lub rzeczowego, którym zarządzają pracownicy czy użytkownicy tego majątku. W sektorze tym najpełniej realizowana jest zasada równowagi pomiędzy kapitałem i pracą. Wszyscy mają prawa i wszyscy obowiązki świadczenia na rzecz spółdzielni. Wynaturzenia, które powstały w ruchu spółdzielczym to nie powód do jego likwidacji lecz konieczność powrotu do korzeni.
Wszelkie dotychczasowe próby „uzdrowienia” spółdzielczości zmierzały i nadal zmierzają do jej stopniowej prywatyzacji, a nie powrotu do idei spółdzielczości.
Lewica powinna walczyć o przywrócenie sensu spółdzielczości jako ważnego elementu współpracy pracowników (w spółdzielniach pracy) i mieszkańców (w spółdzielniach mieszkaniowych).
Spółdzielczość, uczestnicząc w rynkowej konkurencji, łagodzić może jej niekorzystne skutki społeczne. Powinna stać się ważnym elementem poprawy sytuacji ekonomicznej ludzi aktywnych, choć niezamożnych i niemogących sprostać finansowemu dyktatowi wielkich przemysłowych i handlowych korporacji oraz banków.
Trzeba też sprzyjać tworzeniu, przy udziale gwarantowanych przez państwo kredytów, spółdzielni pracowniczych z upadających zakładów państwowych i prywatnych, jako jeden ze sposobów przeciwdziałania bezrobociu.
Właściwa rola samorządów spółdzielczych to element budowania społeczeństwa obywatelskiego i powinno to stać się istotnym przedmiotem zainteresowania samorządów terytorialnych. Są miasta, czy dzielnice wielkich miast (np. Dzielnica Ursynów w Warszawie) gdzie dominują Spółdzielnie Mieszkaniowe i wykorzystanie społecznego potencjału ich samorządów ma szczególne znaczenie.
Własność komunalna podległa samorządom to znacząca w skali Polski forma własności.
Między jednostkami samorządu terytorialnego kraju nie ma więzi hierarchicznej. Żadna z tych jednostek nie jest podporządkowana drugiej, każda ma własne zadania i własny majątek, z którego samodzielnie korzysta i nim dysponuje. Jest też niezależną od innych jednostek osobą prawną. Jest to więc istotny element budowania społeczeństwa obywatelskiego, którego podporządkowanie uregulowaniom władz centralnych powinno polegać na zasadzie dobrowolności i korzyści, a nie przymusu.
W imię obowiązującej, acz nieprawdziwej doktryny, że jedynie to co prywatne może być efektywne, przedsiębiorstwa komunalne są coraz częściej prywatyzowane. Tymczasem celem działania tych przedsiębiorstw jest zaspakajanie potrzeb lokalnej społeczności, a nie wypracowywanie zysku.
Tak rozumiana jest ich rola np. we Francji, Niemczech i innych krajach kapitalistycznych, gdzie stanowią odrębną formę własności, a przedsiębiorstwa komunalne działają na zasadzie „non profit”. W Polsce przedsiębiorstwa te należy również uwolnić od mechanizmu „łupów politycznych”. Mechanizm ten jest obecnie szeroko praktykowany przez PiS, ale występował również za rządów ich poprzedników.

Porozmawiajmy o demokratycznym socjalizmie

O polskiej lewicy, która ciągle nie może – być może nie chce, a na pewno nie musi – odnaleźć się między liberalnym młotem a pisowskim kowadłem – z dziennikarzem Rafałem Wosiem rozmawia Paweł Jaworski (strajk.eu).

 

Pod koniec sierpnia lewicowy publicysta tygodnika „Polityka” Rafał Woś napisał tekst pt. „Lewico, czas na współpracę z PiS”, który ukazał się w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Artykuł został bardzo krytycznie odebrany przez środowiska liberalne. Znaleźli się tacy, którzy dawali do zrozumienia, że dla osób o poglądach Wosia, nie powinno być miejsca w redakcji najbardziej opiniotwórczego liberalnego tygodnika w Polsce. Na początku września dziennikarz poinformował opinię publiczną, że musi pożegnać się z „Polityką”.

 

 

Czy warto było pisać, że lewica powinna się dogadywać z PiS-em?

Oczywiście. Czy można uznać, że nie warto bronić swojego zdania, bo może to przynieść negatywne konsekwencje? Tak bywa, że podejmujemy decyzje, za które nikt nas nie będzie głaskał, ale ktoś to musi powiedzieć. Tak jest w środowisku, z którym się identyfikuję, czyli na lewicy.

 

Zwracał się pan do lewicy, a największe gromy posypały się ze strony liberałów. To oni wywierali nacisk na redakcję Polityki.

To wynika ze starej już, historycznie ukształtowanej zbitki “lewicowo-liberalny”. Prawicowe media nadal go stosują i to nie tylko w Polsce. O ile jednak dla liberałów taki związek jest wygodny, to dla lewicy jest to związek toksyczny. To ona ciągle świeci oczami za przewiny liberałów: zniszczenie rynku pracy, prywatyzację państwa dobrobytu. Lewicowcy legitymizują to, mówią: trudno, trzeba było, “trzecia droga”… A liberałowie ich nie szanują. W ciągu ostatnich 15 lat nie przypominam sobie sytuacji, w której liberalny establishment pozwoliłby lewicy na realizację jej postulatów, zwłaszcza tych podstawowych, wpływających na poprawę położenia materialnego ludzi. Lewica ma się godzić na globalizację, na niszczenie związków zawodowych, a w zamian dostaje co najwyżej ochłapy. Są próby regulacji rynku pracy, ale podejmuje je raczej prawica, niż liberałowie. Lewica już tak długo trwa w tym związku, że w to wszystko uwierzyła, jak ofiara przemocy domowej, która myśli, że wszystko jest w porządku. Pytanie, które postawiłem jest więc proste: czy naprawdę musimy tkwić w tej patologicznej relacji?

 

Lewica ciągle poczuwa się do obowiązku tłumaczenia się ze swoich poglądów przed liberałami i uspokajania ich, że wszystko będzie w porządku.

Wystarczy tylko, że gniewnie spojrzą, a my już się chowamy. A porównajmy to, sobą dziś reprezentuje lewica, z tym, co było sto lat temu. W 1918 r. powstał w Polsce rząd mocno związany ze środowiskiem PPS: Moraczewski, Daszyński, Piłsudski jeszcze sprzed fazy „autorytarnej”… Oni wtedy zrobili rzeczy iście rewolucyjne: ośmiogodzinny dzień pracy i równouprawnienie kobiet. A był to świat, w którym robotnicy pamiętali jeszcze pracę po 16 godzin, a tu nagle dostali tę samą wypłatę za osiem. To był rozmach i format lewicy. A dziś? Ekscytujemy się, czy Grzegorz Schetyna, jak już odzyska władzę, to się zgodzi łaskawie na związki partnerskie. Bo, że z PO będzie można zrobić 35 godzinny tydzień pracy to chyba nikt nie wierzy. Może więc czas powiedzieć: “liberałów nie dało się oswoić”, i wyciągnąć z tego wnioski?

 

Skoro nawiązuje pan do historii sprzed stu lat, to warto przypomnieć, że zanim powstał ten socjalistyczny rząd, Piłsudski zaczął od rozbijania prawdziwie rewolucyjnych rad robotniczych.

Tak. Wiadomo też, co zrobił Piłsudski w 1926 r. Nie będę bronił go jako szczerego socjalisty. Nie można jednak zapominać, że to wydarzenie, które w tym roku fetujemy, realnie poprawiło pod wieloma względami los szerokich mas społecznych. Oczywiście zaraz nastąpiła kontrofensywa, do gry weszły partie ziemiańsko-mieszczańskie. Realna reforma rolna dokonała się dopiero za PRL. Wróćmy jednak do czasu pracy. Sto lat temu lewica wywalczyła skrócenie do ośmiu godzin. I co? I przez następny wiek ani drgnęło. Badania pokazują wręcz, że ludzie realnie pracują więcej. To miara słabości lewicy. Dobrze, że przynajmniej chociaż partia Razem zaproponowała skrócenie czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

 

Ale nie zebrali wymaganej ilości podpisów pod projektem ustawy i oficjalnie zrezygnowali. Dlaczego się nie udało?

Opinia publiczna jest zdominowana przez spór PiS-antyPiS. Walka – według jednych i drugich – rozgrywa się o kształt demokracji. Żaden temat, z którego jedna ze stron nie może wykuć pałki na przeciwnika, nie ma prawa być uznany za ważny. Powstał duopol, który jest formą monopolu. To tendencja obecna w całym systemie kapitalistycznym: konkurencja jest pozorna, faktycznie istnieje wybór między Coca-Colą a Pepsi.

 

Większość lewicowców też chce zerwania z liberałami. Jednak nie proponują łączenia sił z drugą stroną.

Tymczasem najbardziej zaciekawione głosy, jakie pojawiły się po moim tekście, docierały do mnie właśnie od publicystów prawicowych. Strona liberalno-lewicowa widzi na prawicy tylko jednorodną brunatną maź, to samo działa w drugą stronę. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, że w środowisku Gazety Polskiej – to ta PiSowska “ulica”, ci, których liberałowie się najbardziej boją – jest bardzo wielu ludzi, którzy na początku lat 90. zakładali PPS. Opowiadają, jak 1 maja 1989 r., jeszcze przed wyborami 4 czerwca, demonstracyjnie maszerowali w Warszawie z czerwonymi sztandarami. Lewica o tym nie wie. Myśli, że tam są sami bojówkarze ONR, którzy chcą ich zabić i zniszczyć.

 

Czy pan w ogóle uznaje PiS za wiarygodny, jeżeli chodzi o deklaracje ekonomiczne i wrażliwość społeczną? Moim zdaniem wraz z upływem czasu maska socjalna opada i rząd Morawieckiego jest tego dowodem.

Ja mówię co innego. Prawdopodobnie już dziś, w 2018 r., większość ludzi w Polsce ma poglądy lewicowe. Istnieje badanie Gavina Rae i Katarzyny Piotrowskiej, w którym pytano o różne modele państwa dobrobytu. Wyróżniono trzy typy określone przez Espinga – Andersena: liberalny, konserwatywny i socjaldemokratyczny. Gdy pytano ludzi, który z nich wolą, nie podając nazw, tylko przedstawiając składowe, większość wybierała model socjaldemokratyczny. Jednocześnie nie istnieje lewicowa siła polityczna. Źle skonstruowaliśmy etykietkę lewica. Zrobiliśmy to, będąc już ofiarą długotrwałej przemocy liberałów: ekskluzywnie, bojaźliwie, w sposób zamknięty. Zabrałem kiedyś kolegę na lewicowe spotkanie. Słuchał tych pretensji do całego świata, że nikt nas nie rozumie, i powiedział: was się nie da lubić.

 

Przecież pretensje do całego świata to sposób, w jaki poparcie zdobyła prawica. To liberałowie zawsze byli od lubienia.

Wydaje mi się, że droga do podmiotowości politycznej wiedzie przez przedefiniowanie tego, czym jest lewica. Sytuacja przypomina taką, kiedy jesteśmy za granicą i nie znamy języka, chcemy coś kupić, a sprzedawca nas nie rozumie, więc my powtarzamy to samo tylko mocniej i głośniej. Mam wrażenie, że jako lewica właśnie tak postępujemy. A trzeba by się nauczyć języka kraju, w którym się znajdujemy. Nie tylko zaciągać klisze z innych krajów, a dostosowywać to też do polskich warunków. Ale tak, żeby zachować podmiotowość. Prawica to potrafiła. PiS nie jest już partią centrową i liberalną gospodarczo, jaką było PC. Dzisiaj jest to ugrupowanie, które mówi językiem ludu. Elementy narodowe i antykomunistyczne pozostały, ale doszła dekonstrukcja porażki transformacyjnej: jej przegrani też wymagają szacunku. Odrzucenie całej narracji o homo sovieticus.

 

Lewica oddolna w postaci działaczy związkowych i lokatorskich o silnej identyfikacji lewicowej, którzy potrafią zjednywać sobie zwykłych ludzi, są jednocześnie bardzo nieufni wobec PiS. Podkreślają fasadowość ich polityki socjalnej i gospodarczej.

To naturalne, że ludzie działający blisko ziemi mają duży stopień nieufności wobec wszystkich elit politycznych. Jednak to na styku parlamentu i mediów wyznaczane są tendencje i kształtują się pojęcia, które będą przenikać na dół. Nie proponuję lewicy, żeby brała z PiS ślub kościelny. Mówię: lewico, spróbuj żyć na własny rachunek. Strach, że jak się nie trwa przy liberałach, to od razu jest się częścią drużyny Kaczyńskiego, jest właśnie znakiem, że nie wierzymy w podmiotowość.

 

Pan jednak otwarcie pisał: współpracujcie z PiS.

Współpracujcie nie znaczy: rozpuszczajcie się w nim. Poza tym to tylko tytuł. W samym tekście jest napisane: podejmijcie wyzwanie ucywilizowania PiS. Wiem, że PiS jest dla was „obcym”, „innym”. Ale jeśli lewica ma być lewicą to nie powinna gardzić „innością”. Taka postawa to przecież ksenofobia.

 

Stosował pan zdumiewające przykłady, np. Czarny Protest jako przypadek rzekomego cywilizowania PiS. W jaki sposób udomowienie PiS może wziąć się z całkowitego sprzeciwu wobec jego działań?…

Spójrzmy na skutek, a ten był taki, że ustawy antyaborcyjnej nie zaostrzono. Zmieniono bieg wydarzeń. Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację: jest rok 2020, jakieś ugrupowanie lewicowe jest w parlamencie, a PiS nie ma większości. Są dwa scenariusze. W jednej lewica odrzuca propozycję wspólnej koalicji, pozostaje czysta i dziewicza. Skutek? Będzie musiała przypatrywać się realizacji wielu postulatów, których nie akceptuje, np. wyprowadzenia Polski z UE, albo zaostrzania prawa aborcyjnego. W ten sposób zawodzimy jako politycy. W drugim scenariuszu do współpracy dochodzi, jest ona najeżona sporami, ale wtedy żadna z tych kwestii nie staje w ogóle na porządku dziennym, bo wymaga tego przetrwanie koalicji. Jest realny polityczny zysk. To droga trudniejsza, ale dojrzalsza: rzeczywiście jest się podmiotem. Nie istnieje tylko nasza formacja. Może po drugiej stronie też są myślący ludzie, którzy coś wymyślili i warto to poznać?

 

Co dotychczas zaproponowali wartościowego?

500 plus, minimalna stawka godzinowa, zakaz handlu w niedziele – to trzy najważniejsze decyzje ich rządów. Dobrą intencją była też nowelizacja kodeksu pracy, ale to poszło w kąt. Jak na trzy lata to całkiem sporo.

 

500 plus to program daleki od równościowego. Tylko połowa dzieci w Polsce jest nim faktycznie objęta. Rząd wydaje więcej na dotacje dla przedsiębiorców. Nowelizacja KP poszła co prawda „w kąt”, ale są już sygnały o zamiarach osobnego przeforsowania najbardziej antypracowniczych elementów tego projektu. I w końcu neoliberalny rząd Morawieckiego z hasłem: „Cała Polska specjalną strefą ekonomiczną”…

Rzeczywiście, program 500+ nie obejmuje wszystkich dzieci w Polsce. PiS nie spadł z księżyca. Jest to partia, której większość – tak jak PO – wychowała się na paradygmacie liberalnym, więc wątek “stabilnych finansów” też jest tam silny. Może się też zdarzyć, że 500+ zostanie wkrótce popsute przez wprowadzenie kryterium dochodowego. Z lewicowego punktu widzenia skuteczna polityka społeczna musi się opierać na świadczeniach uniwersalnych. Jest to program niedoskonały, lecz jaki by on nie był, trzeba pamiętać, że przed 500+ nie było nic. Program ten naprawdę pomógł ludziom potrzebującym i słabiej radzącym sobie w systemie kapitalistycznym.

Pierwiastek socjalny był dużo silniejszy w rządzie Beaty Szydło. Morawiecki jest liberałem i byłym członkiem rady doradców Tuska. Jego “reforma” emerytalna, czyli pracownicze plany kapitałowe, jest zła, bo jest to krok w kierunku dalszej indywidualizacji systemu. W 1999 r. popełniliśmy wielki grzech odchodząc od systemu solidarystycznego i lewica powinna próbować do niego wrócić.
Co do SSE, to jednak sprytny rząd lewicowy powiedziałby właśnie tak, jak rząd Morawiecki: będziecie mogli inwestować gdzie chcecie, ale za to podwyższamy kryteria, bo jesteśmy już na wyższym etapie rozwoju, płace muszą być wyższe, a warunki zatrudnienia lepsze. To już nie jest liberalizm Gilowskiej. Szanse na socjaldemokratyczny typ myślenia w PiS oceniam jako większe niż się może wydawać. Z różnych przyczyn w tej partii znalazło się wielu związkowców, wiele osób krytycznych wobec kształtu transformacji. Można mówić, że potrzeba, żeby wróciło silne państwo – i PiS tak właśnie mów. Jednocześnie w tym środowisku nie ma nikogo, żadnego lidera, który by się świadomie się odwoływał do modelu skandynawskiego. Być może z przyczyn biograficznych, pokoleniowych.

 

Być może po prostu z powodu ich przekonań? Dlatego poprzestają na deklaracjach, a zmiany pozostają w sferze samego języka…

Ani w PiS, ani w opozycji nie ma nikogo, kto by mówił: budujmy drugą Szwecję. Wśród liberałów nie ma na to szans – to nie ten typ myślenia o gospodarce. W PiS natomiast podłoże dla takiego socjaldemokratycznego myślenia jest, ale np. z powodu antykomunizmu czy pokoleniowego doświadczenia nie może ono zaistnieć. Niemniej jestem przekonany, że jest tylko kwestią czasu, kiedy to się zmieni.

 

W ciągu ostatnich dwóch i pół roku rządy raczej niewiele zrobiły na polu walki z uśmieciowieniem i skandalicznymi warunkami zatrudnienia w Polsce.

Polska nadal nie jest krajem dla pracowników. Sytuacja uległa tylko lekkiemu retuszowi dzięki dobrej koniunkturze.

Bezrobocie jest niskie jak nigdy, ale sam wskaźnik bezrobocia nie mówi nic o pozycji pracownika. W tej kwestii jesteśmy poniżej normy krajów rozwiniętych.

W kapitalizmie pracownik zawsze będzie na gorszej pozycji. Dostęp do środków produkcji determinuje twoją pozycję przetargową. Przedsiębiorcy muszą gonić za zyskiem, dlatego stale starają się obniżyć koszty pracy i obchodzić kodeks pracy. Można stosować prewencję, np. w postaci PIP, żeby się bali oszukiwać, ale też działać w kierunku zwiększenia uzwiązkowienia i skutecznej egzekucji prawa pracy, bo to podnosi pozycję pracownika, który wie, że ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Inną sprawą jest to, że biznes już na masową skalę sięga po jeszcze tańszych pracowników z zagranicy – nie tylko z Ukrainy czy Białorusi, a z Bangladeszu, Nepalu. Kiedy koniunktura osłabnie, bramy zostaną przymknięte i będzie tak, jak było na Zachodzie: znikają miejsca pracy, a pracownicy zagraniczni zostają i wtedy dochodzi do napięć. Całą winę za to zrzuca się na tzw. doły społeczne – że nienawidzą, że nie lubią inności. Już dziś trzeba tworzyć mechanizmy, które sprawią, że kiedy zmniejszy się potrzeba na ręce do pracy, to będą środki na zapobieganie wstrząsom społecznym. Może je zapewnić państwo dobrobytu, którego się u nas nie buduje. Po to trzeba nam lewicy. Nie jutro czy pojutrze. Tylko dziś!

 

Żeby poważnie mówić o zapobieganiu wstrząsom, to trzeba wziąć się za krytykę kapitalizmu jako takiego. Nie zrobi tego ani PiS, ani socjaldemokracja w stylu zachodnim.

Właśnie o tym rozmawiamy. Są dziś problemy, których nie rozwiążemy działając według starych skryptów. Socjaldemokracja faktycznie zawiodła. Jednak na Zachodzie następuje próba jej odnowienia. Widać to chociażby po Corbynie i Sandersie. Nie warto tych prób skreślać tylko dlatego, że są za bardzo socjaldemokratyczne i nie dość rewolucyjne.

 

Jakie zadania z zakresu polityki społecznej i gospodarczej powinna stawiać sobie lewica w przewidywalnej perspektywie czasowej? Lewica taka, jaką jest obecnie.

Może zacząć od hasła “demokratyczny socjalizm”? Nawet w USA zaczyna się o tym sporo dyskutować w związku z Sandersem. Socjalizm oznacza dzielenie się owocami wzrostu – bardziej sprawiedliwie niż dotychczas. Demokratyczny – bo bardziej chcemy się dzielić władzą niż dotychczas. Może wbrew indywidualizmowi, w którym nas chowano przez 30 lat, zacząć głosić prymat dzielenia się. Robić redystrybucję poprzez podatki, ale mając świadomość, że w zglobalizowanym świecie to nie wystarczy, zadbać też o predystrybucję, czyli wzmocnić siłę pracownika poprzez silne związki zawodowe czy spółdzielczość.

Na płaszczyźnie politycznej też nie ograniczajmy demokracji do wąskiego menu: to nie jest tylko niezależność władzy sądowniczej, jakby cała konstytucja tylko to zawierała. To jest ważne, ale wcale nie mniej niż bezpieczeństwo socjalne i prawo pracy, albo wolność słowa. Problem w tym, że ci, którzy teraz w Polsce bronią demokracji, są w tym niewiarygodni, bo tak często ją deptali. Za jakiś czas PiS pewnie też będzie chciał bronić demokracji i też będzie niewiarygodny. Niech to będzie na początek droga dla lewicy. I dialog – żeby włączać ludzi do tego projektu, a nie mówić, że to nie dla nich.

Lewica, liberalizm, prawica

…czyli o sensowności pewnych działań.

 

Środowiska liberalno-lewicowe

Ulubioną obelgą (bądź też stwierdzeniem faktu) jest epitet czy jak kto woli pojęcie: „liberalno-lewicowy”, szeroko stosowane przez prawicowe media, Tak jest określana duża grupa ludzi, ale również mediów i dziennikarzy, których w jakiś sposób można identyfikować z sympatykami SLD, UP, PO i Nowoczesnej, ale też wiele osób, które nie identyfikują się z tymi partiami, ale mają pewien zbliżony system wartości. Choć czasem bardzo różny, ale który wyraźnie odbiega od wartości drugiej strony sceny politycznej. Generalnie wyróżnikiem tego bloku jest jego wręcz atawistyczna antyPiSowość. Jak czasem czytam i słucham ludzi tej formacji myślowej to zastanawiam się skąd to im się bierze? W najbardziej agresywnej postaci to jest oczywiście KOD i Obywatele RP – brak dyskusji merytorycznej, tylko krzyk „zniszczyć PiS!” Do tego bardzo silnie jest deklarowane przywiązanie do klasycznych zasad demokracji – trójpodziału władz, parlamentaryzmu, decentralizacji państwa i samorządności lokalnej, autonomii sądownictwa i prokuratury.Wyraźnie w całej tej formacji intelektualnej, oprócz wspomnianej nienawiści do PiS, na pewno jest inne, bardziej zdystansowane podejście do religii i Kościoła – począwszy od radykalnych postaw ateistycznych, na spokojnych katolikach deklarujących dążenie do państwa neutralnego światopoglądowego. Z tym związany jest znacznie większy „luz” w sprawach obyczajowych, poparcie dla środowisk kobiecych i feministycznych, środowisk LGTB.
W tej formacji również podejście do gospodarki i polityki społecznej jest liberalne (w znaczeniu ekonomicznym), choć ma różne odcienie. Własność prywatna, reprywatyzacja i minimalny udział państwa w gospodarce to dominujący pogląd. Zróżnicowany jest stosunek do związków zawodowych – od werbalnego poparcia ze strony SLD, po bardziej czy mniej wrogi ze strony PO i Nowoczesnej. Zdaniem tej formacji ingerencja państwa w politykę społeczną nie powinna być zbyt duża. Nie interwencje w życie społeczne, ale raczej tylko ograniczona pomoc społeczna dla szczególnie poszkodowanych w obecnym systemie. Ta formacja jest ideową, intelektualną i w dużym stopniu kadrową kontynuacją obu stron okrągłego stołu, stąd w polityce historycznej jest pochwała reform i dorobku Polski po 1989 roku. Występuje niechęć do zbytniego odwoływania się i celebrowania tradycji narodowych i jednocześnie obawa i niechęć do ruchów nacjonalistycznych.

 

Socjalna prawica

Po drugiej stronie sceny politycznej – Zjednoczonej Prawicy, czyli praktycznie PiS, na dobrą sprawę, wszystko jest na odwrót.
Czyli bardzo silne przywiązanie do Kościoła, wprowadzanie Kościoła do wszelkich przejawów życia publicznego – partyjnego, państwowego czy samorządowego. W ślad za tym idzie propagowanie wartości rodzinnych, krytyka organizacji kobiecych i feministycznych oraz całkowity brak tolerancji dla postaw LGBT.
Eksponowanie w życiu społeczno-politycznym w Polsce bardzo silnie tradycji narodowej – celebracja różnego typu rocznic historycznych, codzienna pielęgnacja „mitu założycielskiego” PiS czyli tragedii smoleńskiej, przygotowywane zmiany w programach edukacyjnych i szkolnictwie. Konsekwentne niszczenie i wymazywanie ze świadomości społecznej tradycji i działalności komunistycznej w Polsce. W skrajnych przypadkach przybiera to postać walki z wszelkimi przejawami lewicowości, lewicy niepodległościowej czy nawet piłsudczyków. To celebrowanie tradycji narodowych przekłada się chyba również na politykę dozbrojenia Polski, zwiększenia ilościowego i jakościowego armii. Zdecydowana jest w tym środowisku negacja porozumienia przy okrągłym stole, jako utrzymującego w uprzywilejowanej pozycji ludzi zarządzających w PRL i dających im szansę na uwłaszczenie się na majątku państwowym. W ślad za tym szły m.in. ograniczenie praw emerytalnych dla byłych funkcjonariuszy MO i SB. Prawica ma znacznie większe przywiązanie do etatyzmu w gospodarce, ingerencji państwa w gospodarkę czego przykładem mogą być plany rozwoju energetyki, przemysłu stoczniowego czy infrastrukturę kolejowej i drogowej. Prywatyzacja nie jest mile widziana, wielokrotnie przedstawiana jest jako szkodliwa wyprzedaż majątku narodowego. Mówi się wręcz o konieczności odwrócenia niektórych procesów prywatyzacyjnych czy reprywatyzacyjnych – co widać choćby na przykładzie walki Patryka Jakiego z dziką reprywatyzacj paaą w Warszawie (co w gruncie rzeczy jest rekomunalizacją), czy wykupienia w lipcu tego roku akcji Stoczni Gdańskiej od ukraińskiego inwestora przez Agencję Rozwoju Przemysłu.
Prawica jest raczej zwolennikiem scentralizowanej, silnej władzy państwowej, choć nie zawsze rozumie, że to nie jest równoznaczne ze sprawnością.
Stosunek do związków zawodowych jest zróżnicowany, ale prawica ma swojego sojusznika politycznego – NSZZ „Solidarność” i traktuje go niewątpliwie lepiej niż w okresie swoich rządów SLD traktowało OPZZ.
A w sprawach polityki społecznej to już zupełne przeciwieństwo „lewicowo-liberalnych”. Choć zapewne można by tu mówić nie tyle o polityce społecznej co o polityce pronatalistycznej. Prawica uważa, że Polsce grozi kryzys demograficzny, co oprócz religijnego stanowi kolejny powód do prowadzenia aktywnej polityki prorodzinnej. Stąd programy 500+, 300+, Mieszkanie+ itp. Jednak te programy pomocowe kierowane są do wszystkich uprawnionych niezależnie od poziomu dochodów dlatego właśnie trzeba mówić o polityce pronatalistycznej. Z drugiej zaś strony, obiektywnie rzecz biorąc, te działania prawicy są jednak formą redystrybucji dochodu narodowego i to na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych, a nie najbogatszych, jak to miało miejsce w okresie rządów koalicji PO-PSL. Niewątpliwie te programy, niezależnie od skutków demograficznych, prowadzą do wyrównywania nierówności społecznych w Polsce, do bardziej sprawiedliwej struktury społecznej. Dlatego można mówić o „socjalnej prawicy” czy też „konserwatystach społecznych”.

 

Tragedia lewicy, klęska SLD

Tak więc socjalna prawica w zakresie polityki gospodarczej i polityki społecznej realizuje cele, które znajdują się w programach wielu ugrupowań lewicy. To powoduje, że ugrupowania lewicowe są w jakimś stopniu bezbronne wobec PiS, bo trudno krytykować coś, o co się wiele lat walczyło. W zasadzie nie mają recepty, nie mają programowej odpowiedzi na działania PiS. Na dodatek w wypadku ugrupowań lewicowych, które uczestniczyły w sprawowaniu władzy po 1989 roku, czyli SLD i UP, można wręcz mówić o grzechu zaniechania czyli de facto kontynuowaniu liberalnej polityki w sferze gospodarczej i społecznej, a nawet nie wypracowaniu przynajmniej propozycji takich rozwiązań, jakie dziś proponuje PiS. To chyba powoduje, że znakomita większość lewicy bezkrytycznie znalazła się wśród radykałów antypisowskiego bloku liberalno-lewicowego.
Czyli logika myślenia jest taka: jak już nie możemy ich krytykować za gospodarkę i sprawy społeczne, to przynajmniej krzyczmy o obronie demokracji, Sądu Najwyższego, neutralności światopoglądowej państwa, praw kobiet.
Czyli to jest tak, jakby lewica z całej bogatej oferty programowej połowę oddała bez walki prawicy. A zatem w wieloletnim sporze o to – czy lewica ma być socjalna czy obyczajowa, zdecydowanie wygrała lewica obyczajowa.
Ale wepchnięcie lewicy do bloku liberalno-lewicowego może się skończyć tak, że lewica zostanie tylko przybudówką do liberałów, albo w ogóle przestanie istnieć, co zresztą od pewnego czasu prorokuje kilku publicystów.
Jest co prawda kilku polityków lewicy, którzy mówią żeby się nie obrażać na PiS i widzieć w równym stopniu wady i zalety zarówno PiS, jak i PO. Ale takie postawy chyba nie mają poparcia na lewicy, a tacy politycy nie są mile widziani.

 

* * *

Tak więc lewica, jeśli jeszcze chce istnieć i odgrywać jakąś rolę w Polsce, powinna przemyśleć swoje miejsce na scenie politycznej i przygotować własny program atrakcyjny dla ludzi.

Głos lewicy

Żeby ludzie byli szczęśliwi

– W Warszawie od wielu lat mamy postęp, dużo się buduje, powstały wiadukty, rozbudowano metro, ale na cóż nam wiadukty i metro kiedy ludzie nie są szczęśliwi? Mówię tak, ponieważ fundamentem ideologicznym naszej kampanii będzie książka „Szczęśliwe miasto” autorstwa Charlesa Montgomery, po prostu pragniemy, aby warszawianki i warszawiacy byli szczęśliwi – podsumował kandydat na prezydenta stolicy i nakreślił wizję miasta, w którym „każdy ma coś do powiedzenia i decyduje o tym, co się wokół niego dzieje. – Aby żyć w szczęśliwym mieście, to miasto to musi być społeczne, należeć do jego mieszkańców, musi być zarządzane przez warszawianki i warszawiaków – podkreślił. Hasło to jest lewicowe, ja jestem kandydatem lewicy i mam zamiar prezentować program społeczny – obwieścił Rozenek.
Drugim punktem spotkania z dziennikarzami była prezentacja szefa sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Warszawy Andrzeja Rozenka, a którym został Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie i wiceprzewodniczący partii w kraju. – Sebastian Wierzbicki jest osobą znaną w Warszawie, to samorządowiec z krwi i kości. Bez jego pomocy nie wyobrażam sobie robienia kampanii, ponieważ jego znajomość realiów miasta, budżetu Warszawy, problemów mieszkańców jest tu nieodzowna – zaznaczył Andrzej Rozenek. – Sebastian Wierzbicki będzie mógł mi doradzić sprawach, które w Warszawie można lub nie można zrobić. Podkreślam – nie można zrobić. Ponieważ jak słyszę to o czym opowiadają pozostali kandydaci, to najwyraźniej nie mają oni pojęcia o budżecie Warszawy, ani o możliwościach tego pięknego miasta, ani nawet o planach, które stolica już przecież posiada i są one w trakcie realizacji – oświadczył polityk lewicy. – Do moich kontrkandydatów zdaje się to nie dociera – dodał.
– Ruszamy! Dziś Andrzej Rozenek przedstawił hasło z jakim idziemy do tych wyborów. Pragniemy być każdego dnia wśród ludzi, zamiast licytować się na linie metra, ponieważ te obietnice naszych konkurentów są absurdalne – rozpoczął swoje wystąpienie Sebastian Wierzbicki. – Ich wykonanie nie będzie możliwe przez najbliższe trzy lata, a jednak te obietnice padają – dodał. – Pragniemy przedstawić program, który będzie odpowiedzią na rzeczywiste bolączki warszawianek i warszawiaków, zarówno na te małe, jak i na te duże. W najbliższych dniach zaprezentujemy szczegóły tego programu. Jeszcze wcześniej zaprezentujemy państwu ekipę, która pod przywództwem Andrzeja Rozenka zmieni to miasto, przedstawimy liderów list do rady miasta oraz liderów do mazowieckiego sejmiku. Już dziś mogę zapowiedzieć, że będą to najmocniejsze listy jaki wystawi jakikolwiek komitet, który wystartuje w wyborach samorządowych – zachęcał polityk Sojuszu. – Tworzymy ekipę, która zna miasto i wie co trzeba w nim zmienić – dodał.
– Mamy kandydata na prezydenta, o czym jestem przekonany, w drugiej turze zmierzy się z Patrykiem Jakim i docelowo sprawi, iż miasto nie będzie we władaniu Prawa i Sprawiedliwości – zapowiedział Wierzbicki.

 

Nie będzie koalicji

– Do tego, aby obronić przed PiS samorządy, wystarczy spełnić trzy punkty. Punkt pierwszy. Doprowadzić do kontroli wyborów, aby zostały przeprowadzone uczciwie i głosy zostały policzone uczciwie. I tu jest potrzebna ogromna praca wszystkich partii, wszystkich organizacji społecznych, które są zaangażowane w obronę demokracji. Punkt drugi. Tam gdzie będzie druga tura w wyborach, należy się zobowiązać, że nie głosujemy na kandydata z PiS. I to wszystkie partie oraz organizacje opozycyjne powinny podpisać własną krwią. Punkt trzeci. Po wyborach nigdzie nie wchodzimy w żadne koalicje z PiS, kordon sanitarny wokół PiS – oświadczył Andrzej Rozenek w programie „Crash Test”.
– Na te warunki mogłyby się zgodzić wszystkie partie i organizacje społeczne, jeżeli tak się stanie PiS nigdzie nie przejmie władzy, w żadnym samorządzie – podkreślił kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy. – Spełniając te trzy punkty możemy ze sobą współpracować, ale i pięknie różnić nie rezygnując ze swoich szyldów i programów. Narracja Grzegorza Schetyny, że albo idziemy razem albo PiS wygrywa jest po prostu nieprawdziwa – podsumował Rozenek.

Głos lewicy

Uspołecznić państwo!

Piotr Ikonowicz marzy na Facebooku:
Marzy nam się silne państwo, które nas obroni przed ekscesami pracodawców, korporacji, banków, deweloperów. Tymczasem jaką mamy gwarancje, że ta zwiększona siła państwa nie obróci się przeciw nam. W końcu jak dotąd państwo było głównie „komitetem wykonawczym” interesów bogatych i możnych.
Dopiero gdy pracująca większość, pracownicy, dłużnicy, lokatorzy, konsumenci, obywatele przejmą państwo i je uspołecznią, będzie ono stawać po stronie słabszego przeciw silniejszemu.

 

Na kogo głosować

Łukasz Moll podpowiada: W wyborach samorządowych kibicuję kandydatom, którzy obtarli już mleko spod nosa i gotowi są zwalczać lokalne oligarchie i mafie „samorządowo”-biznesowe z całą bezwzględnością, bo rozumieją, że bez powstrzymania potężnej władzy pieniądza, koneksji i rozpoznawalności, wszystkie te obietnice dotyczące rzeczy słusznych i ważnych – słodziutkich elektrycznych autobusików, kilometrów ścieżek rowerowych, tęczowych pomników, przyjaznej partycypacji i niezliczonej ilości drzew i krzewów – to tylko nowoczesna polityka kultu cargo, która nie generuje emocji, nie zbiera krzywd i – co najważniejsze – nie dotyka istoty problemu, jaki mamy z polskimi „samorządami”. Parę takich nazwisk mam już na radarze. Liczę, że do jesieni zrobi się ich więcej.

 

Najbogatsi planują ucieczkę

„Biorąc przykład z Elona Muska przymierzającego się do kolonizacji Marsa, Petera Thiela główkującego nad odwróceniem procesów starzenia, Sama Altmana i Ray’a Kurzweila usiłujących przesłać swoje umysły do superkomputerów, inwestorzy przygotowywali się na nadejście cyfrowej przyszłości, która nie miała uczynić świata lepszym, lecz pomóc w przekroczeniu granic kondycji ludzkiej i odizolowaniu się od zagrożenia ze strony zmiany klimatu, wzrostu poziomu mórz, masowych migracji, globalnych pandemii, paniki tubylców i wyczerpania zasobów. W ich pojęciu przyszłość technologii dotyczyła tak naprawdę tylko jednego: ucieczki. Ci miliarderzy są domniemanymi zwycięzcami gospodarki cyfrowej – tego samego bezwzględnego krajobrazu biznesowego, który rodzi i kultywuje podobne spekulacje” – to fragment artykułu Douglasa Russhkoffa, socjologa. Udowadnia, czemu najbogatsi unikną katastrofy klimatycznej.