Rozmowy wypędzonych Wywiad

Arbitralne deportacje cudzoziemców przestały być tematem tabu w polskich mediach dopiero w momencie, gdy wyrzucona z Polski – i na wniosek polskich władz także ze strefy Schengen – została przewodnicząca fundacji  „Społeczeństwo Otwarte” Ludmiła Kozłowska, z czym z kolei rządy Belgii, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii nie zechciały się zgodzić. Ustąpiła zmowa milczenia panująca gdy deportowanymi byli Rosjanie. Poniżej publikujemy rozmowę dwu z nich  – niegdysiejszego korespondenta agencji „Rossiya Segodnya” Leonida Swiridowa, wydalonego z Polski w 2014 r.  z profesorem Dmitrijem Karnauchowym, którego podobny los spotkał w roku 2017.  Obaj nie dowiedzieli się, czemu musieli opuścić Polskę. Obaj mają o to – z oczywistych powodów – żal do polskich władz. Optymizmem napawa jednak fakt, że nie czują żalu ani do Polski, ani do Polaków.

 

Panie Profesorze, minął rok od dnia wydalenia Pana z Polski. Kto wspierał Pana wtedy w Rosji i Polsce? Jakie emocje wywołują dziś w Panu wspomnienia o przymusowej deportacji?

Wsparli mnie rosyjscy i polscy koledzy, którzy znali mnie osobiście, rektorzy uniwersytetów w Nowosybirsku, na których wykładam, a także członkowie Wolnego Towarzystwa Historycznego, którzy podpisali oficjalne oświadczenie.
W mojej sprawie głos zabrał również mer Nowosybirska Anatolij Łokot, rosyjski ambasador w Polsce Siergiej Andriejew, pracownicy Ambasady oraz MSZ Rosji. Bardzo im za to dziękuję.
Jeśli chodzi o emocje, są one niejednoznaczne. Jest mi przykro, że przestrzeń konstruktywnych polsko-rosyjskich relacji naukowych została sztucznie zawężona przez represje polskich władz wobec rosyjskich naukowców.
Winę za to ponoszą jednak nie zwykły Polacy, lecz polscy politycy, którzy – w niezbyt szlachetnych celach – krzewią strach i nienawiść wobec Rosji.
Jednakże żal i rozczarowanie przeplatają się z optymistyczną nostalgią – jestem pewny, że demokratyczny potencjał polskiej kultury politycznej i intelektualnej pozwoli przezwyciężyć tendencje totalitarne, które w danej chwili dominują.

 

Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, jakie zarzuty postawiono Panu w Warszawie?

Byłem zupełnie bezpodstawnie oskarżony o działalność z elementami „wojny hybrydowej”.
Najczęściej powoływano się na „kuszenie” polskich naukowców współpracą z rosyjskimi ośrodkami badawczymi, prowadzenie prorosyjskiej propagandy oraz dyskredytację polskich władz w mediach.
Przypisywano mi również przeciwdziałanie niszczeniu pomników radzieckich w Polsce oraz podgrzewanie polsko-ukraińskich animozji Zarzucano mi, że wszystko to wykonywałem jakoby na polecenie rosyjskich służb specjalnych.

 

A może działalność naukowa i społeczna obcokrajowców jest zabroniona w polskim prawie?

Ależ skąd! Gdybym w jakikolwiek sposób złamał polskie prawo, zostałbym postawiony przed sądem. Co prawda, sąd zażądałby dowodów mojej winy, których polskie władze nie miały i nie mogły mieć. Aby zatem uniknąć kompromitacji w sądzie, po prostu wyrzuciły mnie z kraju i zakazały wjazdu do strefy Schengen.
Przecież żaden z tych tak zwanych „zarzutów” nie ma związku ani z działaniami kryminalnymi, ani podlegającymi karze administracyjnej. Można je natomiast określić mianem „niedopuszczalnej herezji”. W związku z tym Polska, de facto, przyznała się do stosowania praktyk dyskryminacyjnych wobec cudzoziemców o innych poglądach.
Powiem więcej, niektóre zarzuty nie tylko nie mają nic wspólnego z obowiązującym prawem, ale są po prostu absurdalne. Na przykład, jakim cudem „kuszenie” polskich kolegów współpracą naukową z Rosją mogłoby zagrozić bezpieczeństwu państwa polskiego? Czyż polskie uczelnie i fundacje nie ściągają rosyjskich naukowców do Polski? Oznacza to, że one mogą to robić, natomiast my nie?

 

Jakie inne działania „antypaństwowe” prowadził Pan w Polsce?

Wykładałem jednocześnie zarówno na polskich i rosyjskich uniwersytetach, zajmowałem się wymianami akademickimi oraz studenckimi, prowadziłem konferencje, redagowałem książki, organizowałem tłumaczenie prac naukowych ekspertów z Polski i Rosji.
W moich działaniach nie mogło być żadnych antypolskich intencji. Bardzo łatwo to udowodnić – przez analizę treści wykładów lub publikacji. Niemniej jednak z jakiegoś powodu żaden z poważnych polskich ekspertów nie podjął próby merytorycznej analizy moich wypowiedzi czy tekstów. Jej wyniki można by udostępnić opinii publicznej.
Świadczy to o tym, że udowodnienie mojej „winy” tak naprawdę nikogo nie interesowało. Celem było uderzenie w wyobraźnię przeciętnego Polaka faktem wyrzucenia kolejnego „rosyjskiego szpiega”.
Równie absurdalne brzmią oskarżenia o prowadzenie propagandy i dyskredytowanie Polski w mediach. Czy można angażować się w propagandę i dyskredytację, nie zostawiając przy tym jakichkolwiek śladów w przestrzeni publicznej? I gdzie są te ślady? Dlaczego nie przedstawiono żadnego konkretnego faktu?
Myślę, że jeśli nawet istnieją niby kompromitujące mnie „dowody”, to nie da się ich zaprezentować, ponieważ większość z nich można zaliczyć do kategorii donosów i oszczerstw… A pozostałe uzyskane są w wyniku nielegalnego podsłuchu mojego telefonu. Nie mam wątpliwości, że odbywało się to nielegalnie.
Jestem pewien, że materiały mojej sprawy zostały utajnione nie z powodu poufności zawartej w nich informacji, ale tylko i wyłącznie dlatego, że zawierają nazwiska donosicieli, w tym obywateli Rosji…

 

Jak Pan uważa, co spowodowało podejrzenia o współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi?

Dla przeciętnego mieszkańca krajów zachodnich „rosyjskie służby specjalne” od dawna są swego rodzaju fetyszem. Świadczy o tym sprawa Boszyrowa i Pietrowa lub los Marii Butinej w USA, który jest nie do pozazdroszczenia. W Polsce, jeśli ktoś ma zamiar z powodów osobistych zniesławić swojego rywala albo pozbyć się konkurenta w zawodzie – mówiąc po prostu „sprzedać” kolegę – to najlepiej rozpuścić plotki o jego rzekomej współpracy z rosyjskim wywiadem. Wynik będzie gwarantowany. Tak właśnie się stało ze mną.
Właśnie na podstawie tych plotek polskie władze uznały za „dowód” kontaktów z tajnymi służbami moją współpracę z Rosyjskim Instytutem Studiów Strategicznych (RISS), który jest częścią struktury Administracji Prezydenta Rosji i nie ma powiązania z żadną ze służb specjalnych.
Instytucja ta nie znajduje się na modnych obecnie listach podmiotów, podlegających antyrosyjskim sankcjom, nie należy również do organizacji ekstremistycznych. Więc na czym polega przestępstwo?

 

Jak i kiedy Pan zaczął swoją współpracę z RISS?

W 2013 r., w okresie „odwilży” w stosunkach rosyjsko-polskich, ówczesny dyrektor RISS Leonid Reszetnikow – w związku z planowanym rokiem kultury Rosji i Polski – zaproponował mi reprezentowanie Instytutu w Polsce. Nigdy nie ukrywałem mojego dążenia do normalizacji stosunków między naszymi krajami, dlatego też przyjąłem tę pracę, o której wynikach można dowiedzieć z wielu ogólnodostępnych publikacji. Jeśli ktoś dostrzega w tych wynikach motywy antypolskie, to uważam taką interpretację mojej działalności za paranoję.
Chcę również zwrócić uwagę na to, że współpraca z RISS była tylko jednym z wielu i wcale nie najbardziej owocnym kierunkiem mojej pracy w Polsce.

 

Proszę powiedzieć, co robił Pan po wydaleniu z Polski…

Ten rok był trudny. Najważniejsze było połączenie rodziny. Moi bliscy są obywatelami Polski, niełatwo im było znieść rozłąkę. Musieliśmy pokonać wiele przeszkód biurokratycznych. Obecnie proces ten zbliża się już do końca.
W tym samym czasie za pośrednictwem adwokata w Warszawie złożyłem skargę na działania polskich władz. Sprawa rozpatrywana jest w sądach administracyjnych. Pozwanym jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji Polski. Kierownik tego resortu podjął decyzję o moim wydaleniu na wniosek szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Niestety, raczej nie mam szans wygrać sprawy w Polsce, ponieważ od niedawna nie ma już w tym kraju niezależnego sądu, a ustawodawstwo regulujące status cudzoziemców jest niedoskonałe i przyczynia się raczej do ich dyskryminacji.
Na przykład, mój adwokat nie może się zapoznać z materiałami sprawy objętymi klauzulą tajności w celu oceny ich wiarygodności i korelacji z postawionymi mi zarzutami. Dostęp do tych materiałów ma tylko pozwany, który naruszył moje prawa oraz sąd, który de facto „ratuje” sprawcę naruszenia, wykorzystując nieprecyzyjność sformułowania norm ustawodawstwa. Natomiast mój obrońca w sądzie niezbyt wiele może zrobić.
Wychodzi na to, że klauzula tajności pozwala pozostawić bezkarnym każde naruszenie praw cudzoziemca przez polski organ państwowy.
Najgorsze jednak jest to, że nadać taką klauzulę – jak pokazuje moja sprawa – można w sposób absolutnie dowolny, bez żadnych dowodów winy. Koło się zamyka… Dlatego cała nadzieja w sądzie europejskim.

 

Wszystko to znam doskonale z autopsji: „sprawa” dziennikarza Leonida Swiridowa, wymyślona przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego Polski wiosną 2014 r., była pierwszą próbą oskarżenia rosyjskiego obywatela o działania antypolskie, które zakończyły się wydaleniem z kraju. Potem został wydalony Pan i inni nasi rodacy. Czy mógłby Pan skomentować te wydarzenia z naukowego punktu widzenia?

Tak, oczywiście, wielokrotnie słyszałem o Pana sprawie, chociaż nie znaliśmy się osobiście, a po raz pierwszy spotkaliśmy się w Moskwie pod koniec ubiegłego roku tuż po mojej przymusowej deportacji z Warszawy.
Niestety sytuacja się pogorszyła i kampania represji antyrosyjskich w Polsce rozkręca się pełną parą. Kto by pomyślał zaledwie kilka lat temu, że ten kraj, niegdyś będący symbolem wolności, zamieni się w pariasa demokratycznej Europy…
Jeśli porównamy moją sprawę z Pańską, trzeba przyznać, że mechanizm dyskryminacji i prześladowań cudzoziemców z powodów politycznych ciągle się doskonali.
Pan przynajmniej miał możliwość pozwać polskie władze, przez jakiś czas przebywając na terenie kraju. W moim przypadku wszystko było znacznie bardziej brutalne – zostałem przyprowadzony do punktu deportacji bezpośrednio z domu w nieoznakowanym aucie i byłem przetrzymywany przez prawie dobę w celi z kryminalistami. Po raz pierwszy w życiu musiałem przymierzyć kajdanki.
Okazało się jednak, że to jeszcze nie wszystko. W maju tego roku obywatelkę rosyjską Jekaterinę Cywilską zatrzymano na krakowskiej ulicy i wywieziono jak rzecz na granicę Polski z Obwodem Kaliningradzkim, rozdzielając ją z małoletnią córką i mężem. Następnie inna nasza rodaczka, Anna Zacharyan, była przetrzymywana przez kilka dni, zanim została wydalona. Obydwie kobiety były związane ze stowarzyszeniem „Kursk”, które zachowuje pamięć o radzieckich żołnierzach – wyzwolicielach Polski poległych w walce z hitlerowskimi Niemcami.

 

Dlaczego władze Polski to robią?

Myślę, że w celu zastraszenia realistycznie myślących Polaków, a przede wszystkim tych, którzy sympatyzują z Rosją i szanują ją.
To zastraszanie jest spowodowane zarówno przyczynami wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Aby „ufortyfikować” wewnętrzny reżim polityczny, rządzące ugrupowanie korzysta z pretekstu, którym jest obecność wroga w osobie Rosji. A ponieważ w rzeczywistości „rosyjskie zagrożenie” dla Polski nie istnieje, tworzy się jego imitację poprzez sztuczne nasilanie wrogości w stosunkach polsko-rosyjskich.
Przyczyną zewnętrzną jest dążenie obecnych władz Polski do przekształcenia swojego kraju w głównego partnera strategicznego Stanów Zjednoczonych w Europie oraz ulokowania tu stałych amerykańskich baz wojskowych. Aby osiągnąć ten cel, należy podrażniać Rosję, prowokować ją do wykonywania niebezpiecznych ruchów. Właśnie po to stosowane są różne „chwyty niedozwolone” – nie tylko demonstracyjne polowanie na rosyjskich obywateli oraz wyrzucenie ich z Polski, ale także wprowadzenie zakazu wjazdu do innych krajów strefy Schengen na podstawie wniosków polskich służb specjalnych. Jest coraz więcej takich przypadków. Niestety, te działania zmieniają niegdyś otwartą i tolerancyjną Polskę w „oblężoną twierdzę”, a jej obywateli – w zakładników antyrosyjskiej mistyfikacji geopolitycznej.

 

Panie Profesorze, dziękuję bardzo za rozmowę.

Dmitrij Karnauchow, historyk, dr hab., w latach 2011-2017 wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Jagiełłońskim, Akademii Humanistycznej w Pułtusku, obecnie profesor na Uniwersytecie Technicznym i Uniwersytecie Pedagogicznym w Nowosybirsku. Autor kilku monografii i kilkudziesięciu artykułów naukowych. Specjalista w zakresie historii polskiej historiografii oraz polskiej polityki historycznej.

 

Wywiad ukazał się na portalu „Sputnik”.

Świętsi od papieża

PO zawiesiła swojego senatora za to, że udzielił wywiadu portalowi Sputnik. W dodatku w pochlebnych słowach wypowiadał się w nim o przywódcy Rosji, śmiał się z polskiej obsesji szukania kremlowskich agentów i dokonał obiektywnych konstatacji ekonomicznych.

 

Przeczytałam wywiad Macieja Grubskiego z Agnieszką Piwar na portalu Sputnik Polska. Absolutnie nie jest mi politycznie po drodze z rozmówczynią senatora, ale nie w tym rzecz. Za wywiad ten Grubski został zawieszony oraz odsądzony od czci i wiary przez kierownictwo partii. Więcej, został nawet oskarżony o szkodzenie polskim interesom. W zasadzie każdy kulturoznawca, filolog czy współpracownik zagranicznej firmy mógłby być oskarżony o wspieranie obcej agentury. Dokładnie to w istocie pokazuje w swoim wywiadzie senator PO, żartując, że jako przewodniczący Polsko-Irańskiej Grupy Parlamentarnej, agentem zostałby z automatu już dawno, gdyby wszyscy byli wyczuleni na „wątki irańskie” tak samo jak na „rosyjskie” w debacie publicznej, działalności fundacji czy biznesie.

Jak dla mnie Grubski oberwał za niewinność. Tym bardziej, że w tekście postawił ważne pytania: po pierwsze o trwałość sojuszy z USA, które za wszelką cenę podtrzymujemy, po drugie o sens wtrącania się Polski w politykę wewnętrzną Ukrainy, po trzecie zaś o realne koszty sprowadzania gazu i ropy od Amerykanów i Saudów.

Ponadto powiedział Grubski wprost – tak samo jak ojciec urzędującego premiera – że dobre stosunki polsko-rosyjskie jak najbardziej leżą w naszym interesie. Szczerze mówiąc, doszukiwanie się w tym agenturalnych inspiracji czy próby realizacji obcych interesów uważam za ogromną nadinterpretację.

„Owszem, w historii bywało różnie: trudno, łatwo, przyjaźnie, wrogo. Na przykład w czasach PRL gospodarcze relacje z Rosją (a właściwie z ZSRR) nie do końca były wtedy dla Polski korzystne, ale były” – mówi senator. Cóż w tym sensacyjnego?

„Wymyśliliśmy sobie wtedy, że wspierając Ukrainę będziemy mieli bufor bezpieczeństwa w stosunku do Rosji” – to fragment o Majdanie. Jest to fragment, w którym Grubski przyznaje, że jego samego ta koncepcja jeszcze 4 lata temu w pełni przekonywała, ale rzeczywistość zmusiła go do weryfikacji tych tez.

„Dzisiaj zastanowiłbym się nad moim udziałem w ruchu rewolucyjnym na Ukrainie, ponieważ i tak tymi działaniami nie spowodowaliśmy pozytywnych zmian w tym kraju” – owszem, to mogło się nie spodobać kierownictwu, bo de facto podważa jego nieomylność, do której podważenia nie wszyscy jak widać dojrzeli.

Przez zawieszenie Grubskiego i nadanie całej sprawie atmosfery skandalu Platforma pokazała, że niczym się de facto nie różni od ogarniętego teoriami spiskowymi Antoniego Macierewicza, po drugie – że jest całkowicie niezdolna do podjęcia dyskusji we własnym gronie. O ileż ciekawiej byłoby, gdyby Grubskiego do debaty o Rosji zaprosił któryś z partyjnych kolegów i podjął rozmowę na argumenty. A tak, pozostaje wrażenie, że po pierwsze istnieje krąg zakazanych mediów, do których nie wolno chadzać i zestaw poglądów, których nie wypada mówić głośno. Mimo że w zasadzie Grubski oprócz postawienia kilku niewygodnych pytań nie powiedział nic rewolucyjnego.

Wojna hybrydowa czy fascynacje rusofobów

Znajomi pełni obaw i troski odradzający mi wyjazd. Żona żegnająca mnie wręcz ze łzami w oczach, pełna lęku o mój los. Tak reagowano, gdy w maju, wyjeżdżałem na press-tour wraz grupą polskich dziennikarzy dzięki Fundacji im. Gorczakowa do Rosji.

 

Przecież, „jak wszyscy nad Wisłą wiedzą”, trwa wojna. Hybrydowa wprawdzie, cokolwiek to znaczy, ale zawsze wojna. Wszak nasze niezależne i obiektywne media i demokratycznie wybrani politycy, informują nas stale, że bronimy się walecznie przed „rosyjską agresją”. W tych warunkach mój wyjazd do Moskwy i Petersburga, urastał wręcz do rangi postaw heroicznych, wszak w wojenny czas jechałem do „jaskini lwa”.

 

Inauguracja prezydenta Putina i Kreml

Pierwszy dzień pobytu był znamienny, gdyż przypadł w dniu inauguracji prezydentury wybranego na nową kadencję Władimira Władimirowicza Putina. Prezydent Rosji w swym wystąpieniu nakreślił główne cele tej kadencji i warto zauważyć, że strategiczna osią tych działań ma być przełom w sferze ekonomii i radykalna poprawa sytuacji oraz warunków życia obywateli Federacji Rosyjskiej. Szereg spotkań, także tych spontanicznych, na ulicach Moskwy potwierdza, że wbrew antyrosyjskiej propagandzie, prezydent Władimir Putin cieszy się powszechnym poparciem swojej wizji Rosji oraz szacunkiem dla swojej pracy na rzecz państwa i wielonarodowego, wielokulturowego i multireligijnego społeczeństwa współczesnej Rosji. W wystąpieniu prezydenta Rosji o żadnej wojnie, w tym hybrydowej z Polską, słowo nie padło. Wprawdzie, co stwierdziłem osobiście, lądowisko śmigłowców prezydenckich na Kremlu osłaniają systemy przeciwlotnicze, to w obliczu współczesnych zagrożeń terrorystycznych nie dziwi. Jedyną „wojnę” jaką wykryłem, to wojna o czystość złotych kopuł kremlowskich soborów, którą toczą specjalnie hodowane kremlowskie jastrzębie, polujące na brudzące gołębie.

 

Wnuczka marszałka Rokossowskiego

Skoro czas wojenny, to spotkaliśmy się z wnuczką marszałka Polski i ZSRR Konstantego Rokossowskiego, redaktorką „Rossijskiej Gaziety” Ariadną Rokossowską. Mówiąca piękną polszczyzną, wnuczka najmłodszego i w ocenie wielu historyków najzdolniejszego radzieckiego marszałków okresu II Wojny Światowej, przybliżyła nam szereg anegdot i ciekawostek z życia wielkiego przodka. Marszałek Rokossowski, w przeciwieństwie do Żukowa i wielu innych dowódców radzieckich tego okresu, słynął nie tylko z wielkich talentów militarnych (choćby autorska operacja „Bagration”), szczęścia żołnierskiego, ale i szacunku dla życia swych podwładnych. Marszałek, oficer radziecki z pochodzenia Polak, represjonowany i torturowany przez NKWD, do końca swych dni uważał się za Polaka, miał polski mundur i zostawił ciekawe wspomnienia, które warto przeczytać. Pani redaktor, walczy o dobrą pamięć o swym pradziadku, wojną tego jednak nie nazywa.

 

W „centrum dowodzenia wojną hybrydową” o wojnie też nic nie wiedzą

Z drżącym sercem przekraczałem progi słynnego wieżowca redakcji „Rossija Siewodnia”. Wszak to tu, jak od lat piszą polskie media, kryją się tysiące „trolli” i „rosyjskich hakerów”, którzy na rozkaz samego prezydenta Putina prowadzą wojny hybrydowe. Wojny, w których według zachodnich mediów odnoszą sukcesy takie jak wybór prezydenta Trumpa w USA. Dyrektor Centrum Projektów Międzynarodowych Agencji Informacyjnej i Radio Sputnik, Dmitrij Gornostajew, oprowadził nas otwarcie po redakcjach, w tym niemieckiej, amerykańskiej, chińskiej, irańskiej a nawet polskiej. Wprawdzie każda z dziesiątek redakcji jest większa niż nasz PAP, to trudno mówić o tysiącach zasiedlających wieżowce. Profesjonalizm, wysokiej klasy sprzęt robił wrażenie. Jednak otwartość zaprzeczała twierdzeniom o „tajnych obiektach” i „tajnych operacjach”. Co szokowało? Młodość tak pracowników jak i kadry zarządzającej, co przekłada się na entuzjazm i dynamikę pracy, co było odczuwalne. Wszechobecne było zdziwienie gospodarzy, skąd wściekłe ataki na „Russia Today” ze strony niektórych środowisk politycznych z Zachodu. Wszak wolność słowa i prawo dostępu do informacji to kanon zachodniej demokracji. Skoro media zachodnie ze swym punktem widzenia obecne są w Rosji, to co jest strasznego w tym, że w ramach pluralizmu informacyjnego społeczeństwa krajów zachodnich poznają rosyjski punkt widzenia? Kierownictwo RT podkreślało, że wiele faktów i wydarzeń przekazuje tylko „Russia Today” gdyż ma tysiące korespondentów na całym globie, zatem eliminacja RT ma podłoże w czystej zawiści merytorycznej i chęci wykluczenia rynkowego konkurenta.

 

Kolacja z „generałem wojny informacyjnej” kochającym muzykę Chopina

W ramach wizyty, mieliśmy zaszczyt spotkania a potem kolacji z Turałem Kerimowym, zastępcą szefa Agencji Sputnik. Przemiły, błyskotliwy, o szerokiej wiedzy, nie przekraczający 30-ki młody człowiek, głęboko wierzący wyznawca Islamu, prowadził z nami kilkugodzinny dialog. Cięte riposty i głębokie przekonanie do wygłaszanych, niekiedy stanowczych ocen i sadów, w ramach toczonej z nami – polskimi dziennikarzami polemik, nie przesłaniały jednak głęboko humanistycznej osobowości dyrektora. Ten przedstawiciel elity rosyjskiej młodego pokolenia, meloman słuchający w samochodzie muzyki Fryderyka Chopina, wygłosił kilka interesujących sądów. Dyrektor ocenił prawo Wielkiej Brytanii do pouczania Rosji w kontekście spreparowanej prowokacji Wielkiej Brytanii związaną z rzekomym otruciem Skripalów oraz postawę jej dziennikarzy na konferencji w Genewie, dokąd Rosjanie przywieźli świadków potwierdzających ustawkę i wyreżyserowanie użycia broni chemicznej w Dumie w Syrii nad wyraz barwnie. „Jeśli uznasz, że prostytutka ma prawo uczyć Cię moralności, to czymże dla Ciebie będzie wówczas sama moralność?”. W odpowiedzi zaś ma moje zastrzeżenie, że Rosja nigdy nie będzie Polski traktowała partnersko, choćby poprzez fakt swej terytorialnej wielkości czy fakt że jest supermocarstwem jądrowym skontrował mnie nie mniej barwnie. „Mylisz się Krzysztof całkowicie. Potężny mężczyzna, wobec subtelnej kobiety zachowuje się ze szczególną delikatnością. Czyż nie? Tak musi postępować Rosja względem Polski, jeśli chce coś osiągnąć. Rosja nigdy nie będzie się zachowywała wobec Polski tak jak względem silnych Niemiec czy USA”. I na koniec Tural Kierimow wyraził znamienną opinię. „Musimy doprowadzić do dialogu pomiędzy Polską i Rosją, póki żyją Ci co pamiętają normalne relacje między obu naszymi krajami. Jeśli pozostawimy to pokoleniom wychowanych w konfrontacyjnej atmosferze, ułożenie dobrosąsiedzkiego dialogu będzie niezwykle trudne o ile niemożliwe”. Musze przyznać, że nie podzielając do końca kilku opinii, trudno mi się z dyrektorem było nie zgadzać. Z racji zawodowych specjalizacji, wszak od lat opisuję konflikt wojenny w Syrii, dyrektor Sputnika zaskoczył mnie dodatkowo. W obliczu szczegółowej wiedzy Turała, który zjeździł Syrię wzdłuż i wszerz, jego znajomości kulisów funkcjonowania assadowskiej Syrii, bliskowschodniej filozofii prowadzenia polityki, momentami w dyskusji z Nim wymiękałem. Ze smutkiem muszę też skonstatować, że daleko naszym młodym politykom i ludziom mediów do szerokiej wiedzy, obycia i kultury jaka uderzała od młodzieży zarządzającej RT.

 

Dzień Zwycięstwa, „Paliaki sajuzniki”

Według najnowszej, jedynie słusznej wykładni historii opracowanej przez fachowców z IPN a propagowanej w PiS-landii, 9 maja to żałobny dzień – „początek drugiej okupacji’. Zatem aby nie drażnić zwycięzców II Wojny Światowej, ja „okupowany”, dla niepoznaki zamaskowałem się. Założyłem furażerkę z czerwona gwiazdą, bluzę mundurową, przypiąłem gierogijewską lientoczkę i udałem się podglądać sprzęt wojenny biorący udział w defiladzie na Placu Czerwonym. Podziwiając czołgi, rakiety i samoloty, wdałem się w dialog z Rosjanami, którzy dowiadując się że jestem Polakiem, sami z siebie solennie mnie zapewniali, że nikt przy zdrowych zmysłach na Polskę nie zamierza napadać i że cieszą się ze razem z „sajuznikiem” świętują zwycięstwo nad faszystami. Wszak jak mi zakomunikowano, „my wmiestie brali Berlin”.

Po defiladzie udałem się pod „Teatr Bolszoj” gdzie spotykają się weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Z racji zaawansowanego wieku jest już ich niestety coraz mniej. I tu, przeżyłem przykry moment. Nie wiedząc gdzie uciec wzrokiem, wstydziłem się za swój kraj. Spotkałem wysokiego szczupłego weterana, o wielu odznaczeniach.

– Pan nie jest Rosjaninem – odezwał się z uśmiechem.
– Nie, nie jestem, jestem z Polski.
– Polak?
– Tak.
– Byłem w Polsce, bardzo dawno byłem w 1944, szturmowaliśmy Pragę, Warszawę-Pragę. Dużo padło naszych i waszych z rąk faszystów. – Ścisnął mi mocniej dłoń i rzekł: – Pamiętajcie o naszych chłopakach. Oni tam zostali na zawsze.

Wraz towarzyszącym kolegą, ze spuszczonymi głowami opuściliśmy Teatralną Płoszczadz, bo co odpowiedzieć staruszkowi o siwych włosach? Że pamiętamy rozwalając pomniki ku czci tych poległych, jak ten „Czerech śpiących” pomnik braterstwa broni właśnie na Warszawie Pradze-Północ?

 

Dyplomacja obywatelska ostatnią szansą uratowania dialogu Polska-Rosja?

Niezwykle ciekawym elementem podróży, było spotkanie polskich dziennikarzy dyrektorem Fundacji Wsparcia Dyplomacji Publicznej im. Gorczakowa, Leonidem Draczewskim. To wybitna postać – dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych Rosji, były sportowiec, ale nade wszystko były ambasador Rosji w Polsce. Mówiąc o fundacji założonej przez byłego szefa rosyjskiej dyplomacji i premiera, Jewgienija Primakowa, ambasador Draczewski wskazywał, że głównym celem fundacji jest umożliwienie spotkań i rozmów na poziomie społecznym. Ambasador wyraził żal z powodu przerwania, z polskiej inicjatywy, współpracy w ramach Polsko-Rosyjskiego Forum Dialogu Obywatelskiego. Leonid Draczewski współprzewodniczył tej inicjatywie wraz z Krzysztofem Zanussim. Podobnie Polacy wycofali się z utworzonej podczas wizyty prezydenta Putina w Polsce w 2002 roku, a reaktywowanej w 2008 r. Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. Pan ambasador jest jednak optymistą ma nadzieję, że wcześniej czy później współpraca ta zostanie reaktywowana. Zadeklarował, że ze strony rosyjskiej jest otwartość i gotowość do dalszych działań.

Spotkaliśmy się również z kierownictwem Fundacji Rosyjsko-Polskiego Centrum Dialogu i Porozumienia, która prowadzi działania w obszarze współpracy akademickiej i kulturalnej. Obie fundacje zapraszają polskie organizacje pozarządowe i środowiska akademickie do aplikowania o środki na projekty służące rosyjsko-polskiemu dialogowi czy dyplomacji niepublicznej. Szczegółowe warunki znajdują się na stronach internetowych obu fundacji i warto tam sięgnąć wszystkim, którym obce są antyrosyjskie obsesje i „ hybrydowe wojny”. Rosjanie czekają na partnerów pośród polskich organizacji pozarządowych i akademickich. Są środki na wsparcie tych, którzy stworzą projekty opierające się na dialogu, na tym co łączy oba narody i pozwala się im wzajemnie poznawać.
Po podróży, z której miałem nie wrócić, stwierdzam: na Wschodzie bez zmian, obywatele Federacji Rosyjskiej są do Polski i Polaków nastawieni życzliwie. Wojny nie ma i ‚nie budziet”, nawet tej przez rusofobów upragnionej – hybrydowej.