Płacimy bez narzekania

To jeden z mało zauważalnych, choć całkiem dotkliwych podatków jakie muszą dodatkowo płacić Polacy pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.

 

Chodzi o podatek bankowy – czyli od niektórych instytucji finansowych (głównie banków, firm pożyczkowych i towarzystw ubezpieczeniowych).
Uiszczają go wspomniane instytucje, ale oczywiście, tak jak lojalnie uprzedzały, robią to kosztem swoich klientów, podnosząc im opłaty i prowizje.
A ponieważ nie jest to formalnie wyodrębniony podatek, obejmujący określoną część naszych dochodów, płacimy go bez większego bólu – choć stanowi on znaczące źródło zasilania budżetu państwa.

 

Ściągnąć jak najszybciej

Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu ustawy o podatku bankowym (rządowi bardzo zależało na jak najszybszym znalezieniu nowego źródła dochodów budżetowych), przeszacowano dochody z podatku bankowego na 2016 r. Nadrobiono to z naddatkiem rok później.
Według poselskiego projektu tej ustawy, wpływy zostały oszacowane na 6,5 – 7 mld zł. W projekcie stanowiska rządu założono bardziej realnie, że dochody mogą wynieść ok. 4,8 mld zł. W ustawie budżetowej zapisano więc kwotę pośrednią, 5,5 mld zł.
Tymczasem dochody uzyskane w 2016 r. z podatku bankowego wyniosły tylko nieco ponad 3,5 mld zł.

 

Raz za mało, raz za dużo

Resort finansów bagatelizował tę dwumiliardową dziurę, tłumacząc, że zjawisko różnicy między planowanymi, a rzeczywistymi wpływami, towarzyszy wprowadzaniu takich rozwiązań i występowało również w innych państwach, które wprowadziły podatek bankowy. Mimo to jednak, w następnym roku postanowiono ściągnąć więcej niż planowano.
W rezultacie, skuteczność poboru podatku bankowego w ubiegłym roku poprawiła się – dochody z tego podatku wyniosły ponad 4,34 mld zł, tj. 110 proc. tego, co, tym razem dmuchając na zimne, ostrożnie zaplanowano na 2017 r.
Wbrew obawom, głośno podnoszonym przez reprezentantów instytucji finansowych, wprowadzenie nowego podatku nie wpłynęło negatywnie na ich stabilność finansową.
Zresztą, nikt w te obawy od początku nie wierzył, bo oczywiste było, że ciężar nowego podatku zostanie przerzucony na portfele klientów tych instytucji.

 

Swoich nie obciążamy

Podatek bankowy obowiązuje w większości europejskich państw – wprowadziło go dotychczas 21 z 28 krajów Unii Europejskiej.
W Polsce podatek od niektórych instytucji finansowych został wprowadzony 1 lutego 2016 r. Ustawa o tym podatku była procedowana bardzo szybko i została uchwalona już po 43 dniach od wpływu projektu poselskiego do Sejmu – zanim rząd formalnie przyjął stanowisko w jej sprawie. W toku prac legislacyjnych rozszerzono zakres ustawy o firmy pożyczkowe i zwiększono miesięczną stawkę podatku z 0,0325 proc. do 0,0366 proc.
Podatkiem objęto banki mające siedzibę na terytorium RP, odziały banków zagranicznych, towarzystwa ubezpieczeń i reasekuracji, instytucje pożyczkowe. Zwolniono z podatku banki państwowe, w tym Bank Gospodarstwa Krajowego.
Podstawą opodatkowania dla banków jest nadwyżka aktywów ponad kwotę 4 mld złotych (co wyłączyło z tego podatku Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo Kredytowe, instytucje związane z Prawem i Sprawiedliwością). Dla ubezpieczycieli jest to ponad 2 mld zł, a dla firm pożyczkowych powyżej 200 mln zł.
Instytucjom finansowym w Polsce wiedzie się bardzo dobrze, bo miesięczna wartość ich aktywów wzrosła z 1426,4 mld zł w 2016 r. do 1455,7 mld zł w 2017 r. Podatek bankowy im więc nie przeszkadza – tym bardziej, że faktycznie, płacą go obywatele.