Kapitał kontra związki

1400 pracowników zakładów produkujących stal w Nadrenii Północnej-Westfalii odmówiło pracy. Był to sygnał ostrzegawczy wysłany przez potężny związek zawodowy IG Metall. Hutnicy chcą zarabiać więcej, bo w ostatnich latach zyski kapitalistów poszybowały w górę.

Ten protest to początek, za nim pójdą kolejne zakłady – zapowiada kierownictwo najsilniejszego niemieckiego związku zawodowego IP Metall, skupiającego pracowników przemysłu. Organizacja ta dysponuje funduszami, które umożliwiłyby sfinansowanie budżetu płac całego niemieckiego hutnictwa na dwa lata. Oczywiście, w obecnej sytuacji nie będzie konieczności sięgania po oręż długoterminowego strajku.
Na razie pracę przerwano w dziewięciu należących do koncernów ThyssenKrupp i ArcelorMittal hutach w Duisburgu, Bochum i Kreuztal. W kolejnych dniach akcja ma nabierać dynamiki. Jak zapowiada rzecznik prasowy IG Metall, będzie kontynuowana niemal codziennie aż do wyznaczonej na 18 lutego czwartej rundy rokowań z pracodawcami.
W pierwszej kolejności zastrajkować ma około tysiąca hutników z Duisburgu i Remscheid, a w kolejnych dniach akcja protestacyjna IG Metall zostanie rozszerzona na kraje związkowe Dolna Saksonia i Brema. Docelowo – sparaliżowany ma zostać cały przemysł hutniczy w Republice Federalnej. Centrala ma bowiem silne struktury w każdym zakładzie.
Warto zauważyć, że IG Metall nie boi się mówić o strajku jako normalnym instrumencie w sporze z kapitalistą. Badania społeczne pokazują, że większość obywateli RFN „ze zrozumieniem” odnosi się do postulatów i metod walki pracowników sektora hutniczego.
Główną płaszczyzną sporu związkowców z pracodawcami jest wysunięte przez stronę pracowniczą żądanie wprowadzenia premii urlopowej w kwocie 1800 euro, którą pracownik mógłby zamienić na dni wolne. Ponadto dla około 72 tys. zatrudnionych w przemyśle stalowym Nadrenii Północnej-Westfalii, Dolnej Saksonii oraz Bremy IG Metall domaga się wzrostu zarobków o 6 proc. Druga strona sporu nie wystąpiła na razie z żadnymi propozycjami.
Na terenie, którego dotyczą rokowania, pracuje zdecydowana większość niemieckich hutników stali. Jednocześnie prowadzi się odrębne negocjacje zarówno dla Kraju Saary, jak i dla dawnej NRD.

Ostatni dzwonek na Litwie

Masowy strajk w polskich szkołach wisi w powietrzu – i tylko za sprawą nadzwyczaj wymagającej procedury wszczęcia sporu zbiorowego w tej branży trudno dokładnie wskazać, kiedy się rozpocznie. W środowisku wrze, nie cichnie oddolny “protest chorobowy”, coraz silniejsze jest poczucie, że teraz albo nigdy.
Do takiego samego wniosku doszli w listopadzie nauczyciele litewscy. Ich protest na chwilę zmusił polityków do wstrzymania oddechu, a to, jak przebiegał i do czego doprowadził może być ważną nauką dla pedagogów w Polsce.

Kiedy 9 grudnia przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Oświaty Litwy Andrius Navickas przemawiał do zgromadzonych na Prospekcie Giedymina, zapewne sam nie mógł do końca uwierzyć, że aż tyle osób poświęciło część niedzielnego popołudnia, by wspólnie domagać się lepszych warunków pracy i płacy dla nauczycieli. Demonstracja nosiła nazwę „Ostatni dzwonek” i była organizowana jako gest solidarności ze strajkiem w szkołach, który trwał już od blisko miesiąca. Ale jej znaczenie wykroczyło poza zamysł organizatorów: razem z pedagogami przyszli protestować lekarze, pracownicy socjalni, strażacy i inni pracownicy budżetówki. Przed rozpoczęciem wiecu utworzyli, bałtyckim zwyczajem, żywy łańcuch, od budynku litewskiego Sejmu wzdłuż Prospektu Giedymina. Półtora kilometra, sześć tysięcy demonstrantów – w liczbach bezwzględnych może niezbyt wiele, ale w krajach bałtyckich po 1991 r. widok historyczny; pojęcia walki, organizacji i solidarności pracowniczej w zasadzie odeszły tam do lamusa.

– Ruch pracowniczy na Litwie w ostatnich latach nie istniał. Największe centrale związkowe, takie, jak uczestnicząca w dzisiejszym proteście “Solidarność” (Solidarumas), w najlepszym razie formalnie zrzeszały pracowników sektora państwowego. Nie były zainteresowane ani organizowaniem ludzi do walki o wyższe płace, ani nawet tworzeniem komórek wśród zatrudnionych w sektorze prywatnym – opowiada mi Jonas Mickievičius, socjalistyczny aktywista, redaktor marksistowskiego portalu “Kibirkštis” (“Iskra”). – Były sytuacje, jak w przypadku załogi fabryki odzieżowej z Wiłkomierza (Ukmergė), gdy pracownice same zgłaszały się do central, a te piętrzyły trudności, byle nie utworzyć zakładowej struktury.

W kraju, który na początku lat 90. przeszedł szokową transformację, a potem rządzony był na przemian przez konserwatystów i pseudo-socjaldemokratów, ludziom skutecznie wybito z głowy buntowanie się. Niezadowoleni z warunków pracy i płacy w ojczyźnie, gdzie statystyczna średnia zarobków to 700 euro miesięcznie, czuli, że jedyne rozwiązanie to – wyjechać.wW ostatniej dekadzie populacja nadbałtyckiego państwa spadła o 12 proc. Spis ludności z 2011 r. był dla rządzących w Wilnie wstrząsem – liczba stałych mieszkańców kraju skurczyła się z 3,6 mln do trzech milionów, a i te szacunki mogą być zawyżone. Równie fatalnie w uszach polityków brzmiały sondaże dotyczące planów młodych ludzi na przyszłość. W niektórych badaniach opinii nawet 82 proc. odpowiadających w wieku licealnym deklarowało, że poważnie rozważają emigrację.

Niespełnione obietnice

Rząd Sauliusa Skvernelisa, koalicja Litewskiego Związku Rolników i Zielonych (partii o trudnym do sprecyzowania ideowym obliczu, najłatwiej byłoby powiedzieć: oportunistycznej) oraz Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej (lewicowej głównie z nazwy), funkcjonujący od 2016 r., próbował drogą minimalnych zmian na lepsze powstrzymać ten zabójczy dla państwa proces. „Dobra zmiana” w oświacie miała być następna i była zapowiadana ze szczególnym rozmachem. Stawki najgorzej opłacanych w Europie litewskich pedagogów miały wzrosnąć o 20-25 proc., a mniej oszczędni w obietnicach politycy napomykali nawet o skoku wynagrodzeń o tysiąc euro (sic!). Gwaracją podwyżek miała być zmiana filozofii wynagradzania. Minister Jurgita Petrauskienė, bezpartyjna bizneswoman, która nigdy nie pracowała w szkole, tłumaczyła, że po reformie nauczyciel otrzyma wynagrodzenie zarówno za godziny pracy przy tablicy, jak i za czas spędzony na prowadzeniu kół zainteresowań, pracy z uczniem zdolnym czy z uczniem o specjalnych potrzebach, wycieczki.

Kiedy jednak nauczyciele zobaczyli w praktyce nowy system, nazwany etatowym, poczuli się oszukani. Zamiast wyznaczyć stałe wynagrodzenie za pracę w określonym wymiarze godzin, twórcy reformy obkładali nauczycieli obowiązkiem drobiazgowego, co do minuty, dokumentowania każdej wykonywanej czynności po to, by na koniec miesiąca dyrektor szkoły mógł taki rejestr podsumować i wycenić. Według Związku Zawodowego Pracowników Oświaty Litwy efekt takiej „dobrej zmiany” mógł być tylko jeden: więcej biurokracji, więcej zbędnej pracy (nauczyciele mieli bowiem nie tylko dokumentować już wykonane zadania, ale i szczegółowo planować przyszłe obowiązki) i łatwy pretekst, by zamrozić zarobki na aktualnym nędznym poziomie lub nawet je obniżyć.

– Reforma okazała się nieprzemyślana, “rozmyta”, nie zawierała nawet jednoznacznego algorytmu wyliczania pensji. Po jej wprowadzeniu każda szkoła mogłaby interpretować zasady wynagradzania po swojemu, wprowadzać różne metody wyliczania zarobków – ocenia projekt Romualda Poszewiecka, dziennikarka i radna Wilna, z pochodzenia Polka. – Ponadto zapewniano, że nowy system wypłat sprawi, że zarobki wzrosną. A w rzeczywistości liczba pieniędzy do podziału się nie zmieniła – każda szkoła nadal dysponowała tym samym budżetem!

Dyrektor Gimnazjum im. Michała Balińskiego w Jaszunach Mirosław Mickielewicz w rozmowie z “Kurierem Wileńskim” wyliczył, ile zarobili na reformie ci nauczyciele, których pensje faktycznie wzrosły. W najlepszym razie wyszły mu kwoty w granicach 30-60 euro, przeciętnie – kilkanaście euro. Zapowiadane 25 proc. gdzieś wyparowało.

Zryw

12 listopada organizacja kierowana przez Andriusa Navickasa ogłosiła bezterminowy strajk. Liczba szkół, które odpowiadały na wezwanie, stale rosła: zaczęło się od sześciu placówek, skończyło na blisko setce. Gniew pedagogów narastał w miarę kolejnych aroganckich gestów rządu, jak wypowiedź premiera Skvernelisa z 13 listopada, w której szef rządu stwierdził, że nie widzi żadnych powodów, dla których nauczyciele mieliby być niezadowoleni, bo przecież uśredniona symulacja wynagrodzeń po reformie wykazuje podwyżkę rzędu 14 proc. Albo komentarze minister oświaty Jurgity Petrauskienė, oskarżającej związki zawodowe o manipulowanie nauczycielami, rozpowszechnianie fałszywych informacji i odciąganie od pracy.

W pierwszych dniach protestu związkowcy byli w swoich postulatach bardzo ostrożni.

– Należałoby znaleźć kompromis pomiędzy starym a nowym systemem wynagrodzeń, który byłby jasny, zrozumiały dla wszystkich i żeby wszyscy wiedzieli, jaką pracę wykonują i jakie wynagrodzenie za nią dostają – mówił jeszcze 14 listopada Navickas. Wspominał również o tym, że dobrze byłoby, z korzyścią dla wszystkich, zmniejszyć liczbę uczniów w klasach. Ale strona rządowa pozostawała niewzruszona, twierdząc, że więcej pieniędzy na oświatę nie ma, podczas gdy protestujący, skoro już zobaczyli, że skuteczna organizacja strajku jest możliwa, poszerzyli katalog postulatów o żądanie podwyższenia płac wszystkich nauczycieli o 20 proc., a także o ustalenie, że podstawowy nauczycielski etat to 18 godzin przy tablicy i 18 godzin na inne czynności.

Upomniano się także o dodatkowe pieniądze dla pracujących w przedszkolach i najmłodszych oddziałach szkół podstawowych. I tylko w tej ostatniej kwestii rząd zasugerował, że jest gotów pójść na ustępstwa.

Aby zmusić resort do rozmów, 28 listopada grupa kilkudziesięciu nauczycielek i nauczycieli rozpoczęła protest okupacyjny na terenie Ministerstwa Oświaty. Dopiero wtedy rząd zrozumiał, że strajkujący są naprawdę zdesperowani. 30 listopada w ministerstwie odbyły się rozmowy, które ciągnęły się trzynaście godzin. Na koniec padła deklaracja: rząd będzie szukał pieniędzy na prawdziwe podwyżki, a system etatowy będzie udoskonalony.

Część strajkujących szkół słusznie uznała, że to kolejny zestaw niepewnych obietnic i kontynuowała protest. Wnioski wyciągnęła również litewska sejmowa opozycja. Ludzie, którzy nigdy nie interesowali się losem pracowników i partie, które nic dobrego dla nich nie zrobiły, będąc przy władzy, nagle „okazali się” ich obrońcami.

„Przyjaciele ludu”

Po stronie nauczycieli, a równocześnie przeciwko “premierowi, który nic nie rozumie”, zaczął głośno występować znany dziennikarz telewizyjny Andrius Tapinas, reprezentujący na co dzień dość typowy konserwatywno-neoliberalny styl myślenia.

Także czołowi politycy konserwatywnego Związku Ojczyzny – Litewskich Chrześcijańskich Demokratów od początku grudnia “wyrażali zaniepokojenie” brakiem dialogu w oświacie i atakowali rząd za niezrozumienie oczekiwań nauczycieli. Założyli przy tym, że ludzie, zadowoleni z faktu, że ktoś nagłaśnia ich postulaty, zapomną o tym, że prawica jak najbardziej przyczyniła się do dzisiejszego żałosnego stanu litewskiego szkolnictwa. – W każdej kadencji Sejmu władze uważały za swój obowiązek wprowadzić w oświacie jakąś “rewolucyjną zmianę” – mówi Romualda Poszewiecka. – Zmiany te były wymyślane w gabinetach, nie na podstawie życiowych doświadczeń. Szkoły nie nadążały wprowadzać nowości. Pracę nauczycieli zbiurokratyzowano do tego stopnia, wprowadzono tyle obowiązkowej papierowej roboty, że na pracę z dziećmi zostało bardzo mało miejsca.

Konserwatyści, lejąc krokodyle łzy, wzywali nawet do zerwania głosowania nad budżetem na 2019 r., pod pretekstem potrzeby jego przepracowania w taki sposób, by uwzględniał żądania pedagogów. Był to wyjątkowy przykład obłudy. Litewska prawica zawsze ignorowała bowiem potrzeby pracowników. Teraz również jej celem było jedynie doprowadzenie do upadku rządu i rozpisania nowych wyborów. Konserwatyści startowaliby do nich z dobrej pozycji – to oni, z kilkuprocentową przewagą nad Zielonymi i Rolnikami, są od jesieni na pierwszym miejscu w sondażach.

Obrończynią nauczycieli została również prezydent Dalia Grybauskaite, która w przyszłorocznych wyborach wprawdzie startować już nie może, ale bardzo chciałaby zabezpieczyć sukcesję dla osoby przez siebie wskazanej. – Rozmowy, które minister w bardzo nieodpowiedzialny sposób prowadzi z pedagogami, świadczą o poważnych problemach tego rządu: braku szacunku do nauczycieli oraz niezdolności do wdrażania zainicjowanych przez siebie reform – oznajmiła na początku grudnia.

Czy protestujący wierzyli w szczerość takich “obrońców”? Niektórzy, mimo wszystko, tak. To smutne, ale zrozumiałe, komentuje Jonas Mickievicius. Litewscy pracownicy po całych dekadach ignorowania widzą nadzieję w każdym publicznym geście poparcia dla swoich postulatów. Nieważne, kto go wykonuje – podkreśla aktywista.

Czy to są nierealne postulaty?

5 grudnia minister Petrauskienė została zdymisjonowana. Przy okazji premier usunął z rządu także Kęstutisa Navickasa, ministra środowiska i zapowiedział odejście szefowej resortu kultury Liany Ruokytė-Jonsson, chociaż przeciwko nim strajkujący bynajmniej nie występowali. Pokaz dobrej woli okazał się demonstracją kompletnego niezrozumienia sytuacji: Skvernelis wykonał gest typowo polityczny, podczas gdy protestujący nieustannie podkreślali, że w ich walce o żadną politykę nie chodzi.

Takie też głosy przeważały w tłumie protestujących 9 grudnia w Wilnie.

– Walczymy o wyższe płace – powiedziała mi Giedra, młoda lekarka współtworząca pierwsze ogniwa żywego łańcucha w pobliżu gmachu Sejmu. Przyszła przez solidarność z nauczycielami, ale także w poczuciu, że i w jej zawodzie płace są nieadekwatne do wysiłku wkładanego w studia i dalsze kształcenie, a także w codzienną odpowiedzialność. – Ten rząd nas zawiódł, ale nie chcemy go obalać, tylko przekonać, że nasze potrzeby nie są drugorzędne ani wymyślone. Naprawdę jest nam coraz trudniej!

Ieva, nauczycielka z Kowna, która zajęła miejsce w łańcuchu na Placu Łukiskim, też przekonywała, że nie przyjechała do stolicy, by zajmować stanowisko polityczne. – Chcemy dobrej szkoły, dobra uczniów – podkreślała. – Już teraz dzieciom nie służy nauka w klasach liczących blisko 30 osób, gdzie nie sposób skupić się na potrzebach każdego dziecka. Chcemy też wypłaty, która oddaje nasz wysiłek. Wyliczanej w sprawiedliwy sposób, a nie według uznania. Czy to uczciwe, że w nowym systemie nauczyciele wykonujący dokładnie tę samą pracę mogą zarabiać różne kwoty?
– Chodzi nam o bardzo proste rzeczy: żeby w klasach było mniej dzieci, żeby za godzinę lekcyjną płacono nam o jedno euro więcej, żeby pamiętano o uczniach klas przedszkolnych, chcemy sprawiedliwego systemu wynagrodzeń. Czy jest to nierealne? – pytał wreszcie Andrius Navickas, gdy zabrał głos ze sceny na placu Kudirki.

Rząd nie mógł pozostać obojętny na bezprecedensową w najnowszej historii Litwy mobilizację pracowników. Ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że poparcie konserwatystów dla strajkujących, choć czysto koniunkturalne i nieszczere, część wyborców jednak do protestu zniechęciło. Skvernelis, były szef litewskiej policji, zamiast rozmów wybrał siłę i tworzenie faktów dokonanych.

Uderzenie

12 grudnia, trzy dni po wielkiej demonstracji w Wilnie, premier doprowadził do przegłosowania przez Sejm budżetu bez dodatkowych funduszy dla nauczycieli. Zdecydował za to o podniesieniu wydatków na wojsko do poziomu 2,05 proc. PKB. Aby natomiast jeszcze mocniej zniechęcić pracowników do organizowania się i demonstrowania, oskarżył nauczycieli i polityków ich wspierających o pozostawanie pod wpływem Kremla. Podobne oskarżenia wygłosił Ramūnas Karbauskis, magnat agrobiznesu, przewodniczący i sponsor Partii Zielonych i Rolników. Oznajmił on, że premier nie bez powodu zamierza polecić Departamentowi Bezpieczeństwa Państwowego (VSD), czyli litewskim służbom, uważne przyjrzenie się, kto zainspirował i wspierał strajk.

Na potwierdzenie, że nie są to puste pogróżki, 19 grudnia ogłoszono, że wykryta została cała siatka szpiegowska pracująca na rzecz Moskwy, skupiona wokół byłego lidera Socjalistycznego Frontu Ludowego Algirdasa Paleckisa. Nie padło więcej nazwisk, a oskarżenia pod adresem Paleckisa, byłego posła na litewski Sejm i negocjatora podczas starań Wilna o przyjęcie do UE, przyjął z niedowierzaniem nawet były przewodniczący VSD Gedinimas Grina. Szkodliwa działalność siatki miała polegać na próbach wpływania na litewską politykę, w tym programy partyjne, poprzez wzmacnianie rosyjskiej soft power. Paleckis przestał być parlamentarzystą w 2007 r. i od tego czasu bez powodzenia starał się o powrót do Sejmu, Socjalistyczny Front Ludowy to organizacja o bardzo niewielkim praktycznym znaczeniu. W przestrzeni publicznej pojawia się, organizując małe, czasem kilkuosobowe demonstracje przeciwko NATO (za neutralnością) lub przeciw gloryfikowaniu litewskich kolaborantów z nazistami. W jaki sposób mieli wpływać na o wiele potężniejsze i zamożniejsze od siebie partie? Tego opinii publicznej nikt nie wytłumaczył. Pozostało wrażenie, że atak na litewską mikrolewicę był równocześnie przykryciem tematu protestów pracowniczych, demonstracją siły państwa i wyprzedzeniem sytuacji, gdy związki zawodowe i ich aktywni członkowie zaczną choćby nieśmiało poszukiwać jakiejś konsekwentnej politycznej reprezentacji.

Więcej się wygrać nie dało

Afera Paleckisa skutecznie przykryła kolejne tury negocjacji i zakończenie protestu na terenie Ministerstwa Oświaty, gdzie grupa najbardziej zdeterminowanych nauczycielek i nauczycieli pozostawała do 19 grudnia. Gdy wychodzili, Andrius Navickas przekonywał, że strajkowanie podczas Bożego Narodzenia i tak nie ma większego sensu, protest będzie mógł zostać wznowiony w 2019 r., a poza tym podczas rozmów 17 i 18 grudnia osiągnięto tyle, ile było możliwe.

Realnie nauczyciele mieli w ręku tyle samo, co na początku: obietnice. Rozporządzenie ministra, które zmniejszy dowolność w opłacaniu pedagogicznego etatu, zagwarantuje określoną płacę przy konkretnej liczbie godzin w klasie i poza nią, miało dopiero zostać podpisane. Nie było przy tym już mowy o podwyżkach od początku 2019 r., a jedynie od nowego roku szkolnego. Z drugiej strony symboliczne ustępstwa, do jakich zmuszono rząd, są nie do przecenienia. Gabinet Skvernelisa musiał podjąć określone zobowiązania, zamiast po raz kolejny zlekceważyć i „przeczekać” pracowników. Postawiony w nieoczekiwanej i trudnej sytuacji rząd pokazał swoją prawdziwą twarz – już nie polityków zatroskanych o dobro wspólne, innych od starej skorumpowanej elity, lecz bezwzględnych graczy, którzy woleli uruchomić i zwielokrotnić lęk przed Rosją, niż wygospodarować fundusze na podniesienie poziomu życia obywateli.

Co będzie dalej?

15 stycznia tekę ministra oświaty po raz trzeci w karierze objął Algirdas Monkevičius, zapowiadając zmniejszenie napięć w oświacie i wspólną ze związkami pracę nad ustaleniem satysfakcjonującego systemu wynagradzania pedagogów. Czy były nauczyciel szkolny i akademicki, dawniej należący do socjalliberalnego Nowego Związku, obecnie bezpartyjny, podoła temu zadaniu? Pewne jest, że związki będą czujnie patrzeć mu na ręce, a część nauczycieli nie jest zadowolona z efektów protestu i jest gotowa organizować nowy. Przekonali się, że stanowczość opłaca się bardziej niż pokorne godzenie się z losem.

OPZZ z nauczycielami

W pełni popieramy postulaty płacowe Związku Nauczycielstwa Polskiego i domagamy się natychmiastowej dymisji minister edukacji narodowej, Anny Zalewskiej.

Zarobki nauczycieli w Polsce są jednymi z najniższych w Unii Europejskiej, a zarazem pracownicy oświaty należą do najgorzej opłacanych na polskim rynku pracy. Trudno pojąć i zaakceptować, że zarobki początkujących pracowników oświaty nieznacznie odbiegają od płacy minimalnej. W konsekwencji spada prestiż zawodu i coraz mniej młodych ludzi chce być w przyszłości nauczycielami. Utrzymywanie skandalicznie niskich płac nauczycieli i lekceważenie przez rząd pracowników oświaty jest szkodliwe dla polskiego społeczeństwa. Dlatego w pełni popieramy akcje protestacyjne Związku Nauczycielstwa Polskiego i deklarujemy gotowość do działań solidarnościowych.
Jednocześnie uważamy, że minister Zalewska nie nadaje się do sprawowania funkcji minister edukacji narodowej i powinna zostać w trybie pilnym zdymisjonowana. Zalewska jest nieudolna i arogancka, a powierzone jej obowiązki ją przewyższają. Minister często wprowadza w błąd opinię publiczną, podejmuje pozorowane działania lub wdraża niedopracowane rozwiązania, których koszty mają ponosić samorządy. Podczas niedawnych negocjacji ze związkami zawodowymi po raz kolejnymi dowiodła, że nie ma żadnych sensownych propozycji dla nauczycieli i nie umie prowadzić konstruktywnego dialogu. Jej działania szkodzą nauczycielom, rodzicom i dzieciom. Dlatego domagamy się dymisji minister Anny Zalewskiej i przedstawienia poważnych propozycji płacowych przez stronę rządową.

Strajk fundamentów

… albo kto naprawdę walczy z dobrą zmianą.

 

W sądownictwie między 9 a 11 grudnia rozpoczął się strajk „chorobowy”, jedyna realnie dostępna dla pracowników sądów forma protestu – a zarazem kolejny epizod walk pracowniczych, w jakie druga połowa tego roku obfituje. Rząd PiS od początku uznawał sądownictwo, podobnie jak edukację, za dziedzinę strategiczną aparatu państwa, która miała zostać „totalnie zreformowana”. Okazuje się jednak, że dziś są to najbardziej problematyczne dziedziny budżetówki. Za sprawą ludzi, którzy tu pracują.
Nauczyciele od prawie trzech lat protestują przeciw narzucanym im „dobrym zmianom”. Nie są już odosobnieni. W miarę tego, jak z rządu bankstera Morawieckiego opada „socjalna” maska, walkę podjęli w różnej formie m.in. policjanci, straż graniczna, lekarze i personel medyczny, pracownicy i pracownice PLL LOT oraz Portów Lotniczych i inne grupy zawodowe budżetówki. W wypadku sądownictwa strajk zorganizowali jednak nie sędziowie, którzy byli do tej pory „wrogiem publicznym numer jeden” polityki konfliktu kreowanej przez rząd.
Walkę prowadzą „ludzie-cienie” sądownictwa, jego niewidzialny fundament; protokolantki, asystentki i sekretarze sądowi. To oni nadają prawu jego duszę, argumentując między innymi wyroki sędziów czy organizując i wspierając przebieg procesów. Zarabiają przy tym katastrofalnie mało. Asystentki i sekretarze zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych netto. To i tak dużo w porównaniu z zarobkiem protokolantek, którym płaci się 1530 zł na rękę.

 

Od czego się zaczęło?

– Od dojścia do władzy PiS-u sądy były miejscem dyskusji kuluarowych, nie wiadomo było, co może się wydarzyć w przyszłych miesiącach. Dyskusje te słabły i nasilały się naprzemiennie przez te 3 lata. Wraz z wystąpieniami zawodów budżetówki, a szczególnie mundurowych, zaczął kiełkować pomysł strajku – opowiedziała mi aktywna uczestniczka protestów, pracownica jednego z warszawskich sądów. Zastrzega przy tym anonimowość. Boi się represji – a te mają charakter indywidualny i wyszukany. Niepokornych znienacka przenosi się z wydziału do wydziału w ramach jednej placówki sądowej albo też okazuje się, że nieaktualne już są nieformalne ustalenia dotyczące między innymi godzin pracy. – W końcu wybraliśmy tę jedyną formę walki nam przysługującą, która byłaby w stanie zająć opinię publiczną i władzę. Strajk chorobowy dał mundurowym podwyżki około 1100 złotych brutto w przeciągu dwóch lat. My też walczymy o podwyżki podobnej wysokości.
17 grudnia założono Komitet Protestacyjny Pracowników Polskich Sądów, do którego należą KNSZZ „Ad Rem” z siedzibą we Wrocławiu, ZZ Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości z siedzibą w Warszawie, NZZ Pracowników Sądów Okręgu Piotrkowskiego z siedzibą w Piotrkowie. Wszystkie one należą do Forum Związków Zawodowych, które udzieliło poparcia całej inicjatywie oficjalnie trzy dni później Przed samymi świętami, pracowniczki (zawody, o których mowa, są niezwykle sfeminizowane, ponad 70-80 proc. osób je wykonujących to kobiety) protestowały w trakcie przerw w pracy (która ma miejsce około południa) lub szły na demonstracyjne L4.
– Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą – tłumaczy mi Justyna Przybylska, przewodnicząca KNSZZ „Ad Rem”. – Sądy zaczęły z powodu niskich zarobków świecić pustymi etatami, a to dokładało już zatrudnionym kolejnych obciążeń. Od niewykonanej pracy uginały się już nie tylko półki, ale i podłogi oraz parapety. Wtedy dyrektorzy obniżali nagrody (śmieszne kwoty nawet rzędu 200-250 zł, wypłacane dwa razy do roku), już za nieobecność w pracy od 5 dni. Pracownicy tyrali w nadgodzinach i przychodzili do pracy chorzy.
Strajk jest sieciowy, nie ma jednego centrum. Protesty miały miejsce m.in. w sądach w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Gorzowie Wielkopolskim, Lęborku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Międzyrzeczu, Olsztynie, Płocku, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Sulęcinie, Toruniu, Warszawie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Jest też całkowicie oddolny. Protestujący nikogo nie prosili o pomoc czy wstawiennictwo, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce.

Przybylska przekonuje, że pracownikami kierowała również obywatelska świadomość. Nikt lepiej niż oni nie rozumie, że przez złe zarządzanie sądami obywatele nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia procesów, które wloką się miesiącami. To budzi oburzenie – ale nie będzie inaczej, dopóki zarobki w sądach nie osiągną godnego pułapu.

 

Solidarność pracownicza, represje i opór

Czy postulaty zostaną spełnione? Najważniejszym czynnikiem nie będzie rząd, tylko to, czy pracownicy i pracowniczki budżetówki połączą siły. Czy tak bardzo różnorodne grupy zawodowe z sektora edukacji, sądownictwa, administracji czy też spółek i przedsiębiorstw państwowych, które są podzielone na dziesiątki związków zawodowych, będą zdolne do współpracy?
Widzieliśmy jej przykłady już wcześniej. Współdziałały związki zrzeszające stewardessy i pilotów LOT, Straż Graniczna demonstrowała wraz ze Służbą Więzienną i policją. W sądownictwie jest to też możliwe. Na stronie stowarzyszenia Iustitia, które stało się solą w oku rządu PiS, opublikowano deklarację: „Przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich (…) popierają postulaty płacowe wszystkich pracowników sądów powszechnych i administracyjnych, w tym asystentów sędziego – adekwatnie do ich wysokich kwalifikacji zawodowych”.
Do KNSZZ „Ad Rem” napływają, za pośrednictwem Facebooka, listy poparcia od innych związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Komitet Protestacyjny PPS od 18 grudnia prowadzi oficjalne rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy udało się uchronić strajkujących „chorobowo” przed represjami, w tym wypadku zabraniem nagród, i wywalczono 1000 złotych nagrody dla wszystkich pracowników. Utrzymano proponowane przez MS podwyżki w wysokości 200 złotych od 2018 roku. Wielu pracowników nie satysfakcjonuje jednak powyższe porozumienie. Protestują dalej.
Prócz wyrazów wsparcia pod zdjęciami relacjonującymi listowne negocjacje Komitetu Protestacyjnego PPS z Ministerstwem Sprawiedliwości możemy między innymi przeczytać :„Podwyżki?! Drobniaki…. I jakim kosztem?! Że Sędziowie będą tak od razu mieć zamrożone pieniądze na dojazdy!!! Oni, którzy nas najbardziej wspierają i którymi pomiata całe społeczeństwo!!!’ Super rozwiązanie!!!!” „Co robicie??? Wspieracie?? To chyba jakiś żart….Wybraliście świetny sposób na wspieranie – trzy podpisy….aż żal że wam długopisy z rąk nie powypadały”.
Niestety jest to również poletko do rozgrywki dla przedstawicieli rządu, nie wahających się szczuć na siebie związkowców i pracowników.
Dzień przed rozpoczęciem świątecznego okresu wypoczynkowego do niektórych organizacji pracowników sądownictwa dotarł list z Ministerstwa Sprawiedliwości. List ten, opublikowany między innymi na profilu facebookowym „Sędziowie łódzcy” został napisany w taki sposób, by móc z niego wywnioskować wszystko, w tym to, że ustalenia z 18 grudnia są nieważne. Nie dziwi więc potok gniewu wylany przez protestujących na ich przedstawicieli, w tym wypadku Komitet Protestacyjny PPS. Na szczęście po kilku dniach przedstawicielom związków zawodowych udało się uspokoić sytuację i wytłumaczyć, że jest to tylko tani blef rządu. List został usunięty z Facebooka, z pewnością po to, aby nie pogłębiać podziałów w środowisku.

 

Wspólna walka budżetówki

Bezpieczeństwo polityczne rządu wymaga, by demonstracje nie wymykały się spod kontroli. To dało policji argument nie do odparcia w walce o podwyżkę płac, które były śmiesznie niskie. „Psia grypa” zdała swój egzamin w październiku i listopadzie.
Teraz w ślady zwycięskich mundurowych i wciąż walczących pracowniczek sądów chce iść prezes ZNP Sławomir Broniarz, zaczynając grozić rządzącym strajkami w trakcie matur, które są ogólnospołecznym wydarzeniem i momentem przesilenia podczas każdego roku szkolnego. Sądy i prokuratury, niewydolne i przeładowane przez cały rok, nie muszą wybierać dokładnej daty, panują w nich notoryczne braki kadrowe i chaos. Jak opowiedziały mi uczestniczki strajku z Warszawy, na 10 sędziów przypada dwójka lub trójka asystentów. Nawet jeśli różne grupy zawodowe budżetówki nie współpracują ze sobą jeszcze instytucjonalnie, ich równoległe wystąpienia potęgują siłę przebicia wszystkich.

Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą.

Strajk w Deutsche Bahn

Kolejowi związkowcy, zlekceważeni przez zarząd w trakcie ubiegłotygodniowych negocjacji w sprawie podwyżek, wstrzymali ruch pociągów w całym kraju.

 

W poniedziałek rano Koleje Niemieckie na terenie całego kraju doświadczyły zapowiadanego wcześniej kilkugodzinnego strajku ostrzegawczego. Akcja zainicjowana przez Związek Zawodowy Pracowników Kolei i Transportu (EVG) zakończyła się już o 9.00, ale DB musiała całkowicie wstrzymać ruch pociągów dalekobieżnych w całych Niemczech a gdzieniegdzie też kursy kolei podmiejskich, więc skutki strajku będą odczuwane przez resztę dnia. Opóźnienia będą powszechne, część połączeń zostanie w ogóle odwołana. Najbardziej sparaliżowana została Bawaria i Nadrenia Północna-Westfalia.

Strajk jest efektem nieudanych pertraktacji płacowych między związkami a DB, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu w Hanowerze.

– Pracodawcy złożyli nam ofertę, która nie odpowiada żądaniom naszych członków – mówiła w piątek Regina Rusch-Ziemba, która z ramienia EVG negocjowała z kierownictwem DB.
Agencja prasowa ADP podała, że związki EVG i GDL żądały od zarządu podwyżek w wysokości 7,5 proc. dla w sumie 160 tys. pracowników. Szefostwo gotowe było przystać na wzrost płac wynoszący w sumie 5,1 proc. i rozciągnięty na 29 miesięcy: w pierwszym etapie miała ona wynieść 2,5 proc., potem 2,6 proc. Dla związków było to nie do przyjęcia, nastąpiła więc odmowa pracy. Jeżeli zarząd DB będzie nieustępliwy dojdzie do ponownego strajku, tym razem pełnowymiarowego.

Zarząd kolei musi się mierzyć nie tylko z wyzwaniami płacowymi ze strony samych pracowników. Już od długiego czasu Deutsche Bahn jest obiektem zmasowanej krytyki ze strony niemieckiej prasy i samych pasażerów. Wbrew stereotypowi o bezbłędnym funkcjonowaniu, Koleje Niemieckie od lat doświadczają niedofinansowania, które przekłada się na problemy infrastrukturalne.

Uwstecznieni

Obywatele i obywatelki Francji, zamiast do kościołów (a, zapomniałam – pozamykali je) co sobotę i niedzielę nadziewają na grzbiety żółte kamizelki i maszerują głównymi ulicami, bulwarami swych miast, głośno przy tym krzycząc.

 

Od czasu do czasu podpalają też jakiś stojący samochód, przez co stają się nie tyle „manifestantami, świadomymi swych praw”, co – jak to kiedyś w Polsce – „chuliganami”, których – rzecz jasna – trzeba traktować tak jak na to „chuligani” zasługują. Bić pałką, polewać wodą, kopać i ciągnąć za włosy…
Normalność.
Poczytałam sobie jednak 21 – nie, nie, więcej ich tam, tych postulatów było…
Na czoło wybijają się żądania:
– podwyższenia płacy minimalnej (wszak większość zarabia tylko tyle, ile ta płaca wynosi);
– regulacji czynszów mieszkaniowych;
– pracy „na stałe”, a nie na „śmieciówkach”.
Reszta to dekoracyjne drobiazgi w rodzaju „zmiany progów podatkowych”.
Trudno mi Francuzów zrozumieć. Bieruta u nich nie było, komuniści – owszem, byli, ale żeby tak obywatelom w głowach zdążyli namącić?
Regulowane czynsze? I „mossakowscy” mają jeść od tego chlebek z dżemikiem?
Pensje w górę? A dlaczego, skoro dookoła tylu imigrantów, których przymusi się do roboty za połowę dotychczasowej pensji minimalnej?
No i stałość-pewność zatrudnienia. Wszak w Europie, do której zmierzamy, każdy robotnik, pędzący na rowerze do roboty ze skibkami z pasztetówą, ma nie mieć pewności, czy danego poranka jaka robota mu jeszcze w ręce wpadnie i czy czasem reszty dnia nie doczeka za bramą, jak to drzewiej bywało.
Ręce opadają.
Zatem pora na reedukację. I wysyłkę: Korwina-Mikke, T. Lisa i kilku innych. No, i Lecha Wałęsy, który w obliczu podobnie nieroztropnych żądań, radził:
– Pałować!
Jak to każdy przywódca związkowy miał w zwyczaju czynić, gdy zapomniał – czcząc stan robotniczy szampanem i krewetkami – skąd mu nogi wyrastają.
Słowem: w 1989 roku Francuzi nauczali nas „wolnego rynku”, a dziś – jakby odwrotnie.
Polak to się jednak szybko uczy. I od głupot, w rodzaju „regulowania czynszów”, będzie się trzymać z daleka. Bo lubi swój „czynszyk” w wysokości pensji minimalnej, lubi swą pensję minimalną, i nadal chce każdego dnia „konkurować”,”konkurować” i jeszcze raz „konkurować”.
Np. z Ukraińcami w „Amazonie”.

Międzynarodowy strajk

Tysiące pracowników Google i jego filii Youtube przerwało wczoraj pracę i zgromadziło się przed budynkami firmy, by zaprotestować przeciw tolerowaniu agresji seksualnych w tym przedsiębiorstwie. Do manifestacji doszło w licznych siedzibach firmy – od Singapuru, poprzez Londyn, po Kalifornię, gdzie znajduje się siedziba światowa internetowego giganta.

 

Ten ruch społeczny, pierwszy o takiej skali w Google, zrodził się po zeszłotygodniowym artykule w New York Times, w którym gazeta doniosła, że firma tuszowała liczne nadużycia seksualne popełniane przez osoby z kierownictwa, w tym Andy’ego Rubina, twórcy Androida, który odszedł z firmy cztery lata temu z odprawą w wysokości 90 milionów dolarów.

Organizatorzy protestu wezwali 90 tys. pracowników Google na świecie do opuszczenia biur o godz. 11. Zaczęło się w Singapurze, potem strajk objął japońskie Tokio i Hyderabad w Indiach. W Europie porzucono pracę w Berlinie, szwajcarskim Zurychu, w Londynie i stolicy Irlandii Dublinie. W Nowym Jorku manifestowali głównie pracownicy poniżej 40 roku życia. W Mountain View w Kalifornii, amerykańskiej siedzibie koncernu, pracownicy zwani „googlersami” zebrali się między budynkami kampusu „Googleplex”. Dołączyli do nich pracownicy Youtube.

Po artykule w NYT Sundar Pichai wysłał pracownikom maile, w którym utrzymywał, że w ciągu dwóch ostatnich lat firma zwolniła 48 osób bez odpraw, w tym 13 wysokiego szczebla, z powodu ich skandalicznego zachowania wobec kobiet. Pichai przyznał, że „w łonie grupy Google narosła wściekłość i frustracja”.
Obiecał „konkretne działania”, które mają powstrzymać zjawisko molestowania i agresji seksualnych.

25 milionów na SOP

Rząd PiS miał ratować niepełnosprawne nienarodzone dzieci przed aborcją, oferując kobietom wsparcie finansowe w przypadku decyzji o urodzeniu chorego dziecka. Program „Za życiem” reklamowany był jako flagowa inicjatywa wspierająca (obok 500 plus) polskie rodziny. Ale okazało się, że są pilniejsze potrzeby, takie jak dodatki mieszkaniowe dla funkcjonariuszy rządowej ochrony.

 

Jak podaje „Fakt”, Ministerstwo Finansów oraz członkowie sejmowej Komisji Finansów (ci jednogłośnie) wyrazili poparcie dla rządowej propozycji relokacji 25 mln zł z rezerw budżetowych. W 2017 roku ówczesny szef MSWiA Mariusz Błaszczak zarzekał się, że funkcjonariusze SOP nie będą mieć aż takich przywilejów (prawo do dodatku dostają ci, którzy nie załapali się na mieszkanie służbowe w mieście, w którym pełnią swoje obowiązki), jednak Joachim Brudziński postanowił, że będzie inaczej.

– Takie „dziadostwo” było przez lata, my z tym kończymy – miał mówić Błaszczak o ekwiwalentach dla funkcjonariuszy. Teraz jednak, jak podają media, po nowelizacji Brudzińskiego w połowie 2018 rząd powinien wypłacać dodatki zarówno byłym BOR-owcom, jak i nowej służbie. Na razie w drugiej połowie roku otrzymał go jeden pracownik BOR: dostał 260 tys. zł.

– Na wypłatę ekwiwalentu czeka jeszcze 160 byłych funkcjonariuszy i emerytów – powiedziała w rozmowie z „Faktem” rzeczniczka SOP mł. chor. Anna Gdula-Bomba. Nic dziwnego, że rządzący szukają pieniędzy na pozostałe wypłaty. Z rezerwy przeznaczonej na „Za życiem” skorzystano ponoć dlatego, że i tak nie zostałaby wykorzystana.

Ciekawe, co na to protestujący od lipca funkcjonariusze policji, którzy nie mogą pogodzić się z faktem, że ministerstwo inwestuje w SOP ogromne ilości pieniędzy, podczas kiedy bez ich prywatnych telefonów komórkowych komunikacja w policji praktycznie przestałaby istnieć.

Przed 1 listopada strajk policjantów wszedł na poziom masowych zwolnień lekarskich. W nocy z 2 na 3 listopada w niektórych miastach w ogóle nie pojawiły się na ulicach patrole.

LOT mięknie

Do późnych godzin nocnych trwały z piątku na sobotę rozmowy między strajkującymi pracownikami PLL LOT a przedstawicielem zarządu Bartoszem Piechotą. Ze strony kierownictwa spółki padły ważne deklaracje: Monika Żelazik wróci do pracy, podobnie jak 67 osób, które zwolniono dyscyplinarne za udział w strajku. W poniedziałek negocjacje mają być kontynuowane. Protestujący jeszcze nie ogłaszają zwycięstwa – chcą, by deklaracje zarządu zostały potwierdzone odpowiednimi dokumentami i nadal domagają się powrotu do regulaminu wynagradzania z 2010 r.

 

Podczas solidarnościowego zgromadzenia, jakie odbyło się dziś o 11 przed biurowcem LOT, liderzy związków, które organizowały strajk – Monika Żelazik, Agnieszka Szelągowska i Adam Rzeszot dziękowali swoim koleżankom i kolegom za odwagę, zaangażowanie i wytrwałość.
Raz jeszcze przypomnieli, w jak trudnych warunkach toczył się protest – strajkujących nie złamała ani konieczność gromadzenia się na wolnym powietrzu, bo z budynku firmy wyrzucono ich już drugiego dnia, ani brak dostępu do toalet, ani deszcz i chłód. Ogłosili również, że strajk został zawieszony, ale nie zakończony.
– Wiemy, jaką jesteśmy załogą, wiemy, że możemy na siebie liczyć – powiedziała dziennikarzom Monika Żelazik, przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, która wiosną została niezgodnie z prawem zwolniona z pracy w LOT i o której powrót walczyli strajkujący. – Dajemy nowej osobie, która się pojawiła, przedstawicielowi zarządu prowadzącemu dialog społeczny, czas na zapoznanie się ze wszystkimi dokumentami sporu. Trudno wymagać, żeby ktoś, kto pojawił się wczoraj, otworzył nową kartę, nie mają podstawowych danych – związkowczyni podkreślała, że zawieszenie strajku jest gestem dobrej woli pod adresem kierownictwa PLL LOT. Zaznaczyła przy tym, że ani ona, ani inni pracownicy nie wyobrażają sobie dalszej pracy pod kierownictwem prezesa Rafała Milczarskiego.
Bartosz Piechota, negocjujący ze związkami w imieniu zarządu, zadeklarował, że pracodawca ma wolę przywrócić do pracy Monikę Żelazik, a także 67 pracowników, którzy otrzymali w trakcie protestu zwolnienia dyscyplinarne „za udział w nielegalnym strajku”. Delegat zarządu obiecał także, że spółka wycofa roszczenia pod adresem strajkujących – przypomnijmy, piloci, którzy nie wykonali przewidzianych lotów, otrzymali kilka dni temu wezwania do zapłaty na kwoty w granicach 200-600 tys. złotych.
– Dotąd nikt nie podpisał przywrócenia do pracy, te dokumenty nie są gotowe. Mój dokument jest przygotowany, ale ja wzruszam ramionami. Ludzie są najważniejsi – zaznaczyła Monika Żelazik. Rozmowy mają być kontynuowane w poniedziałek od ósmej rano. O czternastej będzie jasne, czy zarząd naprawdę ma dla strajkujących propozycję, która wychodzi naprzeciw ich postulatom. Jeśli nie – protest zostanie wznowiony. – Nie wypowiadałbym się w tonie hurraoptymistycznym, dopóki nie ma wiążących podpisów i decyzji – nic nie jest przesądzone – podkreślił w rozmowie ze Strajkiem.eu Piotr Szumlewicz, przewodniczący OPZZ Mazowsze od początku zaangażowany w sprawę pracowników LOT. – Częścią poniedziałkowych rozmów będzie rozmowa o warunkach pracy, a podstawą sporu pozostaje przywrócenie regulaminu wynagrodzeń z 2010 r. Załoga czeka na propozycje także w tym sprawach – stwierdził działacz.
Szumlewicz nie miał wątpliwości, że zarząd nie tyle wykazał dobrą wolę, co przestraszył się zdeterminowanych w walce pracowników. Zwątpił również rząd, widząc, co dzieje się w państwowej spółce. – Myślę, że rząd zaczął się bać. Straty finansowe i wizerunkowe są potworne, cała Polska mówi o fatalnym zarządzaniu LOT-em przez pana Milczarskiego – powiedział związkowiec Strajkowi.eu. – Nie tylko są odwoływane loty, ale i ludzie nie chcą latać LOT-em. Pan Milczarski już teraz jest odsunięty od wszelkich strategicznych decyzji, liczymy na to, że w poniedziałek zostanie zdymisjonowany i że rząd szuka nowego kandydata.
Lider OPZZ Jan Guz akcentował, że centrala związkowa zachowuje solidarność z personelem LOT i że ich walka to w istocie upomnienie się o godność wszystkich pracowników w Polsce.
W odpowiedzi na pytanie Strajku.eu Monika Żelazik podkreśliła również, że związkowcy będą kontynuowali walkę przeciwko zatrudnianiu pilotów i stewardess na innych zasadach, niż umowa o pracę. – My tego nie odpuścimy, to tylko kwestia czasu. Na pokładzie samolotu śmieciówek nie będzie – oznajmiła.

Finowie strajkują

W poniedziałek 22 października rozpoczął się dwudniowy strajk przeciwko planom rządu w Helsinkach, który zamierza ograniczyć ochronę przed zwolnieniem pracowników małych przedsiębiorstw.

 

Strajk zorganizował go największy krajowy związek zawodowy JHL – zrzeszający pracowników z branży usług publicznych i socjalnych. Bierze w nim udział około 10 tysięcy osób. To sprzątacze i sprzątaczki, pracownicy cateringu, zarządcy budynków, personel domów kultury i ośrodków sportu, domów spokojnej starości, bibliotek. W poniedziałek, wtorek i środę zamiast do pracy, przychodzili protestować pod budynek parlamentu. W niektórych szkołach oraz przedszkolach w większych miastach poproszono m.in. rodziców uczniów, aby przygotowali im posiłki samodzielnie, ponieważ firmy cateringowe nie będą ich wydawać, a ekipy sprzątające nie podejmą pracy.

Rząd Finlandii wpadł na pomysł, aby walczyć z bezrobociem poprzez zwiększanie zatrudnienia w małych firmach (w sierpniu 2018 stopa bezrobocia w Finlandii wynosiła 6,8 proc., a w 2017 – 7,5 proc.). W tym celu postanowiono właścicielom małych przedsiębiorstw (zatrudniających do 10 osób) dać do ręki nowe narzędzie: w przypadku, kiedy właściciel firmy uzna, że pracownik zaniedbuje obowiązki i może się to przekładać na działalność całego przedsiębiorstwa – droga od upomnienia do zwolnienia będzie bardzo szybka i prosta.

Pierwsza, wrześniowa wersja nowych regulacji dotyczyła przedsiębiorstw do 20 osób, ale ponieważ przez cały miesiąc w większych miastach związkowcy z JHL konsekwentnie protestowali – zmieniono zapis – teraz mowa jest o 10 zatrudnionych. Rząd nie zmienił jednak zdania co do meritum: uważa, że zwiększona ochrona przed zwolnieniem stanowiła do tej pory dla pracodawców blokadę przed zatrudnianiem nowych pracowników w obawie, że „już się ich nie pozbędą’.

Premier Juha Sipila był pewien, że strajki skończą się, kiedy jego rząd otrzyma wotum zaufania. Nastąpiło to 17 października, ale strajki nie ustały, przeciwnie, zamierza się do nich włączyć kolejny duży związek – tym razem zrzeszający pracowników branży przemysłowej – Teollisuusliitto. Pod jego skrzydłami gotowych jest strajkować 7 tys. osób. Oni swoją akcję przeprowadzą po zakończeniu strajku JHL czyli od czwartku do soboty.

– Strajki mogą stać się codziennością w rozstrzyganiu sporów pracowniczych. To może być nowa norma rozwiązywania sporów. Nie jestem pewny, czy jest to dobre dla Finlandii i dla spokoju społecznego – powiedział przewodniczący związku przemysłowego Riku Aalto.