Międzynarodowy strajk

Tysiące pracowników Google i jego filii Youtube przerwało wczoraj pracę i zgromadziło się przed budynkami firmy, by zaprotestować przeciw tolerowaniu agresji seksualnych w tym przedsiębiorstwie. Do manifestacji doszło w licznych siedzibach firmy – od Singapuru, poprzez Londyn, po Kalifornię, gdzie znajduje się siedziba światowa internetowego giganta.

 

Ten ruch społeczny, pierwszy o takiej skali w Google, zrodził się po zeszłotygodniowym artykule w New York Times, w którym gazeta doniosła, że firma tuszowała liczne nadużycia seksualne popełniane przez osoby z kierownictwa, w tym Andy’ego Rubina, twórcy Androida, który odszedł z firmy cztery lata temu z odprawą w wysokości 90 milionów dolarów.

Organizatorzy protestu wezwali 90 tys. pracowników Google na świecie do opuszczenia biur o godz. 11. Zaczęło się w Singapurze, potem strajk objął japońskie Tokio i Hyderabad w Indiach. W Europie porzucono pracę w Berlinie, szwajcarskim Zurychu, w Londynie i stolicy Irlandii Dublinie. W Nowym Jorku manifestowali głównie pracownicy poniżej 40 roku życia. W Mountain View w Kalifornii, amerykańskiej siedzibie koncernu, pracownicy zwani „googlersami” zebrali się między budynkami kampusu „Googleplex”. Dołączyli do nich pracownicy Youtube.

Po artykule w NYT Sundar Pichai wysłał pracownikom maile, w którym utrzymywał, że w ciągu dwóch ostatnich lat firma zwolniła 48 osób bez odpraw, w tym 13 wysokiego szczebla, z powodu ich skandalicznego zachowania wobec kobiet. Pichai przyznał, że „w łonie grupy Google narosła wściekłość i frustracja”.
Obiecał „konkretne działania”, które mają powstrzymać zjawisko molestowania i agresji seksualnych.

25 milionów na SOP

Rząd PiS miał ratować niepełnosprawne nienarodzone dzieci przed aborcją, oferując kobietom wsparcie finansowe w przypadku decyzji o urodzeniu chorego dziecka. Program „Za życiem” reklamowany był jako flagowa inicjatywa wspierająca (obok 500 plus) polskie rodziny. Ale okazało się, że są pilniejsze potrzeby, takie jak dodatki mieszkaniowe dla funkcjonariuszy rządowej ochrony.

 

Jak podaje „Fakt”, Ministerstwo Finansów oraz członkowie sejmowej Komisji Finansów (ci jednogłośnie) wyrazili poparcie dla rządowej propozycji relokacji 25 mln zł z rezerw budżetowych. W 2017 roku ówczesny szef MSWiA Mariusz Błaszczak zarzekał się, że funkcjonariusze SOP nie będą mieć aż takich przywilejów (prawo do dodatku dostają ci, którzy nie załapali się na mieszkanie służbowe w mieście, w którym pełnią swoje obowiązki), jednak Joachim Brudziński postanowił, że będzie inaczej.

– Takie „dziadostwo” było przez lata, my z tym kończymy – miał mówić Błaszczak o ekwiwalentach dla funkcjonariuszy. Teraz jednak, jak podają media, po nowelizacji Brudzińskiego w połowie 2018 rząd powinien wypłacać dodatki zarówno byłym BOR-owcom, jak i nowej służbie. Na razie w drugiej połowie roku otrzymał go jeden pracownik BOR: dostał 260 tys. zł.

– Na wypłatę ekwiwalentu czeka jeszcze 160 byłych funkcjonariuszy i emerytów – powiedziała w rozmowie z „Faktem” rzeczniczka SOP mł. chor. Anna Gdula-Bomba. Nic dziwnego, że rządzący szukają pieniędzy na pozostałe wypłaty. Z rezerwy przeznaczonej na „Za życiem” skorzystano ponoć dlatego, że i tak nie zostałaby wykorzystana.

Ciekawe, co na to protestujący od lipca funkcjonariusze policji, którzy nie mogą pogodzić się z faktem, że ministerstwo inwestuje w SOP ogromne ilości pieniędzy, podczas kiedy bez ich prywatnych telefonów komórkowych komunikacja w policji praktycznie przestałaby istnieć.

Przed 1 listopada strajk policjantów wszedł na poziom masowych zwolnień lekarskich. W nocy z 2 na 3 listopada w niektórych miastach w ogóle nie pojawiły się na ulicach patrole.

LOT mięknie

Do późnych godzin nocnych trwały z piątku na sobotę rozmowy między strajkującymi pracownikami PLL LOT a przedstawicielem zarządu Bartoszem Piechotą. Ze strony kierownictwa spółki padły ważne deklaracje: Monika Żelazik wróci do pracy, podobnie jak 67 osób, które zwolniono dyscyplinarne za udział w strajku. W poniedziałek negocjacje mają być kontynuowane. Protestujący jeszcze nie ogłaszają zwycięstwa – chcą, by deklaracje zarządu zostały potwierdzone odpowiednimi dokumentami i nadal domagają się powrotu do regulaminu wynagradzania z 2010 r.

 

Podczas solidarnościowego zgromadzenia, jakie odbyło się dziś o 11 przed biurowcem LOT, liderzy związków, które organizowały strajk – Monika Żelazik, Agnieszka Szelągowska i Adam Rzeszot dziękowali swoim koleżankom i kolegom za odwagę, zaangażowanie i wytrwałość.
Raz jeszcze przypomnieli, w jak trudnych warunkach toczył się protest – strajkujących nie złamała ani konieczność gromadzenia się na wolnym powietrzu, bo z budynku firmy wyrzucono ich już drugiego dnia, ani brak dostępu do toalet, ani deszcz i chłód. Ogłosili również, że strajk został zawieszony, ale nie zakończony.
– Wiemy, jaką jesteśmy załogą, wiemy, że możemy na siebie liczyć – powiedziała dziennikarzom Monika Żelazik, przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, która wiosną została niezgodnie z prawem zwolniona z pracy w LOT i o której powrót walczyli strajkujący. – Dajemy nowej osobie, która się pojawiła, przedstawicielowi zarządu prowadzącemu dialog społeczny, czas na zapoznanie się ze wszystkimi dokumentami sporu. Trudno wymagać, żeby ktoś, kto pojawił się wczoraj, otworzył nową kartę, nie mają podstawowych danych – związkowczyni podkreślała, że zawieszenie strajku jest gestem dobrej woli pod adresem kierownictwa PLL LOT. Zaznaczyła przy tym, że ani ona, ani inni pracownicy nie wyobrażają sobie dalszej pracy pod kierownictwem prezesa Rafała Milczarskiego.
Bartosz Piechota, negocjujący ze związkami w imieniu zarządu, zadeklarował, że pracodawca ma wolę przywrócić do pracy Monikę Żelazik, a także 67 pracowników, którzy otrzymali w trakcie protestu zwolnienia dyscyplinarne „za udział w nielegalnym strajku”. Delegat zarządu obiecał także, że spółka wycofa roszczenia pod adresem strajkujących – przypomnijmy, piloci, którzy nie wykonali przewidzianych lotów, otrzymali kilka dni temu wezwania do zapłaty na kwoty w granicach 200-600 tys. złotych.
– Dotąd nikt nie podpisał przywrócenia do pracy, te dokumenty nie są gotowe. Mój dokument jest przygotowany, ale ja wzruszam ramionami. Ludzie są najważniejsi – zaznaczyła Monika Żelazik. Rozmowy mają być kontynuowane w poniedziałek od ósmej rano. O czternastej będzie jasne, czy zarząd naprawdę ma dla strajkujących propozycję, która wychodzi naprzeciw ich postulatom. Jeśli nie – protest zostanie wznowiony. – Nie wypowiadałbym się w tonie hurraoptymistycznym, dopóki nie ma wiążących podpisów i decyzji – nic nie jest przesądzone – podkreślił w rozmowie ze Strajkiem.eu Piotr Szumlewicz, przewodniczący OPZZ Mazowsze od początku zaangażowany w sprawę pracowników LOT. – Częścią poniedziałkowych rozmów będzie rozmowa o warunkach pracy, a podstawą sporu pozostaje przywrócenie regulaminu wynagrodzeń z 2010 r. Załoga czeka na propozycje także w tym sprawach – stwierdził działacz.
Szumlewicz nie miał wątpliwości, że zarząd nie tyle wykazał dobrą wolę, co przestraszył się zdeterminowanych w walce pracowników. Zwątpił również rząd, widząc, co dzieje się w państwowej spółce. – Myślę, że rząd zaczął się bać. Straty finansowe i wizerunkowe są potworne, cała Polska mówi o fatalnym zarządzaniu LOT-em przez pana Milczarskiego – powiedział związkowiec Strajkowi.eu. – Nie tylko są odwoływane loty, ale i ludzie nie chcą latać LOT-em. Pan Milczarski już teraz jest odsunięty od wszelkich strategicznych decyzji, liczymy na to, że w poniedziałek zostanie zdymisjonowany i że rząd szuka nowego kandydata.
Lider OPZZ Jan Guz akcentował, że centrala związkowa zachowuje solidarność z personelem LOT i że ich walka to w istocie upomnienie się o godność wszystkich pracowników w Polsce.
W odpowiedzi na pytanie Strajku.eu Monika Żelazik podkreśliła również, że związkowcy będą kontynuowali walkę przeciwko zatrudnianiu pilotów i stewardess na innych zasadach, niż umowa o pracę. – My tego nie odpuścimy, to tylko kwestia czasu. Na pokładzie samolotu śmieciówek nie będzie – oznajmiła.

Finowie strajkują

W poniedziałek 22 października rozpoczął się dwudniowy strajk przeciwko planom rządu w Helsinkach, który zamierza ograniczyć ochronę przed zwolnieniem pracowników małych przedsiębiorstw.

 

Strajk zorganizował go największy krajowy związek zawodowy JHL – zrzeszający pracowników z branży usług publicznych i socjalnych. Bierze w nim udział około 10 tysięcy osób. To sprzątacze i sprzątaczki, pracownicy cateringu, zarządcy budynków, personel domów kultury i ośrodków sportu, domów spokojnej starości, bibliotek. W poniedziałek, wtorek i środę zamiast do pracy, przychodzili protestować pod budynek parlamentu. W niektórych szkołach oraz przedszkolach w większych miastach poproszono m.in. rodziców uczniów, aby przygotowali im posiłki samodzielnie, ponieważ firmy cateringowe nie będą ich wydawać, a ekipy sprzątające nie podejmą pracy.

Rząd Finlandii wpadł na pomysł, aby walczyć z bezrobociem poprzez zwiększanie zatrudnienia w małych firmach (w sierpniu 2018 stopa bezrobocia w Finlandii wynosiła 6,8 proc., a w 2017 – 7,5 proc.). W tym celu postanowiono właścicielom małych przedsiębiorstw (zatrudniających do 10 osób) dać do ręki nowe narzędzie: w przypadku, kiedy właściciel firmy uzna, że pracownik zaniedbuje obowiązki i może się to przekładać na działalność całego przedsiębiorstwa – droga od upomnienia do zwolnienia będzie bardzo szybka i prosta.

Pierwsza, wrześniowa wersja nowych regulacji dotyczyła przedsiębiorstw do 20 osób, ale ponieważ przez cały miesiąc w większych miastach związkowcy z JHL konsekwentnie protestowali – zmieniono zapis – teraz mowa jest o 10 zatrudnionych. Rząd nie zmienił jednak zdania co do meritum: uważa, że zwiększona ochrona przed zwolnieniem stanowiła do tej pory dla pracodawców blokadę przed zatrudnianiem nowych pracowników w obawie, że „już się ich nie pozbędą’.

Premier Juha Sipila był pewien, że strajki skończą się, kiedy jego rząd otrzyma wotum zaufania. Nastąpiło to 17 października, ale strajki nie ustały, przeciwnie, zamierza się do nich włączyć kolejny duży związek – tym razem zrzeszający pracowników branży przemysłowej – Teollisuusliitto. Pod jego skrzydłami gotowych jest strajkować 7 tys. osób. Oni swoją akcję przeprowadzą po zakończeniu strajku JHL czyli od czwartku do soboty.

– Strajki mogą stać się codziennością w rozstrzyganiu sporów pracowniczych. To może być nowa norma rozwiązywania sporów. Nie jestem pewny, czy jest to dobre dla Finlandii i dla spokoju społecznego – powiedział przewodniczący związku przemysłowego Riku Aalto.

LOT ku bezprawiu

Jeżeli ktokolwiek twierdził, że Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło dobrą zmianę na polskim rynku pracy, to sytuacja w Polskich Liniach Lotniczych LOT powinna radykalnie zmienić to przekonanie.

 

PLL LOT to spółka skarbu państwa bezpośrednio podległa premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Tymczasem odkąd PiS przejął władzę, to nie tylko nie nastąpiła poprawa warunków pracy u narodowego przewoźnika, ale doszło do ich radykalnego regresu. Rządzący spółką od ponad dwóch lat Rafał Milczarski na masową skalę łamie prawo pracy i prowadzi brutalną wojnę ze związkami zawodowymi.
Zarząd spółki za jeden ze swoich głównych celów przyjął przerzucenie możliwie dużej liczby pracowników na samozatrudnienie, choć stewardessy i piloci, którym narzucono założenie własnych firm, mają dokładnie takie same obowiązki jak ci, którzy posiadają umowy etatowe. Zatrudniając w ten sposób, firma wprost łamie Kodeks pracy, który narzuca obowiązek zatrudnienia etatowego, gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz podległość służbowa. Na dodatek pracownicy na samozatrudnieniu są rejestrowani przez spółkę córkę PLL LOT – LOT Crew, która zdaniem Państwowej Inspekcji Pracy jest niezarejestrowaną agencją zatrudnienia. W praktyce to oznacza, że LOT Crew funkcjonuje nielegalnie.
Prezes od wielu miesięcy mobbinguje działaczy związkowych, a na dodatek zwolnił dyscyplinarnie liderkę Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, Monikę Żelazik. W ten sposób złamał przepisy ustawy o związkach zawodowych, która narzuca obowiązek uzyskania zgody przez organizację związkową na zwolnienie chronionej liderki. Prezes tej zgody nie dostał, ale liderkę zwolnił. PIP orzekł, że prawo zostało złamane, nałożył na firmę mandat – prezes mandatu odmówił, a prawo wyśmiał.
Milczarski od niedawna wydaje duże pieniądze na pozwy przeciwko związkowcom. Za krytykę działań PLL LOT firma podała mnie do sądu, chcąc 200 tys. zł rekompensaty. Za groźby strajkiem w kwietniu bieżącego roku spółka oczekuje od związków zawodowych prawie 1,8 mln zł. Zastraszanie ma więc też swój bardzo materialny wymiar, a koszty procesów poniesie oczywiście firma, a nie jej prezes.
Skala represyjnych działań ze strony prezesa firmy i determinacja pracowników były tak silne, że związkowcy zdecydowali się na rozpoczęcie akcji strajkowej. Kilka tygodni wcześniej zarządowi udało się zablokować strajk w oparciu o postulowane przez związki przywrócenie regulaminu wynagrodzeń, więc ruszył legalny strajk w obronie zwolnionej Moniki Żelazik. Niestety okazało się, że była to okazja do kolejnej fali bezprawnych, a niekiedy po prostu okrutnych działań ze strony zarządu.
Dzień po rozpoczęciu strajku zarząd firmy wyrzucił protestujących z budynku PLL LOT, zablokował możliwość korzystania z toalet, zakazał używania płacht chroniących przed deszczem. Nie wydano też zgody na stosowanie koksowników, które chroniłyby pracowników przed zimnem.
Spółka podjęła też szereg bezprawnych działań, chcąc spacyfikować strajk. Zarząd naciska na pracowników, aby wbrew prawu, skracali zwolnienia lekarskie. Jednocześnie w kilku przypadkach firma wysłała do pracy pracowników bez obowiązkowych strojów służbowych czy pozbawionych części uprawnień do lotów. W wyniku permanentnych gróźb ze strony prezesa, w kilku przypadkach dla uczestników strajku była potrzebna pomoc lekarza, a raz musiała przyjechać karetka.
Wreszcie, prezes firmy zaprosił liderów związkowych na negocjacje. Jak one wyglądały? Okazało się, że prezes Milczarski zaprosił związkowców tylko po to, aby wręczyć im zwolnienia dyscyplinarne, co jest niezgodne z ustawą o związkach zawodowych, która zakłada, że chroniony lider związkowy może być zwolniony tylko po uprzedniej zgodzie swojej organizacji związkowej. Mimo to prezes Milczarski chciał wręczyć zwolnienia, a gdy liderzy związkowi nie chcieli ich przyjąć, zaczął szarpać przewodniczącego Związku Zawodowego Pilotów Komunikacyjnych, Adama Rzeszota i nie chciał wypuścić go z budynku. W tym samym czasie na skrzynki mailowe szeregowi związkowcy dostawali zwolnienia dyscyplinarne, również bez zachowania procedur i przy złamaniu ustawy o związkach zawodowych.
Od 4 września bieżącego roku Kancelaria Premiera i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego mają stenogram z wypowiedzi Rzeszota, który wskazywał na spadek bezpieczeństwa samolotów PLL LOT. Do dzisiaj ABW nie odniosła się do zarzutów związkowca, a zarząd firmy brutalnie naciskał na niego, aby wycofał się ze swoich wypowiedzi. Gdy tego nie zrobił, otrzymał naganę.
Bezprawie w PLL LOT trwa. Premier już wielokrotnie otrzymywał apele i listy od związkowców, aby przywrócił praworządność w państwowej firmie. Bez skutku.

Na dywaniku

Prezes LOT Rafał Milczarski prawdopodobnie cofnie cześć decyzji o zwolnieniu dyscyplinarnym z pracy uczestników strajku. Protest trwa nadal, a jego skutki są coraz bardziej bolesne dla spółki.

 

Wygląda na to, że Milczarski został postawiony do pionu przez premiera, który obawiał się wizerunkowego uszczerbku w związku z bezprawnym zwolnieniem pracowników LOT, którzy od sześciu dni prowadzą akcję strajkową. Wczoraj pojawiła się informacja o wręczeniu pracownikom dyscyplinarek, co wykonywał osobiście prezes LOT. Jak donosi Piotr Szumlewicz z OPZZ, podczas doręczenia zwolnienia szefowi związku zawodowego pilotów, Adamowi Rzeszotowi, Milczarski przy okazji szarpał ubranie związkowca.
Efektem rozmowy Morawiecki-Milczarski ma być przywrócenie do pracy części z 80 zwolnionych wczoraj związkowców. Dziś w rozmowie z radiową Trójką Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, stwierdził, iż „usłyszał, że te rozmowy, które są prowadzone, mają na celu rozładowanie napięcia i prezes nie wyklucza powrotu części z tych osób do pracy”.
O tym, że Morawiecki zajmuje się sprawą, mówiła również rzeczniczka rządu. – Premier rządu polskiego czuje na sobie zawsze odpowiedzialność za cały obszar, ale proszę dać szansę tym, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za dany obszar, aby ze swoich obowiązków się wywiązali. Jeżeli zapadną jakiekolwiek decyzje, co do zaangażowania bezpośredniego pana premiera, przekaże państwu te informacje – powiedziała Joanna Kopcińska. Z tej wypowiedzi można wywnioskować, że Milczarski dostał odpowiednią dyspozycje, do której ma się zastosować.
Przypomnijmy, że 22 października w PLL LOT doszło do sytuacji bez precedensu. Zarząd spółki zwolnił uczestników strajku, próbując w ten sposób zdławić bunt. „Nie mieliśmy innego wyjścia – zwolniliśmy dziś dyscyplinarnie ze skutkiem natychmiastowym 67 osób, które oświadczyły, że odmawiają wykonania obowiązków służbowych w związku z przyłączeniem się do nielegalnego strajku. Odbyło się to w trybie prawnym umożliwiającym zrobienie tego bez konieczności konsultacji ze Związkami Zawodowymi” – oświadczyła spółka.
Związkowcy domagają się ukrócenia procederu umów śmieciowych, a także przywrócenia regulaminu wynagradzania z 2010 roku, jak również odwołania prezesa firmy Rafała Milczarskiego, który zdaniem związkowców źle zarządza spółką, stosuje mobbing i toleruje niesprawiedliwą politykę zatrudniania.
Zarząd LOT postępuje nerwowo, bo strajk odnosi coraz bardziej odczuwalny skutek. Tylko dziś LOT odwołał 17 przylotów do Warszawy – między innymi z Hamburga, Berlina, Moskwy, Paryża, Chicago, Tokio czy Seulu.

 

***

Zarząd spółki sięga po drastyczne metody. Poza zastraszaniem i naciskami 22 października wręczył strajkującym zwolnienia dyscyplinarne.
– Międzyzwiązkowy komitet strajkowy został zaproszony przez prezesa na rozmowy w celu rozwiązania obecnej sytuacji na 11.30, przyszedł prawie cały zarząd negocjować z nami. Naszym pierwszym warunkiem przed przystąpieniem do rozmów było żądanie, by prezes wszystkich strajkujących wpuścił do budynku. Nie odniósł się do tego, a po kilku minutach przyszły do nas nasze koleżanki i koledzy, by poinformować nas, że zostały im wysłane zwolnienia dyscyplinarne na maila. A później się okazało, że takie zwolnienia zostały przygotowane również dla mnie i dla kapitana Adama Rzeszota. Uważamy, że to były negocjacje w złej wierze i że to jest wszystko bezprawne. Ten prezes musi po prostu odejść. – powiedziała Strajkowi.eu wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i. Lotniczego Agnieszka Szelągowska.
Strajkujący alarmują, że łatając braki kadrowe zarząd LOT sięga po ludzi niedoświadczonych, bez odpowiedniego przeszkolenia, stwarzając tym samym zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów.
Dziś, jak podaje „Gazeta Wyborcza” na pokład samolotu lecącego do Toronto, weszli inspektorzy Urzędu Lotnictwa Cywilnego i zakwestionowali uprawnienia trzech członków załogi, po interwencji PLL LOT jednak swoje zastrzeżenia cofnęli. Sprawa wymaga pilnego wyjaśnienia.
Zarząd LOT stosuje zasadę kija i marchewki ogłaszając dzisiaj, że podpisał porozumienie płacowe ze związkami, które nie biorą udziału w strajku: Związkiem Zawodowym Pracowników PLL LOT i Związkiem Zawodowym NSZZ „Solidarność”. Ściągani są pracownicy przebywający na zwolnieniach lekarskich, zastrasza się pracowników na samozatrudnieniu i zmusza do wykonywania pracy.
Sytuacją w LOT zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Maciej Wiśniowski

Relacja z pola bitwy

Sobota, 20 października: upływa 3. dzień strajku pracowników LOT  o swoje permanentnie naruszane prawa. Mimo bezpardonowego sprzeciwu i brutalnych metod stosowanych przez władze LOT, determinacja strajkujących nie maleje. Byłem tam, chłonąłem ducha walki.

 

Przed biurowcem LOT stało około 70 osób. Protest wygląda na dobrze zorganizowany. Jest jedzenie, ciepłe napoje, stoły z przekąskami. Humory strajkującym dopisują, zresztą w proteście uczestniczą całymi rodzinami. Na transparentach stojących obok miejsca demonstracji możemy przeczytać: „Prawo do strajku prawem konstytucyjnym” i różnymi czcionkami samo słowo „strajk”.
Jak na razie zarząd robi dobrą minę do złej gry, zapewniając media, że strajkujący to zaledwie drobna część pracujących w spółce i żadne loty nie zostały odwołane. Zarząd zakazał protestującym wchodzenia do biurowca LOT i m.in. korzystania z toalet. Zakazano także rozkładania ochrony przed zimnym deszczem na placyku przed biurowcem.
Według strajkujących niezagrożony grafik połączeń to nieprawda. Dziś przed południem odwołano 4 loty. Kapitanowie Dreamlinerów przystąpią do strajku w najbliższych dniach. Według strajkujących, zarząd, by uniknąć odwoływania kolejnych lotów, ucieka się do łamania przepisów, poprzez zastępowanie np. szefowych pokładu pracownicami, które nie maja do tego niezbędnych kwalifikacji i szkoleń. Albo kierując do pracy ludzi bez umundurowania, co jest poważnym naruszeniem obowiązujących w europejskim i światowym lotnictwie przepisów, jak to miało miejsce podczas szkolenia dla młodszych stewardess. Inspektora w trybie nagłym wezwano do pracy. Strajkujący są w posiadaniu dowodów na naruszenie przepisów bezpieczeństwa. Obiecują, że zgłoszą to do odpowiednich władz.
Część ludzi, którzy zastępują strajkujących pod naciskiem zarządu, zgadza się na to po prostu ze strachu przed utratą pracy.
Na pytanie, jakie będą ostateczne efekty strajku, protestujący nie maja wątpliwości: zarząd LOT-u musi ustąpić. Już w tej chwili wynajmuje pilotów, załogi i samoloty z innych linii, co ma kosztować miliony złotych. Te same miliony, podkreślają, których nie chce zapłacić protestującym. Jednocześnie mówią, że nie widzą najmniejszej nawet woli porozumienia ze strony władz spółki. Skłaniają się ku poglądowi, by dalsze rozmowy, przy takiej postawie prezesa, toczyć z przedstawicielem właściciela czyli państwa: ministrem lub premierem Morawieckim.

LOT strajkuje

18 października o godz. 5:00 rozpoczął się strajk personelu pokładowego oraz pilotów pracujących dla PLL LOT S.A. Jego skutki będą odczuwalne w ciągu najbliższych dni.  Na razie przewoźnikowi udaje się kompletować załogi złożone z osób, które nie mogą uczestniczyć w strajku, gdyż są zatrudnione na umowach śmieciowych.

 

Ten strajk jest demokratycznym wyrazem niezgody na degradacje standardów zatrudnienia, brak szacunku dla pracowników i represje wobec działaczy związkowych. Ale niewiele brakowało, by do niego nie doszło. Sąd Okręgowy w Warszawie dwukrotnie uznawał za zasadny wniosek o zabezpieczenie powództwa, czyli de facto zakaz przeprowadzenia akcji strajkowej złożony przez zarząd firmy. Ostatecznie, w środę Sad Apelacyjny uchylił wyrok niższej instancji i związkowcy mogli rozpocząć strajk.
Mimo to niech zarząd spółki wciąż zarzuca media komunikatami, w których informuje, że strajk jest nielegalny. Na Lotnisku im. Fryderyka Chopina pojawiły się również plakaty propagandowe, rozwieszone przez ludzi prezesa Rafała Milczarskiego.
Warto również podkreślić, że zarząd LOT stosował również inne środki mające na celu osłabienie bojowego ducha i morale załogi. O praktykach noszących znamiona mobbingu mówiły zarówno stewardesy, jak i piloci. Przedstawiciele kierownictwa przeprowadzali również „pedagogiczne” rozmowy z pracownikami, sugerując, że strajk osłabi ich pozycje w przedsiębiorstwie. Przewodniczący związku pilotów Adam Rzeszot przyznawał, że był zastraszany przez „nieznanych sprawców”. Przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego Monika Żelazik została nielegalnie zwolniona z pracy, a media obiegła informacja, że prokuratura wszczęła wobec niej postępowania w związku z doniesieniem o prowadzeniu działalności terrorystycznej. Działania represyjne objęły również szefa mazowieckiego OPZZ Piotra Szumlewicza, od którego zarząd LOT domaga się w pozwie 200 tysięcy zł zadośćuczynienia.
Część pilotów pracujących w LOT jest zatrudnionych na podstawie samozatrudnienia. Na umowach śmieciowych zatrudniane są również stewardesy. Mimo, że po kryzysie gospodarczym z 2008 roku pozostały już tylko wspomnienia, a sytuacja finansowa spółki jest dobra, zarząd nadal wynagradza pracowników w trybie kryzysowym. Regulamin wynagrodzeń, zawieszony w 2013 roku, wciąż nie został przywrócony, mimo wielu wniosków i żądań ze strony pracowników.
Państwowa Inspekcja Pracy wydała opinię, w której określa zatrudnianie pilotów na umowach biznes-biznes jako nieprawidłowe. Mimo to, przedstawiciele zarządu wciąż twierdzą, że wszystko jest w porządku.”Nie zgadzamy się z decyzją PIP, choć jej opinia nas nie dziwi, bo to instytucja powołana do promowania stosunku pracy. Pomija natomiast, że warunki pracy personelu lotniczego reguluje prawo lotnicze. Pilot nie ma przełożonego: sam decyduje, ile zabierze paliwa, na jakim pułapie będzie leciał, czy będzie leciał szybko, czy wolno. Nie ma mowy o kierownictwie i stosunku pracy, stosowanie kontraktów B2B jest więc jak najbardziej na miejscu. Nikogo siłą nie przenosimy z etatów na samozatrudnienie. Owszem, nowi pracownicy otrzymują wyłącznie taką propozycję, ale są tego świadomi od początku i umowę podpisują dobrowolnie” – to wypowiedź Adriana Kubickiego, rzecznika LOT, którą przytoczyła dziennikarka „Gazety Wyborczej” Adriana Rozwadowska.
Strajk jak na razie nie spowodował znaczących zmian w harmonogramie lotów. Z planu wypadło kilka lotów, z czego część z przyczyn usterek technicznych. Zarządowi udaje się kompletować załogi, korzystając z pracowników, którzy nie mogą strajkować. W kolejnych dniach, kiedy obecnie świadczący pracę będą odpoczywać, firma będzie musiała się zmierzyć z niedoborami.

LOT mnie pozwał

Odebrałem pozew od PLL LOT o ochronę dóbr osobistych, w którym firma domaga się ode mnie i portalu www.interia.pl kwoty 200 tys. zł. PLL LOT chce od pozwanych 100 tys. zł tytułem zadośćuczynienia pieniężnego dóbr osobistych firmy oraz 100 tys. zł na rzecz Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia tytułem zapłaty na wskazany cel społeczny.

 

Zdaniem PLL LOT dobra osobiste firmy zostały naruszony w moim materiale video na interia.tv.
PLL LOT przypisuje mi i uważa za fałszywe następujące tezy: Oszczędności w działaniu spółki i związany z nim spadek bezpieczeństwa lotów, PLL LOT jest coraz bliżej katastrofy, pracownicy zatrudnieni na umowach cywilno-prawnych mogą obniżyć bezpieczeństwo lotów, bo niekiedy pracują chorzy i zmęczeni, pogorszyła się punktualność lotów, za co odpowiada zarząd spółki, prezes PLL LOT upokarza i gardzi pracownikami, w firmie masowo łamie się prawo pracy, Monika Żelazik została zwolniona za krytykę firmy.
Niestety wszystkie powyższe tezy są prawdziwe, a zarząd PLL LOT prowadzi coraz bardziej antypracowniczą i antyzwiązkową politykę.
Firma masowo przenosi pracowników na umowy cywilno-prawne i samozatrudnienie, co m.in. zgodnie z raportami Państwowej Inspekcji Pracy, negatywnie wpływa na poziom stresu i jakość pracy pracowników. Stosowanie umów nieetatowych tam, gdzie spełnione są warunki pracy na etat, jest też bezpośrednio sprzeczne z art. 22 Kodeksu Pracy (gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz podległość służbowa musi być umowa etatowa). Ponadto pracownicy zatrudnieni w ramach kontraktów w wyniku nieobecności w pracy tracą większą część wynagrodzenia od osób mających etaty, co sprawia, że nie opłaca się brać wolnego. Niebagatelne znaczenie w tej sprawie mają też relacje samych pilotów PLL LOT, którzy informują o spadku bezpieczeństwa lotów. O tym też była mowa na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego, a stenogram z obrad został przekazany do kancelarii premiera i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W ostatnim czasie wzrosła też liczba obowiązków pracowników pokładowych PLL LOT, co może przyczynić się do obniżenia jakości usług, a co za tym idzie bezpieczeństwa lotów. Pracownicy PLL LOT sami skarżą się, że są obciążani nowymi obowiązkami. Zmieniła się też struktura spółki i jest mniej pracowników obsługi technicznej, na co również skarży się kadra latająca.
Istotne znaczenie w sprawie ma też stanowisko PIP, zgodnie z którym zwolnienie Moniki Żelazik było bezprawne, ponieważ pracodawca nie wysłuchał opinii związku zawodowego w jej sprawie. Jak pisze PIP „Pracodawca związany jest stanowiskiem zarządu zakładowej organizacji związkowej”, która zajęła negatywne stanowisko odnośnie zwolnienia działaczki związkowej. Dalej czytamy, że „inspektor pracy wszczął na podstawie art. 32, ustęp 8 ustawy o związkach zawodowych, postępowanie dochodzeniowe w stosunku do zarządu PLL LOT SA”. Nie tylko więc PIP uznał zwolnienie działaczki związkowej za nielegalne, ale uruchomił postępowanie odnośnie bezprawnych działań zarządu PLL LOT. PIP wskazał też, że w PLL LOT niezgodnie z prawem funkcjonuje spółka córka, LOT CREW, będąca niezarejestrowaną agencją zatrudnienia, która nawiązuje współpracę z pracownikami poprzez ich samozatrudnienie.
W PLL LOT nastąpił radykalny wzrost liczby spóźnień i odwołanych lotów. Co ciekawe, sam PLL LOT przyznał, że jest duża skala spóźnień, za co przepraszał. Wzrost spóźnień jest większy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jest to więc fakt, z którym trudno dyskutować i stanowi on powszechnie dostępną wiedzę. Inną głośną sprawą ostatnich miesięcy jest odwołanie lotu do Toronto w czasie, gdy PLL LOT organizował huczną galę, na której chwalił się swoimi sukcesami.
Dialog społeczny w PLL LOT jest oceniany bardzo krytycznie przez działające w firmie związki zawodowe. Dyscyplinarne zwolnienie działaczki związkowej jest przejawem braku dialogu i wrogiej postawy prezesa PLL LOT. Zakaz krytyki zwalniania ludzi z pracy to zwykła cenzura. Pozew ze strony PLL LOT wobec dziennikarza i związkowca za wskazywanie patologii w firmie to kolejne działanie kompromitujące zarząd narodowego przewoźnika. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem pozostaje natychmiastowa dymisja zarządu firmy i pilna interwencja ze strony premiera, Mateusza Morawieckiego, który sprawuje nadzór nad PLL LOT. PiS obiecywał w wyborach, że poprawi sytuację na rynku pracy, tymczasem od wielu miesięcy rząd wspiera skrajnie antypracowniczego, antyzwiązkowego prezesa, który uosabia wszystkie najgorsze patologie polskiego rynku pracy.

Po kolejarzach – pielęgniarki

Socjaldemokratyczny rząd Portugalii po raz kolejny nie potrafił zapobiec potężnemu buntowi pracowników. Tym razem pracy odmówiły pielęgniarki, które walczą o wyższe wynagrodzenia i lepsze warunki pracy.

 

To już drugi bunt tej grupy zawodowej w 2018 roku. Na przełomie kwietnia i maja krajem wstrząsnął strajk, w którym uczestniczyły nie tylko pielęgniarki, ale również przedstawiciele innych medycznych profesji.

W rezultacie doszło do paraliżu całego systemu opieki zdrowotnej, co zresztą potwierdziła w rozmowie z Polską Agencją Prasową szefowa Portugalskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek (SEP), Guadelupe Simoes. W środę odwołanych zostało kilkaset operacji w szpitalach w całym kraju. Protest wydłużył też czas oczekiwania pacjentów na ostrym dyżurze.

– Szacujemy, że w środę na porannej zmianie nie pracowało średnio 85 proc. załóg na blokach operacyjnych w całym kraju. Z powodu strajku całkowicie zamknięte są bloki operacyjne w szpitalach w Portimao, Famalicao, Viseu, Abrantes, Tondela, Chaves i Bragancy – poinformowała Simoes. Oprócz SEP w akcji uczestniczy kilka mniejszych związków zawodowych zrzeszających osoby zatrudnione w publicznej służbie zdrowia

Simoes zwróciła uwagę przypomniała, że strajk jest rezultatem postawy rządu Antonio Costy, który nie potrafi się dogadać z pracownikami służby zdrowia od początku 2017 r. Zauważyła, że socjaldemokraci rząd prawdopodobnie celowo grają na zwłokę podczas negocjacji, mając nadzieje, że z czasem spadnie morale protestujących.

Dzieje się jednak coś dokładnie odwrotnego – protest przybiera na sile. Wczoraj do pielęgniarek dołączyli m.in. ratownicy medyczni oraz personel pomocniczy. Razem strajkowało już ok. 35 tys. osób. Dziś mają się do nich przyłączyć się inni przedstawiciele portugalskiej służby zdrowia.

O co walczą? Główne żądanie pielęgniarek to zwiększenie liczebności personelu w placówkach publicznej służby zdrowia o 20 tys. osób. Domagają się również natychmiastowej wypłaty łącznie ponad 1,5 mln euro tytułem zaległości za nadgodziny. Ważny jest również postulat objęcia wszystkich pracowników szpitali publicznych 35-godzinnym tygodniem pracy. Obecnie prawo do takiego harmonogramu przysługuje tylko części personelu placówek służby zdrowia. Problem mają zwłaszcza ci zatrudnieni na kontraktach przez zewnętrzne spółki, co jest pokłosiem reform wprowadzonych przez poprzedni neoliberalny rząd. Oni muszą pracować w tygodniu przez minimum 40 godzin, a często jeszcze dłużej. Związki zawodowe domagają się zaprowadzenia realnej równości na tym polu.

Postulaty wpisują się w kanon programowy nowoczesnej socjaldemokracji i nie powinny być dla gabinetu Partii Socjalistycznej problemem. Zwłaszcza, że koalicjantami rządu Costy są m.in. komuniści.

W ostatnim czasie w Portugalii strajkowali również kolejarze., a wiosną na ulice wyszłi pracownicy budżetówki.