Milczenie jest złotem

Czy Platforma Obywatelska rzeczywiście nie ma nic do powiedzenia?

 

Prawicowe media i publicyści „dobrej zmiany” ostatnio przeprowadzają kolejny atak na Platformę Obywatelską – tym razem pod hasłem „oni nie mają nic do powiedzenia”. I rzeczywiście – coś jest na rzeczy. Polityce Platformy „żeby mieć stale ciepłą wodę w kranie” Prawo i Sprawiedliwość przeciwstawiło politykę szybkich i radykalnych działań od legislacji i administracji poczynając, poprzez fiskalizm i sprawy zagraniczne, na demografii i budownictwie kończąc. Oczywiście podziwiając tempo i dynamikę działań PiS nie należy popadać w zbytni entuzjazm, bo czasem zrobią kilka sensownych rzeczy, a zaraz potem uchwalą coś tak głupiego, że szybko muszą to zmieniać żeby się nie wpakować w jeszcze większe szambo – jak np. w sprawach Instytutu Pamięci Narodowej i sądownictwa. Co ciekawe, niektóre błędy w ramach deklarowanej polityki „wstawania z kolan” naprawiają praktycznie pod cudze dyktando…

 

Aktywny PiS i pasywna Platforma

W każdym razie PiS zrealizował czy też realizuje dużą część swojego programu wyborczego z 2015 roku, a na odbytej 16 kwietnia br. konwencji Zjednoczonej Prawicy dołożył kolejny pakiet obietnic typu „dla każdego coś miłego” – czyli „piątkę Morawieckiego”.
A Platforma rzeczywiście obecnie nie ma wiele do zaoferowania. W PO do klęski wyborczej obowiązywała narracja jeszcze w 2010 roku narzucona przez Donalda Tuska: „Nie ma z kim przegrać tych wyborów. Nie ma innej siły, której Polacy mogliby spokojnie powierzyć rządy. Mamy PiS, formację silniejszą niż SLD, więc groźniejszą. I jednocześnie zupełnie bez pomysłu co zrobić żeby Polakom było lepiej”. Po przegranych w 2015 roku wyborach politycy Platformy stworzyli nową narrację: „Tylko my możemy odsunąć PiS od władzy”. Oczywiście jedno i drugie jest w takim samym stopniu nieprawdziwe, natomiast doskonale pokazuje jak bardzo zadufani w sobie są liderzy PO i z jak wielką pogardą oceniają polską scenę polityczną – co zresztą stało się przyczyną ich klęski.
Ciągłe ataki Platformy Obywatelskiej na Prawo i Sprawiedliwość, bez pokazywania własnych propozycji programowych są w zasadzie w chwili obecnej jedyną możliwą strategią funkcjonowania dla tej partii. Platforma jest przecież ugrupowaniem liberalnym, a prezentowanie w tej chwili programu konsekwentnie liberalnego byłoby samobójstwem politycznym. PiS po objęciu rządów w 2015 roku, jako pierwsza partia polityczna bardzo stanowczo zerwała z liberalną polityką prowadzoną przez kolejne rządy od 1989 roku, zarówno w sferze gospodarczej, jak i społecznej, co ewidentnie uzyskało poparcie społeczne.. Odejście od ideologicznej reprywatyzacji i prywatyzacji, a nawet renacjonalizacja (określana przez PiS jako polonizacja) majątku narodowego, interwencjonizm w sferze gospodarczej, a zwłaszcza redystrybucja dochodu narodowego (program Rodzina 500+, nie ma charakteru socjalnego, tylko pronatalistyczny) inne programy społeczne Mieszkanie+, Dostępność+ pokazały, że możliwa jest inna polityka niż liberalna. Można założyć, że powrót do polityki liberalnej kreowanej przez PO w czasie poprzednich ośmiu lat ich rządów, wywołał by społeczny protest.

 

Kto stoi za PO?

Należy pamiętać, że tzw. twardy elektorat Platformy Obywatelskiej ma dosyć ograniczony zasięg ludzki. Z różnego typu badań opinii publicznej przeprowadzanych od powstania partii w 2001 roku wynika, że są to przede wszystkim mieszkańcy dużych miast, z lekką przewagą kobiet, większość deklaruje poglądy prawicowe, choć z niektórych badań wynika, że 20 procent określa swoje poglądy jako lewicowe – cokolwiek by to obecnie znaczyło, choć w wypadku PO najprawdopodobniej chodzi o tzw. lewicę obyczajową. Wyborcy PO deklarują się jako ludzie wierzący, choć można by powiedzieć, że są to „wierzący nieortodoksyjnie” – z uczestnictwem w mszach od kilku razy w roku do kilku razy w miesiącu. Do powyższych cech wyróżniających wyborców PO należy dodać jeszcze jedną – status majątkowy. Nie było w tej sprawie badań, również bardzo spłaszczona skala podatkowa nie daje jakiegoś szerszego rozeznania. Jednak biorąc pod uwagę polityczne priorytety PO można śmiało założyć, że wyborcy Platformy w znakomitej większości należą do grupy 5 – 15 procent najlepiej sytuowanych Polaków.
Za taką tezą mogą świadczyć działania i stanowiska Platformy – oczywiście zakładając, że działa ona w interesie swoich członków i wyborców. W chwili kryzysu budżetu państwa Platforma wbrew swoim obietnicom wyborczym podniosła podatki. Ale przecież podniosła tylko podatki pośrednie – VAT, które biorąc pod uwagę strukturę wydatków w gospodarstwach domowych, uderzyły przede wszystkim w rodziny średnio i mało zarabiające – to one poniosły ekonomiczne skutki naprawy finansów państwa. W tym sensie Donald Tusk dotrzymał obietnicy wyborczej. Ludzie bogaci praktycznie nie ponieśli kosztów ratowania budżetu.
Krytyczny stosunek Platformy do programu 500+ to kolejny dowód na prowadzenie przez PO liberalnej polityki w interesie grup uprzywilejowanych finansowo. Pomijając oczywiście ten moment kiedy PO w ramach „walki totalnej” z PiS zaczęła przez chwilę stosować wręcz populistyczną argumentację polityczną, całkowicie sprzeczną z całą wcześniejszą i obecną linią polityczną PO.
Podobnie władze PO zareagowały na propozycję premiera Morawieckiego „daniny” od najbogatszych na rzecz osób niepełnosprawnych. Ta inicjatywa de facto wprowadza dla grupy najbogatszych Polaków kolejną stawkę podatkową i do tego – co jest pewnym ewenementem – na ściśle określone potrzeby również ściśle określonej grupy społecznej. Czyli mamy tu do czynienia, podobnie jak przypadku programu 500+, z klasyczną redystrybucją dochodu narodowego, tak niemiłą środowiskom liberalnym.

 

Polska-Niemcy. Zdumiewające wyniki

Platforma Obywatelska, jako partia liberalna, w kolejnych wyborach uzyskuje nadreprezentację polityczną w parlamencie. W 2001 – 12,7 proc., 2005 – 24,14 proc., 2007 – 41,51 proc., 2011 – 39,18 proc., 2015 – 24,09 procent. Za naszą zachodnią granicą, w Niemczech, również liberalna Wolna Partia Demokratyczne (FDP) uzyskała w 2013 – 4,8 proc., w 2017 – 10,7 procent.
Wyniki FDP w Niemczech moim zdaniem oddają rzeczywiste wpływy klasycznej partii liberalnej – w tym sensie wyniki wyborcze Platformy od 2005 roku to polityczna nadreprezentacja, co najprawdopodobniej wynika ze strachu wyborców przed PiS-em i rozczarowania polityką SLD.
W Niemczech (CDU/CSU) i w Polsce (PiS) chrześcijańska demokracja uzyskuje podobne wyniki i miejsce na scenie politycznej. Za to w centrum i po lewej stronie sceny politycznej wszystko jest odwrotnie. W Polsce socjaldemokraci (SLD) mają tak nikłe wpływy polityczne jak liberałowie (FDP) w Niemczech. Za to polscy liberałowie (PO) mają wpływy polityczne jak niemieccy socjaldemokraci (SPD)…

 

Wojna o inteligencję – lemingi i wykształciuchy

Natomiast wojna z PiS-em dała Platformie dodatkową grupę wyborców, o różnym statusie majątkowym, tzw. wykształciuchów. Część z nich to być może jeszcze spadek po dawnej Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności (to może być te 20 procent wyborców deklarujących lewicowe poglądy). To również dawni wyborcy SLD, którzy uwierzyli w większą skuteczność Platformy w walce z PiS. Wykształciuchy to inteligencja humanistyczna i techniczna, pracownicy mediów, pracownicy państwowi i samorządowi, studenci, ale też – co prestiżowe – znani aktorzy i artyści. Wykształciuchy są szczególnie uczuleni na wszelkie przejawy naruszania zasad demokracji zarówno w polityce, jak i kulturze, ochronie zdrowia. Wykształciuchy walczą o równe prawa wszelkiego typu mniejszości – narodowych, językowych czy seksualnych.
Odwrotnością wykształciuchów, inteligencji od kilku pokoleń, są lemingi. Niezwykle barwna grupa zwolenników Platformy. Pojęcie „lemingi” było szczególnie modne około roku 2012. Lemingi to młodzi, ofensywni, doskonale wykształceni ludzie, najczęściej z mniejszych miast, brutalnie walczący o każdy stopień korporacyjnej kariery w wielkich aglomeracjach.. Co prawda znany politolog Norbert Maliszewski odtrąbił koniec lemingów już w 2015 roku, kiedy to w wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska straciła na rzecz PiS-u przewagę w grupie wyborców w wieku 18-25 lat. Interpretacja tego jest taka, że jedne lemingi się zestarzały, a Platforma nie była w stanie odpowiedzieć na potrzeby kolejnej generacji młodej ofensywnej inteligencji, zwłaszcza w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy.

 

Politycal Fistion czyli co może powiedzieć Platforma

Wyobraźmy sobie, że media i dziennikarze swoimi ciągłymi opowiadaniami o tym, że „PO nie ma nic do powiedzenia” zmusiły szefa Platformy do przedstawienia swojego politycznego programu. Oczyma duszy już widzę jak gdzieś w Polsce w wielkiej sali konferencyjno-kongresowej na trybunę wychodzi szef partii Grzegorz Schetyna i wygłasza polityczne credo Platformy:
„Drogie Koleżanki i Koledzy!
Powiedzmy sobie szczerze – pogłoski o naszej śmierci są przedwczesne. Jesteśmy największą opozycyjną partią polityczną w Polsce. Tylko my możemy odsunąć od władzy populistyczne rządy pisowców i zablokować powrót do władzy postkomunistów.
Przecież to my reprezentujemy 15 procent najbogatszych, najbardziej twórczych Polaków. To my tworzymy Polskę i to nam należą się szczególne prawa w tym kraju. To nie może być tak, że 15 procent najbardziej twórczych ludzi ma się poddać dyktaturze całej reszcie, która nie ma ani naszych pieniędzy, ani naszego wykształcenia, ani doświadczenia.
Dość powiedzieć, że ci ludzie bez naszych pieniędzy nie byli by w stanie nawet wychować własnych dzieci. W programie 500+ i kolejnym 300+jesteśmy ograbiani z naszych pieniędzy. Tylko po to żeby utrzymywać dzieci nieudaczników i bezrobotnych. To skandaliczne marnowanie naszych pieniędzy, które przepychane przez budżet państwa trafiają do najgorszych grup społecznych..
Musimy nauczyć naszych współobywateli, ale niestety nieudaczników, że każdy musi sam zapewnić sobie swój los bez pomocy państwa, a tym bardziej bez pomocy roszczeniowych, czy niemal bandyckich ugrupowań jak związki zawodowe czy ostatnio organizacje niepełnosprawnych.
Dlatego budżet państwa musi być jak najmniejszy – dzięki temu podatki od dochodów osobistych będą jak najniższe. Budżet ma finansować przede wszystkim tylko państwową administrację centralną, wojsko i policję. Zwłaszcza policję, żeby zapobiec wszelkim działaniom antypaństwowym. Większy budżet i wyższe podatki nie są nam potrzebne.
Przecież my – tu obecni na tej sali – przedstawiciele 15 procent narodu polskiego – doskonale wiemy. `że jesteśmy w stanie zapewnić sobie i naszym rodzinom dostęp do oświaty, nauki, kultury, ochrony zdrowia, wypoczynku.
Każdy jest wolny! Jeśli Polak pracuje i zarabia to może iść do dowolnego lekarza, szkoły czy teatru. Dlaczego mamy płacić za innych – niech każdy płaci za siebie.
Dlaczego reszta Polaków nie robi tak jak my? Przecież to my dajemy im pracę, a oni i tak jadą do Holandii czy Irlandii. Gdyby spełnić ich wygórowane, roszczeniowe postulaty, to my – pracodawcy byśmy stracili dochody, a polska gospodarka straciła by konkurencyjność.
Dla nas jest oczywiste – tylko niskie koszty pracy, krótkie umowy, brak osłon socjalnych tworzą konkurencję na rynku pracy – niskie pensje, co w sumie daje akumulację kapitału w naszych rękach. Podobnie jest z emerytami – przecież obniżenie wieku emerytalnego to wzrost konkurencji na rynku pracy i możliwość obniżenia płac – a to przecież da dopływ kapitału dla naszych 15 procent.
I oczywiście – żeby widać rządy Platformy – musi być ciepła woda w kranach – jak ktoś stale płaci.
Tak musimy budować bogatą Polskę.”

 

Dlaczego PO nic nie mówi?

I myślę, że gdyby Platforma Obywatelska miała dzisiaj coś powiedzieć, to powiedziała by coś takiego, jak powyższe polical fiction. Może to nie jest sympatyczne dla PO, ale przecież prawdziwe! Bo przecież oparte na programach, publicznych wypowiedziach i działaniach polityków Platformy Obywatelskiej.
W Polsce jest miejsce na partię liberalną z poparciem 10-15 procent i tylko tyle. I może rzeczywiście trudno więcej wymagać. „Mówienie jest srebrem – milczenie jest złotem”. W przypadku Platformy jest to niezwykle słuszne.

Boję się o uczciwość wyborów

„Obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę”. Z prof. Jackiem Kucharczykiem, socjologiem, prezesem Instytutu Spraw Publicznych, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: 62 proc. badanych uważa, że rząd nie zareagował odpowiednio na protest w Sejmie – tak wynika z badania Kantar przeprowadzonego dla TVN i TVN24. Czy to może mieć realne znaczenie i przełożyć się na poparcie dla PiS-u?

JACEK KUCHARCZYK: Zacznijmy od tego, że w cywilizowanym kraju takie protesty nie powinny być rozwiązywane wyłącznie w oparciu o badania opinii publicznej. Natomiast co do nastrojów społecznych, to można było się domyślać, że większość Polaków i Polek będzie się solidaryzowało z protestującymi. To jest grupa, której do jakiegoś stopnia trudno nie kibicować. Ale PiS skalkulował sobie, że dla ich wyborców to jednak nie jest wielki problem. Dlatego postanowił rozprawić się z niepełnosprawnymi właśnie w taki sposób. Wydaje mi się, że nawet jeżeli większości badanych to się nie podoba, to nie musi mieć istotnych konsekwencji politycznych dla samego PiS-u.
Elektorat partii rządzącej jest dosyć specyficzny, spora jego część to są wyborcy, o których mówi się „wyborca autorytarny”. Takim osobom stosowanie twardej ręki wobec protestujących niepełnosprawnych może się nawet podobać. Na pewno znajdą wiele rozgrzeszeń takiego zachowania.
Coś, co by ich oburzyło, gdyby zrobiła to Platforma Obywatelska, nie oburza, jeżeli robi to PiS. Obnażanie hipokryzji PiS-u w tej sprawie po dużej części zwolenników tej władzy spłynie jak woda po kaczce. Oni po prostu stosują podwójne kryteria. To widać zresztą nie tylko w tej sprawie. Dobrym wglądem w dusze wyborców PiS-u jest to, co dzieje się w prorządowych mediach społecznościowych. PiS wychował sobie swojego wyborcę, który wszystko kupuje.
Poza tym nawet jeżeli ponad 60 proc. badanych uważa, że rząd powinien inaczej postąpić w przypadku niepełnosprawnych, to wcale nie oznacza, że w związku z tym trzeba poprzeć opozycję. Wyborcy trwają przy PiS-ie, dlatego wszystkie skandale słabo przekładają się na wzrost poparcia dla opozycji. Sytuacje, które bulwersują wielu ludzi, nie zmieniają politycznej wojny pozycyjnej.
PiS ma wciąż poczucie pewnej bezkarności. Po tym, jak władza potraktowała niepełnosprawnych, powinien wybuchnąć ogromny skandal, a protestować powinny także osoby bliskie PiS-owi. A po tamtej stronie głucha cisza.

 

Na bardzo podatny grunt za to padają wszystkie oskarżenia o upolitycznienie protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów. Przecież wszystko jest winą opozycji.

W tej sprawie zawsze mam poczucie déjà vu. Kiedy uchwalono nielegalnie budżet w Sali Kolumnowej, kiedy PiS kneblował dziennikarzy, to sprzedał swoim wyborcom narrację, że doszło do próby zamachu stanu. Taki przekaz trafia do PiS-owskiego wyborcy. O wszystko można oskarżyć opozycję i potraktować jako próbę obalenia legalnie wybranej władzy. PiS zawsze uruchamia taką narrację w momentach kryzysu. Może ona nie przekonać większości Polaków, ale wystarczy, że przekona tę część, która po raz kolejny poprze PiS. To im na razie wystarczy.

 

Dlaczego wyborca PiS-u dał się tak łatwo „wychować”?

To jest trudne pytanie. Elektorat autorytarny nie wziął się przecież z niczego. PiS-owi udało się trafić do takich osób i wypracować narracje, które ich przekonują.
Uważam, że najważniejsze w przekazie PiS-u są dwie rzeczy – udowadnianie, że jesteśmy wybrani przez naród, dlatego każdą krytykę należy traktować jako zamach na wolę „suwerena”, oraz przekonanie o pisowskiej skuteczności i nieomylności. To jest ten słynny imposybilizm, który Kaczyński obiecał przezwyciężyć, a co w praktyce oznacza, że PiS nie da się spętać żadnymi zasadami.
Jak powiedzieli, że nie ustąpią przed niepełnosprawnymi, to nie ustąpili. A to budzi w ich elektoracie podziw, bo to dowód politycznej skuteczności.

 

A co mogłoby zmienić to nastawienie? Prof. Janusz Czapiński w rozmowie z wiadomo.co przekonywał, że sytuacja może się zmienić tylko wtedy, gdy zmieni się sytuacja gospodarcza. Zgadza się pan z tym?

Jest to przekonująca hipoteza.
Uważam, że dobra sytuacja ekonomiczna w pewnym sensie usypia wyborców. Nawet ci, którym nie wszystko pasuje, będą się oburzać, ale nie widzą powodów, aby cokolwiek więcej zrobić.
Jeżeli nagle sytuacja gospodarcza zaczęłaby się pogarszać, a ceny rosnąć – zresztą to już jest zauważalne – to na dłuższą metę może doprowadzić do spadku poparcia. Może nadwerężyć poczucie, że ta partia wie, co robi. Podważona zostałaby także wiara w specyficznie pojmowane kompetencje do rządzenia.

 

Może na to wpłynąć obcięcie funduszy unijnych? Taką decyzję podjęła KE.

PiS odwołuje się w tej sprawie do dwóch narracji. Jedna dotyczy tego, że Unia Europejska chce nas ukarać, ale my jesteśmy suwerenni i nie damy się złamać. Z drugiej strony rozpocznie się nagonka na opozycję, przecież już słychać, że to wina Donalda Tuska, który nie załatwił dla swojego kraju wystarczających pieniędzy. Nieważne, że wcześniej dla PiS-u był niemieckim przedstawicielem… Na ile to zaszkodzi PiS-owi? To cały czas sprawa otwarta. Kwestie europejskie od początku były piętą achillesową tej władzy, która może mieć twardy orzech do zgryzienia. Muszą jakoś wytłumaczyć to, że jak rządziła PO, to było więcej pieniędzy, a mówimy przecież o sporych sumach. A jeżeli będą przekonywać, że to rezultat szybkiego rozwoju kraju, to trudno będzie to pogodzić z wcześniejszą narracją „Polski w ruinie”. Pewnie spin doktorzy PiS-u już nad tym pracują.
Wydaje mi się, że dominująca będzie narracja o tym, że Bruksela nas bije, a opozycja im pomaga… Czyli słynna „ulica i zagranica”.

 

Kluczowe znaczenie dla KE miało to, co dzieje się w naszym kraju, czyli łamanie prawa? Czy jednak źle prowadzone, albo w ogóle brak negocjacji i zaangażowania strony rządowej?

Myślę, że zaważyła druga sprawa. Obiektywnie rzecz biorąc, to nie jest kara nałożona na Polskę. Ale to pokazuje, że budżet jednak jest negocjowany i w zależności od siły przetargowej kraju można różne rzeczy wynegocjować. A żeby uzyskać najlepszy podział pieniędzy, trzeba budować jak najszersze koalicje. PiS nie jest w stanie takiej koalicji zbudować. Nawet słynna Grupa Wyszehradzka, jak widać, nie bardzo pomogła. To są tylko 4 kraje i akurat są na cenzurowanym w UE. Dochodzimy do drugiej sprawy, jaką są uchodźcy.
Obcięcie funduszy nie jest karą za nieprzyjęcie uchodźców, ale konsekwencją takiej polityki. Nie można z jednej strony odmawiać solidarności w jednej sprawie, a żądać w drugiej. Podwójne standardy, które PiS stosuje z powodzeniem w polityce krajowej, nie działają na płaszczyźnie europejskiej.

 

PiS-owi może zaszkodzić przed wyborami samorządowymi fizyczna nieobecność Jarosława Kaczyńskiego?

Największym zagrożeniem dla PiS-u jest walka o wpływy w momencie osłabienia prezesa. Z punktu widzenia wyborcy Kaczyński w szpitalu nie bardzo różni się od Kaczyńskiego zamkniętego na ulicy Nowogrodzkiej. Jako człowiek z wysokiego zamku znalazł sposób na jednoosobowe utrzymywanie porządku. Izolacja fizyczna niewiele zmienia, ale osłabiona jest niewątpliwie jego zdolność do zarządzania partią.

 

Podobno Joachim Brudziński ma teraz – pod nieobecność Jarosława Kaczyńskiego – zarządzać partią. Sprawdzi się w tej roli?

To się oczywiście okaże. Zobaczymy, czy Joachim Brudziński będzie w stanie twardą ręką godzić i przywoływać do porządku najbardziej ambitnych polityków. Mam wrażenie, że już widać chaos, który zapanował w partii rządzącej. Ale nie jestem w stanie na razie ocenić, jak to przełoży się na wizerunek PiS-u w oczach jego wyborców. Ostrożnie można powiedzieć, że to na pewno PiS-owi nie pomoże, zwłaszcza przed wyborami samorządowymi.

 

Wybory samorządowe to będzie trudny sprawdzian dla rządzącej partii?

Przede wszystkim w związku z nowymi przepisami tym wyborom będzie towarzyszył chaos. To może zadziałać w dwie strony. Ja się bardzo boję o uczciwość tych wyborów.

 

Boi się pan o świadomą nieuczciwość, czy efekt tego chaosu?

Boję się o świadomą nieuczciwość. Mam wrażenie, że w związku z różnymi kryzysami nasila się panika w szeregach władzy i jednocześnie poczucie, że władzy raz zdobytej nie można oddać. Dlatego obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę. Mam nadzieję, że się mylę. Ale naprawdę boję się, że tak jak PiS rozpętał przy poprzednich wyborach samorządowych aferę, że były sfałszowane, podczas gdy nie były, to tym razem będzie odwrotnie.

 

Opozycja zwiera szyki. Z jednej strony powstała Koalicja Obywatelska, z drugiej PO tworzy ruch Wolontariusze Wolnych Wyborów, który ma czuwać nad procesem wyborczym. To PiS-u nie powstrzyma?

Mobilizacja opozycji i mobilizacja społeczna na rzecz wolnych i uczciwych wyborów jest teraz kluczowa. Myślę, że jeżeli doszłoby do nieprawidłowości, to PiS będzie miał swoją narrację i swoich obserwatorów. Po ostatnich wyborach powstała nawet organizacja Ruch Kontroli Wyborów, która zdobyła później różne rządowe granty. Tym razem na pewno zostanie wykorzystana do monitorowania wyborów, ale w specyficzny sposób. Poza tym nad procesem wyborczym powinna czuwać niezależna PKW, a potem niezależne sądy, ale niestety z tą niezależnością może być poważny problem.

 

Rozumie pan strategię przyjętą przez SLD? Czyli pozycja „w opozycji do opozycji”.

To może zaszkodzić całej opozycji.
SLD przyjęło taką strategię, że w 80 proc. powiela narrację PiS-u, a w 20 proc. jest przeciwne. W szczególności jeżeli chodzi o politykę historyczną. To mogło mieć znaczący wpływ na wzrost poparcia dla tego ugrupowania.
Myślę, że teraz dostali takiego sondażowego zawrotu głowy. Ale to jest polityka bardzo krótkowzroczna. Podcinanie możliwości tworzenia szerszych koalicji i krytykowanie centrowej opozycji działa przecież na korzyść Prawa i Sprawiedliwości.